Nie było mnie wczoraj, to znaczy byłem ale głownie podróżowałem polskimi kolejami a to „tu i teraz” czyli w początku wieku XXI oznacza całkowite odcięcie od wiadomości, rzeczywistości a czasem od świata w ogóle. Tak więc nie mam pojęcia jaki oddźwięk wywołał list o. Ludwika M. Wiśniewskiego OP pochylającego się nad grzechami jego ( i mojego… cóż, Bóg tak zdecydował) Kościoła*. Przyznam szczerze, że lekturę listu zawdzięczam również PKP InterCity bo perspektywa czasu spędzonego w pojeździe tej światowo nazwanej firmy sprawiła, że do czytania na drogę zaopatrzyłem się we wszystko, co się nawinęło pod rękę. Tak więc i w „Wyborczą” bo przez swą obszerność to wdzięczny kompan podróży koleją po Polsce.
Swego „Piotra Skargę” czasu „tu i teraz” „Gazeta” zareklamowała jak Bóg przykazał. To ważne bo nie znałem go wcześniej. Oczywiście nie pisze tego by czegokolwiek ująć o. Wiśniewskiemu. Stwierdzam tylko, że nie znałem. Jest więc o. Wiśniewski człekiem i kapłanem dzielnym. Nie tylko przez to, co robił w poprzednim systemie choć Gazeta dała dowodów wiele, że był legendarnym kapłanem duszpasterstwa akademickiego i „ojcem duchowym „Ruchu Młodej Polski”. Jego późniejszą odwagę bardzo konkretnie oparła na przytoczonych słowach dotyczących jego stosunku do lustracji.
” Także po 1989 r. słynął z odważnych poglądów, krytykował m.in. polskie afery teczkowe. "Nie rozumiem tej fascynacji i podniecenia towarzyszącego ujawnianiu teczek ludzi, którzy się podłamali i coś podpisali" - mówił w rozmowie z Jarosławem Kurskim 74-letni dziś dominikanin. Dziką lustrację i sprawę ks. Michała Czajkowskiego tak komentował na naszych łamach w 2006 r.: "Jestem wstrząśnięty. Mam poczucie, jakbym żył w dżungli, w której nigdy nie wiadomo, co się wydarzy i kto kogo rozszarpie".**
Na ten fragment opublikowanej biografii zwracam uwagę szczególna z powodu, który dla oceny listu kapłana jest niezwykle istotny. Choć przy tym przyznam nawiasem, że słowa kapłana jakoś nie odwagą trącą lecz rozumieniem trendów (wtedy a i teraz odwaga byłoby twierdzić raczej coś przeciwnego!). Oto wśród grzechów, z których swój i mój Kościół próbuje bezkompromisowy kapłan rozliczyć jest i ten, polegający na podziale i upolitycznieniu hierarchii.
Pisze więc ojciec:
„Ten gorszący podział objawia się poprzez popieranie inicjatyw i dzieł formalnie katolickich, a w rzeczywistości pogańskich, bo jątrzących i dzielących społeczeństwo i Kościół. Aby nie być gołosłownym, dam przykład: oto część biskupów pozwala drukować swoje wypowiedzi, a nawet pisze i drukuje swoje artykuły w dzienniku ("Nasz Dziennik"), w którym roi się od oszczerstw. Ten dziennik inni biskupi uważają za głęboko antychrześcijański! Trudno nie wspomnieć także o dramacie mającym miejsce w ostatnich tygodniach, a związanym z krzyżem przed pałacem prezydenckim. Tak naprawdę to nie jest to obrona krzyża (choć pewnie niektórzy tak sądzą), ale walka z Prezydentem i Rządem oraz podkopywanie ich prestiżu.
Nie jest to także upominanie się o godne uczczenie ofiar katastrofy smoleńskiej, czego rzekomo nie chcą uczynić ludzie aktualnie kierujący Krajem, bowiem Prezydent i Rząd kilkakrotnie deklarowali wolę godnego uczczenia tych ofiar. To jest godne pożałowania polityczne awanturnictwo!”
Wybaczyć proszę ten długi cytat ale konieczne było pokazanie jak bardzo polityczny jest w swym sprzeciwie przeciwko „rozpolitykowaniu” hierarchów a i zwykłych księży ( o czym pisze w następnym, już nie cytowanym przez mnie, ustępie swego listu) zwykły, choć zasłużony autor.
Ta publikacja, co pewnie w zamyśle redakcji „Gazety” miała głos kapłana uczynić głośnym a przez to słyszanym i dyskutowanym, w moim odczuciu jest niedźwiedzią przysługą uczynioną o. Wiśniewskiemu. Czas, który minął od wydarzeń, do których nie koniecznie wprost odnosi się kapłan w liście, pozwala jego słowa ocenić choćby w zestawieniu z tym, czy miał on rację czy nie. Weźmy choćby jego zgoła nie kapłański stosunek do, być może zbłąkanych, wiernych, którzy stanęli w obronie krzyża i za godną pamięcią o zmarłych. Gdy więc pisze, „bowiem Prezydent i Rząd kilkakrotnie deklarowali wolę godnego uczczenia tych ofiar.” to można zapytać czemu tego nie czynią. Wszak gdzie tej garstce do siły państwa a poza tym od dość dawna oni już nie stoją w poprzek…
To przypisanie jedynie wedle rozumu czy tam upodobań o. Wiśniewskiego jednym złej woli a innym dobrej to dla mnie oczywisty i jaskrawy przejaw pychy kapłana. Pychy, która przebija i z samego listu jak też i choćby z faktu, że dla siebie ograniczeń w politycznych opiniach nie widzi. A dla bliskich sobie w jakiś tam jemu tylko znany sposób jest wyjątkowo wyrozumiały. Trudno mi jakoś szanować zdanie kogoś, kto ma tyle wyrozumiałości dla tych, co „się podłamali i coś podpisali" (choć często to „podłamanie” skutkowało grzechem Judasza za którym nawet żalu nie było) a nie ma ani odrobiny zrozumienia dla tych, którym zarzuca „godne pożałowania polityczne awanturnictwo!”. Ten brak zrozumienia, czy choćby jego próby najbardziej obciąża w moich oczach pełnego pychy kapłana.
I za ten grzech, w moich oczach oczywiście, został kapłan natychmiast pokarany. Wrócę jeszcze raz do jednego z zarzutów przez niego stawianych. „oto część biskupów pozwala drukować swoje wypowiedzi, a nawet pisze i drukuje swoje artykuły w dzienniku ("Nasz Dziennik"), w którym roi się od oszczerstw.” Tak się składa, że jednym z adresatów listu, poza nuncjuszem, do którego przede wszystkim pisze kapłan, jest arcypasterz z Lublina, Józef Życiński. Trudno zaprzeczyć, że i jemu zdarza się pisywać do pewnego dziennika. Nie jest to co prawda „Nasz Dziennik” który tak o. Wiśniewskiemu nie leży ale bez żadnej kwerendy i od ręki jedno oszczerstwo byłbym w stanie mu udowodnić natychmiast (to dla Admina gdyby się przeląkł. Odpowiadam za słowa!). A jakby poszukać…
O reszcie listu, w tym o lekarstwie zalecanym przez autora nie będę pisał. Może ono mogłoby nawet okazać się skuteczne bo tu i ówdzie różni, nie koniecznie podzielający polityczne miłości współczesnego „Piotra Skargi” zgadzają się po części z jego diagnozą. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w leczeniu nie tylko rozpoznanie schorzenia i lekarstwo zaordynowane mają znaczenie. Istotne są również kompetencje medyka. Po przeczytaniu tego, co przeczytałem, śmiem twierdzić, że ów medyk nie dostaje do kuracji, którą chce wdrożyć. Bo sam chory. Na pierwszy grzech główny.
* http://wyborcza.pl/1,75515,8813484,Rozbity_Kosciol__swiete_frazesy.html#ixzz18ATCtv4i
** http://wyborcza.pl/1,75478,8813122,O__Ludwik_Wisniewski___Grozny_i_otwarty.html#ixzz18A20KxaZ
środa, 15 grudnia 2010
wtorek, 14 grudnia 2010
Demokracja w postaci czystej
Przez krótki czas zdawało się, że głowni aktorzy sławetnego spotkania w Pałacu, które tak poruszyło znaczną cześć opinii publicznej, poszli po rozum do głowy i pojęli niestosowność całej sytuacji. Wskazywała na to ich daleko posunięta powściągliwość w reakcjach na protesty. Jednym słowem siedzieli cicho jak Bóg przykazał.
Pierwszy wyłamał się główny „czarny charakter” komedii wysyłając intymny liścik do bywszego swego gospodarza zapewniając jak dalece jest w stanie się dla niego poświęcić. Wszak poświęcanie się to jego drugie imię zapewne… Przesłał bilecik za pośrednictwem mediów bo widać zapomniał adresu pod którym nie tak dawno jeszcze radą służył. W tym wieku to usprawiedliwione.
Akurat ten głos nieszczególnie oburza bo po jego autorze ci, co byli wcześniej już zniesmaczeni zbyt wiele się z cała pewnością nie spodziewali. Po tym co z jego strony przyszło doświadczać ostatnią rzeczą jakiej spodziewałbym się doświadczyć byłaby przyzwoitość. Tedy jego „głos w dyskusji” potraktowany został marginalnie by nie rzec wręcz że „zlany”.
Jednak okazało się wreszcie, że i drugiego z „bohaterów” rozpętana wrzawa dotknąć nielicho musiała a po tym dotknięciu na dokładkę pewnie i uwierać. Nie wytrzymał więc i się wypowiedział. Oświadczył był, że ten atak wściekły, który za sprawa jego obściskiwania się z oberbandytą dotknął go to wyraz kompleksów, które inni muszą wobec niego odczuwać.
Przeczytawszy to z miejsca przypomniałem sobie dowcip opowiadany sobie przez Amerykanów w najburzliwszym okresie prezydentury Clintona. Wiadomo o co idzie…
Wedle niej prezydentura Reagana dowiodła, że Ameryką może rządzić nawet aktor. Bush senior udowodnił, że prezydentem może zostać każdy zaś rządy Clintona dowiodły, że najpotężniejszym mocarstwem świata rządzić może byle kto.
Tych, co już się cieszą z dalszego ciągu facecji a także tych co już szlifują i wygladzają donos na mnie do prokuratury za obrazę majestatu uspokajam, iż absolutnie nie twierdzę, że obecny prezydent to byle kto. Byle kto rządził nieco wcześniej ale za to aż przez dwie kadencje. Vivat Rzeczpospolita i jej obywatele za to świadectwo umiłowania demokracji!
Co do obecnego prezydenta uważam, że jest on emanacją, uosobieniem, by nie rzec esencją demokracji w czystej postaci. Taką, która jeśli już to każdego jest w stanie z kompleksów wyzwolić zamiast w nie wpędzać.
Jak wiadomo demokracja to system, który w formie doskonałej czyni każdego obywatela równym wszystkim innym. Bez znaczenia kim on jest i jaki jest. Ma tak jak wszyscy inni jednakie prawo do udziału w sprawowaniu władzy.
Oczywiście demokracja, jak wszystko inne ulega wypaczeniom. Może być na przykład zawłaszczana i ograniczana przez rożne koterie.
Ale w przypadku obecnego pana prezydenta jestem prawie pewien że jest całkiem inaczej. Patrząc na krótki jak na razie ale jakże owocny przebieg obecnej kadencji bez najmniejszych wątpliwości mogę powiedzieć, że z naszą demokracją jest jak najlepiej. Tak dobrze że żaden obywatel nie ma najmniejszego powodu popadać w jakiekolwiek kompleksy. Ta nasza demokracja A.D 2010 jest bowiem tak bardzo prawdziwa i niczym nie skrępowana, że dziś prezydentem Polski też może zostać każdy. Nawet oczywisty dureń.
http://wyborcza.pl/1,75248,8813151,Komorowski__Atak_i_kompleksy.html
Pierwszy wyłamał się główny „czarny charakter” komedii wysyłając intymny liścik do bywszego swego gospodarza zapewniając jak dalece jest w stanie się dla niego poświęcić. Wszak poświęcanie się to jego drugie imię zapewne… Przesłał bilecik za pośrednictwem mediów bo widać zapomniał adresu pod którym nie tak dawno jeszcze radą służył. W tym wieku to usprawiedliwione.
Akurat ten głos nieszczególnie oburza bo po jego autorze ci, co byli wcześniej już zniesmaczeni zbyt wiele się z cała pewnością nie spodziewali. Po tym co z jego strony przyszło doświadczać ostatnią rzeczą jakiej spodziewałbym się doświadczyć byłaby przyzwoitość. Tedy jego „głos w dyskusji” potraktowany został marginalnie by nie rzec wręcz że „zlany”.
Jednak okazało się wreszcie, że i drugiego z „bohaterów” rozpętana wrzawa dotknąć nielicho musiała a po tym dotknięciu na dokładkę pewnie i uwierać. Nie wytrzymał więc i się wypowiedział. Oświadczył był, że ten atak wściekły, który za sprawa jego obściskiwania się z oberbandytą dotknął go to wyraz kompleksów, które inni muszą wobec niego odczuwać.
Przeczytawszy to z miejsca przypomniałem sobie dowcip opowiadany sobie przez Amerykanów w najburzliwszym okresie prezydentury Clintona. Wiadomo o co idzie…
Wedle niej prezydentura Reagana dowiodła, że Ameryką może rządzić nawet aktor. Bush senior udowodnił, że prezydentem może zostać każdy zaś rządy Clintona dowiodły, że najpotężniejszym mocarstwem świata rządzić może byle kto.
Tych, co już się cieszą z dalszego ciągu facecji a także tych co już szlifują i wygladzają donos na mnie do prokuratury za obrazę majestatu uspokajam, iż absolutnie nie twierdzę, że obecny prezydent to byle kto. Byle kto rządził nieco wcześniej ale za to aż przez dwie kadencje. Vivat Rzeczpospolita i jej obywatele za to świadectwo umiłowania demokracji!
Co do obecnego prezydenta uważam, że jest on emanacją, uosobieniem, by nie rzec esencją demokracji w czystej postaci. Taką, która jeśli już to każdego jest w stanie z kompleksów wyzwolić zamiast w nie wpędzać.
Jak wiadomo demokracja to system, który w formie doskonałej czyni każdego obywatela równym wszystkim innym. Bez znaczenia kim on jest i jaki jest. Ma tak jak wszyscy inni jednakie prawo do udziału w sprawowaniu władzy.
Oczywiście demokracja, jak wszystko inne ulega wypaczeniom. Może być na przykład zawłaszczana i ograniczana przez rożne koterie.
Ale w przypadku obecnego pana prezydenta jestem prawie pewien że jest całkiem inaczej. Patrząc na krótki jak na razie ale jakże owocny przebieg obecnej kadencji bez najmniejszych wątpliwości mogę powiedzieć, że z naszą demokracją jest jak najlepiej. Tak dobrze że żaden obywatel nie ma najmniejszego powodu popadać w jakiekolwiek kompleksy. Ta nasza demokracja A.D 2010 jest bowiem tak bardzo prawdziwa i niczym nie skrępowana, że dziś prezydentem Polski też może zostać każdy. Nawet oczywisty dureń.
http://wyborcza.pl/1,75248,8813151,Komorowski__Atak_i_kompleksy.html
poniedziałek, 13 grudnia 2010
O czym zapomnieliśmy a nie powinniśmy! (Święta)
Tekst dołączony jest do naszej akcji przez zbieżność tego, o czym będzie. Bo będzie o dzieciach i o zabawkach. Te nasze, jak wiadomo już je mają i tylko od poczty zależy kiedy będzie można odtrąbić koniec. Ale naszło mnie, że jakoś tak zapomniało się nam o innych, które pewnie w tym roku na niewiele a pewnie już na nic co tak potrafi ucieszyć dzieciaka jak zabawka liczyć nie mogą. Bo ich rodzice liczyć się muszą z każdym groszem. Bo sprawy życiowe jakoś są ważniejsze. I przez to, że ważniejsze to do tego nieszczęścia powodzi dojdą smutne Święta.
O tamte dzieciaki właśnie mi chodzi. Tym razem nie da się tego tak zorganizować jak zrobili to KaZet z Renką. Bo czasu już zbyt mało. Dlatego proponuję by, kto chce i coś tam, nie koniecznie wiele, jest w stanie wyskrobać jeszcze, kupił jakąś zabawkę lub słodycze i sam wysłał dzieciakom.
Żeby miało to sens staram się rzecz uzgodnić z samorządami działającymi na terenach dotkniętych powodzią. Chyba to najszybszy i najpewniejszy sposób by takie prezenty trafiły w te właściwe ręce.
Ważne też jest by gdzie się da ten pomysł propagować. Im więcej miejsc się poruszy tym większa szansa ze jeszcze coś się uda zrobić.
Ponieważ dopiero przed kilkoma chwilami rzecz mi przyszła do głowy a do tego samorządowcy to, jak się okazało, ludzie mający wiele na głowie, w tej chwili mam zgodę na podanie następujących namiarów:
Gmina Lanckorona – Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej, ul. 3 Maja 587, 34-143 Lanckorona (za zgodą Sekretarza Gminy, Pani Zofii Oszackiej)
Miasto Sandomierz – Ośrodek Pomocy Społecznej, ul. Słowackiego 17a, 27-600
Sandomierz (za zgodą Wiceburmistrza Miasta, Pana Marka Bronkowskiego)
Będę jeszcze dzwonił i pytał dalej oraz uzupełniał. A jak kto mi podpowie to będę wdzięczny. Lista gmin w różnym stopniu dotkniętych powodzią to kilkaset pozycji. Teraz wrzucam notkę z tą krótka listą.
I jeszcze sugestia by nie wysyłać pieniędzy. Wrzuci się je, jak sądzę, do worka z ważniejszymi potrzebami i tyle…
O tamte dzieciaki właśnie mi chodzi. Tym razem nie da się tego tak zorganizować jak zrobili to KaZet z Renką. Bo czasu już zbyt mało. Dlatego proponuję by, kto chce i coś tam, nie koniecznie wiele, jest w stanie wyskrobać jeszcze, kupił jakąś zabawkę lub słodycze i sam wysłał dzieciakom.
Żeby miało to sens staram się rzecz uzgodnić z samorządami działającymi na terenach dotkniętych powodzią. Chyba to najszybszy i najpewniejszy sposób by takie prezenty trafiły w te właściwe ręce.
Ważne też jest by gdzie się da ten pomysł propagować. Im więcej miejsc się poruszy tym większa szansa ze jeszcze coś się uda zrobić.
Ponieważ dopiero przed kilkoma chwilami rzecz mi przyszła do głowy a do tego samorządowcy to, jak się okazało, ludzie mający wiele na głowie, w tej chwili mam zgodę na podanie następujących namiarów:
Gmina Lanckorona – Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej, ul. 3 Maja 587, 34-143 Lanckorona (za zgodą Sekretarza Gminy, Pani Zofii Oszackiej)
Miasto Sandomierz – Ośrodek Pomocy Społecznej, ul. Słowackiego 17a, 27-600
Sandomierz (za zgodą Wiceburmistrza Miasta, Pana Marka Bronkowskiego)
Będę jeszcze dzwonił i pytał dalej oraz uzupełniał. A jak kto mi podpowie to będę wdzięczny. Lista gmin w różnym stopniu dotkniętych powodzią to kilkaset pozycji. Teraz wrzucam notkę z tą krótka listą.
I jeszcze sugestia by nie wysyłać pieniędzy. Wrzuci się je, jak sądzę, do worka z ważniejszymi potrzebami i tyle…
piątek, 10 grudnia 2010
Ostatni Budowniczy Polski Ludowej (opowiastka o zombie)
Mało kto pewnie pamięta, że żadna tam Polonia Restituta, zwana wtedy mniej nieco wytwornie (ale tak bardziej po robociarsku) Orderem Odrodzenia Polski a właśnie Order Budowniczych Polski Ludowej w czasach minionych był najwyżej usytuowaną w hierarchii nagrodą za zasługi poniesione przez obywatela PRL-u. Noszoną, jak reguła głosiła, na pierwszym miejscu. Nikt za to nie wie z pewnością, że to gustowne cacko było skrytym marzeniem siedmio czy też ośmioletniego rosemanna. Właśnie dlatego, że dość gustowne a nadto, jak krążyła legenda, w którą tylko ktoś taki, jak siedmioletni rosemann był chyba tylko w stanie uwierzyć, wykonany był on czy to z białego złota czy nawet z platyny samej.
Nie szło rosemannowi ówczesnemu rzecz jasna o wartość wyrażaną w mamonie. Siedmiolatkom rzadko o to wtedy chodziło. Jak dziś jest nie wiem bo urosłem nieco. W każdym razie uznał rosemann że pięknym byłoby paradować z czymś tak cennym i zaszczytnym bo otrzymanym za zasługi dla Polski Ludowej. Za zasługi największe.
Potem rosemann o tym całkiem zapomniał a los sprawił, że i narodowi dane było o orderze gustownym zapomnieć i na jego mniejsze przywrócić te zdecydowanie godniejsze.
I o budowniczych też Narodowi przyszło zapomnieć. Szczególnie o tych najwybitniejszych. Niestety…
Czemu mnie to wspomnienie naszło akurat teraz? Gdy zdaje się, że całkiem spokojnie mogę wpakować to marzenie do katalogu tych dotąd niespełnionych co to się nigdy na szczęście już nie spełnią? Powód jest taki, że okazja się ku temu sama od jakiegoś czasu narzuca. Mogę powiedzieć, że właściwie chodzi ona i szuka okazji by się uczepić.
Niewiele mam do tłumaczenia poza tym, że chodzi ona od momentu gdy przeczytałem sobie tekst długodystansowca w Salonie24* oraz tego, że wrócił on do mnie teraz w związku z rocznicą, co to już za pasem. Wyprzedzam ją trochę bo ten mój tekst pewnie wtedy zginałby zupełnie w powodzi o niebo lepszych, ciekawszych i takich bardziej apropos… Niewiele mam ponad to, co napisałem do tłumaczenia poza tym także że ochotę na to piękne cacko co tak naprawdę ze swej złoto platynowej legendy objawiło się jako mało albo i zgoła nic nie warta blaszka na jeszcze mniej wartym kawałku wstążki, straciłem już dawno. Nijak ona temu rosemannowi co wyrósł ze swych siedmiu czy tam ośmiu lat by nie pasowała. Bo takich zasług jakie chętnie nią nagradzano nie poniósł na szczęście ani, tym bardziej, ponosić nie chce.
Ale jakoś tak dziwnie odczułem przy tym, że całkiem nie umarł i nie stracił sensu ten kawałek bezwartościowej blachy z tym kawałkiem bardziej jeszcze bezwartościowej wstążki. Nie umarł on a właściwie jakimś tam wampirzym sposobem z tej śmierci poniesionej wraz z PRL-em został przywrócony do życia. Może jako taka forpoczta tego PRL-u co już się zdawał nie tylko całkiem martwym ale do cna przegniłym. I oto dziś, w przeddzień rocznicy nieomal pierwsze co mi przychodzi na myśl to wskazać pierś godną dziś tej blachy i ręce które by i teraz były w stanie tej piersi w taki właśnie sposób wygodzić. To ta sama pierś i te same ręce które kurtuazyjnie zeszły się nie tak dawno ku zaskoczeniu albo i szokowi tych, co już przekonani byli, że nijak takiej możliwości nie ma. I musieli przełknąć ten widok gdy się spotykała pierś dzisiejszego majestatu Rzeczpospolitej z rękami majestatu zdechłej, jak sądziliśmy naiwni, PRL.
I za to cudowne wskrzeszenie i przydanie nowego życia temu umarlakowi order cudotwórcy niewątpliwie się należy jak nikomu. Bo choć wielu próbowało to nikt takich zasług dla wskrzeszenia i odbudowy PRL-u nie odważył się ponieść jak dzisiejsze „uosobienie” majestatu Rzeczpospolitej. I to jemu właśnie przypaść powinna ta blaszka zapomniana z numerem ostatnim.
By było jasne tekst ten napisałem kilka dni temu. Zaraz po przeczytaniu tekstu długodystansowca a jeszcze przed całą awanturą w Salonie24 o treść „apelu”. Apelu, który zdecydowałem się teraz poprzeć wpisując się dzisiaj pod nim (www.razem13grudnia.pl). Nie, jak mi pewnie zechce ten i ów zarzucić, przeciwko komukolwiek innemu protestując lecz przeciw fetowanemu czy wynoszonemu do roli publicznej przez moje Państwo człowiekowi, którego uważam za renegata i herszta morderców.
Ktokolwiek by się tego wynoszenia dopuścił…
* http://dlugodystansowiec.salon24.pl/256775,do-red-j-jankowskiej-i-red-k-leskiego
Nie szło rosemannowi ówczesnemu rzecz jasna o wartość wyrażaną w mamonie. Siedmiolatkom rzadko o to wtedy chodziło. Jak dziś jest nie wiem bo urosłem nieco. W każdym razie uznał rosemann że pięknym byłoby paradować z czymś tak cennym i zaszczytnym bo otrzymanym za zasługi dla Polski Ludowej. Za zasługi największe.
Potem rosemann o tym całkiem zapomniał a los sprawił, że i narodowi dane było o orderze gustownym zapomnieć i na jego mniejsze przywrócić te zdecydowanie godniejsze.
I o budowniczych też Narodowi przyszło zapomnieć. Szczególnie o tych najwybitniejszych. Niestety…
Czemu mnie to wspomnienie naszło akurat teraz? Gdy zdaje się, że całkiem spokojnie mogę wpakować to marzenie do katalogu tych dotąd niespełnionych co to się nigdy na szczęście już nie spełnią? Powód jest taki, że okazja się ku temu sama od jakiegoś czasu narzuca. Mogę powiedzieć, że właściwie chodzi ona i szuka okazji by się uczepić.
Niewiele mam do tłumaczenia poza tym, że chodzi ona od momentu gdy przeczytałem sobie tekst długodystansowca w Salonie24* oraz tego, że wrócił on do mnie teraz w związku z rocznicą, co to już za pasem. Wyprzedzam ją trochę bo ten mój tekst pewnie wtedy zginałby zupełnie w powodzi o niebo lepszych, ciekawszych i takich bardziej apropos… Niewiele mam ponad to, co napisałem do tłumaczenia poza tym także że ochotę na to piękne cacko co tak naprawdę ze swej złoto platynowej legendy objawiło się jako mało albo i zgoła nic nie warta blaszka na jeszcze mniej wartym kawałku wstążki, straciłem już dawno. Nijak ona temu rosemannowi co wyrósł ze swych siedmiu czy tam ośmiu lat by nie pasowała. Bo takich zasług jakie chętnie nią nagradzano nie poniósł na szczęście ani, tym bardziej, ponosić nie chce.
Ale jakoś tak dziwnie odczułem przy tym, że całkiem nie umarł i nie stracił sensu ten kawałek bezwartościowej blachy z tym kawałkiem bardziej jeszcze bezwartościowej wstążki. Nie umarł on a właściwie jakimś tam wampirzym sposobem z tej śmierci poniesionej wraz z PRL-em został przywrócony do życia. Może jako taka forpoczta tego PRL-u co już się zdawał nie tylko całkiem martwym ale do cna przegniłym. I oto dziś, w przeddzień rocznicy nieomal pierwsze co mi przychodzi na myśl to wskazać pierś godną dziś tej blachy i ręce które by i teraz były w stanie tej piersi w taki właśnie sposób wygodzić. To ta sama pierś i te same ręce które kurtuazyjnie zeszły się nie tak dawno ku zaskoczeniu albo i szokowi tych, co już przekonani byli, że nijak takiej możliwości nie ma. I musieli przełknąć ten widok gdy się spotykała pierś dzisiejszego majestatu Rzeczpospolitej z rękami majestatu zdechłej, jak sądziliśmy naiwni, PRL.
I za to cudowne wskrzeszenie i przydanie nowego życia temu umarlakowi order cudotwórcy niewątpliwie się należy jak nikomu. Bo choć wielu próbowało to nikt takich zasług dla wskrzeszenia i odbudowy PRL-u nie odważył się ponieść jak dzisiejsze „uosobienie” majestatu Rzeczpospolitej. I to jemu właśnie przypaść powinna ta blaszka zapomniana z numerem ostatnim.
By było jasne tekst ten napisałem kilka dni temu. Zaraz po przeczytaniu tekstu długodystansowca a jeszcze przed całą awanturą w Salonie24 o treść „apelu”. Apelu, który zdecydowałem się teraz poprzeć wpisując się dzisiaj pod nim (www.razem13grudnia.pl). Nie, jak mi pewnie zechce ten i ów zarzucić, przeciwko komukolwiek innemu protestując lecz przeciw fetowanemu czy wynoszonemu do roli publicznej przez moje Państwo człowiekowi, którego uważam za renegata i herszta morderców.
Ktokolwiek by się tego wynoszenia dopuścił…
* http://dlugodystansowiec.salon24.pl/256775,do-red-j-jankowskiej-i-red-k-leskiego
środa, 8 grudnia 2010
Król Midas czyli III RP z gębą PRL-bis
Zachichotała wczoraj donośnie w Salonie24 III RP upiornym głosem PRL- nieboszczki. Zachichotała przy wtórze wielu, co by się jeszcze nie tak dawno zabić dali broniąc czci tej Rzeczpospolitej trzeciej gdyby jej kto choćby PRL-owskie korzenie próbował wypomnieć.
W największym stopniu ten chichot słychać było za sprawą Krzyśka Leskiego, który się uparł i zaciął i za nic nie zgadzał się pojąć ze protest przeciwko generałowi- bandycie bez dwóch zdań nawet i nieodłącznie łączy się z protestem przeciwko zapraszaniu generała- bandyty na pokoje Pałacu. Za nic nie docierało do niego ze przeciwko zapraszaniu generała protestuje się właśnie z tego (TEGO!) powodu że z niego bandyta. Uzyskał swą wzmożoną działalnością epistolarną i śledczą tyle tylko że się dowiedział iż Mirek, za którym goniąc dzień strawił podpisałby zapewne nawet niedbale na ścianie wysprejowane proste zdanie „J to ch***” bo mu o ducha a nie porządek w literkach chodziło.
A wszystko przez to, że się zapewne teraz Krzysiek zacukał w sprawie, czy iść tego wieczora pod willę czy nie iść bo jeszcze sobie kto pomyśli że mu nie o bandytę chodzi tylko o te pałacowe pokoje. A tam zapraszał przecież nie kto inny tylko demokratycznie wybrany prezydent III RP. Stąd ten jego dysonans co iść i nie iść zarazem podpowiada.
Za nim zaś już jakoś łatwo poszło. Szczególnie ciekawym jest obyczaj dodawania cudzysłowu do tych kombatantów (a więc od teraz „kombatantów”) co pod willą stawia się z obu powodów albo i tylko z tego pierwszego miast czerpać wzór z pana prezydenta. Ten kombatantem jest rasowym i bez cudzysłowu żadnego bo pojął bez problemu jak mu dobrze wtedy generał- bandyta zrobił. Zgoła jak ojciec troskliwy co to za pasa chwyci gdy mu pociecha się zbytnio rozbestwi. Spodziewać się więc możemy, że jak przyjdzie prezydentowi ochota nad bezpieczeństwem na ulicach się pochylić to „ludzi z miasta” zaprosi a jak odczuje potrzebę zadumania się nad kwestiami etycznymi to jak znalazł będzie dr. Kevorkian.
Ten rozkrok bolesny Krzysztofa to jednak taka figura gimnastyczna niepotrzebna zupełnie a chyba przecież dość bolesna. Powinien wiec raczej wziąć sobie do serca genialnie wręcz odkrywcze opisanie profilu wyborcy i zwolennika prezydenta Komorowskiego autorstwa Eumenesa. Wedle niego taki prawdziwy i nowoczesny zwolennik popiera Komorowskiego nie zgadzając się z tym co Komorowski robi. Podejście szalenie nowatorskie w opozycji do zwyczajów pisiorów niedzisiejszych co Kaczyńskiego popierają dlatego bo się głupi z tym co robi zgadzają.
A ja na tę groteskę patrzę ze smutkiem i zdumieniem. Na długo przedtem, zanim vox populi wyniósł Bronisława Komorowskiego tak wysoko jak wyniósł, pisałem nie raz, czasem niezbyt grzecznie, co o jego kompetencjach sądzę. Teraz widzę, że pewnych jego umiejętności bardzo nie doceniałem. Bo sztuką jest prawdziwą że się temu „prezydentowi wszystkich Polaków” co miał połączyć nas „zgodą co buduje”, nawet tam, pod willa na ul. Ikara udało nas podzielić. I to tak, że sobie po bratersku do gardeł skoczyliśmy.
Ma w rękach pan prezydent dar oczywisty co mi postać króla Midasa przywołuje. Takiego Midasa na opak po prawdzie… Bo czego nie dotknie to zaraz w g**** się zmieni
Szkoda Krzysiu twego gardła i zacięcia…
Ps. A o wkładzie Komorowskiego w budowę pomostu łączącego nierozdzielnie III RP z PRL jeszcze mam zamiar napisać.
W największym stopniu ten chichot słychać było za sprawą Krzyśka Leskiego, który się uparł i zaciął i za nic nie zgadzał się pojąć ze protest przeciwko generałowi- bandycie bez dwóch zdań nawet i nieodłącznie łączy się z protestem przeciwko zapraszaniu generała- bandyty na pokoje Pałacu. Za nic nie docierało do niego ze przeciwko zapraszaniu generała protestuje się właśnie z tego (TEGO!) powodu że z niego bandyta. Uzyskał swą wzmożoną działalnością epistolarną i śledczą tyle tylko że się dowiedział iż Mirek, za którym goniąc dzień strawił podpisałby zapewne nawet niedbale na ścianie wysprejowane proste zdanie „J to ch***” bo mu o ducha a nie porządek w literkach chodziło.
A wszystko przez to, że się zapewne teraz Krzysiek zacukał w sprawie, czy iść tego wieczora pod willę czy nie iść bo jeszcze sobie kto pomyśli że mu nie o bandytę chodzi tylko o te pałacowe pokoje. A tam zapraszał przecież nie kto inny tylko demokratycznie wybrany prezydent III RP. Stąd ten jego dysonans co iść i nie iść zarazem podpowiada.
Za nim zaś już jakoś łatwo poszło. Szczególnie ciekawym jest obyczaj dodawania cudzysłowu do tych kombatantów (a więc od teraz „kombatantów”) co pod willą stawia się z obu powodów albo i tylko z tego pierwszego miast czerpać wzór z pana prezydenta. Ten kombatantem jest rasowym i bez cudzysłowu żadnego bo pojął bez problemu jak mu dobrze wtedy generał- bandyta zrobił. Zgoła jak ojciec troskliwy co to za pasa chwyci gdy mu pociecha się zbytnio rozbestwi. Spodziewać się więc możemy, że jak przyjdzie prezydentowi ochota nad bezpieczeństwem na ulicach się pochylić to „ludzi z miasta” zaprosi a jak odczuje potrzebę zadumania się nad kwestiami etycznymi to jak znalazł będzie dr. Kevorkian.
Ten rozkrok bolesny Krzysztofa to jednak taka figura gimnastyczna niepotrzebna zupełnie a chyba przecież dość bolesna. Powinien wiec raczej wziąć sobie do serca genialnie wręcz odkrywcze opisanie profilu wyborcy i zwolennika prezydenta Komorowskiego autorstwa Eumenesa. Wedle niego taki prawdziwy i nowoczesny zwolennik popiera Komorowskiego nie zgadzając się z tym co Komorowski robi. Podejście szalenie nowatorskie w opozycji do zwyczajów pisiorów niedzisiejszych co Kaczyńskiego popierają dlatego bo się głupi z tym co robi zgadzają.
A ja na tę groteskę patrzę ze smutkiem i zdumieniem. Na długo przedtem, zanim vox populi wyniósł Bronisława Komorowskiego tak wysoko jak wyniósł, pisałem nie raz, czasem niezbyt grzecznie, co o jego kompetencjach sądzę. Teraz widzę, że pewnych jego umiejętności bardzo nie doceniałem. Bo sztuką jest prawdziwą że się temu „prezydentowi wszystkich Polaków” co miał połączyć nas „zgodą co buduje”, nawet tam, pod willa na ul. Ikara udało nas podzielić. I to tak, że sobie po bratersku do gardeł skoczyliśmy.
Ma w rękach pan prezydent dar oczywisty co mi postać króla Midasa przywołuje. Takiego Midasa na opak po prawdzie… Bo czego nie dotknie to zaraz w g**** się zmieni
Szkoda Krzysiu twego gardła i zacięcia…
Ps. A o wkładzie Komorowskiego w budowę pomostu łączącego nierozdzielnie III RP z PRL jeszcze mam zamiar napisać.
Etykiety:
III RP,
Jaruzelski,
Komorowski,
PRL
poniedziałek, 6 grudnia 2010
Jeszcze tylko Sopot, a jutro cały świat…
Będzie o formacie polityków. A przy okazji gdzieś tam użyję zapewne słówka „przeciwskuteczny”. Jakkolwiek nie jest mi ono do niczego potrzebne ale intelektualiści się uparli używać to co mam odstawać…
Spróbujmy się oderwać od tej prawdy oczywistej, że polityka to zwykły teatr z kiepskim repertuarem dla mało wyszukanej publiki i przyjmijmy, że wszystko co robi się i mówi w polityce jest takie supe-duper poważne i odpowiedzialne. Takie założenie musi z miejsca postawić na głowie naszą rzeczywistość oraz towarzyszące jej nieodłącznie rankingi i hierarchie. I przy okazji postawić w kłopotliwej sytuacji tych, którzy mają tak poukładany w głowie porządek tego jak należy Myślec o jednych oraz o drugich.
Weźmy poważnie choćby lekcję ostatnich wyborów samorządowych a szczególnie zaś ich wczorajszej dogrywki. Ktokolwiek się w nich mierzył to tak naprawdę mierzył się nie kto inny jak Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Z pozoru najskuteczniejszy polityk w naszej historii (jakby tej „naszej” historii nie liczyć) z politykiem, uwaga, najbardziej przeciwskutecznym (no to z głowy :). Takim, który ponoć od pięciu kolejnych wyborczych prób nic nie znaczy. A jak nic nie znaczy to chyba i nic nie może. Najpierw trzeba było więc pokonać go w wyborach parlamentarnych by uratować Polskę, później w prezydenckich. Oczywiście by cokolwiek w Polsce można było zrobić. A że jakoś po tym robiło się niezbyt wiele koniecznie trzeba było pokonać Kaczyńskiego we Wrocławiu. I na sam koniec nie zostało już nic innego jak tylko Sopot. Kiedy pisze ten tekst nie mam jeszcze pojęcia czy Donald Tusk pokonał Kaczyńskiego w Sopocie. W tej kwestii jestem rozbity. Z jednej strony wolałbym aby Karnowski już nigdy nigdzie nie rządził ale z drugiej chciałbym aby wreszcie nasz mąż stanu mógł rozwinąć skrzydła i pokazać co to nie on. I jeśli do tego brakuje mu tylko Sopotu to niech mu będzie. Niech ma ten Sopot.
I tu dochodzimy do paradoksu, który powinien dać do myślenia przede wszystkim tym, którzy od czci i wiary odsądzają fachowe i ogólnoludzkie kompetencje Kaczyńskiego a nie mogą się nachwalić ich zasobu posiadanego przez Tuska. Paradoks zawiera się właśnie w tym Sopocie nieszczęsnym. Który nagle, bo w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu dni stał się kluczem do panowania. Nie wiem nad czym ale sądząc ze słów i reakcji Tuska do panowania nad Polską. Tak się bowiem te słowa przez Tuska i jego ludzi układają jakby bez posiadania Sopotu zapomnieć można było o wszystkich zamierzeniach przedstawionym niegdyś przez tę ekipę Polakom. Słowem może mieć Tusk cała resztę ale bez Sopotu nie pojedzie. Może tez Kaczyński nic nie mieć ale ten Sopot jeden jedyny starczy mu by wszystko kontrolować.
Wiem, że głupio to brzmi ale cóż, nie ja taki sposób widzenia narzucam. Ja widzę to tak, że cokolwiek będzie możliwe chyba dopiero jak Donald Tusk wygra wybory na kierownika Drogi Mlecznej. Nic poniżej nie gwarantuje nam realizacji obietnic.
Swoją droga dziwi mnie powściągliwość tych wszystkich, co tak się po Kaczyńskim przejechali w tę i tamtą na okoliczność „zmiany oblicza” po wyborach prezydenckich. Dziwi mnie powściągliwość wobec Tuska, którzy nie czekał aż minie druga tura i „zmienił oblicze” trochę wcześniej. I trudno dyskutować, że ta zmiana była jakościowo mniej radykalna. Powiedziałbym, że była fundamentalna. Z obrońcy moralności w takiego … takiego rajfura co to niby z interesem nie ma nic wspólnego ale i tak wszyscy wiedzą że ma i to duży.
Jestem ostatnio przepracowany. I myślę, że należy mi się jakiś wypoczynek. Wybiorę się może na dzień do Sopotu by przekonać się na czym polega ukryty tam klucz do świata. Tak cenny że nawet Donald Tusk nie wahał się pokazać jak wartość jest gotów przypisać swemu słowu. Nic już nie udając.
Właśnie przeczytałem, że Karnowski wygrał ponoć o włos. Gratuluję panie Donaldzie. Jutro więc cały świat… Jeszcze tylko tę Drogę Mleczną odwojujcie.
Spróbujmy się oderwać od tej prawdy oczywistej, że polityka to zwykły teatr z kiepskim repertuarem dla mało wyszukanej publiki i przyjmijmy, że wszystko co robi się i mówi w polityce jest takie supe-duper poważne i odpowiedzialne. Takie założenie musi z miejsca postawić na głowie naszą rzeczywistość oraz towarzyszące jej nieodłącznie rankingi i hierarchie. I przy okazji postawić w kłopotliwej sytuacji tych, którzy mają tak poukładany w głowie porządek tego jak należy Myślec o jednych oraz o drugich.
Weźmy poważnie choćby lekcję ostatnich wyborów samorządowych a szczególnie zaś ich wczorajszej dogrywki. Ktokolwiek się w nich mierzył to tak naprawdę mierzył się nie kto inny jak Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim. Z pozoru najskuteczniejszy polityk w naszej historii (jakby tej „naszej” historii nie liczyć) z politykiem, uwaga, najbardziej przeciwskutecznym (no to z głowy :). Takim, który ponoć od pięciu kolejnych wyborczych prób nic nie znaczy. A jak nic nie znaczy to chyba i nic nie może. Najpierw trzeba było więc pokonać go w wyborach parlamentarnych by uratować Polskę, później w prezydenckich. Oczywiście by cokolwiek w Polsce można było zrobić. A że jakoś po tym robiło się niezbyt wiele koniecznie trzeba było pokonać Kaczyńskiego we Wrocławiu. I na sam koniec nie zostało już nic innego jak tylko Sopot. Kiedy pisze ten tekst nie mam jeszcze pojęcia czy Donald Tusk pokonał Kaczyńskiego w Sopocie. W tej kwestii jestem rozbity. Z jednej strony wolałbym aby Karnowski już nigdy nigdzie nie rządził ale z drugiej chciałbym aby wreszcie nasz mąż stanu mógł rozwinąć skrzydła i pokazać co to nie on. I jeśli do tego brakuje mu tylko Sopotu to niech mu będzie. Niech ma ten Sopot.
I tu dochodzimy do paradoksu, który powinien dać do myślenia przede wszystkim tym, którzy od czci i wiary odsądzają fachowe i ogólnoludzkie kompetencje Kaczyńskiego a nie mogą się nachwalić ich zasobu posiadanego przez Tuska. Paradoks zawiera się właśnie w tym Sopocie nieszczęsnym. Który nagle, bo w ciągu zaledwie ostatnich kilkunastu dni stał się kluczem do panowania. Nie wiem nad czym ale sądząc ze słów i reakcji Tuska do panowania nad Polską. Tak się bowiem te słowa przez Tuska i jego ludzi układają jakby bez posiadania Sopotu zapomnieć można było o wszystkich zamierzeniach przedstawionym niegdyś przez tę ekipę Polakom. Słowem może mieć Tusk cała resztę ale bez Sopotu nie pojedzie. Może tez Kaczyński nic nie mieć ale ten Sopot jeden jedyny starczy mu by wszystko kontrolować.
Wiem, że głupio to brzmi ale cóż, nie ja taki sposób widzenia narzucam. Ja widzę to tak, że cokolwiek będzie możliwe chyba dopiero jak Donald Tusk wygra wybory na kierownika Drogi Mlecznej. Nic poniżej nie gwarantuje nam realizacji obietnic.
Swoją droga dziwi mnie powściągliwość tych wszystkich, co tak się po Kaczyńskim przejechali w tę i tamtą na okoliczność „zmiany oblicza” po wyborach prezydenckich. Dziwi mnie powściągliwość wobec Tuska, którzy nie czekał aż minie druga tura i „zmienił oblicze” trochę wcześniej. I trudno dyskutować, że ta zmiana była jakościowo mniej radykalna. Powiedziałbym, że była fundamentalna. Z obrońcy moralności w takiego … takiego rajfura co to niby z interesem nie ma nic wspólnego ale i tak wszyscy wiedzą że ma i to duży.
Jestem ostatnio przepracowany. I myślę, że należy mi się jakiś wypoczynek. Wybiorę się może na dzień do Sopotu by przekonać się na czym polega ukryty tam klucz do świata. Tak cenny że nawet Donald Tusk nie wahał się pokazać jak wartość jest gotów przypisać swemu słowu. Nic już nie udając.
Właśnie przeczytałem, że Karnowski wygrał ponoć o włos. Gratuluję panie Donaldzie. Jutro więc cały świat… Jeszcze tylko tę Drogę Mleczną odwojujcie.
niedziela, 5 grudnia 2010
Szczerzy demokraci we wnyku Rymkiewicza
Gdzieś kiedyś obiecałem, że jak tylko skończę „Samuela Zborowskiego” to o tym napiszę. Oczywiście nie o fakcie skończenia przez mnie lektury tylko o tym jak odebrałem kolejne starcie Rymkiewicza z rzeczywistością. A wiem już, że było brutalne…
Rzecz jest o tyle skomplikowana, że zanim książkę skończyłem natknąłem się na dwa obszerne jej omówienia autorstwa Piotra Skwiecińskiego w Rzeczpospolitej* oraz Zbigniewa Mikołejki z Tygodnika Powszechnego**. Na tyle istotne, że niejako wyznaczające pole do dyskusji o książce. Próbując odświeżyć sobie ich argumenty pogrzebałem w ich poszukiwaniu w sieci i doszukałem się jeszcze kilku głosów na temat i Rymkiewicza i tej jego książki. Nie tak szerokich i poważnych jak dwa wspomniane ale jeszcze ciekawiej ukazujących kwestię, o której chciałbym napisać.
Prześlizgnę się tylko nad uwagami Pilcha*** i Szostkiewicza**** zwracając co najwyżej im uwagę na to, że nikt poważny, a i nie do końca poważny jak choćby ja, nie recenzuje niczego w oparciu o jakiś przeczytany w gazecie fragment. Szostkiewiczowi nadto warto wytknąć zupełną śmieszność gdy na podstawie pożyczonego od Pilcha cytatu zastanawia się nawet czy, jak to było w zwyczaju czasu Wojny Wroniej, nie odnieść Rymkiewiczowi posiadanych książek jego autorstwa. To taka facecja. O ton tylko strawniejsza niż uwagi „gwiazdy” naszej „młodej literatury” i „nowej lewicy” Tomasza Piątka***** któremu szczerze radziłbym aby raczej z równą wnikliwością przyjrzał się swemu pisaniu.
Ciekawsze są opinie Macieja Nowickiego******, Elizy Szybowicz******* i wreszcie Krzysztofa Lubczyńskiego********.
O ile Skwieciński i Mikołejko błędnie choć świadomie zdają się umykać przed odniesieniem tej książki do współczesności, co w przypadku Skwiecińskiego jest o tyle ciekawe że w samym tekście z umieszczania Rymkiewicza w kontekście współczesności i polityki nie rezygnuje ale szuka dla tego innych uzasadnień, to wspomniani na końcu autorzy lokują „Samuela Zborowskiego” jak najbardziej jako dzieło polityczne odniesione do współczesności. I popełniają błąd znacznie poważniejszy niż tamta ostrożność Skwiecińskiego i Mikołejki wolących wypominać Rymkiewiczowi historyczne nieścisłości.
O sporze o historyczną prawdę i dokładność pisać nie będę bo ją można zamknąć prostym odesłaniem Mikołejki i Skwiecińskiego do początku książki w którym sam autor ostrzega przed taki sposobem patrzenia na jego wizję losów Samuela. Błąd popełniony przez Nowickiego, Szybowicz i Lubczyńskiego jest o wiele ciekawszy a w swej istocie nawet dający się nazwać zabawnym. Od razu uprzedzę, że nie chodzi mi o dość prymitywne odniesienie współczesnego odczytania książki Rymkiewicza do konkretnego, dzisiejszego sporu politycznego.
Pisząc:
">„Samuel Zborowski” jest utworem głęboko politycznym, niemal na tej samej zasadzie co słowa „Jebał was pies” w jednym z wywiadów skierowane do wyborców Donalda Tuska.”
myli się Nowicki a sekunduje mu myląc się jeszcze bardziej Szybowicz gdy stwierdza:
” Nie chodzi nawet o trudną do usunięcia świadomość, że Rymkiewicz kieruje się motywami prostymi i doraźnymi, że mówiąc o Samuelu Zborowskim, myśli o Jarosławie Kaczyńskim, a kanclerz Zamojski to dla niego Donald Tusk.”.
To bardzo płytkie widzenie tego, co o współczesności ma do powiedzenia Rymkiewicz. Przede wszystkim z tego powodu, ze , jak sądzę oczywiście z pokorą podkreślając ten mój subiektywizm postrzegania i sądu, Rymkiewicz pisząc o rzeczpospolitej nie za bardzo w ogóle dostrzega „wyborców Donalda Tuska” a już z cała pewnością nie napisałby dzieła o Jarosławie Kaczyńskim i Donaldzie Tusku. O ile jeszcze pewnie wcielenie Kaczyńskiego w skórę Zborowskiego przez głowę by mu przeleciało zresztą dokładnie tak samo jak wcielenie w nią choćby rosemanna i każdego innego (wynika to, o czym jeszcze powiem, z tego, co Samuel u Rymkiewicza uosabia) to Donalda Tuska jako złowrogiego Kanclerza przewracającego Polskę na pewno by nie pokazał. Myślę, że nie chciałoby mu się dla Tuska nie tylko pisać całej książki ale nawet jednego słowa. Zresztą i Tusk i Kaczyński przy rozważaniach o przyszłości ziem polskich zasiedlanych w przyszłości przez polskie lub niepolskie inteligentne ślimaki to perspektywa czasowa nie do zauważenia w ogóle.
Najciekawszą rzecz, wskazującą właśnie najwyraźniej istotę popełnionego błędu, powiedział (napisał) Krzysztof Lubczyński. Stwierdzając:
„Jakoś nie czuje się, by Rymkiewicz naprawdę wierzył, że magnacki watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik może być wiarygodnym wolnościowym emblematem. Trochę to odbiera książce – by posłużyć się językiem młodzieży – power, energię tak dla Rymkiewicza charakterystyczną. Wyraża się to nawet w dość oszczędnym udzielaniu tytułowemu bohaterowi miejsca na kartach książki.”
przyznaje, nie zdając sobie zapewne wcale sporawy z tego, że wpadł w ten wnyk, który na niego i myślących podobnie zastawił Rymkiewicz.
„[…]że magnacki watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik może być wiarygodnym wolnościowym emblematem”
Przenieśmy to na grunt dzisiejszy bo o dzisiaj wszak pisze Rymkiewicz ubierając aktorów w kostium wieku XVI. Kto może wedle dzisiejszych wzorców i reguł dzisiaj panujących być „wolnościowym emblematem”? Czy w ogóle w systemie, który opiera się na wpajanym nam przekonaniu, że „wszyscy równi” może być ktoś, kto będzie „emblematem wolnościowym” albo, tym bardziej, kto nie będzie? Czy jest ktoś, kto dziś symbolizuje bardziej wolność i demokrację niż na przykład rosemann? Albo hipotetyczny pan Janek z Pacanowa? Albo ktokolwiek inny tutaj? W tym Samuel Zborowski - watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik, gdyby dziś żył? Wszak pojawienie się takiej ikony, która bardziej niż inni byłaby emblematem to oczywiste zaprzeczenie podnoszonego z czasem coraz bardziej (aż do granic karykatury chwilami) egalitaryzmu tej rzeczywistości, którą konstruuje demokracja jako system.
Ale nie za bardzo dziwi mnie, choć przyznam, że bawi, to wpadanie szczerych demokratów we wnyk który na nich zastawił Rymkiewicz ze swym watażką Samuelem. Nie w takie wnyki oni już przecież wpadali. Ot wspomnieć wystarczy nam przejściowy epizod zatrzęsienia naszym fundamentem demokracji gdy okazało się na przykład, ze z jej reguł, za jakieś tam zasługi i jakichś tam powodów zwolniony jest Bronisław Geremek lekceważący powszechne w Rzeczpospolitej reguły prawne i wzbudzający tym podziw szczerych demokratów. Bo demokracja demokracją ale są wszyscy równi i paru równiejszych. Samuel się widocznie nie łapie ale jakby się starał to kto wie?
Na chwilę wróćmy do XVI wieku oraz do uwag Skwiecińskiego i Mikołejki. Choć to taki wybieg by za chwilę tryumfalnie wrócić do współczesności. Obaj autorzy nie mogą darować Rymkiewiczowi tego, że wolność tamtych obywateli utożsamia on z czymś, co oni nazywają „anarchią”. Nie przypadkiem napisałem w cudzysłowie choć obaj panowie taką interpunkcję z całym przekonaniem sobie darowali. Ja darować nie mogłem bo i tu dostrzegam błąd obu panów. Wskazujący na to chyba, że umknął obu panom ten rozdział, w którym Rymkiewicz podaje prawną podstawę tego, co panowie (przynajmniej w przypadku sporu Zborowskich z królem) nazywają anarchią. Chodzi mi o XVII artykuł henrycjański. Pisałem już o nim ale napisze jeszcze raz. On, tak jak i cała reszta zapisów, zasługujące na by je traktować łącznie jako nasz powód do dumy raczej niż wstydu, był zaprzysiężonym przez króla prawem. I jeśli monarcha (Walezy albo każdy następny po nim) nie zadbał o to by uściślić reguły jego stosowania to znaczy, że był durniem albo od razu zamierzał nic sobie z niego nie robić. A w takiej postaci sprawiał, że w ogóle trudno jakiekolwiek wystąpienie szlachcica przeciwko królowi mieć za coś bezprawnego!
Ta wierność stanowionemu prawu przewrotnie sprawia, ze Rymkiewicz z miejsca przestaje nam jawić się jako postać anachroniczna. Anachroniczni zaczynają być jego adwersarze. I nie o słowa, w tym te o Rymkiewiczu mi tylko chodzi. Wróćmy więc do obecnej rzeczywistości i przespacerujmy się warszawską ulicą 11 listopada 2010 r. Nie da się za bardzo… Nie da się bo trwa na niej walka o wolność, niepodległość, demokrację i internacjonalizm. A między walczącymi przemykają grupki stróżów prawa walczące o to by prawo zaczęło być przestrzegane. I czym różni się ta warszawska ulica od Polski wieku XVI. Tym, że na te rozróby żadnego „artykułu XVII” nie ma. I nic nie zmieni chór „szczerych demokratów”, który uważa, że nic to bo na „pogrobowców ONR-u” żadne prawo im nie jest potrzebne. Czym się ta banda „dzielnych chłopców” różni od Samuela Zborowskiego? Tym, że on miał ten cholerny XVII artykuł i był w prawie! Inaczej niż wy „szczerzy demokraci”. I na tym wnyk Rymkiewicza właśnie polega.
* Piotr Skwieciński „Trumna z szybką”, „Rzeczpospolita”, 30.10 – 1.11.2010 r., str. P8-P9 (tekst na stronie gazety dostępny tylko za opłatą: http://stara.rp.pl/artykul/556360,556434.html
**Zbigniew Mikołejko, Martwa natura ze ściętą głową” / 16.11.2010 Tygodnik powszechny, http://tygodnik.onet.pl/1,55669,druk.html
*** http://www.przekroj.pl/publicystyka_pilch_artykul,7162.html?print=1
**** http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=687
***** http://www.krytykapolityczna.pl/TomaszPiatek/Goraczkowytreatmentfilmowy/menuid-215.html
****** http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/newsweek_kultura/samuel-zborowski-kontra-tusk,67960,1
******* http://www.dwutygodnik.com.pl/artykul/1587-rokosz-rymkiewicza.html
******** http://www.pisarze.pl/index.php/recenzje/59-krzysztof-lubczyski-zoty-wiek-postmodernistycznie-widziany.html
Rzecz jest o tyle skomplikowana, że zanim książkę skończyłem natknąłem się na dwa obszerne jej omówienia autorstwa Piotra Skwiecińskiego w Rzeczpospolitej* oraz Zbigniewa Mikołejki z Tygodnika Powszechnego**. Na tyle istotne, że niejako wyznaczające pole do dyskusji o książce. Próbując odświeżyć sobie ich argumenty pogrzebałem w ich poszukiwaniu w sieci i doszukałem się jeszcze kilku głosów na temat i Rymkiewicza i tej jego książki. Nie tak szerokich i poważnych jak dwa wspomniane ale jeszcze ciekawiej ukazujących kwestię, o której chciałbym napisać.
Prześlizgnę się tylko nad uwagami Pilcha*** i Szostkiewicza**** zwracając co najwyżej im uwagę na to, że nikt poważny, a i nie do końca poważny jak choćby ja, nie recenzuje niczego w oparciu o jakiś przeczytany w gazecie fragment. Szostkiewiczowi nadto warto wytknąć zupełną śmieszność gdy na podstawie pożyczonego od Pilcha cytatu zastanawia się nawet czy, jak to było w zwyczaju czasu Wojny Wroniej, nie odnieść Rymkiewiczowi posiadanych książek jego autorstwa. To taka facecja. O ton tylko strawniejsza niż uwagi „gwiazdy” naszej „młodej literatury” i „nowej lewicy” Tomasza Piątka***** któremu szczerze radziłbym aby raczej z równą wnikliwością przyjrzał się swemu pisaniu.
Ciekawsze są opinie Macieja Nowickiego******, Elizy Szybowicz******* i wreszcie Krzysztofa Lubczyńskiego********.
O ile Skwieciński i Mikołejko błędnie choć świadomie zdają się umykać przed odniesieniem tej książki do współczesności, co w przypadku Skwiecińskiego jest o tyle ciekawe że w samym tekście z umieszczania Rymkiewicza w kontekście współczesności i polityki nie rezygnuje ale szuka dla tego innych uzasadnień, to wspomniani na końcu autorzy lokują „Samuela Zborowskiego” jak najbardziej jako dzieło polityczne odniesione do współczesności. I popełniają błąd znacznie poważniejszy niż tamta ostrożność Skwiecińskiego i Mikołejki wolących wypominać Rymkiewiczowi historyczne nieścisłości.
O sporze o historyczną prawdę i dokładność pisać nie będę bo ją można zamknąć prostym odesłaniem Mikołejki i Skwiecińskiego do początku książki w którym sam autor ostrzega przed taki sposobem patrzenia na jego wizję losów Samuela. Błąd popełniony przez Nowickiego, Szybowicz i Lubczyńskiego jest o wiele ciekawszy a w swej istocie nawet dający się nazwać zabawnym. Od razu uprzedzę, że nie chodzi mi o dość prymitywne odniesienie współczesnego odczytania książki Rymkiewicza do konkretnego, dzisiejszego sporu politycznego.
Pisząc:
">„Samuel Zborowski” jest utworem głęboko politycznym, niemal na tej samej zasadzie co słowa „Jebał was pies” w jednym z wywiadów skierowane do wyborców Donalda Tuska.”
myli się Nowicki a sekunduje mu myląc się jeszcze bardziej Szybowicz gdy stwierdza:
” Nie chodzi nawet o trudną do usunięcia świadomość, że Rymkiewicz kieruje się motywami prostymi i doraźnymi, że mówiąc o Samuelu Zborowskim, myśli o Jarosławie Kaczyńskim, a kanclerz Zamojski to dla niego Donald Tusk.”.
To bardzo płytkie widzenie tego, co o współczesności ma do powiedzenia Rymkiewicz. Przede wszystkim z tego powodu, ze , jak sądzę oczywiście z pokorą podkreślając ten mój subiektywizm postrzegania i sądu, Rymkiewicz pisząc o rzeczpospolitej nie za bardzo w ogóle dostrzega „wyborców Donalda Tuska” a już z cała pewnością nie napisałby dzieła o Jarosławie Kaczyńskim i Donaldzie Tusku. O ile jeszcze pewnie wcielenie Kaczyńskiego w skórę Zborowskiego przez głowę by mu przeleciało zresztą dokładnie tak samo jak wcielenie w nią choćby rosemanna i każdego innego (wynika to, o czym jeszcze powiem, z tego, co Samuel u Rymkiewicza uosabia) to Donalda Tuska jako złowrogiego Kanclerza przewracającego Polskę na pewno by nie pokazał. Myślę, że nie chciałoby mu się dla Tuska nie tylko pisać całej książki ale nawet jednego słowa. Zresztą i Tusk i Kaczyński przy rozważaniach o przyszłości ziem polskich zasiedlanych w przyszłości przez polskie lub niepolskie inteligentne ślimaki to perspektywa czasowa nie do zauważenia w ogóle.
Najciekawszą rzecz, wskazującą właśnie najwyraźniej istotę popełnionego błędu, powiedział (napisał) Krzysztof Lubczyński. Stwierdzając:
„Jakoś nie czuje się, by Rymkiewicz naprawdę wierzył, że magnacki watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik może być wiarygodnym wolnościowym emblematem. Trochę to odbiera książce – by posłużyć się językiem młodzieży – power, energię tak dla Rymkiewicza charakterystyczną. Wyraża się to nawet w dość oszczędnym udzielaniu tytułowemu bohaterowi miejsca na kartach książki.”
przyznaje, nie zdając sobie zapewne wcale sporawy z tego, że wpadł w ten wnyk, który na niego i myślących podobnie zastawił Rymkiewicz.
„[…]że magnacki watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik może być wiarygodnym wolnościowym emblematem”
Przenieśmy to na grunt dzisiejszy bo o dzisiaj wszak pisze Rymkiewicz ubierając aktorów w kostium wieku XVI. Kto może wedle dzisiejszych wzorców i reguł dzisiaj panujących być „wolnościowym emblematem”? Czy w ogóle w systemie, który opiera się na wpajanym nam przekonaniu, że „wszyscy równi” może być ktoś, kto będzie „emblematem wolnościowym” albo, tym bardziej, kto nie będzie? Czy jest ktoś, kto dziś symbolizuje bardziej wolność i demokrację niż na przykład rosemann? Albo hipotetyczny pan Janek z Pacanowa? Albo ktokolwiek inny tutaj? W tym Samuel Zborowski - watażka i niepohamowany, lekkomyślny gwałtownik, gdyby dziś żył? Wszak pojawienie się takiej ikony, która bardziej niż inni byłaby emblematem to oczywiste zaprzeczenie podnoszonego z czasem coraz bardziej (aż do granic karykatury chwilami) egalitaryzmu tej rzeczywistości, którą konstruuje demokracja jako system.
Ale nie za bardzo dziwi mnie, choć przyznam, że bawi, to wpadanie szczerych demokratów we wnyk który na nich zastawił Rymkiewicz ze swym watażką Samuelem. Nie w takie wnyki oni już przecież wpadali. Ot wspomnieć wystarczy nam przejściowy epizod zatrzęsienia naszym fundamentem demokracji gdy okazało się na przykład, ze z jej reguł, za jakieś tam zasługi i jakichś tam powodów zwolniony jest Bronisław Geremek lekceważący powszechne w Rzeczpospolitej reguły prawne i wzbudzający tym podziw szczerych demokratów. Bo demokracja demokracją ale są wszyscy równi i paru równiejszych. Samuel się widocznie nie łapie ale jakby się starał to kto wie?
Na chwilę wróćmy do XVI wieku oraz do uwag Skwiecińskiego i Mikołejki. Choć to taki wybieg by za chwilę tryumfalnie wrócić do współczesności. Obaj autorzy nie mogą darować Rymkiewiczowi tego, że wolność tamtych obywateli utożsamia on z czymś, co oni nazywają „anarchią”. Nie przypadkiem napisałem w cudzysłowie choć obaj panowie taką interpunkcję z całym przekonaniem sobie darowali. Ja darować nie mogłem bo i tu dostrzegam błąd obu panów. Wskazujący na to chyba, że umknął obu panom ten rozdział, w którym Rymkiewicz podaje prawną podstawę tego, co panowie (przynajmniej w przypadku sporu Zborowskich z królem) nazywają anarchią. Chodzi mi o XVII artykuł henrycjański. Pisałem już o nim ale napisze jeszcze raz. On, tak jak i cała reszta zapisów, zasługujące na by je traktować łącznie jako nasz powód do dumy raczej niż wstydu, był zaprzysiężonym przez króla prawem. I jeśli monarcha (Walezy albo każdy następny po nim) nie zadbał o to by uściślić reguły jego stosowania to znaczy, że był durniem albo od razu zamierzał nic sobie z niego nie robić. A w takiej postaci sprawiał, że w ogóle trudno jakiekolwiek wystąpienie szlachcica przeciwko królowi mieć za coś bezprawnego!
Ta wierność stanowionemu prawu przewrotnie sprawia, ze Rymkiewicz z miejsca przestaje nam jawić się jako postać anachroniczna. Anachroniczni zaczynają być jego adwersarze. I nie o słowa, w tym te o Rymkiewiczu mi tylko chodzi. Wróćmy więc do obecnej rzeczywistości i przespacerujmy się warszawską ulicą 11 listopada 2010 r. Nie da się za bardzo… Nie da się bo trwa na niej walka o wolność, niepodległość, demokrację i internacjonalizm. A między walczącymi przemykają grupki stróżów prawa walczące o to by prawo zaczęło być przestrzegane. I czym różni się ta warszawska ulica od Polski wieku XVI. Tym, że na te rozróby żadnego „artykułu XVII” nie ma. I nic nie zmieni chór „szczerych demokratów”, który uważa, że nic to bo na „pogrobowców ONR-u” żadne prawo im nie jest potrzebne. Czym się ta banda „dzielnych chłopców” różni od Samuela Zborowskiego? Tym, że on miał ten cholerny XVII artykuł i był w prawie! Inaczej niż wy „szczerzy demokraci”. I na tym wnyk Rymkiewicza właśnie polega.
* Piotr Skwieciński „Trumna z szybką”, „Rzeczpospolita”, 30.10 – 1.11.2010 r., str. P8-P9 (tekst na stronie gazety dostępny tylko za opłatą: http://stara.rp.pl/artykul/556360,556434.html
**Zbigniew Mikołejko, Martwa natura ze ściętą głową” / 16.11.2010 Tygodnik powszechny, http://tygodnik.onet.pl/1,55669,druk.html
*** http://www.przekroj.pl/publicystyka_pilch_artykul,7162.html?print=1
**** http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/?p=687
***** http://www.krytykapolityczna.pl/TomaszPiatek/Goraczkowytreatmentfilmowy/menuid-215.html
****** http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/newsweek_kultura/samuel-zborowski-kontra-tusk,67960,1
******* http://www.dwutygodnik.com.pl/artykul/1587-rokosz-rymkiewicza.html
******** http://www.pisarze.pl/index.php/recenzje/59-krzysztof-lubczyski-zoty-wiek-postmodernistycznie-widziany.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)