Dziwiłem się przez kilka ostatnich dni. Dziwiłem się niezmiernie. Wczoraj dziwić zaczęli się inni a ja wreszcie przestałem. Bo teraz już nic dziwnym nie jest.
Jak pamiętamy, przed 2007 rokiem ten i ów, a nie było ich znowu tak niewielu, skarżył się, że tak mu w Polsce jakoś duszno, że oddychać się nie da. I, żeby się dało oddychać poszli „zmienić kraj”. Zaraz też było sporo o tym, w co ten kraj zmienią i jak.
I ani słowa nie było (pamiętam!) o tym, że w tym zmienionym kraju szaleńcy będą latać po ulicach i strzelać do ludzi. Szczególnie zaś z powodu polityki. Ta miała przecież nasiąkać zupełnie przeciwnymi uczuciami.
Do takiej wizji żadne ze słów wypowiedzianych przez ostatnie dni nie pasowało. Bardzo nie pasowało… Już zdecydowanie bardziej pasowała do nich przeprowadzka tych, którym jeszcze nie tak dawno było najbardziej duszno w Polsce, do Pałacu na Krakowskie, ale nie powszechnie wypowiadane słowa troski o stan naszytych umysłów i emocji. Nie mogło pasować! Nie przy tej ekipie!
Tego dysonansu w pierwszej chwili nie pojął nawet i sam pan Tusk, który w pierwszym wystąpieniu po dramacie w Łodzi wzywał do „refleksji nad dzisiejszą Polską”. Mówił o „krytycznej chwili” oraz o tym, że „jest to ostatni moment aby temperaturę sporów publicznych doprowadzić do stanu normalnego”. Źle więc widział Polskę w Roku Pańskim 2010. Jakby umykał mu ten fakt, że Polską w Roku Pańskim 2010 rządzi nie kto inny tylko on sam i jego ludzie.
Nie pojął tego i wówczas, gdy w towarzystwie panów Komorowskiego i Schetyny pojawił się na miejscu zbrodni. Wizyta ta wyglądała zgoła jakby panowie trafili na jakąś obcą planetę zamieszkała przez wrogi nam gatunek a nie do jednego z największych miast Polski Roku Pańskiego 2010. Trzeciego roku rządów pana Tuska i Platformy Obywatelskiej.
Nie przypominam sobie abym wcześniej, nawet przed rokiem 2007, gdy, jak wiadomo było tak duszno, że aż nie do wytrzymania, w poważnym medium przeczytał otwarte niemal wezwanie do siłowej rozprawy z legalną opozycją. Choć przecież wtedy rządzili nami „straszni ludzie”. A po „strasznych ludziach” wiele się przecież można spodziewać. Nawet rozprawy z legalną opozycją. Lecz to dziś, w trzecim roku rządów PO dziennikarz jednego z największych mediów, w jednej z największych gazet wprost sugeruje siłową rozprawę z politycznymi oponentami obecnej władzy.
Tu może ktoś mi zarzuci, że nadinterpretuję słowa pana Pałasińskiego. Cóż… w zdecydowanie mniejszym stopniu niż nadinterpretacje pozwalające co i rusz na kierowanie opozycyjnych liderów do zakładów zamkniętych albo sugerujące im oczywisty faszyzm i chęć siłowego obalenia porządku prawnego.
Wróćmy jednak do percepcji rzeczywistości Roku Pańskiego 2010, trzeciego roku rządów PO przez pana Premiera Tuska. Tego, co nam po latach duszenia się obiecał zmianę klimatu politycznego i stylu prowadzenia polityki. Obiecał w 2007.
Do pana Tuska w końcu dotarło, że ten chór, który sugeruje, że tak źle, tak strasznie jeszcze nie było, że trzeba zacząć działać radykalnie, że może nawet trzeba zbrojnie się rozprawić, mówi przecież nie o żadnej tam IV RP. On to mówi w III RP i o III RP. W trzecim roku jego rządów! Mówi tak, jak nie mówił ani w pierwszym ani w drugim roku rządów poprzedniej ekipy. Ale co tam słowa. W trzecim roku jego rządów obok słów pojawiły się czyny. I pojawiła się krew. Choć duszno może już temu i owemu nie jest…
I musiał pan Tusk uznać, że tak o jego władzy (bo przecież to on ma władzę!) mówić nie można. Jakby to był jaki niestabilny kraj trzeciego świata.
I spróbował tę wizję jakoś w sposób cywilizowany wygładzić. Stwierdził więc że Polacy "przesadnie dramatyzują", jeśli chodzi o ocenę stanu kultury politycznej w naszym kraju. Jego zdaniem m.in. zabójstwo w Łodzi "spowodowało pewną histerię, która jest nieadekwatna do rzeczywistości". Może i tak, może nie ma się co przejmować. Wszak można zaraz zauważyć, że niczym ta jedna śmierć przy tych, co każdego dnia zdarzają się na naszych drogach…
„W Polsce nie ma żadnego koszmaru (...). Co mógłby powiedzieć Herman Van Rompuy (przewodniczący Rady Europejskiej) po tym, co usłyszał w Parlamencie Europejskim na swój temat? - pytał Tusk.
Fakt. Gdzie nam do zdziczenia „starej” Europy, gdzie nie strzela się do polityków tylko nazywa się ich, o zgrozo, ludźmi, którzy mają "charyzmę mokrego mopa i wygląd urzędniczyny z banku". Czym przy tym strasznym wyczynie jest nasze spokojne, konserwatywne strzelanie do człowieka?
Tusk dodał też, że wedle niego „w tych dwóch zdaniach (o mopie i bankowym urzędniczynie) powiedziano więcej obelżywych tekstów na temat przewodniczącego UE, niż prezes PiS Jarosław Kaczyński wypowiada na temat Tuska przez miesiąc.”
Może i tak. Tylko jak to się ma do tej łódzkiej śmierci. Wiem, że Marek Rosiak to nie Herman Van Rompuy ale pewnie i on i jego bliscy woleliby, żeby szaleniec owładnięty nienawiścią wpadł tam, gdzie wpadł i sto razy nazwał Marka Rosiaka mopem, urzędniczyną i czym tam by jeszcze zechciał zamiast do niego strzelać.
Ale mimo tej karkołomnej dialektyki pana Tuska nie dziwię się jej. Dziwię się raczej takiemu panu Morozowskiemu, co się dziwił w telewizorze tej nagłej zmianie punktu widzenia Premiera. Wszak jeśli chce się sprawić, by wiarygodnie brzmiała gładka i słodka samoocena – „Niezły rząd na trudne czasy, może lepiej byłoby dla Polski, gdyby czasy były bajecznie łatwe i wtedy marny rząd by sobie być może poradził, ale trafiliśmy tak jak trafiliśmy i będziemy starali się robić wszystko jak najlepiej” nie można przecież zbyt długo pochylać się nad jakimś tam nieistotnym trupem i rozwodzić się za bardzo nad tym, co mogło tę śmierć spowodować. Bo psuje ona ogląd sytuacji i wizerunek tego „niezłego rządu na trudne czasy”. I, co oczywista „niezłego Premiera”. Więc póki ktoś w Polsce nie posunie się do hańbiącego procederu nazwania Tuska „gościem o charyzmie mokrego mopa i wyglądzie bankowego urzędniczyny” możemy spać spokojnie. A że czasem obudzi nas jakiś strzał to nic. Nic takiego się przecież nie dzieje. Nic takiego się przecież nie stało.
Wytłuszczenia za:
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/tusk-jestesmy-na-szarym-koncu-w-europie-i-bogu-dzi,1,3762974,wiadomosc.html
oraz za odsłuchanym na stronie TVN przemówieniem Tuska po zabójstwie Marka Rosiaka
sobota, 30 października 2010
piątek, 29 października 2010
Skowyt (zabić PiS-owskiego taliba…)
Zacznę od anegdoty choć może nie za bardzo okoliczności ku temu. Ale ona jakaś taka adekwatna…
Kiedy okazało się, że socjalistyczna Kuba ma poważne problemy z wydajnością pracy, comandante Fidel nakazał zbadać, co jest przyczyna tego przykrego zjawiska. Okazało się, że dzieje się tak za sprawą naturalnych skłonności kubańskiego narodu, który do pracy się nie pali ale za to ogrom energii, czasu i zaangażowania poświęca na sambę, taniec kubańskiego narodu. Stanął tedy comandante Fidel przed narodem kubańskim i, swoim zwyczajem, pół dnia klarował jaki to błąd naród popełnia wybierając takie priorytety by zakończyć płomiennym wezwaniem: „Nie samba lecz praca!” . „Trawajo si, samba no!”
- „Trawajo si, samba no!” – podchwycił lud kubański. „Trawajo si, samba no!” powtórzył gromko. I powtarzał to jeszcze wielokrotnie z każdym okrzykiem coraz śmielej kołysząc się w tanecznym rytmie.
Tuż po morderstwie w łódzkim biurze regionalnym PiS wszędzie, w mediach i w wypowiedziach polityków pojawiły się pierwsze wezwania do tego, by zerwać z mową nienawiści. I nie ustają do dziś. Z każdym dniem wykrzykiwane coraz głośniej, z coraz bardziej wykrzywionymi minami i spod przymrożonych oczu. Kiedy zauważyłem ten coraz bardziej wyczuwalny rytm, czekałem, kiedy i kto pierwszy, wrzeszcząc „skończmy z mową nienawiści”, wystuka go waląc mocno pięścią w stół.
Nie wiem kto w końcu był ze swą pięścią pierwszy ale mamy już to chyba za sobą. Teraz jesteśmy na etapie wczuwania się w ten wystukiwany coraz głośniej rytm i oczekiwania w co on może się przerodzić. Kto spojrzał już dziś w „Rzeczpospolitą” ten wie. Kto nie spojrzał powinien czym prędzej.
„Wysyłamy naszych żołnierzy do Afganistanu, żeby zwalczali ekstremistów i fanatyków religijnych. Zacznijmy więc zwalczać ekstremistów także w naszym kraju, zanim będzie za późno”* – napisał dziennikarz TVN 24, Jacek Pałasiński. W długim tekście, który streścić się da jednym zdaniem: „Zróbcie coś z tym Kaczyńskim i resztą jego wariatów, wyłącznie (!) przez których jest tak strasznie, jak jest, bo będzie z tego coś dużo bardziej strasznego”. W tej pełnej "prawd oczywistych" wypowiedzi pan Pałasiński jednego jakoś nie napisał. A może nawet sobie nie uświadomił. Tego mianowicie, że nasi żołnierze w Afganistanie „zwalczają ekstremistów” również w ten sposób, że do nich strzelają.Zabijając ich... I trudno teraz pojąć tak jednoznacznie, czy „zwalczać ekstremistów także w naszym kraju” nic chciałby pan redaktor również i tą metodą.
Jeśli ktoś w tym momencie uzna, że oszalałem sugerując coś takiego to powiadam: Nie. Nie oszalałem. Jeśli ktoś oszalał to na pewno nie ja.
Niewiele czasu po zabójstwie Marka Rosiaka potrzeba było, by o refleksji nad tą tragedią i tym, co powinno być jej skutkiem zapomniano. Dla mnie największym horrendum, który ze zbrodnia niewątpliwie się wiązało, było gwałtowne poszukiwanie dowodów na to, że tak naprawdę ani Rosiak ani Kaczyński (którego nazwisko napastnik przecież wykrzykiwał) ani PiS jako środowisko nie byli prawdziwymi adresatami agresji. Do listy współofiar starano się dopisać tego i owego by przestała być ona tak jednoznacznie i tak niewygodnie jednorodna. A jak się nie dało to tu i tam nowych list z zapałem poszukiwano. Kończąc na inkasencie z mazur i laptopie z Kędzierzyna Koźla Szczytem tej tragigroteski była próba wykazania, że tak naprawdę Rosiak zginął od rykoszetu wystrzelonego w stronę Niesiołowskiego.
Mówiąc żargonem „psa” na dziś nie da się jeszcze udowodnić, że PiS wcale nie jest ofiarą ale agresorem. Ten Rosiak nieszczęsny przeszkadza w tym i wyraźnie bruździ. Choć pewnie nie chciał a teraz za bardzo nie może… Ale wystarczy popracować. I tę tytaniczną pracę tu i ówdzie widać. Tak Pałasiński, ze swoim „Zdarzało się, że niektórzy Politycy Platformy Obywatelskiej nie pozostawali dłużni politykom Prawa i Sprawiedliwości – ale nie odwracajmy kota ogonem.” czy pani Olejnik twierdząca, że „Nie jest też prawdą, że przez pięć lat Lech Kaczyński był bezpardonowo atakowany, nie jest prawdą, że wyzywano go kloacznym językiem, i nie jest prawda, że podważano jego patriotyzm”** robią wszystko, by było wiadomo, kto tak naprawdę ma podły charakter i po kim można spodziewać się najgorszego. Za moment zaczną przekonywać nas, że w Łodzi tak naprawdę kto innych strzelał.
Boje się tylko, że to i tak za mało, że tyle nie starczy, by pomysł pana Pałasińskiego stał się rzeczywistością. Że jeszcze musi być jakiś trup po właściwej stronie. Że bez niego się po prostu nie da. A jak już będzie to cały naród pojmie, że inaczej być nie może tylko tak, jak to widziałby Pałasiński. Ściągnie się naszych chłopców z Afganistanu i wezmą się oni za ekstremistów na miejscu. Czemuś ten rytmiczny, coraz głośniejszy skowyt musi przecież służyć.
Ps. Kilka razy zdarzyło mi się słać do „Rzeczpospolitej” polemiki. Oczywiście bez skutku ale choć się starałem. Po tekście Pałasińskiego, nie widzę sensu by marnować na próbę polemiki choć sekundę. Choć w mojej ocenie jest on niemal jawnym wezwaniem do przemocy wobec legalnie działającego ugrupowania. I to wezwaniem adresowanym do państwa ze wskazaniem bardzo radykalnej metody.
* http://www.rp.pl/artykul/556045-Palasinski--Obojetni-na-nienawisc-.html
** http://wyborcza.pl/1,75968,8117438,Ogary_poszly_w_las.html
Kiedy okazało się, że socjalistyczna Kuba ma poważne problemy z wydajnością pracy, comandante Fidel nakazał zbadać, co jest przyczyna tego przykrego zjawiska. Okazało się, że dzieje się tak za sprawą naturalnych skłonności kubańskiego narodu, który do pracy się nie pali ale za to ogrom energii, czasu i zaangażowania poświęca na sambę, taniec kubańskiego narodu. Stanął tedy comandante Fidel przed narodem kubańskim i, swoim zwyczajem, pół dnia klarował jaki to błąd naród popełnia wybierając takie priorytety by zakończyć płomiennym wezwaniem: „Nie samba lecz praca!” . „Trawajo si, samba no!”
- „Trawajo si, samba no!” – podchwycił lud kubański. „Trawajo si, samba no!” powtórzył gromko. I powtarzał to jeszcze wielokrotnie z każdym okrzykiem coraz śmielej kołysząc się w tanecznym rytmie.
Tuż po morderstwie w łódzkim biurze regionalnym PiS wszędzie, w mediach i w wypowiedziach polityków pojawiły się pierwsze wezwania do tego, by zerwać z mową nienawiści. I nie ustają do dziś. Z każdym dniem wykrzykiwane coraz głośniej, z coraz bardziej wykrzywionymi minami i spod przymrożonych oczu. Kiedy zauważyłem ten coraz bardziej wyczuwalny rytm, czekałem, kiedy i kto pierwszy, wrzeszcząc „skończmy z mową nienawiści”, wystuka go waląc mocno pięścią w stół.
Nie wiem kto w końcu był ze swą pięścią pierwszy ale mamy już to chyba za sobą. Teraz jesteśmy na etapie wczuwania się w ten wystukiwany coraz głośniej rytm i oczekiwania w co on może się przerodzić. Kto spojrzał już dziś w „Rzeczpospolitą” ten wie. Kto nie spojrzał powinien czym prędzej.
„Wysyłamy naszych żołnierzy do Afganistanu, żeby zwalczali ekstremistów i fanatyków religijnych. Zacznijmy więc zwalczać ekstremistów także w naszym kraju, zanim będzie za późno”* – napisał dziennikarz TVN 24, Jacek Pałasiński. W długim tekście, który streścić się da jednym zdaniem: „Zróbcie coś z tym Kaczyńskim i resztą jego wariatów, wyłącznie (!) przez których jest tak strasznie, jak jest, bo będzie z tego coś dużo bardziej strasznego”. W tej pełnej "prawd oczywistych" wypowiedzi pan Pałasiński jednego jakoś nie napisał. A może nawet sobie nie uświadomił. Tego mianowicie, że nasi żołnierze w Afganistanie „zwalczają ekstremistów” również w ten sposób, że do nich strzelają.Zabijając ich... I trudno teraz pojąć tak jednoznacznie, czy „zwalczać ekstremistów także w naszym kraju” nic chciałby pan redaktor również i tą metodą.
Jeśli ktoś w tym momencie uzna, że oszalałem sugerując coś takiego to powiadam: Nie. Nie oszalałem. Jeśli ktoś oszalał to na pewno nie ja.
Niewiele czasu po zabójstwie Marka Rosiaka potrzeba było, by o refleksji nad tą tragedią i tym, co powinno być jej skutkiem zapomniano. Dla mnie największym horrendum, który ze zbrodnia niewątpliwie się wiązało, było gwałtowne poszukiwanie dowodów na to, że tak naprawdę ani Rosiak ani Kaczyński (którego nazwisko napastnik przecież wykrzykiwał) ani PiS jako środowisko nie byli prawdziwymi adresatami agresji. Do listy współofiar starano się dopisać tego i owego by przestała być ona tak jednoznacznie i tak niewygodnie jednorodna. A jak się nie dało to tu i tam nowych list z zapałem poszukiwano. Kończąc na inkasencie z mazur i laptopie z Kędzierzyna Koźla Szczytem tej tragigroteski była próba wykazania, że tak naprawdę Rosiak zginął od rykoszetu wystrzelonego w stronę Niesiołowskiego.
Mówiąc żargonem „psa” na dziś nie da się jeszcze udowodnić, że PiS wcale nie jest ofiarą ale agresorem. Ten Rosiak nieszczęsny przeszkadza w tym i wyraźnie bruździ. Choć pewnie nie chciał a teraz za bardzo nie może… Ale wystarczy popracować. I tę tytaniczną pracę tu i ówdzie widać. Tak Pałasiński, ze swoim „Zdarzało się, że niektórzy Politycy Platformy Obywatelskiej nie pozostawali dłużni politykom Prawa i Sprawiedliwości – ale nie odwracajmy kota ogonem.” czy pani Olejnik twierdząca, że „Nie jest też prawdą, że przez pięć lat Lech Kaczyński był bezpardonowo atakowany, nie jest prawdą, że wyzywano go kloacznym językiem, i nie jest prawda, że podważano jego patriotyzm”** robią wszystko, by było wiadomo, kto tak naprawdę ma podły charakter i po kim można spodziewać się najgorszego. Za moment zaczną przekonywać nas, że w Łodzi tak naprawdę kto innych strzelał.
Boje się tylko, że to i tak za mało, że tyle nie starczy, by pomysł pana Pałasińskiego stał się rzeczywistością. Że jeszcze musi być jakiś trup po właściwej stronie. Że bez niego się po prostu nie da. A jak już będzie to cały naród pojmie, że inaczej być nie może tylko tak, jak to widziałby Pałasiński. Ściągnie się naszych chłopców z Afganistanu i wezmą się oni za ekstremistów na miejscu. Czemuś ten rytmiczny, coraz głośniejszy skowyt musi przecież służyć.
Ps. Kilka razy zdarzyło mi się słać do „Rzeczpospolitej” polemiki. Oczywiście bez skutku ale choć się starałem. Po tekście Pałasińskiego, nie widzę sensu by marnować na próbę polemiki choć sekundę. Choć w mojej ocenie jest on niemal jawnym wezwaniem do przemocy wobec legalnie działającego ugrupowania. I to wezwaniem adresowanym do państwa ze wskazaniem bardzo radykalnej metody.
* http://www.rp.pl/artykul/556045-Palasinski--Obojetni-na-nienawisc-.html
** http://wyborcza.pl/1,75968,8117438,Ogary_poszly_w_las.html
czwartek, 28 października 2010
Autorytet Państwa (w smoleńskim cieniu).
Przyznam, że z początku miał być tytuł nieco inny. Miało być „Honor Państwa” ale jak tylko to napisałem, uznałem, że to może być odebrane tylko jako mało finezyjny żart. A ja akurat w sprawie, której dotknę, od żartów jestem daleki.
Pamiętam jeszcze i mam zamiar długo pamiętać zapał, z jakim Donald Tusk zapewniał, że kwestia wyjaśnienia okoliczności i przyczyn katastrofy smoleńskiej to rzecz niezwykle istotna choćby właśnie z uwagi na autorytet państwa. Przyznam, że dotychczasowa praktyka obecnej ekipy mogła budzić spore obawy o to, co będzie głównym elementem emanacji autorytetu Państwa w tej sprawie. Przede wszystkim za sprawą wyraźnego skupiania się w ogólnym przekazie dotyczącym działań obecnej ekipy na tym, by było miło, ładnie i przyjemnie. Tu o to prosiło się szczególnie. Skoro istotna…
Wybór pana Ministra Millera jako osoby reprezentującej rząd w sprawie badań nad katastrofą z początku wzbudził zarówno moje zaskoczenie jak i pewne nadzieje. Nie ujmując nic panu Millerowi trudno przyjąć, że ta nominacja wynikała z chęci przydania działaniom ekipy Tuska w tej materii jakiejś ładnej twarzy. Twarz pan Miller ma, jaką ma, i tyle w tej kwestii. Widząc, że nie o pierwsze wrażenie tu jednak idzie można było przyjąć, że faktycznie choć przy tym rząd postawi na kwestie merytoryczne.
Niestety dalej było już tylko gorzej. Merytoryczna „twarz rządu” znikła gdy Minister Miller, sam z siebie zapewne (jak mniemam nie mając podstaw mniemać inaczej), mianował się rzecznikiem strony rosyjskiej w kwestii jej fachowości i wiarygodności. I postanowił na tej pozycji tkwić mimo wszystko. Mimo, że brak fachowości i wiarygodności nachalnie wychylał się skąd tylko mógł. Jak dotąd jest temu postanowieniu wierny. Na tyle, że można to uznać nawet za jakieś opętanie albo afekt miłosny.
Wczorajszy, dość skąpo relacjonowany w mediach (ku memu szczeremu zaskoczeniu) występ Ministra przed komisją sejmową jest na to dowodem, który podważyć byłby w stanie… tylko on sam. Będąc oczywiście w trakcie tegoż podważania przez swój afekt ślepym i na argumenty i na to, że w każdej sytuacji są granice śmieszności. Wczoraj pan Minister przekroczył je ochoczo i zamaszyście.
Pierwszy, zauważony przez mnie moment, gdy przydarzyło się to panu Ministrowi, nastąpił w chwili, w której beznamiętnie, jakby absolutnie nie docierała do niego absurdalność tej sytuacji, mówił o otrzymanym projekcie raportu MAK i terminie, który jego zespół ma by się do niego ustosunkować. Powiedział wówczas, że część stwierdzeń przekazanego przez stronę rosyjską projektu jest oparta na materiałach, których on i jego ekipa nie znają. I tyle. Nic o tym, że w związku z powyższym jakieś części raportu są bez najmniejszej wątpliwości nieweryfikowalne. „Nie znamy i już”. No może trochę więcej. Więcej o bełkot szefa- ministra, który streścić można tak „No dajcie nam te dokumenty. My przecież nie chcemy wam nic zrobić!”. *
A powinniśmy nie tylko chcieć. Powinniśmy, mając tę świadomość, którą ma pan Miller odnośnie kompletności źródeł, na których oparto raport, zrobić jedno. I to bez wątpliwości najmniejszych powinien zrobić to ostentacyjnie. Cały ten raport z miejsca powinien być wywalony na śmietnik. Bo w takich warunkach po prostu nie ma o czym mówić. I trudno mi założyć a nawet przypuszczać że do pana Millera to nie dotarło. Wszak nie jest możliwe, że za moje, nasze bezpieczeństwo odpowiada ktoś o tak ograniczonej percepcji i zdolności wyciągania wniosków. Choć to jednak bardzo możliwe. Bo jak na przykład można odebrać absurdalną odpowiedź na pytanie Ludwika Dorna o to, jaki charakter miał lit z 10 kwietnia. Stwierdzając, że nie zajmuje się „wątkami pobocznymi” Minister dał do zrozumienia, że albo naprawdę nie pojmuje, iż to jest w rzeczywistości kwestia dla sprawy fundamentalna albo też… Albo też powiedział dokładnie to co myśli. To mianowicie, że wszystkie sprawy, które w śledztwie są badane są sprawami „ubocznymi” zaś fundamentalne znaczenie ma coś zupełnie innego. I w tym momencie pan Miller faktycznie wykazał znakomitą orientację w temacie i, proszę o wybaczenie śmiałości, bezdenna głupotę równocześnie. Bo taka sugestia nie powinna padać. Niech Naród ją sobie międli w ramach „spiskowych teorii” a nie ma podaną niemal na tacy przez jednego z najistotniejszych ministrów tej ekipy. I na koniec, jako rodzynek, dodatkowy pokaz siły umysłu pana Millera. Pytany o sławny wręcz i szeroko komentowany film prezentujący postępowanie strony rosyjskiej z wrakiem popisał się tyradą niebywałą. Fakt cięcia wraku usprawiedliwił prawdopodobną możliwością „pobrania materiałów do badania” choć w przypadku „szefa komisji” mającego nadto w garści projekt KOŃCOWEGO raportu słowo „prawdopodobny” brzmi kompromitująco. Bo o takich „procedurach” w raporcie chyba coś powinno być wspomniane i ktoś, kto na temat tego raportu ma się wypowiedzieć musi mieć w tej kwestii pewność! Druga uwaga pana Ministra sugerująca, by nie wyciągać wniosków ze wspomnianego materiału gdyż wie on z doświadczenia, że różnie się jeszcze może okazać, po prostu rozbawiło mnie. Choć kontekst był mało zabawny. Nałożona na słowa pana Millera sekwencja pokazująca ruskiego sołdata wywalającego z zadowolona gębą łomem szkło z okna wraku może chyba tylko tak być przyjęta jako mająca sens gdyby miało się okazać, iż „Misja specjalna” zmanipulowała rzecz… puszczając nagranie od końca. W sytuacji gdy ten dzielny wojak starał się (czemu łomem akurat?) przywrócić zewłok maszyny do stanu używalności.
Poza rozbawieniem pomyślałem jednak i to, że jakoś w ustach szefa naszej komisji „wyjaśniającej przyczyny” słowo „okaże się” jest ewidentnie nie na miejscu. Bo nie ma się, panie Ministrze okazać! Pan, w chwilę po tym, jak się dowiedział, że taki materiał został pokazany (a nawet w zasadzie, że powstał) powinien z miejsca żądać wyjaśnień! I to nawet nie powinno podlegać dyskusji. Żadne okaże się! Media nie są od tego by cokolwiek za pana robić!
Wczorajszy pokaz „autorytetu Państwa” w wykonaniu pana Millera był może i przygnębiający. Ale racjonalności trudno mu odmówić. Co prawda jest to racjonalność specyficzna ale skuteczna. Przypomina mi ona pewien mechanizm oglądany i czytany w relacjach z poprzedniego systemu. W nim zawsze ktoś był winien, gdy coś szło nie tak. Ten „ktoś” znajdował się na takim szczeblu by „najwyższy szef” w takiej sytuacji miał możliwość obciążyć go pełną odpowiedzialnością za wszystko i ostentacyjnie wylać na zbity ryj pokazując przy tym jaki jest sprawny i troskliwy. Tu, jak sadzę, mamy do czynienia z udoskonaloną formą tej procedury. Pan Miller, gadając głupoty, zdaje się sugerować, że jest nie tylko świadom, że jakby co… ale wręcz to, iż brzemię to wziął na barki całkowicie się na nie zgadzając. Czyszcząc w sposób oczywisty swym zachowaniem Tuskowi drogę do występu, w którym ten będzie mógł publicznie powiedzieć „Obiecałem ale czyż mogłem przewidzieć, że człowiek, któremu tak bardzo zaufałem, tak bardzo zawiedzie?” (Łzy wzruszenia Polaków… Nieśmiałe oklaski…)
Albo też pan Millera faktycznie nie wie. Ani tego, że głupio czyni i gada ani tego, że zrobią z niego kozła ofiarnego. I trudno się dziwić że zrobią bo wręcz prosi się o to.
* „– Tylko strona rosyjska musi trochę pomóc poprzez dostarczenie dokumentu; myślę, że takie jest oczekiwanie polskiego społeczeństwa. My chcemy tylko prawdy, nie mamy zamiaru mówić, kto jest winny. Mamy zamiar przedstawić, co się działo i dlaczego się tak skończyło, i nic więcej – zaznaczył minister. Przypomniał, że komisja analizuje punkt po punkcie przebieg zdarzeń, nie zajmuje się kwestią winy. – Winą zajmują się sądy – dodał.”
Za : http://tvp.info/informacje/polska/komisja-millera-zakonczy-prace-w-styczniu/3135055
Pamiętam jeszcze i mam zamiar długo pamiętać zapał, z jakim Donald Tusk zapewniał, że kwestia wyjaśnienia okoliczności i przyczyn katastrofy smoleńskiej to rzecz niezwykle istotna choćby właśnie z uwagi na autorytet państwa. Przyznam, że dotychczasowa praktyka obecnej ekipy mogła budzić spore obawy o to, co będzie głównym elementem emanacji autorytetu Państwa w tej sprawie. Przede wszystkim za sprawą wyraźnego skupiania się w ogólnym przekazie dotyczącym działań obecnej ekipy na tym, by było miło, ładnie i przyjemnie. Tu o to prosiło się szczególnie. Skoro istotna…
Wybór pana Ministra Millera jako osoby reprezentującej rząd w sprawie badań nad katastrofą z początku wzbudził zarówno moje zaskoczenie jak i pewne nadzieje. Nie ujmując nic panu Millerowi trudno przyjąć, że ta nominacja wynikała z chęci przydania działaniom ekipy Tuska w tej materii jakiejś ładnej twarzy. Twarz pan Miller ma, jaką ma, i tyle w tej kwestii. Widząc, że nie o pierwsze wrażenie tu jednak idzie można było przyjąć, że faktycznie choć przy tym rząd postawi na kwestie merytoryczne.
Niestety dalej było już tylko gorzej. Merytoryczna „twarz rządu” znikła gdy Minister Miller, sam z siebie zapewne (jak mniemam nie mając podstaw mniemać inaczej), mianował się rzecznikiem strony rosyjskiej w kwestii jej fachowości i wiarygodności. I postanowił na tej pozycji tkwić mimo wszystko. Mimo, że brak fachowości i wiarygodności nachalnie wychylał się skąd tylko mógł. Jak dotąd jest temu postanowieniu wierny. Na tyle, że można to uznać nawet za jakieś opętanie albo afekt miłosny.
Wczorajszy, dość skąpo relacjonowany w mediach (ku memu szczeremu zaskoczeniu) występ Ministra przed komisją sejmową jest na to dowodem, który podważyć byłby w stanie… tylko on sam. Będąc oczywiście w trakcie tegoż podważania przez swój afekt ślepym i na argumenty i na to, że w każdej sytuacji są granice śmieszności. Wczoraj pan Minister przekroczył je ochoczo i zamaszyście.
Pierwszy, zauważony przez mnie moment, gdy przydarzyło się to panu Ministrowi, nastąpił w chwili, w której beznamiętnie, jakby absolutnie nie docierała do niego absurdalność tej sytuacji, mówił o otrzymanym projekcie raportu MAK i terminie, który jego zespół ma by się do niego ustosunkować. Powiedział wówczas, że część stwierdzeń przekazanego przez stronę rosyjską projektu jest oparta na materiałach, których on i jego ekipa nie znają. I tyle. Nic o tym, że w związku z powyższym jakieś części raportu są bez najmniejszej wątpliwości nieweryfikowalne. „Nie znamy i już”. No może trochę więcej. Więcej o bełkot szefa- ministra, który streścić można tak „No dajcie nam te dokumenty. My przecież nie chcemy wam nic zrobić!”. *
A powinniśmy nie tylko chcieć. Powinniśmy, mając tę świadomość, którą ma pan Miller odnośnie kompletności źródeł, na których oparto raport, zrobić jedno. I to bez wątpliwości najmniejszych powinien zrobić to ostentacyjnie. Cały ten raport z miejsca powinien być wywalony na śmietnik. Bo w takich warunkach po prostu nie ma o czym mówić. I trudno mi założyć a nawet przypuszczać że do pana Millera to nie dotarło. Wszak nie jest możliwe, że za moje, nasze bezpieczeństwo odpowiada ktoś o tak ograniczonej percepcji i zdolności wyciągania wniosków. Choć to jednak bardzo możliwe. Bo jak na przykład można odebrać absurdalną odpowiedź na pytanie Ludwika Dorna o to, jaki charakter miał lit z 10 kwietnia. Stwierdzając, że nie zajmuje się „wątkami pobocznymi” Minister dał do zrozumienia, że albo naprawdę nie pojmuje, iż to jest w rzeczywistości kwestia dla sprawy fundamentalna albo też… Albo też powiedział dokładnie to co myśli. To mianowicie, że wszystkie sprawy, które w śledztwie są badane są sprawami „ubocznymi” zaś fundamentalne znaczenie ma coś zupełnie innego. I w tym momencie pan Miller faktycznie wykazał znakomitą orientację w temacie i, proszę o wybaczenie śmiałości, bezdenna głupotę równocześnie. Bo taka sugestia nie powinna padać. Niech Naród ją sobie międli w ramach „spiskowych teorii” a nie ma podaną niemal na tacy przez jednego z najistotniejszych ministrów tej ekipy. I na koniec, jako rodzynek, dodatkowy pokaz siły umysłu pana Millera. Pytany o sławny wręcz i szeroko komentowany film prezentujący postępowanie strony rosyjskiej z wrakiem popisał się tyradą niebywałą. Fakt cięcia wraku usprawiedliwił prawdopodobną możliwością „pobrania materiałów do badania” choć w przypadku „szefa komisji” mającego nadto w garści projekt KOŃCOWEGO raportu słowo „prawdopodobny” brzmi kompromitująco. Bo o takich „procedurach” w raporcie chyba coś powinno być wspomniane i ktoś, kto na temat tego raportu ma się wypowiedzieć musi mieć w tej kwestii pewność! Druga uwaga pana Ministra sugerująca, by nie wyciągać wniosków ze wspomnianego materiału gdyż wie on z doświadczenia, że różnie się jeszcze może okazać, po prostu rozbawiło mnie. Choć kontekst był mało zabawny. Nałożona na słowa pana Millera sekwencja pokazująca ruskiego sołdata wywalającego z zadowolona gębą łomem szkło z okna wraku może chyba tylko tak być przyjęta jako mająca sens gdyby miało się okazać, iż „Misja specjalna” zmanipulowała rzecz… puszczając nagranie od końca. W sytuacji gdy ten dzielny wojak starał się (czemu łomem akurat?) przywrócić zewłok maszyny do stanu używalności.
Poza rozbawieniem pomyślałem jednak i to, że jakoś w ustach szefa naszej komisji „wyjaśniającej przyczyny” słowo „okaże się” jest ewidentnie nie na miejscu. Bo nie ma się, panie Ministrze okazać! Pan, w chwilę po tym, jak się dowiedział, że taki materiał został pokazany (a nawet w zasadzie, że powstał) powinien z miejsca żądać wyjaśnień! I to nawet nie powinno podlegać dyskusji. Żadne okaże się! Media nie są od tego by cokolwiek za pana robić!
Wczorajszy pokaz „autorytetu Państwa” w wykonaniu pana Millera był może i przygnębiający. Ale racjonalności trudno mu odmówić. Co prawda jest to racjonalność specyficzna ale skuteczna. Przypomina mi ona pewien mechanizm oglądany i czytany w relacjach z poprzedniego systemu. W nim zawsze ktoś był winien, gdy coś szło nie tak. Ten „ktoś” znajdował się na takim szczeblu by „najwyższy szef” w takiej sytuacji miał możliwość obciążyć go pełną odpowiedzialnością za wszystko i ostentacyjnie wylać na zbity ryj pokazując przy tym jaki jest sprawny i troskliwy. Tu, jak sadzę, mamy do czynienia z udoskonaloną formą tej procedury. Pan Miller, gadając głupoty, zdaje się sugerować, że jest nie tylko świadom, że jakby co… ale wręcz to, iż brzemię to wziął na barki całkowicie się na nie zgadzając. Czyszcząc w sposób oczywisty swym zachowaniem Tuskowi drogę do występu, w którym ten będzie mógł publicznie powiedzieć „Obiecałem ale czyż mogłem przewidzieć, że człowiek, któremu tak bardzo zaufałem, tak bardzo zawiedzie?” (Łzy wzruszenia Polaków… Nieśmiałe oklaski…)
Albo też pan Millera faktycznie nie wie. Ani tego, że głupio czyni i gada ani tego, że zrobią z niego kozła ofiarnego. I trudno się dziwić że zrobią bo wręcz prosi się o to.
* „– Tylko strona rosyjska musi trochę pomóc poprzez dostarczenie dokumentu; myślę, że takie jest oczekiwanie polskiego społeczeństwa. My chcemy tylko prawdy, nie mamy zamiaru mówić, kto jest winny. Mamy zamiar przedstawić, co się działo i dlaczego się tak skończyło, i nic więcej – zaznaczył minister. Przypomniał, że komisja analizuje punkt po punkcie przebieg zdarzeń, nie zajmuje się kwestią winy. – Winą zajmują się sądy – dodał.”
Za : http://tvp.info/informacje/polska/komisja-millera-zakonczy-prace-w-styczniu/3135055
środa, 27 października 2010
Co się zdarzyło na Patriarszych Prudach (wersja 2010)
Wiadomo co się zdarzyło. Pojawił się szatan i świat, na szczęście lokalnie tylko i na jakiś czas stanął na głowie. Tylko czemu o tym piszę skoro wszyscy wiedzą, że było lokalnie i na czas jakiś? Piszę bo mam wrażenie, że w tym roku kolej na nas.
Gdybym miał zdarzenia ostatnich dni skomentować na gorąco, tak jak mi najsampierw przyszło do głowy, uznałbym, że jesteśmy, wszyscy, co do jednego, narodem szaleńców. Wariatów właściwie bo szaleństwo może wszak być stanem przejściowym, pojawiającym się w wyniku silnych emocji i przemijającym gdy ustępują. My jednak trwamy…
Szczególnie trwanie to ujawniło swe wyjątkowe oblicze po łódzkiej tragedii.
Normalnym odruchem, który stałby się udziałem 99,9% ludzi, społeczeństw i narodów na świecie byłoby autentyczne współczucie i głęboka refleksja nad tym, co się zdarzyło. Dla wielu byłaby to okazja by dokonać szczerej ekspiacji a po niej przewartościowania i słów i swego postępowania.
My jesteśmy chyba tym 0,1 %. Nasz rodzaj refleksji nie ma pewnie precedensu na skalę światową. Odnoszę wrażenie, że to, co wydarzyło się w Łodzi, powoli staje się dla jednych powodem do dumy a dla drugich do zazdrości. Może ich źródłem jest ten drobny szczegół, że żaden z tych, co zdają się szczycić ani z tych, którzy łakomie chcą się podłączyć, nie zginął. I łatwo im teraz teoretyzować.
Dyskusja o łódzkiej tragedii zaczyna przypominać mi historyjkę z czasów wojny, tej drugiej światowej, by było jasne. Otóż podczas Powstania w Warszawie na Czerniakowie wylądował desant berlingowski. Zaopatrzenie dla niego przewożone było niewielką łodzią motorową. Kiedy została trafiona i zatonęła, żołnierz, który odpowiadał za nią, sporządził raport ze zdarzenia zawierający wykaz strat materiałowych towarzyszących zatonięciu łodzi i przekazał go przełożonemu. Ten pchnął raport dalej ale dodał do niego kilka pozycji, których nie mógł się doliczyć w swoich magazynach i tak raport pokonywał kolejne szczeble by na koniec ukazać ogrom strat pasujący raczej do tragedii Titanica niż jakiejś tam rzecznej łajby.
Jeśli poczekamy jeszcze trochę to lista Henryka C stanie się swoistym Who is Who in Poland A.D 2010 liczącym ogrom istotnych nazwisk. Ktoś, kogo żaden przeciek nie wymieni jako umieszczonego na niej będzie miał prawo czuć się pominiętym i uznanym za nieistotnego. Widząc w telewizji dumne twarze tych, którzy już „wyciekli” otrzymując BOR-owską obstawę i podskakującego z radości Niesiołowskiego, który krzyczy „To ja! To ja miałem być zabity tylko mnie akurat w domu… znaczy w biurze nie było!!” nie mam wątpliwości, że „zagraniczny konsultant” przemieszcza się ulicami i miesza w głowach tak, że nie są już one „pierwszej świeżości”.
A lud, zamiast zastygnąć ze zgrozy wziął się z miejsca masowo do spiskowania. Gdzieś na Mazurach koleś namawiał inkasenta by zabić Prezydenta. Wiem, że mi się zrymowało. Bo i miało się zrymować. Rym ten i sens ten jest bez wątpienia tej klasy co tekst szlagieru „ona wyszła za Hendryka, największego rozbójnika”. Jak kto ma ochotę to proszę zanucić... Znowu na Śląsku ( nie wiem czy to już dolny czy opolski czy może górny ale znaczenia to większego nie ma) właściciel laptopa, który to laptop nawoływał w sieci do „palenia komitetów”, okazał się zarazem radnym PO jak i współczesnym wcieleniem Pawki Morozowa sypiącym bez wahania własnego tatę jako rzeczywistego podpalacza komitetów. I jeszcze gdzieś tam indziej podobny tym z Koźla chojrak, co też nawoływał, jak przyszło co do czego to z płaczem tłumaczył na komendzie że „żartował”. Takie to nasze poczucie humoru. Nic go nie inspiruje bardziej niż świeży trup. Ubaw po pachy.
Jeśli ktoś pamięta finał opowieści, co się zaczęła sporem na Patriarszych Prudach ten pamięta zapewne i to, że spora część bohaterów wystąpiła do służb wiadomych z żądaniem by ich pozamykać w pancernych celach a tu i ówdzie doszło do doprowadzenia skutych w kajdany i prewencyjnie aresztowanych czarnych kotów. Mamy już kolejkę chętnych do „pancernych cel” i mamy „inkasentów” i „laptopy radnych” wyłapywane po Polsce jak te czarne koty.
Ja pamiętam natomiast najbardziej dwie sceny. Pierwsza z nich to ta, gdy Abadonna zdjął okulary a druga, gdy świtę Wolanda zobaczyć było można w jej prawdziwych postaciach. Wtedy nie było wcale zabawnie.
A to pewnie jeszcze przed nami. Obym tym razem się mylił…
Gdybym miał zdarzenia ostatnich dni skomentować na gorąco, tak jak mi najsampierw przyszło do głowy, uznałbym, że jesteśmy, wszyscy, co do jednego, narodem szaleńców. Wariatów właściwie bo szaleństwo może wszak być stanem przejściowym, pojawiającym się w wyniku silnych emocji i przemijającym gdy ustępują. My jednak trwamy…
Szczególnie trwanie to ujawniło swe wyjątkowe oblicze po łódzkiej tragedii.
Normalnym odruchem, który stałby się udziałem 99,9% ludzi, społeczeństw i narodów na świecie byłoby autentyczne współczucie i głęboka refleksja nad tym, co się zdarzyło. Dla wielu byłaby to okazja by dokonać szczerej ekspiacji a po niej przewartościowania i słów i swego postępowania.
My jesteśmy chyba tym 0,1 %. Nasz rodzaj refleksji nie ma pewnie precedensu na skalę światową. Odnoszę wrażenie, że to, co wydarzyło się w Łodzi, powoli staje się dla jednych powodem do dumy a dla drugich do zazdrości. Może ich źródłem jest ten drobny szczegół, że żaden z tych, co zdają się szczycić ani z tych, którzy łakomie chcą się podłączyć, nie zginął. I łatwo im teraz teoretyzować.
Dyskusja o łódzkiej tragedii zaczyna przypominać mi historyjkę z czasów wojny, tej drugiej światowej, by było jasne. Otóż podczas Powstania w Warszawie na Czerniakowie wylądował desant berlingowski. Zaopatrzenie dla niego przewożone było niewielką łodzią motorową. Kiedy została trafiona i zatonęła, żołnierz, który odpowiadał za nią, sporządził raport ze zdarzenia zawierający wykaz strat materiałowych towarzyszących zatonięciu łodzi i przekazał go przełożonemu. Ten pchnął raport dalej ale dodał do niego kilka pozycji, których nie mógł się doliczyć w swoich magazynach i tak raport pokonywał kolejne szczeble by na koniec ukazać ogrom strat pasujący raczej do tragedii Titanica niż jakiejś tam rzecznej łajby.
Jeśli poczekamy jeszcze trochę to lista Henryka C stanie się swoistym Who is Who in Poland A.D 2010 liczącym ogrom istotnych nazwisk. Ktoś, kogo żaden przeciek nie wymieni jako umieszczonego na niej będzie miał prawo czuć się pominiętym i uznanym za nieistotnego. Widząc w telewizji dumne twarze tych, którzy już „wyciekli” otrzymując BOR-owską obstawę i podskakującego z radości Niesiołowskiego, który krzyczy „To ja! To ja miałem być zabity tylko mnie akurat w domu… znaczy w biurze nie było!!” nie mam wątpliwości, że „zagraniczny konsultant” przemieszcza się ulicami i miesza w głowach tak, że nie są już one „pierwszej świeżości”.
A lud, zamiast zastygnąć ze zgrozy wziął się z miejsca masowo do spiskowania. Gdzieś na Mazurach koleś namawiał inkasenta by zabić Prezydenta. Wiem, że mi się zrymowało. Bo i miało się zrymować. Rym ten i sens ten jest bez wątpienia tej klasy co tekst szlagieru „ona wyszła za Hendryka, największego rozbójnika”. Jak kto ma ochotę to proszę zanucić... Znowu na Śląsku ( nie wiem czy to już dolny czy opolski czy może górny ale znaczenia to większego nie ma) właściciel laptopa, który to laptop nawoływał w sieci do „palenia komitetów”, okazał się zarazem radnym PO jak i współczesnym wcieleniem Pawki Morozowa sypiącym bez wahania własnego tatę jako rzeczywistego podpalacza komitetów. I jeszcze gdzieś tam indziej podobny tym z Koźla chojrak, co też nawoływał, jak przyszło co do czego to z płaczem tłumaczył na komendzie że „żartował”. Takie to nasze poczucie humoru. Nic go nie inspiruje bardziej niż świeży trup. Ubaw po pachy.
Jeśli ktoś pamięta finał opowieści, co się zaczęła sporem na Patriarszych Prudach ten pamięta zapewne i to, że spora część bohaterów wystąpiła do służb wiadomych z żądaniem by ich pozamykać w pancernych celach a tu i ówdzie doszło do doprowadzenia skutych w kajdany i prewencyjnie aresztowanych czarnych kotów. Mamy już kolejkę chętnych do „pancernych cel” i mamy „inkasentów” i „laptopy radnych” wyłapywane po Polsce jak te czarne koty.
Ja pamiętam natomiast najbardziej dwie sceny. Pierwsza z nich to ta, gdy Abadonna zdjął okulary a druga, gdy świtę Wolanda zobaczyć było można w jej prawdziwych postaciach. Wtedy nie było wcale zabawnie.
A to pewnie jeszcze przed nami. Obym tym razem się mylił…
poniedziałek, 25 października 2010
Cisza… (w oku cyklonu)
Może to moje subiektywne odczucie albo też zbieg okoliczności, przez które informacje i komentarze docierają do mnie w małych dawkach a nie całym zgiełku, który od miesięcy albo nawet od lat jest nam serwowany bez większych zmian, ani o jotę cichszy, ale doświadczam właśnie wrażenia niezwykłej ciszy. Takiej nadnaturalnej przerwy w jazgocie który zaczął być już przez wielu odbierany jako coś organicznie nam przypisanego. Nie waham nazwać się tę ciszę niezwykłą bo i jej przyczyna jest niezwykła. I nie daj Bóg aby nam miała spowszednieć.
Oczywiście nie jest tak, że nagle przestało być słychać cokolwiek. Ani nawet tak, że ucichł choć ten towarzyszący nam od długiego czasu wzbudzony negatywnymi emocjami krzyk. Absolutnie. Powiem nawet, z pozoru przecząc temu, co chwilę temu powiedziałem, że jego natężenie w zakresie słyszalnym dla naszego narządu słuchu nic a nic nie zmalało. Skąd w takim razie to moje przekonanie o którym wspomniałem na początku? Jak zaznaczyłem, subiektywne…
Stąd mianowicie, że przez zgiełk zdołały się przebić i dotrzeć do mnie głosy, których już dawno nie słyszałem jeśli by pominąć oczywiście te watki, które poruszały strony konfliktu. Bo ich wątki, zwane też „narracjami” były, są i będą oczywiste i przewidywalne. Istotne, że te głosy, o których ja mówię pochodziły skądinąd. Stąd nawet, skąd takich bym się raczej nie spodziewał.
Pierwszy z nich, którego niestety nie mam (póki co bo korespondencyjnie zapytałem o możliwość płatnego ściągnięcia tekstu) szans poprzeć cytatami to krótki tekst z poprzedniego numeru „Newsweeka”. Napisany, w stałej rubryce „Pod kreską”, przez Mariusza Cieślika a zatytułowany „Prawdziwi Polacy są wolni”. Wbrew sugestii tytułu autor nie idzie tropem „przejęzyczenia” które przytrafiło się pani Kolendzie ale rzeczywistych poglądów artykułowanych przez Kaczyńskiego. Tożsamych, nawiązujących lub korespondujących z tym, co myśli i co wyłożył w swojej najnowszej książce „Samuel Zborowski” Jarosław Marek Rymkiewicz. I zaczyna autor od tego, że jednoznacznie od tamtego głośnego i dość brzemiennego w skutki „nieporozumienia” się dystansuje. Cieślik nie upiera się by oceniać taki sposób myślenia historycznego Polaków, jakiemu wierni są Kaczyński i Rymkiewicz. Myślenia o tym, czym jest wolność, skąd ją brać i jak drogo za nią płacić. Wskazuje analogie i, co dla mnie stanowi taki najmocniejszy akord tej ciszy, którą ja uczyniłem bohaterką mego tekstu, stara się ten sposób myślenia zrozumieć. Pewnie bez skutku ale z wielkim ukłonem w jego stronę. Bez obawy, że jest to też ukłon skierowany zarówno do Rymkiewicza jak i do Kaczyńskiego. Nie powtórzę teraz dosłownie ostatniego zdania z tekstu Cieślika ale postaram się odda jego sens. Napisał Cieślik, że być może sposób myślenia Kaczyńskiego, Rymkiewicza i tych, którzy to myślenie podzielają nie jest słuszny ale nikt nie ma im prawa takiego myślenia odmawiać. Trochę wcześniej w TVP Info dwóch panów, reprezentujących środowiska naukowe wymieniało poglądy na temat języka nienawiści w polityce. Może dlatego, że była to TVP Info nie skupiano się na wątku „smoczego języka” Jarosława Kaczyńskiego podchodząc do problemu z założeniem, że ma on zdecydowanie bardziej złożoną naturę niż jej prymitywny obraz propagowany przez TVN i „Gazetę Wyborczą”. Nie za bardzo skupiałem się na wymianie poglądów ale jedna kwestia zwróciła moją uwagę. Dotyczyła ona medialnego statusu ludzi nazywanych potocznie „obrońcami krzyża”. Poruszający ją dyskutant przypomniał, że jednym z głównych epitetów, jakimi tych ludzi określano był termin „fanatycy”. Mający w przekazie medialnym niewątpliwie pejoratywny wydźwięk. Szczególnie w czasach naznaczonych obrazem walących się wież WTC. I ów zaproszony do telewizji człowiek bez żadnej obawy i bez owijania w bawełnę powiedział, że ten wykreowany obraz wspomnianej grupy ludzi był (jest!) zarazem zmanipulowany, przerysowany i skrajnie niesprawiedliwy. Bo oni „ani nikomu nie szkodzą ani, tym bardziej, nie zagrażają”.
Zdaję sobie sprawę, że to nie jest, nie była cisza, która mogła potrwać dłużej niż mgnienie. To raczej cisza, jaka panuje w oku cyklonu. Tuż przed tym, gdy przewali się on ponownie z cała swoją siła. Powoli zaczyna być słychać jego przejmujący jęk. Jęk coraz bardziej upiorny.
****
Tekst wymyślony wczoraj. Dziś już za bardzo nie aktualny. Tekst Cieślika już jest niedostępny, program w TVP Info dawno się skończył a wiadomości bombardują fala gróźb i niespełnionych na szczęście złowrogich zamiarów. Ten nasz osesek, wolna Polska, pod czujnym okiem mrowia bezwzględnych generałów, kaleczy się w chorej dziecięcej krucjacie…
Oczywiście nie jest tak, że nagle przestało być słychać cokolwiek. Ani nawet tak, że ucichł choć ten towarzyszący nam od długiego czasu wzbudzony negatywnymi emocjami krzyk. Absolutnie. Powiem nawet, z pozoru przecząc temu, co chwilę temu powiedziałem, że jego natężenie w zakresie słyszalnym dla naszego narządu słuchu nic a nic nie zmalało. Skąd w takim razie to moje przekonanie o którym wspomniałem na początku? Jak zaznaczyłem, subiektywne…
Stąd mianowicie, że przez zgiełk zdołały się przebić i dotrzeć do mnie głosy, których już dawno nie słyszałem jeśli by pominąć oczywiście te watki, które poruszały strony konfliktu. Bo ich wątki, zwane też „narracjami” były, są i będą oczywiste i przewidywalne. Istotne, że te głosy, o których ja mówię pochodziły skądinąd. Stąd nawet, skąd takich bym się raczej nie spodziewał.
Pierwszy z nich, którego niestety nie mam (póki co bo korespondencyjnie zapytałem o możliwość płatnego ściągnięcia tekstu) szans poprzeć cytatami to krótki tekst z poprzedniego numeru „Newsweeka”. Napisany, w stałej rubryce „Pod kreską”, przez Mariusza Cieślika a zatytułowany „Prawdziwi Polacy są wolni”. Wbrew sugestii tytułu autor nie idzie tropem „przejęzyczenia” które przytrafiło się pani Kolendzie ale rzeczywistych poglądów artykułowanych przez Kaczyńskiego. Tożsamych, nawiązujących lub korespondujących z tym, co myśli i co wyłożył w swojej najnowszej książce „Samuel Zborowski” Jarosław Marek Rymkiewicz. I zaczyna autor od tego, że jednoznacznie od tamtego głośnego i dość brzemiennego w skutki „nieporozumienia” się dystansuje. Cieślik nie upiera się by oceniać taki sposób myślenia historycznego Polaków, jakiemu wierni są Kaczyński i Rymkiewicz. Myślenia o tym, czym jest wolność, skąd ją brać i jak drogo za nią płacić. Wskazuje analogie i, co dla mnie stanowi taki najmocniejszy akord tej ciszy, którą ja uczyniłem bohaterką mego tekstu, stara się ten sposób myślenia zrozumieć. Pewnie bez skutku ale z wielkim ukłonem w jego stronę. Bez obawy, że jest to też ukłon skierowany zarówno do Rymkiewicza jak i do Kaczyńskiego. Nie powtórzę teraz dosłownie ostatniego zdania z tekstu Cieślika ale postaram się odda jego sens. Napisał Cieślik, że być może sposób myślenia Kaczyńskiego, Rymkiewicza i tych, którzy to myślenie podzielają nie jest słuszny ale nikt nie ma im prawa takiego myślenia odmawiać. Trochę wcześniej w TVP Info dwóch panów, reprezentujących środowiska naukowe wymieniało poglądy na temat języka nienawiści w polityce. Może dlatego, że była to TVP Info nie skupiano się na wątku „smoczego języka” Jarosława Kaczyńskiego podchodząc do problemu z założeniem, że ma on zdecydowanie bardziej złożoną naturę niż jej prymitywny obraz propagowany przez TVN i „Gazetę Wyborczą”. Nie za bardzo skupiałem się na wymianie poglądów ale jedna kwestia zwróciła moją uwagę. Dotyczyła ona medialnego statusu ludzi nazywanych potocznie „obrońcami krzyża”. Poruszający ją dyskutant przypomniał, że jednym z głównych epitetów, jakimi tych ludzi określano był termin „fanatycy”. Mający w przekazie medialnym niewątpliwie pejoratywny wydźwięk. Szczególnie w czasach naznaczonych obrazem walących się wież WTC. I ów zaproszony do telewizji człowiek bez żadnej obawy i bez owijania w bawełnę powiedział, że ten wykreowany obraz wspomnianej grupy ludzi był (jest!) zarazem zmanipulowany, przerysowany i skrajnie niesprawiedliwy. Bo oni „ani nikomu nie szkodzą ani, tym bardziej, nie zagrażają”.
Zdaję sobie sprawę, że to nie jest, nie była cisza, która mogła potrwać dłużej niż mgnienie. To raczej cisza, jaka panuje w oku cyklonu. Tuż przed tym, gdy przewali się on ponownie z cała swoją siła. Powoli zaczyna być słychać jego przejmujący jęk. Jęk coraz bardziej upiorny.
****
Tekst wymyślony wczoraj. Dziś już za bardzo nie aktualny. Tekst Cieślika już jest niedostępny, program w TVP Info dawno się skończył a wiadomości bombardują fala gróźb i niespełnionych na szczęście złowrogich zamiarów. Ten nasz osesek, wolna Polska, pod czujnym okiem mrowia bezwzględnych generałów, kaleczy się w chorej dziecięcej krucjacie…
niedziela, 24 października 2010
Mój kawałek teorii wszechrzeczy (Uwaga! Słownictwo!)
Przeczytałem sobie, na początku z zainteresowaniem, wywiad, jaki przeprowadził był dla „Rzeczpospolitej” pan Mazurek z obywatelką Bielik - Robson. I cóż… Powiem, że już mi się gadać nie chce o tym, co ludzie jej pokroju mają pod dekielkiem a jedynie wysłuchać rady udzielonej niegdyś Wilq-owi przez komisarza Gondora odnośnie tygodnika „Przekrój”.
Nie wróciłbym do tematu gdyby nie to, że dzień wczoraj był piękny więc udałem się na spacer a na spacerze napatoczyłem się na kolegę z czasów studenckich. Powiedzmy, że Piotruś mu na imię. Po prawdzie mało go z tamtych czasów pamiętam bo… bywało, że percepcję miewałem zamgloną a Piotruś wtedy raczej towarzysko był dość powściągliwy. Odbija więc sobie to teraz sugerując podczas rzadkich, przypadkowych spotkań jakobyśmy byli najserdeczniejszymi kumplami mającymi za sobą niejedną beczkę soli zjedzoną czy tam wypitą. Ma też Piotruś i ten zwyczaj, że dla podkreślenia konfidencji, co charakteryzuje według niego i te spotkania przypadkowe i całą naszą znajomość, używa takiego wyluzowanego języka, którego „wyluzowanie” sprowadza się do częstego stosowania słów typu „qrwa”. Głownie tego słowa… Wygląda to dość zabawnie bo Piotruś „przerywnika” na początek używa tak co drugie, trzecie zdanie a później, jak już się rozkręci to co drugie słowo.
Rosemann, choć jest z natury rzeczy ujmujący, szarmancki i kulturalny jak, nie przymierzając całe Ministerstwo Dziewictwa Narodowego, musi się do tego, niestety, dostosować. No bo jak by to wyglądało, gdyby naprzeciw piotrusiowego „qrwa” stanął ze swymi „ą” i „ę”? Zgoła tak jakby to Piotruś wtedy był panem świata a rosemann tylko jakimś marginalnym obserwatorem tego panowania.
Jak więc już się na Piotrusia napatoczyłem ten musiał (!) za punkt wyjścia w rozmowie ulicznej wybrać „straszną tragedię”. Znając go dobrze poczekałem aż rozwinie temat bo mogło się tak zdarzyć, że różnić się mogliśmy fundamentalnie już w punkcie ustalania co za „straszną tragedię” bierzemy. I to czekanie na rozwinięcie narracji przez Piotrusia mocno ukierunkowało naszą rozmowę. Właściwie czy rozmowę? Ale wróćmy.
Rzekł więc Piotruś, że stała się tragedia, że politycy zawiedli i że na szczęście pojawiło się na scenie coś tak ożywczego jak inicjatywa Palikota, która…
„No qrwa żeż…!” zakrzyczał rosemann nakazując Piotrusiowi milczenie dłonią podniesioną. Jak Mojżesz gdy Naród Wybrany chciał przez morze prowadzić. Piotruś z miejsca uciszył się jakby tym gestem rosemann wyrwał mu język wraz z tchawicą, przełykiem i całym układem pokarmowym aż do samej odbytnicy.
- Co Ty, Piotrusiu szanowny, pitolisz?!
- No bo intelektualiści, ludzie kultury…”
Poniosło rosemanna no bo i ponieść musiało. Wszak Piotruś to nie był głąb ostatni pokroju pani Bielik- Robson której od liczebności fakultetów skończonych mózg chyba zaczął jakoś inaczej odbierać sygnały jakby jej kosmici jaki magiczny durszlak na czerep zainstalowali. Uczył się pilnie przez całe ranki, stypendium naukowe dostawał… Fakt, że je wtedy, gdy dostawał, zapewne w ramach powszechnej równości, PRL rozdawał każdemu, kto osiąg 3,8 średniej uzyskał ale wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Raz, że marazm był wtedy taki iż człowiekowi jeśli już coś się chciało to pić z rozpaczy albo by sobie ogląd świata umilić a w takich warunkach 3,8 było mało prawdopodobne. Dwa, że zawsze się jakiś skurwl czerwony po drodze do osiągu trafił, co na egzaminie o wysokość plonów buraka pastewnego w województwie lubelskim w Roku Pańskim 1952 zapytać potrafił. I stawiał pały jakby z Maxima strzelał do białej armii.
- „Czemu ci intelektualiści i ludzie kultury?” – spytał rosemann a widząc, że Piotruś otwiera usta dał wymownie znać, że pytanie ma charakter retoryczny i by się Piotruś nawet nie trudził.
- Jest tak, Piotrusiu drogi, że intelektualiści i ludzie kultury mają takie dziwne upodobanie. Lubią pasjami być dżebani. Bardziej oczywiście intelektualnie lubią. Przynajmniej jeśli chodzi o ten kontekst, o którym tu mówimy. Jak się popatrzy teraz choćby na główne punkty ich narracji to zawsze w tle albo nawet i na pierwszym planie jakiś kult phallusa, vaginy i poróbstwa w ogóle musi się pojawić. Nawet jak rzecz dotyczyłaby podręczników szkolnych dla pierwszoklasistów. Lubią i już. A już szczególnie lubią byś dżebani przez kogoś z nizin społecznych. Przez podkrakowskie chłopstwo lub gruzińskich górali na ten przykład. I to lubienie a może i oczekiwanie na to zdaje się im przesłaniać wszystko. Znasz na przykład Piotrusiu relacje gości, co ich do dziś się ma za intelektualny fundament nowoczesnej Europy, z wizyt u wuja Soso. Gdzie nie udało im się nic niewłaściwego zauważyć choć na Kołymie setki tysięcy jęczało a drugie tyle już gryzło ziemię. Albo ten zachwyt naszych intelektualistów i ludzi kultury, co z taką radością wystawiali się na heglowskie ukąszenie po którym widzieli tylko elektryfikację i walkę z analfabetyzmem. A taki robol z Powiśla czy Żerania jakoś na ząb Hegla okazywał się wyjątkowo odporny i w lot łapał, że rządzą państwem zwykli mordercy i bandyci. Pewnie dlatego, że potrzebę kopulacji zaspokajał we własnym zakresie, traktował ją mniej religijnie i nie wymagał, żeby mu osobiście Bierut wkładał.
I teraz znów mamy tak, że najgłośniejsza zaczyna być pewna cześć elity, pewnie ta najbardziej spragniona powrotu porządku, w którym ktoś się zabierze za ich odwłoki. A padło akurat na tego gościa bo raz, że on uosabia coś, co jest osobliwą hybrydą szlifu i prostoty, takim gumiakiem owiniętym w szal jedwabny a dwa że akurat on otwarcie wyraża chęć by im dogodzić. I tyle w tym sensu. Reszta to opakowanie. Najczęściej w jakąś „opiniotwórczą” gazetę…
Piotruś stał z rozdziawionym ustem i nawet nie próbował polemizować. A rosemann, okrutnik, musiał dodać.
- Tedy, Piotrusiu szanowny, nastawiaj się na tę świeżość. Zapewniam, że ci od niej oczy na wierzch wyjdą nadzwyczajnie. I jak już następnego dnia obudzisz się z bólem z tyłu to wspomnij co ci wujo mówił.
(tu zaznaczam, że między rosemannem a Piotrusiem żadne więzy rodzinne nie istnieją a słowa „wujo” z rozmysłem rosemann użył jako brzmiącego familiarnie a więc lepiej trafiającego)
Po czym rosemann pożegnał stojącego nadal z otwartymi ustami Piotrusia i sobie poszedł. Bez większej nadziei na to, że ów zadba jakoś uważniej i rozsądniej o własny odwłok. Który najwidoczniej elitarnie i intelektualnie łaknie świeżości i ożywienia.
****
Jest prawda taka, że rozmowa powyższa właściwie nie zaistniała w opisanej formie. Piotruś, takim, jakim został opisany, istnieje na swoje nieszczęście naprawdę. Naprawdę też rosemann przeprowadził rozmowę o „łódzkiej tragedii” i „ożywczym prądzie” tyle, że nie z Piotrusiem i bez użycia słownictwa, lecz ze swoim szefem. Po rozmowie tej, co była bardziej afektownym monologiem rosemanna, szef (co jest kobitą) przez trzy dni chodził tak zasępiony jakby zastanawiał się nad tym czy nie warto się od razu zabić skoro wszystko idzie tak do dupy albo też jakby bał się, że rosemann się targnie przybity tym, że wszystko jest tak do dupy.
I jeszcze uwaga konieczna. Z Bielik - Robson rozmawiał, oczywiście Piotr Skwieciński.
Nie wróciłbym do tematu gdyby nie to, że dzień wczoraj był piękny więc udałem się na spacer a na spacerze napatoczyłem się na kolegę z czasów studenckich. Powiedzmy, że Piotruś mu na imię. Po prawdzie mało go z tamtych czasów pamiętam bo… bywało, że percepcję miewałem zamgloną a Piotruś wtedy raczej towarzysko był dość powściągliwy. Odbija więc sobie to teraz sugerując podczas rzadkich, przypadkowych spotkań jakobyśmy byli najserdeczniejszymi kumplami mającymi za sobą niejedną beczkę soli zjedzoną czy tam wypitą. Ma też Piotruś i ten zwyczaj, że dla podkreślenia konfidencji, co charakteryzuje według niego i te spotkania przypadkowe i całą naszą znajomość, używa takiego wyluzowanego języka, którego „wyluzowanie” sprowadza się do częstego stosowania słów typu „qrwa”. Głownie tego słowa… Wygląda to dość zabawnie bo Piotruś „przerywnika” na początek używa tak co drugie, trzecie zdanie a później, jak już się rozkręci to co drugie słowo.
Rosemann, choć jest z natury rzeczy ujmujący, szarmancki i kulturalny jak, nie przymierzając całe Ministerstwo Dziewictwa Narodowego, musi się do tego, niestety, dostosować. No bo jak by to wyglądało, gdyby naprzeciw piotrusiowego „qrwa” stanął ze swymi „ą” i „ę”? Zgoła tak jakby to Piotruś wtedy był panem świata a rosemann tylko jakimś marginalnym obserwatorem tego panowania.
Jak więc już się na Piotrusia napatoczyłem ten musiał (!) za punkt wyjścia w rozmowie ulicznej wybrać „straszną tragedię”. Znając go dobrze poczekałem aż rozwinie temat bo mogło się tak zdarzyć, że różnić się mogliśmy fundamentalnie już w punkcie ustalania co za „straszną tragedię” bierzemy. I to czekanie na rozwinięcie narracji przez Piotrusia mocno ukierunkowało naszą rozmowę. Właściwie czy rozmowę? Ale wróćmy.
Rzekł więc Piotruś, że stała się tragedia, że politycy zawiedli i że na szczęście pojawiło się na scenie coś tak ożywczego jak inicjatywa Palikota, która…
„No qrwa żeż…!” zakrzyczał rosemann nakazując Piotrusiowi milczenie dłonią podniesioną. Jak Mojżesz gdy Naród Wybrany chciał przez morze prowadzić. Piotruś z miejsca uciszył się jakby tym gestem rosemann wyrwał mu język wraz z tchawicą, przełykiem i całym układem pokarmowym aż do samej odbytnicy.
- Co Ty, Piotrusiu szanowny, pitolisz?!
- No bo intelektualiści, ludzie kultury…”
Poniosło rosemanna no bo i ponieść musiało. Wszak Piotruś to nie był głąb ostatni pokroju pani Bielik- Robson której od liczebności fakultetów skończonych mózg chyba zaczął jakoś inaczej odbierać sygnały jakby jej kosmici jaki magiczny durszlak na czerep zainstalowali. Uczył się pilnie przez całe ranki, stypendium naukowe dostawał… Fakt, że je wtedy, gdy dostawał, zapewne w ramach powszechnej równości, PRL rozdawał każdemu, kto osiąg 3,8 średniej uzyskał ale wbrew pozorom nie było to takie łatwe. Raz, że marazm był wtedy taki iż człowiekowi jeśli już coś się chciało to pić z rozpaczy albo by sobie ogląd świata umilić a w takich warunkach 3,8 było mało prawdopodobne. Dwa, że zawsze się jakiś skurwl czerwony po drodze do osiągu trafił, co na egzaminie o wysokość plonów buraka pastewnego w województwie lubelskim w Roku Pańskim 1952 zapytać potrafił. I stawiał pały jakby z Maxima strzelał do białej armii.
- „Czemu ci intelektualiści i ludzie kultury?” – spytał rosemann a widząc, że Piotruś otwiera usta dał wymownie znać, że pytanie ma charakter retoryczny i by się Piotruś nawet nie trudził.
- Jest tak, Piotrusiu drogi, że intelektualiści i ludzie kultury mają takie dziwne upodobanie. Lubią pasjami być dżebani. Bardziej oczywiście intelektualnie lubią. Przynajmniej jeśli chodzi o ten kontekst, o którym tu mówimy. Jak się popatrzy teraz choćby na główne punkty ich narracji to zawsze w tle albo nawet i na pierwszym planie jakiś kult phallusa, vaginy i poróbstwa w ogóle musi się pojawić. Nawet jak rzecz dotyczyłaby podręczników szkolnych dla pierwszoklasistów. Lubią i już. A już szczególnie lubią byś dżebani przez kogoś z nizin społecznych. Przez podkrakowskie chłopstwo lub gruzińskich górali na ten przykład. I to lubienie a może i oczekiwanie na to zdaje się im przesłaniać wszystko. Znasz na przykład Piotrusiu relacje gości, co ich do dziś się ma za intelektualny fundament nowoczesnej Europy, z wizyt u wuja Soso. Gdzie nie udało im się nic niewłaściwego zauważyć choć na Kołymie setki tysięcy jęczało a drugie tyle już gryzło ziemię. Albo ten zachwyt naszych intelektualistów i ludzi kultury, co z taką radością wystawiali się na heglowskie ukąszenie po którym widzieli tylko elektryfikację i walkę z analfabetyzmem. A taki robol z Powiśla czy Żerania jakoś na ząb Hegla okazywał się wyjątkowo odporny i w lot łapał, że rządzą państwem zwykli mordercy i bandyci. Pewnie dlatego, że potrzebę kopulacji zaspokajał we własnym zakresie, traktował ją mniej religijnie i nie wymagał, żeby mu osobiście Bierut wkładał.
I teraz znów mamy tak, że najgłośniejsza zaczyna być pewna cześć elity, pewnie ta najbardziej spragniona powrotu porządku, w którym ktoś się zabierze za ich odwłoki. A padło akurat na tego gościa bo raz, że on uosabia coś, co jest osobliwą hybrydą szlifu i prostoty, takim gumiakiem owiniętym w szal jedwabny a dwa że akurat on otwarcie wyraża chęć by im dogodzić. I tyle w tym sensu. Reszta to opakowanie. Najczęściej w jakąś „opiniotwórczą” gazetę…
Piotruś stał z rozdziawionym ustem i nawet nie próbował polemizować. A rosemann, okrutnik, musiał dodać.
- Tedy, Piotrusiu szanowny, nastawiaj się na tę świeżość. Zapewniam, że ci od niej oczy na wierzch wyjdą nadzwyczajnie. I jak już następnego dnia obudzisz się z bólem z tyłu to wspomnij co ci wujo mówił.
(tu zaznaczam, że między rosemannem a Piotrusiem żadne więzy rodzinne nie istnieją a słowa „wujo” z rozmysłem rosemann użył jako brzmiącego familiarnie a więc lepiej trafiającego)
Po czym rosemann pożegnał stojącego nadal z otwartymi ustami Piotrusia i sobie poszedł. Bez większej nadziei na to, że ów zadba jakoś uważniej i rozsądniej o własny odwłok. Który najwidoczniej elitarnie i intelektualnie łaknie świeżości i ożywienia.
****
Jest prawda taka, że rozmowa powyższa właściwie nie zaistniała w opisanej formie. Piotruś, takim, jakim został opisany, istnieje na swoje nieszczęście naprawdę. Naprawdę też rosemann przeprowadził rozmowę o „łódzkiej tragedii” i „ożywczym prądzie” tyle, że nie z Piotrusiem i bez użycia słownictwa, lecz ze swoim szefem. Po rozmowie tej, co była bardziej afektownym monologiem rosemanna, szef (co jest kobitą) przez trzy dni chodził tak zasępiony jakby zastanawiał się nad tym czy nie warto się od razu zabić skoro wszystko idzie tak do dupy albo też jakby bał się, że rosemann się targnie przybity tym, że wszystko jest tak do dupy.
I jeszcze uwaga konieczna. Z Bielik - Robson rozmawiał, oczywiście Piotr Skwieciński.
sobota, 23 października 2010
„Usłyszcie mój krzyk!”
Ledwie rok zdążył minąć od czasu, gdy świętowaliśmy dwudziestolecie naszej wolności i ledwie miesiąc od rocznic najsilniejszego upomnienia się o naszą wolność.
Wiem, że to niewiele. Cywilizacje tworzyły się i upadały przez tysiąclecia a i nasz naród ma na karku sporo stuleci.
Ale ja tyle czasu nie mam. Stąd może ta moja niecierpliwość, która szybko przesłoniła mi radość z tego, że takich rzeczy udało mi się dożyć. Wszak mało kto, choćby i ćwierć wieku temu, wierzył, że to za naszego życia tak wielka przemiana się spełni.
Przez tę moją niecierpliwość dość szybko, zirytowany, zacząłem rozglądać się i utyskiwać szukając dla mego kraju ludzi na miarę jej potrzeb. Zdawało mi się, że oczywistym być musi, iż bez nich nasza zdobycz i świeża radość szybko stanie się brzemieniem i powodem do narzekań. Kolejne polityczne wojny i wojenki, kolejne nawroty populizmów grających na emocjach ludzi skrzywdzonych i rozczarowanych pokazywały, że się nie pomyliłem i że bez naszych nowych Grabskich i Kwiatkowskich to wszystko dziać się już będzie bez tej radości i przekonania, że jednak wygraliśmy. Jeszcze niedawno to wydawało mi się najbardziej istotnym czynnikiem oceny minionych dwóch dekad.
Nadal czekam że może jednak jeszcze za mojego życia nowi Kwiatkowscy i nowi Grabscy zdążą się objawić dając mi nowy powód do radości i dumy z mego kraju. Jednak bać się zaczynam, że dziś wcale nie Grabskich i Kwiatkowskich mój kraj potrzebuje najbardziej.
Od kilku dni z przerażeniem obserwuję w jaką koleinę wtłoczono Polskę i ku czemu ona zmierza. Z przerażeniem wynikającym z tego odkrycia, że mało komu to przeszkadza. Przeszliśmy właśnie próbę krwi, po której każdy normalny organizm wzdrygnąłby się i otrząsnął.
My dalej uczestniczymy w spektaklu. Powoli jasnym staje się, że ten, który zdawał się, wbrew swej woli bez wątpienia, być postacią pierwszoplanową, staje się nawet już nie epizodem a tłem dla ról tych "największych". Nie minął tydzień a coraz mniej znaczy nazwisko Marka Rosiaka przytłoczonego solowymi i zbiorowymi występami głównych aktorów tej tancbudy, w którą z takim zapałem zmieniany jest mój, nasz kraj. Pewnie trudno byłoby znaleźć dziś większy szlagier od „eksperymentu przeprosiny”, którym Prezydent mojego państwa przeszedł do porządku nad winą tych wszystkich, którzy temu bez najmniejszych wątpliwości są winni. Tylko bezdenna głupota tego najwyższego urzędnika, będącego przecież nikim innym tylko najmitą z łaski takich obywateli jak choćby ja, pokazującego zupełnie bezrefleksyjnie, jak w wyciągniętej dłoni to, co inni tak skrzętnie starają się teraz ukrywać. Pokazujący ile dla niego a i dla nich znaczą takie pojęcia jak przyzwoitość i odpowiedzialność.
Nie wiem czym się naraził mój kraj i mój naród panu Prezydentowi, że niezawiniona nijak śmierć dobrego człowieka jest w stanie wzbudzić w nim jedynie kpinę i żadnej refleksji że z tej krwi jakaś cześć mogła być rozlana za jego sprawą. I że za to należy się już nie tylko szczere przepraszam. Należy się znacznie więcej.
Nie minął nawet tydzień, Marek Rosiak nie spoczął jeszcze w grobie a nad jego ciałem ten i ów bez żadnego zażenowania tańczy już swój taniec.
Pierwsi zdążyli już zerknąć w badania opinii by trend po zbrodni jak najszybciej ogłosić.
A przy kałuży krowi pan Prezydent, cichcem wcześniej podkradłszy się tam wraz z tymi, którzy tyleż co i on za wszystko odpowiadają, powiedział nieszczerze:
- „Jesteśmy tu, żeby pokazać, iż w obliczu bratobójczej zbrodni jesteśmy razem z tymi, którzy stali się jej ofiarami”*
Jesteście sami, panie Prezydencie! W tajemnicy, pod ochroną, rankiem. Gdzie są ci, z którymi „jesteście razem”? Gdzie są choćby najbliżsi Marka Rosiaka?! Widzę tylko was trzech! Chyba że właśnie siebie uznajecie za jedyne ofiary. Jak zawsze nie ustając w przekonaniu, że „państwo to wy”.
Gdy widzę ten chocholi taniec, w którym całkiem zacierać zaczyna się podział na dobrych i złych. W którym jedyny sprawiedliwy to ten, co sprawiedliwie i za nic uraczył ziemię swą posoką, zaczynam mieć głowę pełną wątpliwości.
Dziś, w końcu pierwszego roku trzeciego dziesięciolecia tej naszej cudownie przywróconej wolności, zaczynam sądzić, że wcale nie Kwiatkowscy i Grabscy są dziś najbardziej nam potrzebni. Oni, tak jak i my, mogą ze swymi wielkimi projektami w zanadrzu jeszcze chwilę poczekać.
By przyszedł taki czas, w którym będą mogli je wydobyć i objawić nam swoje wizje dziś potrzebujemy chyba kogoś zupełnie innego.
Dziś potrzebujemy chyba Ryszardów Siwców i Janów Palachów. Którzy znajdą w sobie ich odwagę by stanąć o krok przed tymi, co się mają dziś za sedno spraw mego narodu, i rzucić im w twarz „Usłyszcie mój krzyk!”. Tak, by po całej Polsce zadudniło i by nikt nie mógł tego przeoczyć. Jakby nie był zapatrzony w ekran lub zaczytany w gazecie… I zrobić po tym coś, przez co nawet w przepastnie pustej i odpornej głowie naszego Prezydenta nie odważy się zaświtać choćby iskra myśli by skwitować rzecz kpiną i wątpliwej jakości żartem.
Zdaje się, że inaczej być nie może….
* http://www.tvn24.pl/-1,1679095,0,1,prezydent--premier-i-marszalek-z-kwiatami-pod-siedziba-pis,wiadomosc.html
Wiem, że to niewiele. Cywilizacje tworzyły się i upadały przez tysiąclecia a i nasz naród ma na karku sporo stuleci.
Ale ja tyle czasu nie mam. Stąd może ta moja niecierpliwość, która szybko przesłoniła mi radość z tego, że takich rzeczy udało mi się dożyć. Wszak mało kto, choćby i ćwierć wieku temu, wierzył, że to za naszego życia tak wielka przemiana się spełni.
Przez tę moją niecierpliwość dość szybko, zirytowany, zacząłem rozglądać się i utyskiwać szukając dla mego kraju ludzi na miarę jej potrzeb. Zdawało mi się, że oczywistym być musi, iż bez nich nasza zdobycz i świeża radość szybko stanie się brzemieniem i powodem do narzekań. Kolejne polityczne wojny i wojenki, kolejne nawroty populizmów grających na emocjach ludzi skrzywdzonych i rozczarowanych pokazywały, że się nie pomyliłem i że bez naszych nowych Grabskich i Kwiatkowskich to wszystko dziać się już będzie bez tej radości i przekonania, że jednak wygraliśmy. Jeszcze niedawno to wydawało mi się najbardziej istotnym czynnikiem oceny minionych dwóch dekad.
Nadal czekam że może jednak jeszcze za mojego życia nowi Kwiatkowscy i nowi Grabscy zdążą się objawić dając mi nowy powód do radości i dumy z mego kraju. Jednak bać się zaczynam, że dziś wcale nie Grabskich i Kwiatkowskich mój kraj potrzebuje najbardziej.
Od kilku dni z przerażeniem obserwuję w jaką koleinę wtłoczono Polskę i ku czemu ona zmierza. Z przerażeniem wynikającym z tego odkrycia, że mało komu to przeszkadza. Przeszliśmy właśnie próbę krwi, po której każdy normalny organizm wzdrygnąłby się i otrząsnął.
My dalej uczestniczymy w spektaklu. Powoli jasnym staje się, że ten, który zdawał się, wbrew swej woli bez wątpienia, być postacią pierwszoplanową, staje się nawet już nie epizodem a tłem dla ról tych "największych". Nie minął tydzień a coraz mniej znaczy nazwisko Marka Rosiaka przytłoczonego solowymi i zbiorowymi występami głównych aktorów tej tancbudy, w którą z takim zapałem zmieniany jest mój, nasz kraj. Pewnie trudno byłoby znaleźć dziś większy szlagier od „eksperymentu przeprosiny”, którym Prezydent mojego państwa przeszedł do porządku nad winą tych wszystkich, którzy temu bez najmniejszych wątpliwości są winni. Tylko bezdenna głupota tego najwyższego urzędnika, będącego przecież nikim innym tylko najmitą z łaski takich obywateli jak choćby ja, pokazującego zupełnie bezrefleksyjnie, jak w wyciągniętej dłoni to, co inni tak skrzętnie starają się teraz ukrywać. Pokazujący ile dla niego a i dla nich znaczą takie pojęcia jak przyzwoitość i odpowiedzialność.
Nie wiem czym się naraził mój kraj i mój naród panu Prezydentowi, że niezawiniona nijak śmierć dobrego człowieka jest w stanie wzbudzić w nim jedynie kpinę i żadnej refleksji że z tej krwi jakaś cześć mogła być rozlana za jego sprawą. I że za to należy się już nie tylko szczere przepraszam. Należy się znacznie więcej.
Nie minął nawet tydzień, Marek Rosiak nie spoczął jeszcze w grobie a nad jego ciałem ten i ów bez żadnego zażenowania tańczy już swój taniec.
Pierwsi zdążyli już zerknąć w badania opinii by trend po zbrodni jak najszybciej ogłosić.
A przy kałuży krowi pan Prezydent, cichcem wcześniej podkradłszy się tam wraz z tymi, którzy tyleż co i on za wszystko odpowiadają, powiedział nieszczerze:
- „Jesteśmy tu, żeby pokazać, iż w obliczu bratobójczej zbrodni jesteśmy razem z tymi, którzy stali się jej ofiarami”*
Jesteście sami, panie Prezydencie! W tajemnicy, pod ochroną, rankiem. Gdzie są ci, z którymi „jesteście razem”? Gdzie są choćby najbliżsi Marka Rosiaka?! Widzę tylko was trzech! Chyba że właśnie siebie uznajecie za jedyne ofiary. Jak zawsze nie ustając w przekonaniu, że „państwo to wy”.
Gdy widzę ten chocholi taniec, w którym całkiem zacierać zaczyna się podział na dobrych i złych. W którym jedyny sprawiedliwy to ten, co sprawiedliwie i za nic uraczył ziemię swą posoką, zaczynam mieć głowę pełną wątpliwości.
Dziś, w końcu pierwszego roku trzeciego dziesięciolecia tej naszej cudownie przywróconej wolności, zaczynam sądzić, że wcale nie Kwiatkowscy i Grabscy są dziś najbardziej nam potrzebni. Oni, tak jak i my, mogą ze swymi wielkimi projektami w zanadrzu jeszcze chwilę poczekać.
By przyszedł taki czas, w którym będą mogli je wydobyć i objawić nam swoje wizje dziś potrzebujemy chyba kogoś zupełnie innego.
Dziś potrzebujemy chyba Ryszardów Siwców i Janów Palachów. Którzy znajdą w sobie ich odwagę by stanąć o krok przed tymi, co się mają dziś za sedno spraw mego narodu, i rzucić im w twarz „Usłyszcie mój krzyk!”. Tak, by po całej Polsce zadudniło i by nikt nie mógł tego przeoczyć. Jakby nie był zapatrzony w ekran lub zaczytany w gazecie… I zrobić po tym coś, przez co nawet w przepastnie pustej i odpornej głowie naszego Prezydenta nie odważy się zaświtać choćby iskra myśli by skwitować rzecz kpiną i wątpliwej jakości żartem.
Zdaje się, że inaczej być nie może….
* http://www.tvn24.pl/-1,1679095,0,1,prezydent--premier-i-marszalek-z-kwiatami-pod-siedziba-pis,wiadomosc.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)