Przeczytałem dziś w „Rzeczpospolitej” ciekawy i smutny zarazem tekst Konrada Piaseckiego poświęcony, a jakże, PiS-owi a szczególnie Jarosławowi Kaczyńskiemu. Nie będę go omawiał (choć jak ktoś ma potrzebę popsuć sobie humor to zachęcam) ani też nie mam zamiaru w ogóle wspominać o PiS (choć pewnie z szyldu będę musiał skorzystać) ani o Prezesie. Wspomniany wyżej materiał świetnie natomiast koresponduje z powtarzanymi od lat (pewnie gdzieś trzech co najmniej) głosami zarzucającymi dziennikarzom brak profesjonalizmu widoczny szczególnie w tym, że ciężar mówienia o polityce przenoszą z oczywistych w zasadzie działań tych, co rządzą na to, co robi bądź czego nie robi opozycja. I to nie cała.
Właściwie jest to jak najbardziej argument jak najsłuszniej mogący dowodzić albo stronniczości czy nawet złej woli albo faktycznie niedostatecznego zrozumienia roli jaka w polityce powinny odgrywać media. Ale nie do końca.
Że coś jest na rzeczy postaram się pokazać na przykładzie, który przyszedł mi do głowy gdy wczoraj jednym z tematów dnia stało się zdanie Premiera Tuska, który powiedział, że nie będzie znęcał się nad Prezesem Kaczyńskim. I w tym przypadku i we wcześniejszych, podobnych, rola dziennikarzy ograniczyła się chyba tylko do palca, który wciska w dyktafonie taki guziczek obok którego jest napisane „rec”. To dość „kadłubkowe” podejście, szczególnie do wcześniejszych ripost Premiera zamykających się w zdaniu „nie będę się tym zajmował bo mam ważniejsze sprawy do roboty” pokazuje zresztą nie tylko ów brak kompetencji. Pokazuje też pokrętny profesjonalizm pana Tuska, który zdaje się być człowiekiem mającym za sobą lekcje u najznakomitszych kanciarzy albo nieprzeciętny talent w tej branży. Talent, który sprowadza się do bezczelnego zagrania na to, że po takim zdaniu żaden (ŻADEN!) nasz medialny tuz czy też adept po prostu zapyta „A co takiego panie premierze?”. Ten sam, który różnym takim daje pewność, że nie zadzwonimy pod podsunięty numer by sprawdzić referencje gościa, któremu właśnie wciskamy oszczędności życia.
Że coś jest na rzeczy świadczy historia, która dla mnie jest chlubnym wyjątkiem od opisanej wyżej reguły. Wyjątkiem pewnie dla ludzi krytycznie nastawionych do dzisiejszych mediów dość kłopotliwym bo pozytywną rolę odegrał w niej nie kto inny tylko Tomasz Lis. Rzecz działa się w okresie rządowo- prezydenckiej wojny dyplomatycznej a za tło miała trwające właśnie podchody o fotel szefa Sojuszu Atlantyckiego. Jak pamiętamy Lech Kaczyński udał się wówczas na szczyt, który tym się zajmował po czym został przez polityków PO oskarżony, że w ten sposób całkowicie przewrócił przygotowaną przez nich taktykę i uniemożliwił osiągnięcie zaplanowanych celów. I z tą wersją panowie politycy PO odbywali pielgrzymki po wszystkich stacjach telewizyjnych i gazetach aż w końcu pan Sławomir Nowak trafił do pana Lisa i gdy powtórzył znana już wówczas wszystkim śpiewkę o tym, że „Lech Kaczyński uniemożliwił realizację celów” Lis zapytał o jakie cele chodziło. I wówczas nastąpiło cos niebywałego czyli kompletny bełkot człowieka, który musiał sobie zdawać sprawę, że gada idiotyzmy. Myślę, że ci ludzie PO, którzy to widzieli modlić się musieli by Nowakowi odebrało nagle mowę. No bo jak inaczej można reagować gdy ktoś bredzi o grze o stanowisko Sekretarza NATO dla Sikorskiego” gdy w ogóle nie zgłosiliśmy tej kandydatury!
Czemu teraz takie sytuacje się nie zdarzają (czy aby na pewno?). Myślę, że powody są dwa i w dodatku zazwyczaj się kumulują. Przede wszystkim dziennikarze wiedzą, że w zasadzie polityków PO nie ma o co pytać. Druga przyczyna jest taka by zapytani nie powtórzyli spektaklu pana Nowaka. I w tym sęk.
W tym, że w państwie rządzonym przez PO od ponad trzech lat media, by mieć o czym pisać muszą wałkować bez ustanku stan opozycyjnej partii i jej Prezesa. To jest jak z potworem z Loch Ness czy innymi podobnymi wypełniaczami gazetowych kolumn trzymanymi specjalnie na czas kanikuły gdy z założenia nic ciekawego zdarzyć się nie może. Poza, powiedzmy, jakimś ciekawym toplesem jakiegoś nie koniecznie ciekawego celebryta.
Wbrew powszechnemu przekonaniu ta medialna nagonka by nie rzec to medialne oblężenie PiS nie jest dowodem na to, że PiS jest zły a PO wręcz przeciwnie. Dowodzi raczej tego, że PiS jest godny uwagi nawet wówczas, gdy, jak mówią, nie grozi mu za nic powrót do władzy i gdy nic nie robi. PO zaś ciekawa nie jest nawet wówczas, gdy rządzi niepodzielnie i ma władze nieograniczoną. Gdy nic nie robi (a to wypełnia jej lwią część czasu) bardziej ciekawa oczywiście się nie staje.
I nic na to nie poradzi. Ile by nie przekonywała, że „po prostu robi swoje”. Bo już tyle razy było, że jak to „swoje” wychodziło na jaw to był z tego zaraz taki niezbyt przyjemny zapaszek. A poza tym mamy ten permanentny „sezon ogórkowy” w polityce. Nic się nie dzieje. No nic! I gdyby nie ten PiS to byłoby ciężko…
wtorek, 7 września 2010
poniedziałek, 6 września 2010
Monolit albo wiele nurtów (list…)
Z pozoru wydaje się, że z tytułowych opcji ta pierwsza jest zdecydowanie lepsza. Niewzruszalna, trudna do skruszenia i ponadczasowa. Tyle, że tkwiąca cały czas w tym samym miejscu. Dla niej samej jest to obojętne lecz dla reszty świata już tylko pod warunkiem że da sobie z nią spokój i toczył się będzie obok. Coś, co jest na tyle wartkie, że wyrywa się z koryta i rozlewa wszędzie tam, gdzie się tylko da to już cos innego. Od jakiegoś czasu na żywo oglądamy jaką siłę w sobie niesie i jak bardzo może być niebezpieczne jeśli się tego nieokiełzana. A okiełznać taki żywioł jest niezwykle trudno.
Nie ukrywam, że to drugie rozwiązanie jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjne. By było jasne odnoszę się do głośnej ostatnio epistolografii, która zdominowała działania głównej partii opozycyjnej. Oczywiście rozmawiać trzeba. Rozmowa to podstawowy warunek zdrowego funkcjonowania struktur w których w jakiś sposób realizują się grupy ludzi. Tyle, że nie za bardzo mam przekonanie, czy rozmowa w formie upublicznianych listów jest rozwiązaniem najlepszym. Szczególnie gdy dotyczą one kwestii wewnętrznych wspomnianych grup.
Niewątpliwym jest, że zaczął pan Migalski. I dla wielu wypowiadających się w sprawie relacji pana Migalskiego i partii, w imieniu której kimś tam został, to zamyka dyskusję. Ja jednak uważam, że nikt nie popełnia samobójstwa (czy to naprawdę czy symbolicznie) bez powodu czy dlatego tylko by zaistnieć. Albo prawie nikt bo natura ludzka jest nieprzewidywalna. Pisze to dlatego, iż nie ukrywałem swoich nadziei związanych z tym wizerunkiem Prawa i Sprawiedliwości, który dawał szansę na to, że wpływy jej mogą rozlać się tam, gdzie dotąd jeszcze nie zdołał lub nie były w stanie dotrzeć.
Co do samego listu europosła Migalskiego trudno mi zając stanowisko ostateczne. Z bardzo prostego powodu. Nie podobała mi się forma, w jakiej zdecydował się dyskutować z partią o jej przyszłości. Tyle, że nie ma zielonego pojęcia jaką inna możliwością takiej dyskusji pan Migalski dysponował. Nie wiem czy mógł ot po prostu udać się do Prezesa i mu wyłożyć to co akurat zalegało europosłowi na wątrobie. Może mógł a nie chciał (mając jakiś cel ukryty) a może chciał bardzo ale nie mógł. Wspomniana kwestia jest bardzo istotna.
Drugi list wywołuje we mnie jeszcze większe rozdarcie. Zgadzam się w zasadzie z przychylnymi ocenami tego, co ów list zawiera. Z treścią chyba trudno dyskutować. Choć absolutnie nie jest tak, że się nie da. Natomiast nijak mi on nie pasuje do czasu i do sytuacji. Głownie za sprawą jego adresata. W obecnej sytuacji, gdy partia szykuje się do kolejnego wyborczego boju a następny już majaczy na horyzoncie, raczej taka forma powinna być adresowana do wyborców. Jeśli zaś adresat został wybrany tak, jak to się w tym przypadku stało, sugeruje to jakiś kryzys, którego istotę wyborca może nie do końca rozumieć ale właśnie przekonał się o jego istnieniu. Bo nikt chyba nie sądził, że dyskusja nad listem ograniczy się wyłącznie do zamkniętego kręgu członków i działaczy partii. Naiwnością byłoby tak to widzieć. List musiał i zresztą stał się w zasadzie dokumentem programowym partii wyznaczającym jej linię AD 2010. A jako taki prezentuje się nie najlepiej. Przede wszystkim z tego powodu, że w zasadzie sankcjonuje przyprawioną PiS-owi „gębę” partii kierowanej autorytarnie i odbierającej swoim członkom podmiotowość we wszystkim poza decyzją by w partii być lub przestać być. Ponadto prezentuje partię jako zapatrzoną w zasadzie w przeszłość. I to w wielu znaczeniach. Mniej może istotne, przynajmniej z mego punktu widzenia, jest zamknięcie się w kręgu spraw związanych z tym, co zdarzyło się w pierwszej połowie tego roku. To poskutkować może tylko najbliższą wyborczą porażką. Dużo ważniejsza jest metoda, jaką Prezes „cementuje” partię. Partie oparta na zgodzi i jednomyślności. Pewnie wielu się narażę ale jestem tylko człowiekiem stojącym z boku i oceniającym zdarzenia tylko w oparciu o to, co do mnie dociera. Taka optyka, niestety uprawnia rzucane przez tego i owego twierdzenia, że jednomyślność oznacza właściwie wyłącznie zaakceptowanie tego, co myśli Jarosław Kaczyński. I można byłoby takie widzenie zaakceptować gdyby nie prosta (przywołana już zresztą przy okazji podobnej dyskusji przez Futrzaka) prawda, że Jarosław Kaczyński nie jest wieczny. Jak i w czym jednomyślna będzie partia gdy go zabraknie? I nad tym problemem partia myśleć powinna jak najpoważniej bo może krzywdzę i Prezesa i ludzi, którzy teraz przy nim stoją i staną ale przedstawiona w liście wykładnia czyni z partii fabrykę partyjnego aparatu, który sprawdzać się będzie póty, póki będzie miał mu kto mówić dokąd iść i co robić. I być może mamy do czynienia z procesem, który czyni z PiS-u „partię jednorazowego użytku”. Bo o jej upadku może kiedyś zadecydować po prostu fizyczne odejście tych, którzy potrafią działać koncepcyjnie, a nie tylko odtwórczo.
Przypadek Migalskiego jest dla Prawa i Sprawiedliwości kolejną niewykorzystaną szansą. Można się zżymać że postąpił tak czy inaczej. Ale w takim razie można też zauważać, że odpowiedź otrzymał na dokładnie tym samym poziomie. Z jednej strony wymaga się od Migalskiego (jakby nie było najmniej chyba w tym gronie doświadczonego polityka) by rozumiał wszelkie wieloznaczności i złożoności sytuacji, w jakiej jest partia i jej przywódca a z drugiej strony samemu zrozumienia dla jego intencji i wynikających z nich działań ma się dość mało. Albo i wcale.
Ponadto, czego też nie można ignorować, sprawa Migalskiego to też zarzewie, może już zażegnanej a może tylko przytłumionej, wojny „starego PiS-u” z „nowym”. Starego głownie wiekiem ale i stylem uprawiania polityki. Tu znów jestem rozdarty bo jednak oczekuję czegoś innego niż „plastikowa polityka” ale chyba jeszcze bardziej oczekuję, że ktoś wreszcie sprawi, że będzie można podziękować Tuskowi i jego niewydarzonej ekipie za dotychczasowy dorobek. I w tym problem.
Jeśli chce się widzieć, gdzie będzie PiS idąc tą droga, którą zdaje się właśnie podążać, wystarczy popatrzeć na jego konkurenta. Na jednomyślną myślą Donalda Tuska Platformę Obywatelską. Partię, która w proch i pył rozleci się gdy tylko tej myśli zabraknie.
Zamiast tego wolałbym tygiel, w którym z jednej strony mieszałyby się koncepcje na istnienie i miejsce partii na politycznej scenie, w którym byłby mechanizm dyskusji nad tymi koncepcjami. I przy tym a może dzięki temu umiejętność przyjęcia do wiadomości tego, że się jest w mniejszości i traktowania tego również jako wartość wzmacniającą partię. Oczekiwałbym istniejących obok siebie wielu nurtów pulsujących życiem a nie skrywanych z obawą, że mogą zacząć przeszkadzać ‘linii nadrzędnej”
Wiele w tym moim pisaniu chciejstwa. Ale i przy okazji goryczy, że tym tylko ono pozostanie. Do samego końca zapewne…
Nie ukrywam, że to drugie rozwiązanie jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjne. By było jasne odnoszę się do głośnej ostatnio epistolografii, która zdominowała działania głównej partii opozycyjnej. Oczywiście rozmawiać trzeba. Rozmowa to podstawowy warunek zdrowego funkcjonowania struktur w których w jakiś sposób realizują się grupy ludzi. Tyle, że nie za bardzo mam przekonanie, czy rozmowa w formie upublicznianych listów jest rozwiązaniem najlepszym. Szczególnie gdy dotyczą one kwestii wewnętrznych wspomnianych grup.
Niewątpliwym jest, że zaczął pan Migalski. I dla wielu wypowiadających się w sprawie relacji pana Migalskiego i partii, w imieniu której kimś tam został, to zamyka dyskusję. Ja jednak uważam, że nikt nie popełnia samobójstwa (czy to naprawdę czy symbolicznie) bez powodu czy dlatego tylko by zaistnieć. Albo prawie nikt bo natura ludzka jest nieprzewidywalna. Pisze to dlatego, iż nie ukrywałem swoich nadziei związanych z tym wizerunkiem Prawa i Sprawiedliwości, który dawał szansę na to, że wpływy jej mogą rozlać się tam, gdzie dotąd jeszcze nie zdołał lub nie były w stanie dotrzeć.
Co do samego listu europosła Migalskiego trudno mi zając stanowisko ostateczne. Z bardzo prostego powodu. Nie podobała mi się forma, w jakiej zdecydował się dyskutować z partią o jej przyszłości. Tyle, że nie ma zielonego pojęcia jaką inna możliwością takiej dyskusji pan Migalski dysponował. Nie wiem czy mógł ot po prostu udać się do Prezesa i mu wyłożyć to co akurat zalegało europosłowi na wątrobie. Może mógł a nie chciał (mając jakiś cel ukryty) a może chciał bardzo ale nie mógł. Wspomniana kwestia jest bardzo istotna.
Drugi list wywołuje we mnie jeszcze większe rozdarcie. Zgadzam się w zasadzie z przychylnymi ocenami tego, co ów list zawiera. Z treścią chyba trudno dyskutować. Choć absolutnie nie jest tak, że się nie da. Natomiast nijak mi on nie pasuje do czasu i do sytuacji. Głownie za sprawą jego adresata. W obecnej sytuacji, gdy partia szykuje się do kolejnego wyborczego boju a następny już majaczy na horyzoncie, raczej taka forma powinna być adresowana do wyborców. Jeśli zaś adresat został wybrany tak, jak to się w tym przypadku stało, sugeruje to jakiś kryzys, którego istotę wyborca może nie do końca rozumieć ale właśnie przekonał się o jego istnieniu. Bo nikt chyba nie sądził, że dyskusja nad listem ograniczy się wyłącznie do zamkniętego kręgu członków i działaczy partii. Naiwnością byłoby tak to widzieć. List musiał i zresztą stał się w zasadzie dokumentem programowym partii wyznaczającym jej linię AD 2010. A jako taki prezentuje się nie najlepiej. Przede wszystkim z tego powodu, że w zasadzie sankcjonuje przyprawioną PiS-owi „gębę” partii kierowanej autorytarnie i odbierającej swoim członkom podmiotowość we wszystkim poza decyzją by w partii być lub przestać być. Ponadto prezentuje partię jako zapatrzoną w zasadzie w przeszłość. I to w wielu znaczeniach. Mniej może istotne, przynajmniej z mego punktu widzenia, jest zamknięcie się w kręgu spraw związanych z tym, co zdarzyło się w pierwszej połowie tego roku. To poskutkować może tylko najbliższą wyborczą porażką. Dużo ważniejsza jest metoda, jaką Prezes „cementuje” partię. Partie oparta na zgodzi i jednomyślności. Pewnie wielu się narażę ale jestem tylko człowiekiem stojącym z boku i oceniającym zdarzenia tylko w oparciu o to, co do mnie dociera. Taka optyka, niestety uprawnia rzucane przez tego i owego twierdzenia, że jednomyślność oznacza właściwie wyłącznie zaakceptowanie tego, co myśli Jarosław Kaczyński. I można byłoby takie widzenie zaakceptować gdyby nie prosta (przywołana już zresztą przy okazji podobnej dyskusji przez Futrzaka) prawda, że Jarosław Kaczyński nie jest wieczny. Jak i w czym jednomyślna będzie partia gdy go zabraknie? I nad tym problemem partia myśleć powinna jak najpoważniej bo może krzywdzę i Prezesa i ludzi, którzy teraz przy nim stoją i staną ale przedstawiona w liście wykładnia czyni z partii fabrykę partyjnego aparatu, który sprawdzać się będzie póty, póki będzie miał mu kto mówić dokąd iść i co robić. I być może mamy do czynienia z procesem, który czyni z PiS-u „partię jednorazowego użytku”. Bo o jej upadku może kiedyś zadecydować po prostu fizyczne odejście tych, którzy potrafią działać koncepcyjnie, a nie tylko odtwórczo.
Przypadek Migalskiego jest dla Prawa i Sprawiedliwości kolejną niewykorzystaną szansą. Można się zżymać że postąpił tak czy inaczej. Ale w takim razie można też zauważać, że odpowiedź otrzymał na dokładnie tym samym poziomie. Z jednej strony wymaga się od Migalskiego (jakby nie było najmniej chyba w tym gronie doświadczonego polityka) by rozumiał wszelkie wieloznaczności i złożoności sytuacji, w jakiej jest partia i jej przywódca a z drugiej strony samemu zrozumienia dla jego intencji i wynikających z nich działań ma się dość mało. Albo i wcale.
Ponadto, czego też nie można ignorować, sprawa Migalskiego to też zarzewie, może już zażegnanej a może tylko przytłumionej, wojny „starego PiS-u” z „nowym”. Starego głownie wiekiem ale i stylem uprawiania polityki. Tu znów jestem rozdarty bo jednak oczekuję czegoś innego niż „plastikowa polityka” ale chyba jeszcze bardziej oczekuję, że ktoś wreszcie sprawi, że będzie można podziękować Tuskowi i jego niewydarzonej ekipie za dotychczasowy dorobek. I w tym problem.
Jeśli chce się widzieć, gdzie będzie PiS idąc tą droga, którą zdaje się właśnie podążać, wystarczy popatrzeć na jego konkurenta. Na jednomyślną myślą Donalda Tuska Platformę Obywatelską. Partię, która w proch i pył rozleci się gdy tylko tej myśli zabraknie.
Zamiast tego wolałbym tygiel, w którym z jednej strony mieszałyby się koncepcje na istnienie i miejsce partii na politycznej scenie, w którym byłby mechanizm dyskusji nad tymi koncepcjami. I przy tym a może dzięki temu umiejętność przyjęcia do wiadomości tego, że się jest w mniejszości i traktowania tego również jako wartość wzmacniającą partię. Oczekiwałbym istniejących obok siebie wielu nurtów pulsujących życiem a nie skrywanych z obawą, że mogą zacząć przeszkadzać ‘linii nadrzędnej”
Wiele w tym moim pisaniu chciejstwa. Ale i przy okazji goryczy, że tym tylko ono pozostanie. Do samego końca zapewne…
piątek, 3 września 2010
Polska czyli trzy panie wkręcają żarówkę (tu i teraz)
(tekst długi, oparty na faktach)
Myślę, że każdy zna ten wredny antyra… znaczy antypolski dowcip o tym że do wkręcenia żarówki potrzeba trzech naszych rodaków. Oczywiście w tej wersji znają go wszyscy inni a u nas (bo przecież o sobie nie będziemy tak żartować) specami od żarówki byli milicjanci a teraz zapewne ich następcy.
Polska tu i teraz daleka jest od tamtej, w której milicjanci zajmowali się wkręcaniem żarówek ale nie jest też tak, że podobnej ekwilibrystyki już się na naszej ziemi nie uświadczy. Otóż uświadczy się i to , nie rzadko i w miejscach, w których człowiek chciałby bardzo nie stykać się z czymś takim.
Właśnie zakończyłem trwającą trzy dni odyseję, która skończyła się skierowaniem mnie na, powiedzmy, zabieg chirurgiczny. By ewentualna dyskusja nie zbaczała z głównego tematu powiedzmy, że to rutynowe usunięcie stulejki ( :). Rzecz drobna i dająca jakoś żyć co ma swoje znaczenie o tyle, że termin zabiegu wyznaczono na maj przyszłego roku. Ale historii nie powinno opowiadać się od końca.
Zacznę od tego, że te trzy dni to nie był czas załatwiania spraw leżących pomiędzy moim zdrowiem a państwową służbą zdrowia. Samo załatwianie, obejmujące dwie wizyty u lekarza, badanie oraz rejestrację w szpitalu efektywnie zajęło coś koło kwadransa. Jeśli doliczyć nieodzowne w takich sytuacjach czekanie wyjdzie koło czterech godzin. I to głownie dlatego, że i tak wcześnie wstaję więc do kolejki zawsze wchodziłem z niskim numerem. Ale żeby moc ten kwadrans odbębnić plus sobie poczekać musiałem wziąć trzy dni urlopu. A dziś omal przez takie coś, co opisałem w tytule, byłbym „w przededniu” kolejnego dnia na chorowanie.
Same wizyty u lekarza, recepty i skierowania to pikuś bo lekarz jest „mój” i po próżnicy czasu mi nie zabiera. Dziś rano szybko obejrzał wyniki badań i wypisał skierowanie. Ponieważ godzina była młoda a szpital o dwie przecznice pomyślałem, że będę miał to z głowy.
Gdy parkowałem na parkingu przed szpitalem w oczy już kłuł mnie napis „WEJŚCIE GŁOWNE” i informacja by właśnie nim wchodzić. Minąłem wejście do Izby przyjęć (proszę zapamiętać ten szczegół) i obszedłem potężną bryłę szpitala by wejść jak zalecano. Tam z miejsca zauważyłem trzy tablice kierujące ewentualnych pacjentów we właściwe miejsca. Oznaczone napisami „Wejście A, B, C”. Mnie interesowało akurat A bo tamtędy kierowano na chirurgię. Poszedłem za strzałkami a tam… Było B i C było tylko A za cholerę. Tak bardzo go nie było, że nawet nie umiały go wskazać dwie pielęgniarki, co przy wyjściu C akurat były na „papierosku”. Ale za to powiedziały mi, że z takim skierowaniem to nie mam iść na chirurgię tylko do sąsiedniego budynku mieszczącego zespól przychodni, w którym miał być „pokoik” gdzie takie sprawy załatwiano. Powiedziały mi też jak najprościej dojść gmaszyskiem do „pokoiku”. Szedłem na „czuja” bo jedynym kierunkiem wskazywanym konsekwentnie na korytarzu szpitala był „Bufet”. W „zespole przychodni” „pokoików” było tyle, że poszedłem zapytać w tamtejszej rejestracji o który może chodzić. Tam pani rejestratorka, powiedziała mi, że to nie tak, że zarejestrować się muszę w Izbie przyjęć. Wskazała mi też jak drogą do „Bufetu” dojść do tej Izby.
W Izbie bez trudu znalazłem rejestrację. Imponująco wyglądała. I tyle. Za szybą siedziała trójka, w porywach czwórka pań i… wkręcała żarówkę. Dokładnie rzecz biorąc mocno skupiały się na jakimś programie komputerowym wspierając główną jego operatorkę radami „może tu kliknij”. Odrywały się od tej ekscytującej czynności gdy im jakiś ratownik medyczny sam, zniecierpliwiony wparowywał do środka bo właśnie przywiózł ledwie żywą staruszkę i chciał ją na oddziała… Albo gdy taka pani z wypadku zaczęła się chwiać przy okienku. Dla mnie czas znalazły po kwadransie. Gdy zapytałem co z tym moim skierowaniem usłyszałem, że mam „iść tam, prosto i windą na II piętro a tam do gabinetu lekarza”. Poszedłem więc prosto i … doszedłem do ściany, która korytarz „prosto” się kończył. Zapytałem takiego innego pana w fartuchu jak mam do tej windy prosto iść a on potwierdził, że „prosto”. Łaziłem tak aż natknąłem się na osobę bardziej kompetentną. Na sprzątaczkę, która skupiła się nie na słowie „prosto” lecz na tym drugim. Wskazała mi gdzie jest winda. I okazało się, że owo „”prosto” oznaczało „w prawo” zaraz przy pierwszym skrzyżowaniu korytarzy. Bo winda tam była tylko jedna. Przerażony rozmachem gmachu zapytałem ją o ten „gabinet” na II piętrze bo mogło być ich tam od cholery. Powiedziała tylko, ze „będzie gabinet”. Był. Wszedłem do pierwszego opisanego jako „gabinet lekarski”. Tam lekaż zapisał mnie na ten majowy termin. Ale nie było to wszystko. Bo lekaż lekarzem ale jest jeszcze NFZ. Zostałem znów odlany do tego mitycznego „pokoiku” tyle, że teraz podano mi jego numer. Jeszcze dano mi karteczkę, która nakazywała się stawić w „pokoiku” z pakietem dokumentów w tym potwierdzeniem, że jestem ubezpieczony. Widać mało mają wiary w lekarza, który mnie w ramach NFZ przyjął i skierował. Pojechać musiałem do domu i wreszcie dowiedziałem się po co co miesiąc produkuje się miliony ton makulatury zwanej RMUA. To znaczy wydawało mi się że dowiedziałem się. Bo w „pokoiku” pani tylko zapytała „czym się pan posługuje jako potwierdzeniem ubezpieczenia”. Powiedziałem że RMUA ale w duchu miałem ochotę powiedzieć, że nożem i widelcem, Glockiem, i paroma innymi gadżetami. Pewnie też by przeszło.
Czytelnik, śledzący to moje błąkanie się w poszukiwaniu „pokoiku” pewnie zastanawia się czemu umieściłem ten tekst w dziale polityka. Z powodu oczywistego. Jest to z życia wzięta ilustracja tego, jak wygląda „tu i teraz” tak ukochane przez naszego Premiera- diamenta, że dla niego poświecił swą rolę wizjonera, reformatora i męża stanu. „Tu i teraz” zapyziale, uciążliwe jeśli nie powiedzieć nieznośne dla obywateli przez tego właśnie typu palantów, którzy nie potrafili wyjść poza „tu i teraz” bo ich władza i wszystko z nią związane było po prostu „tu i teraz”.
Taka podróż przez stany irytacji pojawiające się niezawodnie w zetknięciu z prawie każdym „tu i teraz” dość skutecznie (choć zapewne na jakiś czas tylko) leczą z myślenia o wielkich ideach i sporach o imponderabilia. Błyskawicznie zmieniają nawet najbardziej subtelnego recenzenta sceny politycznej w zwykłego chama, który bez ogródek zawoła „weź się Tusku- nierobie do roboty” i wykona przy tym zapewne jakiś obsceniczny gest. Bo taka jest konsekwencja polityki „tu i teraz”. Zmienia się optyka bo zmieniają się priorytety. Człowiek ma gdzieś sieć autostrad z roku 2015 czy pozom zarobków w 2050. Widzi cały ten rozgrzebany bardak przy którym nic sensownego nikt nie robi. Nikt w sensie obejmującym znacznie szersze spektrum niż wyłącznie Tusk i jego antykoncepcyjna gromadka.
Oczywiście wyobrażam sobie, ze odpowiedzią będzie wyliczenie wszystkich niedoróbek poprzedniej ekipy albo i poprzednich ekip. I pytanie czemu tamtym się nie zajmuję. Odpowiedź jest prosta. Bo tamto nie było „tu i teraz”. Ja wiem, że wizja polityki obecnej ekipy i jej wszelkich admiratorów ( a właściwie, skoro cham ze mnie już wyszedł, powiem „przydupasów”) jest taka, ze opozycja nie pozwala. I nie pozwoli gdzie by nie była. Tusk to taki przypadek że jak się do niego Kaczyńskiego nie podłączy to „no va”. Nie jedzie. A jak się już podłączy to jedzie tylko nie tak. Ta zależność powoduje, że nawet jakby Tuskowi dać 147% miejsc i tyleż władzy to i tak „opozycja będzie zawadzać”. Gdzie by nie była. Czy w opozycji (co naturalne) czy na Wawelu, pomniku, czy choćby i w kosmosie. Bo nawet jak nie będzie wadzić to będzie bo wtedy będzie wadzić jej brak, przy którym, jak już powiedziałem, „nie jedzie”.
Póki co jestem w innej opozycji. W partii ludzi wqrwionych. Tak ogólnie a nie na tego czy innego. Na to „tu i teraz”, które mamy przez te wszystkie nazwiska co „udzielają się w domofonie” od mego urodzenia do dziś. A może i do mojej śmierci biorą pod uwagę stan tego „tu i teraz”.
Oczywiście pozostaje pytanie czemu daję sobą tak pomiatać zamiast wysupłać grosz i pójść godnie do pywaciarza? A co z moją składką, co mi ją i tak zabierają? Mam się dorzucać do „dziury budżetowej” i do produkujących ją nieodmiennie od lat dziur w mózgach „szczęśliwie nam panujących”? Po moim trupie! Nawet jeśli dosłownie…
Na koniec pozwolę sobie zaproponować takie nieoficjalne godło naszego „tu i teraz” znalezione przez Kobietę Moją Kochaną tuż przy siedzibie S. Sierakowskiego i jego „Nowym Wspaniałym Świecie”. Złośliwe to ale dziś jestem „prawdziwszym Polakiem”. Prawdziwszym o to moje wQrwienie.
http://farm5.static.flickr.com/4112/4953889160_07247a9faa_m.jpg
Myślę, że każdy zna ten wredny antyra… znaczy antypolski dowcip o tym że do wkręcenia żarówki potrzeba trzech naszych rodaków. Oczywiście w tej wersji znają go wszyscy inni a u nas (bo przecież o sobie nie będziemy tak żartować) specami od żarówki byli milicjanci a teraz zapewne ich następcy.
Polska tu i teraz daleka jest od tamtej, w której milicjanci zajmowali się wkręcaniem żarówek ale nie jest też tak, że podobnej ekwilibrystyki już się na naszej ziemi nie uświadczy. Otóż uświadczy się i to , nie rzadko i w miejscach, w których człowiek chciałby bardzo nie stykać się z czymś takim.
Właśnie zakończyłem trwającą trzy dni odyseję, która skończyła się skierowaniem mnie na, powiedzmy, zabieg chirurgiczny. By ewentualna dyskusja nie zbaczała z głównego tematu powiedzmy, że to rutynowe usunięcie stulejki ( :). Rzecz drobna i dająca jakoś żyć co ma swoje znaczenie o tyle, że termin zabiegu wyznaczono na maj przyszłego roku. Ale historii nie powinno opowiadać się od końca.
Zacznę od tego, że te trzy dni to nie był czas załatwiania spraw leżących pomiędzy moim zdrowiem a państwową służbą zdrowia. Samo załatwianie, obejmujące dwie wizyty u lekarza, badanie oraz rejestrację w szpitalu efektywnie zajęło coś koło kwadransa. Jeśli doliczyć nieodzowne w takich sytuacjach czekanie wyjdzie koło czterech godzin. I to głownie dlatego, że i tak wcześnie wstaję więc do kolejki zawsze wchodziłem z niskim numerem. Ale żeby moc ten kwadrans odbębnić plus sobie poczekać musiałem wziąć trzy dni urlopu. A dziś omal przez takie coś, co opisałem w tytule, byłbym „w przededniu” kolejnego dnia na chorowanie.
Same wizyty u lekarza, recepty i skierowania to pikuś bo lekarz jest „mój” i po próżnicy czasu mi nie zabiera. Dziś rano szybko obejrzał wyniki badań i wypisał skierowanie. Ponieważ godzina była młoda a szpital o dwie przecznice pomyślałem, że będę miał to z głowy.
Gdy parkowałem na parkingu przed szpitalem w oczy już kłuł mnie napis „WEJŚCIE GŁOWNE” i informacja by właśnie nim wchodzić. Minąłem wejście do Izby przyjęć (proszę zapamiętać ten szczegół) i obszedłem potężną bryłę szpitala by wejść jak zalecano. Tam z miejsca zauważyłem trzy tablice kierujące ewentualnych pacjentów we właściwe miejsca. Oznaczone napisami „Wejście A, B, C”. Mnie interesowało akurat A bo tamtędy kierowano na chirurgię. Poszedłem za strzałkami a tam… Było B i C było tylko A za cholerę. Tak bardzo go nie było, że nawet nie umiały go wskazać dwie pielęgniarki, co przy wyjściu C akurat były na „papierosku”. Ale za to powiedziały mi, że z takim skierowaniem to nie mam iść na chirurgię tylko do sąsiedniego budynku mieszczącego zespól przychodni, w którym miał być „pokoik” gdzie takie sprawy załatwiano. Powiedziały mi też jak najprościej dojść gmaszyskiem do „pokoiku”. Szedłem na „czuja” bo jedynym kierunkiem wskazywanym konsekwentnie na korytarzu szpitala był „Bufet”. W „zespole przychodni” „pokoików” było tyle, że poszedłem zapytać w tamtejszej rejestracji o który może chodzić. Tam pani rejestratorka, powiedziała mi, że to nie tak, że zarejestrować się muszę w Izbie przyjęć. Wskazała mi też jak drogą do „Bufetu” dojść do tej Izby.
W Izbie bez trudu znalazłem rejestrację. Imponująco wyglądała. I tyle. Za szybą siedziała trójka, w porywach czwórka pań i… wkręcała żarówkę. Dokładnie rzecz biorąc mocno skupiały się na jakimś programie komputerowym wspierając główną jego operatorkę radami „może tu kliknij”. Odrywały się od tej ekscytującej czynności gdy im jakiś ratownik medyczny sam, zniecierpliwiony wparowywał do środka bo właśnie przywiózł ledwie żywą staruszkę i chciał ją na oddziała… Albo gdy taka pani z wypadku zaczęła się chwiać przy okienku. Dla mnie czas znalazły po kwadransie. Gdy zapytałem co z tym moim skierowaniem usłyszałem, że mam „iść tam, prosto i windą na II piętro a tam do gabinetu lekarza”. Poszedłem więc prosto i … doszedłem do ściany, która korytarz „prosto” się kończył. Zapytałem takiego innego pana w fartuchu jak mam do tej windy prosto iść a on potwierdził, że „prosto”. Łaziłem tak aż natknąłem się na osobę bardziej kompetentną. Na sprzątaczkę, która skupiła się nie na słowie „prosto” lecz na tym drugim. Wskazała mi gdzie jest winda. I okazało się, że owo „”prosto” oznaczało „w prawo” zaraz przy pierwszym skrzyżowaniu korytarzy. Bo winda tam była tylko jedna. Przerażony rozmachem gmachu zapytałem ją o ten „gabinet” na II piętrze bo mogło być ich tam od cholery. Powiedziała tylko, ze „będzie gabinet”. Był. Wszedłem do pierwszego opisanego jako „gabinet lekarski”. Tam lekaż zapisał mnie na ten majowy termin. Ale nie było to wszystko. Bo lekaż lekarzem ale jest jeszcze NFZ. Zostałem znów odlany do tego mitycznego „pokoiku” tyle, że teraz podano mi jego numer. Jeszcze dano mi karteczkę, która nakazywała się stawić w „pokoiku” z pakietem dokumentów w tym potwierdzeniem, że jestem ubezpieczony. Widać mało mają wiary w lekarza, który mnie w ramach NFZ przyjął i skierował. Pojechać musiałem do domu i wreszcie dowiedziałem się po co co miesiąc produkuje się miliony ton makulatury zwanej RMUA. To znaczy wydawało mi się że dowiedziałem się. Bo w „pokoiku” pani tylko zapytała „czym się pan posługuje jako potwierdzeniem ubezpieczenia”. Powiedziałem że RMUA ale w duchu miałem ochotę powiedzieć, że nożem i widelcem, Glockiem, i paroma innymi gadżetami. Pewnie też by przeszło.
Czytelnik, śledzący to moje błąkanie się w poszukiwaniu „pokoiku” pewnie zastanawia się czemu umieściłem ten tekst w dziale polityka. Z powodu oczywistego. Jest to z życia wzięta ilustracja tego, jak wygląda „tu i teraz” tak ukochane przez naszego Premiera- diamenta, że dla niego poświecił swą rolę wizjonera, reformatora i męża stanu. „Tu i teraz” zapyziale, uciążliwe jeśli nie powiedzieć nieznośne dla obywateli przez tego właśnie typu palantów, którzy nie potrafili wyjść poza „tu i teraz” bo ich władza i wszystko z nią związane było po prostu „tu i teraz”.
Taka podróż przez stany irytacji pojawiające się niezawodnie w zetknięciu z prawie każdym „tu i teraz” dość skutecznie (choć zapewne na jakiś czas tylko) leczą z myślenia o wielkich ideach i sporach o imponderabilia. Błyskawicznie zmieniają nawet najbardziej subtelnego recenzenta sceny politycznej w zwykłego chama, który bez ogródek zawoła „weź się Tusku- nierobie do roboty” i wykona przy tym zapewne jakiś obsceniczny gest. Bo taka jest konsekwencja polityki „tu i teraz”. Zmienia się optyka bo zmieniają się priorytety. Człowiek ma gdzieś sieć autostrad z roku 2015 czy pozom zarobków w 2050. Widzi cały ten rozgrzebany bardak przy którym nic sensownego nikt nie robi. Nikt w sensie obejmującym znacznie szersze spektrum niż wyłącznie Tusk i jego antykoncepcyjna gromadka.
Oczywiście wyobrażam sobie, ze odpowiedzią będzie wyliczenie wszystkich niedoróbek poprzedniej ekipy albo i poprzednich ekip. I pytanie czemu tamtym się nie zajmuję. Odpowiedź jest prosta. Bo tamto nie było „tu i teraz”. Ja wiem, że wizja polityki obecnej ekipy i jej wszelkich admiratorów ( a właściwie, skoro cham ze mnie już wyszedł, powiem „przydupasów”) jest taka, ze opozycja nie pozwala. I nie pozwoli gdzie by nie była. Tusk to taki przypadek że jak się do niego Kaczyńskiego nie podłączy to „no va”. Nie jedzie. A jak się już podłączy to jedzie tylko nie tak. Ta zależność powoduje, że nawet jakby Tuskowi dać 147% miejsc i tyleż władzy to i tak „opozycja będzie zawadzać”. Gdzie by nie była. Czy w opozycji (co naturalne) czy na Wawelu, pomniku, czy choćby i w kosmosie. Bo nawet jak nie będzie wadzić to będzie bo wtedy będzie wadzić jej brak, przy którym, jak już powiedziałem, „nie jedzie”.
Póki co jestem w innej opozycji. W partii ludzi wqrwionych. Tak ogólnie a nie na tego czy innego. Na to „tu i teraz”, które mamy przez te wszystkie nazwiska co „udzielają się w domofonie” od mego urodzenia do dziś. A może i do mojej śmierci biorą pod uwagę stan tego „tu i teraz”.
Oczywiście pozostaje pytanie czemu daję sobą tak pomiatać zamiast wysupłać grosz i pójść godnie do pywaciarza? A co z moją składką, co mi ją i tak zabierają? Mam się dorzucać do „dziury budżetowej” i do produkujących ją nieodmiennie od lat dziur w mózgach „szczęśliwie nam panujących”? Po moim trupie! Nawet jeśli dosłownie…
Na koniec pozwolę sobie zaproponować takie nieoficjalne godło naszego „tu i teraz” znalezione przez Kobietę Moją Kochaną tuż przy siedzibie S. Sierakowskiego i jego „Nowym Wspaniałym Świecie”. Złośliwe to ale dziś jestem „prawdziwszym Polakiem”. Prawdziwszym o to moje wQrwienie.
http://farm5.static.flickr.com/4112/4953889160_07247a9faa_m.jpg
czwartek, 2 września 2010
Manicheizm Migalskiego, manicheizm PiS-u (o wuwaleniu…)
Jedno, co teraz, po wywaleniu (bo tym dzisiejszy krok partii był w istocie) Marka Migalskiego z towarzystwa skupionego wokół PiS jednoznacznie można powiedzieć to to, ze źle się stało. I dla samego Migalskiego i dla partii.
Dla Migalskiego przede wszystkim dlatego, że już na początku swej drogi w świat (niektórzy mówią że bagno) polityki od razu doszedł do ściany. Szybko mu się to udało tak, jak szybko stał się politykiem bardzo widocznym i bardzo wyrazistym. I ta właśnie wyrazistość sprawa, że kontakt ze ścianą nastąpił niemal zaraz po starcie. Z tym barażem politycznego dorobku, który zdołał wypracować, na dzisiejszej scenie politycznej mógł być tylko w PiS-ie albo nigdzie. W PiS-ie już nie będzie… I to źle dla partii.
Ale oceniając krok Migalskiego nie da się ukryć, że obie strony zadziałały niejednoznacznie jeśli chodzi o ocenę tego, co nastąpiło.
Migalski zrobił co zrobił. Jasna strona tego ruchu jest taka, że, przynajmniej dla m,nie intencją jego była gra na sukces partii, działania służące przyszłemu zwycięstwu tego ugrupowania w kolejnych starciach o dominację na scenie politycznej. Za taką wymową kroku polityka przemawia… jego koniec. Z którego musiał sobie zdawać sprawę jeśli rzeczywiście był człowiekiem trzeźwo oceniającym naszą polityczną układankę i wszystkie jej elementy. Łacznie z tym najbliższym jego sercu. I tu tkwi ciemna strona postępku Migalskiego. Jeśli założymy, że nie była to po prostu szarża naiwniaka, który szczycąc się renomą politycznego analityka, tak naprawdę o poletku, którego uprawą się zechciał zając pojęcie miał małe, przyjąć musimy, iż musiał taki finał przewidzieć. A nawet więcej. Musiał przewidzieć jak daleko to, co dziś się zdarzyło jest od prawdziwego finału. Aż boję się ten prawdziwy finał opisać więc tylko powiem, że smutny koniec Migalskiego w PiS-ie to zapewne też koniec nadziei na to, że partyjni liberałowie cokolwiek będą znaczyć w tej partii. Przynajmniej póki jest to partia Jarosława Kaczyńskiego. Migalski- Brutus sprawił, że jakakolwiek, choćby wydumana opozycja w PiS zostanie w zarodku zduszona. Jeśli Migalski liczył na wzmocnienie opcji mu bliskiej to efekt zapewne osiągnie odwrotny. Umocni się ta grupa, która nawet dla części zwolenników PiS jest mało strawna.
I to jest cień, który decyzja partii o wywaleniu Migalskiego rzuca na wszelkie nadzieje, które inkorporacja Migalskiego przy okazji elekcji do Parlamentu Europejskiego się tu i ówdzie urodziły. Przyznam, że jestem jednym z tych, których ten transfer mocno ucieszył jako widomy znak, że jednak mogę nie dożyć końca PiS-u spowodowanego przyczynami demograficznymi. Nie chcę pisać o innych nadziejach bo mi szkoda czasu. W każdym razie jest to krok, który daje kolejny argument tym, którzy powtarzają, że PiS to partia antydemokratyczna nie tylko w działania ale i w duchu i że jej mechanizmy też o tym świadczą. Tyle, że akurat o to mniejsza bo ci co chcą uderzyć argumenty znajdą i bez Migalskiego.
Czy da się w tej upublicznionej dzisiaj wiadomości znaleźć coś, co stanowi jasną stronę decyzji partii. Dla mnie, zwolennika modernizacji wizerunku partii Jarosława Kaczyńskiego pewnie z trudem ale próbujmy.
Jak wiadomo, mimo moich nadziei, na partię przyszły ciężkie czasy. A ciężkie czasy to takie czasy, w których ostatnim, co jest potrzebne jest większe czy mniejsze, bardziej lub mniej wyszczekane malkontenctwo. Ono jest jak pierwszy zawracający w szarży i rzucający się do ucieczki. Niepowściągliwość Migalskiego sprawiła już kilka naśladownictw i mogła wywołać następne. I zamiast gotowości bojowej mogło pojawić się coś na kształt wojny kokoszej. A tak może paru odważnych pomyśli że nie zawsze jest tak , że jak się dobrze gada to jest to dobre. Może powściągnie się i przez to ostanie Poncyliusz a przy nim i kilka innych perspektywicznych postaci?
W każdym razie w tym, co dziś absolutnie złego się stało z PiS-em pewnie jest jakiś pierwiastek dobrze rokujący. A w tym, że może i dobrze jest jakieś złe przesłanie. Tak więc nie ma się z czego cieszyć ale proszę się nie lękać. Jak by to bezsensownie nie wyglądało.
Dla Migalskiego przede wszystkim dlatego, że już na początku swej drogi w świat (niektórzy mówią że bagno) polityki od razu doszedł do ściany. Szybko mu się to udało tak, jak szybko stał się politykiem bardzo widocznym i bardzo wyrazistym. I ta właśnie wyrazistość sprawa, że kontakt ze ścianą nastąpił niemal zaraz po starcie. Z tym barażem politycznego dorobku, który zdołał wypracować, na dzisiejszej scenie politycznej mógł być tylko w PiS-ie albo nigdzie. W PiS-ie już nie będzie… I to źle dla partii.
Ale oceniając krok Migalskiego nie da się ukryć, że obie strony zadziałały niejednoznacznie jeśli chodzi o ocenę tego, co nastąpiło.
Migalski zrobił co zrobił. Jasna strona tego ruchu jest taka, że, przynajmniej dla m,nie intencją jego była gra na sukces partii, działania służące przyszłemu zwycięstwu tego ugrupowania w kolejnych starciach o dominację na scenie politycznej. Za taką wymową kroku polityka przemawia… jego koniec. Z którego musiał sobie zdawać sprawę jeśli rzeczywiście był człowiekiem trzeźwo oceniającym naszą polityczną układankę i wszystkie jej elementy. Łacznie z tym najbliższym jego sercu. I tu tkwi ciemna strona postępku Migalskiego. Jeśli założymy, że nie była to po prostu szarża naiwniaka, który szczycąc się renomą politycznego analityka, tak naprawdę o poletku, którego uprawą się zechciał zając pojęcie miał małe, przyjąć musimy, iż musiał taki finał przewidzieć. A nawet więcej. Musiał przewidzieć jak daleko to, co dziś się zdarzyło jest od prawdziwego finału. Aż boję się ten prawdziwy finał opisać więc tylko powiem, że smutny koniec Migalskiego w PiS-ie to zapewne też koniec nadziei na to, że partyjni liberałowie cokolwiek będą znaczyć w tej partii. Przynajmniej póki jest to partia Jarosława Kaczyńskiego. Migalski- Brutus sprawił, że jakakolwiek, choćby wydumana opozycja w PiS zostanie w zarodku zduszona. Jeśli Migalski liczył na wzmocnienie opcji mu bliskiej to efekt zapewne osiągnie odwrotny. Umocni się ta grupa, która nawet dla części zwolenników PiS jest mało strawna.
I to jest cień, który decyzja partii o wywaleniu Migalskiego rzuca na wszelkie nadzieje, które inkorporacja Migalskiego przy okazji elekcji do Parlamentu Europejskiego się tu i ówdzie urodziły. Przyznam, że jestem jednym z tych, których ten transfer mocno ucieszył jako widomy znak, że jednak mogę nie dożyć końca PiS-u spowodowanego przyczynami demograficznymi. Nie chcę pisać o innych nadziejach bo mi szkoda czasu. W każdym razie jest to krok, który daje kolejny argument tym, którzy powtarzają, że PiS to partia antydemokratyczna nie tylko w działania ale i w duchu i że jej mechanizmy też o tym świadczą. Tyle, że akurat o to mniejsza bo ci co chcą uderzyć argumenty znajdą i bez Migalskiego.
Czy da się w tej upublicznionej dzisiaj wiadomości znaleźć coś, co stanowi jasną stronę decyzji partii. Dla mnie, zwolennika modernizacji wizerunku partii Jarosława Kaczyńskiego pewnie z trudem ale próbujmy.
Jak wiadomo, mimo moich nadziei, na partię przyszły ciężkie czasy. A ciężkie czasy to takie czasy, w których ostatnim, co jest potrzebne jest większe czy mniejsze, bardziej lub mniej wyszczekane malkontenctwo. Ono jest jak pierwszy zawracający w szarży i rzucający się do ucieczki. Niepowściągliwość Migalskiego sprawiła już kilka naśladownictw i mogła wywołać następne. I zamiast gotowości bojowej mogło pojawić się coś na kształt wojny kokoszej. A tak może paru odważnych pomyśli że nie zawsze jest tak , że jak się dobrze gada to jest to dobre. Może powściągnie się i przez to ostanie Poncyliusz a przy nim i kilka innych perspektywicznych postaci?
W każdym razie w tym, co dziś absolutnie złego się stało z PiS-em pewnie jest jakiś pierwiastek dobrze rokujący. A w tym, że może i dobrze jest jakieś złe przesłanie. Tak więc nie ma się z czego cieszyć ale proszę się nie lękać. Jak by to bezsensownie nie wyglądało.
Etykiety:
PiS
środa, 1 września 2010
"Oni" - List do żony (na rocznicę)
Ten list wygląda zdumiewająco. Aż dziwię się, że nie budzi tutaj w zasadzie żadnego zainteresowania. Bo jest dowodem na… No właśnie. Wygląda na dowód zdolności paranormalnych pana Kuczyńskiego. Który już wtedy wiedział, że musi (MUSI!) mieć dowód, który kiedyś tam zdyskredytuje słowa faceta, którego pan Kuczyński wtedy, gdy list pisał nie znał i pewnie nigdy jeszcze na oczy nie widział. Ale już wiedział że trzeba działać bo inaczej…
A może się mylę i wcale nie takie intencje przyświecały panu Kuczyńskiemu. Może… No nie. Przecież to bez sensu. Facet pisze do swojej żony i się jej tłumaczy, że „oni nie ustąpią”. Tak, jakby przez nią (lub kogoś całkiem innego) tam został wysłany żeby się targować. To „oni” brzmi tak jakoś „pod prąd” temu, co niby ma z listu wynikać. Że jest tam, gdzie jest oaza wolności. Może nie to widział?
Prawdę mówiąc jakoś nie miałem ochoty brać udziału w dyskusji nad tym, jaką rolę odegrali, czy choćby próbowali odegrać ludzie, którzy pospieszyli wtedy z Warszawy na wieść że Trójmiasto stanęło. Wbrew sympatiom i antypatiom byłem gotów kłócić się o wszystko i wszystkich ale za cezurę przyjmując ostatni dzień sierpnia tamtego roku. Więc o wszystko PO tym dniu. I tak by zostało bo skąd niby miałbym wiedzieć co w głowach tych ludzi siedziało gdy stali przed bramą stoczni i czekali na to, aż zostaną wpuszczeni.
Ten list, jak już napisałem, jest zaskakujący. Przede wszystkim z tego powodu, że zdaje się być stworzonym przez kogoś, kto mentalnie pasuje raczej do posiadającego wprawdzie dość łatwo poddający się emocjom otoczenia ale jednak zbudowany na pragmatycznym szkielecie charakter liberalnego sekretarza KC. Co to wie, rozumie „ale my żyjemy we wschodniej Europie”. I tyle. „Żadnych złudzeń Panowie”.
Ten list to właściwie takie posłanie człowieka, kto wie, że jego misja się nie uda. „możemy odpowiadać na pytania i nieco, powtarzam, nieco tylko urealistyczniać ich postulaty”. Bo tylko stoimy „pomiędzy takimi siłami”. Pomiędzy (!!!!!!!). I jeszcze to, że „oni nie ustąpią”. Czemu pan Kuczyński z tego spowiada się żonie. Tak jakby oboje trzymali kciuki żeby „oni” jednak ustąpili. Jakby w tym "pomiędzy" był wcale nie bliżej tej strony, której się bliżej wydawał.
I jeszcze ten sam koniec. Który może do rzeczy i nic nie ma ale jest przekomiczny. „Waldek (ekspert MKS)”.Tak, jakby napisał „Waldek (ten facet, co leży obok jak wstajesz do pracy). Ale i koniec zastanawiający. Bo jeśli „ekspert MKS” to jacy „oni”? Jakie „nie ustąpią”? Czemu nie „My” i czemu „nie ustąpimy”? Przecież się w zasadzie opowiada jednoznacznie!
Jeśli ten list miał udowodnić to, czego dowodzić próbuje się od wczoraj, że Lech Kaczyński nie odegrał tej roli, o jakiej mówił jego brat, bo roli takiej nie trzeba było odgrywać i nie było powodu to kiepsko to panu Kuczyńskiemu wyszło.
Kiedy czytam tych kilka linijek to widzę przede wszystkim tych „ich”, którzy tak „eksperta MKS” dziwią, zastanawiają, zaskakują. I to, że czuje się on „pomiędzy”. Nie z nimi tylko „pomiędzy”
* źródło (i wytłuszczenia): http://wyborcza.pl/1,86116,8320717.html
http://wyborcza.pl/1,86116,8320717.html#ixzz0yIQPMoyWyW
A może się mylę i wcale nie takie intencje przyświecały panu Kuczyńskiemu. Może… No nie. Przecież to bez sensu. Facet pisze do swojej żony i się jej tłumaczy, że „oni nie ustąpią”. Tak, jakby przez nią (lub kogoś całkiem innego) tam został wysłany żeby się targować. To „oni” brzmi tak jakoś „pod prąd” temu, co niby ma z listu wynikać. Że jest tam, gdzie jest oaza wolności. Może nie to widział?
Prawdę mówiąc jakoś nie miałem ochoty brać udziału w dyskusji nad tym, jaką rolę odegrali, czy choćby próbowali odegrać ludzie, którzy pospieszyli wtedy z Warszawy na wieść że Trójmiasto stanęło. Wbrew sympatiom i antypatiom byłem gotów kłócić się o wszystko i wszystkich ale za cezurę przyjmując ostatni dzień sierpnia tamtego roku. Więc o wszystko PO tym dniu. I tak by zostało bo skąd niby miałbym wiedzieć co w głowach tych ludzi siedziało gdy stali przed bramą stoczni i czekali na to, aż zostaną wpuszczeni.
Ten list, jak już napisałem, jest zaskakujący. Przede wszystkim z tego powodu, że zdaje się być stworzonym przez kogoś, kto mentalnie pasuje raczej do posiadającego wprawdzie dość łatwo poddający się emocjom otoczenia ale jednak zbudowany na pragmatycznym szkielecie charakter liberalnego sekretarza KC. Co to wie, rozumie „ale my żyjemy we wschodniej Europie”. I tyle. „Żadnych złudzeń Panowie”.
Ten list to właściwie takie posłanie człowieka, kto wie, że jego misja się nie uda. „możemy odpowiadać na pytania i nieco, powtarzam, nieco tylko urealistyczniać ich postulaty”. Bo tylko stoimy „pomiędzy takimi siłami”. Pomiędzy (!!!!!!!). I jeszcze to, że „oni nie ustąpią”. Czemu pan Kuczyński z tego spowiada się żonie. Tak jakby oboje trzymali kciuki żeby „oni” jednak ustąpili. Jakby w tym "pomiędzy" był wcale nie bliżej tej strony, której się bliżej wydawał.
I jeszcze ten sam koniec. Który może do rzeczy i nic nie ma ale jest przekomiczny. „Waldek (ekspert MKS)”.Tak, jakby napisał „Waldek (ten facet, co leży obok jak wstajesz do pracy). Ale i koniec zastanawiający. Bo jeśli „ekspert MKS” to jacy „oni”? Jakie „nie ustąpią”? Czemu nie „My” i czemu „nie ustąpimy”? Przecież się w zasadzie opowiada jednoznacznie!
Jeśli ten list miał udowodnić to, czego dowodzić próbuje się od wczoraj, że Lech Kaczyński nie odegrał tej roli, o jakiej mówił jego brat, bo roli takiej nie trzeba było odgrywać i nie było powodu to kiepsko to panu Kuczyńskiemu wyszło.
Kiedy czytam tych kilka linijek to widzę przede wszystkim tych „ich”, którzy tak „eksperta MKS” dziwią, zastanawiają, zaskakują. I to, że czuje się on „pomiędzy”. Nie z nimi tylko „pomiędzy”
* źródło (i wytłuszczenia): http://wyborcza.pl/1,86116,8320717.html
http://wyborcza.pl/1,86116,8320717.html#ixzz0yIQPMoyWyW
Etykiety:
1980,
Solidarność,
stocznia
Historia („Wielcy, rocznik 80”)
„Jarek, pier****sz, nie było cię tam!”
W. Frasyniuk
„Władek, Ciebie też!”*
Rosemann
Zaryzykuję stwierdzenie, przez które ta notka na zbyt eksponowane miejsce zapewnie liczyć nie będzie mogła. Historia to dziwka, którą współczesność obraca jak chce, za sprawą rajfury- polityki.
Nie jest ważne co tam dawniej się działo. Ważne jest jak można to skonsumować teraz. czasem zdarza się, że coś, co stało się, jest na tyle niestrawne, że do konsumpcji nie nadaje się absolutnie.
Gdyby teraz próbować najbardziej oczywistego patrona historii, byłby nim Herostrates. Postać przez historię, czyli przez tych, co po nim do jego czynu się ustosunkowali, potraktowany przewrotnie. Choć może raczej mający na tyle wyobraźni, że tę przewrotność losu od razu w swych rachubach kalkulujący. Bo wyszło na jego mimo, że miało być wręcz przeciwnie. I to dla tak okrutnie na naszych oczach molestowanej historii w zasadzie jedyna nadzieja. Że los swoje i tak sprawi ile by się nad dziejami nie znęcać.
Gdy Herostrates podkładał pochodnię pod jeden z cudów antycznego świata, nie przypuszczał, że do historii przejdzie bardziej jako ten, o którym historia miała na zawsze zamilknąć niż zwykły podpalacz niezwykłego skarbu.
Kiedy ludzie „Solidarności” to i owo zatrzymywali, pewien jestem, że w ogóle o historii nie myśleli. A jeśli już to zapewne w ten sposób, ze będzie ona łaskawsza dla ich dzieci.
I w zasadzie dobrze chyba, że wtedy nie myśleli. Dobrze, że wielu z nich siebie w historii nie widzi i dziś skromnie uważając, że tylko koło niej kiedyś przechodzili i tyle w niej ich udziału. Dobrze, bo stara rajfura- polityka nie śpi. I czeka tylko by tego i owego wykorzystać w charakterze, excuse moi, takiego fikuśnego cacka, za pomocą którego da się historie wydymać na potrzeby czasu rzeczywistego.
Kiedy zaglądam w biografie „Wielkich, rocznik 80” to największe moje zdumienie budzi data, która stoi przy tych wszystkich „krzyżach wielkich”, „komandorskich” i przy „orłach białych”. Jakoś tak krzycząco wręcz późna jak na tak jednoznaczne zwycięstwo, na czyste intencje i oczywiste zasługi. Data, która sprawia, ze zastanawiam się czy aby na pewno „pierwszy niekomunistyczny premier” i „pierwszy prezydent wolnej Polski” naprawdę istnieli. Albo co sprawiło, że, jeśli istnieli, taka amnezja im się na umysły rzuciła?
Rok 2006. Wśród odznaczonych Gwiazdowie, Walentynowicz, Krzywonos, Frasyniuk, Kołodziej, Pieńkowska… Wcześniej historia łaskawa była tylko dla tych, którzy z „Wielkich, rocznik 80” potrafili stać się wielkimi o charakterze bardziej uniwersalnym. Ci, którzy poszli w politykę, swoje frukty i swoje zaszczyty smakowali i dziesięć lat wcześniej**
Trzeba było 25 lat, w tym 15 w wolnej Polsce by ktoś powyciągał te nazwiska spoza linii, z piątego szeregu czy w ogóle z niepamięci.
Nie wiem czy wtedy dla jakiejś doraźnej korzyści, czy wtedy, w roku 2006 powstał jakis plan „zagospodarowania” tych nazwisk jako ewidentny gwałt teraźniejszości na historii. Nie zauważyłem nic, co by na to wskazywało.
Natomiast teraz taką wątpliwość mam. Co pewnie dla niektórych będzie oczywistą oczywistością. I w przypadku „spontanicznych” wystąpień i tej troski o pamięć po „Leszku” co to się w jego imieniu nie brat tylko pani Henia ma prawo jedynie wypowiadać.
Tak nam się ta historia zawinęła wokół polityki, że już nie to jest ważne co kto kiedyś zrobił tylko przy kim dziś biega. Jak biega jak należy to jest „fenomenalny” (choć nie tak dawno nie tylko nie był „fenomenalny” ale nawet rozpoznawalny) a jak nie to już jego ból. Tyle jest przykładów, co „biegać” nie chciały że widać dobitnie, iż to się za bardzo nie opłaca.
Historia to tak naprawdę jedna wielka księga manipulacji. Grzebanie przy ocenach i interpretacjach w tej machinie znaczy więcej niż surowiec podstawowy czy tam wyjściowy. Wszystko zaś za sprawą i tej okoliczności że biegać dla kogoś starają się nie tylko aktorzy dziejowego teatru ale i jego kronikarze. A my przywykliśmy i na nich patrzeć nie jak na badaczy lecz niemal wyłącznie jak na „zbrojne ramię” tego czy owego. Nawet jak nie są albo choć starają się nie być. Ale takich mało jest, że prawie wcale.
Przez to zaś nie ma co liczyć na to, że się nam kiedyś Historia wyprostuje i zacznie wreszcie dobrze prowadzić nie dając temu czy owemu bezczelnie sobie pchać łap za dekolt. Za duża pokusa by razem z e współczesnością zmieniać i przeszłość. A nawet tylko przeszłość bo to taniej i prościej.
Tekst dedykuję leszkowi.sopot i lestatowi w podzięce za to co robią i z odrobiną zazdrości, że sam tak nie potrafię
* Dawno, dawno temu, w czasach, o których być może niedługo przeczytamy, że ich wcale nie było, W. Frasyniuk, przy jedynej okazji, gdy go spotkałem i mogłem chwile porozmawiać zasugerował „tykanie”. Więc, choć pewien jestem, że nie pamięta, „tykam”. To by uprzedzić zarzuty że „tykam”.
** sprawdzając daty uzyskania odznaczeń zauważyć można tę dysproporcję. A właściwie trudno jej nie zauważyć.
W. Frasyniuk
„Władek, Ciebie też!”*
Rosemann
Zaryzykuję stwierdzenie, przez które ta notka na zbyt eksponowane miejsce zapewnie liczyć nie będzie mogła. Historia to dziwka, którą współczesność obraca jak chce, za sprawą rajfury- polityki.
Nie jest ważne co tam dawniej się działo. Ważne jest jak można to skonsumować teraz. czasem zdarza się, że coś, co stało się, jest na tyle niestrawne, że do konsumpcji nie nadaje się absolutnie.
Gdyby teraz próbować najbardziej oczywistego patrona historii, byłby nim Herostrates. Postać przez historię, czyli przez tych, co po nim do jego czynu się ustosunkowali, potraktowany przewrotnie. Choć może raczej mający na tyle wyobraźni, że tę przewrotność losu od razu w swych rachubach kalkulujący. Bo wyszło na jego mimo, że miało być wręcz przeciwnie. I to dla tak okrutnie na naszych oczach molestowanej historii w zasadzie jedyna nadzieja. Że los swoje i tak sprawi ile by się nad dziejami nie znęcać.
Gdy Herostrates podkładał pochodnię pod jeden z cudów antycznego świata, nie przypuszczał, że do historii przejdzie bardziej jako ten, o którym historia miała na zawsze zamilknąć niż zwykły podpalacz niezwykłego skarbu.
Kiedy ludzie „Solidarności” to i owo zatrzymywali, pewien jestem, że w ogóle o historii nie myśleli. A jeśli już to zapewne w ten sposób, ze będzie ona łaskawsza dla ich dzieci.
I w zasadzie dobrze chyba, że wtedy nie myśleli. Dobrze, że wielu z nich siebie w historii nie widzi i dziś skromnie uważając, że tylko koło niej kiedyś przechodzili i tyle w niej ich udziału. Dobrze, bo stara rajfura- polityka nie śpi. I czeka tylko by tego i owego wykorzystać w charakterze, excuse moi, takiego fikuśnego cacka, za pomocą którego da się historie wydymać na potrzeby czasu rzeczywistego.
Kiedy zaglądam w biografie „Wielkich, rocznik 80” to największe moje zdumienie budzi data, która stoi przy tych wszystkich „krzyżach wielkich”, „komandorskich” i przy „orłach białych”. Jakoś tak krzycząco wręcz późna jak na tak jednoznaczne zwycięstwo, na czyste intencje i oczywiste zasługi. Data, która sprawia, ze zastanawiam się czy aby na pewno „pierwszy niekomunistyczny premier” i „pierwszy prezydent wolnej Polski” naprawdę istnieli. Albo co sprawiło, że, jeśli istnieli, taka amnezja im się na umysły rzuciła?
Rok 2006. Wśród odznaczonych Gwiazdowie, Walentynowicz, Krzywonos, Frasyniuk, Kołodziej, Pieńkowska… Wcześniej historia łaskawa była tylko dla tych, którzy z „Wielkich, rocznik 80” potrafili stać się wielkimi o charakterze bardziej uniwersalnym. Ci, którzy poszli w politykę, swoje frukty i swoje zaszczyty smakowali i dziesięć lat wcześniej**
Trzeba było 25 lat, w tym 15 w wolnej Polsce by ktoś powyciągał te nazwiska spoza linii, z piątego szeregu czy w ogóle z niepamięci.
Nie wiem czy wtedy dla jakiejś doraźnej korzyści, czy wtedy, w roku 2006 powstał jakis plan „zagospodarowania” tych nazwisk jako ewidentny gwałt teraźniejszości na historii. Nie zauważyłem nic, co by na to wskazywało.
Natomiast teraz taką wątpliwość mam. Co pewnie dla niektórych będzie oczywistą oczywistością. I w przypadku „spontanicznych” wystąpień i tej troski o pamięć po „Leszku” co to się w jego imieniu nie brat tylko pani Henia ma prawo jedynie wypowiadać.
Tak nam się ta historia zawinęła wokół polityki, że już nie to jest ważne co kto kiedyś zrobił tylko przy kim dziś biega. Jak biega jak należy to jest „fenomenalny” (choć nie tak dawno nie tylko nie był „fenomenalny” ale nawet rozpoznawalny) a jak nie to już jego ból. Tyle jest przykładów, co „biegać” nie chciały że widać dobitnie, iż to się za bardzo nie opłaca.
Historia to tak naprawdę jedna wielka księga manipulacji. Grzebanie przy ocenach i interpretacjach w tej machinie znaczy więcej niż surowiec podstawowy czy tam wyjściowy. Wszystko zaś za sprawą i tej okoliczności że biegać dla kogoś starają się nie tylko aktorzy dziejowego teatru ale i jego kronikarze. A my przywykliśmy i na nich patrzeć nie jak na badaczy lecz niemal wyłącznie jak na „zbrojne ramię” tego czy owego. Nawet jak nie są albo choć starają się nie być. Ale takich mało jest, że prawie wcale.
Przez to zaś nie ma co liczyć na to, że się nam kiedyś Historia wyprostuje i zacznie wreszcie dobrze prowadzić nie dając temu czy owemu bezczelnie sobie pchać łap za dekolt. Za duża pokusa by razem z e współczesnością zmieniać i przeszłość. A nawet tylko przeszłość bo to taniej i prościej.
Tekst dedykuję leszkowi.sopot i lestatowi w podzięce za to co robią i z odrobiną zazdrości, że sam tak nie potrafię
* Dawno, dawno temu, w czasach, o których być może niedługo przeczytamy, że ich wcale nie było, W. Frasyniuk, przy jedynej okazji, gdy go spotkałem i mogłem chwile porozmawiać zasugerował „tykanie”. Więc, choć pewien jestem, że nie pamięta, „tykam”. To by uprzedzić zarzuty że „tykam”.
** sprawdzając daty uzyskania odznaczeń zauważyć można tę dysproporcję. A właściwie trudno jej nie zauważyć.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Dobry bohater to martwy bohater
(tekst na dziś, wczoraj i resztę dni roku)
Dość długo za wyjątkowo wredny uważałem zabieg artystyczny stosowany przez pisarza lub autora scenariusza, polegający na tym, że przez niemal całą fabułę byliśmy uwodzeni przez któregoś z głównych bohaterów by na sam koniec być świadkami upadku lub śmierci naszego ulubieńca. Wtedy, gdy tak źle myślałem o wykorzystujących ten schemat, takie zwroty akcji doprowadzały mnie do białej gorączki. Pamiętam na ten przykład film „No way out” („Bez wyjścia”) w którym ledwie wytrzymując z emocji ściskałem kciuki za zmagania postaci granej przez Costnera ze skorumpowanym światem waszyngtońskiej polityki by na koniec dowiedzieć się, że trzymałem stronę KGB-owskiego agenta! No, minę wtedy musiałem mieć nie za ciekawą. Jak więc lubić takie zwroty akcji, które robią z nas prawie zawsze zawstydzonych samymi sobą kretynów?
Z czasem doszedłem do wniosku, że patent ten nie jest taki zły. Z wielu powodów. Być może przede wszystkim z tego, że uczy powściągliwości w wyrażaniu sadów jak też cierpliwości. Cierpliwości chroniącej przed tym, by te nie do końca powściągliwe i, co często się zdarza nierozsądne, sądy trzymać dla siebie do czasu póki coś ich nie zweryfikuje. Myślę, że taka lekcja potrzebna jest nie tylko mi, tej pani czy tamtemu panu ale zapewne nam wszystkim jako zbiorowości. Zwanej narodem.
Wańkowicz gdzieś tam wspomina jakąś książkę Katajewa (jako dziecko uwielbiałem puszczany średnio dwa razy w roku film „Samotny biały żagiel” skręcony na podstawie prozy tego autora a opowiadający losy dzielnych bolszewików) gdzie opisał on pewne miasteczko, w którym niemal wszystkie istotne obiekty, główna ulica i plac nosiły imię „byłego towarzysza Iwanowa”. Wzięło się to stąd, iż pochopnie, jeszcze za życia owej persony uczczono ją tak okazale i gdy nagle przestała być tego wszystkiego godna, zmiana nazw i tablic okazała się zbyt droga i kłopotliwa.
Nasza historia najnowsza skażona jest syndromem „byłego towarzysza Iwanowa”. W zasadzie trudno byłoby znaleźć taką postać, do której mniejsze lub większe grono upierdliwców o coś by się nie przyczepiło gdyby nagle próbować robić z niej „żywą ikonę”, „żywą legendę” czy „żywy pomnik”. „Żywy”… Choć prawdę mówiąc do martwych też się przypindalamy jakby czepianie się wszystkich o wszystko było jakąś naszą powszechna skaza genetyczną. Nieboszczyki też nie mają więc z nami, Polakami- mądralami, łatwego życia. Tyle, że oni mają już to gdzieś. Buja taki sobie na niebieskich Polach Elizejskich i to, czym próbuje się go ochlapać nie jego jest problemem. Co najwyżej tych, co usiłują dorzucić choć ci akurat nie za bardzo tę stronę problemu widzą. Reszta co najwyżej po głowie się popuka i tyle tego. A samo zjawisko czepiania się zmarłych jest tyle bezowocne co nieeleganckie i już. Delikatnie mówiąc.
Inaczej z tymi żywymi. „Pomnikami”, „legendami” czy też „ikonami”. Tu sprawa jest złożona. Z dwóch stron w zasadzie. Z tej, z której się rzuca i z tej, w którą się rzuca.
Pierwsza strona ma to do siebie, że łatwiej jej trafić. A jak trafi to boli. Czasem nie tylko trafionego. A jak wiadomo ból to tylko taki mechanizm obronny organizmu. Więc ten się broni. Tak jak umie. A nawet jak nie umie to próbuje.
Efektem zaś jest jakiś tam zestaw blizn i nieodmiennie, powszechny kac. Najczęściej omijający jedynie tych, co rzucają. Bo przecież nie po to mają tę swoją uciechę by zaraz czuć coś od uciechy tak dalekiego.
Najgorzej zaś jest w sytuacjach, gdy nam „syndrom byłego towarzysza Iwanowa” ujawnia się w swej postaci czystej. Będącej przeważnie takim qui pro quo, w którym towarzysz Iwanow, bohater bez dwóch zdań i pełną gębą, tak jakoś się rozbucha, że nie czekając aż go do ziemi zakopią i na jego miejsce postawią tuziny, dziesiątki albo i setki monumentów, wywinie taki numer, po którym wszystkim wokół zapał do wznoszenia monumentów z miejsca znika a pojawia się całkowita pewność, że towarzysz jest już absolutnie byłym towarzyszem.
Wiem, że kwestią sporną jest to, czy ten akurat towarzysz Iwanow jest nadal towarzyszem czy już jednak towarzyszem byłym. O to wybuchają wojny co potrafią na długo albo i na zawsze poróżnić tych, którzy bez dwóch zdań i jak jeden mąż towarzysza Iwanowa nagrodziliby pomnikiem gdyby był się w porę zawinął i zamienił ten świat na znacznie lepszy.
Celebrując zbyt świeże rocznice ciągle ćwiczymy i ćwiczyć będziemy problem „byłego towarzysza Iwanowa” bez końca. Tak uczy doświadczenie i wynikająca z niego logika. A z „byłym towarzyszem Iwanowem” świętowanie za fajne nie jest bo w zasadzie sprowadza się do kwiecistego opisywania jaka to z niego świnia tak naprawdę była gdy jeszcze był towarzyszem.
Pewnie najlepsze byłoby ustanowienie prawa, że Polak, jeśli już chce świętować czy czcić to wolno mu to jedynie celebrować, co zakończyło się nie bliżej niż sto lat wstecz i pod warunkiem, że nikt, kto jeszcze pamięta gdzieś się nie uchował przypadkiem czy zrządzeniem losu. Tak dla narodowej higieny psychicznej by nam się zasłużeni towarzysze w byłych towarzyszy nie zamieniali nagminnie.
[Opisywane przykłady nie dotyczą żadnych sytuacji konkretnych i są konkluzjami wyłącznie ogólnymi.]
Dość długo za wyjątkowo wredny uważałem zabieg artystyczny stosowany przez pisarza lub autora scenariusza, polegający na tym, że przez niemal całą fabułę byliśmy uwodzeni przez któregoś z głównych bohaterów by na sam koniec być świadkami upadku lub śmierci naszego ulubieńca. Wtedy, gdy tak źle myślałem o wykorzystujących ten schemat, takie zwroty akcji doprowadzały mnie do białej gorączki. Pamiętam na ten przykład film „No way out” („Bez wyjścia”) w którym ledwie wytrzymując z emocji ściskałem kciuki za zmagania postaci granej przez Costnera ze skorumpowanym światem waszyngtońskiej polityki by na koniec dowiedzieć się, że trzymałem stronę KGB-owskiego agenta! No, minę wtedy musiałem mieć nie za ciekawą. Jak więc lubić takie zwroty akcji, które robią z nas prawie zawsze zawstydzonych samymi sobą kretynów?
Z czasem doszedłem do wniosku, że patent ten nie jest taki zły. Z wielu powodów. Być może przede wszystkim z tego, że uczy powściągliwości w wyrażaniu sadów jak też cierpliwości. Cierpliwości chroniącej przed tym, by te nie do końca powściągliwe i, co często się zdarza nierozsądne, sądy trzymać dla siebie do czasu póki coś ich nie zweryfikuje. Myślę, że taka lekcja potrzebna jest nie tylko mi, tej pani czy tamtemu panu ale zapewne nam wszystkim jako zbiorowości. Zwanej narodem.
Wańkowicz gdzieś tam wspomina jakąś książkę Katajewa (jako dziecko uwielbiałem puszczany średnio dwa razy w roku film „Samotny biały żagiel” skręcony na podstawie prozy tego autora a opowiadający losy dzielnych bolszewików) gdzie opisał on pewne miasteczko, w którym niemal wszystkie istotne obiekty, główna ulica i plac nosiły imię „byłego towarzysza Iwanowa”. Wzięło się to stąd, iż pochopnie, jeszcze za życia owej persony uczczono ją tak okazale i gdy nagle przestała być tego wszystkiego godna, zmiana nazw i tablic okazała się zbyt droga i kłopotliwa.
Nasza historia najnowsza skażona jest syndromem „byłego towarzysza Iwanowa”. W zasadzie trudno byłoby znaleźć taką postać, do której mniejsze lub większe grono upierdliwców o coś by się nie przyczepiło gdyby nagle próbować robić z niej „żywą ikonę”, „żywą legendę” czy „żywy pomnik”. „Żywy”… Choć prawdę mówiąc do martwych też się przypindalamy jakby czepianie się wszystkich o wszystko było jakąś naszą powszechna skaza genetyczną. Nieboszczyki też nie mają więc z nami, Polakami- mądralami, łatwego życia. Tyle, że oni mają już to gdzieś. Buja taki sobie na niebieskich Polach Elizejskich i to, czym próbuje się go ochlapać nie jego jest problemem. Co najwyżej tych, co usiłują dorzucić choć ci akurat nie za bardzo tę stronę problemu widzą. Reszta co najwyżej po głowie się popuka i tyle tego. A samo zjawisko czepiania się zmarłych jest tyle bezowocne co nieeleganckie i już. Delikatnie mówiąc.
Inaczej z tymi żywymi. „Pomnikami”, „legendami” czy też „ikonami”. Tu sprawa jest złożona. Z dwóch stron w zasadzie. Z tej, z której się rzuca i z tej, w którą się rzuca.
Pierwsza strona ma to do siebie, że łatwiej jej trafić. A jak trafi to boli. Czasem nie tylko trafionego. A jak wiadomo ból to tylko taki mechanizm obronny organizmu. Więc ten się broni. Tak jak umie. A nawet jak nie umie to próbuje.
Efektem zaś jest jakiś tam zestaw blizn i nieodmiennie, powszechny kac. Najczęściej omijający jedynie tych, co rzucają. Bo przecież nie po to mają tę swoją uciechę by zaraz czuć coś od uciechy tak dalekiego.
Najgorzej zaś jest w sytuacjach, gdy nam „syndrom byłego towarzysza Iwanowa” ujawnia się w swej postaci czystej. Będącej przeważnie takim qui pro quo, w którym towarzysz Iwanow, bohater bez dwóch zdań i pełną gębą, tak jakoś się rozbucha, że nie czekając aż go do ziemi zakopią i na jego miejsce postawią tuziny, dziesiątki albo i setki monumentów, wywinie taki numer, po którym wszystkim wokół zapał do wznoszenia monumentów z miejsca znika a pojawia się całkowita pewność, że towarzysz jest już absolutnie byłym towarzyszem.
Wiem, że kwestią sporną jest to, czy ten akurat towarzysz Iwanow jest nadal towarzyszem czy już jednak towarzyszem byłym. O to wybuchają wojny co potrafią na długo albo i na zawsze poróżnić tych, którzy bez dwóch zdań i jak jeden mąż towarzysza Iwanowa nagrodziliby pomnikiem gdyby był się w porę zawinął i zamienił ten świat na znacznie lepszy.
Celebrując zbyt świeże rocznice ciągle ćwiczymy i ćwiczyć będziemy problem „byłego towarzysza Iwanowa” bez końca. Tak uczy doświadczenie i wynikająca z niego logika. A z „byłym towarzyszem Iwanowem” świętowanie za fajne nie jest bo w zasadzie sprowadza się do kwiecistego opisywania jaka to z niego świnia tak naprawdę była gdy jeszcze był towarzyszem.
Pewnie najlepsze byłoby ustanowienie prawa, że Polak, jeśli już chce świętować czy czcić to wolno mu to jedynie celebrować, co zakończyło się nie bliżej niż sto lat wstecz i pod warunkiem, że nikt, kto jeszcze pamięta gdzieś się nie uchował przypadkiem czy zrządzeniem losu. Tak dla narodowej higieny psychicznej by nam się zasłużeni towarzysze w byłych towarzyszy nie zamieniali nagminnie.
[Opisywane przykłady nie dotyczą żadnych sytuacji konkretnych i są konkluzjami wyłącznie ogólnymi.]
Subskrybuj:
Posty (Atom)