Kiedyś, choć nie tak dawno, napisałem, czemu nie będę glosował na partię, z którą pewnie utożsamia mnie większość z tych, którzy czasem wpadną coś mojego przeczytać. Gdybym teraz napisał tekst, w którym wyjaśniałbym, czemu nie zagłosuje na partię, do której sympatii nikt u mnie nie podejrzewa, byłoby chyba nieco śmiesznie. Chyba żeby oba teksty postawić obok siebie. Wtedy by już tak nie było. Szczególnie dla tych, którzy akurat tamten mój tekst przyjęli z życzliwością albo nadzieją na „nawrócenie”. Było parę takich osób, na moment odczuwających coś jakby sympatię do mniej jako autora. Spróbujmy więc.
Ot choćby poczynając rzecz od słów szefa tej partii. „Nie ma z kim przegrać tych wyborów. Nie ma innej siły, której Polacy mogliby spokojnie powierzyć rządy”. Czepiam się ich nie pierwszy raz bo… Ale może na początek baśń, która lepiej wyjaśni o co mi chodzi.
Kiedy Jazon dotarł do Kolchidy, jako wybawca Aspyrtesa, syna króla Aertesa zwrócił się do monarchy z prośbą o złote runo przekonany, że na taką nagrodę może liczyć. To, w mniemaniu króla, oczywiste zuchwalstwo przypłaciłby pewnie śmiercią gdyby nie straciła akurat dla niego głowy Medea, córka Aertesa. Przekonała ona ojca by, miast tracić samemu młodzieńca, wydał go na coś, co ja ośmieliłbym się nazwać sądem bożym. Tak miało być, wedle Medei, fajniej bo Jazon miałby z miejsca przejść do historii nie obciążając przy tym winą króla i jego poddanych. A miało to znaczenie zważywszy, że bogowie olimpijscy lubowali się w, powiedzmy, dość rozmaitym rozkładaniu akcentów w kwestiach swych sympatii i antypatii. Rzecz owa, którą określiłem jako sąd, miała mieć formę sprawdzianu, polegającego na zmierzeniu się z niemożliwymi dla przeciętnego śmiertelnika wyzwaniami. Gdy Jazon poradził sobie z okiełznaniem Byka Minejskiego, zaoraniem nim aresowego pola i zasianiem smoczych zębów, stanął przed zadaniem naprawdę niewykonalnym. Oto z zasianych zębów w okamgnieniu z ziemi wyrośli smoczy wojownicy. Armia smoczych zębów, której nie dałoby się pokonać siłami zdecydowanie większymi niźli jeden, najsprawniejszy nawet heros. A jednak… Prawdę mówiąc wysiłek herosa sprowadził się tylko do tego, by zadać pierwszy cios, wcale nie śmiertelny a potniej już tylko przyglądać się. Kto ciekaw sposobu niech szuka. Bo ja nie o Grekach lecz o Polakach wolę mówić.
Kiedy wściekałem się na zniweczenie efektów wyborczego żniwa Kaczyńskiego, pewien byłem, że czegoś podobnego być może nie będzie mi dane więcej oglądać. Takim to wyglądało być osobliwym. Skutki zdawały się być lekcją, z której wnioski wyciągać będą przez kolejne dziesięciolecia kolejni partyjni przywódcy mający nagłą pokusę by to i owo poprawić radykalnie w maszynie pracującej na pierwszy rzut oka znakomicie.
To moje przeświadczenie ginęło jednak wśród dość licznych okrzyków radości i kpin tych, którzy na to co ja patrzyli ze szczerym przekonaniem, że głupiej już nie można. Że się po prostu fizycznie nie da.
Ale my jesteśmy w Polsce, panie i panowie, tu można wszystko i nie takie rzecz się zdarzały. Jeszcze trochę i dane mi (i nie tylko mi zapewne) będzie zapomnieć i o mojej rozterce i o tych radosnych rechotach. Bo czym jest dla wielu niezrozumiały albo i nielogiczny nawet ruch przywódcy zdający się być samobójczym ciosem zadanym swemu ugrupowaniu po przegranych wyborach w porównaniu z takim samym ciosem innego przywódcy, wykonanym w momencie, w którym zaczyna się prosta finiszowa przed zwycięską elekcją? Możecie sobie na to pytanie próbować odpowiedzieć ale ja proponuję, byście raczej popatrzyli. Tak jak ów heros wtedy.
Oto przed wami, panie i panowie, armia smoczych zębów. Potężna tak bardzo, że „Nie ma z kim przegrać”, że „Nie ma innej siły”,która byłaby w stanie jak równy z równym wziąć się z nią za bary. I patrzcie dalej, panie i panowie. Oto, skoro nie ma innej, musi ta jedna wystarczyć. I nagle, choć wydawać by się to mogło nie do pogodzenia z jakąkolwiek logiką, ta armia smoczych wojowników, na którą nie ma siły i która powinna spokojnie zacząć gotować się do świętowania kolejnego zwycięstwa, zaczyna wyrzynać się sama!
Przypominacie sobie, panie i panowie, tę armię jeszcze kilka miesięcy temu? Tak była zwarta, że nic się w te szeregi wrogiego wcisnąć by nie dało. Nie warto było nawet próbować. Jeden przez drugiego, co znaczniejsze smocze zęby i ich szczerzy miłośnicy licytowali się z rozdziawionymi radośnie gębami ile to już zwycięskich bitew liczy nieprzerwane pasmo ich sukcesów. Istni bogowie wojen!
I teraz przypomina mi się opinia Pierre Biezuchowa wygłoszona, gdy z bliska miał okazję przyglądać się największemu przedsięwzięciu Napoleona Bonaparte, Cesarza Francuzów i „boga wojny”. „To ma być geniusz, bóg wojny?” pytał sam siebie widząc skutki zimowego odwrotu rozbitej armii drogą, która z wszelkiej żywności ogołocona została jeszcze podczas przemarszu w kierunku przeciwnym.
O to samo pytam dziś siebie gdy ze zdumieniem obserwuję wodza smoczej armii. Tego, który przez minione trzy lata potrafił nie tknąć żadnej ze spraw, mogących mu urwać choćby ułamek procenta popularności. Który potrafił rozgrzeszać swych zauszników z każdego niemal grzechu w imię zasady, że do smoczej armii nie może nic brzydkiego przywrzeć. By wyglądała jak jedna bryła wylana z jakiegoś zbrojonego betonu gładko pomalowanego farbą olejną. Który wreszcie osiągnąć miał coś na kształt geniuszu w ocierającym się o bezwzględność albo i okrucieństwo odwracaniu uwagi od wszelkich spraw, na których tle jego smocza armia mogła się źle prezentować.
I teraz ten sam „bóg wojny” i „geniusz”, nazwany nawet przez kogoś „diamentem”, okazuje się nagle takim pospolitym głazem, polnym kamulcem, który ciśnięty w tłum smoczych wojowników sprawia, że ci z rozumu zdając się być obranymi, sami przeciwko sobie oręż podnoszą rzeź na siebie sprowadzając.
Czyż nie jest ten obrót rzecz ciekawym epilogiem tamtych rozterek i tamtych radości sprzed niespełna roku? Czy mógł kto przypuszczać, że tak to się może odwrócić, że ten samograj, co zdawał się zbliżać do osiągnięcia niemożliwego nagle chrzani nie tylko to, co schrzanić nie tak trudno ale i to, co zdaje się być nie do schrzanienia?
Popatrzcie więc sobie: „Według informacji […], uzyskanych od członków zarządu krajowego PO, w partii szykuje się prawdziwa rewolucja. Jeszcze przed wyborami mają być wyrzuceni Grzegorz Schetyna, Jarosław Gowin i ich ludzie. Jeśli tak się stanie, to […] dojdzie do "kanibalizacji PO"
* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/schetyna-i-gowin-wyleca-z-po-przed-wyborami,1,4165226,wiadomosc.html
sobota, 5 lutego 2011
piątek, 4 lutego 2011
Plotka i szantaż jako spoiwo koalicji (PO-PSL)
Byłby to smutny koniec koalicji, gdyby okazało się (jak sugerują tu i tam media)*, że za postawą „ludowców” podczas głosowania nad dalszym ministerialnym bytem Bogdana Klicha nie stało przekonanie o jego kompetencjach, wiara w sensowność koalicji ani nawet zwykła, często przypisywana „ludowcom” pazerność, lecz … No właśnie, zatrzymałem się zanim rzuciłem słowem „szantaż”. Bo przecież nie mam żadnego dowodu ani najmniejszych powodów, by myśleć, iż przed głosowaniem ktoś tam gdzieś tam wciągnął szefa „ludowców” i cos tam mu przedstawił. Coc, co w oczach tegoż szefa i jego sejmowej drużyny (z wyjątkiem Kłopotka jak zresztą zazwyczaj) z miejsca uczyniło Klicha najkompetentniejszym z kompetentnych.
Pisząc o smutnym końcu koalicji nie twierdze, że nastąpić miałby nagle koniec rządzącego układu tych dwóch partii. Układ po prostu by się przewartościował. Przestając być koalicja dwóch partii a stając się rządami wyłącznie PO mającej na dokładkę wygodna maszynkę do głosowania.
Oczywiście rzecz jest nieweryfikowalna. I trudna w swej istocie do dywagacji. Bo plotka to co? To z pozoru rzecz niegodna uwagi. I nawet niegodna tego, by się nią zajmować. Zgodziłbym się z tym gdyby nie to, że jednak pojawiła się i na dokładkę obrasta w treść.
Na początku dotyczyła tylko tego, że ABW ma ponoć jakieś materiały obciążające lidera PSL. Teraz mamy na dokładkę i to, że wiedzy na ten temat wyparł się Donald Tusk a w kuluarach sejmu ponoć się twierdzi, że materiały ABW „posłużyły” do „skonkretyzowania” stanowiska „ludowców” w sprawie p. Klicha.
Rzecz jest niewiarygodna wręcz w swej wymowie. No bo raz, że media jednak jakieś takie powściągliwe, choć Radio ZET rzecz upubliczniło już wczoraj, dwa, to dementi Premiera. Słowem- nie ma sprawy.
Jednak czasem trudno nie wierzyć właśnie w to, co trafia do nas jako plotka. Plotki nie powstają ot tak sobie. Zawsze za nimi kryje się jakiś zamiar. I ta złota zasada kryminalistyki, że Is fecit cui prodest" (Ten winnym, komu rzecz przynosi korzyść). Koincydencja czasowa jest jednak dla PO i jej lidera mało przychylna.
Nadto jakoś tak to odżegnanie się od tej, zaiste dość „wrażliwej”, wiedzy przez Tuska przypomniało mi inne plotki. Takie sprzed lat wielu, rozpowszechniane z lubością przez JKM. Zwykł on zawsze zwracać uwagę na wyjątkową „skuteczność” polityczną J. Kaczyńskiego i wiązać ją z dostępem do przepastnych zasobów „wrażliwej wiedzy”. Nie twierdze, że JKM miał rację. Dowodów nigdy nie przedstawił. Przytaczam wiec go jako autora tej "spiskowej teorii" by jasnym było, że nie ja jestem autorem tego schematu myślenia. Czasem wszak bez wątpienia nie warto się przechwalać posiadaną wiedza…
Pozostaje jeszcze kwestia zdolności do popełnienia czegoś tak nikczemnego. Zarzut taki, postawiony komukolwiek byłby bez wątpienia czymś grubym. Ale czy trudno wyobrazić sobie coś tak grubego w wykonaniu ekipy, za która wlecze się przecież dziwna sprawa „przytulenia” pani Jaruckiej i jej fantasmagorii? Czy wiemy dziś cokolwiek na temat mechanizmu tamtej sprawy? A jak nie wiemy to z jakiego powodu? czemu w tak istotnej dla oblicza naszej polityki sprawie nie zrobiono nic by nie zostawić żadnych niedomówień?
Powtórzmy wiec. Zarzut taki, postawiony komukolwiek byłby bez wątpienia czymś grubym. bardzo grubym. Tak grubym, że z miejsca wymagającym wyjaśnienia go w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Wraz z podaniem nazwisk ludzi, którzy za ową „plotką” stoją. Nie ma znaczenia, że chodzi o PSL, o PO. Nie pisze tego z żadną satysfakcją bo jaką można mieć uciechę będąc świadomym tego, że wicepremier mego państwa może być jakimś kombinatorem będącym w konflikcie z państwem a Premier szantażystą. Nie da się inaczej…
Jeśli rzecz by się potwierdziła byłoby to przewrotnym epilogiem tego, co skończyło poprzednią koalicję i tego, co zaczęło obecne rządy.
Wszyscy pamiętamy sprawę zarzutów wobec wicepremiera poprzedniej koalicji. Wiemy tez, że kwestia „czystości” życia publicznego była ponoć pierwszą, jaką wobec swojej ekipy i swego zaplecza parlamentarnego miał poruszyć obecny Premier. Jeśli z jednego i drugiego nie wyciągnięto należytej nauczki to nie da się z lękiem myśleć o przyszłości mego kraju.
* http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/plotka-o-liderze-psl-wszyscy-oczekiwalismy-ze-cos-,1,4164545,wiadomosc.html
Pisząc o smutnym końcu koalicji nie twierdze, że nastąpić miałby nagle koniec rządzącego układu tych dwóch partii. Układ po prostu by się przewartościował. Przestając być koalicja dwóch partii a stając się rządami wyłącznie PO mającej na dokładkę wygodna maszynkę do głosowania.
Oczywiście rzecz jest nieweryfikowalna. I trudna w swej istocie do dywagacji. Bo plotka to co? To z pozoru rzecz niegodna uwagi. I nawet niegodna tego, by się nią zajmować. Zgodziłbym się z tym gdyby nie to, że jednak pojawiła się i na dokładkę obrasta w treść.
Na początku dotyczyła tylko tego, że ABW ma ponoć jakieś materiały obciążające lidera PSL. Teraz mamy na dokładkę i to, że wiedzy na ten temat wyparł się Donald Tusk a w kuluarach sejmu ponoć się twierdzi, że materiały ABW „posłużyły” do „skonkretyzowania” stanowiska „ludowców” w sprawie p. Klicha.
Rzecz jest niewiarygodna wręcz w swej wymowie. No bo raz, że media jednak jakieś takie powściągliwe, choć Radio ZET rzecz upubliczniło już wczoraj, dwa, to dementi Premiera. Słowem- nie ma sprawy.
Jednak czasem trudno nie wierzyć właśnie w to, co trafia do nas jako plotka. Plotki nie powstają ot tak sobie. Zawsze za nimi kryje się jakiś zamiar. I ta złota zasada kryminalistyki, że Is fecit cui prodest" (Ten winnym, komu rzecz przynosi korzyść). Koincydencja czasowa jest jednak dla PO i jej lidera mało przychylna.
Nadto jakoś tak to odżegnanie się od tej, zaiste dość „wrażliwej”, wiedzy przez Tuska przypomniało mi inne plotki. Takie sprzed lat wielu, rozpowszechniane z lubością przez JKM. Zwykł on zawsze zwracać uwagę na wyjątkową „skuteczność” polityczną J. Kaczyńskiego i wiązać ją z dostępem do przepastnych zasobów „wrażliwej wiedzy”. Nie twierdze, że JKM miał rację. Dowodów nigdy nie przedstawił. Przytaczam wiec go jako autora tej "spiskowej teorii" by jasnym było, że nie ja jestem autorem tego schematu myślenia. Czasem wszak bez wątpienia nie warto się przechwalać posiadaną wiedza…
Pozostaje jeszcze kwestia zdolności do popełnienia czegoś tak nikczemnego. Zarzut taki, postawiony komukolwiek byłby bez wątpienia czymś grubym. Ale czy trudno wyobrazić sobie coś tak grubego w wykonaniu ekipy, za która wlecze się przecież dziwna sprawa „przytulenia” pani Jaruckiej i jej fantasmagorii? Czy wiemy dziś cokolwiek na temat mechanizmu tamtej sprawy? A jak nie wiemy to z jakiego powodu? czemu w tak istotnej dla oblicza naszej polityki sprawie nie zrobiono nic by nie zostawić żadnych niedomówień?
Powtórzmy wiec. Zarzut taki, postawiony komukolwiek byłby bez wątpienia czymś grubym. bardzo grubym. Tak grubym, że z miejsca wymagającym wyjaśnienia go w sposób nie pozostawiający wątpliwości. Wraz z podaniem nazwisk ludzi, którzy za ową „plotką” stoją. Nie ma znaczenia, że chodzi o PSL, o PO. Nie pisze tego z żadną satysfakcją bo jaką można mieć uciechę będąc świadomym tego, że wicepremier mego państwa może być jakimś kombinatorem będącym w konflikcie z państwem a Premier szantażystą. Nie da się inaczej…
Jeśli rzecz by się potwierdziła byłoby to przewrotnym epilogiem tego, co skończyło poprzednią koalicję i tego, co zaczęło obecne rządy.
Wszyscy pamiętamy sprawę zarzutów wobec wicepremiera poprzedniej koalicji. Wiemy tez, że kwestia „czystości” życia publicznego była ponoć pierwszą, jaką wobec swojej ekipy i swego zaplecza parlamentarnego miał poruszyć obecny Premier. Jeśli z jednego i drugiego nie wyciągnięto należytej nauczki to nie da się z lękiem myśleć o przyszłości mego kraju.
* http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/plotka-o-liderze-psl-wszyscy-oczekiwalismy-ze-cos-,1,4164545,wiadomosc.html
Gdyby Pitera była kobietą… (o rzeczach niemożliwych)
Z tytułu muszę się jednak wytłumaczyć, bo oczywiście nijak ma się on do tego, o czym będę pisał. No może poza nawiązaniem do nazwiska, które tam wlepiłem. Ono w tekście padnie bo paść musi. Przyszedł mi do głowy na zasadzie ciągu skojarzeniowego wynikłego z nałożenia się dwóch zdarzeń. Rzecz miała się tak, że właśnie czytałem informację o śmierci Marii Schneider, aktorki rozsławionej rolą w sławnym, acz nie widzianym przez mnie obrazie „Ostatnie tango w Paryżu” gdy z nagła wpadła do mnie koleżanka, by pochwalić się, że w toku swego romansu biurowego widziała pismo z osobistym podpisem Julii Pitery. Z francuskiego (no… dziejącego się we Francji jednak) kina i tego podpisu wyszedł mi tytuł. Nawiązujący do innego nie widzianego przez mnie obrazu z inną gwiazdą, zatytułowanego w oryginale „Gdyby Don Juan był kobietą”.
Poza tym tytuł przyciąga chyba. Czyż nie? :)
W rzeczywistości na inspirację tego tekstu złożyło się zdanie z komentarza Andera pod mym poprzednim tekstem oraz oglądane w telewizji oblicze Donalda Tuska podczas wczorajszego posiedzenia sejmu. Tego posiedzenia, na którym miał być odwoływany Bogdan Klich. Ponieważ efekt „odwoływania” oraz to, co powiedzieć miał Premier było do przewidzenia, wyłączyłem sobie fonię i tylko kontemplowałem oblicze panatuskowe. Oblicze człowieka zmęczonego, wyzbytego jakiejkolwiek siły i ochoty do odważniejszych działań oraz mocno zdezorientowanego. I wtedy z szacunkiem przeczytałem zdanie Andera: ” "Myślę, że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno".*
Nie wiem od kiedy Tusk to wie, choć że wie to nie mam wątpliwości mając przed oczami jego wczorajszą minę, ale „za późno”. Jest od dawna. I od dawna, wraz z tym „za późno” jest tak, że polityczna rzeczywistość Donalda Tuska i powszechne o niej wyobrażenia bardzo się rozmijają. Kiedyś pewnie zgodziłbym się z twierdzeniem, że z PO jest tak, jak to poeta napisał „Mówimy Tusk a w domyśle PO, mówimy PO a w domyśle Tusk”. Tak to nie jest na pewno i to zresztą na własna prośbę pana Donalda. Która miała dość rozbudowana formę i składała się z dwóch elementów. Z wywalenia ministra Ćwiąkalskiego i z niewywalenia ministra Grada. A po nim nie wywalenia pani Pitery (i tytuł stał się ciałem…) ale wywalenia Drzewieckiego, o którym równocześnie powiedziane zostało, że jest i niewinny i na dodatek najlepszy z ministrów.
Do opisania nonsensowności postępowania Donalda Tuska w kwestii odpowiedzialności jego ministrów przydatny będzie, jakże głupi w swej wymowie, argument, który Premier w obronie Klicha przytoczył. Bo, by było jasne, później skrótu słuchałem… Rzekł Premier w słownej utarczce z Ludwikiem Dornem, że on Dornowi nie wypomni ofiar hali, co się w Katowicach zawaliła. Słowem pan Tusk zasugerował, że jego ministrowie mogą wylatywać z rządu ale tylko wtedy, gdy stanie się cos, co nie za bardzo leży w ich kompetencjach. jak choćby stan dachu użytkowanej przez prywatną firmę hali. Albo targający się sam (bo tak przecież ustalono) na swe życie kryminalista. A będące pod kontrolą ministrów państwowe czy też wojskowe samoloty mogą spadać a „rosomaki” wylatywać w powietrze… To wszak co innego.
Dziś wiadomo, że Donald Tusk to nie „ten” Donald Tusk, którego znamy z opowieści „z mchu i paproci” serwowanych przez „zaprzyjaźnione stacje lub czasopisma”. Kiedyś mógł wywalić ministra gdy vox populi wyrażony szybkim badaniem wskazywał że to się ludowi spodoba. Teraz, mimo tego, że lud w miażdżącej opinii domagał się głowy ministra ten dostał wotum zaufania i… kwiaty. Co pokazuje, że nie jest już Premier wyłącznym panem samego siebie.
I tu pojawia się konkluzja dotycząca tego, co tak naprawdę się stało. Oglądaliśmy po prostu efekt tego, co Premier przez te lata sam na siebie szykował. Wczoraj pisałem o tym, że „potrzebę rozwiązania problemu” Klicha widza nawet „politycy z kierownictwa PO”. Czemu zatem z tą „potrzeba” nie radzą sobie zupełnie. A właśnie dlatego, że, wracając znów do opinii Andera „że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno". Bo skoro nie reagowano na „społeczne zapotrzebowanie” w przypadku innych, też wyczekiwanych, choć może nie koniecznie przez „polityków z kierownictwa PO”, zmian i dymisji to czemu teraz? To by mogło zdezorientować społeczeństwo, które przecież mogłoby nabrać przekonania, że „się wali” ten monolit, jakim PO zawsze była. Tak więc, wbrew logice trzeba trwać z tym, coraz bardziej glinianym olbrzymem.
Nieszczęściem Donalda Tuska jest to, że jednak bardziej był on szefem PO niż szefem Państwa. Cokolwiek robił, zawsze miało jakieś umocowanie w interesie jego partii a nie zawsze dało się tłumaczyć interesem państwa. karą za to jest uwiązanie Tuska do tego właśnie schematu. Teraz musi robić to, co broni jego pozycji w partii choć pogrąża partię. Musi akceptować przeróżne balasty, których pozostawanie szkodzi notowaniom akurat w roku najistotniejszym bo wyborczym. Nie jest głupi, po prostu już ich odciąć nie może. Teraz na to już jest za późno.
A wystarczyło, by, gdyby Donald Tusk był Premierem. Przede wszystkim Premierem… A taka Pitera byłaby wówczas nieistotna. Kim by tam ostatecznie nie była.
* http://rosemann.salon24.pl/275158,za-pozno-panie-klich-za-pozno-panie-tusk#comment_3922971
Poza tym tytuł przyciąga chyba. Czyż nie? :)
W rzeczywistości na inspirację tego tekstu złożyło się zdanie z komentarza Andera pod mym poprzednim tekstem oraz oglądane w telewizji oblicze Donalda Tuska podczas wczorajszego posiedzenia sejmu. Tego posiedzenia, na którym miał być odwoływany Bogdan Klich. Ponieważ efekt „odwoływania” oraz to, co powiedzieć miał Premier było do przewidzenia, wyłączyłem sobie fonię i tylko kontemplowałem oblicze panatuskowe. Oblicze człowieka zmęczonego, wyzbytego jakiejkolwiek siły i ochoty do odważniejszych działań oraz mocno zdezorientowanego. I wtedy z szacunkiem przeczytałem zdanie Andera: ” "Myślę, że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno".*
Nie wiem od kiedy Tusk to wie, choć że wie to nie mam wątpliwości mając przed oczami jego wczorajszą minę, ale „za późno”. Jest od dawna. I od dawna, wraz z tym „za późno” jest tak, że polityczna rzeczywistość Donalda Tuska i powszechne o niej wyobrażenia bardzo się rozmijają. Kiedyś pewnie zgodziłbym się z twierdzeniem, że z PO jest tak, jak to poeta napisał „Mówimy Tusk a w domyśle PO, mówimy PO a w domyśle Tusk”. Tak to nie jest na pewno i to zresztą na własna prośbę pana Donalda. Która miała dość rozbudowana formę i składała się z dwóch elementów. Z wywalenia ministra Ćwiąkalskiego i z niewywalenia ministra Grada. A po nim nie wywalenia pani Pitery (i tytuł stał się ciałem…) ale wywalenia Drzewieckiego, o którym równocześnie powiedziane zostało, że jest i niewinny i na dodatek najlepszy z ministrów.
Do opisania nonsensowności postępowania Donalda Tuska w kwestii odpowiedzialności jego ministrów przydatny będzie, jakże głupi w swej wymowie, argument, który Premier w obronie Klicha przytoczył. Bo, by było jasne, później skrótu słuchałem… Rzekł Premier w słownej utarczce z Ludwikiem Dornem, że on Dornowi nie wypomni ofiar hali, co się w Katowicach zawaliła. Słowem pan Tusk zasugerował, że jego ministrowie mogą wylatywać z rządu ale tylko wtedy, gdy stanie się cos, co nie za bardzo leży w ich kompetencjach. jak choćby stan dachu użytkowanej przez prywatną firmę hali. Albo targający się sam (bo tak przecież ustalono) na swe życie kryminalista. A będące pod kontrolą ministrów państwowe czy też wojskowe samoloty mogą spadać a „rosomaki” wylatywać w powietrze… To wszak co innego.
Dziś wiadomo, że Donald Tusk to nie „ten” Donald Tusk, którego znamy z opowieści „z mchu i paproci” serwowanych przez „zaprzyjaźnione stacje lub czasopisma”. Kiedyś mógł wywalić ministra gdy vox populi wyrażony szybkim badaniem wskazywał że to się ludowi spodoba. Teraz, mimo tego, że lud w miażdżącej opinii domagał się głowy ministra ten dostał wotum zaufania i… kwiaty. Co pokazuje, że nie jest już Premier wyłącznym panem samego siebie.
I tu pojawia się konkluzja dotycząca tego, co tak naprawdę się stało. Oglądaliśmy po prostu efekt tego, co Premier przez te lata sam na siebie szykował. Wczoraj pisałem o tym, że „potrzebę rozwiązania problemu” Klicha widza nawet „politycy z kierownictwa PO”. Czemu zatem z tą „potrzeba” nie radzą sobie zupełnie. A właśnie dlatego, że, wracając znów do opinii Andera „że Tusk wie, że w tej chwili jest już "za późno". Bo skoro nie reagowano na „społeczne zapotrzebowanie” w przypadku innych, też wyczekiwanych, choć może nie koniecznie przez „polityków z kierownictwa PO”, zmian i dymisji to czemu teraz? To by mogło zdezorientować społeczeństwo, które przecież mogłoby nabrać przekonania, że „się wali” ten monolit, jakim PO zawsze była. Tak więc, wbrew logice trzeba trwać z tym, coraz bardziej glinianym olbrzymem.
Nieszczęściem Donalda Tuska jest to, że jednak bardziej był on szefem PO niż szefem Państwa. Cokolwiek robił, zawsze miało jakieś umocowanie w interesie jego partii a nie zawsze dało się tłumaczyć interesem państwa. karą za to jest uwiązanie Tuska do tego właśnie schematu. Teraz musi robić to, co broni jego pozycji w partii choć pogrąża partię. Musi akceptować przeróżne balasty, których pozostawanie szkodzi notowaniom akurat w roku najistotniejszym bo wyborczym. Nie jest głupi, po prostu już ich odciąć nie może. Teraz na to już jest za późno.
A wystarczyło, by, gdyby Donald Tusk był Premierem. Przede wszystkim Premierem… A taka Pitera byłaby wówczas nieistotna. Kim by tam ostatecznie nie była.
* http://rosemann.salon24.pl/275158,za-pozno-panie-klich-za-pozno-panie-tusk#comment_3922971
czwartek, 3 lutego 2011
Za późno panie Klich, za późno panie Tusk!
Minister obrony Bogdan Klich odejdzie z resortu. Pozostaje tylko ustalenie terminu - mówią "Gazecie" politycy z władz Platformy Obywatelskiej”* donosi jedno ważne medium.„Z punktu widzenia odbioru społecznego, problem ministra Klicha istnieje”** sekunduje drugie. Też ważne.... Jeśli zestawi się to z będąca leadem strony internetowej tego pierwszego medium, który, głosem kolejnego prominentnego polityka partii rządzącej ogłasza, że „Wypala się paliwo antypisowskie”***
I to jest dopiero temat! Ja wiem, że od świadomości, że „odejdzie z resortu” i „że się wypala” ani dług nam nie spadnie publiczny ani emerytury z nagła nie wzrosną. Czemu więc ten wykrzyknik, na który sobie przed chwilą pozwoliłem? Z dwóch powodów. Łączących się ze sobą zresztą dość mocno. Pierwszy jest taki, że najpewniej mamy takie pierwsze przebłyski pokazujące na czym skupi się zbliżająca kampania wyborcza. Drugi pokazujący w jak twórczy sposób przetworzona została myśl Premiera, wedle której „PO nie ma z kim wygrać”. Tak więc skoro Premier mówi, że PO nie ma z kim przegrać to trzeba to było jakoś rozwiązać. Bo jak nie ma tego „bata” to nie ma adrenaliny, nie ma „powera”, nie ma nic, przez co chce się żyć i umrzeć za… Mniejsza za co konkretnie.
Skoro więc „nie ma z kim” i na dodatek jeszcze „paliwo antypisowskie” jest na ukończeniu to trudna rada. Trzeba zrobić, jak sugerował dowcip rysunkowy bodaj z końca czasów nieboszczki PZPR, w którym jeden ważny pan ogłasza innym zaufanym „a do opozycji skierowaliśmy najbardziej zaufanych towarzyszy”. Trzeba wygrać a zarazem przegrać z „własnym sobą”. Skoro nikt inny nie dorasta to, by zwycięstwo było godne, PO musi zmierzyć się z PO i druzgocąco wygrać.
Oczywiście kpię. Bo i ten „nowy kurs” zapowiadany głosami „anonimowych polityków PO” ( ci „anonimowi”, bez względu na przynależność zawsze przypominają wyczytaną kiedyś zasadę, iż „donosy ja oczeń lublu no donoszczikow stierpiet nie magu”) to rewelacja! Rewelacja bo oczywista oznaka zadyszki, jaką rządząca partia już odczuwa i świadomości, że finiszować trzeba będzie zapewne na „długu tlenowym”.
Koncepcja rzucenia Klicha na pożarcie, jako alibi ewentualnych wpadek, na których ujawnienie i upublicznienie się bez wątpienia zanosi oraz których się już nie da uniknąć, i „przykrywkę” odwracająca uwagę od wpadek bardziej istotnych z pozoru jest posunięciem nienajgorszym. W zasadzie Klich przecież to już trup. Gdyby były choć minimalne szanse reanimacji to żaden „polityk z władz Platformy” nie sugerowałby dymisji. Ale ja na to jednak patrzę inaczej.
Widzę przede wszystkim ostatnie, to najmniej przyjemne stadium towarzyszące nieodłącznie „podążaniu swobodnym lotem”. Fazę, w której następuje lot ku ziemi wprost na mordę. W tej fazie upadku, po zjedzeniu wszystkiego, co dało się zjeść, żarłok konstatuje, że dalej chce żreć i gryzie się w nogę.
Teoretycznie można by zauważyć, że skoro Klich już trup to, znów cytując Premiera „o co kaman?” Trupy maja przecież to do siebie, że je trzeba z widoku usuwać i chować jak najszybciej.
Tyle, że tak naprawdę Klich trupem nie stał się z przyczyn, że się wyrażę, „naturalnych”. Czyli nie dlatego, że strzelił ewidentnego „samobója”. Wręcz przeciwnie! Wtedy, gdy strzelił (i nie on sam jeden zresztą) z przyczyn, które wtedy PO i jeszcze bardziej Tuskowi zdać się musiały bardzo pasującymi, prowadzono heroiczną wręcz reanimację. Za pomocą różnych „tak lądują debesciaki”, „zabije mnie” i wszystkiego innego, co mogło dowodzić, że szlachetnego i kompetentnego Ministra reputację zszargał jakiś szalony i głupi kapitan, któremu ktoś dał w ręce wolant maszyny pełnej naszego Państwa. Trupem Klich staje się decyzją czy to samego Tuska, czy też „polityków z władz Platformy”. W momencie, w którym żaden już argumenty odnoszący się do rzeczywistych jego win, zestawiony z tą dotychczasowa reanimacja, nie będzie brzmiał wiarygodnie ani nie będzie miał racjonalnego uzasadnienia. Będzie miał wymiar utylitarny.
A dla pozostałych polityków będzie sygnałem „Możesz być następny”. Bo nie ukrywajmy, z tym może być, jak z… masturbacją. Jak to gdzieś kiedyś przypadkiem wyczytałem wśród wyznań pewnego mentalnego ekshibicjonisty „jak zaczniesz to trudno zatrzymać…” Powinna zadrżeć więc Pitera, powinien zastanowić się Kwiatkowski nie mający jak dotąd żadnych sukcesów w walce z „kaczyzmem”, czy Grabarczyk, którego rzucenie „na sztos” uradowałoby pewniej najszersze spektrum wqrwionego elektoratu. Albo taki Jan Vincent, co wszedł do PO więc można go potraktować z cała partyjną surowością wywołując z miejsca łzy wzruszenia emerytów, studentów i kogo by tam nie wskazać palcem.
Może ten i ów się popłacze z radości ale nie wiem czy starczy ich by partia pana Donalda powtórzyła swój sukces i utrzymała pozycję hegemona. Bo drugim efektem tego wariantu „kampanii wyborczej” będzie odebranie przez elektorat sygnału, że dawał się robić przez lata w jajo. Przyjmując narzuconą wizje „superfachowców” o lata świetlne wyprzedzających wszystko, co kiedykolwiek polska polityka z siebie wyrodziła. Taki sposób podawania dotąd Polakom informacji o „władzy” teraz, wobec przedstawienia „innej twarzy” tych fachowców, może zachwiać cała wiarą w to, co władza o sobie mówi albo będzie mówić. No bo jak jej wierzyć skoro nagle fachowcy idą na odstrzał jako niefachowcy? Przecież tam sami fachowcy! To może i niefachowcy zarazem?
Poważniej zaś mówiąc to błędem jest moment. Skoro Tusk, czy tam politycy z kierownictwa uznali, że Klich ma posłużyć do PiaRu to powinni go byli z hukiem wywalić jakoś tak trzy dni po ostatnim pogrzebie ofiar smoleńskich. Wtedy miało to sens. Teraz będzie dowodem mataczenia. Więc , z punktu widzenia PiaRu teraz raczej trzeba by go bronić jak niepodległości. Teraz to już za późno panie Tusk, za późno panie Klich!
Na koniec taka uwaga. Miło będzie patrzeć jak ta cała zakłamana i dęta od początku „rewolucja”, zaczętą zawołaniami „zmień kraj, idź na wybory” i „jeszcze będzie przepięknie”, zakończy się bezlitosnym wywalaniem swoich by pikujący ku dołowi balon jeszcze trochę poleciał. Czekam więc kto będzie następnym „paliwem” jak już „spuści się” Klicha.
* http://wyborcza.pl/1,75248,9045483,Kiedy_odejdzie_Klich.html#ixzz1CsIPPqGz
** http://www.tvn24.pl/-1,1691464,0,1,problem-min-klicha-istnieje,wiadomosc.html
*** http://wyborcza.pl/1,75478,9044503,Gowin__Wypala_sie_paliwo_antypisowskie.html
I to jest dopiero temat! Ja wiem, że od świadomości, że „odejdzie z resortu” i „że się wypala” ani dług nam nie spadnie publiczny ani emerytury z nagła nie wzrosną. Czemu więc ten wykrzyknik, na który sobie przed chwilą pozwoliłem? Z dwóch powodów. Łączących się ze sobą zresztą dość mocno. Pierwszy jest taki, że najpewniej mamy takie pierwsze przebłyski pokazujące na czym skupi się zbliżająca kampania wyborcza. Drugi pokazujący w jak twórczy sposób przetworzona została myśl Premiera, wedle której „PO nie ma z kim wygrać”. Tak więc skoro Premier mówi, że PO nie ma z kim przegrać to trzeba to było jakoś rozwiązać. Bo jak nie ma tego „bata” to nie ma adrenaliny, nie ma „powera”, nie ma nic, przez co chce się żyć i umrzeć za… Mniejsza za co konkretnie.
Skoro więc „nie ma z kim” i na dodatek jeszcze „paliwo antypisowskie” jest na ukończeniu to trudna rada. Trzeba zrobić, jak sugerował dowcip rysunkowy bodaj z końca czasów nieboszczki PZPR, w którym jeden ważny pan ogłasza innym zaufanym „a do opozycji skierowaliśmy najbardziej zaufanych towarzyszy”. Trzeba wygrać a zarazem przegrać z „własnym sobą”. Skoro nikt inny nie dorasta to, by zwycięstwo było godne, PO musi zmierzyć się z PO i druzgocąco wygrać.
Oczywiście kpię. Bo i ten „nowy kurs” zapowiadany głosami „anonimowych polityków PO” ( ci „anonimowi”, bez względu na przynależność zawsze przypominają wyczytaną kiedyś zasadę, iż „donosy ja oczeń lublu no donoszczikow stierpiet nie magu”) to rewelacja! Rewelacja bo oczywista oznaka zadyszki, jaką rządząca partia już odczuwa i świadomości, że finiszować trzeba będzie zapewne na „długu tlenowym”.
Koncepcja rzucenia Klicha na pożarcie, jako alibi ewentualnych wpadek, na których ujawnienie i upublicznienie się bez wątpienia zanosi oraz których się już nie da uniknąć, i „przykrywkę” odwracająca uwagę od wpadek bardziej istotnych z pozoru jest posunięciem nienajgorszym. W zasadzie Klich przecież to już trup. Gdyby były choć minimalne szanse reanimacji to żaden „polityk z władz Platformy” nie sugerowałby dymisji. Ale ja na to jednak patrzę inaczej.
Widzę przede wszystkim ostatnie, to najmniej przyjemne stadium towarzyszące nieodłącznie „podążaniu swobodnym lotem”. Fazę, w której następuje lot ku ziemi wprost na mordę. W tej fazie upadku, po zjedzeniu wszystkiego, co dało się zjeść, żarłok konstatuje, że dalej chce żreć i gryzie się w nogę.
Teoretycznie można by zauważyć, że skoro Klich już trup to, znów cytując Premiera „o co kaman?” Trupy maja przecież to do siebie, że je trzeba z widoku usuwać i chować jak najszybciej.
Tyle, że tak naprawdę Klich trupem nie stał się z przyczyn, że się wyrażę, „naturalnych”. Czyli nie dlatego, że strzelił ewidentnego „samobója”. Wręcz przeciwnie! Wtedy, gdy strzelił (i nie on sam jeden zresztą) z przyczyn, które wtedy PO i jeszcze bardziej Tuskowi zdać się musiały bardzo pasującymi, prowadzono heroiczną wręcz reanimację. Za pomocą różnych „tak lądują debesciaki”, „zabije mnie” i wszystkiego innego, co mogło dowodzić, że szlachetnego i kompetentnego Ministra reputację zszargał jakiś szalony i głupi kapitan, któremu ktoś dał w ręce wolant maszyny pełnej naszego Państwa. Trupem Klich staje się decyzją czy to samego Tuska, czy też „polityków z władz Platformy”. W momencie, w którym żaden już argumenty odnoszący się do rzeczywistych jego win, zestawiony z tą dotychczasowa reanimacja, nie będzie brzmiał wiarygodnie ani nie będzie miał racjonalnego uzasadnienia. Będzie miał wymiar utylitarny.
A dla pozostałych polityków będzie sygnałem „Możesz być następny”. Bo nie ukrywajmy, z tym może być, jak z… masturbacją. Jak to gdzieś kiedyś przypadkiem wyczytałem wśród wyznań pewnego mentalnego ekshibicjonisty „jak zaczniesz to trudno zatrzymać…” Powinna zadrżeć więc Pitera, powinien zastanowić się Kwiatkowski nie mający jak dotąd żadnych sukcesów w walce z „kaczyzmem”, czy Grabarczyk, którego rzucenie „na sztos” uradowałoby pewniej najszersze spektrum wqrwionego elektoratu. Albo taki Jan Vincent, co wszedł do PO więc można go potraktować z cała partyjną surowością wywołując z miejsca łzy wzruszenia emerytów, studentów i kogo by tam nie wskazać palcem.
Może ten i ów się popłacze z radości ale nie wiem czy starczy ich by partia pana Donalda powtórzyła swój sukces i utrzymała pozycję hegemona. Bo drugim efektem tego wariantu „kampanii wyborczej” będzie odebranie przez elektorat sygnału, że dawał się robić przez lata w jajo. Przyjmując narzuconą wizje „superfachowców” o lata świetlne wyprzedzających wszystko, co kiedykolwiek polska polityka z siebie wyrodziła. Taki sposób podawania dotąd Polakom informacji o „władzy” teraz, wobec przedstawienia „innej twarzy” tych fachowców, może zachwiać cała wiarą w to, co władza o sobie mówi albo będzie mówić. No bo jak jej wierzyć skoro nagle fachowcy idą na odstrzał jako niefachowcy? Przecież tam sami fachowcy! To może i niefachowcy zarazem?
Poważniej zaś mówiąc to błędem jest moment. Skoro Tusk, czy tam politycy z kierownictwa uznali, że Klich ma posłużyć do PiaRu to powinni go byli z hukiem wywalić jakoś tak trzy dni po ostatnim pogrzebie ofiar smoleńskich. Wtedy miało to sens. Teraz będzie dowodem mataczenia. Więc , z punktu widzenia PiaRu teraz raczej trzeba by go bronić jak niepodległości. Teraz to już za późno panie Tusk, za późno panie Klich!
Na koniec taka uwaga. Miło będzie patrzeć jak ta cała zakłamana i dęta od początku „rewolucja”, zaczętą zawołaniami „zmień kraj, idź na wybory” i „jeszcze będzie przepięknie”, zakończy się bezlitosnym wywalaniem swoich by pikujący ku dołowi balon jeszcze trochę poleciał. Czekam więc kto będzie następnym „paliwem” jak już „spuści się” Klicha.
* http://wyborcza.pl/1,75248,9045483,Kiedy_odejdzie_Klich.html#ixzz1CsIPPqGz
** http://www.tvn24.pl/-1,1691464,0,1,problem-min-klicha-istnieje,wiadomosc.html
*** http://wyborcza.pl/1,75478,9044503,Gowin__Wypala_sie_paliwo_antypisowskie.html
środa, 2 lutego 2011
PiS odpowiada za ZUS, koklusz i Mubaraka… (polemika)
(dłuuugie)
Blogera Starego cenię przede wszystkim za stosunkową otwartość na dyskusję. Owszem, banuje tego i owego ale z moich doświadczeń wygląda, że w takich sytuacjach wina leży tudzież w niemożliwości osiągnięcia choćby zbliżenia stanowisk co (zdecydowanie bardziej) w poziomie emocji. Ja ze Starym nigdy chyba stanowisk nie zbliżyłem a jakoś potrafimy się traktować z atencją.
Tedy mam prawo przypuszczać że i ta polemika nie zmieni naszych relacji.
Od wczoraj rana w eksponowanym miejscu Salonu24 widnieje tekst Glogera Starego pt. „Mur”* zawierający ostra krytykę poczynań PiS. W zasadzie większość wpisów Starego do tego się właśnie sprowadza różniąc się konkretami. Tym razem padło na propozycje tej partii w sferze gospodarki, przygotowane jako oferta wyborcza i przedstawione na niedawnej konferencji w warszawskim Sheratonie.
Generalnie nie czepiałbym się bo ma prawo oczywiście Stary do krytyki PiS i negować tego prawa nie mam zamiaru. Co więcej znając niektóre propozycje przedstawione na konferencji wyłącznie na zasadzie haseł nie jestem w stanie wdawać się w polemikę w ich obronie. A nawet przeciwnie. W takim kształcie, jak je usłyszałem, byłbym skłonny zgodzić się z niektórymi uwagami Starego.
Za nic jednak nie jestem w stanie zaakceptować tej części, która odnosi się do propozycji PiS będącej alternatywą wobec rzędowego projektu, nazwę to ostro, kastracji obecnego systemu emerytalnego. Nie oprę się złośliwości i powiem, że jakoś tak w krew wszedł PO ten rodzaj zabiegu… Ale do rzeczy.
Pisze Stary:
„OFE. Komu wola do ZUSu, komu zaś do OFE bliżej, droga wolna. Tylko, że wpłaty do OFE w dotychczasowym kształcie implikują konieczność pokrycia przez budżet należności współczesnych emerytów. Kiedy się więc je nawet częściowo pozostawi w dotychczasowym stanie, to się częściowo będzie trzeba dalej o starców kłopotać. A zadłużone właśnie wskutek dotychczasowych wpłat do OFE i popieranych przez PiS przywilejów emerytalnych państwo nie wysupła na to dodatkowych środków bez powiększania długu. Czyli, tylko część emerytur będzie opłacana? Ta, którą pokryją wpłaty do ZUS od ludzi, którzy z własnej woli z OFE zrezygnują? A reszta? Może się w wypłatach emerytur pominie polskojęzycznych i w ten sposób rozwiąże problem starzenia społeczeństwa. Nieprawomyślnych się zwyczajnie zagłodzi. Zgodnie zresztą z chrześcijańską zasadą solidarności patriotycznego gospodarczo państwa.”
Fragment przydługi ale cały godny skomentowania. O „implikowaniu konieczności pokrycia przez budżet należności współczesnych emerytów” wpłatami do OFE stoczyłem ze Starym walkę w komentarzach. Pokrótce więc przedstawię swoje stanowisko. Jest to, delikatnie mówiąc, bardzo niewłaściwe widzenie problemu. „Pokrywanie należności współczesnych emerytów” z Palatami do OFE nie ma nic wspólnego. Składa się na to wiele przyczyn z których wspomnę o trzech. Pierwszą jest sam system emerytur, tak zwanych „zusowskich” oparty na zasadzie „solidaryzmu społecznego”. Ta nazwa oznacza ni mniej ni więcej tylko to, że pracujący funduje emerytury tym, którzy nie są już aktywni zawodowo. Jak by nie patrzeć na piękną nazwę tego sposobu utrzymywania emerytów jest on bez wątpienia klasyczną piramidą finansową z wszystkimi zagrożeniami jej przypisanymi. Z tym wyjątkiem, że jak piramida się sypie to, nie ma zmiłuj, trzeba w nią lądować kasę. Bo w odróżnieniu od tych klasycznych „piramid” tę organizuje Państwo więc ma nieco więcej możliwości odsunięcia krachu. Związana systemowo z tym, co przed chwilą opisałem, przyczyna druga ( zaniechanie widzenia jej to chyba grzech największy kolegi Starego) tak jak i ta pierwsza, wyprzedza chronologicznie nie tylko OFE ale również PiS a nawet PC (jeśli się nie lubi Kaczyńskich to smutna konstatacje). Jest nią mający wiele przyczyn potężny dług ZUS, którym instytucja ta wjechała w III RP. I tu można rzeczywiście mówić o winnych tego, co mamy teraz. Również u Starego zwróciłem uwagę na to, że największą winę za sytuację ponoszą ci, którzy wzięli w swoje ręce sprawy gospodarcze i społeczne a szczególnie prywatyzację państwowego majątku. Gdyby dziś próbować powiedzieć co ten proces dał nam pozytywnego to… nawet nie próbuję sobie wyobrazić reakcji zapytanego o to „przygodnego obywatela”. Bo tak naprawdę w przeważającej części przeżarliśmy nasz, może i wątły ale jednak konkretny majątek i kapitał. Jak dobry wujek fundowaliśmy „akcje pracownicze” i „pule dla menedżerów”. A dług publiczny, generowany brakami w zasobach ZUS, nie malał. I dojechaliśmy z nim przez 20 lat do momentu, w którym wreszcie wylazł na wierzch w tak bolesny sposób. Może to największa zaleta naszego przystąpienia do UE ze politycy nie wszystko sa teraz w stanie bezkarnie, czy też bez świadomości obywateli zamieść po dywan. Przyczyna trzecia to malejące wpływy ZUS. Wynika to po części z reformy, która wprowadziła OFE ale to akurat był ruch we właściwą stronę bo wyjął z tego molocha potrafiącego przetrawić w moment KAŻDE pieniądze, część środków przeznaczonych na finansowanie emerytur. Poważniejszą przyczyną jest coś, co w takich okolicznościach nazwać „zapaścią demograficzną”, której skutkiem jest starzenie społeczeństwa a za nim mniejsza liczba tych, co się na emerytów zrzucą. I tu nie potrafię się oprzeć pokusie nazwania idiotami tych wszystkich polityków, którzy przechwalali się (i dalej potrafią to robić) uzyskaniem „otwarcia rynków pracy” w innych krajach. To może mniej istotny ale kolejny powód problemów. Bo jest to drenaż tej grupy, która powinna zasilać nasz a nie francuski czy niemiecki system emerytalny. jakim by on nie był…
Jednym słowem walki na froncie OFE nie sa, jak chciałby to widzieć Stary, żadna walką z „kaczyzmem” w gospodarce. Są upartym „brnięciem ślepego w kierunku przepaści”. Są sposobem na to, by przeżreć natychmiast to, co mięliśmy szczery zamiar ulokować w spiżarni.
Problemem naszego systemu emerytalnego jest to, że nikt dotąd nie miał odwagi powiedzieć obywatelom „Zapomnijcie o drogach, wakacjach w Egipcie, stadionach na Euro2012. o Euro2012 tez zapomnijcie. Zapomnijcie o tym wszystkim póki co do złotówki nie spłacimy długu, który wynieśliśmy jeszcze z PRL-u. Długu wobec tych, którym państwo przez dziesiątki lat zabierało pieniądze mamiąc obietnicą socjalnego zabezpieczenia w postaci emerytur. Nie potrafię zrozumieć czemu nie zrobiono tego w momencie odsunięcia od władzy PZPR-u. Choć może rozumiem. Wtedy było „kochajmy się” a potrzeba było powiedzieć „musimy zaciskać pasa bo oni puścili nas z torbami”. To, co mamy teraz to istny chichot historii. Oto nagle „nie stać nas” gdy usiłujemy równocześnie sprzedać obywatelom wizję naszego „sukcesu” transformacji i integracji. teraz dopiero trudno obywatelom pojąc. Skoro bidny jak jaka Rumunia PRL była w stanie na łożu śmierci poosłaniać wszystkich zasiłkami, wyrównaniami to czemu czegoś innego pamiętający tamto obywatel miałby mniej wymagać od „tygrysa Europy”, od „zielonej wyspy”?!
Tak więc cała złośliwość Starego wobec PiS jest niezbyt na miejscu i pod niezbyt właściwym adresem. Przepisywanie na siłę PiS-owi winy za zapaść budżetu i za systemową „kontrrewolucję” zawracającą wprost do PRL-u jest wyrazem „antypisowskiego odchylenia” a nie uczciwą analizą. To, że rządowi zabraknie albo na emerytury albo na dopchnięcie kolanem wymarzonego wskaźnika zadłużenia ani z PiS ani z OFE nie ma nic wspólnego. Bo dotyczy nie ludzi, którzy w systemie OFE funkcjonują. Póki co do nich ani państwo ani nikt jeszcze nie musi dopłacać. Problemem sa ci, których emerytury są powinnością Państwa, któremu kiedyś zabrakło zdolności właściwej oceny kierunku, w którym zmierza. Ruch PO sprawia, ze w podobna sytuację ma zamiar wpakować i tych, których niemal udało się z tej sytuacji bez wyjścia wyciągnąć. Bo zamiast rozwiązać problem przesuwa się go w czasie skazując na niego i tych, którzy mieli być w OFE i do OFE kierować jakby co swe pretensje.
Ostatnie uwagi kolegi Starego zawarte w cytacie to już zwyczajna, niemerytoryczna „gęba” wedle schematu, w którym są i „polskojęzyczni” i „nieprawomyślni” i na dodatek jest „chrześcijaństwo”. Tylko co mają tu do rzeczy nie wiem.
Poza tym oczywiście że PiS odpowiada za ZUS, koklusz i Mubaraka. I za całą resztę świństwa i zła tego świata.
* http://stary.salon24.pl/274564,mur
Blogera Starego cenię przede wszystkim za stosunkową otwartość na dyskusję. Owszem, banuje tego i owego ale z moich doświadczeń wygląda, że w takich sytuacjach wina leży tudzież w niemożliwości osiągnięcia choćby zbliżenia stanowisk co (zdecydowanie bardziej) w poziomie emocji. Ja ze Starym nigdy chyba stanowisk nie zbliżyłem a jakoś potrafimy się traktować z atencją.
Tedy mam prawo przypuszczać że i ta polemika nie zmieni naszych relacji.
Od wczoraj rana w eksponowanym miejscu Salonu24 widnieje tekst Glogera Starego pt. „Mur”* zawierający ostra krytykę poczynań PiS. W zasadzie większość wpisów Starego do tego się właśnie sprowadza różniąc się konkretami. Tym razem padło na propozycje tej partii w sferze gospodarki, przygotowane jako oferta wyborcza i przedstawione na niedawnej konferencji w warszawskim Sheratonie.
Generalnie nie czepiałbym się bo ma prawo oczywiście Stary do krytyki PiS i negować tego prawa nie mam zamiaru. Co więcej znając niektóre propozycje przedstawione na konferencji wyłącznie na zasadzie haseł nie jestem w stanie wdawać się w polemikę w ich obronie. A nawet przeciwnie. W takim kształcie, jak je usłyszałem, byłbym skłonny zgodzić się z niektórymi uwagami Starego.
Za nic jednak nie jestem w stanie zaakceptować tej części, która odnosi się do propozycji PiS będącej alternatywą wobec rzędowego projektu, nazwę to ostro, kastracji obecnego systemu emerytalnego. Nie oprę się złośliwości i powiem, że jakoś tak w krew wszedł PO ten rodzaj zabiegu… Ale do rzeczy.
Pisze Stary:
„OFE. Komu wola do ZUSu, komu zaś do OFE bliżej, droga wolna. Tylko, że wpłaty do OFE w dotychczasowym kształcie implikują konieczność pokrycia przez budżet należności współczesnych emerytów. Kiedy się więc je nawet częściowo pozostawi w dotychczasowym stanie, to się częściowo będzie trzeba dalej o starców kłopotać. A zadłużone właśnie wskutek dotychczasowych wpłat do OFE i popieranych przez PiS przywilejów emerytalnych państwo nie wysupła na to dodatkowych środków bez powiększania długu. Czyli, tylko część emerytur będzie opłacana? Ta, którą pokryją wpłaty do ZUS od ludzi, którzy z własnej woli z OFE zrezygnują? A reszta? Może się w wypłatach emerytur pominie polskojęzycznych i w ten sposób rozwiąże problem starzenia społeczeństwa. Nieprawomyślnych się zwyczajnie zagłodzi. Zgodnie zresztą z chrześcijańską zasadą solidarności patriotycznego gospodarczo państwa.”
Fragment przydługi ale cały godny skomentowania. O „implikowaniu konieczności pokrycia przez budżet należności współczesnych emerytów” wpłatami do OFE stoczyłem ze Starym walkę w komentarzach. Pokrótce więc przedstawię swoje stanowisko. Jest to, delikatnie mówiąc, bardzo niewłaściwe widzenie problemu. „Pokrywanie należności współczesnych emerytów” z Palatami do OFE nie ma nic wspólnego. Składa się na to wiele przyczyn z których wspomnę o trzech. Pierwszą jest sam system emerytur, tak zwanych „zusowskich” oparty na zasadzie „solidaryzmu społecznego”. Ta nazwa oznacza ni mniej ni więcej tylko to, że pracujący funduje emerytury tym, którzy nie są już aktywni zawodowo. Jak by nie patrzeć na piękną nazwę tego sposobu utrzymywania emerytów jest on bez wątpienia klasyczną piramidą finansową z wszystkimi zagrożeniami jej przypisanymi. Z tym wyjątkiem, że jak piramida się sypie to, nie ma zmiłuj, trzeba w nią lądować kasę. Bo w odróżnieniu od tych klasycznych „piramid” tę organizuje Państwo więc ma nieco więcej możliwości odsunięcia krachu. Związana systemowo z tym, co przed chwilą opisałem, przyczyna druga ( zaniechanie widzenia jej to chyba grzech największy kolegi Starego) tak jak i ta pierwsza, wyprzedza chronologicznie nie tylko OFE ale również PiS a nawet PC (jeśli się nie lubi Kaczyńskich to smutna konstatacje). Jest nią mający wiele przyczyn potężny dług ZUS, którym instytucja ta wjechała w III RP. I tu można rzeczywiście mówić o winnych tego, co mamy teraz. Również u Starego zwróciłem uwagę na to, że największą winę za sytuację ponoszą ci, którzy wzięli w swoje ręce sprawy gospodarcze i społeczne a szczególnie prywatyzację państwowego majątku. Gdyby dziś próbować powiedzieć co ten proces dał nam pozytywnego to… nawet nie próbuję sobie wyobrazić reakcji zapytanego o to „przygodnego obywatela”. Bo tak naprawdę w przeważającej części przeżarliśmy nasz, może i wątły ale jednak konkretny majątek i kapitał. Jak dobry wujek fundowaliśmy „akcje pracownicze” i „pule dla menedżerów”. A dług publiczny, generowany brakami w zasobach ZUS, nie malał. I dojechaliśmy z nim przez 20 lat do momentu, w którym wreszcie wylazł na wierzch w tak bolesny sposób. Może to największa zaleta naszego przystąpienia do UE ze politycy nie wszystko sa teraz w stanie bezkarnie, czy też bez świadomości obywateli zamieść po dywan. Przyczyna trzecia to malejące wpływy ZUS. Wynika to po części z reformy, która wprowadziła OFE ale to akurat był ruch we właściwą stronę bo wyjął z tego molocha potrafiącego przetrawić w moment KAŻDE pieniądze, część środków przeznaczonych na finansowanie emerytur. Poważniejszą przyczyną jest coś, co w takich okolicznościach nazwać „zapaścią demograficzną”, której skutkiem jest starzenie społeczeństwa a za nim mniejsza liczba tych, co się na emerytów zrzucą. I tu nie potrafię się oprzeć pokusie nazwania idiotami tych wszystkich polityków, którzy przechwalali się (i dalej potrafią to robić) uzyskaniem „otwarcia rynków pracy” w innych krajach. To może mniej istotny ale kolejny powód problemów. Bo jest to drenaż tej grupy, która powinna zasilać nasz a nie francuski czy niemiecki system emerytalny. jakim by on nie był…
Jednym słowem walki na froncie OFE nie sa, jak chciałby to widzieć Stary, żadna walką z „kaczyzmem” w gospodarce. Są upartym „brnięciem ślepego w kierunku przepaści”. Są sposobem na to, by przeżreć natychmiast to, co mięliśmy szczery zamiar ulokować w spiżarni.
Problemem naszego systemu emerytalnego jest to, że nikt dotąd nie miał odwagi powiedzieć obywatelom „Zapomnijcie o drogach, wakacjach w Egipcie, stadionach na Euro2012. o Euro2012 tez zapomnijcie. Zapomnijcie o tym wszystkim póki co do złotówki nie spłacimy długu, który wynieśliśmy jeszcze z PRL-u. Długu wobec tych, którym państwo przez dziesiątki lat zabierało pieniądze mamiąc obietnicą socjalnego zabezpieczenia w postaci emerytur. Nie potrafię zrozumieć czemu nie zrobiono tego w momencie odsunięcia od władzy PZPR-u. Choć może rozumiem. Wtedy było „kochajmy się” a potrzeba było powiedzieć „musimy zaciskać pasa bo oni puścili nas z torbami”. To, co mamy teraz to istny chichot historii. Oto nagle „nie stać nas” gdy usiłujemy równocześnie sprzedać obywatelom wizję naszego „sukcesu” transformacji i integracji. teraz dopiero trudno obywatelom pojąc. Skoro bidny jak jaka Rumunia PRL była w stanie na łożu śmierci poosłaniać wszystkich zasiłkami, wyrównaniami to czemu czegoś innego pamiętający tamto obywatel miałby mniej wymagać od „tygrysa Europy”, od „zielonej wyspy”?!
Tak więc cała złośliwość Starego wobec PiS jest niezbyt na miejscu i pod niezbyt właściwym adresem. Przepisywanie na siłę PiS-owi winy za zapaść budżetu i za systemową „kontrrewolucję” zawracającą wprost do PRL-u jest wyrazem „antypisowskiego odchylenia” a nie uczciwą analizą. To, że rządowi zabraknie albo na emerytury albo na dopchnięcie kolanem wymarzonego wskaźnika zadłużenia ani z PiS ani z OFE nie ma nic wspólnego. Bo dotyczy nie ludzi, którzy w systemie OFE funkcjonują. Póki co do nich ani państwo ani nikt jeszcze nie musi dopłacać. Problemem sa ci, których emerytury są powinnością Państwa, któremu kiedyś zabrakło zdolności właściwej oceny kierunku, w którym zmierza. Ruch PO sprawia, ze w podobna sytuację ma zamiar wpakować i tych, których niemal udało się z tej sytuacji bez wyjścia wyciągnąć. Bo zamiast rozwiązać problem przesuwa się go w czasie skazując na niego i tych, którzy mieli być w OFE i do OFE kierować jakby co swe pretensje.
Ostatnie uwagi kolegi Starego zawarte w cytacie to już zwyczajna, niemerytoryczna „gęba” wedle schematu, w którym są i „polskojęzyczni” i „nieprawomyślni” i na dodatek jest „chrześcijaństwo”. Tylko co mają tu do rzeczy nie wiem.
Poza tym oczywiście że PiS odpowiada za ZUS, koklusz i Mubaraka. I za całą resztę świństwa i zła tego świata.
* http://stary.salon24.pl/274564,mur
wtorek, 1 lutego 2011
Wielkie dni tow. Napieralskiego
Tendencja w sondażach powtórzyła się w ostatnich dniach się na tyle, że można uznać, iż nie jest to jakieś przypadkowe i chwilowe wahnięcie. Raczej przypomina okres, w którym Jarosław Kaczyński coraz skuteczniej podążał za cieniem Bronisława Komorowskiego by go samego omal nie dopaść na finiszu.
Tyle, że z tego powolnego spadku, wieszczącego może nawet i upadek nie za bardzo mogą i powinni cieszyć się ci, którzy go najtęskniej i najdłużej wypatrywali. Wygląda bowiem na to, że zwichrowane jakiś czas temu wahadło wraca do równowagi i zamierza wykonywać właściwe sobie ruchy. Od ściany do ściany a nie wzdłuż tej samej…
Myślę, że choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak właśnie powinna wyglądać migracja elektoratów po tym co przez ostatnie pięć lat oglądaliśmy, wielu będzie trudno taki obrót rzeczy przyjąć do wiadomości i zaakceptować. Ale mostów nie da się pewnie już odbudować a nadto nikt nawet nie próbował.
Gdyby na podstawie tego, co widzimy w ostatnich badaniach, próbować pokusić się o krótką wróżbę, to można zaryzykować twierdzenie, że wybory 2011 zakończą się remisem trzech największych graczy na scenie. Oczywiście piszę to biorą poprawkę, że trend gwałtownie może się odwrócić. Wszak przed nami 10 kwietnie, który wiele może zmienić. Może wykluczyć z rywalizacji o numer pierwszy w wyścigu albo PO albo PiS.
I tu dochodzę do sedna sprawy.
Jeśli na podstawie tego, co pokazują dziś badania, miałbym wskazać zwycięzcę to już teraz musiałbym skierować palec w stronę tow. Napieralskiego. Proszę się na mnie nie oburzać za takie nazwanie „przywódcy Młodej Lewicy”. Po „Liście Młodej Lewicy do gen. Jaruzelskiego” tak go będę nazywał bez względu na to co się komu podoba i kojarzy. I tyle. Taki wtręt obok tematu…
Dla niego, który od początku swej władzy w SLD bardziej musiał skupiać się na tym by mu jakiś rodzimy Brutus czego w plecy nie wpakował lub choć nogi nie podstawił niż o moszczenie kierowanemu ugrupowaniu coraz wygodniejszego miejsca na scenie już te wyrosłe do około 20% słupki to sukces niezaprzeczalny. Oczywiście nie da się ukryć, że w mniejszym stopniu ten jego sukces jest jego zasługą. To raczej kwestia ślepej uliczki, w która wzajemnie zapędził się niedoszły PO-PiS. On na swoim koncie powinien przede wszystkim zapisać, że się swoim nie dał wysadzić z siodła i dotrwał z partią (o której już z nadzieja myślałem, że na moich oczach ostatecznie zdechnie) do momentu, w którym „wszystko gra na nią”. Tak! Przewiduję, że udało się tow. Napieralskiemu i jego towarzyszom dożyć czasu, że stali się absolutnym samograjem. Takim perpetuum mobile do produkcji społecznego poparcia. Ono samo się im robi!
Powodów jest wiele. Pierwszym zaś jest absolutna dziś niestrawność PiS i PO dla tych, którzy przestali być dla wspomnianych partii „naturalnym” a nawet „żelaznym” elektoratem. Oczywiście szczęście tow. Napieralskiego opiera się i na tym, w jaki sposób doszło do wysączkowania przez PO-PiS PO-PiS-u „bis” czyli inicjatyw Palikota i PJN (czy jak tam się to teraz nazywa…). Gdyby pozostało dwa razy więcej czasu to mogło by być różnie. Tak, jak jest, jest dla SLD znakomicie.
Znakomicie jest i w tym, że SLD stał się dla niedoszłego PO-PiS-u, który i tak zapewne wyrodzi z siebie po wyborach tę partie, która będzie „rozdawać karty”, takim „neoPSL-em” z przejętą po ludowcach doskonałą „obrotowością”. Dziś powoli zaczyna wyglądać na to, że bez SLD nowej koalicji nie będzie. Ona zaś będzie z SLD bez względu na to, kto będzie ją proponował.
I w tym po raz kolejny widać siłę tow. Napieralskiego, który oparł się naciskom niedoszłego Brutusa- Olejniczaka z jego bezkompromisowym parciem ku PO. Mogącym zabić tę nagle objawioną „uniwersalność” partii. Olejniczak, ze swym „warszawskim wynikiem” jest w tej chwili (może chwilowo) dla tow. Napieralskiego nikt. Za mały by pchnąć i za wątły, by podstawiać nogę.
A przy okazji jest chyba też i tak, ze już nikomu SLD „nie śmierdzi”. Trudno zresztą aby skoro bez niego się po prostu nie da.
Cała reszta, przynajmniej w prognozie, zeszła była ze sceny. Choć i to zejście jest dość ciekawe bo „obrotowy” PSL zanotował wynik gorszy nawet od „niewiadomo jakiego” PJN.
W każdym razie, wracając do tow. Napieralskiego, trzeba sobie powiedzieć wprost, że co by się nie działo, będzie dla niektórych, w tym i dla mnie, niesmaczne. Szczególnie z tego powodu, że, świadom swej wysoce luksusowej sytuacji, tow. Napieralski będzie wskazywał krzesełka do zasiedzenia.
Mógłbym w tej bardzo nie luksusowej dla mnie sytuacji szukać jakiejś dobrej strony. Choćby takiej, że może wreszcie poczuje się tow. Napieralski na tyle silnym, by przesunąć resztkę PZPR-owskich „złogów” do trzeciego, czwartego szeregu, stawiając na różnych tam Arłukowiczów. Ale niestety, pociechy żadnej. Po wspomnianym nieco wyżej wiernopoddańczym „liście Młodej Lewicy” do Jaruzelskiego, z mego punktu widzenia tow. Napieralski jest takim samym PZPR-owskim „złogiem” jak te, których widzieć na politycznej scenie już bym nie chciał. Można powiedzieć, że jest jakimś metampsychotycznym wcieleniem takiego ZMP-owskiwego tłuka z lat pięćdziesiątych przeniesionego w cielsko nawykłe do niezłych garniturów i nie wzdrygające się na widok gości z kapitałem. Wręcz przeciwnie zresztą…
Konkludując przyszłość rysuje się w dość czarnych, bo w jakimś stopniu czerwonych barwach. Warto nad tym pomyśleć. Oczywiście to ostatnie to nie do mnie uwaga…
Tyle, że z tego powolnego spadku, wieszczącego może nawet i upadek nie za bardzo mogą i powinni cieszyć się ci, którzy go najtęskniej i najdłużej wypatrywali. Wygląda bowiem na to, że zwichrowane jakiś czas temu wahadło wraca do równowagi i zamierza wykonywać właściwe sobie ruchy. Od ściany do ściany a nie wzdłuż tej samej…
Myślę, że choć wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak właśnie powinna wyglądać migracja elektoratów po tym co przez ostatnie pięć lat oglądaliśmy, wielu będzie trudno taki obrót rzeczy przyjąć do wiadomości i zaakceptować. Ale mostów nie da się pewnie już odbudować a nadto nikt nawet nie próbował.
Gdyby na podstawie tego, co widzimy w ostatnich badaniach, próbować pokusić się o krótką wróżbę, to można zaryzykować twierdzenie, że wybory 2011 zakończą się remisem trzech największych graczy na scenie. Oczywiście piszę to biorą poprawkę, że trend gwałtownie może się odwrócić. Wszak przed nami 10 kwietnie, który wiele może zmienić. Może wykluczyć z rywalizacji o numer pierwszy w wyścigu albo PO albo PiS.
I tu dochodzę do sedna sprawy.
Jeśli na podstawie tego, co pokazują dziś badania, miałbym wskazać zwycięzcę to już teraz musiałbym skierować palec w stronę tow. Napieralskiego. Proszę się na mnie nie oburzać za takie nazwanie „przywódcy Młodej Lewicy”. Po „Liście Młodej Lewicy do gen. Jaruzelskiego” tak go będę nazywał bez względu na to co się komu podoba i kojarzy. I tyle. Taki wtręt obok tematu…
Dla niego, który od początku swej władzy w SLD bardziej musiał skupiać się na tym by mu jakiś rodzimy Brutus czego w plecy nie wpakował lub choć nogi nie podstawił niż o moszczenie kierowanemu ugrupowaniu coraz wygodniejszego miejsca na scenie już te wyrosłe do około 20% słupki to sukces niezaprzeczalny. Oczywiście nie da się ukryć, że w mniejszym stopniu ten jego sukces jest jego zasługą. To raczej kwestia ślepej uliczki, w która wzajemnie zapędził się niedoszły PO-PiS. On na swoim koncie powinien przede wszystkim zapisać, że się swoim nie dał wysadzić z siodła i dotrwał z partią (o której już z nadzieja myślałem, że na moich oczach ostatecznie zdechnie) do momentu, w którym „wszystko gra na nią”. Tak! Przewiduję, że udało się tow. Napieralskiemu i jego towarzyszom dożyć czasu, że stali się absolutnym samograjem. Takim perpetuum mobile do produkcji społecznego poparcia. Ono samo się im robi!
Powodów jest wiele. Pierwszym zaś jest absolutna dziś niestrawność PiS i PO dla tych, którzy przestali być dla wspomnianych partii „naturalnym” a nawet „żelaznym” elektoratem. Oczywiście szczęście tow. Napieralskiego opiera się i na tym, w jaki sposób doszło do wysączkowania przez PO-PiS PO-PiS-u „bis” czyli inicjatyw Palikota i PJN (czy jak tam się to teraz nazywa…). Gdyby pozostało dwa razy więcej czasu to mogło by być różnie. Tak, jak jest, jest dla SLD znakomicie.
Znakomicie jest i w tym, że SLD stał się dla niedoszłego PO-PiS-u, który i tak zapewne wyrodzi z siebie po wyborach tę partie, która będzie „rozdawać karty”, takim „neoPSL-em” z przejętą po ludowcach doskonałą „obrotowością”. Dziś powoli zaczyna wyglądać na to, że bez SLD nowej koalicji nie będzie. Ona zaś będzie z SLD bez względu na to, kto będzie ją proponował.
I w tym po raz kolejny widać siłę tow. Napieralskiego, który oparł się naciskom niedoszłego Brutusa- Olejniczaka z jego bezkompromisowym parciem ku PO. Mogącym zabić tę nagle objawioną „uniwersalność” partii. Olejniczak, ze swym „warszawskim wynikiem” jest w tej chwili (może chwilowo) dla tow. Napieralskiego nikt. Za mały by pchnąć i za wątły, by podstawiać nogę.
A przy okazji jest chyba też i tak, ze już nikomu SLD „nie śmierdzi”. Trudno zresztą aby skoro bez niego się po prostu nie da.
Cała reszta, przynajmniej w prognozie, zeszła była ze sceny. Choć i to zejście jest dość ciekawe bo „obrotowy” PSL zanotował wynik gorszy nawet od „niewiadomo jakiego” PJN.
W każdym razie, wracając do tow. Napieralskiego, trzeba sobie powiedzieć wprost, że co by się nie działo, będzie dla niektórych, w tym i dla mnie, niesmaczne. Szczególnie z tego powodu, że, świadom swej wysoce luksusowej sytuacji, tow. Napieralski będzie wskazywał krzesełka do zasiedzenia.
Mógłbym w tej bardzo nie luksusowej dla mnie sytuacji szukać jakiejś dobrej strony. Choćby takiej, że może wreszcie poczuje się tow. Napieralski na tyle silnym, by przesunąć resztkę PZPR-owskich „złogów” do trzeciego, czwartego szeregu, stawiając na różnych tam Arłukowiczów. Ale niestety, pociechy żadnej. Po wspomnianym nieco wyżej wiernopoddańczym „liście Młodej Lewicy” do Jaruzelskiego, z mego punktu widzenia tow. Napieralski jest takim samym PZPR-owskim „złogiem” jak te, których widzieć na politycznej scenie już bym nie chciał. Można powiedzieć, że jest jakimś metampsychotycznym wcieleniem takiego ZMP-owskiwego tłuka z lat pięćdziesiątych przeniesionego w cielsko nawykłe do niezłych garniturów i nie wzdrygające się na widok gości z kapitałem. Wręcz przeciwnie zresztą…
Konkludując przyszłość rysuje się w dość czarnych, bo w jakimś stopniu czerwonych barwach. Warto nad tym pomyśleć. Oczywiście to ostatnie to nie do mnie uwaga…
Trup gen. Błasika na widoku publicznym.
Tytuł może wydawać się drastyczny i jeśli kogoś uraził, przepraszam. Ale jego drastyczność niczym jest przy sprawie, do której się odnosi. Wczoraj upubliczniony został apel pani Zuzanny Kurtyki do Premiera Donalda Tuska o podjęcie działań zmierzających do usunięcia przez MAK (Межгосударственный авиационный комитет)ze swej strony internetowej protokołu sekcji zwłok gen. Andrzeja Błasika. To kolejny, po podobnym w treści apelu z 18 stycznia mec. Bartosza Kownackiego, reprezentującego m.in. rodzinę gen. Błasika głos w tej bulwersującej sprawie. jak na razie, sądząc z medialnej ciszy, kolejny nieskuteczny. Trudno zgadnąć czemu.
Być może zwróciły się z nim do Premiera niewłaściwe osoby. Gdyby zrobiła to pani Ewa Komorowska albo gdyby o gen. Błasika upomniał się pan Deresz to kto wie? W końcu nie jest tajemnica, że wśród „smoleńskich rodzin” są te „nasze” i te „ich”.
Może też jest to konsekwentne działanie kierującego naszym państwem polityka, który uznał, że łykniemy z tamtej strony wszystko byle pozostać na ścieżce i kursie” normalizacji i ocieplenia relacji z naszym północnym, wielkim sąsiadem. Zgodnie z przekonaniem wygłoszonym przez prezydenckiego doradcę, pana Nałęcza, że dla tej normalizacji i dla tego ocieplenia warto ponieść każda ofiarę. Szczególnie gdy nie ponosi się jej osobiście.
Może wreszcie mamy do czynienia z tym, o czym po ostatnim występie ekipy Anodiny mówią nawet ci, których o „zoologiczna” niechęć do Tuska nikt podejrzewać nie może. Że on doskonale pojmuje, że nie jest w stanie podskoczyć nawet komuś takiemu, jak szefowa MAK, nie mówiąc już o moskiewskim „szefie wszystkich szefów”.
Albo, czego tez wykluczyć nie można, ta sprawa to kolejna ilustracja specyficznej „pracowitości” szefa rządu i jego specyficznej metody radzenia sobie ze sprawami trudnymi. Metody zwanej gdzieniegdzie i przez niektórych „chowaniem się do szafy”.
Jakby nie było, taka postawa jest niedopuszczalna. W naszej kulturze przyjęło się, że dowódca nie zostawia na pastwę nieprzyjaciela ani padlinożerców ciał swych żołnierzy. To, że, choć w sposób wirtualny, o ciało gen. Błasika nie zadbano dotąd w należyty sposób przypomina jednak bez dwóch zdań choćby „chlubne” karty brytyjskiej tradycji dowódców zapisane pod Bałakławą czy Gallipoli.
Myślę, że w tej sprawie powinni zabrać głos najważniejsi żołnierze Rzeczpospolitej. Świadomi mądrości, wedle której „hodie michi, cars tibi”.
Myślę, że w tej sprawie drążyć powinni wszyscy, którzy mają w sobie coś, co nazywa się „duma narodową”.
Mam świadomość tego, że dla wielu gen. Błasik, wbrew znanym dokumentom, jest tym, który osobiście, na rozkaz Lecha Kaczyńskiego skierował TU 154 ku ziemi. Ale nawet takie zaślepienie nie wyklucza bycia człowiekiem cywilizowanym, który wie, że w naszym systemie prawnym coś takiego, jak bezczeszczenie ciała nie występuje jako kara przewidywana za cokolwiek.
Cóż w związku z tym?
W związku z tym najlepiej zapytać czy to samego Premiera, czy też jego Ministra, oddelegowanego do tej konkretnej sprawy co już przedsięwzięli lub zamierzają przedsięwziąć aby tę kompromitująca ich jako reprezentantów Rzeczpospolitej jak tez jako konkretne osoby sprawie.
Dla ułatwienia:
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
00-583 Warszawa,
Al. Ujazdowskie 1/3
e-mail: kontakt@kprm.gov.pl
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji
ul. Stefana Batorego 5
02-591 Warszawa
kancelaria.glowna@mswia.gov.pl
ps. Być może już rzecz została załatwiona (na stronie MAK nie znalazłem materiału ale tam znaleźć cokolwiek nie jest łatwo). Jeśli tak to proszę o informacje. Póki co nie znalazłem ani oficjalnej reakcji na list pani Kurtyki ani informacji w mediach, że już po sprawie.
I jeszcze- W zasadzie nie reaguję nerwowo nawet na głosy wyjątkowo krytyczne. Dotąd zablokowałem 2 i ½ komentatora. I nie chciałbym tego zmieniać. Ale surowo potraktuję każdego, kto zechce pobluzgać na gen Błasika czy inne ofiary katastrofy. jak chce to może na mnie. Ja sobie poradzę…
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Apeluja-do-Tuska-ws-sekcji-gen-Blasika-To-karygodne,wid,13088494,wiadomosc.html
http://tvp.info/informacje/polska/usunac-z-internetu-dane-z-sekcji-gen-blasika/3817864
Być może zwróciły się z nim do Premiera niewłaściwe osoby. Gdyby zrobiła to pani Ewa Komorowska albo gdyby o gen. Błasika upomniał się pan Deresz to kto wie? W końcu nie jest tajemnica, że wśród „smoleńskich rodzin” są te „nasze” i te „ich”.
Może też jest to konsekwentne działanie kierującego naszym państwem polityka, który uznał, że łykniemy z tamtej strony wszystko byle pozostać na ścieżce i kursie” normalizacji i ocieplenia relacji z naszym północnym, wielkim sąsiadem. Zgodnie z przekonaniem wygłoszonym przez prezydenckiego doradcę, pana Nałęcza, że dla tej normalizacji i dla tego ocieplenia warto ponieść każda ofiarę. Szczególnie gdy nie ponosi się jej osobiście.
Może wreszcie mamy do czynienia z tym, o czym po ostatnim występie ekipy Anodiny mówią nawet ci, których o „zoologiczna” niechęć do Tuska nikt podejrzewać nie może. Że on doskonale pojmuje, że nie jest w stanie podskoczyć nawet komuś takiemu, jak szefowa MAK, nie mówiąc już o moskiewskim „szefie wszystkich szefów”.
Albo, czego tez wykluczyć nie można, ta sprawa to kolejna ilustracja specyficznej „pracowitości” szefa rządu i jego specyficznej metody radzenia sobie ze sprawami trudnymi. Metody zwanej gdzieniegdzie i przez niektórych „chowaniem się do szafy”.
Jakby nie było, taka postawa jest niedopuszczalna. W naszej kulturze przyjęło się, że dowódca nie zostawia na pastwę nieprzyjaciela ani padlinożerców ciał swych żołnierzy. To, że, choć w sposób wirtualny, o ciało gen. Błasika nie zadbano dotąd w należyty sposób przypomina jednak bez dwóch zdań choćby „chlubne” karty brytyjskiej tradycji dowódców zapisane pod Bałakławą czy Gallipoli.
Myślę, że w tej sprawie powinni zabrać głos najważniejsi żołnierze Rzeczpospolitej. Świadomi mądrości, wedle której „hodie michi, cars tibi”.
Myślę, że w tej sprawie drążyć powinni wszyscy, którzy mają w sobie coś, co nazywa się „duma narodową”.
Mam świadomość tego, że dla wielu gen. Błasik, wbrew znanym dokumentom, jest tym, który osobiście, na rozkaz Lecha Kaczyńskiego skierował TU 154 ku ziemi. Ale nawet takie zaślepienie nie wyklucza bycia człowiekiem cywilizowanym, który wie, że w naszym systemie prawnym coś takiego, jak bezczeszczenie ciała nie występuje jako kara przewidywana za cokolwiek.
Cóż w związku z tym?
W związku z tym najlepiej zapytać czy to samego Premiera, czy też jego Ministra, oddelegowanego do tej konkretnej sprawy co już przedsięwzięli lub zamierzają przedsięwziąć aby tę kompromitująca ich jako reprezentantów Rzeczpospolitej jak tez jako konkretne osoby sprawie.
Dla ułatwienia:
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
00-583 Warszawa,
Al. Ujazdowskie 1/3
e-mail: kontakt@kprm.gov.pl
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji
ul. Stefana Batorego 5
02-591 Warszawa
kancelaria.glowna@mswia.gov.pl
ps. Być może już rzecz została załatwiona (na stronie MAK nie znalazłem materiału ale tam znaleźć cokolwiek nie jest łatwo). Jeśli tak to proszę o informacje. Póki co nie znalazłem ani oficjalnej reakcji na list pani Kurtyki ani informacji w mediach, że już po sprawie.
I jeszcze- W zasadzie nie reaguję nerwowo nawet na głosy wyjątkowo krytyczne. Dotąd zablokowałem 2 i ½ komentatora. I nie chciałbym tego zmieniać. Ale surowo potraktuję każdego, kto zechce pobluzgać na gen Błasika czy inne ofiary katastrofy. jak chce to może na mnie. Ja sobie poradzę…
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Apeluja-do-Tuska-ws-sekcji-gen-Blasika-To-karygodne,wid,13088494,wiadomosc.html
http://tvp.info/informacje/polska/usunac-z-internetu-dane-z-sekcji-gen-blasika/3817864
Subskrybuj:
Posty (Atom)