Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO Tusk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO Tusk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2011

Miś na miarę czasów czyli redaktor Tusk

W filmie „Czarny czwartek” scen wbijających się w pamięć jest tak wiele, że ta akurat mogła ujść uwadze albo nie utkwić. A miała kluczowe znaczenie bo wszystko inne z niej właśnie wynikło. Stefania Drywa kupuje w sklepie mały kawałek salcesonu ( większość czytelników pewnie nie wie co to takiego) i w ten sposób na własnej skórze dowiaduje się na czym polega polityka gospodarcza towarzysza Gomułki. Cóż to ma wspólnego ze współczesnością, o której, jak można sadzić z tytułu, ma traktować ten tekst? Weekend spędziłem w „Polsce B” w mieścinie będącej jej samą esencją. Tam właśnie byłem świadkiem sceny, mogącej nawet uchodzić za rodzaj recydywy gomułkowszczyzny. Jakaś skromnie ubrana kobieta, po skasowaniu przez obsługę sklepu jej wcale nie za obfitych sprawunków, najpierw zdziwiła się słysząc wielkość żądanej kwoty a zaraz po tym, przyznała, że tyle nie ma bo i nie spodziewała się takiej sumy. Tłumaczyła, że przecież nic specjalnego nie kupiła, zawsze starczało a na koniec musiała decydować co musi zostawić.

Jeśli by ktoś mi teraz zarzucił, że to moje porównanie i ta „gomułkowszczyzna” to gruba przesada i nadużycie, bez oporów przyznałbym mu rację. Gdyby nie jedna okoliczność.

Będąc na tym moim końcu świata ominąłem kolejny przykład tego, jak „zaprzyjaźnione media” zaczynają walczyć o podupadłą reputację Premiera i pompować zrozumienie dla jego racji. na dobra sprawę odnieść można wrażenie, że pan Tusk zmienił właśnie pracę i zatrudnił się w kilku redakcjach. W „Wyborczej” ponoć wręcz dostał propozycje całego cyklu materiałów. Będzie co czytać dzieciom jako bajeczki na dobranoc w myśl hasła „poczytaj mi mamo”.

Materiał, o którym myślę, to rozmowa Stokrotki Mej Ulubionej z panem Tuskiem w ramach „odchudzonego” po wyjęciu pana Błaszczaka programu „Siódmy dzień tygodnia”. W rozmowie tej pan Tusk tłumaczy różnicę między słusznym jego zdaniem wypominaniem swego czasu Jarosławowi Kaczyńskiemu wzrostu cen a niesłusznym bez wątpienia wypominaniem tego samego jemu. Jeśli ktoś chce pojąc istotę tej „słuszności” i „niesłuszności”, odsyłam do rozmowy. I do argumentacji Premiera, który zresztą przyznaje, że wcale nie uważał wówczas, iż Kaczyński za te ceny odpowiada. Pewnie mówi tak by i teraz nikt nie uważał że on ma coś wspólnego z benzyną za 5, 12 (za tyle kupowałem) i cukrem za cholera wie ile.

Sprawa tej niespójności, z jaką pan Tusk patrzy na swoje urzędowanie i wynikające z niego konsekwencje dla Polski, najdobitniej wychodzi, gdy zestawi się tę część materiału z „Wyborczej” w którym Premier rozwodzi się i rozczula nad prawem żyjących dzisiaj rodzin (tak… rodziny zawsze najbardziej chwytają za serce) do konsumowania owoców dobrobytu, przekonanie, że dobre chęci rządu i jego fachowość obiektywnie musiały przegrać z kryzysem oraz twierdzenie, że przez kryzys przeszliśmy „suchą nogą”.

Kiedy te polskie rodziny będą radośnie konsumować sugerowane przez szefa rządu owoce, mieć trzeba (przynajmniej z punktu widzenia Premiera i jego ekipy) nadzieję, że pojmą one uwarunkowania zewnętrzne wpływające na tę koszmarną cenę wspomnianych owoców.

Myślę, że zapowiadana i rozpoczęta właśnie działalność publicystyczna Donalda Tuska i wzmożona aktywność polityka, który dotąd słynął raczej z tego, że lubił się ze społeczeństwem bawić w „chowanego” świadczy o dość ograniczonej wierze w „mądrość ludu”. I o przekonaniu, że tę wiarę trzeba teraz intensywnie podsycać. Przypomina mi ona zresztą pewien program z czasów „Polski jaruzelskiej”. Nazywał się on „Proste pytania” i polegał na tym, że wbrew tytułowi, ówczesny szef telewizji udzielał skomplikowanych i dość karkołomnych odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie, które cisnęło się wówczas na usta każdego Polaka. No… prawie każdego. Pytania o to, czemu jest tak do dupy. Pan Loranc, bo to on był gwiazdą tej pogadanki, zwracał się do Polaków grobowym głosem i ze zbolałą miną co tym łatwiej pozwalało rodakom przyjąć, że łże jak pies. I to w porze, w której obywatele chcieli się od łgarstw władzy choć na chwile oderwać na rzecz jakiegoś westernu albo choć Dobranocki. Przytaczam ten przykład jako przestrogę dla naszej nowej „gwiazdy publicystyki”. Trzeba, panie Premierze znać granice.

Ja rozumiem, że w wyścigu wyborczym już wyszliśmy z ostatniego wirażu na ostatnia prostą. I wobec zadyszki obecnej ekipy ten i ów musiał uznać, że mamy do czynienia z ewidentną astmą i natychmiast trzeba podawać sterydy. Tyle, że Polak, jakkolwiek najczęściej „głupi po szkodzie”, to jednak poczucie własnej wartości ma najczęściej nad miarę rozbuchane i zdecydowanie nie lubi jak ktoś z niego w oczywisty sposób „ciągnie łacha”. I w związku z tym bez trudu może uznać, że przekonywanie, iż „Polska rośnie w siłę a ludzie żyją dostanej” i słodzenie tego cukrem za 5 złotych od kilograma z tłumaczeniem, że te 5 „zyla” to robota spekulantów, jest niczym innym jak sprezentowaniem nam kolejnej wersji misia. Takiego misia „na miarę naszych potrzeb i możliwości”. Z nadzieją, że nikt nie zauważy, iż „Oczko mu się odlepiło. Temu misiu.” I że raczej oczka się „odlepią” społeczeństwu.

środa, 23 lutego 2011

Strip tease PO z rzezią w tle

Sadziłem dotąd, że jeśli chodzi o taktykę wyborczego samobójstwa trudno będzie przebić nieboszczkę Akcję Wyborcza Solidarność. Pamiętam jej radosny udział w licytacji „dobrych wujków” przy tworzeniu budżetu na wyborczy rok i coś, co w młodzieżowym żargonie nazywano „zdziwkiem" gdy okazało się, że radości starczyło tylko do momentu, w którym minister Bauc odkrył efekt tej licytacji zapisany później w historii naszej ekonomii politycznej jako „dziura” jego imienia.

Przyznam, że nie sądziłem, iż tamto osiągnięcie zostanie przebite przez ekipę, która do niedawna w zgodnej ocenie ekspertów (poza, rzecz jasna, „pisopwskimi frustratami”) przedstawiana była jak coś w rodzaju smokingu wśród pospolitej garderoby. I tak było przez trzy lata. A skoro tyle się wytrzymało to kto by pomyślał, że rok więcej to taki problem.

I nagle ten smoking został w przypływie jakiegoś nagłego ekshibicjonizmu zrzucony z nagła właśnie w tym najistotniejszym roku ukazując wszystkim prawdziwe, choć, jak wychodzi, dość wątpliwej urody wdzięki rządzącej partii. Taki spontaniczny strip tease damy wątpliwych wdzięków, która czuje że to ostatnia okazja bo za jakiś czas nikt nie zareaguje.

A ludzie się dziwią. Nie do końca pewnie wiedza dokładnie czemu. Czy temu, że ten jowialny i kompetentny dr Jekyll z nagła przeistoczył się w szalonego pana Hyde czy może nagłemu cudowi uzdrowienia zmysłu wzroku. Tego zmysłu, któremu umykały dotąd takie kamyczki toczące się od czasu do czasu z platformerskiego monolitu. Tu senator Misiak, tam afera hazardowa… W zasadzie nic godnego uwagi. A teraz istna lawina. Pokazująca zresztą, że ten typ w smokingu to tak naprawdę jest nagi. I jak się tylko zapomniał, to wszyscy mogli zobaczyć jak wywija niezbyt imponującym interesem.

Taki Wałbrzych, w którym, szast - prast i nie ma PO. Bo to PO co było w Wałbrzychu to aż wstyd się przyznać. I jakby dało się przeciętnemu obywatelowi wmówić, że to nie było żadne PO to byłoby ekstra. Ale nie da się. Choć ci działacze, którzy pewnie wbrew swej woli i swym politycznym planom, goszczą teraz na pierwszych stronach gazet jakby byli jakimi sekretarzami generalnymi partii, z miejsca ciskają legitymacjami by nikt, broń Boże, nie połączył ich z partią, przekaz medialny idzie w świat.

Takie Podlasie gdzie PO rozrabia w stereo. Tu „doły” chcą wycinać barona a tam znowu prokuratura zamaszyście wycina cała samorządową reprezentację Platformy. No Święci Pańscy! W roku wyborczym?! Do tego krążą słuchy, że Wałbrzych i Białystok to taki gwóźdź do trumny „numeru dwa” w partii i „numeru jeden” do likwidacji w rankingu wodza. A że wycina się na oczach? Może wódz chce właśnie pokazać jaki z niego Dżyngis Chan i jak kończą ci, co ośmielą się mu fikać?

Mógłby jednak ów domorosły Temudżyn przypatrzeć się uważniej swemu dziełu to i penie by zobaczył w jakie rzeźnickie perpetuum mobile zmienia się ta jego lista wycinanych. Z każdą taką akcją szanse jego partii na rewelacyjny wynik maleją a przez to kurczy się ławka, na której po wyborach szanowne tyłeczki usadzą jego stronnicy. Tak więc trzeba ciąć, jeszcze bardziej ciąć! „Aż we krwi będziem po kolana”. Nie wiem z kogo to cytat ale dotyczy „zjadania własnych dzieci przez rewolucję” w sławetnym czasie francuskich narodzin demokracji.

Trudno mi tak do końca zgadnąć czy wódz do końca zatracił przypisywane mu jeszcze niedawno talenty. W końcu od jakiegoś czasu nie wiadomo w ogóle czy te wódz istnieje. naród zdążył chyba już zapomnieć jego ostre rysy. W każdym razie przyjął taktykę, po której Polska Platformy Obywatelskiej będzie zapewne wyglądać jak taka szachownica. Obok „białych pól”, w których PO twardo „trzyma władze” pojawią się „czarne dziury”, w których właśnie wyrżnięto stronników Schetyny.

Może zaprawdę jest tak, że wódz oszalał w chwili, gdy mu do głowy przyszło, że „nie ma z kim przegrać” i postanowił, że w takiej sytuacji i tak nie można obywatelom odebrać emocji wyborczych.

Nie pomyślał natomiast, że dla Polaków nie istnieją dwie Platformy, ta wodza i ta gorsza, Platforma Schetyny. A rzeź tej drugiej odbierana będzie nie jako czynności porządkowe ale raczej coś na kształt samookaleczenia, taka autoagresja.

I na koniec wyborcy nie pozostaną z wrażeniem, że podły to jest pan Grzegorz ale że nagi i w swej nagości mało ponętny jest sam król i całe jego otoczenie. To jest, to będzie, taki zbiorowy strip tease. I to w najgorszym guście.

sobota, 12 lutego 2011

Odruch szczura czyli zgroza w Platformie.

Nie twierdzę, że pan Ostachowicz jest szczurem. To oczywiste porównanie do znanego powiedzenia o tonącym okręcie. Nie twierdzę, ze pan Ostachowicz jest taki czy inny bo nie miałem, ani ja ani większość społeczeństwa, poznać przymiotów tego, starającego się zbytnio nie rzucać w oczy, zdolnego człowieka. Tytle o nim wiem, że był najpierw pomysłodawcą chamskiego, acz skutecznego „numeru” z zachowaniem publiczności podczas debaty Tusk-Kaczyński a później kapłanem PiaRowskiej religii, która Platformie zastąpiła realne życie.

Mimo tej mojej nikłej wiedzy o zaletach, wadach i w ogóle fizycznej i psychicznej konstrukcji pana Ostachowicza nie mam najmniejszych wątpliwości, że jest to postać dla PO szczególna. To taka ściana, która oddziela Donalda Tuska od reszty partii, od reszty polityki od reszty rzeczywistości. W tym oczywiście sensie, że my rzadko mamy możliwość oglądać Donalda Tuska saute. Jeśli już to mocno doprawionego właśnie przez pana Ostachowicza.

Wieść gminna, którą podają aż dwa dzienniki*, wedle której pan Ostachowicz, „szara eminencja” rządzącej ekipy i, jak niektórzy mówią „prawdziwy nr2” w PO lata po przedsiębiorcach i „sonduje” rynek pracy to kolejna, po liście „wychodzącego właśnie z holu Fokusa” Mellera bomba pod wizerunkiem Platformy. O skali dużo większej.

Jak mają wierzyć w zwycięstwo Tuska i PO jej dotychczasowi wyznawcy czy tam wyborcy skoro nie wierzy w nie nawet człowiek, który zna Tuska i PO, że się tak wyrażę, od strony samych flaków. Widać z trzewiami nie jest najlepiej.

Trudno się zresztą temu dziwić skoro w tej chorobie ludźmi, którzy najmocniej wspierają Tuska i najczęściej u niego bywają są pani Kopacz i pan Grabarczyk. Nasi narodowi spece od robienia burdelu wszędzie tam gdzie staną albo choć popatrzą. Tedy trudno się dziwić Ostachowiczowi, że gabinet w KPRM gotów zamienić na jakiś boks w jakiejś korporacji.

Warto popatrzeć jak bojowe są nastroje w partii, która, ustami Premiera, jeszcze niedawno chlubiła się, że „nie ma z kim przegrać”.

„"Siedzą zamknięci w panice i naradzają się, co dalej. Jest poczucie, że to może być już tylko równia pochyła. Narasta świadomość, że potrzebne jest już jakieś przesilenie. Ale jakie? Moim zdaniem bez rekonstrukcji rządu się nie obejdzie . W każdym razie pewne jest jedno: czeka nas „gorąca wiosna"

“Gorąca wiosna” będzie na pewno. I to bardzo. Skoro Ostachowicz stracił wiarę to albo rzuci na szalę wszystko co mu przyjdzie do głowy w nadziej, że taki szok mu wiarę przywróci albo zrobią to za niego „naturszczycy”. I „gorąca wiosna” przyjmie postać nawalanki cepem. Sugerowana „rekonstrukcja rządu” byłby zabawnym kontrapunktem dotychczasowego wizerunku „najkompetentniejszej ekipy nowoczesnej Europy”. I przyniosłaby zapewne skutek przeciwny. Plus efekt najgorszy dla „poważnego polityka”- śmiech obywateli. A po nim złość. Ja przestrzegałem, że obywatel nie lubi jak się go robi w … jajo. Daje się robić chętnie ale jak się zorientuje…!

Mógłbym jeszcze poznęcać się nad pychą pana Tuska, którego efekty nie raz zapowiadałem. Mógłbym się napawać swoją zdolnością analityczną, która chyba bije na głowę tę nawet, którą dysponuje pan Ostachowich. Ale co tam,. Ja nie doradzam Tuskowi tylko jestem zwykłym obywatelem. Może tylko z nadmierną skłonnością do złego. Tedy wolę się napawać czytając jak „Siedzą zamknięci w panice i naradzają się, co dalej. Jest poczucie, że to może być już tylko równia pochyła”. To jak z dobrej literatury sensacyjnej. Ale ta, nawet jak dobra to, wiadomo, jednak jest klasy B. I w Tm sęk, szanowny panie Ostachowicz. Sprowadził pan rządy do roli kiepskiego spektaklu i teraz zbiera pan owoce tego, że widzowie, wobec coraz bardziej kiepskiej fabuły, postanowili za pana zacząć pisać zakończenie. Dodając tempa i przewrotnie kończąc wątki.

Pielgrzymka pana Ostachowicza po potencjalnych pracodawcach to smutne memento nie tylko dla pana Tuska. Także i dla wszystkich innych, którzy uwierzą, ze władza to spektakl dla „ciemnego luda”. „Ciemny lud” ma bowiem to do siebie, że najtrudniej go zadowolić. On nie łapie tych niuansów, które w lot chwyta wyrobiony wyborca (czy tacy w ogóle są?) czy choćby pan Oatsachowicz. I jak mu się zaproponuje igrzyska to „the Show Must Go On”! I wtedy los kogoś musi rzucić na pożarcie.

Poszukiwanie szalupy przez pana Ostachowicza i „ratunkowe zejście do maszynowni” Grabarczyka i Kopacz to sygnały, że ta łajba już nie płynie lecz dryfuje. Może, co zauważam tu i ówdzie, choćby po nagłym wzroście aktywności i liczby naszych „zielonych” blogerów w Salonie24, dryf spróbuje się zatrzymać wcześniejszym dopłynięciem do portu. Tak mi chodzi po głowie, że Tusk nie zdzierży i zdecyduje się na termin wiosenny. No bo czy ma wybór? Przecież wiadomo na czym polega „równia pochyła”. Może do wiosny PO będzie dopiero w połowie długości?

Ale pan Igor chyba i w to nie wierzy. Bo zamiast tracić czas na poszukiwania dla siebie „korporacyjnego boksu” siadłby nad Premierem, przegonił Kopacz i Grabarczyka, zrobił „burzę mózgów” i parę procent dla PO by uratował. On jednak, w odruchu przysłowiowego „szczura z tonącego okrętu” woli chyba jednak myśleć przede wszystkim o własnym tyłku. I trzeba mu przyznać, że to mądra taktyka…



* http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/321811,pr-owiec-tuska-szuka-pracy-poploch-i-panika-w-po.html#komentarze (za informacjami „Polska-The Times”, tekst red. Anny Wojciechowskiej "Igor szuka pracy. Panika w KPRM" nie umieszczony na stronie dziennika)

sobota, 5 lutego 2011

Armia smoczych zębów czyli smuta w Platformie

Kiedyś, choć nie tak dawno, napisałem, czemu nie będę glosował na partię, z którą pewnie utożsamia mnie większość z tych, którzy czasem wpadną coś mojego przeczytać. Gdybym teraz napisał tekst, w którym wyjaśniałbym, czemu nie zagłosuje na partię, do której sympatii nikt u mnie nie podejrzewa, byłoby chyba nieco śmiesznie. Chyba żeby oba teksty postawić obok siebie. Wtedy by już tak nie było. Szczególnie dla tych, którzy akurat tamten mój tekst przyjęli z życzliwością albo nadzieją na „nawrócenie”. Było parę takich osób, na moment odczuwających coś jakby sympatię do mniej jako autora. Spróbujmy więc.

Ot choćby poczynając rzecz od słów szefa tej partii. „Nie ma z kim przegrać tych wyborów. Nie ma innej siły, której Polacy mogliby spokojnie powierzyć rządy”. Czepiam się ich nie pierwszy raz bo… Ale może na początek baśń, która lepiej wyjaśni o co mi chodzi.

Kiedy Jazon dotarł do Kolchidy, jako wybawca Aspyrtesa, syna króla Aertesa zwrócił się do monarchy z prośbą o złote runo przekonany, że na taką nagrodę może liczyć. To, w mniemaniu króla, oczywiste zuchwalstwo przypłaciłby pewnie śmiercią gdyby nie straciła akurat dla niego głowy Medea, córka Aertesa. Przekonała ona ojca by, miast tracić samemu młodzieńca, wydał go na coś, co ja ośmieliłbym się nazwać sądem bożym. Tak miało być, wedle Medei, fajniej bo Jazon miałby z miejsca przejść do historii nie obciążając przy tym winą króla i jego poddanych. A miało to znaczenie zważywszy, że bogowie olimpijscy lubowali się w, powiedzmy, dość rozmaitym rozkładaniu akcentów w kwestiach swych sympatii i antypatii. Rzecz owa, którą określiłem jako sąd, miała mieć formę sprawdzianu, polegającego na zmierzeniu się z niemożliwymi dla przeciętnego śmiertelnika wyzwaniami. Gdy Jazon poradził sobie z okiełznaniem Byka Minejskiego, zaoraniem nim aresowego pola i zasianiem smoczych zębów, stanął przed zadaniem naprawdę niewykonalnym. Oto z zasianych zębów w okamgnieniu z ziemi wyrośli smoczy wojownicy. Armia smoczych zębów, której nie dałoby się pokonać siłami zdecydowanie większymi niźli jeden, najsprawniejszy nawet heros. A jednak… Prawdę mówiąc wysiłek herosa sprowadził się tylko do tego, by zadać pierwszy cios, wcale nie śmiertelny a potniej już tylko przyglądać się. Kto ciekaw sposobu niech szuka. Bo ja nie o Grekach lecz o Polakach wolę mówić.

Kiedy wściekałem się na zniweczenie efektów wyborczego żniwa Kaczyńskiego, pewien byłem, że czegoś podobnego być może nie będzie mi dane więcej oglądać. Takim to wyglądało być osobliwym. Skutki zdawały się być lekcją, z której wnioski wyciągać będą przez kolejne dziesięciolecia kolejni partyjni przywódcy mający nagłą pokusę by to i owo poprawić radykalnie w maszynie pracującej na pierwszy rzut oka znakomicie.

To moje przeświadczenie ginęło jednak wśród dość licznych okrzyków radości i kpin tych, którzy na to co ja patrzyli ze szczerym przekonaniem, że głupiej już nie można. Że się po prostu fizycznie nie da.

Ale my jesteśmy w Polsce, panie i panowie, tu można wszystko i nie takie rzecz się zdarzały. Jeszcze trochę i dane mi (i nie tylko mi zapewne) będzie zapomnieć i o mojej rozterce i o tych radosnych rechotach. Bo czym jest dla wielu niezrozumiały albo i nielogiczny nawet ruch przywódcy zdający się być samobójczym ciosem zadanym swemu ugrupowaniu po przegranych wyborach w porównaniu z takim samym ciosem innego przywódcy, wykonanym w momencie, w którym zaczyna się prosta finiszowa przed zwycięską elekcją? Możecie sobie na to pytanie próbować odpowiedzieć ale ja proponuję, byście raczej popatrzyli. Tak jak ów heros wtedy.

Oto przed wami, panie i panowie, armia smoczych zębów. Potężna tak bardzo, że „Nie ma z kim przegrać”, że „Nie ma innej siły”,która byłaby w stanie jak równy z równym wziąć się z nią za bary. I patrzcie dalej, panie i panowie. Oto, skoro nie ma innej, musi ta jedna wystarczyć. I nagle, choć wydawać by się to mogło nie do pogodzenia z jakąkolwiek logiką, ta armia smoczych wojowników, na którą nie ma siły i która powinna spokojnie zacząć gotować się do świętowania kolejnego zwycięstwa, zaczyna wyrzynać się sama!

Przypominacie sobie, panie i panowie, tę armię jeszcze kilka miesięcy temu? Tak była zwarta, że nic się w te szeregi wrogiego wcisnąć by nie dało. Nie warto było nawet próbować. Jeden przez drugiego, co znaczniejsze smocze zęby i ich szczerzy miłośnicy licytowali się z rozdziawionymi radośnie gębami ile to już zwycięskich bitew liczy nieprzerwane pasmo ich sukcesów. Istni bogowie wojen!

I teraz przypomina mi się opinia Pierre Biezuchowa wygłoszona, gdy z bliska miał okazję przyglądać się największemu przedsięwzięciu Napoleona Bonaparte, Cesarza Francuzów i „boga wojny”. „To ma być geniusz, bóg wojny?” pytał sam siebie widząc skutki zimowego odwrotu rozbitej armii drogą, która z wszelkiej żywności ogołocona została jeszcze podczas przemarszu w kierunku przeciwnym.

O to samo pytam dziś siebie gdy ze zdumieniem obserwuję wodza smoczej armii. Tego, który przez minione trzy lata potrafił nie tknąć żadnej ze spraw, mogących mu urwać choćby ułamek procenta popularności. Który potrafił rozgrzeszać swych zauszników z każdego niemal grzechu w imię zasady, że do smoczej armii nie może nic brzydkiego przywrzeć. By wyglądała jak jedna bryła wylana z jakiegoś zbrojonego betonu gładko pomalowanego farbą olejną. Który wreszcie osiągnąć miał coś na kształt geniuszu w ocierającym się o bezwzględność albo i okrucieństwo odwracaniu uwagi od wszelkich spraw, na których tle jego smocza armia mogła się źle prezentować.

I teraz ten sam „bóg wojny” i „geniusz”, nazwany nawet przez kogoś „diamentem”, okazuje się nagle takim pospolitym głazem, polnym kamulcem, który ciśnięty w tłum smoczych wojowników sprawia, że ci z rozumu zdając się być obranymi, sami przeciwko sobie oręż podnoszą rzeź na siebie sprowadzając.

Czyż nie jest ten obrót rzecz ciekawym epilogiem tamtych rozterek i tamtych radości sprzed niespełna roku? Czy mógł kto przypuszczać, że tak to się może odwrócić, że ten samograj, co zdawał się zbliżać do osiągnięcia niemożliwego nagle chrzani nie tylko to, co schrzanić nie tak trudno ale i to, co zdaje się być nie do schrzanienia?

Popatrzcie więc sobie: „Według informacji […], uzyskanych od członków zarządu krajowego PO, w partii szykuje się prawdziwa rewolucja. Jeszcze przed wyborami mają być wyrzuceni Grzegorz Schetyna, Jarosław Gowin i ich ludzie. Jeśli tak się stanie, to […] dojdzie do "kanibalizacji PO"



* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/schetyna-i-gowin-wyleca-z-po-przed-wyborami,1,4165226,wiadomosc.html

piątek, 21 stycznia 2011

O Platformie, jej Brutusach i Grakchach…

Powiedziane zostało nieco czasu temu, a i za jakiś czas potwierdzone (siłą autorytetu Szułdrzyńskiego Michała w „Rzepie”) że PO nie ma z kim przegrać. Ale jak to mądrość narodu mówi, „nie ma takiej rury, której się nie da przepchać”. Tak więc stanęło na tym, że skoro nie ma z kim Platforma przegrać to nie ma wyjścia i musi sama ze sobą. Gwoli tej tradycji, że przecież nie ma tak, że nie ma… Byłoby to zabawnym epilogiem tego apogeum, które Donald Tusk zdaje się mieć już właśnie za sobą, że akurat wtedy, gdy zdawać się mogło, iż nic nie może jemu i jego partii stanąć na przeszkodzie, potykać się zaczęto o własne nogi.

A to jest zjawisko nie byle jakie. Gdyby to przeciw Kaczyńskiemu czy Napieralskiemu jakiś mniejszy lub znaczniejszy Brutusik się objawił i podskoczył to nikt by zdziwionym nie był. Wszak od jakiegoś czasu mięliśmy okazję przypatrzyć się temu do woli. Przecież z tej frustracji to tam aż wrze… Nawet i Kłopotka w poprzek Pawlakowi idącego bez wstrząsu byśmy łyknęli. Ale nie tam i nie teraz!

Nie wiem co sobie może pomyśleć piewca niedościgniony PO-wskiej i tuskowej racjonalności i genialności Wołek Tomasz gdy patrzeć z nagła jest zmuszony jak z braku innej możliwości Platforma postanowiła właśnie przegrać sama ze sobą. I konsekwentnie, jak nigdy dotąd („konsekwencja” to akurat nie jest drugie imię Platformy) ku temu prze. Wystawiając w roli agresora nie jakiś tam nieznaczący, własny „PJN” czy inny „ruch” lecz kaliber najcięższy. Taką PO-wską „Gruba Bertę II” stojącą zaraz po szefie, czyli dotąd niekwestionowanej przez nikogo „Grubej Bercie I”. Jak się na panów popatrzy i lepiej ich pozna to wiadomo, że nie obwód pasa mam na myśli…

Wśród znajomych, którzy, o dziwo nie ukrywając wcale swej sympatii do PO, o dziwo do kwadratu wspomniany spór wzbudził tyleż rodzącą żywe dyskusje ciekawość co i… entuzjazm. We mnie zaś wzbudzając zdumienie. Bo co ma pomyśleć człowiek spotykający zaprzysięgłego, modelowego wręcz leminga, który na powitanie pyta czy wiem, że Grzegorz S wystąpił przeciw Donaldowi T i rzecz komentuje: „mam nadzieję, że da rade załatwić tego kłamliwego chu**”. Admina proszę by uwierzył mi łaskawie, że jest to cytat zarówno prawdziwy (i świeży bo z dziś!) jak też na tyle symptomatyczny by go jednak zostawić i przez niego nie skreślać tekstu. Bo takie widzenie spraw przez kogoś, komu dotąd podobne słowa były w stanie skojarzyć się wyłącznie z Jarosławem K jest nieomal przewrotem kopernikańskim.

Oto Grzegorz Schetyna staje się w naszej Rzeczpospolitej kimś na kształt bohaterskiej hybrydy Brutusa i Grakcha. ostoją istną Rzeczpospolitej jako rzeczpospolitej a nie jej atrapy. I to w stopniu większym niż nam się zdaje.

Bo po zapoznaniu się z inkryminowanymi przez zorientowane ponoć dobrze publikatory powodami tego sporu, co za tło jedynie wziął sobie smoleńska tragedię i smoleńskie śledztwo, trudno nie błysnąć choć iskierką sympatii do pana Grzegorza nawet z mojej pozycji, zaprzysięgłego wroga tego obozu politycznego. Błysnąć na chwilkę dosłownie iskierką tej sympatii zanim nie zapłonie się pochodnią (a co?!) oburzenia na Cezara- Tuska.

Właściwie gdyby nie to, że przekaz pojawił się w mediach, które żadnego powodu by bezpodstawnie smarować Tuska nie mają, uznałbym, że jest to niesprawiedliwe i ordynarne smarowanie go czarną farba. Bo w głowie by mi nie postało, że on, ikona ikon naszego liberalizmu, wraz ze swym mentorem i ikoną ikon wszelkich ikon naszego obywatelskiego społeczeństwa i naszej młodej republikańskości coś takiego jest w stanie i wymyślić i na dokładkę próbować wcielić w życie.

Chodzi o opisany przez wspomniane, dotąd przyjazne media, pomysł na obsadzanie stanowisk w spółkach skarbu państwa. Pomysł, który dla mnie jest tak latynoamerykański że cała Ameryka łacińska powinna do nas przyjechać i uczyć się od nas latynoamerykańskości! I właśnie przeciw temu („wyznaczaniu” przez „centralną komisję” na nieodwołalne pięć lat!) a w obronie „transparentnych” konkursów staje nasz Grzegorz Brutus- Grakch!

Oczywiście nie jestem naiwny i nie mam złudzeń, że staje bo mu w „transparentnych” konkursach zapewne łatwiej będzie dla tego czy innego kumpla chapnąć jakieś stanowisko niż liczyć, że się z nim i jego kumplami Cezar – Tusk i jego mentor, co też pewnie jakichś tam kumpli mają, podzielą. A gdzie tam! Jakby nie mieli chrapki na całą pulę to by nie ciągnęli tak ordynarnie łacha przy swoim pamiętanym przecież jeszcze dość powszechnie „liberalnym etosie”! Jeśli tak otwarcie pokazali że im ten etos jakoś niespodziewanie przemieścił się z serca do kiszki stolcowej to przecież nie bez jakiegoś celu! A on, ten cel, może nie przewidywać udziału Grzegorza i jego kumpli, którzy i bez tego radzili sobie przecież niezgorzej.

Oczywistym jest też, że nie zacząłem nagle sobiesiakowego kumpla uważać za jakąś kryształową postać. Ani, że mu darowałem to, że był, kim był, że mówił i robił co mówił i robił. Ależ skąd. Ta moja satysfakcja mnie akurat nic nie kosztuje! I to mnie cieszy najbardziej! To, że bez mojego kaca, bez zmuszania się do jakiegoś „zła koniecznego ale mniejszego” mogę cieszyć się tym, że w mniejszym lub większym stopniu PO zaczyna radzić sobie tak kreatywnie i twórczo z tym problemem, że nie miało dotąd z kim przegrać. Widać, że chyba już ma. I niech tak trzyma!



* http://www.rp.pl/artykul/596065.html

** http://www.tvn24.pl/-1,1690196,0,1,schetyna-kontra-tusk-wojna-o-stolki-w-spolkach,wiadomosc.html