Najgłośniej chyba brzmiąca oceną samorządowego oblicza III Rzeczpospolitej był chór głosów podnoszących absolutny tryumf „Polski lokalnej” w jesiennych wyborach samorządowych. Tryumf, którego podsumowaniem był opublikowany w „Rzeczpospolitej” artykuł Prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza „Czasu mamy coraz mniej”* będący afirmacją samorządności lokalnej przeciwstawionej polityce centralnej jako symbolowi, powiedzmy za Dutkiewiczem delikatnie, zawiedzionych nadziei. Głos Dutkiewicza a jeszcze bardziej przeniesienie przez niego swej aktywności publicznej o próg wyżej, na szczebel województwa to sygnał istotny i nie przypadkowy. Może myślę się ale wydaje się on zapowiedzią jakiejś ogólnopolskiej inicjatywy ze strony jego samego, zapewne we współpracy z podobnymi mu niezależnymi politykami lokalnymi. Zresztą we wspomnianym tekście pojawia się jeden bardzo konkretny postulat wzmocnienia udziału samorządowców w kształtowaniu polityki państwowej.
Tyle zachwytów nad naszą lokalna samorządnością. Bo jej sukces tak naprawdę ma wymiar w dużej mierze propagandowy i sprowadza się wcale nie do zwycięstwa lecz zdecydowanie bardziej do skutecznej obrony. Poszerzenie stanu posiadania (takie, jakiego dokonał czy to Dutkiewicz czy Szczurek w Gdyni) jest tylko rodzajem skutecznego powstrzymania zakusów partii politycznych na przejęcie samorządów. Skutecznego w bardzo ograniczonym zakresie.
Jak pamiętamy głównym bólem komentatorów pochylających się nad Polska lokalną w przededniu wyborów było to ile sejmików „weźmie” PiS a ile PO i które metropolie padną ich łupem. Zaś „największym wygranym” obwołano PSL. Wszystko to najdobitniej pokazuje, że właściwie nikogo nie niepokoi tak duża rola partii politycznych i na tym szczebli rządzenia. Dutkiewicz czy Szczurek oraz im podobni, choć wcale nie tak ich mało biorąc pod uwagę skalę kraju to jednak bez wątpienia dla recenzentów naszej polityki efemerydy, „białe wieloryby” i bakterie zdolne do życia w oparciu o arsen. Coś, co się zdarza choć w zasadzie nie powinno. Nie przypadkiem przecież nawet na poziomie gmin (oczywiście nie wszędzie ale to już inna kwestia) obowiązuje promujący najbardziej partie działające na szczeblu krajowym próg wyborczy. Tu też partie chcą odgrywać pierwszą rolę.
Incydent spektakularnego sukcesu kandydatów niezależnych (z których zresztą o części raczej powinno się napisać „niezależni”) nijak się ma do ogólnego stanu samorządu terytorialnego i lokalnego władztwa. To ostatnie powoli przesuwa się w coraz większym stopniu z rzeczywistej władzy na pozycję kohabitacji. Z pozoru w ustrojowym usytuowaniu wójtów, burmistrzów i innych im podobnych lokalnych włodarzy nic się nie zmieniło. Z pozoru władzy mają tyle ile mieli jej dotąd. Nie zmieniły się wszak zapisy ustaw regulujących kompetencje samorządów. Ale, by sparafrazować sławne zdanie „był jeden kruczek, paragraf…”. W tym przypadku można podać na przykład art. 128 ustawy o finansach publicznych z 2009 r.** Kto ma jakiś związek z działalnością samorządów ten od razu będzie wiedział o co chodzi. A chodzi o coś, co na pierwszy rzut oka zdaje się zaiste charytatywną działalnością ludzi nazywających siebie „Państwem” w stosunku do samorządów. Chodzi o dotacje udzielane gminom, powiatom czy województwom na realizację pewnych projektów będących tak zwanymi „zadaniami własnymi” tych podmiotów. To, między innymi sławne „Orliki”, „schetywnówki” czy głośne ostatnio place zabaw budowane jako „Radosna szkoła”. Ale, czego już się głośno nie mówi, również stypendia socjalne dla uczniów czy dożywianie w szkołach. Ów art. 128 wyjaśnia, że w takiej sytuacji Państwo może dotować samorząd ale tylko do wysokości 80% wartości owego projektu. 20% samorząd musi dorzucić ze swoich.
Z pozoru to dla samorządu „świetny deal”. Ma to, co chce ale za 20% tego, co by musiała sama wydać. To jednak tylko połowa prawdy. Prawda, że ma i że za 20%. Ale nie jest prawda, że to, co chce.
Programy, które wymieniłem, przynajmniej te najbardziej spektakularne, są pomysłami politycznymi służącymi przede wszystkim sile rządzącej. I, co dla mnie nie ulega wątpliwości, służyć mają głownie propagandzie. A że dzieciom i kierowca na ten przykład również, cóż… inaczej tego przeprowadzić się po prostu nie da.
Istotne jest tez i to, że te pomysły są dość kosztowne a udział samorządów w nich to najczęściej aż 50% wartości.
Co w tym jednak złego, że gminy czy tam powiaty budują drogi, place zabaw i boiska? Przecież służyć to będzie ewidentnie obywatelom. Oczywiście że tak. Tyle, że ta kumulacja łaskawości Państwa oznacza też ni mniej ni więcej ale przejęcie przez Państwo kontroli nad znaczną częścią budżetów samorządów.
Oczywiście można powiedzieć, że przecież nikt nie zmusza wójtów i burmistrzów by brali te 50 czy 80%. Niby nie ale postawcie się w roli wybieralnego urzędnika, który ma świadomość, że jego wyborcy patrzą, słuchają i wiedzą, że tu i tam robią drogie, plac zabaw albo boisko. I mogą wypomnieć to w swoim czasie. I to boleśnie.
Jakie są tego konsekwencje? Przeróżne. Przede wszystkim rozregulowanie planów wydatków w wielu stosunkowo słabych finansowo podmiotach samorządowych. W efekcie często, wobec rozgrzebanej „schetynówki”, ta czy inna gmina rezygnuje na przykład ze środków na stypendia socjalne. Choć żaden cud nie sprawił, że znikły nagle w gminie takie potrzeby i dzieci mających prawo do wsparcia jest, ile było. Tak! Tak bywa wcale nie rzadko. Rezygnuje bo wpakowała swoje 50% w drogę i na 20% do stypendiów nie ma.
Ten dość długi wywód o tym jak łatwo zaszkodzić chcąc (powiedzmy) dobrze zakończę dwiema anegdotami. Pierwsza to historia, która zdarzyła się w jednym z naszych, polskich ogrodów zoologicznych. Tam to, w stadzie małp (gatunku nie pomnę) po dość długim okresie posuchy na świat przyszło młode. Stając się oczywiście z miejsca pupilem stada. Efektem tego był ciągnący się od głowy Az po ogon pas gołej skóry będący efektem „wygłaskania” sierści przez manifestujące w ten sposób swą miłość do małpki stado.
Druga opowieść to historia małego, zamieszkującego ubogie w roślinność tereny Afryki plemienia, któremu z uwagi na warunki zagroziło całkowite zniknięcie. Jakaś grupa aktywistów organizacji humanitarnych wpadła wówczas na „genialny” pomysł ulżenia losowi ubogich zbieraczy z afrykańskiej pustyni. Sprezentowali oto Afrykanom spore stado bydła. Po tym akcie humanitaryzmu plemię było zdecydowanie bardziej… nieszczęśliwe. Bo do niemałej troski o pożywienie dla siebie doszła jeszcze konieczność utrzymania przy życiu stada, które z powodu wygłodzenia szybko przestało dawać choćby mleko.
Tak to jest czasem gdy komuś się wydaje, że pozjadał rozumy i wszystko wie najlepiej. Albo gdy sądzi, że taki z niego spryciarz.
W całej tej smutnej historii stopniowego ubezwłasnowolniania samorządów największą ironia jest to, że procederu tego dopuszcza się ekipa mająca od zawsze na sztandarach i na ustach komunały o oddawaniu władzy ludziom, o wzmacnianiu władzy lokalnej, o skracaniu nosa, który państwo pakuje w sprawy obywateli. W praktyce zaś postępują całkowicie inaczej przekonani o swej wszechwładzy, wszechwiedzy i hurtowo wręcz pozjadanych rozumach.
* http://www.rp.pl/artykul/583002.html
** http://finansepubliczne.bdo.pl/images/stories/27_ustawa-o-finansach-publicznych-z-27-08-2009.pdf
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą państwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą państwo. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 grudnia 2010
środa, 17 listopada 2010
Po co…? (o metempsychozie)
W trzecią rocznicę istnienia (taki eufemizm… gdybyż do istnienia się tylko to ograniczało…) rządzącej obecnie ekipy pod niezmiennym przywództwem pana Tuska. Trzecia rocznica fenomenu, który w ciekawym świetle stawia intelektualna i emocjonalna kondycję społeczeństwa pomieszkującego między Odrą i Bugiem. Czy może między Bugiem i Odrą jeśli chce się właściwie rozłożyć ostatnio obowiązujące akcenty. Fenomenu polegającego na tym, że od lat gros Polaków bez większego wahania udziela ekipie niezmiennego poparcia a jakby tych Polaków zapytać za co to… No właśnie.
Jak to zwykle bywa z Polakami to, co dzieje się z nimi i wokół nich budzi podejrzenia, że stanowią oni jakieś metempsychotyczne piekło do którego trafia się za najstraszniejsze przewiny popełnione we wcześniejszych bytach materialnych. Istotą nałożonej na nas kary za niewiadome nam wcześniejsze winy jest uczynienie z nas zbiorowej osobliwości nijak się mającej do tego wszystkiego, co o człowieku dzisiaj wie nauka. Ta nasza zadziwiająca konstrukcja duchowo- intelektualna (mój Boże, wiem jak to brzmi…) stała się pewnie nie przypadkiem kanwą do wielkiej liczby dowcipów ot choćby tego o spadającym, przeciążonym samolocie którego pilot, dla ratowania reszty pasażerów skłania do poświęcenia najpierw Amerykanina, po nim Rosjanina gotowych ponieść śmierć czy to dla demokracji czy ojczyzny (Rodina) a od poproszonego o to samo Polaka słyszy, że ten nie jest głupi i nie będzie dla takich dupereli popełniał samobójstwa.
- Wiedziałem, że pan nie skoczy… - mówi z rezygnacją pilot na co Polak z miejsca podnosi się oburzony.
- Co?! ja nie skoczę?!!! – i skacze…
Tak też musi być ze wspomnianym fenomenem ekipy Tuska i z poparciem obywateli. Tych metempsychotycznych tworów, którym jakiś wewnętrzny imperatyw podpowiada działania i wybory irracjonalne, które prędzej czy później zaowocować muszą gigantycznym kacem jeśli na kacu tylko się skończy. Nieustanne radosne wskazywanie tej ekipy jako wyboru na lata jest dokładnie takim mechanizmem jak ten z opowiedzianego wcześniej dowcipu.
- Nikt rozsądny nie poprze więcej tych dyletantów – podpowiada rozsądek.
- Co?! Ja nie poprę?!!! – odpowiada potencjalny wyborca. I skacze z głupią mina chojraka co to wszystkim „pokazał”.
W tym piekle, którego cechą najłatwiej dostrzeganą jest stawianie wszystkiego na głowie i przedstawianie w formie „obrazu odwróconego” ostrożnie podchodzić należy do etykiet, jakie noszą na sobie przebywające w nim jednostki i ukształtowane przez nie środowiska. Odwrotnie niż w realnym świecie, im więcej o kimś mówi się dobrze tym bardziej musiał on być winien w poprzednich swoich uosobieniach. I tym bardziej ma problem ze swymi ocenami, z wartościowaniem tego, co widzi i ocenia.
Czy nie jest to najlepsze wyjaśnienie całkiem sporej liczby otaczających nas fenomenów, którym tak się dziwimy? Tego nieustannego qui pro quo w którym skaczemy z lubością gdy zapala się komunikat „uwaga! Skok grozi śmiercią”.
Ten zawiły i bełkotliwy wstęp to taki mój hołd dla tego metafizycznie jeno dającego się wyjaśnić stanu mentalnego mego narodu potrafiącego z taką łatwością unieważnić elementarne prawa logiki. Mogłem zastąpić go dwoma zdaniami, w których skupiłbym się na cytowaniu nie koniecznie cenzuralnych epitetów, co będąc jednoznacznie obraźliwymi, prosto a nawet prostacko prześlizgnęłyby się po temacie. Ale jakoś trudno mi o mym narodzie choćby i tylko myśleć jako o zbiorowości, w której zdobycie wykształcenia, lepszej pracy i zapuszczenie korzeni w większym mieście okupuje się przeważnie większym lub mniejszym zidioceniem.
Inspiracją dla powyższych rozważań był dla mnie tekst omawiający misterny… Nie, nie będę się wygłupiał. Omawiający toporny, prymitywny i teoretycznie nie pozostawiający najmniejszych wątpliwości co do tego, że będzie najzwyklejszym rabunkiem, plan ratowania finansów publicznych przez naszą niezmiennie popularną i kochaną ekipę. Ratowania oczywiście w cudzysłowie. Chodzi o łatanie efektów „polityki zielonej wyspy” poprzez transfer na konto „finansów publicznych” pieniędzy stanowiących bez najmniejszych wątpliwości „finanse prywatne”. Pomysł by moja kasa poszła na przepierdolenie by poprawić wskaźniki i samopoczucie ekipy nie dziwi mnie co do istoty. Jakoś niczego bardziej finezyjnego po panu Tusku i jego gromadce od dość dawna nie oczekuję. Wiem dobrze, że mam do czynienia z podmiotem zbiorowym wykazującym specyficzny rodzaj syndromu Jekyll/Hyde, który w tym przypadku przejawia się uosobieniem w tym gronie zarówno cech husarii atakującej śmiało gdy zaistnieje okazja widowiskowego wpakowania się w gówno oraz „letkiej” jazdy wołoskiej, co „letko” ucieka od oczywistych, koniecznych i skutecznych rozwiązań podpowiadanych przez wszystkich od profesorów uniwersytetów po oseski mające w swym słowniku nie więcej niż dziesięć słow. Zgodnie z logika tej przypadłości nie zrobi się za panowania Tuska żadnej reformy innej niż toporne zadżebanie obywatelom ich kasy tak, że dopiero po latach się spostrzegą. Takie wyjęcie babci z bieliźniarki forsy odkładanej na pogrzeb.
I przez to nasz Donald Janosik Hood może dawać biednym (no bo jak kto jest głupi to i biedny, bez względu na stan konta) owoce tego co ukradnie bogatym. Oczywista ironia losu w tym wszystkim jest elementem najbardziej pocieszającym. Sprawia oto ów los przewrotny, że w tym wielowątkowym qui pro quo to ci „biedni” i niewątpliwie głupi, którzy z takim zadowoleniem przyglądają się radosnej twórczości Donalda Janosika są też tymi bogatymi, których Janosik w największym stopniu ze skóry obłupi.
Projekt „reformy emerytalnej”, który legł i podstaw mego tekstu to tylko jeden z przyczynków do twierdzenia, że mój naród to w około 50% osobliwi intelektualni masochiści. Można tak szukać i szukać. I napawać się kolejnymi jękami rozkoszy gości co się mają za kwiat, sól ziemi, elitę i oczywisty pępek naszego społeczeństwa. Tylko po co ? Ja się bardziej upewniać nie potrzebuję a tamtym nic już nie pomoże. Przez trzy lata pewnie średnio inteligentny szympans pojąłby więcej.
http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/309530,rzad-rozmontowuje-ofe-by-latac-budzet.html
Jak to zwykle bywa z Polakami to, co dzieje się z nimi i wokół nich budzi podejrzenia, że stanowią oni jakieś metempsychotyczne piekło do którego trafia się za najstraszniejsze przewiny popełnione we wcześniejszych bytach materialnych. Istotą nałożonej na nas kary za niewiadome nam wcześniejsze winy jest uczynienie z nas zbiorowej osobliwości nijak się mającej do tego wszystkiego, co o człowieku dzisiaj wie nauka. Ta nasza zadziwiająca konstrukcja duchowo- intelektualna (mój Boże, wiem jak to brzmi…) stała się pewnie nie przypadkiem kanwą do wielkiej liczby dowcipów ot choćby tego o spadającym, przeciążonym samolocie którego pilot, dla ratowania reszty pasażerów skłania do poświęcenia najpierw Amerykanina, po nim Rosjanina gotowych ponieść śmierć czy to dla demokracji czy ojczyzny (Rodina) a od poproszonego o to samo Polaka słyszy, że ten nie jest głupi i nie będzie dla takich dupereli popełniał samobójstwa.
- Wiedziałem, że pan nie skoczy… - mówi z rezygnacją pilot na co Polak z miejsca podnosi się oburzony.
- Co?! ja nie skoczę?!!! – i skacze…
Tak też musi być ze wspomnianym fenomenem ekipy Tuska i z poparciem obywateli. Tych metempsychotycznych tworów, którym jakiś wewnętrzny imperatyw podpowiada działania i wybory irracjonalne, które prędzej czy później zaowocować muszą gigantycznym kacem jeśli na kacu tylko się skończy. Nieustanne radosne wskazywanie tej ekipy jako wyboru na lata jest dokładnie takim mechanizmem jak ten z opowiedzianego wcześniej dowcipu.
- Nikt rozsądny nie poprze więcej tych dyletantów – podpowiada rozsądek.
- Co?! Ja nie poprę?!!! – odpowiada potencjalny wyborca. I skacze z głupią mina chojraka co to wszystkim „pokazał”.
W tym piekle, którego cechą najłatwiej dostrzeganą jest stawianie wszystkiego na głowie i przedstawianie w formie „obrazu odwróconego” ostrożnie podchodzić należy do etykiet, jakie noszą na sobie przebywające w nim jednostki i ukształtowane przez nie środowiska. Odwrotnie niż w realnym świecie, im więcej o kimś mówi się dobrze tym bardziej musiał on być winien w poprzednich swoich uosobieniach. I tym bardziej ma problem ze swymi ocenami, z wartościowaniem tego, co widzi i ocenia.
Czy nie jest to najlepsze wyjaśnienie całkiem sporej liczby otaczających nas fenomenów, którym tak się dziwimy? Tego nieustannego qui pro quo w którym skaczemy z lubością gdy zapala się komunikat „uwaga! Skok grozi śmiercią”.
Ten zawiły i bełkotliwy wstęp to taki mój hołd dla tego metafizycznie jeno dającego się wyjaśnić stanu mentalnego mego narodu potrafiącego z taką łatwością unieważnić elementarne prawa logiki. Mogłem zastąpić go dwoma zdaniami, w których skupiłbym się na cytowaniu nie koniecznie cenzuralnych epitetów, co będąc jednoznacznie obraźliwymi, prosto a nawet prostacko prześlizgnęłyby się po temacie. Ale jakoś trudno mi o mym narodzie choćby i tylko myśleć jako o zbiorowości, w której zdobycie wykształcenia, lepszej pracy i zapuszczenie korzeni w większym mieście okupuje się przeważnie większym lub mniejszym zidioceniem.
Inspiracją dla powyższych rozważań był dla mnie tekst omawiający misterny… Nie, nie będę się wygłupiał. Omawiający toporny, prymitywny i teoretycznie nie pozostawiający najmniejszych wątpliwości co do tego, że będzie najzwyklejszym rabunkiem, plan ratowania finansów publicznych przez naszą niezmiennie popularną i kochaną ekipę. Ratowania oczywiście w cudzysłowie. Chodzi o łatanie efektów „polityki zielonej wyspy” poprzez transfer na konto „finansów publicznych” pieniędzy stanowiących bez najmniejszych wątpliwości „finanse prywatne”. Pomysł by moja kasa poszła na przepierdolenie by poprawić wskaźniki i samopoczucie ekipy nie dziwi mnie co do istoty. Jakoś niczego bardziej finezyjnego po panu Tusku i jego gromadce od dość dawna nie oczekuję. Wiem dobrze, że mam do czynienia z podmiotem zbiorowym wykazującym specyficzny rodzaj syndromu Jekyll/Hyde, który w tym przypadku przejawia się uosobieniem w tym gronie zarówno cech husarii atakującej śmiało gdy zaistnieje okazja widowiskowego wpakowania się w gówno oraz „letkiej” jazdy wołoskiej, co „letko” ucieka od oczywistych, koniecznych i skutecznych rozwiązań podpowiadanych przez wszystkich od profesorów uniwersytetów po oseski mające w swym słowniku nie więcej niż dziesięć słow. Zgodnie z logika tej przypadłości nie zrobi się za panowania Tuska żadnej reformy innej niż toporne zadżebanie obywatelom ich kasy tak, że dopiero po latach się spostrzegą. Takie wyjęcie babci z bieliźniarki forsy odkładanej na pogrzeb.
I przez to nasz Donald Janosik Hood może dawać biednym (no bo jak kto jest głupi to i biedny, bez względu na stan konta) owoce tego co ukradnie bogatym. Oczywista ironia losu w tym wszystkim jest elementem najbardziej pocieszającym. Sprawia oto ów los przewrotny, że w tym wielowątkowym qui pro quo to ci „biedni” i niewątpliwie głupi, którzy z takim zadowoleniem przyglądają się radosnej twórczości Donalda Janosika są też tymi bogatymi, których Janosik w największym stopniu ze skóry obłupi.
Projekt „reformy emerytalnej”, który legł i podstaw mego tekstu to tylko jeden z przyczynków do twierdzenia, że mój naród to w około 50% osobliwi intelektualni masochiści. Można tak szukać i szukać. I napawać się kolejnymi jękami rozkoszy gości co się mają za kwiat, sól ziemi, elitę i oczywisty pępek naszego społeczeństwa. Tylko po co ? Ja się bardziej upewniać nie potrzebuję a tamtym nic już nie pomoże. Przez trzy lata pewnie średnio inteligentny szympans pojąłby więcej.
http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/309530,rzad-rozmontowuje-ofe-by-latac-budzet.html
sobota, 9 października 2010
Zawał państwa (siena palona).
Kiedy patrzyłem na pierwsze obecnie osoby w państwie i słuchałem tego, co mają do powiedzenia w sprawach, które w ostatnich dniach zaprzątają (niepotrzebnie zresztą) głowy opinii publicznej, sam sobie zadałem pytanie o co może w tym chodzić. I sam sobie odpowiedziałem dowcipem. Czemu tedy obecna władza zaczęła się zachowywać jak, nie przymierzając jakiś mocno stuningowany Ziobro? Bo pojęła, że do pełnych 100% poparcia brakuje jej głosów różnych faszystów, strzałokrzyżowców, oenerowców i innych wielbicieli języka gestów wykonywanych za pomocą pałki.
Oglądając ostatnie występy czy to pana Premiera czy też Schetyny Grzegorza ktoś, kto ich nie lubi, a ja do takich ktosiów zaliczam się od dawna i całym sercem, musi czuć nieziemską satysfakcję. Wiem, że teraz, z tego powodu, może paść zarzut, że ta schadenfreude to głupota bo przecież państwo… Otóż nie! Z państwem jest tak jak byłoby bez mojej radości z oglądania „zwrotu przez środkowe ramię” w wykonaniu naszych „konserwatywno- liberalnych socjalistów wolnorynkowych”. To nie przez to że gęba mi się śmieje jak widzę Tuska w brunatnych barwach on jest w brunatnych barwach. On po prostu tak teraz ma i tyle. Twierdzenie, że ma w tym udział radość rosemanna pochlebia zarazem i mocno krzywdzi tego ostatniego. Ten tytułowy zawał dotyczy „państwa” w znaczeniu wizji, którą starali się nas uwodzić przez kilka ostatnich lat panowie z PO.
Teraz ci, co uwieść się nie dali mogą choć przez chwilę odczuć satysfakcję, pokiwać głową i rzec do siebie „No i na co im przyszło…”. No bo i fakt.
Smutnym widokiem zawsze jest gdy polityk kończy wcielając się w skórę demona przeciwko któremu szedł do władzy. Nie wiem czy już panu Tuskowi oraz panu Schetynie doniesiono o pojawiających się nawet i w „zaprzyjaźnionych stacjach” uwagach, że dopuszczają się „ziobryzacji”. Jeśli doniesiono to chciałbym widzieć ich miny. Bo nie mam wątpliwości, że nie da się dla nich znaleźć obelgi większej niż to określenie. I nawet nie chodzi o sam termin związany z na pewno nie darzonym miłością politycznym konkurentem ale to, co oni w to określenie przed laty a i później przez lata pakowali. I teraz tę sporą pakę muszą sami rozpakowywać jako niechciany prezent.
Wczoraj z małym zdumieniem ale z wielką satysfakcją oglądałem Schetynę jak zapowiadał, że sprawie „inwigilacji” trzeba się będzie przyjrzeć. Zapowiadał to musząc być świadomym, że mówi tak o sprawie, którą dwukrotnie uznano za sprawę nie kwalifikującą się by zajmowały się nią (przyglądały się jej) organa chroniące praworządność. I to jego „przyjrzeć się” w tej sytuacji i w tym kontekście jawi się nie inaczej jak wystąpienie przeciw praworządności a nie w jej obronie.
Dziś mogliśmy oglądać sceny zdecydowanie bardziej gorszące. Oto z miną bohatera z sądu w Łodzi wychodził gość, którego pewnie mało kto chciałby widzieć na wolności. Jedna z „zaprzyjaźnionych stacji” tę minę zestawiła na jednym ekranie z butnymi zapowiedziami Premiera, który w sytuacji, gdy nawet nie wszczęto do końca przeciwko gościowi procedur, już ferował wyroki jakby nie docierało do niego to, że nad władzą sądowniczą jego władza się (jeszcze) nie rozciąga. Kiedy patrzyłem na zaciętą twarz Tuska i zadowoloną gębę na drugiej połówce ekranu przypomniał mi się pewien wyniesiony ongiś przy niemałym udziale Tuska do roli bohatera chirurg mający kolekcję drogich alkoholi i piór i lubujący się w znajdowanych w książkach kopertach z kasą. I przypomniało mi się jeszcze kilka nietrafionych wyborów personalnych pana Tuska. I nie mogłem przez to nie pomyśleć że do kreowania bohaterów to nie ma Donald Tusk za szczęśliwej ręki. Jak jakiś nieszczęsny alchemik co swe życie postanowił poświęcić na nie rokujące żadnych nadziei próby uzyskania złota z gówna. To się nie może udać…
Duszone zawałem państwo to ten koncept, który wymyślili panowie Tusk i Schetyna gdy szli do władzy. Przybierające właśnie taką formę, przeciwko której (wmawianej przeciwnikom) zostało wtedy powołane. I trudno zaprzeczyć że ten zawał ma osobliwą formę. Polega nie na czymś innym tylko na tym, że goniąc za cieniem tamtej mieszanej przed laty z błotem i innymi nieczystościami, wmawianej obywatelom jako największa możliwa obecnie forma zagrożenia poczwary w końcu udało się ją dogonić. Ale próba jej złapania zakończyła się porządnym ugryzieniem się w dupę i odkryciem, że ten cień to był cień własny.
Zdaję sobie sprawę, że mój kraj jest w rękach tego właśnie państwa, które teraz zwija się w konwulsjach wbijania siekaczy we własny zad. I mam świadomość, że dla kraju zbyt korzystne to nie jest. Ale czy to moja wina? Ja do tego ręki nie przykładałem. Nawet maleńkiego paluszka. I nic nie pomoże że będę teraz załamywał ręce i zalewał się łzami nad tą raną zadaną w pościgu za własną dupą. Nic też nie zaszkodzi jak będę z uśmiechem przyglądał się osobliwej przemianie tego pełnego niegdyś wzniosłych słów o wolności, sprawiedliwości i dobrobycie „lenińskiego komsomołu” co z takim przytupem brał władzę przed kilku laty śpiewając że „zawsze niech…” (wiem, że miało raczej być „przepięknie”) w groteskowe „hitlerjugend” straszące tego i owego marsowymi minami i tembrem głosu i zapowiedziami nieomal „odrąbywania ręki”.
Oczywiście powinienem zastanowić się czy nie jest to właściwie powód do tego, żeby się bać. Nie zaprzeczę, że rozważałem i tę opcję. Ale kiedy zobaczyłem zestawienie pooranego bruzdami czoła wodza tych totalniaków wygrażającego podniesionym głosem w zestawieniu z zadowoloną, nalaną gębą dwudziestokilkuletniego cwaniaczka, któremu, jak widać ten wrzeszczący z trybuny kolo może póki co skoczyć, uznałem, że nie ma się czego bać. Że za ciency oni by zrobić cokolwiek. Czy to dobrego czy złego. Mogą co najwyżej ponaprężać się mniej lub bardziej. I poroztaczać wokół aurę w kolorze siena palona.
Oglądając ostatnie występy czy to pana Premiera czy też Schetyny Grzegorza ktoś, kto ich nie lubi, a ja do takich ktosiów zaliczam się od dawna i całym sercem, musi czuć nieziemską satysfakcję. Wiem, że teraz, z tego powodu, może paść zarzut, że ta schadenfreude to głupota bo przecież państwo… Otóż nie! Z państwem jest tak jak byłoby bez mojej radości z oglądania „zwrotu przez środkowe ramię” w wykonaniu naszych „konserwatywno- liberalnych socjalistów wolnorynkowych”. To nie przez to że gęba mi się śmieje jak widzę Tuska w brunatnych barwach on jest w brunatnych barwach. On po prostu tak teraz ma i tyle. Twierdzenie, że ma w tym udział radość rosemanna pochlebia zarazem i mocno krzywdzi tego ostatniego. Ten tytułowy zawał dotyczy „państwa” w znaczeniu wizji, którą starali się nas uwodzić przez kilka ostatnich lat panowie z PO.
Teraz ci, co uwieść się nie dali mogą choć przez chwilę odczuć satysfakcję, pokiwać głową i rzec do siebie „No i na co im przyszło…”. No bo i fakt.
Smutnym widokiem zawsze jest gdy polityk kończy wcielając się w skórę demona przeciwko któremu szedł do władzy. Nie wiem czy już panu Tuskowi oraz panu Schetynie doniesiono o pojawiających się nawet i w „zaprzyjaźnionych stacjach” uwagach, że dopuszczają się „ziobryzacji”. Jeśli doniesiono to chciałbym widzieć ich miny. Bo nie mam wątpliwości, że nie da się dla nich znaleźć obelgi większej niż to określenie. I nawet nie chodzi o sam termin związany z na pewno nie darzonym miłością politycznym konkurentem ale to, co oni w to określenie przed laty a i później przez lata pakowali. I teraz tę sporą pakę muszą sami rozpakowywać jako niechciany prezent.
Wczoraj z małym zdumieniem ale z wielką satysfakcją oglądałem Schetynę jak zapowiadał, że sprawie „inwigilacji” trzeba się będzie przyjrzeć. Zapowiadał to musząc być świadomym, że mówi tak o sprawie, którą dwukrotnie uznano za sprawę nie kwalifikującą się by zajmowały się nią (przyglądały się jej) organa chroniące praworządność. I to jego „przyjrzeć się” w tej sytuacji i w tym kontekście jawi się nie inaczej jak wystąpienie przeciw praworządności a nie w jej obronie.
Dziś mogliśmy oglądać sceny zdecydowanie bardziej gorszące. Oto z miną bohatera z sądu w Łodzi wychodził gość, którego pewnie mało kto chciałby widzieć na wolności. Jedna z „zaprzyjaźnionych stacji” tę minę zestawiła na jednym ekranie z butnymi zapowiedziami Premiera, który w sytuacji, gdy nawet nie wszczęto do końca przeciwko gościowi procedur, już ferował wyroki jakby nie docierało do niego to, że nad władzą sądowniczą jego władza się (jeszcze) nie rozciąga. Kiedy patrzyłem na zaciętą twarz Tuska i zadowoloną gębę na drugiej połówce ekranu przypomniał mi się pewien wyniesiony ongiś przy niemałym udziale Tuska do roli bohatera chirurg mający kolekcję drogich alkoholi i piór i lubujący się w znajdowanych w książkach kopertach z kasą. I przypomniało mi się jeszcze kilka nietrafionych wyborów personalnych pana Tuska. I nie mogłem przez to nie pomyśleć że do kreowania bohaterów to nie ma Donald Tusk za szczęśliwej ręki. Jak jakiś nieszczęsny alchemik co swe życie postanowił poświęcić na nie rokujące żadnych nadziei próby uzyskania złota z gówna. To się nie może udać…
Duszone zawałem państwo to ten koncept, który wymyślili panowie Tusk i Schetyna gdy szli do władzy. Przybierające właśnie taką formę, przeciwko której (wmawianej przeciwnikom) zostało wtedy powołane. I trudno zaprzeczyć że ten zawał ma osobliwą formę. Polega nie na czymś innym tylko na tym, że goniąc za cieniem tamtej mieszanej przed laty z błotem i innymi nieczystościami, wmawianej obywatelom jako największa możliwa obecnie forma zagrożenia poczwary w końcu udało się ją dogonić. Ale próba jej złapania zakończyła się porządnym ugryzieniem się w dupę i odkryciem, że ten cień to był cień własny.
Zdaję sobie sprawę, że mój kraj jest w rękach tego właśnie państwa, które teraz zwija się w konwulsjach wbijania siekaczy we własny zad. I mam świadomość, że dla kraju zbyt korzystne to nie jest. Ale czy to moja wina? Ja do tego ręki nie przykładałem. Nawet maleńkiego paluszka. I nic nie pomoże że będę teraz załamywał ręce i zalewał się łzami nad tą raną zadaną w pościgu za własną dupą. Nic też nie zaszkodzi jak będę z uśmiechem przyglądał się osobliwej przemianie tego pełnego niegdyś wzniosłych słów o wolności, sprawiedliwości i dobrobycie „lenińskiego komsomołu” co z takim przytupem brał władzę przed kilku laty śpiewając że „zawsze niech…” (wiem, że miało raczej być „przepięknie”) w groteskowe „hitlerjugend” straszące tego i owego marsowymi minami i tembrem głosu i zapowiedziami nieomal „odrąbywania ręki”.
Oczywiście powinienem zastanowić się czy nie jest to właściwie powód do tego, żeby się bać. Nie zaprzeczę, że rozważałem i tę opcję. Ale kiedy zobaczyłem zestawienie pooranego bruzdami czoła wodza tych totalniaków wygrażającego podniesionym głosem w zestawieniu z zadowoloną, nalaną gębą dwudziestokilkuletniego cwaniaczka, któremu, jak widać ten wrzeszczący z trybuny kolo może póki co skoczyć, uznałem, że nie ma się czego bać. Że za ciency oni by zrobić cokolwiek. Czy to dobrego czy złego. Mogą co najwyżej ponaprężać się mniej lub bardziej. I poroztaczać wokół aurę w kolorze siena palona.
czwartek, 7 października 2010
PRECZ Z GARY COOPEREM czyli III RP Socjalistyczna.
Jak było przed wojną, tą wielka wojną, kiedy Rzeczpospolita istniała jako substancja, której szlachetności składu nikt nie negował i się nie czepiał wiedzieć nie mogę. Domyślać się tylko mogę, że musiało nie być najgorzej, skoro jakoś kwestia, o której chcę pisać nie wyziera ze wspomnień i opracowań odnoszących się do tamtych czasów. Bo na ten przykład z takiego wczesnego PRL-u wyziera i wiem to choć tego akurat PRL-u przecież pamiętać nie mogę. Chodzi mi mianowicie o szlachetny (przynajmniej po części) w nazwie, która sam dla niego wymyśliłem, etos, w duchu którego tamta i obecna odmiana naszej państwowości bardzo konsekwentnie funkcjonuje. Konsekwentnie nie w znaczeniu skuteczności ale uporu trzymania się nie tylko głupiego ale szkodliwego schematu. Nazwanego przeze mnie etosem szeryfa- grabarza.
Właśnie PRL-owska rzeczywistość powołała do życia, oczywiście wraz z cała masą innych wynalazków na które cała reszta świata poza naszym „obozem przyjaźni” nie wpadła i do dziś nie ma najmniejszego zamiaru wpadać, wymyśliła i osobliwą definicję socjalizmu, jako ustroju, który bohatersko zmaga się z problemami nie znanymi w żadnych innych formach ustrojowych. Z żalem przyznać trzeba, że jeśli by uznać te definicję za poważną i wiążącą, to niestety przyszło nam żyć w III Rzeczpospolitej Socjalistycznej. Bo i ona zmaga się w sposób analogiczny.
Ponoć właściwością, która sprawia, że istota ludzka wyróżnia się z całego świata materii ożywionej i nieożywionej jest jej zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Czyli takiego, które pozwala rozważać zdarzenia bez konieczności ich wystąpienia. Nie wiem jak to jest z innymi istotami ludzkimi ale mam podejrzenie, że istoty ludzkie zwane Polakami, szczególnie zaś te istoty ludzkie zwane Polakami, które zostały przez resztę istot ludzkich zwanych Polakami wskazane do wykonywania w ich imieniu czynności zwanych ogólnie rządzeniem w warunkach demokracji, mogą być wspomnianej wyżej zdolności pozbawione.
To, co łączy Polskę współczesną z jej praszczurką w najprostszej linii czyli Polską Rzeczpospolitą Ludową jest zamiłowanie do rozwiązywania spraw w trybie akcyjnym. Na nasze szczęście o ile tamta Polska starała się tak załatwiać co się tylko dało a więc zarówno budowę gminnego stadionu, zbiór buraków, walkę z analfabetyzmem i o elektryfikację czy też problem zrzutu stonki przez imperialistów o tyle teraz załatwia się tak tylko sprawy życia i śmierci. Niestety w bardzo boleśnie dosłownym znaczeniu.
Nie wiem z czego to się bierze ale przerasta czy to naszą wyobraźnię czy w ogóle nasze możliwości coś takiego jak prewencja i profilaktyka. I proszę mi tu nie wyjeżdżać z akcją „wiewiórka” bo i ona pojawiła się po tym gdy całym pokoleniom zęby w proch się obróciły. Nasz byt narodowy od kilkudziesięciu lat budowany jest w oparciu o przekonanie, że nic tak nas nie wzmacnia i nie uczy rozsądku jak parę trupów. Przyznaje, taka lekcja to mocna rzecz. I przyznaję też, że w niektórych kwestiach okazująca się wyjątkowo skuteczną i przynosząca rezultaty. Ot choćby w walce o wolność i demokrację. Oczywiście nie taką wolność i demokrację o jaką ongiś walczył ZBOWiD świętej (chyba…) pamięci. W niej, tej walce, czemu nie da się zaprzeczyć, kamieniami milowymi były tragiczne śmierci Romka Strzałkowskiego, mitycznego Janka Wiśniewskiego, ks. Jerzego Popiełuszki i wielu innych. I choćby przez wzgląd na nie wołam, miejcie litość istoty ludzkie zwane Polakami powołane do rządzenia resztą istot ludzkich zwanych Polakami! Nie nadużywajcie tego schematu bo nie zawsze jest on skuteczny a jeszcze rzadziej wzniosły.
Nie wiem, z czego to wynika ale kiedy pojawia się u nas jakiś problem, w którym na szali położone zostaje ludzkie życie (w różnej liczbie) ci, co za rozwiązanie tego problemu odpowiadają, zachowują się tak, jakby kiedyś zapatrzyli się w niezapomnianą rolę Gary Coopera w równie niezapomnianym obrazie fabularnym „W samo południe” i przysięgli sobie, że będą go w każdej sytuacji naśladować. I są w tym konsekwentni. To zaś wymaga takich warunków, w których musi się pojawić obowiązkowo jakiś zbir albo kilku zbirów, musi dojść do pozbawienia przez zbira, czy tez zbirów życia kilku sprawiedliwych i niewinnych obywateli i jeszcze kilku niegodziwości. I wtedy stanowczo wkracza nasz domorosły Gary Cooper, zbirów rozwala, niewinnym ofiarom urządza pochówek z honorami i następuje happy end.
Sęk w tym, że nie dla wszystkich happy.
Sprawienie, by huśtawki na placach zabaw i bramki na szkolnych boiskach nie przewracały się podczas korzystania z nich w naszym kraju obowiązkowo wymaga śmierci na placu zabaw czy boisku jakiejś dziewczynki lub chłopca i pokazania w telewizji łez jej rodziców. Kontrolowanie stanu autobusów wożących wycieczki misi (!) być poprzedzone rozsmarowaniem na asfalcie hipotetycznej klasy III b z hipotetycznego Pacanowa jadącej obejrzeć morze. Odśnieżanie dachów obiektów wielkopowierzchniowych da się załatwić dopiero wtedy jak jakiś dach zadusi pól setki ludzi. Wreszcie wysłanie zbrojnych patroli do boju o czystą krew i umysły naszych pociech wymaga tu i ówdzie śmiertelnego zejścia paru z nich. I można tak mnożyć. Ale za to kiedy już się to stanie cała III rzeczpospolita Socjalistyczna może sobie oglądać transmisję z kolejnej akcji, w której na ulicę wychodzi kolejny szeryf Gary Cooper, dla niepoznaki nazwany a to Inspekcją Pracy, a to prokuraturą, a to Donaldem Tuskiem czy innym Ziobrą Zbigniewem albo też Głównym Inspektorem Sanitarnym i robi porządek. Znaczy urządza pogrzeby i odstrzeliwuje zbirów.
I tak, nie mam najmniejszych złudzeń, będzie chyba do końca istnienia istot ludzkich zwanych Polakami. Ten zaszczepiony nam nie wiedzieć kiedy, organiczny zapewne defekt pozostanie naszą skazą do końca. Bo o ile już nauczyliśmy się, że jak już woda wzbierze to i spłynie. Ale za ch**a nie jesteśmy sobie w stanie wbić do głowy w jaki sposób spłynie i co się przy tym może stać. Choćby co drugi dzień nam przed nosem spływała z połową naszego narodowego majątku. Wiemy już, że „Tajfun” szkodzi jak cholera a nawet zabić może ale do wczoraj nam się wydawało, że jak się go dla odmiany nazwie „Cyklon” to z a nuż straci swą śmiercionośną właściwość. Wiedzieliśmy tyle cholernie dramatycznych rzeczy ale nam do głowy nie przyszło, że jak zdarzą się w kopalni „Wujek” to mogą i w kopalni „Siersza” czy w innym „Manifeście Lipcowym”. Bez praktycznego doświadczenia za nic nam do głowy nie przyszło, że psujący się co rusz samolot jest znacznie bardziej cięższy od powietrza niż taki, który się nie psuje.
I ciągle pozostajemy przy tym swoim idiotycznym aplauzie dla kolejnych szeryfów- grabarzy z ich widowiskowymi akcjami zamiast zapragnąć, by zastąpił ich ktoś, kto dobry nie jest w sięganiu po spluwę czy w pogrzebowych ceremoniach ale potrafi najzwyczajniej pomyśleć. Któremu wystarczy rdza zżerająca konstrukcję huśtawki, samolotu czy autobusu a nie koniecznie ileś zmasakrowanych trupów by podjął taką czy inną decyzję.
Może wtedy nie będziemy musieli heroicznie i ofiarnie rozwiązywać problemów nieznanych w innych systemach ustrojowych.
Pewnie wielu nie ma dziś pojęcia kim był Gary Cooper. Choć radośnie reaguje widząc jego emanację w kolejnych biegających po naszej politycznej scenie kogucikach. I pewnie nic by nam lepiej nie zrobiło jak wprowadzenie tego w życie tytułowego okrzyku.
A więc PRECZ Z GARY COOPEREM!!!!!!!!!
Właśnie PRL-owska rzeczywistość powołała do życia, oczywiście wraz z cała masą innych wynalazków na które cała reszta świata poza naszym „obozem przyjaźni” nie wpadła i do dziś nie ma najmniejszego zamiaru wpadać, wymyśliła i osobliwą definicję socjalizmu, jako ustroju, który bohatersko zmaga się z problemami nie znanymi w żadnych innych formach ustrojowych. Z żalem przyznać trzeba, że jeśli by uznać te definicję za poważną i wiążącą, to niestety przyszło nam żyć w III Rzeczpospolitej Socjalistycznej. Bo i ona zmaga się w sposób analogiczny.
Ponoć właściwością, która sprawia, że istota ludzka wyróżnia się z całego świata materii ożywionej i nieożywionej jest jej zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Czyli takiego, które pozwala rozważać zdarzenia bez konieczności ich wystąpienia. Nie wiem jak to jest z innymi istotami ludzkimi ale mam podejrzenie, że istoty ludzkie zwane Polakami, szczególnie zaś te istoty ludzkie zwane Polakami, które zostały przez resztę istot ludzkich zwanych Polakami wskazane do wykonywania w ich imieniu czynności zwanych ogólnie rządzeniem w warunkach demokracji, mogą być wspomnianej wyżej zdolności pozbawione.
To, co łączy Polskę współczesną z jej praszczurką w najprostszej linii czyli Polską Rzeczpospolitą Ludową jest zamiłowanie do rozwiązywania spraw w trybie akcyjnym. Na nasze szczęście o ile tamta Polska starała się tak załatwiać co się tylko dało a więc zarówno budowę gminnego stadionu, zbiór buraków, walkę z analfabetyzmem i o elektryfikację czy też problem zrzutu stonki przez imperialistów o tyle teraz załatwia się tak tylko sprawy życia i śmierci. Niestety w bardzo boleśnie dosłownym znaczeniu.
Nie wiem z czego to się bierze ale przerasta czy to naszą wyobraźnię czy w ogóle nasze możliwości coś takiego jak prewencja i profilaktyka. I proszę mi tu nie wyjeżdżać z akcją „wiewiórka” bo i ona pojawiła się po tym gdy całym pokoleniom zęby w proch się obróciły. Nasz byt narodowy od kilkudziesięciu lat budowany jest w oparciu o przekonanie, że nic tak nas nie wzmacnia i nie uczy rozsądku jak parę trupów. Przyznaje, taka lekcja to mocna rzecz. I przyznaję też, że w niektórych kwestiach okazująca się wyjątkowo skuteczną i przynosząca rezultaty. Ot choćby w walce o wolność i demokrację. Oczywiście nie taką wolność i demokrację o jaką ongiś walczył ZBOWiD świętej (chyba…) pamięci. W niej, tej walce, czemu nie da się zaprzeczyć, kamieniami milowymi były tragiczne śmierci Romka Strzałkowskiego, mitycznego Janka Wiśniewskiego, ks. Jerzego Popiełuszki i wielu innych. I choćby przez wzgląd na nie wołam, miejcie litość istoty ludzkie zwane Polakami powołane do rządzenia resztą istot ludzkich zwanych Polakami! Nie nadużywajcie tego schematu bo nie zawsze jest on skuteczny a jeszcze rzadziej wzniosły.
Nie wiem, z czego to wynika ale kiedy pojawia się u nas jakiś problem, w którym na szali położone zostaje ludzkie życie (w różnej liczbie) ci, co za rozwiązanie tego problemu odpowiadają, zachowują się tak, jakby kiedyś zapatrzyli się w niezapomnianą rolę Gary Coopera w równie niezapomnianym obrazie fabularnym „W samo południe” i przysięgli sobie, że będą go w każdej sytuacji naśladować. I są w tym konsekwentni. To zaś wymaga takich warunków, w których musi się pojawić obowiązkowo jakiś zbir albo kilku zbirów, musi dojść do pozbawienia przez zbira, czy tez zbirów życia kilku sprawiedliwych i niewinnych obywateli i jeszcze kilku niegodziwości. I wtedy stanowczo wkracza nasz domorosły Gary Cooper, zbirów rozwala, niewinnym ofiarom urządza pochówek z honorami i następuje happy end.
Sęk w tym, że nie dla wszystkich happy.
Sprawienie, by huśtawki na placach zabaw i bramki na szkolnych boiskach nie przewracały się podczas korzystania z nich w naszym kraju obowiązkowo wymaga śmierci na placu zabaw czy boisku jakiejś dziewczynki lub chłopca i pokazania w telewizji łez jej rodziców. Kontrolowanie stanu autobusów wożących wycieczki misi (!) być poprzedzone rozsmarowaniem na asfalcie hipotetycznej klasy III b z hipotetycznego Pacanowa jadącej obejrzeć morze. Odśnieżanie dachów obiektów wielkopowierzchniowych da się załatwić dopiero wtedy jak jakiś dach zadusi pól setki ludzi. Wreszcie wysłanie zbrojnych patroli do boju o czystą krew i umysły naszych pociech wymaga tu i ówdzie śmiertelnego zejścia paru z nich. I można tak mnożyć. Ale za to kiedy już się to stanie cała III rzeczpospolita Socjalistyczna może sobie oglądać transmisję z kolejnej akcji, w której na ulicę wychodzi kolejny szeryf Gary Cooper, dla niepoznaki nazwany a to Inspekcją Pracy, a to prokuraturą, a to Donaldem Tuskiem czy innym Ziobrą Zbigniewem albo też Głównym Inspektorem Sanitarnym i robi porządek. Znaczy urządza pogrzeby i odstrzeliwuje zbirów.
I tak, nie mam najmniejszych złudzeń, będzie chyba do końca istnienia istot ludzkich zwanych Polakami. Ten zaszczepiony nam nie wiedzieć kiedy, organiczny zapewne defekt pozostanie naszą skazą do końca. Bo o ile już nauczyliśmy się, że jak już woda wzbierze to i spłynie. Ale za ch**a nie jesteśmy sobie w stanie wbić do głowy w jaki sposób spłynie i co się przy tym może stać. Choćby co drugi dzień nam przed nosem spływała z połową naszego narodowego majątku. Wiemy już, że „Tajfun” szkodzi jak cholera a nawet zabić może ale do wczoraj nam się wydawało, że jak się go dla odmiany nazwie „Cyklon” to z a nuż straci swą śmiercionośną właściwość. Wiedzieliśmy tyle cholernie dramatycznych rzeczy ale nam do głowy nie przyszło, że jak zdarzą się w kopalni „Wujek” to mogą i w kopalni „Siersza” czy w innym „Manifeście Lipcowym”. Bez praktycznego doświadczenia za nic nam do głowy nie przyszło, że psujący się co rusz samolot jest znacznie bardziej cięższy od powietrza niż taki, który się nie psuje.
I ciągle pozostajemy przy tym swoim idiotycznym aplauzie dla kolejnych szeryfów- grabarzy z ich widowiskowymi akcjami zamiast zapragnąć, by zastąpił ich ktoś, kto dobry nie jest w sięganiu po spluwę czy w pogrzebowych ceremoniach ale potrafi najzwyczajniej pomyśleć. Któremu wystarczy rdza zżerająca konstrukcję huśtawki, samolotu czy autobusu a nie koniecznie ileś zmasakrowanych trupów by podjął taką czy inną decyzję.
Może wtedy nie będziemy musieli heroicznie i ofiarnie rozwiązywać problemów nieznanych w innych systemach ustrojowych.
Pewnie wielu nie ma dziś pojęcia kim był Gary Cooper. Choć radośnie reaguje widząc jego emanację w kolejnych biegających po naszej politycznej scenie kogucikach. I pewnie nic by nam lepiej nie zrobiło jak wprowadzenie tego w życie tytułowego okrzyku.
A więc PRECZ Z GARY COOPEREM!!!!!!!!!
poniedziałek, 20 września 2010
Państwo (o wiarołomnych ogrodnikach)
Państwo to twór kulawy i koncepcja nieszczęsna. Jego kalectwo najbardziej widać gdy ten i ów zawraca się do tych czy owych ze słowami „wolą państwa jest…” a ono nie może w tym momencie przemówić i wyjaśnić, co tak naprawdę jest jego wolą i co ten czy ów ze swoją wolą ubieraną w jego autorytet może sobie zrobić. Dokładniej zaś gdzie może ją sobie wsadzić. Oczywiście tak było od zarania wszelkich państwowości bo państwo wymyślono na kształt pałkarza, który miał trzymać za mordę rozłażącą się i nazbyt rozzuchwalona hołotę co miała słuchać i robić to co ten i ów… Ups! Co państwo mu kazało.
W końcu jeden mądry przyznał „państwo to ja” i wszystko było jasne. Oczywiście do czasu bo później, jak człowiek się zrobił bardzie światły okazało się, że nie „ja” tylko „my”. I tak już zostało. I teraz różni „my”… Ale dość tej historii.
Do czego zmierzał ten wstęp? Jak wszystko, co gdzieś zmierza, zmierzał do końca. A końcem miała być konkluzja, że Państwo w zasadzie to wielkie nic. Taka bańka w środku pusta, czekająca by ją wypełnić jakąś treścią. Czasem wypełnia się ją a jeszcze częściej zostawia się te bańkę by robiła wrażenie tym, że jest i że ją widać już na pierwszy rzut oka choć nic jej w środek nie włożono.
Rozważania o państwie, choć wydawać by się mogło, że bezsensowne , skoro bywa i tak, że nie jest ono wypełnione żadną treścią, mają sens. Choćby dlatego, że w dyskusji o bytach zbiorowych i ich woli już dawno akcent przesunął się z Narodu na Państwo. Z jakości, która treść ma zawsze, czasem nawet o nią nieproszona na tę, która jest pusta i przez to możliwa do wypełniania od razu i czym się tylko zechce.
Zdecydowanie wygodniejszej. Tak więc jeśli się chce o czymś dyskutować na poziome trwania i w tym trwaniu moszczenia sobie (a często wręcz wykopywania sobie na tych, co też nie szczędzą obcasów) właściwego miejsca z dobrymi widokami to trzeba mówić o Państwie. O Narodzie nikt gadać nie chce…
A z tym państwem to jest tak, że choć naw rośnie i rozkwita przynajmniej wszędzie tam gdzie zwykło się mówić o rozwoju i rozkwicie, to jakoś nie cieszy ten rozwój i rozkwit tych, co pod nie mniej lub bardziej właściwy nawóz sypią. I o to mi chodzi. Bo jak ogrodnik ma gdzieś oddany sobie ogród znaczy to, że ogród musi zmarnieć. I nie pomogą tu żadne płacze i modły (to z Osieckiej…).
Zdawać by się mogło, że naturalna ścieżka kariery, w tym i kariery polityka powinna przebiegać tak: najpierw człowiek stara się być jak najlepszy na tym najniższym dostępnym sobie szczeblu i równocześnie poukładać sobie jak należy sprawy osobiste. Czyli dom zbudować, drzewo posadzić i takie tam a obok tego najlepiej robić to, co na samym dole akurat robić trzeba. Później, jak już w tym i w tym się sprawdzi, daje mu się jakieś mocno lokalne, ale odpowiedzialne funkcje i zadania. Gdzieś po drodze pozwolić mu wypada powójtować, burmistrzyć czy prezydencić jakiej gminie czy mieścinie. I tak stopień po stopniu aż na sam koniec (z tym „koniec” podkreślonym bardzo mocno) powołuje się go by służył Państwu jako poseł, senator, minister. I to powinno być ukoronowaniem politycznej drogi. By było wiadomo, że nie przypadkiem i jakimś celu ja, mój dom, moja ulica, moje miasto są kawałkami czegoś, co nazywa się Państwem. Wydaje się, przynajmniej mi, że tak właśnie być powinno i że jest to oczywiste.
Ale nie jest tak.
Od czasu jak nasz polityczny horyzont opanowało widmo wyborów municypalnych widać, że jest zdecydowanie inaczej. Jakoś tak na tyle pokracznie, że nie poważę się opisać tego żadnym schematem. Oto na przykład facet, którego to jego partia (co ważne partia, która niemal bez żadnych ograniczeń trzyma państwo w swych rękach) postawiła w roli broniącego jej honoru wobec bardzo brzydkich zarzutów, i którego w roli tego anioła stróża tej partii, co trzyma państwo bez ograniczeń, pokazywały przez ponad rok wszystkie telewizje, publiczne i zaprzyjaźnione i przez które nazwisko faceta zna cała Polska od przedszkolaka, przez żigolaka do prawie umarlaka, ten facet koronuje swoją niewątpliwą karierę w sposób dla mnie nielogiczny. Bo jakby nie było gość, którego kojarzy niemal każdy w 40 milionowym narodzie, karierę zrobił. Jak ktoś ma wątpliwości to zapraszam, niech staje się rozpoznawalnym. Ale wróćmy do faceta. Oto ten facet te swoje piętnaście minut sławy postanawia przekuć w… prezydenturę. Nie! Nie w prezydenturę Rzeczypospolitej! W prezydenturę Zabrza. Kto nie mieszka a tylko był w Zabrzu na chwilę ten wie skąd to moje zdumienie. Nie ujmuję nic (przynajmniej się staram) temu nieznanemu mi miastu co ma jeden peron ale za to nie ma choćby jednej skrytki na bagaż, co wygląda jakby miało piętnaście tysięcy mieszkańców i położone było na peryferii Mazowsza (nie ujmując nic i Mazowszu…) ale za to ma piękny Pałac Muzyki i Tańca. Jak jaka Warszawa prawie. Tak z perspektywy mnie, przybysza na kilka godzin, wygląda owo „coś”, co jest marzeniem faceta, który zaistniał właśnie na niwie ogólnokrajowej, osiągalnym tylko dlatego, że zaistniał na niwie ogólnokrajowej. No chyba że ta muzyka i taniec tak go pociągają…
I nie jest to jedyny przypadek. Szykuje się nam desant cały tych, którzy uznali, że skoro już się w pracy dla państwa tak świetnie sprawili i sprawdzili to teraz czas by te swoje sprawdzone kompetencje chcą łaskawie oddać a to Skierniewicom a to Radomiowi. Wczoraj usłyszałem jedną panią, która już ta drogą poszła i teraz twierdzi, że ona chętnie by porządziła Księstwem Warszawskim ale rządzi tym, co ma. I w tym pewnie sęk i cała odpowiedź na te dziwną i z pozoru nonsensowną woltę pana, co go zna 40 milionów Polaków. Tu, gdzie teraz on jest, jest po to by służyć a tam będzie rządził tym, co będzie miał. „rządził” i „miał”.
Tak się zakręciliśmy w tym naszym „ludowładztwie” że prawdziwa władza jest teraz w Rykach, Koluszkach i innych Myszykiszkach. Tak przynajmniej dają do zrozumienia nasi wybrańcy do „organów przedstawicielskich”. Widać więc że i te „organy” i „przedstawiciele” to po prostu iluzja. Na która my ciągle się nabieramy a która wreszcie zauważyli „przedstawiciele”. I choć tyle dobrego, że wykazali się inteligencją i byli w stanie to i owo zauważyć i pojąć.
No a co z państwem? Ono oczywiście jest. I będzie. Jest jak taki sznurek co podtrzymuje grubasowi spodnie i na tym cała rola w życiu grubasa się ogranicza. Ale jest i tego grubasa jednak uwiera i co więcej bez niego grubas nie istnieje. Przynajmniej w sensie społecznym.
Co z państwem…? Ono jest. Choć czasem, jak pojedzie na urlop do jakiej Grecji to w zasadzie nie wiadomo czy jest. A jeśli jednak jest to czy tu czy w tej Grecji? Nie tak dawno nagle nam państwo, co było jedno (a przynajmniej ja tak sądziłem) wypączkowało triumwirat. I teraz potrafi być w kilku miejscach jednocześnie. Czasem i tak potrafi, że w jednym miejscu jest bardziej niż w drugim. Większością kwalifikowaną dwóch trzecich.
I daje sobie świetnie radę. Przynajmniej tak mówi. I kiedyś pewnie bym się zastanawiał czy ma rację czy nie. Teraz raczej zastanawiam się czy daje rade tak jak Zabrze czy nieco mniej.
W końcu jeden mądry przyznał „państwo to ja” i wszystko było jasne. Oczywiście do czasu bo później, jak człowiek się zrobił bardzie światły okazało się, że nie „ja” tylko „my”. I tak już zostało. I teraz różni „my”… Ale dość tej historii.
Do czego zmierzał ten wstęp? Jak wszystko, co gdzieś zmierza, zmierzał do końca. A końcem miała być konkluzja, że Państwo w zasadzie to wielkie nic. Taka bańka w środku pusta, czekająca by ją wypełnić jakąś treścią. Czasem wypełnia się ją a jeszcze częściej zostawia się te bańkę by robiła wrażenie tym, że jest i że ją widać już na pierwszy rzut oka choć nic jej w środek nie włożono.
Rozważania o państwie, choć wydawać by się mogło, że bezsensowne , skoro bywa i tak, że nie jest ono wypełnione żadną treścią, mają sens. Choćby dlatego, że w dyskusji o bytach zbiorowych i ich woli już dawno akcent przesunął się z Narodu na Państwo. Z jakości, która treść ma zawsze, czasem nawet o nią nieproszona na tę, która jest pusta i przez to możliwa do wypełniania od razu i czym się tylko zechce.
Zdecydowanie wygodniejszej. Tak więc jeśli się chce o czymś dyskutować na poziome trwania i w tym trwaniu moszczenia sobie (a często wręcz wykopywania sobie na tych, co też nie szczędzą obcasów) właściwego miejsca z dobrymi widokami to trzeba mówić o Państwie. O Narodzie nikt gadać nie chce…
A z tym państwem to jest tak, że choć naw rośnie i rozkwita przynajmniej wszędzie tam gdzie zwykło się mówić o rozwoju i rozkwicie, to jakoś nie cieszy ten rozwój i rozkwit tych, co pod nie mniej lub bardziej właściwy nawóz sypią. I o to mi chodzi. Bo jak ogrodnik ma gdzieś oddany sobie ogród znaczy to, że ogród musi zmarnieć. I nie pomogą tu żadne płacze i modły (to z Osieckiej…).
Zdawać by się mogło, że naturalna ścieżka kariery, w tym i kariery polityka powinna przebiegać tak: najpierw człowiek stara się być jak najlepszy na tym najniższym dostępnym sobie szczeblu i równocześnie poukładać sobie jak należy sprawy osobiste. Czyli dom zbudować, drzewo posadzić i takie tam a obok tego najlepiej robić to, co na samym dole akurat robić trzeba. Później, jak już w tym i w tym się sprawdzi, daje mu się jakieś mocno lokalne, ale odpowiedzialne funkcje i zadania. Gdzieś po drodze pozwolić mu wypada powójtować, burmistrzyć czy prezydencić jakiej gminie czy mieścinie. I tak stopień po stopniu aż na sam koniec (z tym „koniec” podkreślonym bardzo mocno) powołuje się go by służył Państwu jako poseł, senator, minister. I to powinno być ukoronowaniem politycznej drogi. By było wiadomo, że nie przypadkiem i jakimś celu ja, mój dom, moja ulica, moje miasto są kawałkami czegoś, co nazywa się Państwem. Wydaje się, przynajmniej mi, że tak właśnie być powinno i że jest to oczywiste.
Ale nie jest tak.
Od czasu jak nasz polityczny horyzont opanowało widmo wyborów municypalnych widać, że jest zdecydowanie inaczej. Jakoś tak na tyle pokracznie, że nie poważę się opisać tego żadnym schematem. Oto na przykład facet, którego to jego partia (co ważne partia, która niemal bez żadnych ograniczeń trzyma państwo w swych rękach) postawiła w roli broniącego jej honoru wobec bardzo brzydkich zarzutów, i którego w roli tego anioła stróża tej partii, co trzyma państwo bez ograniczeń, pokazywały przez ponad rok wszystkie telewizje, publiczne i zaprzyjaźnione i przez które nazwisko faceta zna cała Polska od przedszkolaka, przez żigolaka do prawie umarlaka, ten facet koronuje swoją niewątpliwą karierę w sposób dla mnie nielogiczny. Bo jakby nie było gość, którego kojarzy niemal każdy w 40 milionowym narodzie, karierę zrobił. Jak ktoś ma wątpliwości to zapraszam, niech staje się rozpoznawalnym. Ale wróćmy do faceta. Oto ten facet te swoje piętnaście minut sławy postanawia przekuć w… prezydenturę. Nie! Nie w prezydenturę Rzeczypospolitej! W prezydenturę Zabrza. Kto nie mieszka a tylko był w Zabrzu na chwilę ten wie skąd to moje zdumienie. Nie ujmuję nic (przynajmniej się staram) temu nieznanemu mi miastu co ma jeden peron ale za to nie ma choćby jednej skrytki na bagaż, co wygląda jakby miało piętnaście tysięcy mieszkańców i położone było na peryferii Mazowsza (nie ujmując nic i Mazowszu…) ale za to ma piękny Pałac Muzyki i Tańca. Jak jaka Warszawa prawie. Tak z perspektywy mnie, przybysza na kilka godzin, wygląda owo „coś”, co jest marzeniem faceta, który zaistniał właśnie na niwie ogólnokrajowej, osiągalnym tylko dlatego, że zaistniał na niwie ogólnokrajowej. No chyba że ta muzyka i taniec tak go pociągają…
I nie jest to jedyny przypadek. Szykuje się nam desant cały tych, którzy uznali, że skoro już się w pracy dla państwa tak świetnie sprawili i sprawdzili to teraz czas by te swoje sprawdzone kompetencje chcą łaskawie oddać a to Skierniewicom a to Radomiowi. Wczoraj usłyszałem jedną panią, która już ta drogą poszła i teraz twierdzi, że ona chętnie by porządziła Księstwem Warszawskim ale rządzi tym, co ma. I w tym pewnie sęk i cała odpowiedź na te dziwną i z pozoru nonsensowną woltę pana, co go zna 40 milionów Polaków. Tu, gdzie teraz on jest, jest po to by służyć a tam będzie rządził tym, co będzie miał. „rządził” i „miał”.
Tak się zakręciliśmy w tym naszym „ludowładztwie” że prawdziwa władza jest teraz w Rykach, Koluszkach i innych Myszykiszkach. Tak przynajmniej dają do zrozumienia nasi wybrańcy do „organów przedstawicielskich”. Widać więc że i te „organy” i „przedstawiciele” to po prostu iluzja. Na która my ciągle się nabieramy a która wreszcie zauważyli „przedstawiciele”. I choć tyle dobrego, że wykazali się inteligencją i byli w stanie to i owo zauważyć i pojąć.
No a co z państwem? Ono oczywiście jest. I będzie. Jest jak taki sznurek co podtrzymuje grubasowi spodnie i na tym cała rola w życiu grubasa się ogranicza. Ale jest i tego grubasa jednak uwiera i co więcej bez niego grubas nie istnieje. Przynajmniej w sensie społecznym.
Co z państwem…? Ono jest. Choć czasem, jak pojedzie na urlop do jakiej Grecji to w zasadzie nie wiadomo czy jest. A jeśli jednak jest to czy tu czy w tej Grecji? Nie tak dawno nagle nam państwo, co było jedno (a przynajmniej ja tak sądziłem) wypączkowało triumwirat. I teraz potrafi być w kilku miejscach jednocześnie. Czasem i tak potrafi, że w jednym miejscu jest bardziej niż w drugim. Większością kwalifikowaną dwóch trzecich.
I daje sobie świetnie radę. Przynajmniej tak mówi. I kiedyś pewnie bym się zastanawiał czy ma rację czy nie. Teraz raczej zastanawiam się czy daje rade tak jak Zabrze czy nieco mniej.
piątek, 3 września 2010
Polska czyli trzy panie wkręcają żarówkę (tu i teraz)
(tekst długi, oparty na faktach)
Myślę, że każdy zna ten wredny antyra… znaczy antypolski dowcip o tym że do wkręcenia żarówki potrzeba trzech naszych rodaków. Oczywiście w tej wersji znają go wszyscy inni a u nas (bo przecież o sobie nie będziemy tak żartować) specami od żarówki byli milicjanci a teraz zapewne ich następcy.
Polska tu i teraz daleka jest od tamtej, w której milicjanci zajmowali się wkręcaniem żarówek ale nie jest też tak, że podobnej ekwilibrystyki już się na naszej ziemi nie uświadczy. Otóż uświadczy się i to , nie rzadko i w miejscach, w których człowiek chciałby bardzo nie stykać się z czymś takim.
Właśnie zakończyłem trwającą trzy dni odyseję, która skończyła się skierowaniem mnie na, powiedzmy, zabieg chirurgiczny. By ewentualna dyskusja nie zbaczała z głównego tematu powiedzmy, że to rutynowe usunięcie stulejki ( :). Rzecz drobna i dająca jakoś żyć co ma swoje znaczenie o tyle, że termin zabiegu wyznaczono na maj przyszłego roku. Ale historii nie powinno opowiadać się od końca.
Zacznę od tego, że te trzy dni to nie był czas załatwiania spraw leżących pomiędzy moim zdrowiem a państwową służbą zdrowia. Samo załatwianie, obejmujące dwie wizyty u lekarza, badanie oraz rejestrację w szpitalu efektywnie zajęło coś koło kwadransa. Jeśli doliczyć nieodzowne w takich sytuacjach czekanie wyjdzie koło czterech godzin. I to głownie dlatego, że i tak wcześnie wstaję więc do kolejki zawsze wchodziłem z niskim numerem. Ale żeby moc ten kwadrans odbębnić plus sobie poczekać musiałem wziąć trzy dni urlopu. A dziś omal przez takie coś, co opisałem w tytule, byłbym „w przededniu” kolejnego dnia na chorowanie.
Same wizyty u lekarza, recepty i skierowania to pikuś bo lekarz jest „mój” i po próżnicy czasu mi nie zabiera. Dziś rano szybko obejrzał wyniki badań i wypisał skierowanie. Ponieważ godzina była młoda a szpital o dwie przecznice pomyślałem, że będę miał to z głowy.
Gdy parkowałem na parkingu przed szpitalem w oczy już kłuł mnie napis „WEJŚCIE GŁOWNE” i informacja by właśnie nim wchodzić. Minąłem wejście do Izby przyjęć (proszę zapamiętać ten szczegół) i obszedłem potężną bryłę szpitala by wejść jak zalecano. Tam z miejsca zauważyłem trzy tablice kierujące ewentualnych pacjentów we właściwe miejsca. Oznaczone napisami „Wejście A, B, C”. Mnie interesowało akurat A bo tamtędy kierowano na chirurgię. Poszedłem za strzałkami a tam… Było B i C było tylko A za cholerę. Tak bardzo go nie było, że nawet nie umiały go wskazać dwie pielęgniarki, co przy wyjściu C akurat były na „papierosku”. Ale za to powiedziały mi, że z takim skierowaniem to nie mam iść na chirurgię tylko do sąsiedniego budynku mieszczącego zespól przychodni, w którym miał być „pokoik” gdzie takie sprawy załatwiano. Powiedziały mi też jak najprościej dojść gmaszyskiem do „pokoiku”. Szedłem na „czuja” bo jedynym kierunkiem wskazywanym konsekwentnie na korytarzu szpitala był „Bufet”. W „zespole przychodni” „pokoików” było tyle, że poszedłem zapytać w tamtejszej rejestracji o który może chodzić. Tam pani rejestratorka, powiedziała mi, że to nie tak, że zarejestrować się muszę w Izbie przyjęć. Wskazała mi też jak drogą do „Bufetu” dojść do tej Izby.
W Izbie bez trudu znalazłem rejestrację. Imponująco wyglądała. I tyle. Za szybą siedziała trójka, w porywach czwórka pań i… wkręcała żarówkę. Dokładnie rzecz biorąc mocno skupiały się na jakimś programie komputerowym wspierając główną jego operatorkę radami „może tu kliknij”. Odrywały się od tej ekscytującej czynności gdy im jakiś ratownik medyczny sam, zniecierpliwiony wparowywał do środka bo właśnie przywiózł ledwie żywą staruszkę i chciał ją na oddziała… Albo gdy taka pani z wypadku zaczęła się chwiać przy okienku. Dla mnie czas znalazły po kwadransie. Gdy zapytałem co z tym moim skierowaniem usłyszałem, że mam „iść tam, prosto i windą na II piętro a tam do gabinetu lekarza”. Poszedłem więc prosto i … doszedłem do ściany, która korytarz „prosto” się kończył. Zapytałem takiego innego pana w fartuchu jak mam do tej windy prosto iść a on potwierdził, że „prosto”. Łaziłem tak aż natknąłem się na osobę bardziej kompetentną. Na sprzątaczkę, która skupiła się nie na słowie „prosto” lecz na tym drugim. Wskazała mi gdzie jest winda. I okazało się, że owo „”prosto” oznaczało „w prawo” zaraz przy pierwszym skrzyżowaniu korytarzy. Bo winda tam była tylko jedna. Przerażony rozmachem gmachu zapytałem ją o ten „gabinet” na II piętrze bo mogło być ich tam od cholery. Powiedziała tylko, ze „będzie gabinet”. Był. Wszedłem do pierwszego opisanego jako „gabinet lekarski”. Tam lekaż zapisał mnie na ten majowy termin. Ale nie było to wszystko. Bo lekaż lekarzem ale jest jeszcze NFZ. Zostałem znów odlany do tego mitycznego „pokoiku” tyle, że teraz podano mi jego numer. Jeszcze dano mi karteczkę, która nakazywała się stawić w „pokoiku” z pakietem dokumentów w tym potwierdzeniem, że jestem ubezpieczony. Widać mało mają wiary w lekarza, który mnie w ramach NFZ przyjął i skierował. Pojechać musiałem do domu i wreszcie dowiedziałem się po co co miesiąc produkuje się miliony ton makulatury zwanej RMUA. To znaczy wydawało mi się że dowiedziałem się. Bo w „pokoiku” pani tylko zapytała „czym się pan posługuje jako potwierdzeniem ubezpieczenia”. Powiedziałem że RMUA ale w duchu miałem ochotę powiedzieć, że nożem i widelcem, Glockiem, i paroma innymi gadżetami. Pewnie też by przeszło.
Czytelnik, śledzący to moje błąkanie się w poszukiwaniu „pokoiku” pewnie zastanawia się czemu umieściłem ten tekst w dziale polityka. Z powodu oczywistego. Jest to z życia wzięta ilustracja tego, jak wygląda „tu i teraz” tak ukochane przez naszego Premiera- diamenta, że dla niego poświecił swą rolę wizjonera, reformatora i męża stanu. „Tu i teraz” zapyziale, uciążliwe jeśli nie powiedzieć nieznośne dla obywateli przez tego właśnie typu palantów, którzy nie potrafili wyjść poza „tu i teraz” bo ich władza i wszystko z nią związane było po prostu „tu i teraz”.
Taka podróż przez stany irytacji pojawiające się niezawodnie w zetknięciu z prawie każdym „tu i teraz” dość skutecznie (choć zapewne na jakiś czas tylko) leczą z myślenia o wielkich ideach i sporach o imponderabilia. Błyskawicznie zmieniają nawet najbardziej subtelnego recenzenta sceny politycznej w zwykłego chama, który bez ogródek zawoła „weź się Tusku- nierobie do roboty” i wykona przy tym zapewne jakiś obsceniczny gest. Bo taka jest konsekwencja polityki „tu i teraz”. Zmienia się optyka bo zmieniają się priorytety. Człowiek ma gdzieś sieć autostrad z roku 2015 czy pozom zarobków w 2050. Widzi cały ten rozgrzebany bardak przy którym nic sensownego nikt nie robi. Nikt w sensie obejmującym znacznie szersze spektrum niż wyłącznie Tusk i jego antykoncepcyjna gromadka.
Oczywiście wyobrażam sobie, ze odpowiedzią będzie wyliczenie wszystkich niedoróbek poprzedniej ekipy albo i poprzednich ekip. I pytanie czemu tamtym się nie zajmuję. Odpowiedź jest prosta. Bo tamto nie było „tu i teraz”. Ja wiem, że wizja polityki obecnej ekipy i jej wszelkich admiratorów ( a właściwie, skoro cham ze mnie już wyszedł, powiem „przydupasów”) jest taka, ze opozycja nie pozwala. I nie pozwoli gdzie by nie była. Tusk to taki przypadek że jak się do niego Kaczyńskiego nie podłączy to „no va”. Nie jedzie. A jak się już podłączy to jedzie tylko nie tak. Ta zależność powoduje, że nawet jakby Tuskowi dać 147% miejsc i tyleż władzy to i tak „opozycja będzie zawadzać”. Gdzie by nie była. Czy w opozycji (co naturalne) czy na Wawelu, pomniku, czy choćby i w kosmosie. Bo nawet jak nie będzie wadzić to będzie bo wtedy będzie wadzić jej brak, przy którym, jak już powiedziałem, „nie jedzie”.
Póki co jestem w innej opozycji. W partii ludzi wqrwionych. Tak ogólnie a nie na tego czy innego. Na to „tu i teraz”, które mamy przez te wszystkie nazwiska co „udzielają się w domofonie” od mego urodzenia do dziś. A może i do mojej śmierci biorą pod uwagę stan tego „tu i teraz”.
Oczywiście pozostaje pytanie czemu daję sobą tak pomiatać zamiast wysupłać grosz i pójść godnie do pywaciarza? A co z moją składką, co mi ją i tak zabierają? Mam się dorzucać do „dziury budżetowej” i do produkujących ją nieodmiennie od lat dziur w mózgach „szczęśliwie nam panujących”? Po moim trupie! Nawet jeśli dosłownie…
Na koniec pozwolę sobie zaproponować takie nieoficjalne godło naszego „tu i teraz” znalezione przez Kobietę Moją Kochaną tuż przy siedzibie S. Sierakowskiego i jego „Nowym Wspaniałym Świecie”. Złośliwe to ale dziś jestem „prawdziwszym Polakiem”. Prawdziwszym o to moje wQrwienie.
http://farm5.static.flickr.com/4112/4953889160_07247a9faa_m.jpg
Myślę, że każdy zna ten wredny antyra… znaczy antypolski dowcip o tym że do wkręcenia żarówki potrzeba trzech naszych rodaków. Oczywiście w tej wersji znają go wszyscy inni a u nas (bo przecież o sobie nie będziemy tak żartować) specami od żarówki byli milicjanci a teraz zapewne ich następcy.
Polska tu i teraz daleka jest od tamtej, w której milicjanci zajmowali się wkręcaniem żarówek ale nie jest też tak, że podobnej ekwilibrystyki już się na naszej ziemi nie uświadczy. Otóż uświadczy się i to , nie rzadko i w miejscach, w których człowiek chciałby bardzo nie stykać się z czymś takim.
Właśnie zakończyłem trwającą trzy dni odyseję, która skończyła się skierowaniem mnie na, powiedzmy, zabieg chirurgiczny. By ewentualna dyskusja nie zbaczała z głównego tematu powiedzmy, że to rutynowe usunięcie stulejki ( :). Rzecz drobna i dająca jakoś żyć co ma swoje znaczenie o tyle, że termin zabiegu wyznaczono na maj przyszłego roku. Ale historii nie powinno opowiadać się od końca.
Zacznę od tego, że te trzy dni to nie był czas załatwiania spraw leżących pomiędzy moim zdrowiem a państwową służbą zdrowia. Samo załatwianie, obejmujące dwie wizyty u lekarza, badanie oraz rejestrację w szpitalu efektywnie zajęło coś koło kwadransa. Jeśli doliczyć nieodzowne w takich sytuacjach czekanie wyjdzie koło czterech godzin. I to głownie dlatego, że i tak wcześnie wstaję więc do kolejki zawsze wchodziłem z niskim numerem. Ale żeby moc ten kwadrans odbębnić plus sobie poczekać musiałem wziąć trzy dni urlopu. A dziś omal przez takie coś, co opisałem w tytule, byłbym „w przededniu” kolejnego dnia na chorowanie.
Same wizyty u lekarza, recepty i skierowania to pikuś bo lekarz jest „mój” i po próżnicy czasu mi nie zabiera. Dziś rano szybko obejrzał wyniki badań i wypisał skierowanie. Ponieważ godzina była młoda a szpital o dwie przecznice pomyślałem, że będę miał to z głowy.
Gdy parkowałem na parkingu przed szpitalem w oczy już kłuł mnie napis „WEJŚCIE GŁOWNE” i informacja by właśnie nim wchodzić. Minąłem wejście do Izby przyjęć (proszę zapamiętać ten szczegół) i obszedłem potężną bryłę szpitala by wejść jak zalecano. Tam z miejsca zauważyłem trzy tablice kierujące ewentualnych pacjentów we właściwe miejsca. Oznaczone napisami „Wejście A, B, C”. Mnie interesowało akurat A bo tamtędy kierowano na chirurgię. Poszedłem za strzałkami a tam… Było B i C było tylko A za cholerę. Tak bardzo go nie było, że nawet nie umiały go wskazać dwie pielęgniarki, co przy wyjściu C akurat były na „papierosku”. Ale za to powiedziały mi, że z takim skierowaniem to nie mam iść na chirurgię tylko do sąsiedniego budynku mieszczącego zespól przychodni, w którym miał być „pokoik” gdzie takie sprawy załatwiano. Powiedziały mi też jak najprościej dojść gmaszyskiem do „pokoiku”. Szedłem na „czuja” bo jedynym kierunkiem wskazywanym konsekwentnie na korytarzu szpitala był „Bufet”. W „zespole przychodni” „pokoików” było tyle, że poszedłem zapytać w tamtejszej rejestracji o który może chodzić. Tam pani rejestratorka, powiedziała mi, że to nie tak, że zarejestrować się muszę w Izbie przyjęć. Wskazała mi też jak drogą do „Bufetu” dojść do tej Izby.
W Izbie bez trudu znalazłem rejestrację. Imponująco wyglądała. I tyle. Za szybą siedziała trójka, w porywach czwórka pań i… wkręcała żarówkę. Dokładnie rzecz biorąc mocno skupiały się na jakimś programie komputerowym wspierając główną jego operatorkę radami „może tu kliknij”. Odrywały się od tej ekscytującej czynności gdy im jakiś ratownik medyczny sam, zniecierpliwiony wparowywał do środka bo właśnie przywiózł ledwie żywą staruszkę i chciał ją na oddziała… Albo gdy taka pani z wypadku zaczęła się chwiać przy okienku. Dla mnie czas znalazły po kwadransie. Gdy zapytałem co z tym moim skierowaniem usłyszałem, że mam „iść tam, prosto i windą na II piętro a tam do gabinetu lekarza”. Poszedłem więc prosto i … doszedłem do ściany, która korytarz „prosto” się kończył. Zapytałem takiego innego pana w fartuchu jak mam do tej windy prosto iść a on potwierdził, że „prosto”. Łaziłem tak aż natknąłem się na osobę bardziej kompetentną. Na sprzątaczkę, która skupiła się nie na słowie „prosto” lecz na tym drugim. Wskazała mi gdzie jest winda. I okazało się, że owo „”prosto” oznaczało „w prawo” zaraz przy pierwszym skrzyżowaniu korytarzy. Bo winda tam była tylko jedna. Przerażony rozmachem gmachu zapytałem ją o ten „gabinet” na II piętrze bo mogło być ich tam od cholery. Powiedziała tylko, ze „będzie gabinet”. Był. Wszedłem do pierwszego opisanego jako „gabinet lekarski”. Tam lekaż zapisał mnie na ten majowy termin. Ale nie było to wszystko. Bo lekaż lekarzem ale jest jeszcze NFZ. Zostałem znów odlany do tego mitycznego „pokoiku” tyle, że teraz podano mi jego numer. Jeszcze dano mi karteczkę, która nakazywała się stawić w „pokoiku” z pakietem dokumentów w tym potwierdzeniem, że jestem ubezpieczony. Widać mało mają wiary w lekarza, który mnie w ramach NFZ przyjął i skierował. Pojechać musiałem do domu i wreszcie dowiedziałem się po co co miesiąc produkuje się miliony ton makulatury zwanej RMUA. To znaczy wydawało mi się że dowiedziałem się. Bo w „pokoiku” pani tylko zapytała „czym się pan posługuje jako potwierdzeniem ubezpieczenia”. Powiedziałem że RMUA ale w duchu miałem ochotę powiedzieć, że nożem i widelcem, Glockiem, i paroma innymi gadżetami. Pewnie też by przeszło.
Czytelnik, śledzący to moje błąkanie się w poszukiwaniu „pokoiku” pewnie zastanawia się czemu umieściłem ten tekst w dziale polityka. Z powodu oczywistego. Jest to z życia wzięta ilustracja tego, jak wygląda „tu i teraz” tak ukochane przez naszego Premiera- diamenta, że dla niego poświecił swą rolę wizjonera, reformatora i męża stanu. „Tu i teraz” zapyziale, uciążliwe jeśli nie powiedzieć nieznośne dla obywateli przez tego właśnie typu palantów, którzy nie potrafili wyjść poza „tu i teraz” bo ich władza i wszystko z nią związane było po prostu „tu i teraz”.
Taka podróż przez stany irytacji pojawiające się niezawodnie w zetknięciu z prawie każdym „tu i teraz” dość skutecznie (choć zapewne na jakiś czas tylko) leczą z myślenia o wielkich ideach i sporach o imponderabilia. Błyskawicznie zmieniają nawet najbardziej subtelnego recenzenta sceny politycznej w zwykłego chama, który bez ogródek zawoła „weź się Tusku- nierobie do roboty” i wykona przy tym zapewne jakiś obsceniczny gest. Bo taka jest konsekwencja polityki „tu i teraz”. Zmienia się optyka bo zmieniają się priorytety. Człowiek ma gdzieś sieć autostrad z roku 2015 czy pozom zarobków w 2050. Widzi cały ten rozgrzebany bardak przy którym nic sensownego nikt nie robi. Nikt w sensie obejmującym znacznie szersze spektrum niż wyłącznie Tusk i jego antykoncepcyjna gromadka.
Oczywiście wyobrażam sobie, ze odpowiedzią będzie wyliczenie wszystkich niedoróbek poprzedniej ekipy albo i poprzednich ekip. I pytanie czemu tamtym się nie zajmuję. Odpowiedź jest prosta. Bo tamto nie było „tu i teraz”. Ja wiem, że wizja polityki obecnej ekipy i jej wszelkich admiratorów ( a właściwie, skoro cham ze mnie już wyszedł, powiem „przydupasów”) jest taka, ze opozycja nie pozwala. I nie pozwoli gdzie by nie była. Tusk to taki przypadek że jak się do niego Kaczyńskiego nie podłączy to „no va”. Nie jedzie. A jak się już podłączy to jedzie tylko nie tak. Ta zależność powoduje, że nawet jakby Tuskowi dać 147% miejsc i tyleż władzy to i tak „opozycja będzie zawadzać”. Gdzie by nie była. Czy w opozycji (co naturalne) czy na Wawelu, pomniku, czy choćby i w kosmosie. Bo nawet jak nie będzie wadzić to będzie bo wtedy będzie wadzić jej brak, przy którym, jak już powiedziałem, „nie jedzie”.
Póki co jestem w innej opozycji. W partii ludzi wqrwionych. Tak ogólnie a nie na tego czy innego. Na to „tu i teraz”, które mamy przez te wszystkie nazwiska co „udzielają się w domofonie” od mego urodzenia do dziś. A może i do mojej śmierci biorą pod uwagę stan tego „tu i teraz”.
Oczywiście pozostaje pytanie czemu daję sobą tak pomiatać zamiast wysupłać grosz i pójść godnie do pywaciarza? A co z moją składką, co mi ją i tak zabierają? Mam się dorzucać do „dziury budżetowej” i do produkujących ją nieodmiennie od lat dziur w mózgach „szczęśliwie nam panujących”? Po moim trupie! Nawet jeśli dosłownie…
Na koniec pozwolę sobie zaproponować takie nieoficjalne godło naszego „tu i teraz” znalezione przez Kobietę Moją Kochaną tuż przy siedzibie S. Sierakowskiego i jego „Nowym Wspaniałym Świecie”. Złośliwe to ale dziś jestem „prawdziwszym Polakiem”. Prawdziwszym o to moje wQrwienie.
http://farm5.static.flickr.com/4112/4953889160_07247a9faa_m.jpg
wtorek, 3 sierpnia 2010
Lekcja czyli czy państwo może być głupsze od obywateli?
„Nie ustępujemy, jako słabi, ale ustępujemy, jako mądrzejsi” Tymi słowami finał dzisiejszych zdarzeń pod Pałacem Prezydenckim spuentowała pani Bortnowska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Choć słuszności swego spostrzeżenia sama pewnie do końca nie pojmuje. Czemu powiedziała przy tym „my”, nie mam pojęcia bo sam bym pewnie tak o niej w tym kontekście nie pomyślał ale słusznie zauważyła ona gwałtowny proces edukacyjny, jaki przeszło dziś nasze państwo. O ile tak można powiedzieć.
Rzecz, choć dramatyczna, w istocie powagi ma tyle co notatka o zamachu na państwo sporządzona przez milicjanta, któremu strącono czapkę tak, że upadła „orzełkiem do dołu”. I z miejsca wymusza wręcz pytanie czy państwo może być głupsze od obywatela.
Z pozoru narzuca się odpowiedź, że nie bo byłoby to zarówno niewyobrażalne jak i niedopuszczalne. Ale w rzeczywistości zdać sobie trzeba sprawę, że w znacznej mierze to państwo to jest po prostu kilku gości, którzy akurat w danej chwili mają to państwo w garści i Zanie coś tam robią, mówią i myślą. I tu już spraw ma się inaczej. Jakich byśmy procedur nie używali to prawdopodobieństwo tego, że ci goście uosabiający państwo mają pod względem ogłady, charyzmy czy poziomu inteligencji powody by czuć wobec znacznej części obywateli poważne kompleksy. I zdarza się później, ż państwo to jakiś facet, co po wyborczym zwycięstwie, zamiast pojechać do Brukseli czy tam Moskwy, jeśli woli, jedzie na Czerską i z miejsca zapowiada coś, co musi (MUSI) wywołać dym. I albo on o tym wie i wychodzi że z niego niezły s…. albo nie wie, co oznacza że dureń niewąski. Państwo to też drugi gość (póki co historia przemilcza jego imię) co dzwoni z awanturą po metropolitach bo mu się grób już zaaprobowany stoi kością w gardle. Na koniec państwo to ten gość któremu zawsze tak fartownie wychodzi, że jak jakiś wałek na społeczeństwie uskutecznia to zawsze coś „się zdarza” że społeczeństwo patrzy akurat w inną stronę.
Ja wiem, że co komentator to inna odpowiedź na pytania co się takiego naprawdę stało i (co o niebo ważniejsze) dlaczego. Oba pytania są, jeśli padają wśród ludzi żyjących w systemie demokratycznym i reguły tego systemu aprobujących, skrajnie idiotyczne. Bo mogą paść tylko wówczas, jeśli się demokracji nie pojmuje. Bredzenie o Jarosławie Kaczyńskim „grającym” na czym tam on nie gra wedle „przenikliwych obserwatorów” jest nadrabianiem braku pojęcia o tym co tak naprawdę stało się pod Pałacem Prezydenckim. I wcale nie mam na myśli dnia dzisiejszego ale cała sekwencję wydarzeń. Od dnia 10 kwietnia. Stały się tam dwie rzeczy, które, notabene skumulowały się w jednym tłumie, wystającym godzinami w tamtym miejscu z poczucia że tak wypada, trzeba i że nie można inaczej. W tym tłumie przede wszystkim ujawniła się przeogromna siła pozytywnych emocji windująca poczucie wolności ponad jakiekolwiek instytucjonalne ramy. Ale wydarzyło się coś, na co nikt nie zwrócił, bo może nie chciał zwracać uwagi. Oto przy tej eksplozji, o której zdanie wcześniej, nastąpiła implozja państwa, które z nagła jako cokolwiek znacząca siła tam, na Krakowskim Przedmieściu zapadło się i zmalało do roli szwajcara usłużnie kłaniającego się odkrytemu właśnie w dość przerażającej go postaci hegemonowi.
Wtedy, kiedy na Krakowskim Przedmieściu pojawił się krzyż, stan prawny był dokładnie taki sam jak dziś. Podobnie z historycznym porządkiem miejsca zdarzenia na którego straży stał wówczas ten sam co dziś konserwator zabytków. Między 10 kwietnia i 3 sierpnia w stanie prawnym tego miejsca nie zaszła żadna zmiana.
Poza tym, że przez jakiś czas Państwo ( w bardzo konkretnych osobach) zestrachane schowało się przed tłumem z krakowskiego Przedmieścia do nory. I dla ugłaskania go dokonało koncesji na jego rzecz. W postaci krzyża, który tam został ustawiony i nikomu nie przeszkadzał. Stanął tam może prawem kaduka ale, nie ruszany przez wszelkie majestaty mające do tego prawo albo i obowiązek, zasiedział się i stał prawem zwyczaju. Teraz, chcąc uszanować ten stan zwyczajem usankcjonowany, trzeba było wykazać szacunek wobec tych, którym ten serwitut przypadł.
Jeśli chce się czyjeś prawo w porządku demokratycznym ograniczać to wypadałoby to zrobić w sposób, który tej demokracji nie będzie urągał. Nie mnie sądzić co by mogło spełnić ten wymóg „nieurągania”. Jednak stało się tak, że jeden człowiek, nie pytając nikogo, nagle podjął decyzję. Bo już czuł ze może albo bo nie czuł, że akurat jemu (albo i nikomu) tak nie wypada. I stało się to, co się stało. Bo zabrakło dobrej woli, rozumu albo wyobraźni.
Nikomu nie przyszło do głowy by o sprawę zapytać. A właściwie prawie nikomu. Poza ekipą z czerskiej, która zapytała ostatnią osobę, której pytać należało.
Zabrzmi to może brutalnie szanowni państwo uosabiający Państwo ale jeśli zabrakło wam odwagi by strzec stanu prawnego wtedy gdy był on (jeśli był istotnie) łamany to nie dziwcie się, że teraz zbieracie owoce swego tchórzostwa. Przekombinowaliście panowie i nie szukajcie innych winnych poza wami samymi.
Prawda, że dziś jesteście, jak sugeruje pani Bortnowska, o tę jedną nauczkę mądrzejsi ale wątpię by to wam, i nam wiele pomogło i na wiele się zdało.
* http://wyborcza.pl/1,75248,8210096,Krzyz_zostaje__Anarchia_czy_roztropnosc_wladzy___.html#ixzz0vYqXfUgq
Rzecz, choć dramatyczna, w istocie powagi ma tyle co notatka o zamachu na państwo sporządzona przez milicjanta, któremu strącono czapkę tak, że upadła „orzełkiem do dołu”. I z miejsca wymusza wręcz pytanie czy państwo może być głupsze od obywatela.
Z pozoru narzuca się odpowiedź, że nie bo byłoby to zarówno niewyobrażalne jak i niedopuszczalne. Ale w rzeczywistości zdać sobie trzeba sprawę, że w znacznej mierze to państwo to jest po prostu kilku gości, którzy akurat w danej chwili mają to państwo w garści i Zanie coś tam robią, mówią i myślą. I tu już spraw ma się inaczej. Jakich byśmy procedur nie używali to prawdopodobieństwo tego, że ci goście uosabiający państwo mają pod względem ogłady, charyzmy czy poziomu inteligencji powody by czuć wobec znacznej części obywateli poważne kompleksy. I zdarza się później, ż państwo to jakiś facet, co po wyborczym zwycięstwie, zamiast pojechać do Brukseli czy tam Moskwy, jeśli woli, jedzie na Czerską i z miejsca zapowiada coś, co musi (MUSI) wywołać dym. I albo on o tym wie i wychodzi że z niego niezły s…. albo nie wie, co oznacza że dureń niewąski. Państwo to też drugi gość (póki co historia przemilcza jego imię) co dzwoni z awanturą po metropolitach bo mu się grób już zaaprobowany stoi kością w gardle. Na koniec państwo to ten gość któremu zawsze tak fartownie wychodzi, że jak jakiś wałek na społeczeństwie uskutecznia to zawsze coś „się zdarza” że społeczeństwo patrzy akurat w inną stronę.
Ja wiem, że co komentator to inna odpowiedź na pytania co się takiego naprawdę stało i (co o niebo ważniejsze) dlaczego. Oba pytania są, jeśli padają wśród ludzi żyjących w systemie demokratycznym i reguły tego systemu aprobujących, skrajnie idiotyczne. Bo mogą paść tylko wówczas, jeśli się demokracji nie pojmuje. Bredzenie o Jarosławie Kaczyńskim „grającym” na czym tam on nie gra wedle „przenikliwych obserwatorów” jest nadrabianiem braku pojęcia o tym co tak naprawdę stało się pod Pałacem Prezydenckim. I wcale nie mam na myśli dnia dzisiejszego ale cała sekwencję wydarzeń. Od dnia 10 kwietnia. Stały się tam dwie rzeczy, które, notabene skumulowały się w jednym tłumie, wystającym godzinami w tamtym miejscu z poczucia że tak wypada, trzeba i że nie można inaczej. W tym tłumie przede wszystkim ujawniła się przeogromna siła pozytywnych emocji windująca poczucie wolności ponad jakiekolwiek instytucjonalne ramy. Ale wydarzyło się coś, na co nikt nie zwrócił, bo może nie chciał zwracać uwagi. Oto przy tej eksplozji, o której zdanie wcześniej, nastąpiła implozja państwa, które z nagła jako cokolwiek znacząca siła tam, na Krakowskim Przedmieściu zapadło się i zmalało do roli szwajcara usłużnie kłaniającego się odkrytemu właśnie w dość przerażającej go postaci hegemonowi.
Wtedy, kiedy na Krakowskim Przedmieściu pojawił się krzyż, stan prawny był dokładnie taki sam jak dziś. Podobnie z historycznym porządkiem miejsca zdarzenia na którego straży stał wówczas ten sam co dziś konserwator zabytków. Między 10 kwietnia i 3 sierpnia w stanie prawnym tego miejsca nie zaszła żadna zmiana.
Poza tym, że przez jakiś czas Państwo ( w bardzo konkretnych osobach) zestrachane schowało się przed tłumem z krakowskiego Przedmieścia do nory. I dla ugłaskania go dokonało koncesji na jego rzecz. W postaci krzyża, który tam został ustawiony i nikomu nie przeszkadzał. Stanął tam może prawem kaduka ale, nie ruszany przez wszelkie majestaty mające do tego prawo albo i obowiązek, zasiedział się i stał prawem zwyczaju. Teraz, chcąc uszanować ten stan zwyczajem usankcjonowany, trzeba było wykazać szacunek wobec tych, którym ten serwitut przypadł.
Jeśli chce się czyjeś prawo w porządku demokratycznym ograniczać to wypadałoby to zrobić w sposób, który tej demokracji nie będzie urągał. Nie mnie sądzić co by mogło spełnić ten wymóg „nieurągania”. Jednak stało się tak, że jeden człowiek, nie pytając nikogo, nagle podjął decyzję. Bo już czuł ze może albo bo nie czuł, że akurat jemu (albo i nikomu) tak nie wypada. I stało się to, co się stało. Bo zabrakło dobrej woli, rozumu albo wyobraźni.
Nikomu nie przyszło do głowy by o sprawę zapytać. A właściwie prawie nikomu. Poza ekipą z czerskiej, która zapytała ostatnią osobę, której pytać należało.
Zabrzmi to może brutalnie szanowni państwo uosabiający Państwo ale jeśli zabrakło wam odwagi by strzec stanu prawnego wtedy gdy był on (jeśli był istotnie) łamany to nie dziwcie się, że teraz zbieracie owoce swego tchórzostwa. Przekombinowaliście panowie i nie szukajcie innych winnych poza wami samymi.
Prawda, że dziś jesteście, jak sugeruje pani Bortnowska, o tę jedną nauczkę mądrzejsi ale wątpię by to wam, i nam wiele pomogło i na wiele się zdało.
* http://wyborcza.pl/1,75248,8210096,Krzyz_zostaje__Anarchia_czy_roztropnosc_wladzy___.html#ixzz0vYqXfUgq
sobota, 24 lipca 2010
Państwo- wielki edukator (o zamiłowaniu do nauczania)
Spośród spraw, które państwo, czyli ludzie, którzy w danym momencie maja ten komfort, że pod taką marką mogą sprzedawać swoje lepsze lub gorsze pomysły, w czubie najbardziej dyskusyjnych, by nie powiedzieć wprost najgłupszych są te związane z instytucjonalnym edukowaniem obywateli. Szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę uzasadnienia, jakie wprowadzaniu tych pomysłów towarzyszą.
Oczywiście uzasadnienie generalne jest takie, że dzięki otrzymanej od państwa edukacji obywatel będzie lepiej przygotowany do życia (to bonus dla obywatela) oraz bardziej przydatny państwu ( zysk dla benefaktora). Byłoby to oczywistą prawdą, której nawet słowem nie usiłowałbym podważyć gdyby w grę wchodziło wyedukowanie przez państwo obywatela w ilości sztuk jeden. Faktycznie wtedy oba cele dałoby się zrealizować przednio ustawiając program nauczania tak, by łączył to, co interesuje ucznia z wizją tego, jak państwo może tak wykształconego człowieka wykorzystać.
Tyle, że państwa mające do wyedukowania po jednej osobie nie istnieją. A nawet jakby mogły sobie pozwolić na taką ekstrawagancję to i tak zaraz znalazłby się jakiś wizjoner, który na miejscu tej jednostki najpierw widziałby a później rzeczywiście posadził miliony. A wtedy cały sens z miejsca szlag trafia.
Państwo nie jest przecież od tego żeby jakiemuś tam Krzysiowi z Pikutkowa przygotowywać program nauczania, który akurat jego, tego Krzysia, zadowoli a państwu przyniesie największe możliwe w takiej sytuacji korzyści. I nie dlatego nie jest od tego, że jest to niemożliwe bo to nawet dałoby się zrobić. Nie jest od tego, bo go na to nie stać. Taka edukacja oznaczałaby indywidualny plan nauki, oddzielne lekcje, indywidualnych nauczycieli. Dla wszystkich Krzysiów we wszystkich, małych i wielkich Pikutkowach. Czyli gdzieś koło połowy PKB albo i więcej. I tu powinno się wprost powiedzieć (w imieniu tego państwa) „przykro nam ale nie da się” i przestać bredzić o powszechnej, efektywnej edukacji. Ale nie mówi się. Takich odważnych to trudno by w ramach wspomnianego „państwa” szukać.
W zamian za to mamy co jakiś czas zmianę koncepcji tego „powszechnego edukowania”. Można na przykład uczyć wszystkich wszystkiego i nie zwracać uwagi na to, że taka chemia takiemu Krzysiowi w życiu nigdy się nie przyda po uzyskaniu ostatecznej oceny z tego przedmiotu na cenzurce. Oczywiście można tu zauważyć, że przecież dzięki tej chemii tenże Krzysiu kiedyś może uniknąć zaczadzenia gdy zdarzy mu się pod wpływem metanolu zasypiać w ciemnościach przy nieszczelnym piecyku. Racja to słuszna z pozoru ale takie podejście i tak nie będzie w stanie zapewnić hipotetycznemu Krzysiowi pełnego bezpieczeństwa bo jak spitoli się kiedyś z wysokiego drzewa ze skutkiem śmiertelnym to i tak już mu nie pomogą najszczersze żale że do programu nie dołączono choćby podstaw aerodynamiki.
Mimo tej ostatniej konstatacji przedstawiony schemat pokazuje drugie podejście do problemu. Obserwowane choćby teraz, przy obecnym, nie pierwszym zresztą udoskonalaniu systemu. Sprowadza się ono do wybrania grupy dziedzin, które dla obywatela oraz dla państwa są (jakoby) priorytetowe i skupiania uwagi na nich w procesie edukowania obywatela kosztem ograniczania udziału w procesie tych dziedzin (spośród tych „wszystkich”, których kiedyś uczono), które ani państwu ani obywatelowi do niczego się nie przydadzą.
Rzecz w tym jednak jak wybrać. Ale o tym za chwilę. Na razie zajmijmy się praktyką. Wskazane jest aby obywatele uczyli się „umiejętności praktycznych”. Nie, szanowny czytelniku, nie chodzi o takie przydatne zajęcia jak choćby wbijanie gwoździ i tym podobne. Wręcz przeciwnie. Na lekcjach, poświęconych niegdyś temu jak zrobić deskę do mięsa dziś dzieci przerysowują z książeczek do zeszycików znaki drogowe. Cholera wie po co… Wspomniane „umiejętności praktyczne” to dyscypliny matematyczno –przyrodnicze czy przedsiębiorczość ( głowę bym dał, że to raczej cecha niż umiejętność). Zaś te zbędne to na przykład historia. Przez jakiś czas większość polityków zajmujących się czy też tylko wypowiadających się na temat edukacji powtarzało jak by byli nakręceni, że „trzeba uczyć obywateli takich umiejętności jak wypełnienie PIT-u”. Niby racja, przynajmniej z punktu widzenia państwa ale o tym za chwilę.
Powiedzieliśmy już, że „przydatność” z punktu widzenia ucznia jest niemożliwa do określenia w skali masowej. Bo każdy ma inne jej pojęcie. Jednemu przyda się owa chemia, innemu mistrzowskie opanowanie gitary a jeszcze innemu umiejętność otwierania drzwi auta kawałkiem drutu. Przejdźmy więc do „przydatności” patrząc z perspektywy państwa. Ono od jakiegoś czasu tak dba o te kwestię, że niektórym wręcz płaci by pilnie uczyli się tych przydatnych rzeczy darując sobie jakieś własne, mało państwu potrzebne fanaberie. Zastanówmy się więc po co państwu obywatele biegi w chemii, fizyce, matematyce? Po nic. O ile wiem to państwo nie za bardzo ma co zaoferować absolwentom takich kierunków czy to uniwersyteckich czy politechnicznych. Nie ma zbyt wielu ośrodków badawczych a i inżynierów u nas potrzebuje raczej taka „Skanska” czy inny „Stalexport” bo to one budują autostrady a nie państwo. A jeśli państwo daje taki prezent „Skansce” to czemu nie pani Czesi z warzywniaka? W czym ona od „Skanski” gorsza? Poza tym nie jest to państwo w stanie nawet kontrolować wspomnianej „dystrybucji fachowców” tak, by ci „zaprogramowani” specjaliści trafili na rynek pracy akurat wówczas gdy są poszukiwani. Cykl koniunkturalny nijak nie chce dopasować się do cyklu edukacji… Jednym słowem te edukacyjne „łapówki” od państwa to pieniądz wywalony w błoto. A do tego trafić mogą do kogoś, kto tylko dla nich wybierze „wspierany” kierunek choć jest matematycznym debilem i, dla odmiany, humanistycznym geniuszem. Kasa wywalona w błoto po dwakroć. Nawet ten PIT mityczny budzi wątpliwości bo czego jak czego ale tego, jak się nie dać państwu „wycyckać” obywatel sam się nauczy szybciej niż czegokolwiek.
Gdyby państwo istotnie chciało stworzyć system edukujący obywateli w tym, co im akurat przyda się najbardziej to poza umiejętnością czytania i pisania powinno wprowadzić lekcje boksu czy innej samoobrony oraz, ewentualnie obsługi broni. Zresztą to ostatnie to i z korzyścią dla siebie. Reszty obywatel nauczyłby się wedle własnych potrzeb we własnym zakresie. Już wymyśliłby jak. Mając przy tym motywację i w tej postaci, że doskonale wiedziałby, iż na nikogo innego w tym zakresie poza sobą (lub rodzicami) nie może liczyć.
I, co ważne, nie jest interesem państwa wtrącać się w sprawy intymne obywatela. A jeśli już to na całego. Łącznie z tym, że jak się wyedukowanemu w tym zakresie obywatelowi trafi jakaś wpadka to niech ma prawo rościć sobie od edukatora brakoroba. Na przykład alimenty od Prokuratorii Generalnej. A co? Jak już to dobrze i z gwarancją! I może wtedy (biorąc pod uwagę doświadczenia brytyjskie choćby) kilku mądrali by przejrzało na oczy. Gdyby pojęli jak się ma interes państwa w tej sprawie do interesu… ze się tak wyrazimy, obywatela.
A co z interesem państwa? Tego, które teraz szkoli sobie absolutnie nie przydanych państwu jako instytucji matematyków, fizyków i takich tam… W interesie państwa właściwie pozostaje tylko nauka historii i religii (opcjonalnie etyki jak kto ma na religię alergię). Czyli to, co teraz obcina się lub chciałoby się ze szkól usunąć. Czemu akurat tego? Bo państwu powinno zależeć na tym by wyedukować obywatela na… obywatela, który nie tylko potrafi powtórzyć definicję „powinności obywatelskiej” ale i ją pojmie. I to w bardzo szerokim kontekście. I potrafi wśród „obywatelskich powinności” zobaczyć i potrzebę najwyższych ofiar składanych państwu nie pytając za każdym razem „czemu” lecz mając to we krwi. A to drugie po to by mieć szacunek dla drugiego człowieka.
I tak to jest z tą edukacją i tym wielkim edukatorem.
Oczywiście uzasadnienie generalne jest takie, że dzięki otrzymanej od państwa edukacji obywatel będzie lepiej przygotowany do życia (to bonus dla obywatela) oraz bardziej przydatny państwu ( zysk dla benefaktora). Byłoby to oczywistą prawdą, której nawet słowem nie usiłowałbym podważyć gdyby w grę wchodziło wyedukowanie przez państwo obywatela w ilości sztuk jeden. Faktycznie wtedy oba cele dałoby się zrealizować przednio ustawiając program nauczania tak, by łączył to, co interesuje ucznia z wizją tego, jak państwo może tak wykształconego człowieka wykorzystać.
Tyle, że państwa mające do wyedukowania po jednej osobie nie istnieją. A nawet jakby mogły sobie pozwolić na taką ekstrawagancję to i tak zaraz znalazłby się jakiś wizjoner, który na miejscu tej jednostki najpierw widziałby a później rzeczywiście posadził miliony. A wtedy cały sens z miejsca szlag trafia.
Państwo nie jest przecież od tego żeby jakiemuś tam Krzysiowi z Pikutkowa przygotowywać program nauczania, który akurat jego, tego Krzysia, zadowoli a państwu przyniesie największe możliwe w takiej sytuacji korzyści. I nie dlatego nie jest od tego, że jest to niemożliwe bo to nawet dałoby się zrobić. Nie jest od tego, bo go na to nie stać. Taka edukacja oznaczałaby indywidualny plan nauki, oddzielne lekcje, indywidualnych nauczycieli. Dla wszystkich Krzysiów we wszystkich, małych i wielkich Pikutkowach. Czyli gdzieś koło połowy PKB albo i więcej. I tu powinno się wprost powiedzieć (w imieniu tego państwa) „przykro nam ale nie da się” i przestać bredzić o powszechnej, efektywnej edukacji. Ale nie mówi się. Takich odważnych to trudno by w ramach wspomnianego „państwa” szukać.
W zamian za to mamy co jakiś czas zmianę koncepcji tego „powszechnego edukowania”. Można na przykład uczyć wszystkich wszystkiego i nie zwracać uwagi na to, że taka chemia takiemu Krzysiowi w życiu nigdy się nie przyda po uzyskaniu ostatecznej oceny z tego przedmiotu na cenzurce. Oczywiście można tu zauważyć, że przecież dzięki tej chemii tenże Krzysiu kiedyś może uniknąć zaczadzenia gdy zdarzy mu się pod wpływem metanolu zasypiać w ciemnościach przy nieszczelnym piecyku. Racja to słuszna z pozoru ale takie podejście i tak nie będzie w stanie zapewnić hipotetycznemu Krzysiowi pełnego bezpieczeństwa bo jak spitoli się kiedyś z wysokiego drzewa ze skutkiem śmiertelnym to i tak już mu nie pomogą najszczersze żale że do programu nie dołączono choćby podstaw aerodynamiki.
Mimo tej ostatniej konstatacji przedstawiony schemat pokazuje drugie podejście do problemu. Obserwowane choćby teraz, przy obecnym, nie pierwszym zresztą udoskonalaniu systemu. Sprowadza się ono do wybrania grupy dziedzin, które dla obywatela oraz dla państwa są (jakoby) priorytetowe i skupiania uwagi na nich w procesie edukowania obywatela kosztem ograniczania udziału w procesie tych dziedzin (spośród tych „wszystkich”, których kiedyś uczono), które ani państwu ani obywatelowi do niczego się nie przydadzą.
Rzecz w tym jednak jak wybrać. Ale o tym za chwilę. Na razie zajmijmy się praktyką. Wskazane jest aby obywatele uczyli się „umiejętności praktycznych”. Nie, szanowny czytelniku, nie chodzi o takie przydatne zajęcia jak choćby wbijanie gwoździ i tym podobne. Wręcz przeciwnie. Na lekcjach, poświęconych niegdyś temu jak zrobić deskę do mięsa dziś dzieci przerysowują z książeczek do zeszycików znaki drogowe. Cholera wie po co… Wspomniane „umiejętności praktyczne” to dyscypliny matematyczno –przyrodnicze czy przedsiębiorczość ( głowę bym dał, że to raczej cecha niż umiejętność). Zaś te zbędne to na przykład historia. Przez jakiś czas większość polityków zajmujących się czy też tylko wypowiadających się na temat edukacji powtarzało jak by byli nakręceni, że „trzeba uczyć obywateli takich umiejętności jak wypełnienie PIT-u”. Niby racja, przynajmniej z punktu widzenia państwa ale o tym za chwilę.
Powiedzieliśmy już, że „przydatność” z punktu widzenia ucznia jest niemożliwa do określenia w skali masowej. Bo każdy ma inne jej pojęcie. Jednemu przyda się owa chemia, innemu mistrzowskie opanowanie gitary a jeszcze innemu umiejętność otwierania drzwi auta kawałkiem drutu. Przejdźmy więc do „przydatności” patrząc z perspektywy państwa. Ono od jakiegoś czasu tak dba o te kwestię, że niektórym wręcz płaci by pilnie uczyli się tych przydatnych rzeczy darując sobie jakieś własne, mało państwu potrzebne fanaberie. Zastanówmy się więc po co państwu obywatele biegi w chemii, fizyce, matematyce? Po nic. O ile wiem to państwo nie za bardzo ma co zaoferować absolwentom takich kierunków czy to uniwersyteckich czy politechnicznych. Nie ma zbyt wielu ośrodków badawczych a i inżynierów u nas potrzebuje raczej taka „Skanska” czy inny „Stalexport” bo to one budują autostrady a nie państwo. A jeśli państwo daje taki prezent „Skansce” to czemu nie pani Czesi z warzywniaka? W czym ona od „Skanski” gorsza? Poza tym nie jest to państwo w stanie nawet kontrolować wspomnianej „dystrybucji fachowców” tak, by ci „zaprogramowani” specjaliści trafili na rynek pracy akurat wówczas gdy są poszukiwani. Cykl koniunkturalny nijak nie chce dopasować się do cyklu edukacji… Jednym słowem te edukacyjne „łapówki” od państwa to pieniądz wywalony w błoto. A do tego trafić mogą do kogoś, kto tylko dla nich wybierze „wspierany” kierunek choć jest matematycznym debilem i, dla odmiany, humanistycznym geniuszem. Kasa wywalona w błoto po dwakroć. Nawet ten PIT mityczny budzi wątpliwości bo czego jak czego ale tego, jak się nie dać państwu „wycyckać” obywatel sam się nauczy szybciej niż czegokolwiek.
Gdyby państwo istotnie chciało stworzyć system edukujący obywateli w tym, co im akurat przyda się najbardziej to poza umiejętnością czytania i pisania powinno wprowadzić lekcje boksu czy innej samoobrony oraz, ewentualnie obsługi broni. Zresztą to ostatnie to i z korzyścią dla siebie. Reszty obywatel nauczyłby się wedle własnych potrzeb we własnym zakresie. Już wymyśliłby jak. Mając przy tym motywację i w tej postaci, że doskonale wiedziałby, iż na nikogo innego w tym zakresie poza sobą (lub rodzicami) nie może liczyć.
I, co ważne, nie jest interesem państwa wtrącać się w sprawy intymne obywatela. A jeśli już to na całego. Łącznie z tym, że jak się wyedukowanemu w tym zakresie obywatelowi trafi jakaś wpadka to niech ma prawo rościć sobie od edukatora brakoroba. Na przykład alimenty od Prokuratorii Generalnej. A co? Jak już to dobrze i z gwarancją! I może wtedy (biorąc pod uwagę doświadczenia brytyjskie choćby) kilku mądrali by przejrzało na oczy. Gdyby pojęli jak się ma interes państwa w tej sprawie do interesu… ze się tak wyrazimy, obywatela.
A co z interesem państwa? Tego, które teraz szkoli sobie absolutnie nie przydanych państwu jako instytucji matematyków, fizyków i takich tam… W interesie państwa właściwie pozostaje tylko nauka historii i religii (opcjonalnie etyki jak kto ma na religię alergię). Czyli to, co teraz obcina się lub chciałoby się ze szkól usunąć. Czemu akurat tego? Bo państwu powinno zależeć na tym by wyedukować obywatela na… obywatela, który nie tylko potrafi powtórzyć definicję „powinności obywatelskiej” ale i ją pojmie. I to w bardzo szerokim kontekście. I potrafi wśród „obywatelskich powinności” zobaczyć i potrzebę najwyższych ofiar składanych państwu nie pytając za każdym razem „czemu” lecz mając to we krwi. A to drugie po to by mieć szacunek dla drugiego człowieka.
I tak to jest z tą edukacją i tym wielkim edukatorem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)