Dość niespodziewanie dla mnie i, jak sądzę, pełen wiary w zdrowy rozsądek społeczeństwa, także dla wielu rodaków, pierwszoplanową kwestią rozważaną przez naszych (i nie tylko naszych) polityków stała się odpowiedź na pytanie czy nasze elektrownie atomowe są naprawdę bezpieczne. Choć laik ze mnie w wielu kwestiach naukowych a w dziedzinie energii jądrowej laik nad laikami, mogę przysiąc a nawet dać sobie ręce uciąć, że są tak bezpieczne jak żadne inne.
Proszę wybaczyć mi to dworowanie na wspomniany temat w sytuacji, gdy dla sporej części świata absolutnie nie jest do śmiechu, ale jak tu się nie śmiać gdy widzi się z jaką powagą nasi politycy z Premierem na czele pochylają się nad bezpieczeństwem elektrowni, których nie tylko nie ma ale nawet nie jest powiedziane, czy kiedykolwiek będą. Jeśli porówna się to, co mówią politycy i później co im wychodzi…
W tej sprawie znów mamy do czynienia z coraz bardziej dominującym w przedwyborczej narracji Platformy Obywatelskiej skupianiem się nad problematyką nie istniejącą, wirtualną. Nasze „bezpieczne atomowki” są dokładnie tak realne jak „deficyt finansów publicznych” rządów PiS z lat 2007-2011 i „opozycyjna” PO z tego czasu oraz wielkość naszych emerytur gwarantowanych nam przez pana Rostowskiego. I tak samo jak znaczna część obietnic złożonych w pamiętnej parodii Fidela Castro odegranej w pamiętnym dla wszystkich chyba wykonaniu Donalda Tuska.
Idąc za logiką tej dyskusji mógłbym zasugerować by zająć się też warunkami podróży superszybką koleją magnetyczną (przecież kiedyś taka u nas powstanie) albo warunkami socjalnymi pracowników zatrudnionych na naszych polach naftowych (nie można chyba całkiem wykluczyć, że ich nie mamy).
Oczywiście problem istnieje i będzie istnieć. Trudno zaprzeczyć, że energia atomowa jest zbyt kuszącą alternatywą by się nad nią nie pochylać. Ale pragnę zaapelować o realizm i rozsądek. Nie przesadzajmy z tą propagandą sukcesu z której co niektórym chyba faktycznie zaczęło wydawać że jakoś tak nagle staliśmy się II Japonią ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie wyłączając trzęsień ziemi i tsunami.
Tak naprawdę w naszym przypadku, jak mi się wydaje, o decyzji w sprawie atomu zadecydować powinny inne względy. Przede wszystkim to, czy cywilizacyjnie jesteśmy w stanie sobie z tym poradzić. Czy nie będzie tak, że nam walnie bo ktoś tam akurat „potrzebował” jakiegoś zaworku albo też miał akurat „szewski poniedziałek” i nie w głowie mu było wlepiać oczu w jakiś tam czujnik.
I dopiero wtedy zacznę się tak naprawdę przejmować tymi naszymi „atomowkami”. Tak, jak przejmuję się teraz problemami z utrzymaniem standardów budowanych autostrad, burdelem z kolejowymi rozkładami, służbą zdrowia, od której też można u nas zginać śmiercią gwałtowną oraz naszym narodowym problemem z przejrzystością wszystkiego, co powinno być przejrzyste. W tym problem a nie w żadnych tam tsunami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. politycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. politycy. Pokaż wszystkie posty
środa, 16 marca 2011
sobota, 18 grudnia 2010
Dziś są moje urodziny… (Ayers Rock w bieli i czerwierni)
Dziś są moje urodziny. Z lat, które przeżyłem, choć ponad połowę przeżyłem w tamtym systemie co go zluzowała wolność- niedawna jubilatka , trudno byłoby wybrać rok, który ja pamiętałbym jako gorszy od tego, który właśnie kończę. Choć obiektywnie przecież nawet nie ma dyskusji. Ale nie pamiętam prawie wcale 1970 poza oburzeniem na wyparcie dobranocki przez któryś tam kolejny zjazd PZPR (w 1971). Podobnie jest i z 1976 kojarzącym mi się tylko z dość krótkim strachem rodziców czy da się przeżyć i z 1980 i następnymi pamiętanymi z perspektywy prowincji na której nawet SB i MO nie za bardzo się chciało… Poza tym było dzieciństwo i młodość rekompensujące różnymi zachłyśnięciami tamtą prawdę.
Może to powód do wstydu dla mnie ale i bez wątpienia dla wolnej RP, że nagle, w zamieszanej kolejnymi doniosłymi rocznicami tej rzeczpospolitej (mała litera pisanej jako model a nie konkret) tak boleśnie zadaję sobie pytanie o sens trwania. Tak swojego jak i jej. Wszak to coś nienormalnego w przypadku kogoś, kto jak ja umie cieszyć się życiem i je smakować i w przypadku czegoś, co miało być absolutną antytezą tego, czego upadek pamiętam i chciałbym go teraz świętować z całym przekonaniem i bez żadnych wątpliwości.
Jeśli miałbym sobie sam odpowiedzieć teraz na pytanie o to po co było tyle tych lat, najprędzej przychodzi mi odpowiedź wykrzyczana kiedyś w okolicznościach szczególnych. Wykrzyczana przez mojego brata gdy na własnej skórze testował był dotkliwie jakość politycznych osiągnięć kilku kolejnych ekip które jemu (i setkom jemu podobnych) „otwierały kolejne rynki pracy”. Tak eufemistycznie i dumnie nazywały wykopywanie przez granicę problemu, z którym nijak nie potrafiły sobie poradzić same, tu, na miejscu. Konsumował więc te owoce sprawności politycznej naszych „odźwiernych” żyjąc byle jak, bo takie były realia i wśród takich, którym to „byle jak” leżało jakoś tak bardziej niż jemu. Taki zagubiony całkiem mały odprysk świata. Rozmawiałem z nim zaraz po tym gdy dotarła do niego informacja o śmierci mamy bo miałem z nim ustalić kiedy go odbiorę z lotniska przed pogrzebem. Wtedy, zdruzgotany tym wszystkim co dostał i tym co mu zabrano, podał mi najuczciwiej sformułowany, praktyczny przykład sensu życia, jaki słyszałem. „Ja naprawdę nie potrzebuję wiele. Ja chciałbym po prostu normalnie żyć!”
I dziś powtarzam to za nim przekonany, że mądrzej się nie da. Wiem, że dla wielu będzie to płytkie, niemal zwierzęce. Ale mylą się albo w jakiś sposób tym wypomnieniem mi płytkości wypominają ją sobie samym. Nie umiejąc zmusić swej wyobraźni by im tamto „żyć” wypełniła jak najbogatszą treścią. Pod „normalnie żyć” można przecież upakować tak wiele! Dla kogoś będzie to kawałek ciepłej kurtki, dla innego koniec koszmaru oglądania własnych dzieci ze smutnymi twarzami przyklejonymi do wystawy sklepu z zabawkami albo słodyczami. Są i tacy, którzy za normę uznają możliwość kupienia tej czy innej książki albo udziału w jakimś wyjątkowym spektaklu. Albo możliwość wzucia ręcznie uszytej, zacnej pary butów. Ale i tacy co by choć o godzinę krócej chcieli czekać po nocy w kolejce do lekarza specjalisty.
Dla mnie byłoby tym normalnym życiem jest móc mijać się co dzień z Polską wymieniając uśmiech i zwyczajowe dzień dobry. Tyle jej by mi wystarczyło. Bezproblemowej, nie mającej do mnie o nic pretensji ani nie narzucającej mi się gdy z mego punktu widzenia moment jest niespecjalnie obojętny. I mnie przy niej pewnego, że z nią wszystko jak należy.
I tu pewnie znajdą się tacy co mi znowu wypomną płyciznę intelektualną i jeszcze kilka innych oraz to, że nie pojmuję wagi na zawsze uwiązanej do tej nazwy własnej. Ależ pojmuję. Zresztą pojmowałbym i czuł ją nawet gdybym tego nie chciał. Bo niosę ją, a czasem aż mi ciąży, od wielu lat.
I może z tego właśnie powodu pojmuję, że jest ona nie celem a narzędziem. Takim, bez którego żyć się nie da jak bez noża do krojenia chleba. Ale jest ona po coś a nie, tak abstrakcyjnie, dla samej siebie. Byt bez konkretnego przeznaczenia. Taka Ayers Rock postawiona przez Boga ku pustemu podziwowi gawiedzi jedynie. Choćby po to jest chyba by jakoś tak cudownie stłuc tę szybę co dzieli te dzieciaki od tych zabawek czy tam cukierków. Albo po to by stanąć w poprzek takiemu czy innemu odźwiernemu gdy znów ten otworzy kilka nowych „rynków pracy” i zechce tam wykopać kogokolwiek z tych, którym „rynku pracy” nie umiał otworzyć tutaj. U niej. Jest jak nóż do krojenia chleba… Można się też o nią skaleczyć.
Polska to pojecie bardzo pojemne. Wiem, że opisać je umiem w sposób szczątkowy bo na tyle tylko moje zmysły stać. Ale mam świadomość, że to ona jest bardziej dla mnie niż ja dla niej. Jeśli tego nie pojmie to gotów jestem jej to zademonstrować. Takiej Polsce jaka próbuje mi się wmusić i narzucić.
Wbrew pozorom i temu co ten i ów mówi, Polski nie dało się tak całkiem roztrzaskać na podejściu do pasa pod Smoleńskiem. A już na pewno nie da się ona za nic wcisnąć w salę plenarną na ulicy Wiejskiej. Często mam zresztą wrażenie że właśnie tam jest jej najmniej.
I z tego powodu coraz mniej podatny jestem na te bałwochwalstwa, które próbują Polskę utożsamiać z tym czy z innym ze zwykłych śmiertelników jako żywo podobnych do mnie. Może tylko zdecydowanie lepiej umiejących tym narzędziem o nazwie Polska wywijać. Z wprawą zawodowych nożowników. Jest w tym bałwochwalstwie grzech przedziwny bo popełniany albo przeciwko pierwszemu przekazaniu albo przeciwko rozumowi w zależności od tego w co ufność pokłada taki grzesznik- bałwochwalca. A ja już go nie popełnię bo zaraz po tym jak wierny staram się być pierwszemu przykazani słucham rozumu. Godząc dzięki temu bez trudności metafizykę z logiką. Te dwa porządki w których da się zamknąć wszystko.
I przez to, że sobie radzę z poukładaniem tego wszystkiego by boskie oddzielić od cesarskiego tak łatwo ostatnio mi wychodzi, że tak niewiele i zarazem tak wiele od tej mojej Polski oczekuję. Tego tylko właściwie by przestała o mnie i o sobie myśleć tak jak dotychczas. Jak rozwydrzony i przesiąknięty egoizmem bachor przekonany, że jest pępkiem świata. I że wrzaskiem, płaczem albo szantażem wymusi na mnie co tylko zechce. Ja już z tego wyrosłem a i na nią czas przyszedł.
I powinna pojąć, że jest tylko jak ten nóż do chleba po to bym dzięki niej mógł normalnie żyć. I to jest warunek wyjściowy naszej rozmowy o ułożeniu sobie przez nią ze mną jakichś bliższych relacji.
I to wreszcie pojąć powinna że jest w głowach i sercach milionów a nie w rachubach tych, którzy w jej imieniu zwykli się wypowiadać. I w ich słowach traktowana jako narzędzie szantażu. Wcale nie jak ten nóż, którym można przekroić bochen chleba.
Dziś są moje urodziny. I chciałbym wreszcie normalnie żyć…
ps. Jeśli z jedną sprawą skończy się dobrze to może nawet uznam, że nie było źle
Może to powód do wstydu dla mnie ale i bez wątpienia dla wolnej RP, że nagle, w zamieszanej kolejnymi doniosłymi rocznicami tej rzeczpospolitej (mała litera pisanej jako model a nie konkret) tak boleśnie zadaję sobie pytanie o sens trwania. Tak swojego jak i jej. Wszak to coś nienormalnego w przypadku kogoś, kto jak ja umie cieszyć się życiem i je smakować i w przypadku czegoś, co miało być absolutną antytezą tego, czego upadek pamiętam i chciałbym go teraz świętować z całym przekonaniem i bez żadnych wątpliwości.
Jeśli miałbym sobie sam odpowiedzieć teraz na pytanie o to po co było tyle tych lat, najprędzej przychodzi mi odpowiedź wykrzyczana kiedyś w okolicznościach szczególnych. Wykrzyczana przez mojego brata gdy na własnej skórze testował był dotkliwie jakość politycznych osiągnięć kilku kolejnych ekip które jemu (i setkom jemu podobnych) „otwierały kolejne rynki pracy”. Tak eufemistycznie i dumnie nazywały wykopywanie przez granicę problemu, z którym nijak nie potrafiły sobie poradzić same, tu, na miejscu. Konsumował więc te owoce sprawności politycznej naszych „odźwiernych” żyjąc byle jak, bo takie były realia i wśród takich, którym to „byle jak” leżało jakoś tak bardziej niż jemu. Taki zagubiony całkiem mały odprysk świata. Rozmawiałem z nim zaraz po tym gdy dotarła do niego informacja o śmierci mamy bo miałem z nim ustalić kiedy go odbiorę z lotniska przed pogrzebem. Wtedy, zdruzgotany tym wszystkim co dostał i tym co mu zabrano, podał mi najuczciwiej sformułowany, praktyczny przykład sensu życia, jaki słyszałem. „Ja naprawdę nie potrzebuję wiele. Ja chciałbym po prostu normalnie żyć!”
I dziś powtarzam to za nim przekonany, że mądrzej się nie da. Wiem, że dla wielu będzie to płytkie, niemal zwierzęce. Ale mylą się albo w jakiś sposób tym wypomnieniem mi płytkości wypominają ją sobie samym. Nie umiejąc zmusić swej wyobraźni by im tamto „żyć” wypełniła jak najbogatszą treścią. Pod „normalnie żyć” można przecież upakować tak wiele! Dla kogoś będzie to kawałek ciepłej kurtki, dla innego koniec koszmaru oglądania własnych dzieci ze smutnymi twarzami przyklejonymi do wystawy sklepu z zabawkami albo słodyczami. Są i tacy, którzy za normę uznają możliwość kupienia tej czy innej książki albo udziału w jakimś wyjątkowym spektaklu. Albo możliwość wzucia ręcznie uszytej, zacnej pary butów. Ale i tacy co by choć o godzinę krócej chcieli czekać po nocy w kolejce do lekarza specjalisty.
Dla mnie byłoby tym normalnym życiem jest móc mijać się co dzień z Polską wymieniając uśmiech i zwyczajowe dzień dobry. Tyle jej by mi wystarczyło. Bezproblemowej, nie mającej do mnie o nic pretensji ani nie narzucającej mi się gdy z mego punktu widzenia moment jest niespecjalnie obojętny. I mnie przy niej pewnego, że z nią wszystko jak należy.
I tu pewnie znajdą się tacy co mi znowu wypomną płyciznę intelektualną i jeszcze kilka innych oraz to, że nie pojmuję wagi na zawsze uwiązanej do tej nazwy własnej. Ależ pojmuję. Zresztą pojmowałbym i czuł ją nawet gdybym tego nie chciał. Bo niosę ją, a czasem aż mi ciąży, od wielu lat.
I może z tego właśnie powodu pojmuję, że jest ona nie celem a narzędziem. Takim, bez którego żyć się nie da jak bez noża do krojenia chleba. Ale jest ona po coś a nie, tak abstrakcyjnie, dla samej siebie. Byt bez konkretnego przeznaczenia. Taka Ayers Rock postawiona przez Boga ku pustemu podziwowi gawiedzi jedynie. Choćby po to jest chyba by jakoś tak cudownie stłuc tę szybę co dzieli te dzieciaki od tych zabawek czy tam cukierków. Albo po to by stanąć w poprzek takiemu czy innemu odźwiernemu gdy znów ten otworzy kilka nowych „rynków pracy” i zechce tam wykopać kogokolwiek z tych, którym „rynku pracy” nie umiał otworzyć tutaj. U niej. Jest jak nóż do krojenia chleba… Można się też o nią skaleczyć.
Polska to pojecie bardzo pojemne. Wiem, że opisać je umiem w sposób szczątkowy bo na tyle tylko moje zmysły stać. Ale mam świadomość, że to ona jest bardziej dla mnie niż ja dla niej. Jeśli tego nie pojmie to gotów jestem jej to zademonstrować. Takiej Polsce jaka próbuje mi się wmusić i narzucić.
Wbrew pozorom i temu co ten i ów mówi, Polski nie dało się tak całkiem roztrzaskać na podejściu do pasa pod Smoleńskiem. A już na pewno nie da się ona za nic wcisnąć w salę plenarną na ulicy Wiejskiej. Często mam zresztą wrażenie że właśnie tam jest jej najmniej.
I z tego powodu coraz mniej podatny jestem na te bałwochwalstwa, które próbują Polskę utożsamiać z tym czy z innym ze zwykłych śmiertelników jako żywo podobnych do mnie. Może tylko zdecydowanie lepiej umiejących tym narzędziem o nazwie Polska wywijać. Z wprawą zawodowych nożowników. Jest w tym bałwochwalstwie grzech przedziwny bo popełniany albo przeciwko pierwszemu przekazaniu albo przeciwko rozumowi w zależności od tego w co ufność pokłada taki grzesznik- bałwochwalca. A ja już go nie popełnię bo zaraz po tym jak wierny staram się być pierwszemu przykazani słucham rozumu. Godząc dzięki temu bez trudności metafizykę z logiką. Te dwa porządki w których da się zamknąć wszystko.
I przez to, że sobie radzę z poukładaniem tego wszystkiego by boskie oddzielić od cesarskiego tak łatwo ostatnio mi wychodzi, że tak niewiele i zarazem tak wiele od tej mojej Polski oczekuję. Tego tylko właściwie by przestała o mnie i o sobie myśleć tak jak dotychczas. Jak rozwydrzony i przesiąknięty egoizmem bachor przekonany, że jest pępkiem świata. I że wrzaskiem, płaczem albo szantażem wymusi na mnie co tylko zechce. Ja już z tego wyrosłem a i na nią czas przyszedł.
I powinna pojąć, że jest tylko jak ten nóż do chleba po to bym dzięki niej mógł normalnie żyć. I to jest warunek wyjściowy naszej rozmowy o ułożeniu sobie przez nią ze mną jakichś bliższych relacji.
I to wreszcie pojąć powinna że jest w głowach i sercach milionów a nie w rachubach tych, którzy w jej imieniu zwykli się wypowiadać. I w ich słowach traktowana jako narzędzie szantażu. Wcale nie jak ten nóż, którym można przekroić bochen chleba.
Dziś są moje urodziny. I chciałbym wreszcie normalnie żyć…
ps. Jeśli z jedną sprawą skończy się dobrze to może nawet uznam, że nie było źle
środa, 27 października 2010
Co się zdarzyło na Patriarszych Prudach (wersja 2010)
Wiadomo co się zdarzyło. Pojawił się szatan i świat, na szczęście lokalnie tylko i na jakiś czas stanął na głowie. Tylko czemu o tym piszę skoro wszyscy wiedzą, że było lokalnie i na czas jakiś? Piszę bo mam wrażenie, że w tym roku kolej na nas.
Gdybym miał zdarzenia ostatnich dni skomentować na gorąco, tak jak mi najsampierw przyszło do głowy, uznałbym, że jesteśmy, wszyscy, co do jednego, narodem szaleńców. Wariatów właściwie bo szaleństwo może wszak być stanem przejściowym, pojawiającym się w wyniku silnych emocji i przemijającym gdy ustępują. My jednak trwamy…
Szczególnie trwanie to ujawniło swe wyjątkowe oblicze po łódzkiej tragedii.
Normalnym odruchem, który stałby się udziałem 99,9% ludzi, społeczeństw i narodów na świecie byłoby autentyczne współczucie i głęboka refleksja nad tym, co się zdarzyło. Dla wielu byłaby to okazja by dokonać szczerej ekspiacji a po niej przewartościowania i słów i swego postępowania.
My jesteśmy chyba tym 0,1 %. Nasz rodzaj refleksji nie ma pewnie precedensu na skalę światową. Odnoszę wrażenie, że to, co wydarzyło się w Łodzi, powoli staje się dla jednych powodem do dumy a dla drugich do zazdrości. Może ich źródłem jest ten drobny szczegół, że żaden z tych, co zdają się szczycić ani z tych, którzy łakomie chcą się podłączyć, nie zginął. I łatwo im teraz teoretyzować.
Dyskusja o łódzkiej tragedii zaczyna przypominać mi historyjkę z czasów wojny, tej drugiej światowej, by było jasne. Otóż podczas Powstania w Warszawie na Czerniakowie wylądował desant berlingowski. Zaopatrzenie dla niego przewożone było niewielką łodzią motorową. Kiedy została trafiona i zatonęła, żołnierz, który odpowiadał za nią, sporządził raport ze zdarzenia zawierający wykaz strat materiałowych towarzyszących zatonięciu łodzi i przekazał go przełożonemu. Ten pchnął raport dalej ale dodał do niego kilka pozycji, których nie mógł się doliczyć w swoich magazynach i tak raport pokonywał kolejne szczeble by na koniec ukazać ogrom strat pasujący raczej do tragedii Titanica niż jakiejś tam rzecznej łajby.
Jeśli poczekamy jeszcze trochę to lista Henryka C stanie się swoistym Who is Who in Poland A.D 2010 liczącym ogrom istotnych nazwisk. Ktoś, kogo żaden przeciek nie wymieni jako umieszczonego na niej będzie miał prawo czuć się pominiętym i uznanym za nieistotnego. Widząc w telewizji dumne twarze tych, którzy już „wyciekli” otrzymując BOR-owską obstawę i podskakującego z radości Niesiołowskiego, który krzyczy „To ja! To ja miałem być zabity tylko mnie akurat w domu… znaczy w biurze nie było!!” nie mam wątpliwości, że „zagraniczny konsultant” przemieszcza się ulicami i miesza w głowach tak, że nie są już one „pierwszej świeżości”.
A lud, zamiast zastygnąć ze zgrozy wziął się z miejsca masowo do spiskowania. Gdzieś na Mazurach koleś namawiał inkasenta by zabić Prezydenta. Wiem, że mi się zrymowało. Bo i miało się zrymować. Rym ten i sens ten jest bez wątpienia tej klasy co tekst szlagieru „ona wyszła za Hendryka, największego rozbójnika”. Jak kto ma ochotę to proszę zanucić... Znowu na Śląsku ( nie wiem czy to już dolny czy opolski czy może górny ale znaczenia to większego nie ma) właściciel laptopa, który to laptop nawoływał w sieci do „palenia komitetów”, okazał się zarazem radnym PO jak i współczesnym wcieleniem Pawki Morozowa sypiącym bez wahania własnego tatę jako rzeczywistego podpalacza komitetów. I jeszcze gdzieś tam indziej podobny tym z Koźla chojrak, co też nawoływał, jak przyszło co do czego to z płaczem tłumaczył na komendzie że „żartował”. Takie to nasze poczucie humoru. Nic go nie inspiruje bardziej niż świeży trup. Ubaw po pachy.
Jeśli ktoś pamięta finał opowieści, co się zaczęła sporem na Patriarszych Prudach ten pamięta zapewne i to, że spora część bohaterów wystąpiła do służb wiadomych z żądaniem by ich pozamykać w pancernych celach a tu i ówdzie doszło do doprowadzenia skutych w kajdany i prewencyjnie aresztowanych czarnych kotów. Mamy już kolejkę chętnych do „pancernych cel” i mamy „inkasentów” i „laptopy radnych” wyłapywane po Polsce jak te czarne koty.
Ja pamiętam natomiast najbardziej dwie sceny. Pierwsza z nich to ta, gdy Abadonna zdjął okulary a druga, gdy świtę Wolanda zobaczyć było można w jej prawdziwych postaciach. Wtedy nie było wcale zabawnie.
A to pewnie jeszcze przed nami. Obym tym razem się mylił…
Gdybym miał zdarzenia ostatnich dni skomentować na gorąco, tak jak mi najsampierw przyszło do głowy, uznałbym, że jesteśmy, wszyscy, co do jednego, narodem szaleńców. Wariatów właściwie bo szaleństwo może wszak być stanem przejściowym, pojawiającym się w wyniku silnych emocji i przemijającym gdy ustępują. My jednak trwamy…
Szczególnie trwanie to ujawniło swe wyjątkowe oblicze po łódzkiej tragedii.
Normalnym odruchem, który stałby się udziałem 99,9% ludzi, społeczeństw i narodów na świecie byłoby autentyczne współczucie i głęboka refleksja nad tym, co się zdarzyło. Dla wielu byłaby to okazja by dokonać szczerej ekspiacji a po niej przewartościowania i słów i swego postępowania.
My jesteśmy chyba tym 0,1 %. Nasz rodzaj refleksji nie ma pewnie precedensu na skalę światową. Odnoszę wrażenie, że to, co wydarzyło się w Łodzi, powoli staje się dla jednych powodem do dumy a dla drugich do zazdrości. Może ich źródłem jest ten drobny szczegół, że żaden z tych, co zdają się szczycić ani z tych, którzy łakomie chcą się podłączyć, nie zginął. I łatwo im teraz teoretyzować.
Dyskusja o łódzkiej tragedii zaczyna przypominać mi historyjkę z czasów wojny, tej drugiej światowej, by było jasne. Otóż podczas Powstania w Warszawie na Czerniakowie wylądował desant berlingowski. Zaopatrzenie dla niego przewożone było niewielką łodzią motorową. Kiedy została trafiona i zatonęła, żołnierz, który odpowiadał za nią, sporządził raport ze zdarzenia zawierający wykaz strat materiałowych towarzyszących zatonięciu łodzi i przekazał go przełożonemu. Ten pchnął raport dalej ale dodał do niego kilka pozycji, których nie mógł się doliczyć w swoich magazynach i tak raport pokonywał kolejne szczeble by na koniec ukazać ogrom strat pasujący raczej do tragedii Titanica niż jakiejś tam rzecznej łajby.
Jeśli poczekamy jeszcze trochę to lista Henryka C stanie się swoistym Who is Who in Poland A.D 2010 liczącym ogrom istotnych nazwisk. Ktoś, kogo żaden przeciek nie wymieni jako umieszczonego na niej będzie miał prawo czuć się pominiętym i uznanym za nieistotnego. Widząc w telewizji dumne twarze tych, którzy już „wyciekli” otrzymując BOR-owską obstawę i podskakującego z radości Niesiołowskiego, który krzyczy „To ja! To ja miałem być zabity tylko mnie akurat w domu… znaczy w biurze nie było!!” nie mam wątpliwości, że „zagraniczny konsultant” przemieszcza się ulicami i miesza w głowach tak, że nie są już one „pierwszej świeżości”.
A lud, zamiast zastygnąć ze zgrozy wziął się z miejsca masowo do spiskowania. Gdzieś na Mazurach koleś namawiał inkasenta by zabić Prezydenta. Wiem, że mi się zrymowało. Bo i miało się zrymować. Rym ten i sens ten jest bez wątpienia tej klasy co tekst szlagieru „ona wyszła za Hendryka, największego rozbójnika”. Jak kto ma ochotę to proszę zanucić... Znowu na Śląsku ( nie wiem czy to już dolny czy opolski czy może górny ale znaczenia to większego nie ma) właściciel laptopa, który to laptop nawoływał w sieci do „palenia komitetów”, okazał się zarazem radnym PO jak i współczesnym wcieleniem Pawki Morozowa sypiącym bez wahania własnego tatę jako rzeczywistego podpalacza komitetów. I jeszcze gdzieś tam indziej podobny tym z Koźla chojrak, co też nawoływał, jak przyszło co do czego to z płaczem tłumaczył na komendzie że „żartował”. Takie to nasze poczucie humoru. Nic go nie inspiruje bardziej niż świeży trup. Ubaw po pachy.
Jeśli ktoś pamięta finał opowieści, co się zaczęła sporem na Patriarszych Prudach ten pamięta zapewne i to, że spora część bohaterów wystąpiła do służb wiadomych z żądaniem by ich pozamykać w pancernych celach a tu i ówdzie doszło do doprowadzenia skutych w kajdany i prewencyjnie aresztowanych czarnych kotów. Mamy już kolejkę chętnych do „pancernych cel” i mamy „inkasentów” i „laptopy radnych” wyłapywane po Polsce jak te czarne koty.
Ja pamiętam natomiast najbardziej dwie sceny. Pierwsza z nich to ta, gdy Abadonna zdjął okulary a druga, gdy świtę Wolanda zobaczyć było można w jej prawdziwych postaciach. Wtedy nie było wcale zabawnie.
A to pewnie jeszcze przed nami. Obym tym razem się mylił…
sobota, 23 października 2010
„Usłyszcie mój krzyk!”
Ledwie rok zdążył minąć od czasu, gdy świętowaliśmy dwudziestolecie naszej wolności i ledwie miesiąc od rocznic najsilniejszego upomnienia się o naszą wolność.
Wiem, że to niewiele. Cywilizacje tworzyły się i upadały przez tysiąclecia a i nasz naród ma na karku sporo stuleci.
Ale ja tyle czasu nie mam. Stąd może ta moja niecierpliwość, która szybko przesłoniła mi radość z tego, że takich rzeczy udało mi się dożyć. Wszak mało kto, choćby i ćwierć wieku temu, wierzył, że to za naszego życia tak wielka przemiana się spełni.
Przez tę moją niecierpliwość dość szybko, zirytowany, zacząłem rozglądać się i utyskiwać szukając dla mego kraju ludzi na miarę jej potrzeb. Zdawało mi się, że oczywistym być musi, iż bez nich nasza zdobycz i świeża radość szybko stanie się brzemieniem i powodem do narzekań. Kolejne polityczne wojny i wojenki, kolejne nawroty populizmów grających na emocjach ludzi skrzywdzonych i rozczarowanych pokazywały, że się nie pomyliłem i że bez naszych nowych Grabskich i Kwiatkowskich to wszystko dziać się już będzie bez tej radości i przekonania, że jednak wygraliśmy. Jeszcze niedawno to wydawało mi się najbardziej istotnym czynnikiem oceny minionych dwóch dekad.
Nadal czekam że może jednak jeszcze za mojego życia nowi Kwiatkowscy i nowi Grabscy zdążą się objawić dając mi nowy powód do radości i dumy z mego kraju. Jednak bać się zaczynam, że dziś wcale nie Grabskich i Kwiatkowskich mój kraj potrzebuje najbardziej.
Od kilku dni z przerażeniem obserwuję w jaką koleinę wtłoczono Polskę i ku czemu ona zmierza. Z przerażeniem wynikającym z tego odkrycia, że mało komu to przeszkadza. Przeszliśmy właśnie próbę krwi, po której każdy normalny organizm wzdrygnąłby się i otrząsnął.
My dalej uczestniczymy w spektaklu. Powoli jasnym staje się, że ten, który zdawał się, wbrew swej woli bez wątpienia, być postacią pierwszoplanową, staje się nawet już nie epizodem a tłem dla ról tych "największych". Nie minął tydzień a coraz mniej znaczy nazwisko Marka Rosiaka przytłoczonego solowymi i zbiorowymi występami głównych aktorów tej tancbudy, w którą z takim zapałem zmieniany jest mój, nasz kraj. Pewnie trudno byłoby znaleźć dziś większy szlagier od „eksperymentu przeprosiny”, którym Prezydent mojego państwa przeszedł do porządku nad winą tych wszystkich, którzy temu bez najmniejszych wątpliwości są winni. Tylko bezdenna głupota tego najwyższego urzędnika, będącego przecież nikim innym tylko najmitą z łaski takich obywateli jak choćby ja, pokazującego zupełnie bezrefleksyjnie, jak w wyciągniętej dłoni to, co inni tak skrzętnie starają się teraz ukrywać. Pokazujący ile dla niego a i dla nich znaczą takie pojęcia jak przyzwoitość i odpowiedzialność.
Nie wiem czym się naraził mój kraj i mój naród panu Prezydentowi, że niezawiniona nijak śmierć dobrego człowieka jest w stanie wzbudzić w nim jedynie kpinę i żadnej refleksji że z tej krwi jakaś cześć mogła być rozlana za jego sprawą. I że za to należy się już nie tylko szczere przepraszam. Należy się znacznie więcej.
Nie minął nawet tydzień, Marek Rosiak nie spoczął jeszcze w grobie a nad jego ciałem ten i ów bez żadnego zażenowania tańczy już swój taniec.
Pierwsi zdążyli już zerknąć w badania opinii by trend po zbrodni jak najszybciej ogłosić.
A przy kałuży krowi pan Prezydent, cichcem wcześniej podkradłszy się tam wraz z tymi, którzy tyleż co i on za wszystko odpowiadają, powiedział nieszczerze:
- „Jesteśmy tu, żeby pokazać, iż w obliczu bratobójczej zbrodni jesteśmy razem z tymi, którzy stali się jej ofiarami”*
Jesteście sami, panie Prezydencie! W tajemnicy, pod ochroną, rankiem. Gdzie są ci, z którymi „jesteście razem”? Gdzie są choćby najbliżsi Marka Rosiaka?! Widzę tylko was trzech! Chyba że właśnie siebie uznajecie za jedyne ofiary. Jak zawsze nie ustając w przekonaniu, że „państwo to wy”.
Gdy widzę ten chocholi taniec, w którym całkiem zacierać zaczyna się podział na dobrych i złych. W którym jedyny sprawiedliwy to ten, co sprawiedliwie i za nic uraczył ziemię swą posoką, zaczynam mieć głowę pełną wątpliwości.
Dziś, w końcu pierwszego roku trzeciego dziesięciolecia tej naszej cudownie przywróconej wolności, zaczynam sądzić, że wcale nie Kwiatkowscy i Grabscy są dziś najbardziej nam potrzebni. Oni, tak jak i my, mogą ze swymi wielkimi projektami w zanadrzu jeszcze chwilę poczekać.
By przyszedł taki czas, w którym będą mogli je wydobyć i objawić nam swoje wizje dziś potrzebujemy chyba kogoś zupełnie innego.
Dziś potrzebujemy chyba Ryszardów Siwców i Janów Palachów. Którzy znajdą w sobie ich odwagę by stanąć o krok przed tymi, co się mają dziś za sedno spraw mego narodu, i rzucić im w twarz „Usłyszcie mój krzyk!”. Tak, by po całej Polsce zadudniło i by nikt nie mógł tego przeoczyć. Jakby nie był zapatrzony w ekran lub zaczytany w gazecie… I zrobić po tym coś, przez co nawet w przepastnie pustej i odpornej głowie naszego Prezydenta nie odważy się zaświtać choćby iskra myśli by skwitować rzecz kpiną i wątpliwej jakości żartem.
Zdaje się, że inaczej być nie może….
* http://www.tvn24.pl/-1,1679095,0,1,prezydent--premier-i-marszalek-z-kwiatami-pod-siedziba-pis,wiadomosc.html
Wiem, że to niewiele. Cywilizacje tworzyły się i upadały przez tysiąclecia a i nasz naród ma na karku sporo stuleci.
Ale ja tyle czasu nie mam. Stąd może ta moja niecierpliwość, która szybko przesłoniła mi radość z tego, że takich rzeczy udało mi się dożyć. Wszak mało kto, choćby i ćwierć wieku temu, wierzył, że to za naszego życia tak wielka przemiana się spełni.
Przez tę moją niecierpliwość dość szybko, zirytowany, zacząłem rozglądać się i utyskiwać szukając dla mego kraju ludzi na miarę jej potrzeb. Zdawało mi się, że oczywistym być musi, iż bez nich nasza zdobycz i świeża radość szybko stanie się brzemieniem i powodem do narzekań. Kolejne polityczne wojny i wojenki, kolejne nawroty populizmów grających na emocjach ludzi skrzywdzonych i rozczarowanych pokazywały, że się nie pomyliłem i że bez naszych nowych Grabskich i Kwiatkowskich to wszystko dziać się już będzie bez tej radości i przekonania, że jednak wygraliśmy. Jeszcze niedawno to wydawało mi się najbardziej istotnym czynnikiem oceny minionych dwóch dekad.
Nadal czekam że może jednak jeszcze za mojego życia nowi Kwiatkowscy i nowi Grabscy zdążą się objawić dając mi nowy powód do radości i dumy z mego kraju. Jednak bać się zaczynam, że dziś wcale nie Grabskich i Kwiatkowskich mój kraj potrzebuje najbardziej.
Od kilku dni z przerażeniem obserwuję w jaką koleinę wtłoczono Polskę i ku czemu ona zmierza. Z przerażeniem wynikającym z tego odkrycia, że mało komu to przeszkadza. Przeszliśmy właśnie próbę krwi, po której każdy normalny organizm wzdrygnąłby się i otrząsnął.
My dalej uczestniczymy w spektaklu. Powoli jasnym staje się, że ten, który zdawał się, wbrew swej woli bez wątpienia, być postacią pierwszoplanową, staje się nawet już nie epizodem a tłem dla ról tych "największych". Nie minął tydzień a coraz mniej znaczy nazwisko Marka Rosiaka przytłoczonego solowymi i zbiorowymi występami głównych aktorów tej tancbudy, w którą z takim zapałem zmieniany jest mój, nasz kraj. Pewnie trudno byłoby znaleźć dziś większy szlagier od „eksperymentu przeprosiny”, którym Prezydent mojego państwa przeszedł do porządku nad winą tych wszystkich, którzy temu bez najmniejszych wątpliwości są winni. Tylko bezdenna głupota tego najwyższego urzędnika, będącego przecież nikim innym tylko najmitą z łaski takich obywateli jak choćby ja, pokazującego zupełnie bezrefleksyjnie, jak w wyciągniętej dłoni to, co inni tak skrzętnie starają się teraz ukrywać. Pokazujący ile dla niego a i dla nich znaczą takie pojęcia jak przyzwoitość i odpowiedzialność.
Nie wiem czym się naraził mój kraj i mój naród panu Prezydentowi, że niezawiniona nijak śmierć dobrego człowieka jest w stanie wzbudzić w nim jedynie kpinę i żadnej refleksji że z tej krwi jakaś cześć mogła być rozlana za jego sprawą. I że za to należy się już nie tylko szczere przepraszam. Należy się znacznie więcej.
Nie minął nawet tydzień, Marek Rosiak nie spoczął jeszcze w grobie a nad jego ciałem ten i ów bez żadnego zażenowania tańczy już swój taniec.
Pierwsi zdążyli już zerknąć w badania opinii by trend po zbrodni jak najszybciej ogłosić.
A przy kałuży krowi pan Prezydent, cichcem wcześniej podkradłszy się tam wraz z tymi, którzy tyleż co i on za wszystko odpowiadają, powiedział nieszczerze:
- „Jesteśmy tu, żeby pokazać, iż w obliczu bratobójczej zbrodni jesteśmy razem z tymi, którzy stali się jej ofiarami”*
Jesteście sami, panie Prezydencie! W tajemnicy, pod ochroną, rankiem. Gdzie są ci, z którymi „jesteście razem”? Gdzie są choćby najbliżsi Marka Rosiaka?! Widzę tylko was trzech! Chyba że właśnie siebie uznajecie za jedyne ofiary. Jak zawsze nie ustając w przekonaniu, że „państwo to wy”.
Gdy widzę ten chocholi taniec, w którym całkiem zacierać zaczyna się podział na dobrych i złych. W którym jedyny sprawiedliwy to ten, co sprawiedliwie i za nic uraczył ziemię swą posoką, zaczynam mieć głowę pełną wątpliwości.
Dziś, w końcu pierwszego roku trzeciego dziesięciolecia tej naszej cudownie przywróconej wolności, zaczynam sądzić, że wcale nie Kwiatkowscy i Grabscy są dziś najbardziej nam potrzebni. Oni, tak jak i my, mogą ze swymi wielkimi projektami w zanadrzu jeszcze chwilę poczekać.
By przyszedł taki czas, w którym będą mogli je wydobyć i objawić nam swoje wizje dziś potrzebujemy chyba kogoś zupełnie innego.
Dziś potrzebujemy chyba Ryszardów Siwców i Janów Palachów. Którzy znajdą w sobie ich odwagę by stanąć o krok przed tymi, co się mają dziś za sedno spraw mego narodu, i rzucić im w twarz „Usłyszcie mój krzyk!”. Tak, by po całej Polsce zadudniło i by nikt nie mógł tego przeoczyć. Jakby nie był zapatrzony w ekran lub zaczytany w gazecie… I zrobić po tym coś, przez co nawet w przepastnie pustej i odpornej głowie naszego Prezydenta nie odważy się zaświtać choćby iskra myśli by skwitować rzecz kpiną i wątpliwej jakości żartem.
Zdaje się, że inaczej być nie może….
* http://www.tvn24.pl/-1,1679095,0,1,prezydent--premier-i-marszalek-z-kwiatami-pod-siedziba-pis,wiadomosc.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)