Nie powiem że zaskoczył ale zafrapował mnie wynik badania opinii społecznej na temat akcji, która popisała się ostatnio władza pod dzielnym przewodem pana Premiera. Gdy widziałem te 80% zadowolonych przyszło mi do głowy kilka myśli.
Pierwsza, może obrazoburcza, że mimo bardzo nośnego ostatnio postulatu by wysłać „księży na księżyc”, bez protestu a może nawet z entuzjazmem ta sama opinia społeczna przywitałaby wysyp krzyży, ustawianych masowo w tak zwanej „przestrzeni publicznej”. Pod tym wszakże warunkiem że do każdego byłby przybity jakiś zbrodniarz, najlepiej szafujący życiem i zdrowiem dzieci, których to życie i zdrowie notabene do pewnego czasu w dupie mieli nawet ich rodzice.
Druga, taka bardziej optymistyczna, że „opinia społeczna” za pomocą środkowego palca wyprostowanego w geście tak zwanego „faka” pokazała wszelkim modernizatorom i inżynierom społecznym co myśli o ich koncepcji, w której za całe zło świata, ze szczególnym uwzględnieniem gwałtów i zabójstw, odpowiada rodzina, szkoła, kościół, konsumpcyjne społeczeństwo i Ronald Regan. Mimo całej propagandy zbudowanej głownie na pięknych i wzruszających hollywoodzkich produkcjach, w których zakonnica Susan Sarandon porusza świat by uratować przed KS-em skruszonego i nawróconego Seana Penna.
Trzecia, że, da Bóg, a jakaś straszliwa i poruszająca ludzką wyobraźnią zbrodnia akurat zbiegnie się z jakimś kongresem założycielskim jakiegoś konkurencyjnego dla władzy ruchu społecznego i władza nie będzie miała innego pomysłu na odbudowę swej popularności jak tylko sięgnięcie po uśpiony potencjał zwolenników kary śmierci a może i Kodeksu Hammurabiego. I będą leciały głowy ręce i co tam jeszcze dałoby się uciąć.
Pomijając ogólna wymowę tej trzeciej myśli przyznaję, że była to szarża oparta niemal w 100% na ironii. Bo tak naprawdę te 80% społeczeństwa powinno budzić wcale nie niepokój ale wręcz lęk. Gdyż to jest dokładnie ta sama bezrefleksyjna masa która wynosi do władzy indywidua pokroju Łukaszenki czy znacznie od niego gorsze. Wystarczy, że takie indywiduum wyczuje tak zwane „nastroje społeczne” i uderzy w odpowiednią strunę.
Ostatnie osiągnięcie obecnej władzy, która pewnie teraz leczy radośnie kaca po tych szampanach wypitych na okoliczność wspomnianych 80% i skutecznego „przykrycia” narodzin „Nowoczesnej Polski”, pokazują jak bardzo niezdolna jest ona do najprostszej refleksji nad tym co właśnie zrobiła. Albo że zdolna jest ale ma to serdecznie w dupie tak jak cała te otoczkę w jakiej się rodziła i w jakiej po tę władze sięgała. Niemal skręca mnie z ciekawości czy dziś pan Tomek Lipiński uważa ze jest „przepięknie” i „normalnie”. Szczególnie wiedząc po której stronie barykady w walce o „miękkie środki” się on lokuje.
Bezrefleksyjność czy też beztroskie przejście nad jakąś, być może jednak rodzącą się w czeluściach decydenckich głów refleksją wyklucza to, że Pan Tusk czy jego podręczni przyjmą do wiadomości, że, jak mówią, „balansując na granicy prawa” (co to do jasnej choinki w ogóle znaczy?!) są akuszerami prawa zwyczajowego. Prawa, wedle którego oni a pewnie po nich i inni „wybrańcy ludu” będą zmuszeni do podobnych „balansów” gdy „opinia społeczna” tego będzie oczekiwała. Zwyczaju, który polegał będzie na tym, że jak tłum zawoła „ukrzyżuj go” to władza ochoczo lub z poczuciem absmaku ale jednak zaspokoi oczekiwanie ludu. Bez względu na to czy krzyżowani będą pedofile, gwałciciele, mordercy czy też „krwiopijcy” osiągający „nieuzasadnione korzyści majątkowe” w wysokości przekraczającej granicę tolerancji tłumu. A może nawet ci ostatni pójdą na kaźń pierwsi zgodnie ze słowami Pisma.
Tworzenie takich „zwyczajów”, w których tłum dostaje co chce nawet jeśli to, czego chce wymaga „balansowania na granicy prawa” to zabawa bardzo niebezpieczna. Choćby z tego powodu, że te 80% wskazuje, iż nasza świadomość prawna ciągle daleka jest od ideału. Daleka jest nawet od twego, co dla mnie jest absolutnym minimum tej świadomości z punktu widzenia miejsca w cywilizacyjnym rozwoju zajmowanego przez nas obecnie, czyli zakodowania sobie przez obywateli, jak jakiegoś niezawodnego światła ostrzegawczego, zasady, że państwo może działać tylko w GRANICACH PRAWA. Pojecie „na granicy” w moim systemie pojęciowy nie istnieje. Coś jest albo z prawem zgodne albo nie. Form pośrednich nie ma. A przynajmniej być nie powinno.
Głupota ostatniego „sukcesu” władzy przejawia się również w tej, przypadkowej czy zamierzonej zbieżności z narodzinami politycznej inicjatywy, która bez wątpienia swój sukces zamierza oprzeć na jakimś rodzaju populizmu. Ustawianie przez władzę tej inicjatywie drogowskazów do sukcesu w postaci takich rozwiązań jest zarazem idiotyczne z punktu widzenia politycznej rywalizacji bo nie ma chyba wątpliwości, że łakomy na sukces osesek gotów jest czy to deklarować czy później robić to samo tylko „citius, altius, fortius”, jak też niebezpieczne dla wszystkich obywateli bo nie wiadomo co w ostatecznym rozrachunku znaczyć może „szybciej, wyżej, silniej” w takim wydaniu.
Na przykładzie rozprawy z mało wartymi uwagi i współczucia cwaniaczkami co to gotowi byli zapełniać nam klasery „okazami kolekcjonerskimi” obserwujemy (choć większość obserwujących nie ma świadomości na co patrzy), jak kruche są efekty wielowiekowego dochodzenia społeczeństwa do punktu, w którym jego życie zabezpiecza już nie pięć, pistolet i solidny zamek ale oczywiste dla wszystkich i przez wszystkich (z oczywistymi w każdej regule wyjątkami) akceptowane zasady. Znów okazuje się, że skuteczna jest wyłącznie ordynarna siła. I nie zmienia oceny tej ordynarności fakt, że siły używają organy reprezentujące praworządne ponoć Państwo.
Mimo tego, że wspominane w tekście wielokrotnie 80% wskazuje, iż najlepszym lekarstwem przeciwko akceptacji takich totalitarnych zapędów byłby jakiś ewidentnie totalitarny kopniak zaaplikowany tym 80% tą sama metodą, której teraz z takim zachwytem kibicują, wcale im tego nie życzę. Nawet nie dlatego, że nikt w takiej sytuacji nie pomyślałby o tym, by mnie jako „jedynego sprawiedliwego” z tłumu „niesprawiedliwych” wyłuskać. Po prostu doświadczenia poprzednich pokoleń, których nikt nie wziął sobie najwidoczniej do serca, pokazują, że nie ma to żadnego sensu. Bo jakby to nie bolało to za jakiś czas o bólu się zapomni i znów nastawi się radośnie na kolejne baty.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia społeczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinia społeczna. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 października 2010
piątek, 10 września 2010
Sekta (teologia politycznej poprawności)
Jakiś czas temu „wybitny brytyjski znawca i miłośnik polskiej historii”*, profesor Norman Davies raczył nazwać główną partie opozycyjną polityczną sektą. Jak wiadomo twór zwany sektą to struktura, w której słowo i wola guru (a wedle Davisa partia ma takiego kogoś) są niepodważalne, nie podlegające dyskusji. W związku z tym, co stało albo dzieje się ostatnio w środowisku, któremu wybitny historyk imputuje sekciarstwo wizja pana Daviesa wydaje się jednak nietrafioną. Nie wiem czy to pudło w jakiś sposób psuje dobry humor pana profesora ale żeby go pocieszyć i równocześnie przywrócić do pionu zachwiany polityczno- wyznaniowy ekosystem naszej sceny politycznej chciałbym naszemu szanownemu teologowi politycznemu i jego admiratorom wskazać trop, który może zrekompensować tę niedawna pomyłkę.
Od jakiegoś czasu w mediach można zauważyć, że niektóre (hehe) środowiska żyją w czymś, co można określić terminem światów równoległych. Oczywiście coś takiego tak naprawdę nie istnieje. I do tego właśnie zmierzam jak może istnieć coś, co w istocie nie istnieje a przynajmniej istnienia czego nie da się udowodnić. Dla każdego, kogo bym o ten paradoks nie zapytał nie będzie tajemnicą, że zachodzi tu sytuacja, w której rola fundamentu porządkującego rzeczywistość zostaje przeniesiona z wiedzy, sprawdzalności i możliwości przeprowadzenia dowodu na nie wymagającą żadnych potwierdzeń wiarę. Czy trzeba na to przykładu? Proszę dwa pierwsze z brzegu.
Jakiś czas temu sam pan Premier chyba albo wówczas jeszcze wskazany przez niego kandydat na prezydenta oświadczył, że Państwo znakomicie sobie poradziło w walce z nadzwyczajną sytuacją jaką jest powódź. Gdzieś z 70% pytanego społeczeństwa odtańczyło radosny tanieć i potwierdziło, że faktycznie znakomicie sobie poradzono. I tak zostało do dziś. I tego przekonania a właściwie wiary nie zmienia ani to, że ludzie, którzy nie mieli chyba szczęścia być zapytanymi w rzeczonej sprawie ale mieli dla odmiany nieszczęście być dotkniętymi kataklizmem przez co też są najlepiej poinformowani w kwestii „radzenia sobie” przez Państwo, muszą zmagać się z biurokratycznymi barierami, które w ogóle trudno zrozumieć, i mimo tego, że przy zbliżającej się zimie dziesiątki jeśli nie setki rodzin widzą, że z ratowaniem dorobku życia nie mają szans się uporać a na dokładkę nasz ustawodawca robi z siebie pośmiewisko będąc zmuszonym nowelizować ustawę z każdym nowym zalanym domem i kawałkiem pola.
Ale zapytaj człecze tych 70% a solennie zapewnią Cię, że Państwo przednio sobie radziło. Dlaczego tak powie? Bo tak powiedział Premier. I tyle. Słowo stało się ciałem. Tymi wałami, których nie ruszono po tym jak je woda rozniosła, tymi domami, do których wracają szczęśliwi powodzianie mimo, że tak naprawdę stoją one w ruinie a powodzianie mieszkają kontem po szkołach i ośrodkach pomocy, tymi tysiącami dla każdego o które tak naprawdę trzeba żebrać po urzędach.
Kiedy te same 70% zapytasz czy śledztwo smoleńskie jest prowadzone jak należy z miejsca przytakną. Bo tak zapewnił Premier mówiąc przy tym chyba coś o honorze. Więc jak wątpić skoro Premier wymachiwał honorem? I co tam, że w mediach średnio co dwa dni pokazuje się albo ukazuje się jakiś materiał, z którego jednoznacznie wynika, że tak naprawdę jest bardak, że ci, co tym się zajmują udowadniają, że mają o sprawie niewielkie pojęcie albo że kłamią jak najęci. Nikogo nie rusza kupa złomu leżąca od miesięcy na betonie choć pewnie każdy gdzieś tam otarł się o jakiś program popularnonaukowy pokazujący jak w sposób cywilizowany bada się podobne wypadki.
Pewien jestem, że gdyby przedstawić tym samym ludziom, tym 70% te same historie jako dziejące się w jakiejś Szwecji, Grecji czy innym dalekim kraju to bez zastanowienia potrafiliby trzeźwo ocenić jak daje sobie rade a właściwie jak sobie nie daje rady Państwo i goście, którzy w jego imieniu za „dawanie rady” odpowiadają. I to jest dopiero paradoks bo nawet niezbyt lotny obywatel tego, naszego –państwa zdawać sobie powinien sprawę, że w jego przypadku to akurat nie szwedzkie greckie czy inne państwo cokolwiek mu gwarantuje czy zabezpiecza ale to, do którego podchodzi równie krytycznie jak kiedyś Chińczyk do Mao. Na kolanach…
Czemu ten trzeźwo widzący wszelkie przywary szwedzkiej państwowości obywatel naszego kraju z taka wyrozumiałością podchodzi do gołosłownych zapewnień dotyczących działania miejscowych organów publicznych. Nie da się tego wytłumaczyć głupotą 9choć to byłoby najłatwiejsze) bo wtedy radośnie patrzyłby i na szwedzkie nonsensy. Nie może to być nic innego jak jakiś rodzaj zaczadzenia, opętania albo hipnozy. Co takiego jest w tym, że premier, czy obecny Prezydent stają przed obywatelami, mówią ewidentną nieprawdę a cały prawie naród to łyka i gotów jest za to się pociąć? Jak dali się kiedyś w Gujanie za wielebnego Jonesa co też opowiadał niestworzone historie.
* tak został określony przy okazji a cudzysłów bo to cytat.
Od jakiegoś czasu w mediach można zauważyć, że niektóre (hehe) środowiska żyją w czymś, co można określić terminem światów równoległych. Oczywiście coś takiego tak naprawdę nie istnieje. I do tego właśnie zmierzam jak może istnieć coś, co w istocie nie istnieje a przynajmniej istnienia czego nie da się udowodnić. Dla każdego, kogo bym o ten paradoks nie zapytał nie będzie tajemnicą, że zachodzi tu sytuacja, w której rola fundamentu porządkującego rzeczywistość zostaje przeniesiona z wiedzy, sprawdzalności i możliwości przeprowadzenia dowodu na nie wymagającą żadnych potwierdzeń wiarę. Czy trzeba na to przykładu? Proszę dwa pierwsze z brzegu.
Jakiś czas temu sam pan Premier chyba albo wówczas jeszcze wskazany przez niego kandydat na prezydenta oświadczył, że Państwo znakomicie sobie poradziło w walce z nadzwyczajną sytuacją jaką jest powódź. Gdzieś z 70% pytanego społeczeństwa odtańczyło radosny tanieć i potwierdziło, że faktycznie znakomicie sobie poradzono. I tak zostało do dziś. I tego przekonania a właściwie wiary nie zmienia ani to, że ludzie, którzy nie mieli chyba szczęścia być zapytanymi w rzeczonej sprawie ale mieli dla odmiany nieszczęście być dotkniętymi kataklizmem przez co też są najlepiej poinformowani w kwestii „radzenia sobie” przez Państwo, muszą zmagać się z biurokratycznymi barierami, które w ogóle trudno zrozumieć, i mimo tego, że przy zbliżającej się zimie dziesiątki jeśli nie setki rodzin widzą, że z ratowaniem dorobku życia nie mają szans się uporać a na dokładkę nasz ustawodawca robi z siebie pośmiewisko będąc zmuszonym nowelizować ustawę z każdym nowym zalanym domem i kawałkiem pola.
Ale zapytaj człecze tych 70% a solennie zapewnią Cię, że Państwo przednio sobie radziło. Dlaczego tak powie? Bo tak powiedział Premier. I tyle. Słowo stało się ciałem. Tymi wałami, których nie ruszono po tym jak je woda rozniosła, tymi domami, do których wracają szczęśliwi powodzianie mimo, że tak naprawdę stoją one w ruinie a powodzianie mieszkają kontem po szkołach i ośrodkach pomocy, tymi tysiącami dla każdego o które tak naprawdę trzeba żebrać po urzędach.
Kiedy te same 70% zapytasz czy śledztwo smoleńskie jest prowadzone jak należy z miejsca przytakną. Bo tak zapewnił Premier mówiąc przy tym chyba coś o honorze. Więc jak wątpić skoro Premier wymachiwał honorem? I co tam, że w mediach średnio co dwa dni pokazuje się albo ukazuje się jakiś materiał, z którego jednoznacznie wynika, że tak naprawdę jest bardak, że ci, co tym się zajmują udowadniają, że mają o sprawie niewielkie pojęcie albo że kłamią jak najęci. Nikogo nie rusza kupa złomu leżąca od miesięcy na betonie choć pewnie każdy gdzieś tam otarł się o jakiś program popularnonaukowy pokazujący jak w sposób cywilizowany bada się podobne wypadki.
Pewien jestem, że gdyby przedstawić tym samym ludziom, tym 70% te same historie jako dziejące się w jakiejś Szwecji, Grecji czy innym dalekim kraju to bez zastanowienia potrafiliby trzeźwo ocenić jak daje sobie rade a właściwie jak sobie nie daje rady Państwo i goście, którzy w jego imieniu za „dawanie rady” odpowiadają. I to jest dopiero paradoks bo nawet niezbyt lotny obywatel tego, naszego –państwa zdawać sobie powinien sprawę, że w jego przypadku to akurat nie szwedzkie greckie czy inne państwo cokolwiek mu gwarantuje czy zabezpiecza ale to, do którego podchodzi równie krytycznie jak kiedyś Chińczyk do Mao. Na kolanach…
Czemu ten trzeźwo widzący wszelkie przywary szwedzkiej państwowości obywatel naszego kraju z taka wyrozumiałością podchodzi do gołosłownych zapewnień dotyczących działania miejscowych organów publicznych. Nie da się tego wytłumaczyć głupotą 9choć to byłoby najłatwiejsze) bo wtedy radośnie patrzyłby i na szwedzkie nonsensy. Nie może to być nic innego jak jakiś rodzaj zaczadzenia, opętania albo hipnozy. Co takiego jest w tym, że premier, czy obecny Prezydent stają przed obywatelami, mówią ewidentną nieprawdę a cały prawie naród to łyka i gotów jest za to się pociąć? Jak dali się kiedyś w Gujanie za wielebnego Jonesa co też opowiadał niestworzone historie.
* tak został określony przy okazji a cudzysłów bo to cytat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)