Jak było przed wojną, tą wielka wojną, kiedy Rzeczpospolita istniała jako substancja, której szlachetności składu nikt nie negował i się nie czepiał wiedzieć nie mogę. Domyślać się tylko mogę, że musiało nie być najgorzej, skoro jakoś kwestia, o której chcę pisać nie wyziera ze wspomnień i opracowań odnoszących się do tamtych czasów. Bo na ten przykład z takiego wczesnego PRL-u wyziera i wiem to choć tego akurat PRL-u przecież pamiętać nie mogę. Chodzi mi mianowicie o szlachetny (przynajmniej po części) w nazwie, która sam dla niego wymyśliłem, etos, w duchu którego tamta i obecna odmiana naszej państwowości bardzo konsekwentnie funkcjonuje. Konsekwentnie nie w znaczeniu skuteczności ale uporu trzymania się nie tylko głupiego ale szkodliwego schematu. Nazwanego przeze mnie etosem szeryfa- grabarza.
Właśnie PRL-owska rzeczywistość powołała do życia, oczywiście wraz z cała masą innych wynalazków na które cała reszta świata poza naszym „obozem przyjaźni” nie wpadła i do dziś nie ma najmniejszego zamiaru wpadać, wymyśliła i osobliwą definicję socjalizmu, jako ustroju, który bohatersko zmaga się z problemami nie znanymi w żadnych innych formach ustrojowych. Z żalem przyznać trzeba, że jeśli by uznać te definicję za poważną i wiążącą, to niestety przyszło nam żyć w III Rzeczpospolitej Socjalistycznej. Bo i ona zmaga się w sposób analogiczny.
Ponoć właściwością, która sprawia, że istota ludzka wyróżnia się z całego świata materii ożywionej i nieożywionej jest jej zdolność do abstrakcyjnego myślenia. Czyli takiego, które pozwala rozważać zdarzenia bez konieczności ich wystąpienia. Nie wiem jak to jest z innymi istotami ludzkimi ale mam podejrzenie, że istoty ludzkie zwane Polakami, szczególnie zaś te istoty ludzkie zwane Polakami, które zostały przez resztę istot ludzkich zwanych Polakami wskazane do wykonywania w ich imieniu czynności zwanych ogólnie rządzeniem w warunkach demokracji, mogą być wspomnianej wyżej zdolności pozbawione.
To, co łączy Polskę współczesną z jej praszczurką w najprostszej linii czyli Polską Rzeczpospolitą Ludową jest zamiłowanie do rozwiązywania spraw w trybie akcyjnym. Na nasze szczęście o ile tamta Polska starała się tak załatwiać co się tylko dało a więc zarówno budowę gminnego stadionu, zbiór buraków, walkę z analfabetyzmem i o elektryfikację czy też problem zrzutu stonki przez imperialistów o tyle teraz załatwia się tak tylko sprawy życia i śmierci. Niestety w bardzo boleśnie dosłownym znaczeniu.
Nie wiem z czego to się bierze ale przerasta czy to naszą wyobraźnię czy w ogóle nasze możliwości coś takiego jak prewencja i profilaktyka. I proszę mi tu nie wyjeżdżać z akcją „wiewiórka” bo i ona pojawiła się po tym gdy całym pokoleniom zęby w proch się obróciły. Nasz byt narodowy od kilkudziesięciu lat budowany jest w oparciu o przekonanie, że nic tak nas nie wzmacnia i nie uczy rozsądku jak parę trupów. Przyznaje, taka lekcja to mocna rzecz. I przyznaję też, że w niektórych kwestiach okazująca się wyjątkowo skuteczną i przynosząca rezultaty. Ot choćby w walce o wolność i demokrację. Oczywiście nie taką wolność i demokrację o jaką ongiś walczył ZBOWiD świętej (chyba…) pamięci. W niej, tej walce, czemu nie da się zaprzeczyć, kamieniami milowymi były tragiczne śmierci Romka Strzałkowskiego, mitycznego Janka Wiśniewskiego, ks. Jerzego Popiełuszki i wielu innych. I choćby przez wzgląd na nie wołam, miejcie litość istoty ludzkie zwane Polakami powołane do rządzenia resztą istot ludzkich zwanych Polakami! Nie nadużywajcie tego schematu bo nie zawsze jest on skuteczny a jeszcze rzadziej wzniosły.
Nie wiem, z czego to wynika ale kiedy pojawia się u nas jakiś problem, w którym na szali położone zostaje ludzkie życie (w różnej liczbie) ci, co za rozwiązanie tego problemu odpowiadają, zachowują się tak, jakby kiedyś zapatrzyli się w niezapomnianą rolę Gary Coopera w równie niezapomnianym obrazie fabularnym „W samo południe” i przysięgli sobie, że będą go w każdej sytuacji naśladować. I są w tym konsekwentni. To zaś wymaga takich warunków, w których musi się pojawić obowiązkowo jakiś zbir albo kilku zbirów, musi dojść do pozbawienia przez zbira, czy tez zbirów życia kilku sprawiedliwych i niewinnych obywateli i jeszcze kilku niegodziwości. I wtedy stanowczo wkracza nasz domorosły Gary Cooper, zbirów rozwala, niewinnym ofiarom urządza pochówek z honorami i następuje happy end.
Sęk w tym, że nie dla wszystkich happy.
Sprawienie, by huśtawki na placach zabaw i bramki na szkolnych boiskach nie przewracały się podczas korzystania z nich w naszym kraju obowiązkowo wymaga śmierci na placu zabaw czy boisku jakiejś dziewczynki lub chłopca i pokazania w telewizji łez jej rodziców. Kontrolowanie stanu autobusów wożących wycieczki misi (!) być poprzedzone rozsmarowaniem na asfalcie hipotetycznej klasy III b z hipotetycznego Pacanowa jadącej obejrzeć morze. Odśnieżanie dachów obiektów wielkopowierzchniowych da się załatwić dopiero wtedy jak jakiś dach zadusi pól setki ludzi. Wreszcie wysłanie zbrojnych patroli do boju o czystą krew i umysły naszych pociech wymaga tu i ówdzie śmiertelnego zejścia paru z nich. I można tak mnożyć. Ale za to kiedy już się to stanie cała III rzeczpospolita Socjalistyczna może sobie oglądać transmisję z kolejnej akcji, w której na ulicę wychodzi kolejny szeryf Gary Cooper, dla niepoznaki nazwany a to Inspekcją Pracy, a to prokuraturą, a to Donaldem Tuskiem czy innym Ziobrą Zbigniewem albo też Głównym Inspektorem Sanitarnym i robi porządek. Znaczy urządza pogrzeby i odstrzeliwuje zbirów.
I tak, nie mam najmniejszych złudzeń, będzie chyba do końca istnienia istot ludzkich zwanych Polakami. Ten zaszczepiony nam nie wiedzieć kiedy, organiczny zapewne defekt pozostanie naszą skazą do końca. Bo o ile już nauczyliśmy się, że jak już woda wzbierze to i spłynie. Ale za ch**a nie jesteśmy sobie w stanie wbić do głowy w jaki sposób spłynie i co się przy tym może stać. Choćby co drugi dzień nam przed nosem spływała z połową naszego narodowego majątku. Wiemy już, że „Tajfun” szkodzi jak cholera a nawet zabić może ale do wczoraj nam się wydawało, że jak się go dla odmiany nazwie „Cyklon” to z a nuż straci swą śmiercionośną właściwość. Wiedzieliśmy tyle cholernie dramatycznych rzeczy ale nam do głowy nie przyszło, że jak zdarzą się w kopalni „Wujek” to mogą i w kopalni „Siersza” czy w innym „Manifeście Lipcowym”. Bez praktycznego doświadczenia za nic nam do głowy nie przyszło, że psujący się co rusz samolot jest znacznie bardziej cięższy od powietrza niż taki, który się nie psuje.
I ciągle pozostajemy przy tym swoim idiotycznym aplauzie dla kolejnych szeryfów- grabarzy z ich widowiskowymi akcjami zamiast zapragnąć, by zastąpił ich ktoś, kto dobry nie jest w sięganiu po spluwę czy w pogrzebowych ceremoniach ale potrafi najzwyczajniej pomyśleć. Któremu wystarczy rdza zżerająca konstrukcję huśtawki, samolotu czy autobusu a nie koniecznie ileś zmasakrowanych trupów by podjął taką czy inną decyzję.
Może wtedy nie będziemy musieli heroicznie i ofiarnie rozwiązywać problemów nieznanych w innych systemach ustrojowych.
Pewnie wielu nie ma dziś pojęcia kim był Gary Cooper. Choć radośnie reaguje widząc jego emanację w kolejnych biegających po naszej politycznej scenie kogucikach. I pewnie nic by nam lepiej nie zrobiło jak wprowadzenie tego w życie tytułowego okrzyku.
A więc PRECZ Z GARY COOPEREM!!!!!!!!!
czwartek, 7 października 2010
środa, 6 października 2010
Kłopoty z percepcją czyli łowcy lokomotyw*.
Zdaję sobie sprawę, że przez mój upór zajmowania się sprawą, w której za fasadą troski o bezpieczeństwo oraz zdrowie dzieci i młodzieży ukrywa się głupi, najpewniej niezbyt przemyślany, pachnący totalitarnie wyskok, mogę zacząć być postrzegany jako sprzymierzeniec cwaniaków, którzy znaleźli sobie w żyłach i mózgach gówniarzerii znakomitą biznesową niszę. Jeśli komuś tak to pasuje to proszę bardzo. A, jak pisałem wczoraj, pasuje zdecydowanej większości zaś tych, którym nie pasuje jest ledwie garstka. Jakby odjąć „zainteresowanych żywotnie” to nawet pewnie i pół się nie uzbiera. Tak, jak pewnie nie uzbierało by się i tyle tych, co im nie pasowało jak Hitler zamykał w kacetach kryminalistów. Może to porównanie na wyrost. A może nie…
Wczoraj, gdy oglądałem telewizję, przypomniała mi się scena z jednego z najtrudniejszych filmów, jakie oglądałem. Trudnego nie przez to, że jakiś on wybitnie skomplikowany w odbiorze ale przez to że jest ohydny ale i za razem ujmujący. I do tego, że ujmuje tak trudno się przyznać :). Przypomniała mi się scena z Trainspooting Danny Boyla. Jeden z bohaterów filmu, Spud (grany przez Ewena Bremnera) , musi iść na rozmowę kwalifikacyjną. Wie, ze zakończy się ona niepowodzeniem ale iść musi bo inaczej straci zasiłek. Bezsens tego koniecznego życiowego utrudnienia wynika z tego, że Spud jest osobą wycofaną i mało komunikatywną. I niezbyt lotną umysłowo przy tym. Zwierza się z tego Rentonowi, głównemu bohaterowi filmu a ten daje mu jakiś specyfik, który ma kłopoty Spuda rozwiązać. I tak też się staje. Spud przed komisją bryluje, czaruje, ujmuje. Roboty jednak nie dostaje bo przegina w drugą stronę. Jest tam moment szczególnie zabawny. Jedna z osób z komisji pyta Spuda czy ma jakieś wady.
- Nie! – odpowiada bardzo pewnie. Ale po chwili zastanowienia poprawia się.- Jednak mam. Jestem perfekcjonistą.
Ten film i ta scena przypomniała mi się nie przypadkiem i nie sama z siebie. Jak napisałem nastąpiło to w momencie, gdy obejrzałem telewizję a konkretnie dość obszerny fragment wypowiedzi Donalda Tuska tłumaczącego się dziennikarzom z podjętych na jego polecenie działań w sprawie tak zwanych „dopalaczy”. I trudno żebym takich skojarzeń nie miał zważywszy na wyjątkowe pobudzenie pana Tuska jak też na wypowiedzianą na sam koniec kwestię, w której powiedział że z dopalaczami walczą od pół roku a do tego, co zrobili przygotowani byli (uwaga) perfekcyjnie. Zaraz po tym zacytowano opinie prawników na temat ostatnich dokonań. Nie dające panu Tuskowi powodów do takiego, a choćby i minimalnego samozadowolenia. I to zestawienie przypomina mi rozjechaną rzeczywistość Spuda. I te kłopoty z percepcją pana Tuska wyglądające jakoś tak bardzo podobnie.
Ale to tylko część wrażeń związanych z dokonaniami tej ekipy w tej sprawie. Zaraz po tym zostały przedstawione założenia zmian w prawie, mających na przyszłość sprawić, że nasze (a wszystkie przecież są nasze) dzieci będą mogły spać spokojnie bez obawy że ktoś im wciśnie do klasera jakieś świństwo. Czyli inaczej mówiąc że ktoś sprzeda im jakieś gówno którym nafaszerują się na śmierć albo choć do porzygania.
Propozycji, wiem, że przedstawionych w telegraficznym skrócie i może przez ów skrót wyglądających jak ewidentne wynaturzenie praworządności słuchałem ze zdumieniem. Przygotowywane przepisy przewidywać maja następującą drogę zwalczania tego niecnego procederu:
- Inspekcja sanitarna może zamknąć sklep na 18 miesięcy rekwirować towar.
- W czasie tych 18 miesięcy zarekwirowany towar zostanie poddany badaniu.
- Stwierdzone składniki badanego „dopalacza” zostaną wtedy WPISANE NA LISTĘ ŚRODKÓW ZAKAZANYCH. To stanie się na koniec…
Ogólne wrażenie takie, jakby te zmiany pan Premier przygotowywał nie przez pół roku ale, wraz z Prezydentem i Marszałkami obu izb pięć minut przed wspomnianą konferencją. Nie dziwię się więc stanowi, jakim się mediom i ich odbiorcom zaprezentował.
Tak na marginesie jak przepisy wejdą w życie to zapraszam chętnych a sprzedam im pomysł na interes życia. Bez konieczności obracania prochami i ryzykowania życia kogokolwiek. Za to z taką stopa zwrotu że dech zapiera…
Ale wróćmy do projektu zmiany przepisów. Nie wyjaśniono na jakiej podstawie będą dokonywane zamknięcia i rekwizycje skoro planuje się, że skonfiskowane środki zakazane staną się dopiero na koniec tej procedury. Procedury wyglądającej jak fragment jakiegoś satyrycznego albo surrealistycznego dzieła literackiego. W literaturze, szczególnie zaś w wymienionych przeze mnie jej odmianach zapewne niczym niezwykłym bywa przepis prawny zaczynający działać 18 miesięcy po popełnieniu zbrodni a pozwalający jednak skazać jej sprawcę. W prawie od czasów Rzymian (od dawna panie Tusk jakby pan nie wiedział) obowiązuje zasada, wedle której sądzić można w takim stanie prawnym, w jakim sprawca dokonywał swych niecnych czynów. A więc w stanie prawnym, w którym zamykano sklep, zabierano właścicielowi jego własność nie mając pojęcia czym ona jest a mając zasadne podejrzenie, że jeszcze nie figuruje wśród rzeczy, którymi handlować nie wolno. Bo inaczej czy wywalano by kasę na jakieś badania?
Dziwię się, że dla odmiany to przypominające incydentalną elokwencję Spuda wystąpienie pana Tuska nie spowodowało z miejsca jakiejś liczby zgonów. Wśród pokładających się w konwulsjach wywołanych śmiechem prawników oglądających akurat przypadkiem lub świadomie jego występ. Może dowiemy się o tym za jakiś czas. I nie tylko u nas. Uzupełnieniem tego horrendalnego pomysłu była informacja, że propozycje te nasi rządzący fachowcy zamierzają zasugerować jako rozwiązania do przyjęcia w całej Unii Europejskiej. Więc drżyjcie prawnicy Anglii, Francji, Niemiec czy Luksemburga bo nie wiecie z czym przyjdzie się wam zmierzyć.
W świetle tego, co zaprezentował Donald Tusk oraz wobec „radykalnych działań” odpowiednich organów trudno dziwić się dość szybkiej reakcji oczywistych przeciwników takiego stanowienia prawa czyli zaatakowanych „biznesmenów”. Jedni z nich wprost zagrozili procesami a inni ostentacyjnie olali nasz zmobilizowany naprędce „aparat przemocy” otwierając już dzisiaj swoje sklepy. I trudno się im dziwić. Nie tylko z powodów opisanych powyżej. Również z uwagi na to, jak na ich dzisiejsze nieposłuszeństwo ten „aparat represji” zareagował.
Na pytanie o konsekwencje otwarcia zamkniętych decyzją GIS sklepów jakaś pani (nie podano kim jest) reprezentująca w tej sprawie zapewne majestat Państwa odparła; „teraz pójdziemy porozmawiać dlaczego nie respektują decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego”*.
Już widzę jak po takiej rozmowie panowie z grubymi portfelami dosłownie mrą ze strachu jakby ich Inspektor Sanitarny potraktował Ebolą albo Legionellą. Ale może o to chodzi. W końcu w tej słusznej sprawie, jak twierdzi miażdżąca większość społeczeństwa, cel uświęca środki. Może więc rząd pana Tuska uznał, że skoro prawo wobec nich jest bezradne to trzeba ich potraktować okrutniej. I zabić ich śmiechem. To bardzo prawdopodobne.
Tu wyjaśnię skąd mi się (poza owym skojarzeniem ze Spudem) wzięli tytułowi łowcy lokomotyw. Proszę zgadnąć kto w tej zbliżającej się zabawie będzie grał rolę lokomotywy a kto dziwaka stojącego na poboczu i usiłującego wyczytać cos z przemykającej w ułamku chwili maszyny jeśli po jednej stronie wystąpią prawnicy, którzy rządowi sprokurowali tę wspomniana wyżej „legislację” a po drugiej „palestra” wynajęta przez gości, co przez półtora roku dorobili się fortun.
Poważnie zaś podsumowując sprawę przyznam, że czułbym się bardzo niekomfortowo mając świadomość tego, że z moich podatków, dzięki nonszalancji albo i głupocie stada urzędasów co od pół roku są w rzeczonej sprawie „perfekcjonistami” jak zapewnia ich szef, będzie trzeba wypłacać milionowe odszkodowania bandzie cwaniaków mających za nic czyjeś życie lub zdrowie.
PS. To mój zapewne ostatni tekst poświęcony zderzeniu się prawa z praktyką w sprawie „dopalaczy’. No chyba że rząd dalej będzie działał w przyjętej poetyce. Albo gdy zacznie dla odmiany dokonywać publicznych egzekucji schwytanych „handlowców”.
* trainspotting polega na „łowieniu” lokomotyw przez spisywanie ich bocznych numerów gdy mijają „łowcę” mknąć po torach. Ambicją łowcy jest mieć złowionych jak najwięcej różnych numerów lokomotyw…
** informacje dotycząca zmian prawa oraz zamieszczony cytat za: http://www.tvn24.pl/2379554,28377,0,1,1,dopalacze-na-szczycie,wideo.html
Wczoraj, gdy oglądałem telewizję, przypomniała mi się scena z jednego z najtrudniejszych filmów, jakie oglądałem. Trudnego nie przez to, że jakiś on wybitnie skomplikowany w odbiorze ale przez to że jest ohydny ale i za razem ujmujący. I do tego, że ujmuje tak trudno się przyznać :). Przypomniała mi się scena z Trainspooting Danny Boyla. Jeden z bohaterów filmu, Spud (grany przez Ewena Bremnera) , musi iść na rozmowę kwalifikacyjną. Wie, ze zakończy się ona niepowodzeniem ale iść musi bo inaczej straci zasiłek. Bezsens tego koniecznego życiowego utrudnienia wynika z tego, że Spud jest osobą wycofaną i mało komunikatywną. I niezbyt lotną umysłowo przy tym. Zwierza się z tego Rentonowi, głównemu bohaterowi filmu a ten daje mu jakiś specyfik, który ma kłopoty Spuda rozwiązać. I tak też się staje. Spud przed komisją bryluje, czaruje, ujmuje. Roboty jednak nie dostaje bo przegina w drugą stronę. Jest tam moment szczególnie zabawny. Jedna z osób z komisji pyta Spuda czy ma jakieś wady.
- Nie! – odpowiada bardzo pewnie. Ale po chwili zastanowienia poprawia się.- Jednak mam. Jestem perfekcjonistą.
Ten film i ta scena przypomniała mi się nie przypadkiem i nie sama z siebie. Jak napisałem nastąpiło to w momencie, gdy obejrzałem telewizję a konkretnie dość obszerny fragment wypowiedzi Donalda Tuska tłumaczącego się dziennikarzom z podjętych na jego polecenie działań w sprawie tak zwanych „dopalaczy”. I trudno żebym takich skojarzeń nie miał zważywszy na wyjątkowe pobudzenie pana Tuska jak też na wypowiedzianą na sam koniec kwestię, w której powiedział że z dopalaczami walczą od pół roku a do tego, co zrobili przygotowani byli (uwaga) perfekcyjnie. Zaraz po tym zacytowano opinie prawników na temat ostatnich dokonań. Nie dające panu Tuskowi powodów do takiego, a choćby i minimalnego samozadowolenia. I to zestawienie przypomina mi rozjechaną rzeczywistość Spuda. I te kłopoty z percepcją pana Tuska wyglądające jakoś tak bardzo podobnie.
Ale to tylko część wrażeń związanych z dokonaniami tej ekipy w tej sprawie. Zaraz po tym zostały przedstawione założenia zmian w prawie, mających na przyszłość sprawić, że nasze (a wszystkie przecież są nasze) dzieci będą mogły spać spokojnie bez obawy że ktoś im wciśnie do klasera jakieś świństwo. Czyli inaczej mówiąc że ktoś sprzeda im jakieś gówno którym nafaszerują się na śmierć albo choć do porzygania.
Propozycji, wiem, że przedstawionych w telegraficznym skrócie i może przez ów skrót wyglądających jak ewidentne wynaturzenie praworządności słuchałem ze zdumieniem. Przygotowywane przepisy przewidywać maja następującą drogę zwalczania tego niecnego procederu:
- Inspekcja sanitarna może zamknąć sklep na 18 miesięcy rekwirować towar.
- W czasie tych 18 miesięcy zarekwirowany towar zostanie poddany badaniu.
- Stwierdzone składniki badanego „dopalacza” zostaną wtedy WPISANE NA LISTĘ ŚRODKÓW ZAKAZANYCH. To stanie się na koniec…
Ogólne wrażenie takie, jakby te zmiany pan Premier przygotowywał nie przez pół roku ale, wraz z Prezydentem i Marszałkami obu izb pięć minut przed wspomnianą konferencją. Nie dziwię się więc stanowi, jakim się mediom i ich odbiorcom zaprezentował.
Tak na marginesie jak przepisy wejdą w życie to zapraszam chętnych a sprzedam im pomysł na interes życia. Bez konieczności obracania prochami i ryzykowania życia kogokolwiek. Za to z taką stopa zwrotu że dech zapiera…
Ale wróćmy do projektu zmiany przepisów. Nie wyjaśniono na jakiej podstawie będą dokonywane zamknięcia i rekwizycje skoro planuje się, że skonfiskowane środki zakazane staną się dopiero na koniec tej procedury. Procedury wyglądającej jak fragment jakiegoś satyrycznego albo surrealistycznego dzieła literackiego. W literaturze, szczególnie zaś w wymienionych przeze mnie jej odmianach zapewne niczym niezwykłym bywa przepis prawny zaczynający działać 18 miesięcy po popełnieniu zbrodni a pozwalający jednak skazać jej sprawcę. W prawie od czasów Rzymian (od dawna panie Tusk jakby pan nie wiedział) obowiązuje zasada, wedle której sądzić można w takim stanie prawnym, w jakim sprawca dokonywał swych niecnych czynów. A więc w stanie prawnym, w którym zamykano sklep, zabierano właścicielowi jego własność nie mając pojęcia czym ona jest a mając zasadne podejrzenie, że jeszcze nie figuruje wśród rzeczy, którymi handlować nie wolno. Bo inaczej czy wywalano by kasę na jakieś badania?
Dziwię się, że dla odmiany to przypominające incydentalną elokwencję Spuda wystąpienie pana Tuska nie spowodowało z miejsca jakiejś liczby zgonów. Wśród pokładających się w konwulsjach wywołanych śmiechem prawników oglądających akurat przypadkiem lub świadomie jego występ. Może dowiemy się o tym za jakiś czas. I nie tylko u nas. Uzupełnieniem tego horrendalnego pomysłu była informacja, że propozycje te nasi rządzący fachowcy zamierzają zasugerować jako rozwiązania do przyjęcia w całej Unii Europejskiej. Więc drżyjcie prawnicy Anglii, Francji, Niemiec czy Luksemburga bo nie wiecie z czym przyjdzie się wam zmierzyć.
W świetle tego, co zaprezentował Donald Tusk oraz wobec „radykalnych działań” odpowiednich organów trudno dziwić się dość szybkiej reakcji oczywistych przeciwników takiego stanowienia prawa czyli zaatakowanych „biznesmenów”. Jedni z nich wprost zagrozili procesami a inni ostentacyjnie olali nasz zmobilizowany naprędce „aparat przemocy” otwierając już dzisiaj swoje sklepy. I trudno się im dziwić. Nie tylko z powodów opisanych powyżej. Również z uwagi na to, jak na ich dzisiejsze nieposłuszeństwo ten „aparat represji” zareagował.
Na pytanie o konsekwencje otwarcia zamkniętych decyzją GIS sklepów jakaś pani (nie podano kim jest) reprezentująca w tej sprawie zapewne majestat Państwa odparła; „teraz pójdziemy porozmawiać dlaczego nie respektują decyzji Głównego Inspektora Sanitarnego”*.
Już widzę jak po takiej rozmowie panowie z grubymi portfelami dosłownie mrą ze strachu jakby ich Inspektor Sanitarny potraktował Ebolą albo Legionellą. Ale może o to chodzi. W końcu w tej słusznej sprawie, jak twierdzi miażdżąca większość społeczeństwa, cel uświęca środki. Może więc rząd pana Tuska uznał, że skoro prawo wobec nich jest bezradne to trzeba ich potraktować okrutniej. I zabić ich śmiechem. To bardzo prawdopodobne.
Tu wyjaśnię skąd mi się (poza owym skojarzeniem ze Spudem) wzięli tytułowi łowcy lokomotyw. Proszę zgadnąć kto w tej zbliżającej się zabawie będzie grał rolę lokomotywy a kto dziwaka stojącego na poboczu i usiłującego wyczytać cos z przemykającej w ułamku chwili maszyny jeśli po jednej stronie wystąpią prawnicy, którzy rządowi sprokurowali tę wspomniana wyżej „legislację” a po drugiej „palestra” wynajęta przez gości, co przez półtora roku dorobili się fortun.
Poważnie zaś podsumowując sprawę przyznam, że czułbym się bardzo niekomfortowo mając świadomość tego, że z moich podatków, dzięki nonszalancji albo i głupocie stada urzędasów co od pół roku są w rzeczonej sprawie „perfekcjonistami” jak zapewnia ich szef, będzie trzeba wypłacać milionowe odszkodowania bandzie cwaniaków mających za nic czyjeś życie lub zdrowie.
PS. To mój zapewne ostatni tekst poświęcony zderzeniu się prawa z praktyką w sprawie „dopalaczy’. No chyba że rząd dalej będzie działał w przyjętej poetyce. Albo gdy zacznie dla odmiany dokonywać publicznych egzekucji schwytanych „handlowców”.
* trainspotting polega na „łowieniu” lokomotyw przez spisywanie ich bocznych numerów gdy mijają „łowcę” mknąć po torach. Ambicją łowcy jest mieć złowionych jak najwięcej różnych numerów lokomotyw…
** informacje dotycząca zmian prawa oraz zamieszczony cytat za: http://www.tvn24.pl/2379554,28377,0,1,1,dopalacze-na-szczycie,wideo.html
wtorek, 5 października 2010
Krzyże na ulicach.
Nie powiem że zaskoczył ale zafrapował mnie wynik badania opinii społecznej na temat akcji, która popisała się ostatnio władza pod dzielnym przewodem pana Premiera. Gdy widziałem te 80% zadowolonych przyszło mi do głowy kilka myśli.
Pierwsza, może obrazoburcza, że mimo bardzo nośnego ostatnio postulatu by wysłać „księży na księżyc”, bez protestu a może nawet z entuzjazmem ta sama opinia społeczna przywitałaby wysyp krzyży, ustawianych masowo w tak zwanej „przestrzeni publicznej”. Pod tym wszakże warunkiem że do każdego byłby przybity jakiś zbrodniarz, najlepiej szafujący życiem i zdrowiem dzieci, których to życie i zdrowie notabene do pewnego czasu w dupie mieli nawet ich rodzice.
Druga, taka bardziej optymistyczna, że „opinia społeczna” za pomocą środkowego palca wyprostowanego w geście tak zwanego „faka” pokazała wszelkim modernizatorom i inżynierom społecznym co myśli o ich koncepcji, w której za całe zło świata, ze szczególnym uwzględnieniem gwałtów i zabójstw, odpowiada rodzina, szkoła, kościół, konsumpcyjne społeczeństwo i Ronald Regan. Mimo całej propagandy zbudowanej głownie na pięknych i wzruszających hollywoodzkich produkcjach, w których zakonnica Susan Sarandon porusza świat by uratować przed KS-em skruszonego i nawróconego Seana Penna.
Trzecia, że, da Bóg, a jakaś straszliwa i poruszająca ludzką wyobraźnią zbrodnia akurat zbiegnie się z jakimś kongresem założycielskim jakiegoś konkurencyjnego dla władzy ruchu społecznego i władza nie będzie miała innego pomysłu na odbudowę swej popularności jak tylko sięgnięcie po uśpiony potencjał zwolenników kary śmierci a może i Kodeksu Hammurabiego. I będą leciały głowy ręce i co tam jeszcze dałoby się uciąć.
Pomijając ogólna wymowę tej trzeciej myśli przyznaję, że była to szarża oparta niemal w 100% na ironii. Bo tak naprawdę te 80% społeczeństwa powinno budzić wcale nie niepokój ale wręcz lęk. Gdyż to jest dokładnie ta sama bezrefleksyjna masa która wynosi do władzy indywidua pokroju Łukaszenki czy znacznie od niego gorsze. Wystarczy, że takie indywiduum wyczuje tak zwane „nastroje społeczne” i uderzy w odpowiednią strunę.
Ostatnie osiągnięcie obecnej władzy, która pewnie teraz leczy radośnie kaca po tych szampanach wypitych na okoliczność wspomnianych 80% i skutecznego „przykrycia” narodzin „Nowoczesnej Polski”, pokazują jak bardzo niezdolna jest ona do najprostszej refleksji nad tym co właśnie zrobiła. Albo że zdolna jest ale ma to serdecznie w dupie tak jak cała te otoczkę w jakiej się rodziła i w jakiej po tę władze sięgała. Niemal skręca mnie z ciekawości czy dziś pan Tomek Lipiński uważa ze jest „przepięknie” i „normalnie”. Szczególnie wiedząc po której stronie barykady w walce o „miękkie środki” się on lokuje.
Bezrefleksyjność czy też beztroskie przejście nad jakąś, być może jednak rodzącą się w czeluściach decydenckich głów refleksją wyklucza to, że Pan Tusk czy jego podręczni przyjmą do wiadomości, że, jak mówią, „balansując na granicy prawa” (co to do jasnej choinki w ogóle znaczy?!) są akuszerami prawa zwyczajowego. Prawa, wedle którego oni a pewnie po nich i inni „wybrańcy ludu” będą zmuszeni do podobnych „balansów” gdy „opinia społeczna” tego będzie oczekiwała. Zwyczaju, który polegał będzie na tym, że jak tłum zawoła „ukrzyżuj go” to władza ochoczo lub z poczuciem absmaku ale jednak zaspokoi oczekiwanie ludu. Bez względu na to czy krzyżowani będą pedofile, gwałciciele, mordercy czy też „krwiopijcy” osiągający „nieuzasadnione korzyści majątkowe” w wysokości przekraczającej granicę tolerancji tłumu. A może nawet ci ostatni pójdą na kaźń pierwsi zgodnie ze słowami Pisma.
Tworzenie takich „zwyczajów”, w których tłum dostaje co chce nawet jeśli to, czego chce wymaga „balansowania na granicy prawa” to zabawa bardzo niebezpieczna. Choćby z tego powodu, że te 80% wskazuje, iż nasza świadomość prawna ciągle daleka jest od ideału. Daleka jest nawet od twego, co dla mnie jest absolutnym minimum tej świadomości z punktu widzenia miejsca w cywilizacyjnym rozwoju zajmowanego przez nas obecnie, czyli zakodowania sobie przez obywateli, jak jakiegoś niezawodnego światła ostrzegawczego, zasady, że państwo może działać tylko w GRANICACH PRAWA. Pojecie „na granicy” w moim systemie pojęciowy nie istnieje. Coś jest albo z prawem zgodne albo nie. Form pośrednich nie ma. A przynajmniej być nie powinno.
Głupota ostatniego „sukcesu” władzy przejawia się również w tej, przypadkowej czy zamierzonej zbieżności z narodzinami politycznej inicjatywy, która bez wątpienia swój sukces zamierza oprzeć na jakimś rodzaju populizmu. Ustawianie przez władzę tej inicjatywie drogowskazów do sukcesu w postaci takich rozwiązań jest zarazem idiotyczne z punktu widzenia politycznej rywalizacji bo nie ma chyba wątpliwości, że łakomy na sukces osesek gotów jest czy to deklarować czy później robić to samo tylko „citius, altius, fortius”, jak też niebezpieczne dla wszystkich obywateli bo nie wiadomo co w ostatecznym rozrachunku znaczyć może „szybciej, wyżej, silniej” w takim wydaniu.
Na przykładzie rozprawy z mało wartymi uwagi i współczucia cwaniaczkami co to gotowi byli zapełniać nam klasery „okazami kolekcjonerskimi” obserwujemy (choć większość obserwujących nie ma świadomości na co patrzy), jak kruche są efekty wielowiekowego dochodzenia społeczeństwa do punktu, w którym jego życie zabezpiecza już nie pięć, pistolet i solidny zamek ale oczywiste dla wszystkich i przez wszystkich (z oczywistymi w każdej regule wyjątkami) akceptowane zasady. Znów okazuje się, że skuteczna jest wyłącznie ordynarna siła. I nie zmienia oceny tej ordynarności fakt, że siły używają organy reprezentujące praworządne ponoć Państwo.
Mimo tego, że wspominane w tekście wielokrotnie 80% wskazuje, iż najlepszym lekarstwem przeciwko akceptacji takich totalitarnych zapędów byłby jakiś ewidentnie totalitarny kopniak zaaplikowany tym 80% tą sama metodą, której teraz z takim zachwytem kibicują, wcale im tego nie życzę. Nawet nie dlatego, że nikt w takiej sytuacji nie pomyślałby o tym, by mnie jako „jedynego sprawiedliwego” z tłumu „niesprawiedliwych” wyłuskać. Po prostu doświadczenia poprzednich pokoleń, których nikt nie wziął sobie najwidoczniej do serca, pokazują, że nie ma to żadnego sensu. Bo jakby to nie bolało to za jakiś czas o bólu się zapomni i znów nastawi się radośnie na kolejne baty.
Pierwsza, może obrazoburcza, że mimo bardzo nośnego ostatnio postulatu by wysłać „księży na księżyc”, bez protestu a może nawet z entuzjazmem ta sama opinia społeczna przywitałaby wysyp krzyży, ustawianych masowo w tak zwanej „przestrzeni publicznej”. Pod tym wszakże warunkiem że do każdego byłby przybity jakiś zbrodniarz, najlepiej szafujący życiem i zdrowiem dzieci, których to życie i zdrowie notabene do pewnego czasu w dupie mieli nawet ich rodzice.
Druga, taka bardziej optymistyczna, że „opinia społeczna” za pomocą środkowego palca wyprostowanego w geście tak zwanego „faka” pokazała wszelkim modernizatorom i inżynierom społecznym co myśli o ich koncepcji, w której za całe zło świata, ze szczególnym uwzględnieniem gwałtów i zabójstw, odpowiada rodzina, szkoła, kościół, konsumpcyjne społeczeństwo i Ronald Regan. Mimo całej propagandy zbudowanej głownie na pięknych i wzruszających hollywoodzkich produkcjach, w których zakonnica Susan Sarandon porusza świat by uratować przed KS-em skruszonego i nawróconego Seana Penna.
Trzecia, że, da Bóg, a jakaś straszliwa i poruszająca ludzką wyobraźnią zbrodnia akurat zbiegnie się z jakimś kongresem założycielskim jakiegoś konkurencyjnego dla władzy ruchu społecznego i władza nie będzie miała innego pomysłu na odbudowę swej popularności jak tylko sięgnięcie po uśpiony potencjał zwolenników kary śmierci a może i Kodeksu Hammurabiego. I będą leciały głowy ręce i co tam jeszcze dałoby się uciąć.
Pomijając ogólna wymowę tej trzeciej myśli przyznaję, że była to szarża oparta niemal w 100% na ironii. Bo tak naprawdę te 80% społeczeństwa powinno budzić wcale nie niepokój ale wręcz lęk. Gdyż to jest dokładnie ta sama bezrefleksyjna masa która wynosi do władzy indywidua pokroju Łukaszenki czy znacznie od niego gorsze. Wystarczy, że takie indywiduum wyczuje tak zwane „nastroje społeczne” i uderzy w odpowiednią strunę.
Ostatnie osiągnięcie obecnej władzy, która pewnie teraz leczy radośnie kaca po tych szampanach wypitych na okoliczność wspomnianych 80% i skutecznego „przykrycia” narodzin „Nowoczesnej Polski”, pokazują jak bardzo niezdolna jest ona do najprostszej refleksji nad tym co właśnie zrobiła. Albo że zdolna jest ale ma to serdecznie w dupie tak jak cała te otoczkę w jakiej się rodziła i w jakiej po tę władze sięgała. Niemal skręca mnie z ciekawości czy dziś pan Tomek Lipiński uważa ze jest „przepięknie” i „normalnie”. Szczególnie wiedząc po której stronie barykady w walce o „miękkie środki” się on lokuje.
Bezrefleksyjność czy też beztroskie przejście nad jakąś, być może jednak rodzącą się w czeluściach decydenckich głów refleksją wyklucza to, że Pan Tusk czy jego podręczni przyjmą do wiadomości, że, jak mówią, „balansując na granicy prawa” (co to do jasnej choinki w ogóle znaczy?!) są akuszerami prawa zwyczajowego. Prawa, wedle którego oni a pewnie po nich i inni „wybrańcy ludu” będą zmuszeni do podobnych „balansów” gdy „opinia społeczna” tego będzie oczekiwała. Zwyczaju, który polegał będzie na tym, że jak tłum zawoła „ukrzyżuj go” to władza ochoczo lub z poczuciem absmaku ale jednak zaspokoi oczekiwanie ludu. Bez względu na to czy krzyżowani będą pedofile, gwałciciele, mordercy czy też „krwiopijcy” osiągający „nieuzasadnione korzyści majątkowe” w wysokości przekraczającej granicę tolerancji tłumu. A może nawet ci ostatni pójdą na kaźń pierwsi zgodnie ze słowami Pisma.
Tworzenie takich „zwyczajów”, w których tłum dostaje co chce nawet jeśli to, czego chce wymaga „balansowania na granicy prawa” to zabawa bardzo niebezpieczna. Choćby z tego powodu, że te 80% wskazuje, iż nasza świadomość prawna ciągle daleka jest od ideału. Daleka jest nawet od twego, co dla mnie jest absolutnym minimum tej świadomości z punktu widzenia miejsca w cywilizacyjnym rozwoju zajmowanego przez nas obecnie, czyli zakodowania sobie przez obywateli, jak jakiegoś niezawodnego światła ostrzegawczego, zasady, że państwo może działać tylko w GRANICACH PRAWA. Pojecie „na granicy” w moim systemie pojęciowy nie istnieje. Coś jest albo z prawem zgodne albo nie. Form pośrednich nie ma. A przynajmniej być nie powinno.
Głupota ostatniego „sukcesu” władzy przejawia się również w tej, przypadkowej czy zamierzonej zbieżności z narodzinami politycznej inicjatywy, która bez wątpienia swój sukces zamierza oprzeć na jakimś rodzaju populizmu. Ustawianie przez władzę tej inicjatywie drogowskazów do sukcesu w postaci takich rozwiązań jest zarazem idiotyczne z punktu widzenia politycznej rywalizacji bo nie ma chyba wątpliwości, że łakomy na sukces osesek gotów jest czy to deklarować czy później robić to samo tylko „citius, altius, fortius”, jak też niebezpieczne dla wszystkich obywateli bo nie wiadomo co w ostatecznym rozrachunku znaczyć może „szybciej, wyżej, silniej” w takim wydaniu.
Na przykładzie rozprawy z mało wartymi uwagi i współczucia cwaniaczkami co to gotowi byli zapełniać nam klasery „okazami kolekcjonerskimi” obserwujemy (choć większość obserwujących nie ma świadomości na co patrzy), jak kruche są efekty wielowiekowego dochodzenia społeczeństwa do punktu, w którym jego życie zabezpiecza już nie pięć, pistolet i solidny zamek ale oczywiste dla wszystkich i przez wszystkich (z oczywistymi w każdej regule wyjątkami) akceptowane zasady. Znów okazuje się, że skuteczna jest wyłącznie ordynarna siła. I nie zmienia oceny tej ordynarności fakt, że siły używają organy reprezentujące praworządne ponoć Państwo.
Mimo tego, że wspominane w tekście wielokrotnie 80% wskazuje, iż najlepszym lekarstwem przeciwko akceptacji takich totalitarnych zapędów byłby jakiś ewidentnie totalitarny kopniak zaaplikowany tym 80% tą sama metodą, której teraz z takim zachwytem kibicują, wcale im tego nie życzę. Nawet nie dlatego, że nikt w takiej sytuacji nie pomyślałby o tym, by mnie jako „jedynego sprawiedliwego” z tłumu „niesprawiedliwych” wyłuskać. Po prostu doświadczenia poprzednich pokoleń, których nikt nie wziął sobie najwidoczniej do serca, pokazują, że nie ma to żadnego sensu. Bo jakby to nie bolało to za jakiś czas o bólu się zapomni i znów nastawi się radośnie na kolejne baty.
poniedziałek, 4 października 2010
Samoobrona A.D. 2010 czyli historia jako farsa.
(długie)
Od kilku dni w moich tekstach i komentarzach pojawia się jak jakie natręctwo uwaga, że o sukcesie w polityce decydują nie masy (4000 zajętych miejsc) lecz kadry (czyli… no właśnie). Odczekałem pierwszą euforię i pierwsze odruchy wymiotne i pozwolę sobie zwrócić uwagę na ten właśnie aspekt wydarzenia, które, dorobiwszy się kilku wzniosłych i kilku obelżywych określeń, zaszło dnia 2 października. I jeszcze na kilka towarzyszących temu wydarzeniu okoliczności.
Jakkolwiek zapewne zostanie to zinterpretowane jako zwykłe a może nawet nadzwyczajne czepianie się przyznam, że z całej tej medialnej zawieruchy wywołanej powstaniem nowej „siły politycznej” najbardziej interesująca wydała mi się obecność w Sali Kongresowej, ponoć w roli specjalnie zaproszonego gościa, pana Piotra Misztala, osoby, która do nowej inicjatywy pasuje pozornie jak pięść do nosa. Pozornie bo w istocie pasuje nie mniej niż osoba samego inicjatora i lidera. W przypadku pana Misztala a jeszcze bardziej pana Palikota nie mam żadnych wątpliwości, iż ich politycznym programem jest… Miałem zamiar napisać bycie u władzy ale to chyba zbyt konkretne. Raczej bycie postaciami znaczącymi w głównym nurcie polityki. Program to rzecz drugorzędna. Jak bardzo świadczy fakt, że liderowi, rzec by można, pisze go ulica. Nie przypadkiem za główny atut Palikota uznane zostało to, że „mówi głośno to, co myśli wielu tylko boja się powiedzieć. Nie przypadkiem właśnie to mówi Palikot. Choć różne rzeczy zdążył mówić i robić w swych kolejnych ideowych wcieleniach.
Ale wróćmy do Misztala. Jego obecność, która swą ostentacyjnością nieco mnie zaskoczyła, daje sygnał o zapewne dość licznej, acz jak najmniej ostentacyjnej reprezentacji pewnego nurtu czy też raczej autoramentu osób. Takich, których nazwisk nie poznamy zapewnie dość długo albo i nigdy. Kiedy przychodzi do rozważań na temat szans zaistnienie jakiejś nowej jakości na naszej scenie politycznej dość częstym głosem negującym taką możliwość jest przypomnienie najpoważniejszej i ponoć będącej nie do przeskoczenia bariery w postaci finansowania naszej sceny politycznej. Ta bariera nie przeszkadzała jednak zaistnieć ani Samoobronie ani Platformie Obywatelskiej więc, jak mniemam, nie przeszkodzi i ruchowi Palikota. Gwarancja tego, że nie przeszkodzi jest zresztą sam lider. Człowiek na tyle biegły w świecie interesów że z cała pewnością nie pakujący się w coś, co nie ma obiecującego zaplecza finansowego.
I tu pojawia się pewna wątpliwość dotycząca fundamentu nowego ruchu. Wątpliwość, która obecność pana Misztala wzmacnia bardzo poważnie. Otóż trudno założyć taka koincydencję, w której obok nowej inicjatywy politycznej pojawia się tez nowy kapitał gotowy ją wspierać. Śmiem sądzić, że kapitał jest już nieco leciwy i, w odróżnieniu od inicjatywy, już jakiś czas obecny w naszej polityce.
W tytule mej notki pojawia się złowroga dla wielu nazwa, która zdawała się być bez wątpienia pieśnią przeszłości. Obawiam się, że to, co oglądaliśmy w sobotnie popołudnie (znaczy ja akurat dość pobieżnie bo trafiłem na „panelistę” Tarasa i zaraz TVN24 przestał transmitować :) było wielkim powrotem zjawiska wiązanego dotąd z Andrzejem Lepperem. Oczywiście powrotem ducha tamtego ruchu w wersji stuningowanej i uszlachetnionej. Bez „gości z wystająca z butów słomą” bo ich zastąpili „młodzi i wykrztałceni” (pisownia zamierzona) w przyzwoitych garniturach.
To, co mnie najbardziej w tym zjawisku niepokoi to to, że mało kto z tych zasiadających w Sali Kongresowej miał świadomość, że zasiada tam w interesie, którego na tyle nie rozumie, że ni jest w stanie pojąć, iż nie jest to w żadnym wypadku jego interes. Że najistotniejsze było to, o czym ani lider ani nikt inny nawet przez chwilę się nie zająknął. Siedząc tam na miękkim, stołecznym krzesełku taki przybysz był zauroczony i oszołomiony skalą tego, co go otaczało. I przez myśl mu nie przeszło pytanie „kto za to wszystko płaci?”. I jeszcze drugie, tysiąc razy istotniejsze „czemu za to płaci?”. W świecie obracającym milionami albo i miliardami bywały jestem raczej niespecjalnie. Ale wiem, że ten świat oparty jest na zasadzie dwukierunkowości przepływów. Cokolwiek w nim jest dawane jest od razu albo po czasie (oczywiście z godnym procentem) odzyskiwane w postaci jakiegoś ekwiwalentu.
Podejrzewam, że ten kapitał, który w naszą politykę od lat był inwestowany, dziś zakorzeniony jest przy tych siłach już coś na scenie politycznej znaczących. Każda nowa inicjatywa, by na jego przychylność muc liczyć musi okrzepnąć i dowieść, że nie jest efemerydą. To krzepnięcie i dowodzenie trochę musi potrwać i, co istotniejsze, nieco kosztować. I tu jest pole do popisu dla kapitału, który jeszcze się nie zakorzeniła albo już próbował z kiepskim skutkiem. Tak, jak nie tak dawno pan Misztal.
Jakkolwiek ideowo może wydawać się stawianie obok siebie ruchu Palikota i Samoobrony jakimś horrendalnym nieporozumieniem to absolutnie nieporozumieniem nie jest. Bo i mówienie o ideowości obu tworów w równym stopniu nie ma sensu. I w jednym i w drugim przypadku sfera ideowa została, że się obrazowo wyrażę, wzięta z ulicy i dolepiona. Przy czym w przypadku Leppera miało to na początku jak najbardziej naturalny dla rodzących się ruchów przebieg i dopiero później nastąpiło „odejście od założeń”. W ostatnim przypadku nie mam wątpliwości, że gdyby istniało „na mieście” akurat największe zapotrzebowanie na jakiś podlany ekologią i druidyzmem nacjonalbolszewizm to tą właśnie drogą powiódłby zebrane tłumy „wizjoner z Biłgoraja” wspierany przez uzbrojonego w jakąś srogą replikę „Rambo” Tarasa. I że pieniądze na tamten hipotetyczny zjazd byłyby dokładnie te same co były teraz.
Pojęcie postpolityki, ku memu zaskoczeniu, jakoś łatwo zaakceptowane przez politycznych komentatorów, wyrugowało a przynajmniej zepchnęło na margines dzisiejszej walko politycznej wątki ideowe. I nagle okazuje się, że skutkiem tego jest klasa polityczna oczytana w Ludlumie albo w analizach oczekiwań konsumenta. I idealnie obrotowa. Taka, która jest i w SLD i PO i równocześnie przeciwko nim. Bez jakichkolwiek zarzutów o brak konsekwencji ze strony najaktywniejszych recenzentów sceny politycznej. A wręcz przeciwnie, przy zachwytach nad „nową jakością polityczną” uderzającą w skostniały establishment. Mimo nazwisk Kalisza i Środy na plakatach którzy są tak samo „nową jakością” jak wwożony zza niemieckiej granicy 15 – letni VW Golf.
I to w tej powtarzającej się historii ma właśnie wymiar farsy. Z ruchem Palikota rzucającym wyraźny cień Samoobrony. Tyle, że taki obyty, oszlifowany, nowoczesny.
Od kilku dni w moich tekstach i komentarzach pojawia się jak jakie natręctwo uwaga, że o sukcesie w polityce decydują nie masy (4000 zajętych miejsc) lecz kadry (czyli… no właśnie). Odczekałem pierwszą euforię i pierwsze odruchy wymiotne i pozwolę sobie zwrócić uwagę na ten właśnie aspekt wydarzenia, które, dorobiwszy się kilku wzniosłych i kilku obelżywych określeń, zaszło dnia 2 października. I jeszcze na kilka towarzyszących temu wydarzeniu okoliczności.
Jakkolwiek zapewne zostanie to zinterpretowane jako zwykłe a może nawet nadzwyczajne czepianie się przyznam, że z całej tej medialnej zawieruchy wywołanej powstaniem nowej „siły politycznej” najbardziej interesująca wydała mi się obecność w Sali Kongresowej, ponoć w roli specjalnie zaproszonego gościa, pana Piotra Misztala, osoby, która do nowej inicjatywy pasuje pozornie jak pięść do nosa. Pozornie bo w istocie pasuje nie mniej niż osoba samego inicjatora i lidera. W przypadku pana Misztala a jeszcze bardziej pana Palikota nie mam żadnych wątpliwości, iż ich politycznym programem jest… Miałem zamiar napisać bycie u władzy ale to chyba zbyt konkretne. Raczej bycie postaciami znaczącymi w głównym nurcie polityki. Program to rzecz drugorzędna. Jak bardzo świadczy fakt, że liderowi, rzec by można, pisze go ulica. Nie przypadkiem za główny atut Palikota uznane zostało to, że „mówi głośno to, co myśli wielu tylko boja się powiedzieć. Nie przypadkiem właśnie to mówi Palikot. Choć różne rzeczy zdążył mówić i robić w swych kolejnych ideowych wcieleniach.
Ale wróćmy do Misztala. Jego obecność, która swą ostentacyjnością nieco mnie zaskoczyła, daje sygnał o zapewne dość licznej, acz jak najmniej ostentacyjnej reprezentacji pewnego nurtu czy też raczej autoramentu osób. Takich, których nazwisk nie poznamy zapewnie dość długo albo i nigdy. Kiedy przychodzi do rozważań na temat szans zaistnienie jakiejś nowej jakości na naszej scenie politycznej dość częstym głosem negującym taką możliwość jest przypomnienie najpoważniejszej i ponoć będącej nie do przeskoczenia bariery w postaci finansowania naszej sceny politycznej. Ta bariera nie przeszkadzała jednak zaistnieć ani Samoobronie ani Platformie Obywatelskiej więc, jak mniemam, nie przeszkodzi i ruchowi Palikota. Gwarancja tego, że nie przeszkodzi jest zresztą sam lider. Człowiek na tyle biegły w świecie interesów że z cała pewnością nie pakujący się w coś, co nie ma obiecującego zaplecza finansowego.
I tu pojawia się pewna wątpliwość dotycząca fundamentu nowego ruchu. Wątpliwość, która obecność pana Misztala wzmacnia bardzo poważnie. Otóż trudno założyć taka koincydencję, w której obok nowej inicjatywy politycznej pojawia się tez nowy kapitał gotowy ją wspierać. Śmiem sądzić, że kapitał jest już nieco leciwy i, w odróżnieniu od inicjatywy, już jakiś czas obecny w naszej polityce.
W tytule mej notki pojawia się złowroga dla wielu nazwa, która zdawała się być bez wątpienia pieśnią przeszłości. Obawiam się, że to, co oglądaliśmy w sobotnie popołudnie (znaczy ja akurat dość pobieżnie bo trafiłem na „panelistę” Tarasa i zaraz TVN24 przestał transmitować :) było wielkim powrotem zjawiska wiązanego dotąd z Andrzejem Lepperem. Oczywiście powrotem ducha tamtego ruchu w wersji stuningowanej i uszlachetnionej. Bez „gości z wystająca z butów słomą” bo ich zastąpili „młodzi i wykrztałceni” (pisownia zamierzona) w przyzwoitych garniturach.
To, co mnie najbardziej w tym zjawisku niepokoi to to, że mało kto z tych zasiadających w Sali Kongresowej miał świadomość, że zasiada tam w interesie, którego na tyle nie rozumie, że ni jest w stanie pojąć, iż nie jest to w żadnym wypadku jego interes. Że najistotniejsze było to, o czym ani lider ani nikt inny nawet przez chwilę się nie zająknął. Siedząc tam na miękkim, stołecznym krzesełku taki przybysz był zauroczony i oszołomiony skalą tego, co go otaczało. I przez myśl mu nie przeszło pytanie „kto za to wszystko płaci?”. I jeszcze drugie, tysiąc razy istotniejsze „czemu za to płaci?”. W świecie obracającym milionami albo i miliardami bywały jestem raczej niespecjalnie. Ale wiem, że ten świat oparty jest na zasadzie dwukierunkowości przepływów. Cokolwiek w nim jest dawane jest od razu albo po czasie (oczywiście z godnym procentem) odzyskiwane w postaci jakiegoś ekwiwalentu.
Podejrzewam, że ten kapitał, który w naszą politykę od lat był inwestowany, dziś zakorzeniony jest przy tych siłach już coś na scenie politycznej znaczących. Każda nowa inicjatywa, by na jego przychylność muc liczyć musi okrzepnąć i dowieść, że nie jest efemerydą. To krzepnięcie i dowodzenie trochę musi potrwać i, co istotniejsze, nieco kosztować. I tu jest pole do popisu dla kapitału, który jeszcze się nie zakorzeniła albo już próbował z kiepskim skutkiem. Tak, jak nie tak dawno pan Misztal.
Jakkolwiek ideowo może wydawać się stawianie obok siebie ruchu Palikota i Samoobrony jakimś horrendalnym nieporozumieniem to absolutnie nieporozumieniem nie jest. Bo i mówienie o ideowości obu tworów w równym stopniu nie ma sensu. I w jednym i w drugim przypadku sfera ideowa została, że się obrazowo wyrażę, wzięta z ulicy i dolepiona. Przy czym w przypadku Leppera miało to na początku jak najbardziej naturalny dla rodzących się ruchów przebieg i dopiero później nastąpiło „odejście od założeń”. W ostatnim przypadku nie mam wątpliwości, że gdyby istniało „na mieście” akurat największe zapotrzebowanie na jakiś podlany ekologią i druidyzmem nacjonalbolszewizm to tą właśnie drogą powiódłby zebrane tłumy „wizjoner z Biłgoraja” wspierany przez uzbrojonego w jakąś srogą replikę „Rambo” Tarasa. I że pieniądze na tamten hipotetyczny zjazd byłyby dokładnie te same co były teraz.
Pojęcie postpolityki, ku memu zaskoczeniu, jakoś łatwo zaakceptowane przez politycznych komentatorów, wyrugowało a przynajmniej zepchnęło na margines dzisiejszej walko politycznej wątki ideowe. I nagle okazuje się, że skutkiem tego jest klasa polityczna oczytana w Ludlumie albo w analizach oczekiwań konsumenta. I idealnie obrotowa. Taka, która jest i w SLD i PO i równocześnie przeciwko nim. Bez jakichkolwiek zarzutów o brak konsekwencji ze strony najaktywniejszych recenzentów sceny politycznej. A wręcz przeciwnie, przy zachwytach nad „nową jakością polityczną” uderzającą w skostniały establishment. Mimo nazwisk Kalisza i Środy na plakatach którzy są tak samo „nową jakością” jak wwożony zza niemieckiej granicy 15 – letni VW Golf.
I to w tej powtarzającej się historii ma właśnie wymiar farsy. Z ruchem Palikota rzucającym wyraźny cień Samoobrony. Tyle, że taki obyty, oszlifowany, nowoczesny.
niedziela, 3 października 2010
Bolszewicy vs dopalacze czyli prawo i bezprawie.
Wiem, że czasem jest tak, że słuszna idea, czy choćby słuszny cel przesłania ogółowi fakt, że idzie się do niego jak najbardziej niesłuszną drogą. Droga, która na dobrą sprawę bez wątpienia powinna być określona bardzo konkretnym słowem – lincz. Lincz jest linczem bez względu na to czy dokonuje go uzurpujący sobie prawo do tego obywatel czy nie mający prawa tak postępować jak postępuje przedstawiciel organu państwa. Wiele jest sytuacji w których świadek obserwujący i mający świadomość tego co obserwuje, nawet najbardziej ewidentnych sytuacji dochodzenia prawa poprzez oczywiste bezprawie ma problem ze sobą bo mu to najzwyczajniej nie przeszkadza. A nawet się podoba. A to już rzecz, której nie wolno lekceważyć. Bo rzeczy przyjemne i akceptowane w nawyk wchodzą łatwiej niż te kłopotliwe.
Przyznam, że w sprawie ostatniej rozprawy z handlem dopalaczami próbuję rozdzielić sferę emocji i kwestie prawne. Rozumiem i podzielam i obawy i oburzenie związane z tym, co dzieje się i ostatnio jest nagłaśniane za przyczyną tych specyfików. Jednak czym innym są emocje obywateli a czym innym (mam przynajmniej nadzieję) oparte na zasadzie legalizmu działania organów państwa. Staram się dociec jak ma się do obowiązującego stanu prawnego akcja, która polega na wkroczeniu funkcjonariuszy państwowych do legalnie działających punktów handlowych, obracających towarem, którym obrót jest legalny i powodowanie, że te punkty tracą na jakiś czas możliwość prowadzenia swej legalnej działalności.
Jak dotąd pewne jest, że w tej sprawie decyzję podjął „zespół rządowy” z Premierem na czele czy też, jak podają inne źródła, Minister Zdrowia. Jaką formę miała decyzja? Nie mam pojęcia. W każdym razie sama realizacja tej „bitwy” zarządzonej przez Premiera miała przebieg następujący:
Oto do handlujących dopalaczami zgłosili się inspektorzy z towarzyszeniem funkcjonariuszy policji by dokonać kontroli. Miła ona sprawdzić, czy w kontrolowanych punktach nie obraca się zabronionym specyfikiem. Oczywiście obracało się jak najbardziej. I jak mogło być inaczej, skoro o tym, że specyfik jest zabroniony sprzedających informowali kontrolerzy. Tu dodać należy, że zakaz został wprowadzony w tym samym dniu, w którym na jego podstawie przeprowadzono kontrole. Najciekawsze jest to, że w trakcie kontroli zabezpieczono zabroniony środek w celu… przeprowadzenia badań laboratoryjnych.
Najciekawsze jest to, że kontrole kończyły się nakazem zamknięcia placówek. Niezastosowanie się do niego, jak oświadczył rzecznik Komendanta Głównego Policji, grozi karą pozbawienia wolności do lat dwóch. By było groźniej… albo zabawniej kara ta grozi też tym, którzy w takim punkcie dokonają zakupu. I to dopiero jest ciekawe. Wychodzi bowiem na to, że w Polsce o wprowadzeniu penalizacji jakiegoś rodzaju działalności może z dnia na dzień zdecydować… Główny Inspektor Sanitarny!!!!!
Tenże Rzecznik Komendanta, komentując wczorajsze wydarzenia dokonał bardzo istotnego podsumowania akcji.
„To nie jest ostateczny krok w walce z dopalaczami. Ostatecznym krokiem będzie zmiana prawa.”
Konkludując, w chwili obecnej, w której tak radykalnie zawalczono z procederem, prawo nie pozwala na… walkę z tym procederem. Trzeba je zmienić. Trzeba je zmienić tak, by wiedzieć czy dopuszczony produkt jest groźny dla życia lub zdrowia. Czyli teraz nie wiadomo czy jest groźny czy nie.
Rozumiem to, że większość opinii publicznej jest cała akcją zachwycona. Bo tu ludzkie życie a tam jakieś przepisy i jakaś „praworządność”. Ale mimo wszystko uważam, że na taki sposób działania nie powinno być zgody. Bo jest to sposób, który wcale nie pokazuje sprawności państwa ale coś wręcz przeciwnego! Umiejętność załatwiania na szybko i doraźnie problemów, które już się ujawniły ze swoimi ciemnymi stronami. Jest to też działania w oparciu o wyjątkowo prymitywny mechanizm. Kojarzący mi się z latynoamerykańskimi populistami w typie Perona uznającymi, że cel uświęca środki. Ten schemat w naszych realiach ćwiczyliśmy już przy okazji zapowiadanych przez Tuska rozwiązań antypedofilskich.
W całej tej szopce z dopalaczami znalazłbym oczywiście ślad dobrej woli rządzących. Ale tym śladem byłoby coś, o czym nie usłyszałem i co, jak się domyślam, nie nastąpiło. I nie nastąpi. Uznałbym, że faktycznie Państwo ma zamiar chorą sytuację związaną z tym, że w oficjalnym obrocie znajdują się u nas środki, o których od dawna pisało się i mówiło w mediach w bardzo określonym kontekście, ma zamiar naprawdę działać gdyby to działanie zaczęto od wywalenia na zbity pysk osób, które w zakresie swych obowiązków mają choćby monitorowanie takich sytuacji i wyciąganie na podstawie takich działań wniosków. Wniosków, którymi mogłyby być właśnie propozycje zmian legislacyjnych. Te, o których teraz dopiero się myśli.
Obecna władza i w tej i we wspomnianej sprawie pedofilii udowodniła, że jest w stanie naprawdę działać dopiero wtedy gdy i ona i całe społeczeństwo dostaje w serwisach bardzo konkretny przypadek gwałconego dziecka albo trupy po dopalaczach. Dla niej sama świadomość istnienia zjawiska to za mało. I kiedy już działa to robi to w stylu „wejście smoka skrzyżowane ze słoniem w składzie porcelany”. Zresztą to nasz sport narodowy. Którego zasady sprowadzają się do tego że place zabaw kontroluje się jak jakaś huśtawka JUŻ gdzieś jakieś dziecko zabije a autobusy wożące uczniów na wycieczki lub wakacje po jakiejś widowiskowej drogowej masakrze. Tak jakby w naszym języku słowo „profilaktyka” nie istniało. Albo jakby na nim kiedyś ktoś nadrukował „radykalne działania z użyciem służb porządkowych”.
To zaś powoduje że ani nie życzę sobie ani nie ukrywam, że boję się tego, że władza obecna zaczyna załatwiać spraw w ten sposób, że najpierw wyprowadza na ulice policję a dopiero po tym mówi coś niejasno o koniecznych zmianach w prawie.
Takie postępowanie ośmielę się nazwać bolszewickim. Teraz jest ono podjęte w sprawie, w której władza może liczyć na poklask społeczeństwa. Ale nauczona złym doświadczeniem może zrobić to i przeciw społeczeństwu. No bo jakie mamy gwarancje że nie? Prawo? Zmieni je później…
Powszechny aplauz po tym, w moim odczuciu, jawnym bezprawiu w walce z niepokojącym zjawiskiem, przypomina mi anegdotę z czasów wszechwładzy i kultu jednostki w Rosji sowieckiej. Stalin, zirytowany tym, że najbardziej świadomi ponoć obywatele zatracili całkowicie jakikolwiek rozsądek przejawiający się oporem przeciwko władzy nawet wówczas gdy nie ma ona racji, postanowił dać narodowi nauczkę. Wezwał na Plac Czerwony najbardziej oddanych komunistów i przemówił do nich mrowiąc, że nadszedł czas ostatecznego poświęcenia dla kraju. Aplauz zebranych. Że każdy musi ponieść najwyższa ofiarę. Aplauz zebranych. Że dotyczy to nie tylko ich ale i ich rodzin. Aplauz zebranych. Słowem, że każdy uczciwy komunista wraz ze swoją rodziną musi się dla dobra ZSRR powiesić. Aplauz zebranych. Nagle w tłumie widać jedną podniesioną rękę. Stalin z nadzieją w sercu dostrzega ją i pyta jej właściciela jakie ma wątpliwości. Ten pyta:
- Towarzyszu Stalin. A sznurki mamy mieć swoje czy państwowe?
Cóż za różnica towarz… obywatele III RP? Cóż za różnica…?
Na podstawie:
http://www.tvn24.pl/0,1676139,0,1,to-nie-ostateczny-krok-w-walce-z-dopalaczami,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,8456221,Antydopalaczowa_akcja_w_calym_kraju__inspektorzy_sanitarni.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Pogrom-sanepidu---zamknieto-797-sklepow-z-dopalaczami,wid,12722028,wiadomosc.html?ticaid=1afe7
Przyznam, że w sprawie ostatniej rozprawy z handlem dopalaczami próbuję rozdzielić sferę emocji i kwestie prawne. Rozumiem i podzielam i obawy i oburzenie związane z tym, co dzieje się i ostatnio jest nagłaśniane za przyczyną tych specyfików. Jednak czym innym są emocje obywateli a czym innym (mam przynajmniej nadzieję) oparte na zasadzie legalizmu działania organów państwa. Staram się dociec jak ma się do obowiązującego stanu prawnego akcja, która polega na wkroczeniu funkcjonariuszy państwowych do legalnie działających punktów handlowych, obracających towarem, którym obrót jest legalny i powodowanie, że te punkty tracą na jakiś czas możliwość prowadzenia swej legalnej działalności.
Jak dotąd pewne jest, że w tej sprawie decyzję podjął „zespół rządowy” z Premierem na czele czy też, jak podają inne źródła, Minister Zdrowia. Jaką formę miała decyzja? Nie mam pojęcia. W każdym razie sama realizacja tej „bitwy” zarządzonej przez Premiera miała przebieg następujący:
Oto do handlujących dopalaczami zgłosili się inspektorzy z towarzyszeniem funkcjonariuszy policji by dokonać kontroli. Miła ona sprawdzić, czy w kontrolowanych punktach nie obraca się zabronionym specyfikiem. Oczywiście obracało się jak najbardziej. I jak mogło być inaczej, skoro o tym, że specyfik jest zabroniony sprzedających informowali kontrolerzy. Tu dodać należy, że zakaz został wprowadzony w tym samym dniu, w którym na jego podstawie przeprowadzono kontrole. Najciekawsze jest to, że w trakcie kontroli zabezpieczono zabroniony środek w celu… przeprowadzenia badań laboratoryjnych.
Najciekawsze jest to, że kontrole kończyły się nakazem zamknięcia placówek. Niezastosowanie się do niego, jak oświadczył rzecznik Komendanta Głównego Policji, grozi karą pozbawienia wolności do lat dwóch. By było groźniej… albo zabawniej kara ta grozi też tym, którzy w takim punkcie dokonają zakupu. I to dopiero jest ciekawe. Wychodzi bowiem na to, że w Polsce o wprowadzeniu penalizacji jakiegoś rodzaju działalności może z dnia na dzień zdecydować… Główny Inspektor Sanitarny!!!!!
Tenże Rzecznik Komendanta, komentując wczorajsze wydarzenia dokonał bardzo istotnego podsumowania akcji.
„To nie jest ostateczny krok w walce z dopalaczami. Ostatecznym krokiem będzie zmiana prawa.”
Konkludując, w chwili obecnej, w której tak radykalnie zawalczono z procederem, prawo nie pozwala na… walkę z tym procederem. Trzeba je zmienić. Trzeba je zmienić tak, by wiedzieć czy dopuszczony produkt jest groźny dla życia lub zdrowia. Czyli teraz nie wiadomo czy jest groźny czy nie.
Rozumiem to, że większość opinii publicznej jest cała akcją zachwycona. Bo tu ludzkie życie a tam jakieś przepisy i jakaś „praworządność”. Ale mimo wszystko uważam, że na taki sposób działania nie powinno być zgody. Bo jest to sposób, który wcale nie pokazuje sprawności państwa ale coś wręcz przeciwnego! Umiejętność załatwiania na szybko i doraźnie problemów, które już się ujawniły ze swoimi ciemnymi stronami. Jest to też działania w oparciu o wyjątkowo prymitywny mechanizm. Kojarzący mi się z latynoamerykańskimi populistami w typie Perona uznającymi, że cel uświęca środki. Ten schemat w naszych realiach ćwiczyliśmy już przy okazji zapowiadanych przez Tuska rozwiązań antypedofilskich.
W całej tej szopce z dopalaczami znalazłbym oczywiście ślad dobrej woli rządzących. Ale tym śladem byłoby coś, o czym nie usłyszałem i co, jak się domyślam, nie nastąpiło. I nie nastąpi. Uznałbym, że faktycznie Państwo ma zamiar chorą sytuację związaną z tym, że w oficjalnym obrocie znajdują się u nas środki, o których od dawna pisało się i mówiło w mediach w bardzo określonym kontekście, ma zamiar naprawdę działać gdyby to działanie zaczęto od wywalenia na zbity pysk osób, które w zakresie swych obowiązków mają choćby monitorowanie takich sytuacji i wyciąganie na podstawie takich działań wniosków. Wniosków, którymi mogłyby być właśnie propozycje zmian legislacyjnych. Te, o których teraz dopiero się myśli.
Obecna władza i w tej i we wspomnianej sprawie pedofilii udowodniła, że jest w stanie naprawdę działać dopiero wtedy gdy i ona i całe społeczeństwo dostaje w serwisach bardzo konkretny przypadek gwałconego dziecka albo trupy po dopalaczach. Dla niej sama świadomość istnienia zjawiska to za mało. I kiedy już działa to robi to w stylu „wejście smoka skrzyżowane ze słoniem w składzie porcelany”. Zresztą to nasz sport narodowy. Którego zasady sprowadzają się do tego że place zabaw kontroluje się jak jakaś huśtawka JUŻ gdzieś jakieś dziecko zabije a autobusy wożące uczniów na wycieczki lub wakacje po jakiejś widowiskowej drogowej masakrze. Tak jakby w naszym języku słowo „profilaktyka” nie istniało. Albo jakby na nim kiedyś ktoś nadrukował „radykalne działania z użyciem służb porządkowych”.
To zaś powoduje że ani nie życzę sobie ani nie ukrywam, że boję się tego, że władza obecna zaczyna załatwiać spraw w ten sposób, że najpierw wyprowadza na ulice policję a dopiero po tym mówi coś niejasno o koniecznych zmianach w prawie.
Takie postępowanie ośmielę się nazwać bolszewickim. Teraz jest ono podjęte w sprawie, w której władza może liczyć na poklask społeczeństwa. Ale nauczona złym doświadczeniem może zrobić to i przeciw społeczeństwu. No bo jakie mamy gwarancje że nie? Prawo? Zmieni je później…
Powszechny aplauz po tym, w moim odczuciu, jawnym bezprawiu w walce z niepokojącym zjawiskiem, przypomina mi anegdotę z czasów wszechwładzy i kultu jednostki w Rosji sowieckiej. Stalin, zirytowany tym, że najbardziej świadomi ponoć obywatele zatracili całkowicie jakikolwiek rozsądek przejawiający się oporem przeciwko władzy nawet wówczas gdy nie ma ona racji, postanowił dać narodowi nauczkę. Wezwał na Plac Czerwony najbardziej oddanych komunistów i przemówił do nich mrowiąc, że nadszedł czas ostatecznego poświęcenia dla kraju. Aplauz zebranych. Że każdy musi ponieść najwyższa ofiarę. Aplauz zebranych. Że dotyczy to nie tylko ich ale i ich rodzin. Aplauz zebranych. Słowem, że każdy uczciwy komunista wraz ze swoją rodziną musi się dla dobra ZSRR powiesić. Aplauz zebranych. Nagle w tłumie widać jedną podniesioną rękę. Stalin z nadzieją w sercu dostrzega ją i pyta jej właściciela jakie ma wątpliwości. Ten pyta:
- Towarzyszu Stalin. A sznurki mamy mieć swoje czy państwowe?
Cóż za różnica towarz… obywatele III RP? Cóż za różnica…?
Na podstawie:
http://www.tvn24.pl/0,1676139,0,1,to-nie-ostateczny-krok-w-walce-z-dopalaczami,wiadomosc.html
http://wyborcza.pl/1,75248,8456221,Antydopalaczowa_akcja_w_calym_kraju__inspektorzy_sanitarni.html
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,Pogrom-sanepidu---zamknieto-797-sklepow-z-dopalaczami,wid,12722028,wiadomosc.html?ticaid=1afe7
sobota, 2 października 2010
Lewica (na kanwie ostatnich zdarzeń…).
Dość dawno napisałem, że Polska potrzebuje nurtu lewicowego. Prawdziwej lewicy, która zwolniłaby z obowiązku „troski o najsłabszych” te, która lewą stronę naszej sceny zajmuje obecnie. I troszczy się głownie o siebie. W zasadzie trudno się nawet jej dziś czepiać z tego powodu bo istotnie tak słaba dawno nie była.
To, że wracam do tematu, choć jak wiadomo ten nurt uważam za potrzebny nie dla mnie osobiście lecz jako dyscyplinujący i mobilizujący nurt prawicowy oraz centrum, zawdzięczać należy ciekawemu zbiegowi ostatnich zdarzeń.
Przede wszystkim dziś swą działalność zainauguruje kolejna „wielka nadzieja lewicy” co już od jakiegoś czasu pokazuje zęby Napieralskiemu i jego ekipie. Że niby rozszarpie ich na sztuki. A później pewnie nas…
Druga okoliczność to humorystyczne stanowisko dotychczasowej „wielkiej nadziei lewicy”, tu reprezentowanej przez „Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego”, odwołujące się w sporze z Jarosławem Kaczyńskim do, powiedzmy, swej „działalności programowej” oraz preferencyjnych warunków, na jakich jest ona prowadzona.
Cóż. Lewica w Polsce chyba już nie doczeka się w tak zwanym „głównym nurcie” niczego, co nie byłoby karykaturą tego, jak powinna lewica wyglądać. W miejsce dzisiejszego nieporozumienia programowo- ideowego, zwanego SLD ma się pojawić partia, ruch czy też stowarzyszenie budowane do spółki przez wódczanego milionera, czterdziestopięcioletniego chłopczyka wożącego się porsche 911 i paru równie zaprawionych w „walce klas” gigantów. Dołączy do niego nadto jedna z „twarzy” (przynajmniej tak sądzić można na podstawie częstotliwości pojawiania się w programach telewizyjnych) rządzącej „centroprawicy”.
Konkurencja, z którą, przyznaję, jakieś nadzieje na wykolegowanie PZPR-owskich sierot sam niegdyś wiązałem, też nie „zasypia gruszek w popiele” (kto wymyślił tę idiotyczną, zakodowaną już powszechnie formę z nieszczęsnym „zasypia”?). Tworzy, działa, wydaje performuje… I ma szczęście jak cholera no bo czy to ich wina, że akurat Rada Dzielnicy miała na podorędziu 1300 metrów kwadratowych? Czy to ich wina, że te metry kwadratowe znajdują się akurat pod adresem Nowy Świat? Czy wreszcie to ich wina, że wspomniana Rada zaśpiewała sobie te 12 zł za metr? No nie ich!
Nie tak dawno, z Kobietą Moją Kochaną przechodziliśmy koło północy przy „Nowym Wspaniałym Świcie”. Od razu było widać, że miejsce jest wzięte i na mapie stołecznej kultury potrzebne. Sądząc z frekwencji nawet bardzo. Przez spore witryny widać było jak sprawnie wyginają ciała przy aktualnych trendach muzycznych młode i powabne adeptki lewicowej myśli, jak w tym tańcu ich partnerzy (oczywiście płci obojga!) starali się pozostawić na czole choćby ślad zatroskania o ludzkość i okolice. A przed wejściem cerberzy selekcjonowali oczekujący tłumek. Ciekawe z czego odpytywali by nie wpuścić jakiegoś „prawicowego” albo nie daj Boże „nacjonalistycznego” odchylenia.
O „lewicy „ Palikota usłyszymy szybko. I nie mam wątpliwości, że będziemy słyszeć często i intensywnie. Zadba o to już teraz zachwycona ta część mediów, która dotąd była „zaprzyjaźniona” tak intensywnie, że zdawała się „nie mieć bogów innych przed mną”. Napisałem „lewica” w cudzysłowie bo nie mam wątpliwości, że poważnie brać tego rzeczownika w odniesieniu do tego zjawiska nie ma po co. Już w chwili, gdy wrota Pałacu (ściślej zaś Sali Kongresowej) jeszcze oczekują na otwarcie, do obozu byłego „centroprawicowego” barona Lubelszczyzny doszlusowują kolejni rzecznicy „środowisk defaworyzowanych”, którzy skazują już na starcie i tę inicjatywę na tupanie wokół bardzo określonych, by nie rzec oklepanych tematów, które na dłuższą metę społeczeństwo mogą raczej zirytować niż porwać. I nie ma co tu wymachiwać Palikotem bo jego dotychczasowa aktywność polityczna wskazuje, że wielu konkretów spodziewać się nie należy.
O „lewicy” Sierakowskiego raczej nie usłyszymy. Nigdy. Mimo buńczucznych zapowiedzi tegoż że pokaże. Nie usłyszymy bo znalazła ona sobie niszę, w której czuje się jak pączek w maśle. Tak dobrze, że nie zauważyła, iż właśnie jej ktoś pakuje się w szkodę. Jakiś czas temu czytałem opinię o tym środowisku jako o zjawisku, które znalazło sposób na przejęcie kontroli nad umysłami tych, którzy są ponoć przyszłością i polityki i państwa czyli pokolenia aktywnych i ukierunkowanych na działalność społeczną „młodych i wykształconych”. Ponoć tym czarodziejskim kluczem jest kultura. Nie wiem ile prawdy jest w tej kontroli. Ale jeśli coś jest na rzeczy to nie da się ukryć, że w tej chwili pojawia się moloch, który jednym haustem pożre cały owoc mrówczej pracy dziewczyn i chłopaków spod sztandaru ze Stasiem Brzozowskim. I tyle z tego wysiłku pozostanie. Bo owoc ewidentnie idzie na zmarnowanie.
Czy będziemy słyszeć o lewicy Napieralskiego? Owszem. Przecież nie ma zamiaru oddawać pola bez walki. I być może to ona będzie największym beneficjentem ruchu Palikota. Raz, że ma kadry i zaplecze. Dwa, że te kadry i to zaplecze znajduje się w mocno rozbudowanej strukturze. Trzy, że to goście, którzy wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Cztery, że mają jakiś tam „żelazny elektorat”. Pięć, ze wreszcie ma asumpt do tego, by podnieść wreszcie tyłki i wziąć się do roboty jeśli chce przetrwać. Palikot zaś pokazał, że w organizacji i konkretnych działaniach nie jest najlepszy. I nie trzeba przywoływać tu ani przykładu „przyjaznego państwa” ani rozdrapywać wyborczego wyniku PO w jego mateczniku. Wystarczy zastanowić się jaką „wartość dodaną” wytworzył on dotąd będąc politykiem „prawicy”.
Ni i co wreszcie z PO? O tym chyba nie tutaj. Wszak PO to ponoć prawica.
To, że wracam do tematu, choć jak wiadomo ten nurt uważam za potrzebny nie dla mnie osobiście lecz jako dyscyplinujący i mobilizujący nurt prawicowy oraz centrum, zawdzięczać należy ciekawemu zbiegowi ostatnich zdarzeń.
Przede wszystkim dziś swą działalność zainauguruje kolejna „wielka nadzieja lewicy” co już od jakiegoś czasu pokazuje zęby Napieralskiemu i jego ekipie. Że niby rozszarpie ich na sztuki. A później pewnie nas…
Druga okoliczność to humorystyczne stanowisko dotychczasowej „wielkiej nadziei lewicy”, tu reprezentowanej przez „Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego”, odwołujące się w sporze z Jarosławem Kaczyńskim do, powiedzmy, swej „działalności programowej” oraz preferencyjnych warunków, na jakich jest ona prowadzona.
Cóż. Lewica w Polsce chyba już nie doczeka się w tak zwanym „głównym nurcie” niczego, co nie byłoby karykaturą tego, jak powinna lewica wyglądać. W miejsce dzisiejszego nieporozumienia programowo- ideowego, zwanego SLD ma się pojawić partia, ruch czy też stowarzyszenie budowane do spółki przez wódczanego milionera, czterdziestopięcioletniego chłopczyka wożącego się porsche 911 i paru równie zaprawionych w „walce klas” gigantów. Dołączy do niego nadto jedna z „twarzy” (przynajmniej tak sądzić można na podstawie częstotliwości pojawiania się w programach telewizyjnych) rządzącej „centroprawicy”.
Konkurencja, z którą, przyznaję, jakieś nadzieje na wykolegowanie PZPR-owskich sierot sam niegdyś wiązałem, też nie „zasypia gruszek w popiele” (kto wymyślił tę idiotyczną, zakodowaną już powszechnie formę z nieszczęsnym „zasypia”?). Tworzy, działa, wydaje performuje… I ma szczęście jak cholera no bo czy to ich wina, że akurat Rada Dzielnicy miała na podorędziu 1300 metrów kwadratowych? Czy to ich wina, że te metry kwadratowe znajdują się akurat pod adresem Nowy Świat? Czy wreszcie to ich wina, że wspomniana Rada zaśpiewała sobie te 12 zł za metr? No nie ich!
Nie tak dawno, z Kobietą Moją Kochaną przechodziliśmy koło północy przy „Nowym Wspaniałym Świcie”. Od razu było widać, że miejsce jest wzięte i na mapie stołecznej kultury potrzebne. Sądząc z frekwencji nawet bardzo. Przez spore witryny widać było jak sprawnie wyginają ciała przy aktualnych trendach muzycznych młode i powabne adeptki lewicowej myśli, jak w tym tańcu ich partnerzy (oczywiście płci obojga!) starali się pozostawić na czole choćby ślad zatroskania o ludzkość i okolice. A przed wejściem cerberzy selekcjonowali oczekujący tłumek. Ciekawe z czego odpytywali by nie wpuścić jakiegoś „prawicowego” albo nie daj Boże „nacjonalistycznego” odchylenia.
O „lewicy „ Palikota usłyszymy szybko. I nie mam wątpliwości, że będziemy słyszeć często i intensywnie. Zadba o to już teraz zachwycona ta część mediów, która dotąd była „zaprzyjaźniona” tak intensywnie, że zdawała się „nie mieć bogów innych przed mną”. Napisałem „lewica” w cudzysłowie bo nie mam wątpliwości, że poważnie brać tego rzeczownika w odniesieniu do tego zjawiska nie ma po co. Już w chwili, gdy wrota Pałacu (ściślej zaś Sali Kongresowej) jeszcze oczekują na otwarcie, do obozu byłego „centroprawicowego” barona Lubelszczyzny doszlusowują kolejni rzecznicy „środowisk defaworyzowanych”, którzy skazują już na starcie i tę inicjatywę na tupanie wokół bardzo określonych, by nie rzec oklepanych tematów, które na dłuższą metę społeczeństwo mogą raczej zirytować niż porwać. I nie ma co tu wymachiwać Palikotem bo jego dotychczasowa aktywność polityczna wskazuje, że wielu konkretów spodziewać się nie należy.
O „lewicy” Sierakowskiego raczej nie usłyszymy. Nigdy. Mimo buńczucznych zapowiedzi tegoż że pokaże. Nie usłyszymy bo znalazła ona sobie niszę, w której czuje się jak pączek w maśle. Tak dobrze, że nie zauważyła, iż właśnie jej ktoś pakuje się w szkodę. Jakiś czas temu czytałem opinię o tym środowisku jako o zjawisku, które znalazło sposób na przejęcie kontroli nad umysłami tych, którzy są ponoć przyszłością i polityki i państwa czyli pokolenia aktywnych i ukierunkowanych na działalność społeczną „młodych i wykształconych”. Ponoć tym czarodziejskim kluczem jest kultura. Nie wiem ile prawdy jest w tej kontroli. Ale jeśli coś jest na rzeczy to nie da się ukryć, że w tej chwili pojawia się moloch, który jednym haustem pożre cały owoc mrówczej pracy dziewczyn i chłopaków spod sztandaru ze Stasiem Brzozowskim. I tyle z tego wysiłku pozostanie. Bo owoc ewidentnie idzie na zmarnowanie.
Czy będziemy słyszeć o lewicy Napieralskiego? Owszem. Przecież nie ma zamiaru oddawać pola bez walki. I być może to ona będzie największym beneficjentem ruchu Palikota. Raz, że ma kadry i zaplecze. Dwa, że te kadry i to zaplecze znajduje się w mocno rozbudowanej strukturze. Trzy, że to goście, którzy wiedzą o co w tej zabawie chodzi. Cztery, że mają jakiś tam „żelazny elektorat”. Pięć, ze wreszcie ma asumpt do tego, by podnieść wreszcie tyłki i wziąć się do roboty jeśli chce przetrwać. Palikot zaś pokazał, że w organizacji i konkretnych działaniach nie jest najlepszy. I nie trzeba przywoływać tu ani przykładu „przyjaznego państwa” ani rozdrapywać wyborczego wyniku PO w jego mateczniku. Wystarczy zastanowić się jaką „wartość dodaną” wytworzył on dotąd będąc politykiem „prawicy”.
Ni i co wreszcie z PO? O tym chyba nie tutaj. Wszak PO to ponoć prawica.
Etykiety:
lewica,
Palikot,
Sierakowski,
SLD
piątek, 1 października 2010
Biskup i zadeklarowana lesbijka czyli koniec republiki.
(długie)
Nie trudno zauważyć, że za kulisami największych bitew wojny polsko- polskiej rozpalał się, będący być może najprawdziwszą choć wcześniej mało eksponowaną przyczyną tamtych zmagań, spór o rządy dusz zamieszkujących przestrzeń między Bugiem a Odrą. Co ciekawe, wydaje się, że w sporze tym górą jest i, co przyznaję zarówno z żalem jak i z lękiem, zapewne pozostanie ta strona, która w coś takiego jak dusza nie wierzy. Będzie ona górą choć z pozoru realna ocena układu sił wskazywać powinna, że szanse ma niewielkie. Ale tak to jest, że w każdej walce zwycięża ten, kto potrafi wskazać pole, na którym będzie się ona toczyła.
Spór, o którym piszę jest konfliktem, który paradoksalnie równocześnie wpisuje się w fundament obecnego systemu jak też bez najmniejszych wątpliwości rozsadza ten system. Paradoks polega na tym, że jego istotę próbuje się opisywać jako walkę toczoną w imię nienaruszalności demokratycznych reguł ale bez wątpienia z klasycznie pojmowaną demokracją wcale ewentualnym jej obrońcom nie po drodze. Stąd wziął mi się ów „koniec republiki w tytule”. Ale zaczerpnąłem go też z podążającego w podobnym kierunku co moje wynurzenia, tyle, że zdecydowanie bardziej skupiającym się na sferze realnego zarządzania i to głownie zarządzania finansami świeżo skleconej europejskiej wspólnoty, artykułu Ziemkiewicza z wczorajszej „Rzeczpospolitej” zatytułowanego „Europa czyli nowa Jugosławia”*. W nim, (streszczając w znacznym uproszczeniu) opisując „wyjmowanie” z demokratycznych reguł i oddawanie w ręce fachowych (mniej lub bardziej) technokratów coraz to nowych obszarów kierowania wspólnotą, przedstawia Ziemkiewicz pokrótce ewolucję Unii od rzymskiej republiki aż do Jugosławii tuż przed jej upadkiem. Jugosławii, w której rolę Tity odgrywa Komisja Europejska i cała reszta europejskich struktur.
Oczywiście samo hasło „Jugosławia” i zaakcentowanie przez Ziemkiewicza kwestii „narodowych imperializmów” powinno budzić grozę. I budzi.
Ja chciałbym do problemu zabawy demokracją odnieść się pozostając na rodzimym podwórku. To bowiem, co wykluło się nam jako efekt politycznego rozegrania emocji pierwszego półrocza roku 2010 jest ze wszech miar ciekawym przejawem tego, jak bardzo nie po drodze jest z demokracja tym, którzy pewnie pierwsi zapisaliby się na „żywe torpedy” gdyby padło hasło „Demokracja w niebezpieczeństwie”.
Pierwszy raz w sposób ewidentny, nie pozostawiający wątpliwości i odarty z jakichkolwiek subtelności z rzeczywistym stosunkiem liberalnej części naszych elit politycznych zetknąłem się bodaj przed kilkunastu laty przy okazji, która należała do tych najbardziej dzielących świat na „oświecony” i pozostający w „odmętach ciemności”. Nie pamiętam dokładnych kulis sprawy ale rzecz dotyczyła jakiejś spektakularnej zbrodni i towarzyszących jej głosów „opinii społecznej” domagających się przywrócenia kary śmierci i bezwzględnego zastosowania jej wobec sprawców. Zapytany wówczas o opinię na temat tego naprawdę dominującego nad głosami przeciwnymi vox populi polityk ówczesnej Unii Wolności a dziś senator PO zirytowany oświadczył publicznie, że w tak drażliwych i wrażliwych kwestiach nie tylko nie można ale i nie wolno decyzji zostawiać poddającemu się łatwo emocjom tłumowi.
W tym rzecz. Tłum łatwo poddaje się emocjom. Równie łatwo to sprawić jak też wykorzystać jako argument świadczący na rzecz pozbawiania tegoż rozemocjonowanego tłumu kompetencji decyzyjnych w kolejnych sprawach a nawet całych obszarach życia społecznego. Choć bez dwóch zdań zbyt demokratyczne to nie jest. Ale czy musi? W demokracji w zasadzie tak…
I tu przejdę do zasygnalizowanego w tytule sporu o wartości a w istocie o rząd dusz. Gdyby podejść do niego statystycznie, czyli w sposób, który powinien tak naprawdę być jedynym stosowanym w systemie demokratycznym, to bez wątpliwości zadeklarowana lesbijka szans z biskupem mieć nie powinna. Wszak wedle (jak mawia ten i ów zawyżonych) szacunków, za nią stoi jakieś 10% społeczeństwa a za biskupem koło 80%. Nawet jakby wziąć pod uwagę tych w światopoglądowym i moralnym „rozkroku” to i tak wynik wydawałby się przesądzony.
I z tego powodu właśnie zapomnieć trzeba i statystyce i o republice i o całej tej demokracji. Jakże przydatny w tym przypadku okazuje się klasyk, wedle którego decydują nie masy lecz kadry. To one toczą ze sobą bitwę a masy uruchamia się dopiero wtedy, gdy kadry są już pewne, że masy przemówią ich głosem.
W kwestii kadr wyjaśnić trzeba jedno. Nie chodzi tylko o potencjał ludzki ale i o zaplecze techniczne. „Techniczne” w tym znaczeniu oczywiście, w jakim zapleczem są media. Czy to elektroniczne czy tradycyjne. Właściwie można przyjąć, że „posiadanie” tego zaplecza całkowicie ustawia, a w naszym przypadku ustawiło wynik rywalizacji. I nie tylko dlatego, że jedne kadry mogły na nie liczyć a drugie nie. Raczej dlatego, że drugie też chciały. I to był ich błąd największy.
Same „kadry” w tym konkretnym przypadku właściwie to nic porywającego. Z jednej strony jakaś tam liczba znanych nazwisk, które przez całe swoje publiczne i społeczne życie nie nauczyły się niczego innego ponad pisanie płomiennych „listów otwartych” a po drugiej „nowe twarze Kościoła”. „Twarze”, które zastanawiają (niektórych wcale a wcale…) zarówno swą skłonnością do działań wyłącznie defensywnych a z drugiej wiarą, że w ten sposób mogą stać się pupilami massmediów. Jak, nie przymierzając, jaki Wajda czy inny Olbrychski. I w tym zapewne celu uciekają się do rozmaitych, osobliwych performance budzących zdumienie i brak zrozumienia większości ich „owieczek”. Ale żeby tylko zdumienie i niezrozumienie. Również pomieszanie w głowach. A z pomieszanych głów pożytek jest żaden.
Przy takim podejściu nie da się wygrać ani w mediach ani w opinii społecznej nawet tak durnego starcia jak bój z idiotami twierdzącymi, że nauczyciel- homoseksualista może uczyć w katolickiej szkole i dlatego właśnie katolik nie może być ministrem od równości. Głupio to uprościłem? Ależ ja niczego nie uprościłem bo tego cały spór dotyczy. A że paru etyków umie obudować go słowotokiem zaś społeczeństwo ten słowotok kupuje to już zupełnie inna sprawa. Inna ale istotna i wymagająca zastanowienia po stronie tych potencjalnie skazanych na zwycięstwo, którzy tak sromotnie przegrywają. Już dawno powinni oni pojąć, że polityka giętkich kolan to też polityka „bolącego tyłka”. Mam pewność, że w końcu to do nich dotrze ale i obawę, że wtedy będzie już za późno. I gdy zagrzmią nieuniknionym „non possumus!” w odpowiedzi usłyszą jeden masowy ryk śmiechu. Śmiechu, który połączy w jedno i gejów i liberałów i ateistów i wreszcie masy katolickich „owieczek”. I, gdyby nie przewidywane dalsze konsekwencje tego hipotetycznego zdarzenia, rzekłbym bez wahania, że usłyszą to, na co zasłużyli.
Ziemkiewicz u siebie zauważa, że, zdaniem możnych i mocnych, ekonomia to nie jest miejsce, w którym można pozwolić motłochowi decydować. To, co wynika z naszego, wcale przecież nie występującego tylko u nas, konfliktu o generalia świadczy o tym, że nie tylko ekonomia. Z czasem chyba wszystko zabrane zostanie „nieprzewidywalnemu motłochowi” i oddane zostanie w ręce różnych „trzydziestu sygnatariuszy listu otwartego”. A „motłoch” przełknie to bo przecież te nazwiska „trzydziestu sygnatariuszy” co dzień zaśmiecają rubryki w jego ulubionych magazynach więc nie mogą brać się „z przypadku”.
Trudno więc nie przyznać racji tym, którzy w jakimś sensie wieszczą koniec historii. Przynajmniej jako procesu owocującego nowymi rozwiązaniami społecznymi. Jesteśmy teraz w stadium wykonywania widowiskowej pętli nie do końca wiedząc w którym momencie naszej przeszłości się ona skończy (i zacznie następna). Bez ryzyka popełnienia błędu można sobie zanucić „Nad Europą twardy krok legionów grzmi, nieunikniony wróżąc koniec republiki”**
Grzmi dziarski krok legionów postępu...
* http://www.rp.pl/artykul/9133,542706-Ziemkiewicz--Europa--czyli--nowa-Jugoslawia-.html
** J. Kaczmarski’ „Lekcja historii klasycznej”
Nie trudno zauważyć, że za kulisami największych bitew wojny polsko- polskiej rozpalał się, będący być może najprawdziwszą choć wcześniej mało eksponowaną przyczyną tamtych zmagań, spór o rządy dusz zamieszkujących przestrzeń między Bugiem a Odrą. Co ciekawe, wydaje się, że w sporze tym górą jest i, co przyznaję zarówno z żalem jak i z lękiem, zapewne pozostanie ta strona, która w coś takiego jak dusza nie wierzy. Będzie ona górą choć z pozoru realna ocena układu sił wskazywać powinna, że szanse ma niewielkie. Ale tak to jest, że w każdej walce zwycięża ten, kto potrafi wskazać pole, na którym będzie się ona toczyła.
Spór, o którym piszę jest konfliktem, który paradoksalnie równocześnie wpisuje się w fundament obecnego systemu jak też bez najmniejszych wątpliwości rozsadza ten system. Paradoks polega na tym, że jego istotę próbuje się opisywać jako walkę toczoną w imię nienaruszalności demokratycznych reguł ale bez wątpienia z klasycznie pojmowaną demokracją wcale ewentualnym jej obrońcom nie po drodze. Stąd wziął mi się ów „koniec republiki w tytule”. Ale zaczerpnąłem go też z podążającego w podobnym kierunku co moje wynurzenia, tyle, że zdecydowanie bardziej skupiającym się na sferze realnego zarządzania i to głownie zarządzania finansami świeżo skleconej europejskiej wspólnoty, artykułu Ziemkiewicza z wczorajszej „Rzeczpospolitej” zatytułowanego „Europa czyli nowa Jugosławia”*. W nim, (streszczając w znacznym uproszczeniu) opisując „wyjmowanie” z demokratycznych reguł i oddawanie w ręce fachowych (mniej lub bardziej) technokratów coraz to nowych obszarów kierowania wspólnotą, przedstawia Ziemkiewicz pokrótce ewolucję Unii od rzymskiej republiki aż do Jugosławii tuż przed jej upadkiem. Jugosławii, w której rolę Tity odgrywa Komisja Europejska i cała reszta europejskich struktur.
Oczywiście samo hasło „Jugosławia” i zaakcentowanie przez Ziemkiewicza kwestii „narodowych imperializmów” powinno budzić grozę. I budzi.
Ja chciałbym do problemu zabawy demokracją odnieść się pozostając na rodzimym podwórku. To bowiem, co wykluło się nam jako efekt politycznego rozegrania emocji pierwszego półrocza roku 2010 jest ze wszech miar ciekawym przejawem tego, jak bardzo nie po drodze jest z demokracja tym, którzy pewnie pierwsi zapisaliby się na „żywe torpedy” gdyby padło hasło „Demokracja w niebezpieczeństwie”.
Pierwszy raz w sposób ewidentny, nie pozostawiający wątpliwości i odarty z jakichkolwiek subtelności z rzeczywistym stosunkiem liberalnej części naszych elit politycznych zetknąłem się bodaj przed kilkunastu laty przy okazji, która należała do tych najbardziej dzielących świat na „oświecony” i pozostający w „odmętach ciemności”. Nie pamiętam dokładnych kulis sprawy ale rzecz dotyczyła jakiejś spektakularnej zbrodni i towarzyszących jej głosów „opinii społecznej” domagających się przywrócenia kary śmierci i bezwzględnego zastosowania jej wobec sprawców. Zapytany wówczas o opinię na temat tego naprawdę dominującego nad głosami przeciwnymi vox populi polityk ówczesnej Unii Wolności a dziś senator PO zirytowany oświadczył publicznie, że w tak drażliwych i wrażliwych kwestiach nie tylko nie można ale i nie wolno decyzji zostawiać poddającemu się łatwo emocjom tłumowi.
W tym rzecz. Tłum łatwo poddaje się emocjom. Równie łatwo to sprawić jak też wykorzystać jako argument świadczący na rzecz pozbawiania tegoż rozemocjonowanego tłumu kompetencji decyzyjnych w kolejnych sprawach a nawet całych obszarach życia społecznego. Choć bez dwóch zdań zbyt demokratyczne to nie jest. Ale czy musi? W demokracji w zasadzie tak…
I tu przejdę do zasygnalizowanego w tytule sporu o wartości a w istocie o rząd dusz. Gdyby podejść do niego statystycznie, czyli w sposób, który powinien tak naprawdę być jedynym stosowanym w systemie demokratycznym, to bez wątpliwości zadeklarowana lesbijka szans z biskupem mieć nie powinna. Wszak wedle (jak mawia ten i ów zawyżonych) szacunków, za nią stoi jakieś 10% społeczeństwa a za biskupem koło 80%. Nawet jakby wziąć pod uwagę tych w światopoglądowym i moralnym „rozkroku” to i tak wynik wydawałby się przesądzony.
I z tego powodu właśnie zapomnieć trzeba i statystyce i o republice i o całej tej demokracji. Jakże przydatny w tym przypadku okazuje się klasyk, wedle którego decydują nie masy lecz kadry. To one toczą ze sobą bitwę a masy uruchamia się dopiero wtedy, gdy kadry są już pewne, że masy przemówią ich głosem.
W kwestii kadr wyjaśnić trzeba jedno. Nie chodzi tylko o potencjał ludzki ale i o zaplecze techniczne. „Techniczne” w tym znaczeniu oczywiście, w jakim zapleczem są media. Czy to elektroniczne czy tradycyjne. Właściwie można przyjąć, że „posiadanie” tego zaplecza całkowicie ustawia, a w naszym przypadku ustawiło wynik rywalizacji. I nie tylko dlatego, że jedne kadry mogły na nie liczyć a drugie nie. Raczej dlatego, że drugie też chciały. I to był ich błąd największy.
Same „kadry” w tym konkretnym przypadku właściwie to nic porywającego. Z jednej strony jakaś tam liczba znanych nazwisk, które przez całe swoje publiczne i społeczne życie nie nauczyły się niczego innego ponad pisanie płomiennych „listów otwartych” a po drugiej „nowe twarze Kościoła”. „Twarze”, które zastanawiają (niektórych wcale a wcale…) zarówno swą skłonnością do działań wyłącznie defensywnych a z drugiej wiarą, że w ten sposób mogą stać się pupilami massmediów. Jak, nie przymierzając, jaki Wajda czy inny Olbrychski. I w tym zapewne celu uciekają się do rozmaitych, osobliwych performance budzących zdumienie i brak zrozumienia większości ich „owieczek”. Ale żeby tylko zdumienie i niezrozumienie. Również pomieszanie w głowach. A z pomieszanych głów pożytek jest żaden.
Przy takim podejściu nie da się wygrać ani w mediach ani w opinii społecznej nawet tak durnego starcia jak bój z idiotami twierdzącymi, że nauczyciel- homoseksualista może uczyć w katolickiej szkole i dlatego właśnie katolik nie może być ministrem od równości. Głupio to uprościłem? Ależ ja niczego nie uprościłem bo tego cały spór dotyczy. A że paru etyków umie obudować go słowotokiem zaś społeczeństwo ten słowotok kupuje to już zupełnie inna sprawa. Inna ale istotna i wymagająca zastanowienia po stronie tych potencjalnie skazanych na zwycięstwo, którzy tak sromotnie przegrywają. Już dawno powinni oni pojąć, że polityka giętkich kolan to też polityka „bolącego tyłka”. Mam pewność, że w końcu to do nich dotrze ale i obawę, że wtedy będzie już za późno. I gdy zagrzmią nieuniknionym „non possumus!” w odpowiedzi usłyszą jeden masowy ryk śmiechu. Śmiechu, który połączy w jedno i gejów i liberałów i ateistów i wreszcie masy katolickich „owieczek”. I, gdyby nie przewidywane dalsze konsekwencje tego hipotetycznego zdarzenia, rzekłbym bez wahania, że usłyszą to, na co zasłużyli.
Ziemkiewicz u siebie zauważa, że, zdaniem możnych i mocnych, ekonomia to nie jest miejsce, w którym można pozwolić motłochowi decydować. To, co wynika z naszego, wcale przecież nie występującego tylko u nas, konfliktu o generalia świadczy o tym, że nie tylko ekonomia. Z czasem chyba wszystko zabrane zostanie „nieprzewidywalnemu motłochowi” i oddane zostanie w ręce różnych „trzydziestu sygnatariuszy listu otwartego”. A „motłoch” przełknie to bo przecież te nazwiska „trzydziestu sygnatariuszy” co dzień zaśmiecają rubryki w jego ulubionych magazynach więc nie mogą brać się „z przypadku”.
Trudno więc nie przyznać racji tym, którzy w jakimś sensie wieszczą koniec historii. Przynajmniej jako procesu owocującego nowymi rozwiązaniami społecznymi. Jesteśmy teraz w stadium wykonywania widowiskowej pętli nie do końca wiedząc w którym momencie naszej przeszłości się ona skończy (i zacznie następna). Bez ryzyka popełnienia błędu można sobie zanucić „Nad Europą twardy krok legionów grzmi, nieunikniony wróżąc koniec republiki”**
Grzmi dziarski krok legionów postępu...
* http://www.rp.pl/artykul/9133,542706-Ziemkiewicz--Europa--czyli--nowa-Jugoslawia-.html
** J. Kaczmarski’ „Lekcja historii klasycznej”
Subskrybuj:
Posty (Atom)