Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transparentność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą transparentność. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2012

Jedyna dobra wiadomość

Przyznam, że nawet dla mnie, co to za obecną „lepszą drużyną” nie przepadam, informacja, że na superredaktor Lis jest odtąd tylko redaktorem Lisem, była dość druzgocąca. Nie przez to, że uważam Lisa za jakąś postać szczególną. Ot, pożałowało mi się „lepszej drużyny” w kontekście tego losu, co ją tak ostatnio je*** bez litości żadnej. Bo i zasługuje i zapracowała. Ale żeby od razu aż tak? Lekarze, aptekarze, młodzi i wykształceni… W pewnym momencie łatwiej raczej powiedzieć, kto jeszcze nie. A z dotychczasowym superredaktorem przecież żyłoby się lepiej. Taka z niego była ostoja władzy. Jako redaktor zwyczajny też będzie ale już nie tak super!


Poziom niefartu obecnej ekipy budzi powoli nie zdumienie ale wręcz grozę. Tym większą, że trudno go jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Ani ewentualnym „frycowym” boć poza paroma rodzynkami i jedną rodzynką co to ostatnio pokazała zresztą, że tremy u niej za grosz, sami wyjadacze. Nie da się tego wyjaśnić też czynnikami wewnętrznymi bo przecież tu ciągle, jak mawiają nie tylko „zaprzyjaźnione” media, nie ma z kim przegrać. Nijak nie wyjaśni tego jakiś wrogi czynnik zewnętrzny. Bo ze wszystkimi „wrogimi czynnikami zewnętrznymi” jesteśmy w przyjaźni i raczej na etapie bardziej lub mniej intensywnego łaszenia.


Pozostają jeszcze czynniki nadprzyrodzone. I to jest problem bo na to ani ja ani pewnie nikt inny leku nie znajdzie. W każdym razie takiego, który dałby się zastosować bez „wstrząsu anafilaktycznego” przez kogoś, kto przecie zarzekał się, że nie klęknie… Nadto na takie „generyki” gwarancji nikt nie da.


Do tego jeszcze…


I tu dochodzę do tytułu. Bo jak zapodała prasa, co się z „zaprzyjaźnieniem” aż tak bardzo nie obnosi, rzecznik rządu, Graś Paweł, wziął i nałgał publicznie i na dodatek jeszcze szefowi swemu jedynemu*. Twierdząc, że nie podpisał choć, jak się okazało, podpisał. Zatem mamy dwa delikty. Jakiś tam kryminalny, bo kłamczuszek zrobił „be” jako jakiś tam funkcjonariusz publiczny. I moralny, bo nie dość, że się zaparł szefowi w twarz (czy tam oblicze) to innych jeszcze o fałsz oskarżał.


A to się chyba nie godzi nawet jakiemuś całkiem ostatniemu „funkcjonariuszowi publicznemu” a co dopiero Ministrowi i to jeszcze robiącemu za głos całego rządu. A nawet i samego Premiera. Zatem jakże tak?


Oczywiście po aferze „fryzjerskiej” nie ma nawet co unosić głosu z oburzenia bo nic to nie pomoże ani nie zmieni. Nadal istotniejsze będzie że swój niż że jednak ma za uszami.


Ktoś zapyta gdzie tu ta tytułowa dobra wiadomość. Oczywiście zapyta ktoś szczególnie dociekliwy bo dla większości tych, co pana Grasia lubią, hmmmm, tak sobie, dobrą a nawet świetną wiadomością jest właśnie ta, że okazał się on łgarzem. Ale nie, szanowni czytelnicy, mi akurat chodziło o wiadomość dobrą (by nie rzec doskonałą) dla rządu i dla jego szefa. Ta wiadomość znajduje się na końcu linkowanego tekstu zaraz po kawałku: „Trwające rok śledztwo wykazało, żePaweł Graśkłamie. Decyzja grafologów była jednoznaczna, to rzecznik rządu jest autorem podpisów”.


Brzmi zaś owa znakomita, szczególnie dla pana Grasia wiadomość następująco: „Prokuratura Okręgowaw Warszawie zdecydowała o umorzeniu tej sprawy”.


Ps.. Zastanawia ta przedziwna taktyka Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Może uznała, że jest od „udowadniania niewinności”? Warto napisać i zapytać. Jak znajdę czas…


Ps. Ps. Może nie od rzeczy są te prognozy, przekazywane żartem, że „ostoja władzy”, pan Lis zastąpi pana Grasia. No wiem… Tego Naród nie zrozumie. Ale może warto spróbować? Przynajmniej białe byłoby białe i takie tam…


Ps. Ps. Ps. I jakoś tak cicho w sprawie… SP coś tam pomarudziła ale Graś dał odpór gaworząc coś o „chęci zaistnienia”. Wychodzi, że przy tej władzy to „normalka” i „nie ma w ogóle o czym mówić”.



* http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/378327,podpisy-pawla-grasia-byly-autentyczne.html

środa, 25 sierpnia 2010

By żyło się lepiej. Niektórym. (POlskie drogi…)

W tym akurat przypadku bardzo konkretnym „niektórym” ale najpierw nieco o kulisach sprawy.

Kilka miesięcy temu z placu budowy jednej z autostrad wyrzucona została realizująca inwestycję austriacka firma. Powodem jej wyrzucenia były problemy wykonawcy z dotrzymaniem harmonogramu robót. Firma opóźnienie tłumaczyła błędem w projekcie który otrzymała do realizacji.* Co ciekawe ponowne wyłonienie wykonawcy wspomnianego odcinaka autostrady sprawiło, że realizuje go… ta sama firma.

Jak podaje „Rzeczpospolita” projekt, który był powodem konfliktu zostanie wykonany ponownie kosztem ponad 7 mln złotych. Rzecz w tym, że decyzja o jego poprawieniu, mimo tak wysokiej ceny została podjęta bez postępowania przetargowego, z tak zwanej „wolnej ręki”. Zlecenie dostała firma, która wcześniej projekt wykonywała. Jak tłumaczy przedstawiciel GDDKiA wynika to z faktu, że firma, która otrzymała zlecenie jest właścicielem projektu i inaczej się nie dało bez naruszenia praw autorskich. Sęk w tym, że jest to podobno jedyny przypadek w którym umowa na wykonanie projektu nie zawierała klauzuli przeniesienia na Główną Dyrekcję prawa własności projektu. Nie zawierała choć ponoć wszystkie inne umowy w podobnych sprawa takie klauzule zawierają. Tak jakoś wyszło… „Tak jakoś” zaczyna jednak nieco nieładnie pachnieć jeśli się przyjrzeć firmie, która z tego „jakoś” i, co za tym idzie z hojności Państwa teraz korzysta. Firma MGGP (jedna z firm tworzących konsorcjum odpowiadające za projekt), bo o nią chodzi, do pewnego momentu była firmą rodzinną. Dokładnie firmą rodzinną rodziny państwa Gradów. Tych od obecnego ministra skarbu Aleksandra Grada. Nazwa to inicjały szanownej małżonki ministra Małgorzaty oraz syna szanownej pary Pawła. Obecnie, po „przekształceniach własnościowych” na opisywanie których tutaj nie miejsce, wśród właścicieli firmy jest też kolega ministra ze studiów.
Wspomniane wyżej, wyjątkowe „jakoś” sprawiające, że ot tak z kasy państwa wyciąga się grube miliony by bez choćby iluzji transparentności przelać je na konta ludzi związanych blisko (czasem tak, że bliżej się nie da) z jednym z ministrów obecnego rządu. Już samo zestawienie zwrotów „rodzina ministra” i „bez przetargu” powinno wywołać takie trzęsienie naszego politycznego światka, że jego skutkiem powinien być spektakularny upadek zarówno samego pana Ministra jak też wszystkich decydentów z GDDKiA którzy choćby przez chwilę zerkali na projekt umowy o przelaniu kasy za „poprawę projektu”. Tymi zaś urzędnikami GDDKiA, którzy mieli czas na więcej niż tylko zerknięcie powinna z miejsca zainteresować się prokuratura. Oczywiście tak się nie stanie. Takie czasy że nie takie wałki by przeszły…

Wracając zaś do sprawi i „szczęśliwej firmy” pani ministrowej to niezmiernie ciekawie wygląda przedstawione przez gazetę zestawienie przychodów wspomnianej firmy z czasów, gdy jeszcze nie „żyło nam się lepiej” z latami obecnej koalicji. Zestawienie pokazuje (choć w sposób budzący wątpliwość co do rzetelności) przychód rzędu 15 mln w 2003 r. i 50 (po 50?) milionów dla lat 2007-08.
Ciekawym aspektem sprawy jest też sama potrzeba „przeprojektowania” o czym „Rzepa” już nie pisze. Potrzeba ta może wskazywać, że tłumaczenia firmy wyrzuconej z budowy były jednak zasadne a to, co zrobili urzędnicy GDDKiA zakrawa na oczywiste zaniedbanie, które nie tylko podniosło koszty inwestycji to jeszcze spowodowało wielomiesięczne opóźnienia. Jeśli nie było błędu wspominanego przez firmę budującą wcześniej drogę to na co idzie te 7 baniek? A jeśli faktycznie zmiany trzeba wprowadzać to czemu ponownie płaci się firmie, która spartoliła wcześniej jakąś część projektu zamiast z niej zedrzeć ile się da za straty, które niewątpliwie zostały poniesione? I to, jak się domyślam, straty wcale nie małe. Czy tylko dlatego, że jeden z udziałowców to szanowna małżonka?

Ja tam nie wiem jak to jest z projektami i to nie tylko w branży drogowej ale tłumaczenie, że trzeba było cośtam przeprojektowywać bo „DDKiA zerwała umowę z wykonawcą – firmą Alpine Bau, która się z niej nie wywiązywała. W związku z tym trzeba było jeszcze raz opracować projekt: sprawdzić, co już zostało zrobione i co jeszcze pozostało do wykonania.”.** Zastanawia mnie to, że dla „sprawdzenia co już zostało zrobione” potrzebny jest nowy projekt. Wszak jak wywalano Alpinie-Bau z placu budowy to chyba właśnie za to, że w wyniku jakiegoś audytu czy choćby naocznej lustracji kogoś z GDDKiA wyszło co już jest zrobione a co nie jest choć zrobione być powinno! Jeśli takiego papierka nie ma to nijakiej podstawie tamto wypędzenie się odbyło? Zaś co do kosztów na życzenie panów z Głównej Dyrekcji to też trudno pojąc na co idą. Zakładając oczywiście że nie idą z samego założenia na „waciki” dla szanownej małżonki i na krawat dla samego Ministra. Przecież prace będą prowadzone w tym samym terenie, przy dokładnie tej samej drodze. Nie wiem czy tam miało miejsce jakieś trzęsienie ziemi, które całkowicie zmieniło parametry miejsca budowy czy co innego o podobnym znaczeniu. Ale według mnie albo projekt był jak trzeba więc choćby złotówka wydana na jego „poprawienie” jest forsą wywaloną w błoto albo nie był jak trzeba a wtedy forsa ponownie wydana na to, aby był jak trzeba jest tym bardziej wywalona w błoto. Bo wychodzi, że szanowna małżonka i spółka ma jakiś taki dar, że kłopoty, które powinny nieodłącznie towarzyszyć brakorobom sprzedającym buble, jakoś ich się nie imają. A państwo za to szczęście niezwykłe buli jak za zboże.

By żyło się lepiej. Niektórym

* http://forsal.pl/artykuly/394460,alpine_bau_nie_placi_podwykonawcom_za_budowe_autostrady_a1.html

** http://www.tvp.info/informacje/biznes/alpine-bau-musi-opuscic-plac-budowy-a1/1728211