Faktem jest, że sondażowe otarcie się o siebie PO i PiS jest zdarzeniem bezprecedensowym. W mniejszym stopniu dlatego, żeśmy się od czegoś takiego zdążyli skutecznie odzwyczaić, jak, nie przymierzając, od lutowych mrozów, ale głownie z uwagi na okoliczności, w jakim nastąpiło.
Oczywiście wiemy czemu nastąpiło i oczywiście wszyscy (tej wersji teraz najlepiej się trzymać) tego oczekiwaliśmy.
Wiemy, że jest to efekt zdumiewającej kumulacji niefortunnych zdarzeń (ładnie nazwałem, prawda?), którymi, za sprawą naszej obecnej władzy dotknięci zostaliśmy na przełomie grudnia i stycznia a w zasadzie dotykani jesteśmy nadal.
Spodziewaliśmy się wszyscy, ze to może nastąpić… Ale z zupełnie innych powodów. Jak wiadomo, Donald Tusk i jego ekipa przygotowuje się właśnie, po ponad czteroletniej rozgrzewce, do koniecznego skoku na głęboką wodę. Tak głęboką, że jak już skoczy to tak nas obryzga, że się ledwie pozbieramy. I tak naprawdę dopiero wtedy to otarcie miało mieć miejsce.
Skok jeszcze przed nami i dlatego z pozycji odpowiedzialnego i dojrzałego obywatela mam nie tylko prawo ale i obowiązek się martwić. Wszak wszyscy światli mówią, że skakać trzeba, nikt nie ukrywa, że obryzga nas jak jasna cholera. Niektórzy wręcz twierdzą, ze tak się wtedy ten obryzgany naród może wkurzyć i nieco dłużej przytrzymać „pływakom” łepek pod powierzchnią.
Dzisiejsze otarcie się ma tę wadę, ze może obecną ekipę pozbawić części lub nawet całej determinacji i ochoty do skakania. I nawet się nie dziwię. Bo w nowej rzeczywistości trudno zgadnąć o kogo już po skoku będzie się ocierać.
Zdaję sobie sprawę, że z powagi sytuacji nic sobie nie robią ci nasi koledzy i te nasze koleżanki, które ciągle uważają, że
„A Donald Tusk?
Donald Tusk tylko się uśmiecha”
Ci zaś, co jeszcze w duchu mają nadzieję, że może już wkrótce znów będzie lepiej, tak na poziomie 47,5%, powinni porzucić nadzieję.
Lepiej nie będzie bo i być nie może. Po prostu. Choć może jutro jakaś tam zbadana zbiorowość na chwilę poprawi im humor.
Lepiej to już było. Bo teraz możliwości są dwie. Ta opisana wcześniej czyli ten potrzebny i oczekiwany od dawna skok i będące jego oczywistym skutkiem utonięcie albo też poniechanie i bezsilne przebieranie kończynami w jakiejś żałosnej choreografii pozorowanych ruchów.
W skrócie zaś te rozstaje, na których dziś stoi Donald Tusk i jego „załoga na kółkach” oznaczone są drogowskazem, wskazującym albo „Drugą dziurę Bauca”, jeśli obecna ekipa postanowi po prostu „dokupić” sobie parę punktów procentowych u społeczeństwa albo „AWS II”, jeśli pójdzie drogą „reform i wyrzeczeń”.
To lepiej, co to bez wątpienia już było to te lata bezwzględnego zaufania większości roztrwonione na nic a wręcz na podgrzewanie stanu wojny.
A zaniechania się mszczą. Co właśnie oglądamy widząc jak się nam drapieżniki nagle o siebie ocierają choć jeszcze do niedawna zdawały się mieć oddalone żerowiska.
Szkoda tylko nas wszystkich. Bo nie mam wątpliwości, że na jakiś szaniec choć spróbują nas rzucić w akcie desperacji. Tyle już tych szańców zaliczyliśmy.
A nam się chyba wreszcie jakiś spokój należy. Czyż nie?
piątek, 10 lutego 2012
Premier RP Janusz Pajacyk
To chyba o pogłoski o powodzeniu, jakim wśród niektórych kobiet cieszyć się miał na przełomie nieprawdziwej i prawdziwej Polski Jerzy Urban ktoś (nie pamiętam już kto) wyraził okrutną choć nie pozbawiona podstaw opinię o guście płci pięknej.”Znaczy to, że kobieta jest w stanie spodobać się wszystko”.
To samo przyszło mi na myśl, gdy w kontekście ostatnich przetasowań sondażowych zadumałem się nad dość znaczącym wzrostem notowań partii o nazwie Ruch Poparcia Pajacyka. Bo miałem świadomość specyficznych preferencji znacznej części wyborców. O dziwo takich, których naprawdę (mówię szczerze) można nazwać „świadomymi”. Preferencji, które w skrócie można sprowadzić do „arcymądrej” uwagi „A niech paliwo będzie po dziesięć złotych za litr byleby Kaczyński nie wrócił do władzy”. Jednak przekonany byłem, że i oni uczą się czegoś na skutkach kierowania się takimi właśnie założeniami.
„Czarny koń” ostatniej kampanii wyborczej, w zetknięciu z realną polityką i rzeczywistą pracą parlamentarną pokazał, że jest raczej konikiem na biegunach. Zaś wykreowana „nowa jakość polityczna” to rozdęty do granic wytrzymałości balon.
Co ciekawe wychodzi na to, że ta smutna z punktu widzenia oczarowanych, zaczadzonych i omotanych w ogniu elekcji prawda, nie wytrzymująca konfrontacji z oczekiwaniami jest głownie wina samego lidera, pana Pajacyka.
Przyznam szczerze, mam świadomość tego, że w drużynie zebranej przez błazna z Biłgoraja są ludzie, których poglądów nie podzielam z przyjemnością. Dokładnie z przyjemnością słucham ich by móc nie podzielać. Odnosi się to głownie do osoby, która ma wiele „przymiotów” sprawiających, że powinno mi się na wymioty zbierać. Za przykład starczy choćby bycie wiceUrbanem. Pan Rozenek, co by o nim mówić i co myśleć, na tle naszych wyjadaczy politycznych z ugrupowań wszelakich prezentuje się dość korzystnie.
Jakiś czas temu miałem okazję oglądać dyskusję lokalnych parlamentarzystów z miasta, w którym pracuję. Było to zaraz po wyborach, gdy na Ruch Pajacyka patrzyliśmy jeszcze przez pryzmat pana Tarasa i już przez pryzmat pana Biedronia i pani Grodzkiej. Kiedy więc w dyskusji przyszła kolej na „pajacykowca” aż mi ślinka pociekła na ubaw, który miałem zobaczyć. Nie zobaczyłem. Zobaczyłem sensownie gadającego młodego człowieka.
I, wracając do pana Pajacyka i tego, w jakim kierunku prowadzi to nie pozbawione ciekawych ludzi stadko nie mam wątpliwości, że jest sam szef tak naprawdę najsłabszym ogniwem. Z punktu widzenia polityki traktowanej poważnie. Bo to on, w sytuacji, w której w społeczeństwie narasta niezadowolenie, które bardzo prosto zdiagnozować jako ocenę pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i społecznej, angażuje swój ruch w jakieś oczywiste bzdety. Bo cała działalność tej gromadki to bzdet za bzdetem. On też odpowiada za to, że twarzami partii są ludzie w rodzaju Nowickiej, Kotlinowskiego, Grodzkiej czy Biedronia.
Zatem czemu rośnie, skoro przyjęta przez Pajacyka taktyka powinna odstręczać od niego każdego, co jakieś tam nadzieje na „ożywczy powiew” w polskiej polityce z Ruchem Pajacyka wiązali. Powinien wręcz zadziałać efekt „zdradzonej kochanki”. Wqrwionej, dyszącej nienawiścią i chęcią zemsty niczym rozjuszony Toro po pieszczotach pikadorów i banderilleros. Przy Pajacyku pozostać powinni tylko goście od „Wolnych Konopi” i wolnych związków. Bo dla nich faktycznie to jedyna opcja.
Czemu zatem jak najpoważniej traktuję to, co straszy z tytułu? I z wyników badań opinii społecznej. Z tego przede wszystkim, że ten balon nadęty w poprzednim roku jest teraz dopompowywany tak, jak się dopełnia co jakiś czas gaśnicę by była w gotowości. A ta „gotowość” akuratnie może przyjść szybciej niż przeciętny zjadacz chleba mógłby pomyśleć.
Wobec poziomu emocji między jednymi i drugimi (kogo by tu za „jednych” i „drugich” nie uznać), nikt przy zdrowych zmysłach, spośród tych, co tym interesem kręcą, nie pozwoli sobie na swobodny vox populi i żadne tam akty „demokratycznych wyborów”. Trzeba ów vox i wybór jakoś „mądrze czy tam „rozsądnie” skanalizować. Cokolwiek by pod tym rozumieć. W szczególności zaś pod pojęciem „kanał”.
A poza tym… Poza tym, co na początku już zasygnalizowałem. Racjonalne dywagacje o gustach obywateli to czynność jałowa by nie rzec, że z założenia głupia. Bo po „wyborczym sukcesie” i przy obecnych szybujących notowaniach „Ruchu Poparcia pajacyka” widać, że polski wyborca jest w stanie zaakceptować wszystko.
To samo przyszło mi na myśl, gdy w kontekście ostatnich przetasowań sondażowych zadumałem się nad dość znaczącym wzrostem notowań partii o nazwie Ruch Poparcia Pajacyka. Bo miałem świadomość specyficznych preferencji znacznej części wyborców. O dziwo takich, których naprawdę (mówię szczerze) można nazwać „świadomymi”. Preferencji, które w skrócie można sprowadzić do „arcymądrej” uwagi „A niech paliwo będzie po dziesięć złotych za litr byleby Kaczyński nie wrócił do władzy”. Jednak przekonany byłem, że i oni uczą się czegoś na skutkach kierowania się takimi właśnie założeniami.
„Czarny koń” ostatniej kampanii wyborczej, w zetknięciu z realną polityką i rzeczywistą pracą parlamentarną pokazał, że jest raczej konikiem na biegunach. Zaś wykreowana „nowa jakość polityczna” to rozdęty do granic wytrzymałości balon.
Co ciekawe wychodzi na to, że ta smutna z punktu widzenia oczarowanych, zaczadzonych i omotanych w ogniu elekcji prawda, nie wytrzymująca konfrontacji z oczekiwaniami jest głownie wina samego lidera, pana Pajacyka.
Przyznam szczerze, mam świadomość tego, że w drużynie zebranej przez błazna z Biłgoraja są ludzie, których poglądów nie podzielam z przyjemnością. Dokładnie z przyjemnością słucham ich by móc nie podzielać. Odnosi się to głownie do osoby, która ma wiele „przymiotów” sprawiających, że powinno mi się na wymioty zbierać. Za przykład starczy choćby bycie wiceUrbanem. Pan Rozenek, co by o nim mówić i co myśleć, na tle naszych wyjadaczy politycznych z ugrupowań wszelakich prezentuje się dość korzystnie.
Jakiś czas temu miałem okazję oglądać dyskusję lokalnych parlamentarzystów z miasta, w którym pracuję. Było to zaraz po wyborach, gdy na Ruch Pajacyka patrzyliśmy jeszcze przez pryzmat pana Tarasa i już przez pryzmat pana Biedronia i pani Grodzkiej. Kiedy więc w dyskusji przyszła kolej na „pajacykowca” aż mi ślinka pociekła na ubaw, który miałem zobaczyć. Nie zobaczyłem. Zobaczyłem sensownie gadającego młodego człowieka.
I, wracając do pana Pajacyka i tego, w jakim kierunku prowadzi to nie pozbawione ciekawych ludzi stadko nie mam wątpliwości, że jest sam szef tak naprawdę najsłabszym ogniwem. Z punktu widzenia polityki traktowanej poważnie. Bo to on, w sytuacji, w której w społeczeństwie narasta niezadowolenie, które bardzo prosto zdiagnozować jako ocenę pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i społecznej, angażuje swój ruch w jakieś oczywiste bzdety. Bo cała działalność tej gromadki to bzdet za bzdetem. On też odpowiada za to, że twarzami partii są ludzie w rodzaju Nowickiej, Kotlinowskiego, Grodzkiej czy Biedronia.
Zatem czemu rośnie, skoro przyjęta przez Pajacyka taktyka powinna odstręczać od niego każdego, co jakieś tam nadzieje na „ożywczy powiew” w polskiej polityce z Ruchem Pajacyka wiązali. Powinien wręcz zadziałać efekt „zdradzonej kochanki”. Wqrwionej, dyszącej nienawiścią i chęcią zemsty niczym rozjuszony Toro po pieszczotach pikadorów i banderilleros. Przy Pajacyku pozostać powinni tylko goście od „Wolnych Konopi” i wolnych związków. Bo dla nich faktycznie to jedyna opcja.
Czemu zatem jak najpoważniej traktuję to, co straszy z tytułu? I z wyników badań opinii społecznej. Z tego przede wszystkim, że ten balon nadęty w poprzednim roku jest teraz dopompowywany tak, jak się dopełnia co jakiś czas gaśnicę by była w gotowości. A ta „gotowość” akuratnie może przyjść szybciej niż przeciętny zjadacz chleba mógłby pomyśleć.
Wobec poziomu emocji między jednymi i drugimi (kogo by tu za „jednych” i „drugich” nie uznać), nikt przy zdrowych zmysłach, spośród tych, co tym interesem kręcą, nie pozwoli sobie na swobodny vox populi i żadne tam akty „demokratycznych wyborów”. Trzeba ów vox i wybór jakoś „mądrze czy tam „rozsądnie” skanalizować. Cokolwiek by pod tym rozumieć. W szczególności zaś pod pojęciem „kanał”.
A poza tym… Poza tym, co na początku już zasygnalizowałem. Racjonalne dywagacje o gustach obywateli to czynność jałowa by nie rzec, że z założenia głupia. Bo po „wyborczym sukcesie” i przy obecnych szybujących notowaniach „Ruchu Poparcia pajacyka” widać, że polski wyborca jest w stanie zaakceptować wszystko.
Etykiety:
Palikot
środa, 8 lutego 2012
Jedyna dobra wiadomość
Przyznam, że nawet dla mnie, co to za obecną „lepszą drużyną” nie przepadam, informacja, że na superredaktor Lis jest odtąd tylko redaktorem Lisem, była dość druzgocąca. Nie przez to, że uważam Lisa za jakąś postać szczególną. Ot, pożałowało mi się „lepszej drużyny” w kontekście tego losu, co ją tak ostatnio je*** bez litości żadnej. Bo i zasługuje i zapracowała. Ale żeby od razu aż tak? Lekarze, aptekarze, młodzi i wykształceni… W pewnym momencie łatwiej raczej powiedzieć, kto jeszcze nie. A z dotychczasowym superredaktorem przecież żyłoby się lepiej. Taka z niego była ostoja władzy. Jako redaktor zwyczajny też będzie ale już nie tak super!
Poziom niefartu obecnej ekipy budzi powoli nie zdumienie ale wręcz grozę. Tym większą, że trudno go jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Ani ewentualnym „frycowym” boć poza paroma rodzynkami i jedną rodzynką co to ostatnio pokazała zresztą, że tremy u niej za grosz, sami wyjadacze. Nie da się tego wyjaśnić też czynnikami wewnętrznymi bo przecież tu ciągle, jak mawiają nie tylko „zaprzyjaźnione” media, nie ma z kim przegrać. Nijak nie wyjaśni tego jakiś wrogi czynnik zewnętrzny. Bo ze wszystkimi „wrogimi czynnikami zewnętrznymi” jesteśmy w przyjaźni i raczej na etapie bardziej lub mniej intensywnego łaszenia.
Pozostają jeszcze czynniki nadprzyrodzone. I to jest problem bo na to ani ja ani pewnie nikt inny leku nie znajdzie. W każdym razie takiego, który dałby się zastosować bez „wstrząsu anafilaktycznego” przez kogoś, kto przecie zarzekał się, że nie klęknie… Nadto na takie „generyki” gwarancji nikt nie da.
Do tego jeszcze…
I tu dochodzę do tytułu. Bo jak zapodała prasa, co się z „zaprzyjaźnieniem” aż tak bardzo nie obnosi, rzecznik rządu, Graś Paweł, wziął i nałgał publicznie i na dodatek jeszcze szefowi swemu jedynemu*. Twierdząc, że nie podpisał choć, jak się okazało, podpisał. Zatem mamy dwa delikty. Jakiś tam kryminalny, bo kłamczuszek zrobił „be” jako jakiś tam funkcjonariusz publiczny. I moralny, bo nie dość, że się zaparł szefowi w twarz (czy tam oblicze) to innych jeszcze o fałsz oskarżał.
A to się chyba nie godzi nawet jakiemuś całkiem ostatniemu „funkcjonariuszowi publicznemu” a co dopiero Ministrowi i to jeszcze robiącemu za głos całego rządu. A nawet i samego Premiera. Zatem jakże tak?
Oczywiście po aferze „fryzjerskiej” nie ma nawet co unosić głosu z oburzenia bo nic to nie pomoże ani nie zmieni. Nadal istotniejsze będzie że swój niż że jednak ma za uszami.
Ktoś zapyta gdzie tu ta tytułowa dobra wiadomość. Oczywiście zapyta ktoś szczególnie dociekliwy bo dla większości tych, co pana Grasia lubią, hmmmm, tak sobie, dobrą a nawet świetną wiadomością jest właśnie ta, że okazał się on łgarzem. Ale nie, szanowni czytelnicy, mi akurat chodziło o wiadomość dobrą (by nie rzec doskonałą) dla rządu i dla jego szefa. Ta wiadomość znajduje się na końcu linkowanego tekstu zaraz po kawałku: „Trwające rok śledztwo wykazało, żePaweł Graśkłamie. Decyzja grafologów była jednoznaczna, to rzecznik rządu jest autorem podpisów”.
Brzmi zaś owa znakomita, szczególnie dla pana Grasia wiadomość następująco: „Prokuratura Okręgowaw Warszawie zdecydowała o umorzeniu tej sprawy”.
Ps.. Zastanawia ta przedziwna taktyka Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Może uznała, że jest od „udowadniania niewinności”? Warto napisać i zapytać. Jak znajdę czas…
Ps. Ps. Może nie od rzeczy są te prognozy, przekazywane żartem, że „ostoja władzy”, pan Lis zastąpi pana Grasia. No wiem… Tego Naród nie zrozumie. Ale może warto spróbować? Przynajmniej białe byłoby białe i takie tam…
Ps. Ps. Ps. I jakoś tak cicho w sprawie… SP coś tam pomarudziła ale Graś dał odpór gaworząc coś o „chęci zaistnienia”. Wychodzi, że przy tej władzy to „normalka” i „nie ma w ogóle o czym mówić”.
* http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/378327,podpisy-pawla-grasia-byly-autentyczne.html
Poziom niefartu obecnej ekipy budzi powoli nie zdumienie ale wręcz grozę. Tym większą, że trudno go jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Ani ewentualnym „frycowym” boć poza paroma rodzynkami i jedną rodzynką co to ostatnio pokazała zresztą, że tremy u niej za grosz, sami wyjadacze. Nie da się tego wyjaśnić też czynnikami wewnętrznymi bo przecież tu ciągle, jak mawiają nie tylko „zaprzyjaźnione” media, nie ma z kim przegrać. Nijak nie wyjaśni tego jakiś wrogi czynnik zewnętrzny. Bo ze wszystkimi „wrogimi czynnikami zewnętrznymi” jesteśmy w przyjaźni i raczej na etapie bardziej lub mniej intensywnego łaszenia.
Pozostają jeszcze czynniki nadprzyrodzone. I to jest problem bo na to ani ja ani pewnie nikt inny leku nie znajdzie. W każdym razie takiego, który dałby się zastosować bez „wstrząsu anafilaktycznego” przez kogoś, kto przecie zarzekał się, że nie klęknie… Nadto na takie „generyki” gwarancji nikt nie da.
Do tego jeszcze…
I tu dochodzę do tytułu. Bo jak zapodała prasa, co się z „zaprzyjaźnieniem” aż tak bardzo nie obnosi, rzecznik rządu, Graś Paweł, wziął i nałgał publicznie i na dodatek jeszcze szefowi swemu jedynemu*. Twierdząc, że nie podpisał choć, jak się okazało, podpisał. Zatem mamy dwa delikty. Jakiś tam kryminalny, bo kłamczuszek zrobił „be” jako jakiś tam funkcjonariusz publiczny. I moralny, bo nie dość, że się zaparł szefowi w twarz (czy tam oblicze) to innych jeszcze o fałsz oskarżał.
A to się chyba nie godzi nawet jakiemuś całkiem ostatniemu „funkcjonariuszowi publicznemu” a co dopiero Ministrowi i to jeszcze robiącemu za głos całego rządu. A nawet i samego Premiera. Zatem jakże tak?
Oczywiście po aferze „fryzjerskiej” nie ma nawet co unosić głosu z oburzenia bo nic to nie pomoże ani nie zmieni. Nadal istotniejsze będzie że swój niż że jednak ma za uszami.
Ktoś zapyta gdzie tu ta tytułowa dobra wiadomość. Oczywiście zapyta ktoś szczególnie dociekliwy bo dla większości tych, co pana Grasia lubią, hmmmm, tak sobie, dobrą a nawet świetną wiadomością jest właśnie ta, że okazał się on łgarzem. Ale nie, szanowni czytelnicy, mi akurat chodziło o wiadomość dobrą (by nie rzec doskonałą) dla rządu i dla jego szefa. Ta wiadomość znajduje się na końcu linkowanego tekstu zaraz po kawałku: „Trwające rok śledztwo wykazało, żePaweł Graśkłamie. Decyzja grafologów była jednoznaczna, to rzecznik rządu jest autorem podpisów”.
Brzmi zaś owa znakomita, szczególnie dla pana Grasia wiadomość następująco: „Prokuratura Okręgowaw Warszawie zdecydowała o umorzeniu tej sprawy”.
Ps.. Zastanawia ta przedziwna taktyka Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Może uznała, że jest od „udowadniania niewinności”? Warto napisać i zapytać. Jak znajdę czas…
Ps. Ps. Może nie od rzeczy są te prognozy, przekazywane żartem, że „ostoja władzy”, pan Lis zastąpi pana Grasia. No wiem… Tego Naród nie zrozumie. Ale może warto spróbować? Przynajmniej białe byłoby białe i takie tam…
Ps. Ps. Ps. I jakoś tak cicho w sprawie… SP coś tam pomarudziła ale Graś dał odpór gaworząc coś o „chęci zaistnienia”. Wychodzi, że przy tej władzy to „normalka” i „nie ma w ogóle o czym mówić”.
* http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/378327,podpisy-pawla-grasia-byly-autentyczne.html
czwartek, 2 lutego 2012
Upadki i wzlot Marii Czubaszek czyli moja „Kobieta 2012 r”
Przedwczoraj bodaj kolega Radosław Radzimińsk* stwierdził był, że jego kobietą roku 2012 jest Maria Czubaszek. Przekonania tego nabrał na podstawie jednej rozmowy z rzeczoną, obejrzanej w telewizorze. Uzasadnił to (skrócę z niewątpliwą krzywdą dla autora i jego tekstu) tym, że pani Maria taka wyluzowana i zdystansowana. Tekst szybko zdobył uznanie administracji i nawet miałem zamiar skomentować go zwracając koledze uwagę, że ogłaszać kogoś człowiekiem roku po upływie stycznia zaledwie jest mało rozważnym krokiem i jeszcze wyśmiać kryteria wskazując, że sam znam kilka pań tak wyluzowanych, że przy nich pani Czubaszek jawi się sztywna jako ta jedna ze statui, co swymi torsami podpierają i zdobią fasadę Pałacu Kultury. No a później…
No a później tekst wywołał dyskusję, jaką mimo wszystko z rzadka się tutaj spotyka. I okazało się, że luz pani Czubaszek polegał jakoby przede wszystkim na jednym. I jeszcze na tym drugim, że bez krępacji o tym mówiła zamiast się (jak by chcieli niektórzy) wstydzić.
No i po czasie wyszło tak, że to jednak chyba kolega Radosław Radzimiński ma rację a nie ja. Oto bowiem pan Libicki już wieści, że będzie albo być powinna Czubaszek Dolores Ibarruri Janusza Pajacyka. ** Zaś pani Środa Magdalena też uznaje, że z Czubaszek wyluzowana babka. I sugeruje nawet, iż ustami pani Czubaszek przemawia rzesza cała kobiet a nie jedna Czubaszek wyłącznie. Mówi też przy okazji pani Środa i inne bzdury, które jasność siłę i „prawdę” przesłania głównego osłabiają bo od bohaterstwa pani Czubaszek i tych, które jej ustami mówią czytelnika odrywa, każąc mu zastanawiać się jak takie durnoty może mówić ktoś, już nie powiem wykształcony, ale posiadający umiejętność czytania ze zrozumieniem choćby.
„Maria Czubaszek miała szczęście, bo zabieg przerwania ciąży był "w jej czasach" legalny.” Można rzec nawet, że dwa szczęścia miała…
„Dzisiejszy zakaz niewiele zmienia, ilość aborcji jest prawdopodobnie taka sama, zmieniły się "jedynie" warunki, cena, bezpieczeństwo zdrowotne kobiet i wzrósł stres.”. Ze stresem trzeba zaś walczyć za wszelką cenę.
„…ciąża jest dodatkowo traktowana jako stan chorobowy, nad którym pieczę ma lekarz, a nie kobieta.” W tym sęk! Nie kobieta!
Ale wróćmy do pani Czubaszek, której pani Środa tak bezceremonialni chce ukraść przedstawienie i oklaski.
„Czubaszek powiedziała jeszcze jedną prawdę, że syndrom poaborcyjny (tak jak instynkt macierzyński - dodam od siebie) jest mitem. Większość kobiet, która dokonała zabiegu, zrobiła to z ważnych życiowych powodów. .Aborcja przyniosła im ulgę tym większą, im bardziej świadoma to była decyzja i im bardziej bezpieczne i komfortowe były warunki, w jakich została dokonana. Gdy kobieta nie chce mieć dzieci, nie będzie ich miała.” ***
Tak… Mogłoby się zdawać, że faktycznie kolega Radosław Radzimińsk ma „słuszną rację” koronując panią Czubaszek już u progu roku. Bo choć, co potwierdza i pani Środa w cytowanym już tekście, i w tej konkurencji, której gwiazdą jest od kilku dni pani satyryczka, inne ją biją na głowę intensywnością swej „walki ze stresem”, uczyniła z tej dyscypliny na tych kilka dni ponownie nasz „sport narodowy”.
Ale skoro jakąś tam rację ma pan Radzimiński, to ja pójdę jego śladem i też pozwolę sobie wskazać mój typ do tytułu „Kobiety roku 2012”. I choć robię to w lutym, nie uważam, że za wcześnie ale wręcz zbyt późno.
Żartując złośliwie a może i niesmacznie powiem, że mają obie kandydatury wspólną cechę bo ich głowiną troską jest rozwiązywanie problemów z dziećmi. Tyle, że w przypadku mojej kandydatki nie polega to na „na szczęście wtedy jeszcze wtedy legalnej” wizycie u lekarza, nie pozostawiającej przecież w psychice żadnych ran (tu was mam aborcjoniści bo mi nie rzucicie w twarz „nawet nie wiesz co ta biedna kobieta po tym czuła!”).
Rozwiązywanie problemów z dziećmi moja bohaterka rozumie jednakże zdecydowanie inaczej niż pani Czubaszek i niż pani Środa „etyk i filozof” (Boże ty mój…!). Przede wszystkim w ten, że problemy z dziećmi w najmniejszym stopniu są winą dzieci i karać ich za to (szczególnie karać „kaesem”) nie tylko nie ma zamiaru ale i pozwolić na to nie chce. I w tej walce jest zarazem bardzo konsekwentna i skuteczna.
Jej, w odróżnieniu od legionu urzędników i stad publicystów, nie wystarczy proste pomnożenie czyjegoś przekonania przez statystykę by ogłosić coś dobrem absolutnym. Ona wie doskonale, że statystyka jest kłamstwem największym. Tym bardziej gdy staje się podstawą do majstrowania w czyimś życiu. Szczególnie zaś gdy to „czyjeś życie” jest życiem ledwie kilkuletnim.
Prawdę mówiąc, gdy patrzę i widzę walkę pani Karoliny Elbanowskiej z bezduszną i głupią maszyną zwaną państwem to trudno mi wyjść z podziwu.
I tyle tylko o mojej „Kobiecie roku 2012” bo w odróżnieniu od pani Czuwaszek nie trzeba za wielu słów by jej zasługi były widoczne. Starczy popatrzeć uważnie.
Teraz jeszcze doszła i ta radość, że na jej miejscu nie jest jakaś „kobieta roku” w typie Środy czy Czubaszek. Te by problem załatwiły pewnie szybko, bezstresowo i na luzie.
* http://lewastronasalonu.salon24.pl/386809,maria-czubaszek-moja-kobieta-roku-2012
** http://jflibicki.salon24.pl/387207,palikot-dostal-czubaszek
*** http://wyborcza.pl/1,75968,11065291,Prawda_Marii_Czubaszek_a_sprawa_polska.html
No a później tekst wywołał dyskusję, jaką mimo wszystko z rzadka się tutaj spotyka. I okazało się, że luz pani Czubaszek polegał jakoby przede wszystkim na jednym. I jeszcze na tym drugim, że bez krępacji o tym mówiła zamiast się (jak by chcieli niektórzy) wstydzić.
No i po czasie wyszło tak, że to jednak chyba kolega Radosław Radzimiński ma rację a nie ja. Oto bowiem pan Libicki już wieści, że będzie albo być powinna Czubaszek Dolores Ibarruri Janusza Pajacyka. ** Zaś pani Środa Magdalena też uznaje, że z Czubaszek wyluzowana babka. I sugeruje nawet, iż ustami pani Czubaszek przemawia rzesza cała kobiet a nie jedna Czubaszek wyłącznie. Mówi też przy okazji pani Środa i inne bzdury, które jasność siłę i „prawdę” przesłania głównego osłabiają bo od bohaterstwa pani Czubaszek i tych, które jej ustami mówią czytelnika odrywa, każąc mu zastanawiać się jak takie durnoty może mówić ktoś, już nie powiem wykształcony, ale posiadający umiejętność czytania ze zrozumieniem choćby.
„Maria Czubaszek miała szczęście, bo zabieg przerwania ciąży był "w jej czasach" legalny.” Można rzec nawet, że dwa szczęścia miała…
„Dzisiejszy zakaz niewiele zmienia, ilość aborcji jest prawdopodobnie taka sama, zmieniły się "jedynie" warunki, cena, bezpieczeństwo zdrowotne kobiet i wzrósł stres.”. Ze stresem trzeba zaś walczyć za wszelką cenę.
„…ciąża jest dodatkowo traktowana jako stan chorobowy, nad którym pieczę ma lekarz, a nie kobieta.” W tym sęk! Nie kobieta!
Ale wróćmy do pani Czubaszek, której pani Środa tak bezceremonialni chce ukraść przedstawienie i oklaski.
„Czubaszek powiedziała jeszcze jedną prawdę, że syndrom poaborcyjny (tak jak instynkt macierzyński - dodam od siebie) jest mitem. Większość kobiet, która dokonała zabiegu, zrobiła to z ważnych życiowych powodów. .Aborcja przyniosła im ulgę tym większą, im bardziej świadoma to była decyzja i im bardziej bezpieczne i komfortowe były warunki, w jakich została dokonana. Gdy kobieta nie chce mieć dzieci, nie będzie ich miała.” ***
Tak… Mogłoby się zdawać, że faktycznie kolega Radosław Radzimińsk ma „słuszną rację” koronując panią Czubaszek już u progu roku. Bo choć, co potwierdza i pani Środa w cytowanym już tekście, i w tej konkurencji, której gwiazdą jest od kilku dni pani satyryczka, inne ją biją na głowę intensywnością swej „walki ze stresem”, uczyniła z tej dyscypliny na tych kilka dni ponownie nasz „sport narodowy”.
Ale skoro jakąś tam rację ma pan Radzimiński, to ja pójdę jego śladem i też pozwolę sobie wskazać mój typ do tytułu „Kobiety roku 2012”. I choć robię to w lutym, nie uważam, że za wcześnie ale wręcz zbyt późno.
Żartując złośliwie a może i niesmacznie powiem, że mają obie kandydatury wspólną cechę bo ich głowiną troską jest rozwiązywanie problemów z dziećmi. Tyle, że w przypadku mojej kandydatki nie polega to na „na szczęście wtedy jeszcze wtedy legalnej” wizycie u lekarza, nie pozostawiającej przecież w psychice żadnych ran (tu was mam aborcjoniści bo mi nie rzucicie w twarz „nawet nie wiesz co ta biedna kobieta po tym czuła!”).
Rozwiązywanie problemów z dziećmi moja bohaterka rozumie jednakże zdecydowanie inaczej niż pani Czubaszek i niż pani Środa „etyk i filozof” (Boże ty mój…!). Przede wszystkim w ten, że problemy z dziećmi w najmniejszym stopniu są winą dzieci i karać ich za to (szczególnie karać „kaesem”) nie tylko nie ma zamiaru ale i pozwolić na to nie chce. I w tej walce jest zarazem bardzo konsekwentna i skuteczna.
Jej, w odróżnieniu od legionu urzędników i stad publicystów, nie wystarczy proste pomnożenie czyjegoś przekonania przez statystykę by ogłosić coś dobrem absolutnym. Ona wie doskonale, że statystyka jest kłamstwem największym. Tym bardziej gdy staje się podstawą do majstrowania w czyimś życiu. Szczególnie zaś gdy to „czyjeś życie” jest życiem ledwie kilkuletnim.
Prawdę mówiąc, gdy patrzę i widzę walkę pani Karoliny Elbanowskiej z bezduszną i głupią maszyną zwaną państwem to trudno mi wyjść z podziwu.
I tyle tylko o mojej „Kobiecie roku 2012” bo w odróżnieniu od pani Czuwaszek nie trzeba za wielu słów by jej zasługi były widoczne. Starczy popatrzeć uważnie.
Teraz jeszcze doszła i ta radość, że na jej miejscu nie jest jakaś „kobieta roku” w typie Środy czy Czubaszek. Te by problem załatwiły pewnie szybko, bezstresowo i na luzie.
* http://lewastronasalonu.salon24.pl/386809,maria-czubaszek-moja-kobieta-roku-2012
** http://jflibicki.salon24.pl/387207,palikot-dostal-czubaszek
*** http://wyborcza.pl/1,75968,11065291,Prawda_Marii_Czubaszek_a_sprawa_polska.html
środa, 18 stycznia 2012
Dla kogo miauczy Parulski…
Nie wiem czy tylko mi przyszło dziś do głowy zestawienie głównego leadu z pierwszej strony wyborczej z dzisiejszą odsłoną zamieszania wokół prokuratury wojskowej i Naczelnego Prokuratora. Jak wiadomo jednym z punktów za który „Unia skarży Węgry”* jest próba politycznego usytuowania jednego z zastępców szefa niezależnej od rządu instytucji państwowej. U nas motorem konfliktu, jak dziś się okazało, również jest polityczne usytuowanie jednego z zastępców szefa niezależnej od rządu instytucji państwowej. Tyle, że tam wszczęto „trzy procedury karne”** a naszych „europejczyków” pewnie znów przyjaźnie poklepią po pleckach.
Dzisiejsza odsłona miała dwa punkty zwrotne. Najpierw Prokurator Generalny, Andrzej Seremet, wystąpił z wnioskiem o odwołanie swego zastępcy, Naczelnego Prokuratora Wojskowego Ryszarda Parulskiego, potem zaś z „nartów” wrócił premier i się ustosunkował. Pominę może uwagę, że rząd (czytaj Tusk) nie będzie „dawał satysfakcji” bo nie chcę wskazywać komu Tusk w tej sprawie i co może dawać. Natomiast warto odnieść się do stwierdzeń, które dotyczyły sprawy zamierzonej zmiany personalnej na czele Prokuratury Wojskowej. Tusk stwierdził między innymi, że „nie ukrywał, że oczekuje, iż szef MON pozytywnie zaopiniuje wniosek o powołanie nowego szefa NPW tylko wtedy, jeśli będzie miał stuprocentowe przekonanie, że będzie to zmiana na lepsze”. Oczywiście to jawna kpina bo aby mieć taką pewność, szef MON musiałby być… Bogiem :). Jednocześnie „zaznaczył szef rządu - on sam opowiada się za zmianami na stanowisku NPW dopiero po zmianie przepisów o prokuraturze.”***
Można więc uznać, że to, czego dopuścił się gen. Pakulski wobec swego zwierzchnika (art. 1 ust 2 ustawy****) to w zasadzie nic. Nic się nie stało, Polacy nic się… Choć za coś takiego jakiś tam, dajmy na to, zwykły kierownik jakiejś tam bierdonki (tak ma, z przyczyn oczywistych, być) swego kasjera wylałby na pysk w trzy sekundy i nikt by mu wyrzutu nie zrobił. Ja nie wiem czy tak naprawdę, poza przypadkami szczególnymi, dla których Seremet jest z Marsa (PiS) a Parulski z Wenus (PO), ktokolwiek zrozumie to inaczej, niż biorąc stronę Prokuratora Generalnego?
Tak więc, mając jeszcze w uszach przechwałki niektórych zawodników naszej „lepszej drużyny”, podnoszące „uniezależnienie prokuratury” jako jedno z ważniejszych dokonań „drużyny”, ile warta jest i ta niezależność i stojąca za nią demokracja. O ile bowiem jedna z osób uprawnionych ( art.12 ust 2 ustawy) w sprawie odwołania Parulskiego (Prezydent) wypowiadał się dosyć oględnie, stwierdzając, że „z przykrością przyjął złożenie wniosku o odwołanie Parulskiego przed posiedzeniem Krajowej Rady Prokuratorów"***** (a co ta Rada ma do rzeczy?) a druga (szef MON) jakoś głosu nie zabrała, najwięcej miał do powiedzenia człowiek, który akurat w tej sprawie kompetencji nie ma żadnych. Zabrał głos i z miejsca dał do zrozumienia, że ustawa ustawą ale… Ale tak naprawdę najistotniejsze zdaje się w tym wszystkim (stanowiącym niewątpliwie jakąś część fundamentu państwa!!!!) być to, parafrazując Franta Maurera z „Psów” Pasikowskiego, dla kogo miauczy Parulski.
Oczywiście nie ma wątpliwości, że znajdą się tacy, którzy z zapałem będą przekonywać, że żadne tam „prawo powielaczowe”, żadne tam „falandyzowanie” prawa… No i że w słowach Premiera jest sama esencja prawdy. A gó**o prawda! Mamy do czynienia z bezczelnym nagięciem obowiązujących zasad z powodu oczywistego interesu konkretnego środowiska politycznego i konkretnych osób. Niech sobie mówią inni, że zbieżność jest przypadkowa bo to przypadek że się Premierowi urlop skończył i akurat dziś z „nartów” wrócił ale wpisuje się to jak najbardziej w ostatnio zaszłe tąpnięcie, zapoczątkowane dość rozległymi problemami Prokuratury Wojskowej i, powiem otwarcie, jej jakże oczywistego pryncypała, z przebiegiem postępowań składających się ogólnie na śledztwo smoleńskie.
Zatem jeszcze raz wrócę do początku tekstu i zapytam tę wspólną Europę czemu się ociąga z wszczęciem procedury skoro Tusk gwałci tę jej cnotę jak nie przymierzając Orban jaki.
Oczywiście wcale nie chcę, by Europa się do nas wpychała. Chcę, by była konsekwentna. Nie ważne, że Orban ma kły a Tusk jest taki milusi…
* To chyba parafraza a nie dokładne przytoczenie tego z gazety papierowej.
** http://wyborcza.pl/1,75248,10984073,Wegry_oskarzone___precedensowa_decyzja_Komisji_Europejskiej.html
*** http://www.tvn24.pl/12690,1731847,0,1,rzad-nie-da-satysfakcji-prokuratorom,wiadomosc.html
**** http://www.pg.gov.pl/index.php?0,726
***** http://www.tvn24.pl/12690,1731873,0,1,jest-mi-przykro--ze-prezydentowi-jest-przykro,wiadomosc.html
Dzisiejsza odsłona miała dwa punkty zwrotne. Najpierw Prokurator Generalny, Andrzej Seremet, wystąpił z wnioskiem o odwołanie swego zastępcy, Naczelnego Prokuratora Wojskowego Ryszarda Parulskiego, potem zaś z „nartów” wrócił premier i się ustosunkował. Pominę może uwagę, że rząd (czytaj Tusk) nie będzie „dawał satysfakcji” bo nie chcę wskazywać komu Tusk w tej sprawie i co może dawać. Natomiast warto odnieść się do stwierdzeń, które dotyczyły sprawy zamierzonej zmiany personalnej na czele Prokuratury Wojskowej. Tusk stwierdził między innymi, że „nie ukrywał, że oczekuje, iż szef MON pozytywnie zaopiniuje wniosek o powołanie nowego szefa NPW tylko wtedy, jeśli będzie miał stuprocentowe przekonanie, że będzie to zmiana na lepsze”. Oczywiście to jawna kpina bo aby mieć taką pewność, szef MON musiałby być… Bogiem :). Jednocześnie „zaznaczył szef rządu - on sam opowiada się za zmianami na stanowisku NPW dopiero po zmianie przepisów o prokuraturze.”***
Można więc uznać, że to, czego dopuścił się gen. Pakulski wobec swego zwierzchnika (art. 1 ust 2 ustawy****) to w zasadzie nic. Nic się nie stało, Polacy nic się… Choć za coś takiego jakiś tam, dajmy na to, zwykły kierownik jakiejś tam bierdonki (tak ma, z przyczyn oczywistych, być) swego kasjera wylałby na pysk w trzy sekundy i nikt by mu wyrzutu nie zrobił. Ja nie wiem czy tak naprawdę, poza przypadkami szczególnymi, dla których Seremet jest z Marsa (PiS) a Parulski z Wenus (PO), ktokolwiek zrozumie to inaczej, niż biorąc stronę Prokuratora Generalnego?
Tak więc, mając jeszcze w uszach przechwałki niektórych zawodników naszej „lepszej drużyny”, podnoszące „uniezależnienie prokuratury” jako jedno z ważniejszych dokonań „drużyny”, ile warta jest i ta niezależność i stojąca za nią demokracja. O ile bowiem jedna z osób uprawnionych ( art.12 ust 2 ustawy) w sprawie odwołania Parulskiego (Prezydent) wypowiadał się dosyć oględnie, stwierdzając, że „z przykrością przyjął złożenie wniosku o odwołanie Parulskiego przed posiedzeniem Krajowej Rady Prokuratorów"***** (a co ta Rada ma do rzeczy?) a druga (szef MON) jakoś głosu nie zabrała, najwięcej miał do powiedzenia człowiek, który akurat w tej sprawie kompetencji nie ma żadnych. Zabrał głos i z miejsca dał do zrozumienia, że ustawa ustawą ale… Ale tak naprawdę najistotniejsze zdaje się w tym wszystkim (stanowiącym niewątpliwie jakąś część fundamentu państwa!!!!) być to, parafrazując Franta Maurera z „Psów” Pasikowskiego, dla kogo miauczy Parulski.
Oczywiście nie ma wątpliwości, że znajdą się tacy, którzy z zapałem będą przekonywać, że żadne tam „prawo powielaczowe”, żadne tam „falandyzowanie” prawa… No i że w słowach Premiera jest sama esencja prawdy. A gó**o prawda! Mamy do czynienia z bezczelnym nagięciem obowiązujących zasad z powodu oczywistego interesu konkretnego środowiska politycznego i konkretnych osób. Niech sobie mówią inni, że zbieżność jest przypadkowa bo to przypadek że się Premierowi urlop skończył i akurat dziś z „nartów” wrócił ale wpisuje się to jak najbardziej w ostatnio zaszłe tąpnięcie, zapoczątkowane dość rozległymi problemami Prokuratury Wojskowej i, powiem otwarcie, jej jakże oczywistego pryncypała, z przebiegiem postępowań składających się ogólnie na śledztwo smoleńskie.
Zatem jeszcze raz wrócę do początku tekstu i zapytam tę wspólną Europę czemu się ociąga z wszczęciem procedury skoro Tusk gwałci tę jej cnotę jak nie przymierzając Orban jaki.
Oczywiście wcale nie chcę, by Europa się do nas wpychała. Chcę, by była konsekwentna. Nie ważne, że Orban ma kły a Tusk jest taki milusi…
* To chyba parafraza a nie dokładne przytoczenie tego z gazety papierowej.
** http://wyborcza.pl/1,75248,10984073,Wegry_oskarzone___precedensowa_decyzja_Komisji_Europejskiej.html
*** http://www.tvn24.pl/12690,1731847,0,1,rzad-nie-da-satysfakcji-prokuratorom,wiadomosc.html
**** http://www.pg.gov.pl/index.php?0,726
***** http://www.tvn24.pl/12690,1731873,0,1,jest-mi-przykro--ze-prezydentowi-jest-przykro,wiadomosc.html
Etykiety:
prokuratura,
Tusk
niedziela, 15 stycznia 2012
Nacisk pośredni czyli jak mnie StepanN do mordu podżega
Tekst ten jest skutkiem oczywistem nacisku pośredniego. Wywieranego na mnie konsekwentnie i regularnie od dłuższego czasu. Sprawiającego, że ja, człowiek spokojny, układny a przez niektórych nawet uważany za uroczego, przejawiam zachowania już nawet nie niegrzeczne, ale wręcz autodestrukcyjne.
Sprowadzającego się do tego że za nic do mnie nie dociera ten blask słońc, które coraz intensywniej świecą nade mną wstając każdego poranka znad szczytów Uralu, Andów i wszystkich innych szczytów, które ostatnimi czasy było mi dane poznać. Ta moja, wywołana pośrednimi naciskami tępota i odporność na oczywiste dobro, którego niewątpliwie doświadczam jak każdy poddany, który ma możliwość doświadczać blasku tych świecących słońc.
Na czym ów pośredni nacisk polega. Postaram się to zobrazować konkretnym przykładem. Pana posła Niesiołowskiego w życiu nie spotkałem. Nie wiem czy to z tego powodu nie podpadł mi osobiście. Nic mi nie zwinął, nie napluł na mnie tak bardziej konkretnie, nie obraził mich rodziców, nie zadenuncjował mnie przed żadnym organem, nie obnażył się przede mną, nie… Mógłbym wymieniać tak bez końca złośliwości, niegodziwości albo i sqrwysyństwa, których Niesiołowski osobiście mi nie wyrządził. Zatem z ręką na sercu powiem, nie zdarzyło się nic takiego, co BEZPOŚREDNIO i osobiście dawałoby mi powody, by przez pryzmat pana Niesiołowskiego oceniać dorobek naszych gigantów postępu, ajatollahów rozwoju, daVincich integracji, Einsteinów rozwoju, Clausevitzów modernizacji. Przyznaję, nic osobiście mi Niesiołowski nie zrobił więc w zasadzie moje przekonanie że on i jego kumple to skończone cehauje (kumpelki już nie ale z innych, powiem organicznych powodów…) nie jest oparte na jakimś osobistym doświadczeniu. I powinno być wyłącznie traktowane jako insynuacja i dowód mej małości i kompletnego braku ogłady.
Jednak, jak uczy klasyk (i to nie byle jaki bo latami wpatrujący się w robactwo przeróżne, w tym latające, więc o trajektoriach lotu i kokpitach mający oczywiste pojęcie), ów bezpośredni kontakt nie jest konieczny.
Istnieją, jak napisałem wcześniej, również NACISKI POŚREDNIE, mające czasem skutki niebotyczne i dalekosiężne. I zgodnie z tą logiką, choć nic mi Niesiołowski nie zwinał, nie zakapował nigdzie, dziewczyny mi nie odbił, mógłbym się na niego w pewnej sprawie powołać.
Oto wyobraźmy sobie, że dziś wezmę kawał gazrurki (ponoć poręczne narzędzie), udam się do najbliższego znanego mi przedstawiciela ekipy słońc i go zaj***e, następnie dla uzyskania większego stopnia adekwatności i uzyskania stosownego efektu powtórzę ten numer jeszcze 95 razy. Po czym stwierdzę, że jest to skutek POŚREDNIEGO NACISKU, jaki był na mnie wywierany przez Niesiołowskiego od dłuższego czasu. To co?
Oczywiście jest to tylko możliwość hipotetyczna. Póki co oczywistym skutkiem POŚREDNIEGO NACISKU, wywieranego na mnie przez Niesiołowskiego, jest moje oczywiste schamienie. Nie, nie takie ogólne. Nadal puszczam kobiety w drzwiach przed sobą, całuję je w dłoń, ustępuję im oraz staruszkom miejsca w środkach komunikacji. Moje schamienie odnosi się wyłącznie do wstrętu, z jakim reaguję na blask, spływający na nas nieustannie za sprawą tych słońc wstających dla nas co dnia znad Uralu czy tam Andów. Rzecz wygląda tak oto:
Wyobraźmy sobie, że stykam się z jakąś publiczną wypowiedzią pana Niesiołowskiego. Serdecznie się z nią nie zgadam i… I gdybym był tym dawnym, swobodnym rosemannem, któremu nikt nie stoi na nodze, nie popycha w plecy, nie spycha nachalnie z kursu i ścieżki, rzekłbym:
„Pańskie słowa, czcigodny panie, oparte są na naciąganych przesłankach i zmierzają nie do obiektywnej prawdy lecz do obrony jakiegoś wygodnego dla pana mentalnego status quo. To przejaw intelektualnej nieuczciwości i tchórzostwa, które nie przystoi nikomu, a więc i mężczyźnie z pańskim wiekiem i doświadczeniem”
Zamiast tego, znajdujący się pod wynikającą z POŚREDNIEGO NACISKU presją rosemann rzuci bez wahania:
„Ty ch*** piep****, pie****** jak pogięty! Kupy się nie trzyma ta twoja je*** argumentacja, która zmierza do godnej swym rozmachem częstochowskich szańców obrony du** swojej i całej reszty tchórzy i oszczerców. Oczekiwanie od was, że kogoś przeprosicie to dowód idiotyzmu. Limit przeprosin wyczerpał przecież wasz inteligentny i wrażliwy inaczej rzecznik gdy pięknie, w obcym języku mówił „izwinitie”.
Przyznasz, szanowny czytelniku, że straszne skutki i spustoszenia czyni ten POŚREDNI NACISK, któremu jestem poddawany. Jeśli w jego wyniku coś się wydarzy, powiem tylko, że uprzedzałem…
Kanwą do powstania tekstu były następujące fragmenty wypowiedzi:
Mieliśmy do czynienia z naciskiem pośrednim. To jest bardzo delikatny problem, ale największy nacisk stanowił Lech Kaczyński. Pomysłodawcą całej tej ekspedycji był Lech Kaczyński i on za nią odpowiadał. Pośrednio po tym co się wydarzyło w Gruzji, piloci uznali, że trzeba będzie wylądować, bo inaczej cała impreza byłaby niewypałem Pośredni nacisk jest bardzo trudny do udowodnienia. Jednak trudno mówić o czyjejkolwiek bezpośredniej winie, bo nikt nie miał pojęcia, że to się tak skończy.
Jeśli ktoś twierdził, że gen. Błasik naciskał na pilotów, to niech teraz przeprasza. Dla mnie wiarygodny jest raport Millera, w którym nie ma nic na temat nacisków gen. Błasika…
Jeśli gen. Błasik poszedł do kokpitu, to można mówić o jakiejś formie nacisku, no bo po co tam poszedł? Jeżeli okaże się, że dowódcy Sił Powietrznych nie było w kokpicie, to te fragmenty raportu Millera są nieaktualne. Co to zmienia?*
* http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/niesiolowski-w-poniedzialek-pis-rozpeta-na-nowo-pi,1,4998338,wiadomosc.html
Sprowadzającego się do tego że za nic do mnie nie dociera ten blask słońc, które coraz intensywniej świecą nade mną wstając każdego poranka znad szczytów Uralu, Andów i wszystkich innych szczytów, które ostatnimi czasy było mi dane poznać. Ta moja, wywołana pośrednimi naciskami tępota i odporność na oczywiste dobro, którego niewątpliwie doświadczam jak każdy poddany, który ma możliwość doświadczać blasku tych świecących słońc.
Na czym ów pośredni nacisk polega. Postaram się to zobrazować konkretnym przykładem. Pana posła Niesiołowskiego w życiu nie spotkałem. Nie wiem czy to z tego powodu nie podpadł mi osobiście. Nic mi nie zwinął, nie napluł na mnie tak bardziej konkretnie, nie obraził mich rodziców, nie zadenuncjował mnie przed żadnym organem, nie obnażył się przede mną, nie… Mógłbym wymieniać tak bez końca złośliwości, niegodziwości albo i sqrwysyństwa, których Niesiołowski osobiście mi nie wyrządził. Zatem z ręką na sercu powiem, nie zdarzyło się nic takiego, co BEZPOŚREDNIO i osobiście dawałoby mi powody, by przez pryzmat pana Niesiołowskiego oceniać dorobek naszych gigantów postępu, ajatollahów rozwoju, daVincich integracji, Einsteinów rozwoju, Clausevitzów modernizacji. Przyznaję, nic osobiście mi Niesiołowski nie zrobił więc w zasadzie moje przekonanie że on i jego kumple to skończone cehauje (kumpelki już nie ale z innych, powiem organicznych powodów…) nie jest oparte na jakimś osobistym doświadczeniu. I powinno być wyłącznie traktowane jako insynuacja i dowód mej małości i kompletnego braku ogłady.
Jednak, jak uczy klasyk (i to nie byle jaki bo latami wpatrujący się w robactwo przeróżne, w tym latające, więc o trajektoriach lotu i kokpitach mający oczywiste pojęcie), ów bezpośredni kontakt nie jest konieczny.
Istnieją, jak napisałem wcześniej, również NACISKI POŚREDNIE, mające czasem skutki niebotyczne i dalekosiężne. I zgodnie z tą logiką, choć nic mi Niesiołowski nie zwinał, nie zakapował nigdzie, dziewczyny mi nie odbił, mógłbym się na niego w pewnej sprawie powołać.
Oto wyobraźmy sobie, że dziś wezmę kawał gazrurki (ponoć poręczne narzędzie), udam się do najbliższego znanego mi przedstawiciela ekipy słońc i go zaj***e, następnie dla uzyskania większego stopnia adekwatności i uzyskania stosownego efektu powtórzę ten numer jeszcze 95 razy. Po czym stwierdzę, że jest to skutek POŚREDNIEGO NACISKU, jaki był na mnie wywierany przez Niesiołowskiego od dłuższego czasu. To co?
Oczywiście jest to tylko możliwość hipotetyczna. Póki co oczywistym skutkiem POŚREDNIEGO NACISKU, wywieranego na mnie przez Niesiołowskiego, jest moje oczywiste schamienie. Nie, nie takie ogólne. Nadal puszczam kobiety w drzwiach przed sobą, całuję je w dłoń, ustępuję im oraz staruszkom miejsca w środkach komunikacji. Moje schamienie odnosi się wyłącznie do wstrętu, z jakim reaguję na blask, spływający na nas nieustannie za sprawą tych słońc wstających dla nas co dnia znad Uralu czy tam Andów. Rzecz wygląda tak oto:
Wyobraźmy sobie, że stykam się z jakąś publiczną wypowiedzią pana Niesiołowskiego. Serdecznie się z nią nie zgadam i… I gdybym był tym dawnym, swobodnym rosemannem, któremu nikt nie stoi na nodze, nie popycha w plecy, nie spycha nachalnie z kursu i ścieżki, rzekłbym:
„Pańskie słowa, czcigodny panie, oparte są na naciąganych przesłankach i zmierzają nie do obiektywnej prawdy lecz do obrony jakiegoś wygodnego dla pana mentalnego status quo. To przejaw intelektualnej nieuczciwości i tchórzostwa, które nie przystoi nikomu, a więc i mężczyźnie z pańskim wiekiem i doświadczeniem”
Zamiast tego, znajdujący się pod wynikającą z POŚREDNIEGO NACISKU presją rosemann rzuci bez wahania:
„Ty ch*** piep****, pie****** jak pogięty! Kupy się nie trzyma ta twoja je*** argumentacja, która zmierza do godnej swym rozmachem częstochowskich szańców obrony du** swojej i całej reszty tchórzy i oszczerców. Oczekiwanie od was, że kogoś przeprosicie to dowód idiotyzmu. Limit przeprosin wyczerpał przecież wasz inteligentny i wrażliwy inaczej rzecznik gdy pięknie, w obcym języku mówił „izwinitie”.
Przyznasz, szanowny czytelniku, że straszne skutki i spustoszenia czyni ten POŚREDNI NACISK, któremu jestem poddawany. Jeśli w jego wyniku coś się wydarzy, powiem tylko, że uprzedzałem…
Kanwą do powstania tekstu były następujące fragmenty wypowiedzi:
Mieliśmy do czynienia z naciskiem pośrednim. To jest bardzo delikatny problem, ale największy nacisk stanowił Lech Kaczyński. Pomysłodawcą całej tej ekspedycji był Lech Kaczyński i on za nią odpowiadał. Pośrednio po tym co się wydarzyło w Gruzji, piloci uznali, że trzeba będzie wylądować, bo inaczej cała impreza byłaby niewypałem Pośredni nacisk jest bardzo trudny do udowodnienia. Jednak trudno mówić o czyjejkolwiek bezpośredniej winie, bo nikt nie miał pojęcia, że to się tak skończy.
Jeśli ktoś twierdził, że gen. Błasik naciskał na pilotów, to niech teraz przeprasza. Dla mnie wiarygodny jest raport Millera, w którym nie ma nic na temat nacisków gen. Błasika…
Jeśli gen. Błasik poszedł do kokpitu, to można mówić o jakiejś formie nacisku, no bo po co tam poszedł? Jeżeli okaże się, że dowódcy Sił Powietrznych nie było w kokpicie, to te fragmenty raportu Millera są nieaktualne. Co to zmienia?*
* http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/niesiolowski-w-poniedzialek-pis-rozpeta-na-nowo-pi,1,4998338,wiadomosc.html
Etykiety:
naciski
niedziela, 1 stycznia 2012
Nie ma się z czego cieszyć
Nie od dziś zdumiewam się widząc jak mój biedny i ciągle doświadczany przez los Naród wywala każdego roku bez żadnego uzasadnionego powodu miliony złotych w postaci krótkich acz nie zaprzeczę, efektownych rozbłysków. I zaraz idzie narzekać że mu do pierwszego nie starcza, że mało zarabia. I tak przez cały rok, który zakończy zresztą kolejnymi milionami wystrzelonymi w niebo.
Już nawet nie chodzi o to, że cieszyć się nie ma z czego tak ogólnie i obiektywnie. No bo czy jest jakiś powód by świętować to, że nam zmarszczek i siwych włosów przybyło i jeszcze przybędzie? Jak kto jest masochistą to owszem.
Nawet w normalnych warunkach mamy w podobnej sytuacji do czynienia ze skokiem w niepewność. Z samego założenie skoro żegnamy to, co przeżyliśmy a witamy to, co dopiero przed nami. I o ile to pierwsze ocenić możemy na podstawie faktów, to drugie wyłącznie życzeniowo. Bez żadnych gwarancji.
Przełom roku 2011 i 2012 to jednak sytuacja szczególna. Szczególnie niesprzyjająca temu, by wywalać w niebo te miliony popijając „russkoje igristoje” z gwinta. Ja wiem, że prognozy niewiele muszą mieć wspólnego z rzeczywistością ale jednak na jakichś przesłankach zostały oparte. A z tych przesłanek wynika, że jeśli już, to rękami i nogami powinniśmy się trzymać tego 2011 roku bo ten, co idzie to dopiero będzie. I dopiero nam pokaże.
Zapowiedzi są takie, że kto rozsądny nie cieszy się i nie spieszy się by smakować to „nowe” co z nowym rokiem ma nadejść. I pewnie jeśli strzelał tymi milionami w niebo i „russkoje igristoje” popijał to tylko tak rutynowo. Albo temu, że każdy powód by się bawić jest dobry. Albo i bardzo dobry.
Oczywiście będą tacy, co wzorem co sprawniejszych w gębie (i w niczym innym) rządowych urzędników skwitują te zapowiedzi dramatycznym „nie straszcie ludzi!!!!!”. Już zresztą jeden się taki objawił. Rzecz ciekawa sama z siebie a nie tylko z kontekstu. Minister nowy co to był niedoszłą gwiazdą opozycji, zmienił barwy i zaraz stał się była gwiazdą koalicji. Spadającą niczym niosąca zagładę asteroida. Choć może przesadzam. Raczej taki meteor, który, owszem, błyśnie w locie ale szkody już nie uczyni bo się całkiem w atmosferze spali. Można by owego meteoru w ogóle nie zauważać bo skoro się spala to szkoda czasu na niego. Ale ten kontekst przed chwilą pominięty jest tu bardzo ciekawy. Istotniejszy dużo bardziej niż to piękne, tak szybko spisane na straty oblicze gwiazdora – ministra.
Oto bowiem wkraczamy w kolejny rok rządów obecnej ekipy z oczywistym dowodem na to, że ile by lat nie minęło, ile by milionów w niebo nie poleciało by spłonąć efektownie, ile galonów, hektolitrów i innych jednostek miary „igristogo” poszłoby w gardła, ona dalej nie umie porządnie przeprowadzić procedury legislacyjnej i właściwie ustawy napisać. I zachowuje się jak taki mechanik domorosły i nieudolny, który wie, co będzie dopiero wtedy jak już będzie. Nie ma większego wstydu dla ustawodawcy niż ustawa, którą trzeba poprawiać zanim jeszcze wejdzie w życie. Trudno o większy wstyd dla rządzących niż nieudolne tłumaczenia przez telewizor jaką to tabletką taniej człowiek chory i cierpiący może zastąpić tę, od której od lat zależy jego zdrowie albo życie. Nie od tego mamy ministrów by urządzali telewizyjne pogadanki o pigułkach. Tylko by myśleli. Obśmiewana przez lata „mądrość etapu” to ma do siebie, ze poza specyfiką etapu uwzględniać powinna bezwzględnie mądrości przećwiczone na etapach poprzedzających.
Brak wspomnianej refleksji, w dodatku zademonstrowany przez urzędnika, który pracuje prawdopodobnie na najdelikatniejszej społecznie materii, w żaden sposób nie może uspokajać w sytuacji, gdy właśnie przy eksplozjach wywalonych w niebo milionów i w cieple rozpływającego się w żyłach „igristogo” wkraczamy w rok, który ma być szczególnie trudny.
Zatem zamiast strzelać tymi milionami w niebo, zamiast chłeptać radośnie owo „igristoje” zastanów się człowieku chwilę. Nad tym jaką pigułkę masz wybrać i nad tym co cię czeka pod kierunkiem tej „najlepszej z drużyn” w tym najtrudniejszym roku.
Już nawet nie chodzi o to, że cieszyć się nie ma z czego tak ogólnie i obiektywnie. No bo czy jest jakiś powód by świętować to, że nam zmarszczek i siwych włosów przybyło i jeszcze przybędzie? Jak kto jest masochistą to owszem.
Nawet w normalnych warunkach mamy w podobnej sytuacji do czynienia ze skokiem w niepewność. Z samego założenie skoro żegnamy to, co przeżyliśmy a witamy to, co dopiero przed nami. I o ile to pierwsze ocenić możemy na podstawie faktów, to drugie wyłącznie życzeniowo. Bez żadnych gwarancji.
Przełom roku 2011 i 2012 to jednak sytuacja szczególna. Szczególnie niesprzyjająca temu, by wywalać w niebo te miliony popijając „russkoje igristoje” z gwinta. Ja wiem, że prognozy niewiele muszą mieć wspólnego z rzeczywistością ale jednak na jakichś przesłankach zostały oparte. A z tych przesłanek wynika, że jeśli już, to rękami i nogami powinniśmy się trzymać tego 2011 roku bo ten, co idzie to dopiero będzie. I dopiero nam pokaże.
Zapowiedzi są takie, że kto rozsądny nie cieszy się i nie spieszy się by smakować to „nowe” co z nowym rokiem ma nadejść. I pewnie jeśli strzelał tymi milionami w niebo i „russkoje igristoje” popijał to tylko tak rutynowo. Albo temu, że każdy powód by się bawić jest dobry. Albo i bardzo dobry.
Oczywiście będą tacy, co wzorem co sprawniejszych w gębie (i w niczym innym) rządowych urzędników skwitują te zapowiedzi dramatycznym „nie straszcie ludzi!!!!!”. Już zresztą jeden się taki objawił. Rzecz ciekawa sama z siebie a nie tylko z kontekstu. Minister nowy co to był niedoszłą gwiazdą opozycji, zmienił barwy i zaraz stał się była gwiazdą koalicji. Spadającą niczym niosąca zagładę asteroida. Choć może przesadzam. Raczej taki meteor, który, owszem, błyśnie w locie ale szkody już nie uczyni bo się całkiem w atmosferze spali. Można by owego meteoru w ogóle nie zauważać bo skoro się spala to szkoda czasu na niego. Ale ten kontekst przed chwilą pominięty jest tu bardzo ciekawy. Istotniejszy dużo bardziej niż to piękne, tak szybko spisane na straty oblicze gwiazdora – ministra.
Oto bowiem wkraczamy w kolejny rok rządów obecnej ekipy z oczywistym dowodem na to, że ile by lat nie minęło, ile by milionów w niebo nie poleciało by spłonąć efektownie, ile galonów, hektolitrów i innych jednostek miary „igristogo” poszłoby w gardła, ona dalej nie umie porządnie przeprowadzić procedury legislacyjnej i właściwie ustawy napisać. I zachowuje się jak taki mechanik domorosły i nieudolny, który wie, co będzie dopiero wtedy jak już będzie. Nie ma większego wstydu dla ustawodawcy niż ustawa, którą trzeba poprawiać zanim jeszcze wejdzie w życie. Trudno o większy wstyd dla rządzących niż nieudolne tłumaczenia przez telewizor jaką to tabletką taniej człowiek chory i cierpiący może zastąpić tę, od której od lat zależy jego zdrowie albo życie. Nie od tego mamy ministrów by urządzali telewizyjne pogadanki o pigułkach. Tylko by myśleli. Obśmiewana przez lata „mądrość etapu” to ma do siebie, ze poza specyfiką etapu uwzględniać powinna bezwzględnie mądrości przećwiczone na etapach poprzedzających.
Brak wspomnianej refleksji, w dodatku zademonstrowany przez urzędnika, który pracuje prawdopodobnie na najdelikatniejszej społecznie materii, w żaden sposób nie może uspokajać w sytuacji, gdy właśnie przy eksplozjach wywalonych w niebo milionów i w cieple rozpływającego się w żyłach „igristogo” wkraczamy w rok, który ma być szczególnie trudny.
Zatem zamiast strzelać tymi milionami w niebo, zamiast chłeptać radośnie owo „igristoje” zastanów się człowieku chwilę. Nad tym jaką pigułkę masz wybrać i nad tym co cię czeka pod kierunkiem tej „najlepszej z drużyn” w tym najtrudniejszym roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)