Miało być nawiązanie do starego testamentu więc będzie. Ale takie dość przewrotne, pokrętne a może nawet nieco niepoprawne. Zastanawia mnie od kilku dni (choć oczywiście nie cały czas i nie tylko to) co stałoby się z Narodem Wybranym gdyby kiedyś tam niejaki Mojżesz najpierw racjonalnie podszedł do zjawiska krzewu gorejącego i zwyczajnie, jak to dziś mówią młodzi i wykształceni, „zlał” usłyszane przesłanie a następnie swemu znękanemu i nie za bardzo świetliście widzącemu swą przyszłość narodowi wyjaśnił, że liczy się „tu i teraz” i on tej niewątpliwej, pewnej i jakże materialnej zdobyczy dla iluzorycznej i niepewnej przyszłości jakichś tam przyszłych pokoleń które i tak nie będą w stanie podziękować mu w jakiś satysfakcjonujący dla niego sposób nie zaryzykuje. Zapewne nasi semiccy starsi bracia w wierze byliby dziś już niezbyt „czystej krwi” braćmi w wierze młodszymi, uganiającymi się w cieniu piramid za polskimi turystami z jakąś niezwykle korzystną ofertą pamiątkarską i wcale imponującym zasobem naszego słownictwa uwzględniającego również te najpopularniejsze i najbardziej uniwersalne. Pięć razy na dzień biliby pokłony Jahwe zupełnie nie znając tego imienia a świat nawet nie wiedziałby że stracił całkiem pokaźną grupę całkiem fajnych i bardzo przydatnych gości.
Cóż mnie naszło tak nagle z tym Mojżeszem i jego hipotetycznymi rozterkami? Miałem okazje wysłuchać wykładu, czy raczej prelekcji (tak czasowo to ułożono) wybitnego psychologa- klinicysty, który, być może niezamierzenie, podpierając się Franklem i Maslowem, dał znakomitą wykładnie tego, gdzie jesteśmy będą właśnie tu i teraz. Wedle tych trzech panów, pana prelegenta i cytowanych autorów natura ludzka w stanie zbliżonym do ideału jest naturą nonkonformisty. Więcej nawet. Jest naturą domagająca się zmian i ciągle przygotowana na przekraczanie granic. Miarą prawdziwego człowieczeństwa jest więc stan niepokoju, ekscytacji i niezadowolenia z tego kim się jest, gdzie się jest. Człowiek, który nagle stwierdza „mam wszystko i jest mi dobrze” jest więc, wedle tych twierdzeń, człowiekiem ułomnym. Podobnie jest z tkwiącym w stanie samozadowolenia społeczeństwem. Pan profesor- prelegent wprost powiedział, że porzucenie ambicji zmieniania świata dla tkwienia w spokojnym, bezpiecznym stanie stagnacji jest sygnałem, że popada się w NERWICĘ EGZYSTENCJALNĄ.
Nie wiem jak zapatruje się nasze aktualne prawodawstwo na sytuacje, w których ktoś publicznym słowem czy działaniem stara się kogoś innego doprowadzić do stanu w którym ten drugi ktoś będzie zagrożony utrata zdrowia. Pewnie nie skoro spora cześć naszego państwowego budżetu jest pozyskiwana poprzez sprzedawanie obywatelom rzeczy ewidentnie szkodliwych i ewidentnie przyczyniających się do wielu groźnych chorób. Skoro więc można komuś wcisnąć wraz ze znakiem akcyzowym raka płuc, marskość wątroby czy alkoholowe uzależnienie to czemu mielibyśmy mieć cos przeciwko fundowaniu narodowi stanu nerwicowego. Bo choć on bywa zabójczy to kudy mu do rozdętej wątroby, rozlatujących się płuc czy choćby do domowej przemocy i żałosnego wyprzedawania ostatnich znalezionych w domu wartościowych przedmiotów. To jest taki cichy, nie ostentacyjny zabójca. Takie coś, jak znaleziony w pewnym wytworze literackiej wyobraźni gość, który zabijał czaczą*.
I w tym tkwi różnica między Ekstra Mocnymi, Czystą Monopolową i Donaldem Tuskiem. O ile dwaj pierwsi cisi mordercy niosą nam śmierć w mało estetycznych okolicznościach to ta fundowana nam przez niegdysiejszego wizjonera dotkniętego ponoć boskim geniuszem ma w sobie taką genialna przewrotność. Chyba boski geniusz za krótko Donalda Tuska dotykał i na tyle go w działania naszego politycznego diamentu starczyło. Ale prawda jest taka, że nikomu do głowy nie przyjdzie by się ratować, szukać pomocy z tego powodu, że jego stan samozadowolenia i wdupiemania osiągnął stan bliski doskonałości. I zdechniemy jako naród, społeczeństwo przekonani, że tak ma być, tak jest dobrze i właściwie. Zdechniemy przekonywani, że dokonaliśmy tego, czego od nas czasy i okoliczności wymagały. Nie zostawiając po sobie żadnego śladu poza jakąś żałosną kreską obrysowująca nasze truchło porzucone w czasie tej morderczej choć ekscytującej czaczy. Naszej czaczy ostatecznej.
A zastanawiam się nad tym bo póki co taki gość, który właśnie dla własnej wygody czy z własnego lenistwa (intelektualnego najpewniej) orzekł, że warto z jakiegoś powodu zafundować oddanemu w jego łapy bez żadnej, choćby najcieńszej linki bezpieczeństwa Narodowi, śmiertelną chorobę jest ewidentnie kimś zasługującym na spektakularne zaciągnięcie kiedyś przed stosowny trybuna lik. Za inne rzeczy też zasługuje ale pewnie szanse na to i w tamtych przypadkach są równie niewielkie i nasz Facet, Który Zabija Czaczą pozostanie bezkarny. Jak Kuba Rozpruwacz.
* Facet zabijający czaczą to patent Bartka Minkiewicza oczywiście.
środa, 15 września 2010
wtorek, 14 września 2010
Donald Tuski Częstochowski
Jakieś dwa czy trzy teksty temu pozwoliłem sobie zauważyć, że gdzieś tak połowa narodu wykazuje zachowania właściwe członkom sekty zaślepionym uwielbieniem dla swego duchowego przywódcy. Pokusiłem się o to zachęcony przez pewne „moralne autorytety” (pisze w cudzysłowie z tego względu, iż, jakkolwiek nie twierdzę absolutnie, że osobom tym nie można przypisać takiej roli lecz dlatego, że akurat ja tak ich nie odbieram. Ot, subiektywizm ocen…) dostrzegające jakieś tam elementy charakterystyczne dla sekty w nieco innej zbiorowości.
I tak jakoś wyszło, że postanowiłem w kręgu rozważań parareligijnych pozostać. Odnosząc się znów do wcale nie tak rzadkich głosów, że ten i ów usilnie i, co ponoć oczywiste, nadużywając tego i owego, próbuje za wszelką cenę rozniecić kult pewnego polityka, który pełnił zaszczytną, państwową funkcję i pełniąc ją poniósł śmierć, jak to się mówi „na posterunku”. Choć od razu niektórzy, jakby byli profesjonalnymi adwocatus diaboli w tej procedurze i tej konkretnej sprawie wynoszenia na ołtarze, zaczęli negować, czy istotnie było to „na posterunku” czy raczej w czasie wolnym.
Nie chcę się w tej sprawie tym akurat tekstem (a chyba i żadnym innym) wypowiadać bo nie w tej sprawie go piszę. Choć mógłbym zauważyć jakoś tak mimochodem, że kult zmarłych to rzecz naturalna w wielu kulturach. Co innego kult żywych. Ten akurat charakterystyczny jest dla kultur w jakiś sposób zwichniętych.
Skoro już mówimy o kulcie różnych osób aktywnych nie tylko w sensie duchowym ale i jak najbardziej cieleśnie w naszej jak najbardziej współczesnej rzeczywistości chciałbym zwrócić uwagę na coś, co skojarzyło mi się z mającym w naszym kraju i narodzie długie tradycje sposobem celebrowania pewnego kultu. Zabrzmi to pewnie mocno obrazoburczo albo i bluźnierczo więc spieszę wyjaśnić, że chodzi mi jedynie o sam mechanizm. Stronę techniczną wyłącznie. Absolutnie nie porównuję rzeczywistego znaczenia. I mam nadzieję że to moje wyjaśnienie to i tak jest tylko pro forma bo nikt, nawet mocno mi nieżyczliwy, nie pomyślałby żem tak głupi by porównywać w każdym aspekcie. Również i tym metafizycznym. Chodzi mi o sposób, w jaki celebruje się obecność na Jasnej Górze Matki Boskiej Królowej Polski. Ci, którzy, mają jakiś nierozwiązywalny problem i pokładają już tylko w Czarnej Madonnie nadzieję na jego rozwiązanie, udają się do Częstochowy i tam, mniej lub bardziej ukorzeni oczekują na odsłonięcie cudownego wizerunku by zanieść do niego swoje błagania.
Pewnie niewielu się ze mną zgodzi ale ten sam ceremoniał dostrzegam w sposobie rozwiązywania problemów, które co i rusz, co raz częściej nota bene, stają przed ogółem obywateli. Trwoga, jak na razie w formie takiego dreszczyku niepewności ale telepiącego z każdym dniem coraz bardziej, rozlewa się po kraju i naturalnym jest, że przydałoby się Polakom wlanie jakiejś nadziei w serca. Śmiem sądzić że już wkrótce to nastąpi wedle opisanego wyżej jasnogórskiego ceremoniału. Jak na razie jesteśmy w momencie, w którym przy tych wszystkich sygnałach, że jest źle a będzie zapewne jeszcze gorzej, nastąpiło zasłonięcie wizerunku. Gdy skala trwogi osiągnie wymagany poziom i tu i tam da się usłyszeć biadolenia, że „z znikąd już dla nas nadziei” nastąpi uroczyste odsłonięcie promieniejącego od dawien dawna (tak od trzech lat z hakiem po prawdzie) cudami wszelakimi wizerunku Donalda Tuskiego Częstochowskiego. Czy wysłucha naszych modłów i spełni nasze prośby? Trudno powiedzieć, religia opiera się wszak na wierze i z niej wywodzi pewność a nie ze statystyk, symulacji, prawdopodobieństw. Rzec więc można że albo nas uratuje albo nie. To tylko kwestia wiary. Czekać nam tedy pozostaje już tylko na odsłonięcie cudownego wizerunku tak skrzętnie w ten trudny dla nas czas trwogi skrywanego przed nami. I z taką nadzieją oczekiwanego przez przeważający odsetek.
Ps. Następny tekst dla odmiany zahaczy o Stary Testament
I tak jakoś wyszło, że postanowiłem w kręgu rozważań parareligijnych pozostać. Odnosząc się znów do wcale nie tak rzadkich głosów, że ten i ów usilnie i, co ponoć oczywiste, nadużywając tego i owego, próbuje za wszelką cenę rozniecić kult pewnego polityka, który pełnił zaszczytną, państwową funkcję i pełniąc ją poniósł śmierć, jak to się mówi „na posterunku”. Choć od razu niektórzy, jakby byli profesjonalnymi adwocatus diaboli w tej procedurze i tej konkretnej sprawie wynoszenia na ołtarze, zaczęli negować, czy istotnie było to „na posterunku” czy raczej w czasie wolnym.
Nie chcę się w tej sprawie tym akurat tekstem (a chyba i żadnym innym) wypowiadać bo nie w tej sprawie go piszę. Choć mógłbym zauważyć jakoś tak mimochodem, że kult zmarłych to rzecz naturalna w wielu kulturach. Co innego kult żywych. Ten akurat charakterystyczny jest dla kultur w jakiś sposób zwichniętych.
Skoro już mówimy o kulcie różnych osób aktywnych nie tylko w sensie duchowym ale i jak najbardziej cieleśnie w naszej jak najbardziej współczesnej rzeczywistości chciałbym zwrócić uwagę na coś, co skojarzyło mi się z mającym w naszym kraju i narodzie długie tradycje sposobem celebrowania pewnego kultu. Zabrzmi to pewnie mocno obrazoburczo albo i bluźnierczo więc spieszę wyjaśnić, że chodzi mi jedynie o sam mechanizm. Stronę techniczną wyłącznie. Absolutnie nie porównuję rzeczywistego znaczenia. I mam nadzieję że to moje wyjaśnienie to i tak jest tylko pro forma bo nikt, nawet mocno mi nieżyczliwy, nie pomyślałby żem tak głupi by porównywać w każdym aspekcie. Również i tym metafizycznym. Chodzi mi o sposób, w jaki celebruje się obecność na Jasnej Górze Matki Boskiej Królowej Polski. Ci, którzy, mają jakiś nierozwiązywalny problem i pokładają już tylko w Czarnej Madonnie nadzieję na jego rozwiązanie, udają się do Częstochowy i tam, mniej lub bardziej ukorzeni oczekują na odsłonięcie cudownego wizerunku by zanieść do niego swoje błagania.
Pewnie niewielu się ze mną zgodzi ale ten sam ceremoniał dostrzegam w sposobie rozwiązywania problemów, które co i rusz, co raz częściej nota bene, stają przed ogółem obywateli. Trwoga, jak na razie w formie takiego dreszczyku niepewności ale telepiącego z każdym dniem coraz bardziej, rozlewa się po kraju i naturalnym jest, że przydałoby się Polakom wlanie jakiejś nadziei w serca. Śmiem sądzić że już wkrótce to nastąpi wedle opisanego wyżej jasnogórskiego ceremoniału. Jak na razie jesteśmy w momencie, w którym przy tych wszystkich sygnałach, że jest źle a będzie zapewne jeszcze gorzej, nastąpiło zasłonięcie wizerunku. Gdy skala trwogi osiągnie wymagany poziom i tu i tam da się usłyszeć biadolenia, że „z znikąd już dla nas nadziei” nastąpi uroczyste odsłonięcie promieniejącego od dawien dawna (tak od trzech lat z hakiem po prawdzie) cudami wszelakimi wizerunku Donalda Tuskiego Częstochowskiego. Czy wysłucha naszych modłów i spełni nasze prośby? Trudno powiedzieć, religia opiera się wszak na wierze i z niej wywodzi pewność a nie ze statystyk, symulacji, prawdopodobieństw. Rzec więc można że albo nas uratuje albo nie. To tylko kwestia wiary. Czekać nam tedy pozostaje już tylko na odsłonięcie cudownego wizerunku tak skrzętnie w ten trudny dla nas czas trwogi skrywanego przed nami. I z taką nadzieją oczekiwanego przez przeważający odsetek.
Ps. Następny tekst dla odmiany zahaczy o Stary Testament
poniedziałek, 13 września 2010
Mechanizm (fabryka pożytecznych idiotów)
„[…]teraz interesuje mnie władza aktualna. Taki sposób patrzenia na politykę uważam za najbardziej oczywisty i polecam szanownym kolegom z zaprzyjaźnionych stacji oraz gazet lub czasopism. Oczywiście nie ze mną zaprzyjaźnionych.”* Napisało mi się tak w poprzednim, adresowanym do Dorci tekście. I zaraz po tym, jak mi się napisało naszła mnie taka refleksja, że przecież z czegoś to się bierze. Ten obecny w mediach sposób patrzenia na polityków i politykę, który byłby jak znalazł w PRL-u ale za nic nie przystaje do tego, co jest jakoby rolą wolnych mediów. Szczególnie w wolnym świecie.
Oczywiście łatwo wskazać dwie prawdopodobne przyczyny mające wspólne źródło we wspomnianym przed chwila PRL-u. Pierwsza to ten fakt, że całkiem nie mało obecnych „niekwestionowanych dziennikarskich autorytetów” swoje zawodowe szlify zdobywało właśnie w tamtym ersatzu polskiej państwowości pod okiem „mentorów” dla których tamta rzeczywistość i jej standardy (w tym dziennikarskie) to był chleb powszedni. I bułka z masłem zarazem. Druga to obecni decydenci, często właściciele i współwłaściciele „niezależnych mediów”, różnych gazet i czasopism, za którymi PRL-owski ogon ciągnie się długo i zamaszyście. Oni przecież mają jakiś wpływ na „profil” swych stacji i gazet.
Ale to jednak zbyt proste wytłumaczenie tego medialnego absurdu AD 2010, prezentowanego w dwudziestolecie „rozprawienia się z totalitaryzmem”. Media to przecież nie tylko tytuły, redakcje, właściciele. To również grupa nazwisk, będących samymi w sobie medialnymi markami. Na tyle rozpoznawalnymi i silnymi że aż nie chce mi się wierzyć, iż jakikolwiek szef redakcji, gazety lub czasopisma miałby odwagę albo byłby na tyle głupi by pójść do takiej „gwiazdy” i próbować klarować jej na czym polega „linia redakcji” i ile dla niej warto lub trzeba poświęcić. Wszak jeśli jakieś imperium medialne zbudował więc głupi nie jest i wie jak na to zareaguje ktoś, kto nie musi się bać o zawodową przyszłość nawet jeśli na takie dictum szefa odpowie „spierdalaj” i w efekcie przestanie być w zespole.
Wiem, że ostatnio rynek medialny też odczuł skutki kryzysu wzmacniając tym samym pozycję szefów i równolegle oportunizm znacznej większości pracowników branży ale ja mówię tu o tej nielicznej grupie, tej elicie, która na to swoje „spierdalaj” zawsze będzie sobie mogła pozwolić.
Tego warsztatu, do którego wypłodów ostatnio (rozumianego raczej w latach niż dniach czy tygodniach), nie tylko ja mam tak wiele krytycznych uwag, najmłodsi, a więc nie mogący być podejrzewanymi, że w jakimś stopniu PRL ich skrzywiła, uczyli się od mentorów, dziennikarskich gwiazd, gigantów (tak przynajmniej są przedstawiani). Często swój gigantyzm osiągających już w tamtym systemie. Ale ta nauka w żadnym wypadku, przynajmniej tak myślę, nie polegała na mniej lub bardziej dosłownym wybijaniu z głowy skłonności do posiadania własnego zdania ani tym bardziej na jakimś chirurgicznym pozbawieniu mózgów obiecujących adeptów zawodu tej części, która odpowiada za krytyczne spojrzenie.
W związku z tym pytam na czym polegał proces kształtowania tych najmłodszych spośród najgorętszych dziennikarskich nazwisk? Jak to się stało, że byli (są?) na tyle sprawni, inteligentni, operatywni, kreatywni i co by tam jeszcze dodać, by wypracować sobie taką pozycję w branży medialnej kraju, w którym nikt na media nie nakłada już ponoć żadnych kagańców, a teraz nie są w stanie dostrzec tej oczywistej prawdy, że bardzo aktywnie uczestniczą we wpychaniu głównych mediów w schemat, który, jak obszył, pasowałby dziś do Białorusi a kiedyś znakomicie sprawdziłby się w całych „demoludach”?
Zastanawiam się, czy gdzieś poza jakimikolwiek „niezainteresowanymi” oczami cała ta „dziennikarska elita” podpisuje jakieś glejty, cyrografy w których zaprzysięga wieczną wierność tej a nie innej politycznej opcji tuż po tym jak wyliczyła ileś tam elementów ekskluzywnego, indywidualnego pakietu socjalnego. W myśl zasady, że na każdego jest cena.
I proszę mi się nie dziwić gdy do całej tej paranoicznej sytuacji, w której dziesiątki znanych i bardzo znanych nazwisk dziennikarzy niezależnych mediów wolnego kraju bez żenady flekuje opozycyjną partię i jej lidera nie mając czasu, ani chyba też zbytniej ochoty skupić się na bez wątpienia nieudolnych rządach obecnej ekipy a jeśli już to po to by dać temu i owemu reprezentantowi władzy szansę na jakąś samochwalną laurkę.
Proszę też nie mieć do mnie pretensji że w ogóle o tym pisze jako że uważam taką sytuację nie tylko za groteskową ale i za niebezpieczną bo stawiającą obecną (a w przyszłości może i każdą bo nawyk jest nawyk) władzę poza jakąkolwiek kontrolą. Bo nie będą w stanie stanowić jej glanowani bez opamiętania przedstawiciele opozycji i, tym bardziej, nie zrobią tego, stawiający się w roli „pozytywnych idiotów” rzucających się tam, gdzie władzy najwygodniej, przedstawiciele najważniejszych mediów.
I jak tu nie dziwić się, oglądając telewizję i czytając niektóre gazety lub czasopisma że całkiem spora grupa obywateli tego państwa ośmiela się nazywać je PRL „bis”?
* Tekst poprzedni.
Oczywiście łatwo wskazać dwie prawdopodobne przyczyny mające wspólne źródło we wspomnianym przed chwila PRL-u. Pierwsza to ten fakt, że całkiem nie mało obecnych „niekwestionowanych dziennikarskich autorytetów” swoje zawodowe szlify zdobywało właśnie w tamtym ersatzu polskiej państwowości pod okiem „mentorów” dla których tamta rzeczywistość i jej standardy (w tym dziennikarskie) to był chleb powszedni. I bułka z masłem zarazem. Druga to obecni decydenci, często właściciele i współwłaściciele „niezależnych mediów”, różnych gazet i czasopism, za którymi PRL-owski ogon ciągnie się długo i zamaszyście. Oni przecież mają jakiś wpływ na „profil” swych stacji i gazet.
Ale to jednak zbyt proste wytłumaczenie tego medialnego absurdu AD 2010, prezentowanego w dwudziestolecie „rozprawienia się z totalitaryzmem”. Media to przecież nie tylko tytuły, redakcje, właściciele. To również grupa nazwisk, będących samymi w sobie medialnymi markami. Na tyle rozpoznawalnymi i silnymi że aż nie chce mi się wierzyć, iż jakikolwiek szef redakcji, gazety lub czasopisma miałby odwagę albo byłby na tyle głupi by pójść do takiej „gwiazdy” i próbować klarować jej na czym polega „linia redakcji” i ile dla niej warto lub trzeba poświęcić. Wszak jeśli jakieś imperium medialne zbudował więc głupi nie jest i wie jak na to zareaguje ktoś, kto nie musi się bać o zawodową przyszłość nawet jeśli na takie dictum szefa odpowie „spierdalaj” i w efekcie przestanie być w zespole.
Wiem, że ostatnio rynek medialny też odczuł skutki kryzysu wzmacniając tym samym pozycję szefów i równolegle oportunizm znacznej większości pracowników branży ale ja mówię tu o tej nielicznej grupie, tej elicie, która na to swoje „spierdalaj” zawsze będzie sobie mogła pozwolić.
Tego warsztatu, do którego wypłodów ostatnio (rozumianego raczej w latach niż dniach czy tygodniach), nie tylko ja mam tak wiele krytycznych uwag, najmłodsi, a więc nie mogący być podejrzewanymi, że w jakimś stopniu PRL ich skrzywiła, uczyli się od mentorów, dziennikarskich gwiazd, gigantów (tak przynajmniej są przedstawiani). Często swój gigantyzm osiągających już w tamtym systemie. Ale ta nauka w żadnym wypadku, przynajmniej tak myślę, nie polegała na mniej lub bardziej dosłownym wybijaniu z głowy skłonności do posiadania własnego zdania ani tym bardziej na jakimś chirurgicznym pozbawieniu mózgów obiecujących adeptów zawodu tej części, która odpowiada za krytyczne spojrzenie.
W związku z tym pytam na czym polegał proces kształtowania tych najmłodszych spośród najgorętszych dziennikarskich nazwisk? Jak to się stało, że byli (są?) na tyle sprawni, inteligentni, operatywni, kreatywni i co by tam jeszcze dodać, by wypracować sobie taką pozycję w branży medialnej kraju, w którym nikt na media nie nakłada już ponoć żadnych kagańców, a teraz nie są w stanie dostrzec tej oczywistej prawdy, że bardzo aktywnie uczestniczą we wpychaniu głównych mediów w schemat, który, jak obszył, pasowałby dziś do Białorusi a kiedyś znakomicie sprawdziłby się w całych „demoludach”?
Zastanawiam się, czy gdzieś poza jakimikolwiek „niezainteresowanymi” oczami cała ta „dziennikarska elita” podpisuje jakieś glejty, cyrografy w których zaprzysięga wieczną wierność tej a nie innej politycznej opcji tuż po tym jak wyliczyła ileś tam elementów ekskluzywnego, indywidualnego pakietu socjalnego. W myśl zasady, że na każdego jest cena.
I proszę mi się nie dziwić gdy do całej tej paranoicznej sytuacji, w której dziesiątki znanych i bardzo znanych nazwisk dziennikarzy niezależnych mediów wolnego kraju bez żenady flekuje opozycyjną partię i jej lidera nie mając czasu, ani chyba też zbytniej ochoty skupić się na bez wątpienia nieudolnych rządach obecnej ekipy a jeśli już to po to by dać temu i owemu reprezentantowi władzy szansę na jakąś samochwalną laurkę.
Proszę też nie mieć do mnie pretensji że w ogóle o tym pisze jako że uważam taką sytuację nie tylko za groteskową ale i za niebezpieczną bo stawiającą obecną (a w przyszłości może i każdą bo nawyk jest nawyk) władzę poza jakąkolwiek kontrolą. Bo nie będą w stanie stanowić jej glanowani bez opamiętania przedstawiciele opozycji i, tym bardziej, nie zrobią tego, stawiający się w roli „pozytywnych idiotów” rzucających się tam, gdzie władzy najwygodniej, przedstawiciele najważniejszych mediów.
I jak tu nie dziwić się, oglądając telewizję i czytając niektóre gazety lub czasopisma że całkiem spora grupa obywateli tego państwa ośmiela się nazywać je PRL „bis”?
* Tekst poprzedni.
Etykiety:
media,
obiektywizm,
wolność
niedziela, 12 września 2010
Nieznośna powtarzalność rzeczy i wisząca Jakubiak (Dorci)
Napisała do mnie Dorcia z zapytaniem kiedy wreszcie wypowiem się co sądzę w sprawie pani Jakubiak i zamieszania wokół niej wywołanego. I już, już miałem uczynić zadość prośbie mej serdecznej przyjaciółki gdy, zapewne na nieszczęście dla naszych relacji (bo wybaczy ale i samo zmuszanie by wybaczała jakoś mnie obciąża) zerknąłem jeszcze do wyrusa. Do wyrusa zerkam regularnie i podobne zerkanie polecam wszystkim bo trudno znaleźć w naszej netowej przestrzeni pióro lepsze a choćby i równe wirusowemu.
W swoim tekście http://tekstowisko.blogspot.com/2010/09/zegar-tyka.html zastanawia się wyrus nad obiektywnie nielogicznym przeniesieniem uwagi i mediów i, co wynika z pierwszego, obywateli, z jakże istotnego faktu, że każdego dnia dług publiczny powiększa się o jakieś 300 milionów złotych (to tyle, że nie przepuściłaby tego kompania wyposzczonych wojaków przez dziesięć lat) na aktualne perypetie pani Elżbiety Jakubiak. Można by to oczywiście zrozumieć gdyby wmieszała się wspomniana pani w jakąś mroczną, kryminalno- uczuciową aferę ale tu chodzi tylko o to że ją zawiesili a być może wywalą z partii. Tu mnie naszła taka myśl przy okazji, że gdyby tuzy naszych obecnych mediów działały w PRL (niektóre działały ale jednak chyba za mało…) to ta osobliwa odmiana Polski trwała by do dziś. Tyle wtedy zawieszano i usuwano z partii, że nikt by nie zauważył jak się nam gospodarka osuwa ani jak nam się w handlu przysłowiowa kiełbasa kurczy.
W każdym razie 300 milionów dzienne w plecy a tu Jakubiak i Jakubiak. I pyta wyrus szanowny dramatycznie czemu.
Ja myślę, że rzecz cała w tym jak wygląda (choćby w wyobraźni) to powiększanie się długu i wieszanie Jakubiak. Zresztą i sam wyrus pewnie by przyznał, że jakby miał iść na fabułę o powiększaniu się długi i wieszaniu Jakubiak to pewnie wybrałby to drugie. Bo jak już się nudzić to lepiej mniej niż bardziej. Wieszanie Jakubiak z każdym dniem może wyglądać inaczej a 300 milionów to 300 milionów. Jakby jeszcze je ktoś kradł po prostu to co innego a one tak dzień w dzień znikają w tej samej czarnej dziurze. Dzień w dzień tak samo z taką szalenie nudną monotonią i powtarzalnością. Jakby dzień w dzień oglądać dosłownie ten sam odcinek „Stawki większej niż życie”.
Ale ja nie o tym. Miała być odpowiedź Dorci, co sądzę o sprawie Jakubiak. Otóż Dorciu kochana już nic nie sądzę. Twoje pytanie w zestawieniu ze zdumieniem wyrusa przypomniało mi, że jak zaczynałem pisać to kilka razy zwracałem temu i owemu, co mi wyskakiwał z jakimś podchwytliwym pytaniem o Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenie albo próbował samemu nawracać mnie na „prawdę” o tym człowieku i tym środowisku, że obecna opozycja owszem, zainteresuje mnie bardzo ale dopiero wtedy gdy dojdzie do władzy. I że teraz interesuje mnie władza aktualna. Taki sposób patrzenia na politykę uważam za najbardziej oczywisty i polecam szanownym kolegom z zaprzyjaźnionych stacji oraz gazet lub czasopism. Oczywiście nie ze mną zaprzyjaźnionych.
Mówiąc więc dosadnie każdy z nas, mając do wyboru troskę o 300 milionów dziennie lub wiszącą Jakubiak nie powinien mieć wątpliwości w wyborze tej troski większej i z miejsca powinien mieć, niech mi pani poseł wybaczy bo nie o dosłowność tu chodzi, w dupie wiszącą Jakubiak. Bo jak się wszystko walić zacznie to na pewno nie za przyczyną wieszania Jakubiak.
Gdyby na ten przykład pan Premier zaczął wieszać swoje otoczenie to owszem, byłoby to ze wszech miar interesujące. A nawet ekscytujące. Pan premier umie, jak nikt, podgrzać atmosferę… Przepraszam Dorcię i innych potencjalnych czytelników bo się dałem ponieść. Ale tak właśnie mają się sprawy. Tu 300 milionów a tam wisząca Jakubiak. Wybór należy do was.
W swoim tekście http://tekstowisko.blogspot.com/2010/09/zegar-tyka.html zastanawia się wyrus nad obiektywnie nielogicznym przeniesieniem uwagi i mediów i, co wynika z pierwszego, obywateli, z jakże istotnego faktu, że każdego dnia dług publiczny powiększa się o jakieś 300 milionów złotych (to tyle, że nie przepuściłaby tego kompania wyposzczonych wojaków przez dziesięć lat) na aktualne perypetie pani Elżbiety Jakubiak. Można by to oczywiście zrozumieć gdyby wmieszała się wspomniana pani w jakąś mroczną, kryminalno- uczuciową aferę ale tu chodzi tylko o to że ją zawiesili a być może wywalą z partii. Tu mnie naszła taka myśl przy okazji, że gdyby tuzy naszych obecnych mediów działały w PRL (niektóre działały ale jednak chyba za mało…) to ta osobliwa odmiana Polski trwała by do dziś. Tyle wtedy zawieszano i usuwano z partii, że nikt by nie zauważył jak się nam gospodarka osuwa ani jak nam się w handlu przysłowiowa kiełbasa kurczy.
W każdym razie 300 milionów dzienne w plecy a tu Jakubiak i Jakubiak. I pyta wyrus szanowny dramatycznie czemu.
Ja myślę, że rzecz cała w tym jak wygląda (choćby w wyobraźni) to powiększanie się długu i wieszanie Jakubiak. Zresztą i sam wyrus pewnie by przyznał, że jakby miał iść na fabułę o powiększaniu się długi i wieszaniu Jakubiak to pewnie wybrałby to drugie. Bo jak już się nudzić to lepiej mniej niż bardziej. Wieszanie Jakubiak z każdym dniem może wyglądać inaczej a 300 milionów to 300 milionów. Jakby jeszcze je ktoś kradł po prostu to co innego a one tak dzień w dzień znikają w tej samej czarnej dziurze. Dzień w dzień tak samo z taką szalenie nudną monotonią i powtarzalnością. Jakby dzień w dzień oglądać dosłownie ten sam odcinek „Stawki większej niż życie”.
Ale ja nie o tym. Miała być odpowiedź Dorci, co sądzę o sprawie Jakubiak. Otóż Dorciu kochana już nic nie sądzę. Twoje pytanie w zestawieniu ze zdumieniem wyrusa przypomniało mi, że jak zaczynałem pisać to kilka razy zwracałem temu i owemu, co mi wyskakiwał z jakimś podchwytliwym pytaniem o Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenie albo próbował samemu nawracać mnie na „prawdę” o tym człowieku i tym środowisku, że obecna opozycja owszem, zainteresuje mnie bardzo ale dopiero wtedy gdy dojdzie do władzy. I że teraz interesuje mnie władza aktualna. Taki sposób patrzenia na politykę uważam za najbardziej oczywisty i polecam szanownym kolegom z zaprzyjaźnionych stacji oraz gazet lub czasopism. Oczywiście nie ze mną zaprzyjaźnionych.
Mówiąc więc dosadnie każdy z nas, mając do wyboru troskę o 300 milionów dziennie lub wiszącą Jakubiak nie powinien mieć wątpliwości w wyborze tej troski większej i z miejsca powinien mieć, niech mi pani poseł wybaczy bo nie o dosłowność tu chodzi, w dupie wiszącą Jakubiak. Bo jak się wszystko walić zacznie to na pewno nie za przyczyną wieszania Jakubiak.
Gdyby na ten przykład pan Premier zaczął wieszać swoje otoczenie to owszem, byłoby to ze wszech miar interesujące. A nawet ekscytujące. Pan premier umie, jak nikt, podgrzać atmosferę… Przepraszam Dorcię i innych potencjalnych czytelników bo się dałem ponieść. Ale tak właśnie mają się sprawy. Tu 300 milionów a tam wisząca Jakubiak. Wybór należy do was.
Etykiety:
300 milionów,
Jakubiak,
media,
wyrus
sobota, 11 września 2010
Pomnik – piosenka warszawska (intuicji)
Tekst dla Pana Igora miał być zupełni inny. Później znów miało go nie być w ogóle. Ostatecznie jest dzięki intuicji ale z początkowego zamysłu ostało się tylko kilka motywów. I to zdecydowanie bardziej występujących jako tło niż nadających ton opowieści. Zdecydowanie wbrew ilości tego tła zawartej w tekście.
Gdybym próbował tak na szybko, z małym tylko zastanowieniem, znaleźć coś, co według mnie najlepiej oddaje ducha dzisiejszej Warszawy, wskazałbym takiego anonimowego młodzieńca (lub jeśli akurat ona by się napatoczyła to młodą dziewczynę) sadzącego potężne i pospieszne kroki w górę lub w dół ruchomych schodów jakich dziś pewnie w tym mieście można znaleźć tysiące. Budowanych przy każdej okazji, albo i bez niej, odkąd miasto wraz z całym krajem, kontynentem a może i prawie całym światem znów mogło swobodnie oddychać ciesząc się wolnością. Tu taka uwaga by to słowo szczególnie zapamiętać i w toku dalszej lektury go nie zgubić. Jeszcze się przyda.
Ten młodzieniec (czy ta młoda i piękna dziewczyna), nie potrafiący docenić, ba, zauważyć choćby, deptanego pospiesznie dobrodziejstwa wynalazku danego mu po to właśnie, by choć na trochę powściągnął ten swój codzienny bieg i trochę odsapnął. Pierwszy raz kogoś takiego jak on widziałem już jakiś czas temu w Londynie.
Ten anonimowy chłopak (lub ta dziewczyna) to z jednej strony nieświadomy grabarz swoistego, niepowtarzalnego ducha tego miasta. Może w tym swoim duchu niedoskonałego, mało atrakcyjnego ale w tej niedoskonałości niepowtarzalnego. To o tym duchu i jego niedoskonałości miałem pierwotnie napisać. Duchu poświęcanym obecnie w imię powszechnej unifikacji tak, jak bóg Progres i bogini Mamona przykazała. Zaklejanego rozpoznawalnymi wszędzie, w każdym zakątku globu markami: ZARA, STARBUCKS, ADIDAS, H&M, C&A, MARX&SPENCER, McDonalds, Smażony Kurczak z Kentucky… Tak, by równie świetnie i swobodnie czuł się w tym mieście ktoś, kto świetnie i swobodnie czuje się w Bostonie, Leeds, Bremie, wszędzie. Mijając i nie zauważając coraz bardziej czujących się nieswojo tubylców, co jeszcze może pamiętają gdzie był kiedyś „Skład win Simona&Stockiego” ale boją się, że już by w tamto miejsce nie trafili. Żal mi tych tubylców i gubiącej się wraz z nimi pamięci tego miasta.
Ale z drugiej strony trudno nie przyznać, że ten natłok obcych ale z każdym dniem bardziej traktowanych jak swoje napisów we wszystkich językach świata, wyglądających jakby właśnie Bóg znów je mieszał za coś na nas obrażony, to dowód, że w końcu tacy sami z nas obywatele świata, jak wszyscy inni. Jak Bostończycy, mieszkańcy Leeds, Bremeńczycy… Już nie gorsi. Idący radośnie Nowym Światem czy Chmielną i z dumą wypatrujący wśród tych światowych szyldów witryn Kielmana, Bazarnika, Bliklego, rozbawionych tą cząstką „zrewoltowanego Paryża” co się rozłożyła pod świetnym adresem na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Umykających spod pędzących Krakowskim kół coraz zacniejszych modeli z coraz bardziej prestiżowych fabryk. Dochodzących wreszcie…
Jeszcze kawałek czasu temu miasto to, na czele innych naszych, nie mniej od niego zasługujących na to, ścigało się z Berlinem o pierwszeństwo bycia tym, w którym odwróciła się historia. Od początku szło to dość kulawo bo jak tę naszą ulotność powstałej w tak wielu głowach równocześnie chęci bycia wolnymi skonfrontować z czymś tak nachalnie materialnym jak burzenie betonowego muru, który wolnych oddzielał od niewolników?
I od teraz już pewnie na zawsze, gdy przyjdzie komuś ochota rozpamiętywać tę odmianę oblicza historii czcił ją będzie radosną zabawą młodych Niemców w miejscu gdzie mur kiedyś stał a teraz już go nie ma. A my?
… wreszcie mijamy przepiękne w swym niezwykłym dla tego okaleczonego niegdyś amputacją dawnego piękna miasta imponującym dostojeństwie bryły Hoteli „Europejskiego” i „Bristolu” i stajemy…
Stajemy, bo dalej się już iść, tak jak szło się dotąd, nie da. Nie ma tam oczywiście muru. W każdym razie takiego jak ten, który kiedyś burzyli Berlińczycy upojeni wolnością. I szczęście, że takiego tam nie ma. Byłby przecież miarą nie naszej wielkości lecz śmieszności. Tak, jak są nią te dwa rzędy zapór, pancernych zasieków, przegradzających kawał głównego traktu miasta w najbardziej reprezentacyjnym jego punkcie. Ustawione z obawy przed grupką strach ludzi, którzy siedzą (dziś w liczbie pięciu) skuleni pod ścianą po przeciwnej stronie ulicy. Tam siedzą gdzie te dwie pancerne ściany ich zepchnęły. Są oni zbyt słabi aby przeskoczyć choćby ten pierwszy rząd ale muszą mieć jakąś niesamowitą siłę. Nie tylko dlatego, że wciąż tam są ale i temu, ze przecież nie bez powodu wzniesiono te dwa ciągi zapór. Przed nimi tak chowa się demokratycznie wybrana władza wolnego państwa. Biorąc przy okazji w cudzysłów tę całą wolność i tę demokrację. Unieważniając i anulując przy okazji tę moją radość z kontemplowania warszawskiego koktajlu polsko- światowego.
I choć wiem, że z pozoru nijak one, te płoty na Krakowskim Przedmieściu, mają się do tamtego muru, że te jeszcze jakoś bym przeskoczył a do tamtego nawet bałbym się podejść. Ale patrząc na nie czuję wstyd, którego już nie czują Berlińczycy.
Oni swój mur mieli obudowany takim kontekstem, w którym strach narzucał respekt i zrozumienie. Ten nasz może budzić jedynie zażenowanie. Takie jak to usłyszane przypadkiem gdy śmieszną złowrogość dziś kontemplowałem- „ Na tyle ich tylko stać!”
Mamy więc ten swój mur gdy Berlińczycy mają swą radość świętowania na gruzach.
Kiedy patrzyłem na ten karykaturalny, warszawski pomnik „zawracania historii” postawiony w poprzek* Krakowskiego Przedmieścia na rocznicę, przypomniała mi się pewna piosenka Jacka Kaczmarskiego. Taka, jak dotąd sądziłem, mocno zdezaktualizowana. Zaczynająca się od słów „Patrzę na młodych Niemców sen…”. Zdezaktualizowana…
???
Tekst dedykowany intuicji
* no nie do końca ale w jakiś sposób jednak…
http://farm5.static.flickr.com/4154/4979939794_ab0c90e6e8_m.jpg
http://farm5.static.flickr.com/4083/4979333595_be0b0cb0e3_m.jpg
http://farm5.static.flickr.com/4112/4979941772_a96dbc2943_m.jpg
(zdjęcia rosemann)
Gdybym próbował tak na szybko, z małym tylko zastanowieniem, znaleźć coś, co według mnie najlepiej oddaje ducha dzisiejszej Warszawy, wskazałbym takiego anonimowego młodzieńca (lub jeśli akurat ona by się napatoczyła to młodą dziewczynę) sadzącego potężne i pospieszne kroki w górę lub w dół ruchomych schodów jakich dziś pewnie w tym mieście można znaleźć tysiące. Budowanych przy każdej okazji, albo i bez niej, odkąd miasto wraz z całym krajem, kontynentem a może i prawie całym światem znów mogło swobodnie oddychać ciesząc się wolnością. Tu taka uwaga by to słowo szczególnie zapamiętać i w toku dalszej lektury go nie zgubić. Jeszcze się przyda.
Ten młodzieniec (czy ta młoda i piękna dziewczyna), nie potrafiący docenić, ba, zauważyć choćby, deptanego pospiesznie dobrodziejstwa wynalazku danego mu po to właśnie, by choć na trochę powściągnął ten swój codzienny bieg i trochę odsapnął. Pierwszy raz kogoś takiego jak on widziałem już jakiś czas temu w Londynie.
Ten anonimowy chłopak (lub ta dziewczyna) to z jednej strony nieświadomy grabarz swoistego, niepowtarzalnego ducha tego miasta. Może w tym swoim duchu niedoskonałego, mało atrakcyjnego ale w tej niedoskonałości niepowtarzalnego. To o tym duchu i jego niedoskonałości miałem pierwotnie napisać. Duchu poświęcanym obecnie w imię powszechnej unifikacji tak, jak bóg Progres i bogini Mamona przykazała. Zaklejanego rozpoznawalnymi wszędzie, w każdym zakątku globu markami: ZARA, STARBUCKS, ADIDAS, H&M, C&A, MARX&SPENCER, McDonalds, Smażony Kurczak z Kentucky… Tak, by równie świetnie i swobodnie czuł się w tym mieście ktoś, kto świetnie i swobodnie czuje się w Bostonie, Leeds, Bremie, wszędzie. Mijając i nie zauważając coraz bardziej czujących się nieswojo tubylców, co jeszcze może pamiętają gdzie był kiedyś „Skład win Simona&Stockiego” ale boją się, że już by w tamto miejsce nie trafili. Żal mi tych tubylców i gubiącej się wraz z nimi pamięci tego miasta.
Ale z drugiej strony trudno nie przyznać, że ten natłok obcych ale z każdym dniem bardziej traktowanych jak swoje napisów we wszystkich językach świata, wyglądających jakby właśnie Bóg znów je mieszał za coś na nas obrażony, to dowód, że w końcu tacy sami z nas obywatele świata, jak wszyscy inni. Jak Bostończycy, mieszkańcy Leeds, Bremeńczycy… Już nie gorsi. Idący radośnie Nowym Światem czy Chmielną i z dumą wypatrujący wśród tych światowych szyldów witryn Kielmana, Bazarnika, Bliklego, rozbawionych tą cząstką „zrewoltowanego Paryża” co się rozłożyła pod świetnym adresem na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Umykających spod pędzących Krakowskim kół coraz zacniejszych modeli z coraz bardziej prestiżowych fabryk. Dochodzących wreszcie…
Jeszcze kawałek czasu temu miasto to, na czele innych naszych, nie mniej od niego zasługujących na to, ścigało się z Berlinem o pierwszeństwo bycia tym, w którym odwróciła się historia. Od początku szło to dość kulawo bo jak tę naszą ulotność powstałej w tak wielu głowach równocześnie chęci bycia wolnymi skonfrontować z czymś tak nachalnie materialnym jak burzenie betonowego muru, który wolnych oddzielał od niewolników?
I od teraz już pewnie na zawsze, gdy przyjdzie komuś ochota rozpamiętywać tę odmianę oblicza historii czcił ją będzie radosną zabawą młodych Niemców w miejscu gdzie mur kiedyś stał a teraz już go nie ma. A my?
… wreszcie mijamy przepiękne w swym niezwykłym dla tego okaleczonego niegdyś amputacją dawnego piękna miasta imponującym dostojeństwie bryły Hoteli „Europejskiego” i „Bristolu” i stajemy…
Stajemy, bo dalej się już iść, tak jak szło się dotąd, nie da. Nie ma tam oczywiście muru. W każdym razie takiego jak ten, który kiedyś burzyli Berlińczycy upojeni wolnością. I szczęście, że takiego tam nie ma. Byłby przecież miarą nie naszej wielkości lecz śmieszności. Tak, jak są nią te dwa rzędy zapór, pancernych zasieków, przegradzających kawał głównego traktu miasta w najbardziej reprezentacyjnym jego punkcie. Ustawione z obawy przed grupką strach ludzi, którzy siedzą (dziś w liczbie pięciu) skuleni pod ścianą po przeciwnej stronie ulicy. Tam siedzą gdzie te dwie pancerne ściany ich zepchnęły. Są oni zbyt słabi aby przeskoczyć choćby ten pierwszy rząd ale muszą mieć jakąś niesamowitą siłę. Nie tylko dlatego, że wciąż tam są ale i temu, ze przecież nie bez powodu wzniesiono te dwa ciągi zapór. Przed nimi tak chowa się demokratycznie wybrana władza wolnego państwa. Biorąc przy okazji w cudzysłów tę całą wolność i tę demokrację. Unieważniając i anulując przy okazji tę moją radość z kontemplowania warszawskiego koktajlu polsko- światowego.
I choć wiem, że z pozoru nijak one, te płoty na Krakowskim Przedmieściu, mają się do tamtego muru, że te jeszcze jakoś bym przeskoczył a do tamtego nawet bałbym się podejść. Ale patrząc na nie czuję wstyd, którego już nie czują Berlińczycy.
Oni swój mur mieli obudowany takim kontekstem, w którym strach narzucał respekt i zrozumienie. Ten nasz może budzić jedynie zażenowanie. Takie jak to usłyszane przypadkiem gdy śmieszną złowrogość dziś kontemplowałem- „ Na tyle ich tylko stać!”
Mamy więc ten swój mur gdy Berlińczycy mają swą radość świętowania na gruzach.
Kiedy patrzyłem na ten karykaturalny, warszawski pomnik „zawracania historii” postawiony w poprzek* Krakowskiego Przedmieścia na rocznicę, przypomniała mi się pewna piosenka Jacka Kaczmarskiego. Taka, jak dotąd sądziłem, mocno zdezaktualizowana. Zaczynająca się od słów „Patrzę na młodych Niemców sen…”. Zdezaktualizowana…
???
Tekst dedykowany intuicji
* no nie do końca ale w jakiś sposób jednak…
http://farm5.static.flickr.com/4154/4979939794_ab0c90e6e8_m.jpg
http://farm5.static.flickr.com/4083/4979333595_be0b0cb0e3_m.jpg
http://farm5.static.flickr.com/4112/4979941772_a96dbc2943_m.jpg
(zdjęcia rosemann)
piątek, 10 września 2010
Sekta (teologia politycznej poprawności)
Jakiś czas temu „wybitny brytyjski znawca i miłośnik polskiej historii”*, profesor Norman Davies raczył nazwać główną partie opozycyjną polityczną sektą. Jak wiadomo twór zwany sektą to struktura, w której słowo i wola guru (a wedle Davisa partia ma takiego kogoś) są niepodważalne, nie podlegające dyskusji. W związku z tym, co stało albo dzieje się ostatnio w środowisku, któremu wybitny historyk imputuje sekciarstwo wizja pana Daviesa wydaje się jednak nietrafioną. Nie wiem czy to pudło w jakiś sposób psuje dobry humor pana profesora ale żeby go pocieszyć i równocześnie przywrócić do pionu zachwiany polityczno- wyznaniowy ekosystem naszej sceny politycznej chciałbym naszemu szanownemu teologowi politycznemu i jego admiratorom wskazać trop, który może zrekompensować tę niedawna pomyłkę.
Od jakiegoś czasu w mediach można zauważyć, że niektóre (hehe) środowiska żyją w czymś, co można określić terminem światów równoległych. Oczywiście coś takiego tak naprawdę nie istnieje. I do tego właśnie zmierzam jak może istnieć coś, co w istocie nie istnieje a przynajmniej istnienia czego nie da się udowodnić. Dla każdego, kogo bym o ten paradoks nie zapytał nie będzie tajemnicą, że zachodzi tu sytuacja, w której rola fundamentu porządkującego rzeczywistość zostaje przeniesiona z wiedzy, sprawdzalności i możliwości przeprowadzenia dowodu na nie wymagającą żadnych potwierdzeń wiarę. Czy trzeba na to przykładu? Proszę dwa pierwsze z brzegu.
Jakiś czas temu sam pan Premier chyba albo wówczas jeszcze wskazany przez niego kandydat na prezydenta oświadczył, że Państwo znakomicie sobie poradziło w walce z nadzwyczajną sytuacją jaką jest powódź. Gdzieś z 70% pytanego społeczeństwa odtańczyło radosny tanieć i potwierdziło, że faktycznie znakomicie sobie poradzono. I tak zostało do dziś. I tego przekonania a właściwie wiary nie zmienia ani to, że ludzie, którzy nie mieli chyba szczęścia być zapytanymi w rzeczonej sprawie ale mieli dla odmiany nieszczęście być dotkniętymi kataklizmem przez co też są najlepiej poinformowani w kwestii „radzenia sobie” przez Państwo, muszą zmagać się z biurokratycznymi barierami, które w ogóle trudno zrozumieć, i mimo tego, że przy zbliżającej się zimie dziesiątki jeśli nie setki rodzin widzą, że z ratowaniem dorobku życia nie mają szans się uporać a na dokładkę nasz ustawodawca robi z siebie pośmiewisko będąc zmuszonym nowelizować ustawę z każdym nowym zalanym domem i kawałkiem pola.
Ale zapytaj człecze tych 70% a solennie zapewnią Cię, że Państwo przednio sobie radziło. Dlaczego tak powie? Bo tak powiedział Premier. I tyle. Słowo stało się ciałem. Tymi wałami, których nie ruszono po tym jak je woda rozniosła, tymi domami, do których wracają szczęśliwi powodzianie mimo, że tak naprawdę stoją one w ruinie a powodzianie mieszkają kontem po szkołach i ośrodkach pomocy, tymi tysiącami dla każdego o które tak naprawdę trzeba żebrać po urzędach.
Kiedy te same 70% zapytasz czy śledztwo smoleńskie jest prowadzone jak należy z miejsca przytakną. Bo tak zapewnił Premier mówiąc przy tym chyba coś o honorze. Więc jak wątpić skoro Premier wymachiwał honorem? I co tam, że w mediach średnio co dwa dni pokazuje się albo ukazuje się jakiś materiał, z którego jednoznacznie wynika, że tak naprawdę jest bardak, że ci, co tym się zajmują udowadniają, że mają o sprawie niewielkie pojęcie albo że kłamią jak najęci. Nikogo nie rusza kupa złomu leżąca od miesięcy na betonie choć pewnie każdy gdzieś tam otarł się o jakiś program popularnonaukowy pokazujący jak w sposób cywilizowany bada się podobne wypadki.
Pewien jestem, że gdyby przedstawić tym samym ludziom, tym 70% te same historie jako dziejące się w jakiejś Szwecji, Grecji czy innym dalekim kraju to bez zastanowienia potrafiliby trzeźwo ocenić jak daje sobie rade a właściwie jak sobie nie daje rady Państwo i goście, którzy w jego imieniu za „dawanie rady” odpowiadają. I to jest dopiero paradoks bo nawet niezbyt lotny obywatel tego, naszego –państwa zdawać sobie powinien sprawę, że w jego przypadku to akurat nie szwedzkie greckie czy inne państwo cokolwiek mu gwarantuje czy zabezpiecza ale to, do którego podchodzi równie krytycznie jak kiedyś Chińczyk do Mao. Na kolanach…
Czemu ten trzeźwo widzący wszelkie przywary szwedzkiej państwowości obywatel naszego kraju z taka wyrozumiałością podchodzi do gołosłownych zapewnień dotyczących działania miejscowych organów publicznych. Nie da się tego wytłumaczyć głupotą 9choć to byłoby najłatwiejsze) bo wtedy radośnie patrzyłby i na szwedzkie nonsensy. Nie może to być nic innego jak jakiś rodzaj zaczadzenia, opętania albo hipnozy. Co takiego jest w tym, że premier, czy obecny Prezydent stają przed obywatelami, mówią ewidentną nieprawdę a cały prawie naród to łyka i gotów jest za to się pociąć? Jak dali się kiedyś w Gujanie za wielebnego Jonesa co też opowiadał niestworzone historie.
* tak został określony przy okazji a cudzysłów bo to cytat.
Od jakiegoś czasu w mediach można zauważyć, że niektóre (hehe) środowiska żyją w czymś, co można określić terminem światów równoległych. Oczywiście coś takiego tak naprawdę nie istnieje. I do tego właśnie zmierzam jak może istnieć coś, co w istocie nie istnieje a przynajmniej istnienia czego nie da się udowodnić. Dla każdego, kogo bym o ten paradoks nie zapytał nie będzie tajemnicą, że zachodzi tu sytuacja, w której rola fundamentu porządkującego rzeczywistość zostaje przeniesiona z wiedzy, sprawdzalności i możliwości przeprowadzenia dowodu na nie wymagającą żadnych potwierdzeń wiarę. Czy trzeba na to przykładu? Proszę dwa pierwsze z brzegu.
Jakiś czas temu sam pan Premier chyba albo wówczas jeszcze wskazany przez niego kandydat na prezydenta oświadczył, że Państwo znakomicie sobie poradziło w walce z nadzwyczajną sytuacją jaką jest powódź. Gdzieś z 70% pytanego społeczeństwa odtańczyło radosny tanieć i potwierdziło, że faktycznie znakomicie sobie poradzono. I tak zostało do dziś. I tego przekonania a właściwie wiary nie zmienia ani to, że ludzie, którzy nie mieli chyba szczęścia być zapytanymi w rzeczonej sprawie ale mieli dla odmiany nieszczęście być dotkniętymi kataklizmem przez co też są najlepiej poinformowani w kwestii „radzenia sobie” przez Państwo, muszą zmagać się z biurokratycznymi barierami, które w ogóle trudno zrozumieć, i mimo tego, że przy zbliżającej się zimie dziesiątki jeśli nie setki rodzin widzą, że z ratowaniem dorobku życia nie mają szans się uporać a na dokładkę nasz ustawodawca robi z siebie pośmiewisko będąc zmuszonym nowelizować ustawę z każdym nowym zalanym domem i kawałkiem pola.
Ale zapytaj człecze tych 70% a solennie zapewnią Cię, że Państwo przednio sobie radziło. Dlaczego tak powie? Bo tak powiedział Premier. I tyle. Słowo stało się ciałem. Tymi wałami, których nie ruszono po tym jak je woda rozniosła, tymi domami, do których wracają szczęśliwi powodzianie mimo, że tak naprawdę stoją one w ruinie a powodzianie mieszkają kontem po szkołach i ośrodkach pomocy, tymi tysiącami dla każdego o które tak naprawdę trzeba żebrać po urzędach.
Kiedy te same 70% zapytasz czy śledztwo smoleńskie jest prowadzone jak należy z miejsca przytakną. Bo tak zapewnił Premier mówiąc przy tym chyba coś o honorze. Więc jak wątpić skoro Premier wymachiwał honorem? I co tam, że w mediach średnio co dwa dni pokazuje się albo ukazuje się jakiś materiał, z którego jednoznacznie wynika, że tak naprawdę jest bardak, że ci, co tym się zajmują udowadniają, że mają o sprawie niewielkie pojęcie albo że kłamią jak najęci. Nikogo nie rusza kupa złomu leżąca od miesięcy na betonie choć pewnie każdy gdzieś tam otarł się o jakiś program popularnonaukowy pokazujący jak w sposób cywilizowany bada się podobne wypadki.
Pewien jestem, że gdyby przedstawić tym samym ludziom, tym 70% te same historie jako dziejące się w jakiejś Szwecji, Grecji czy innym dalekim kraju to bez zastanowienia potrafiliby trzeźwo ocenić jak daje sobie rade a właściwie jak sobie nie daje rady Państwo i goście, którzy w jego imieniu za „dawanie rady” odpowiadają. I to jest dopiero paradoks bo nawet niezbyt lotny obywatel tego, naszego –państwa zdawać sobie powinien sprawę, że w jego przypadku to akurat nie szwedzkie greckie czy inne państwo cokolwiek mu gwarantuje czy zabezpiecza ale to, do którego podchodzi równie krytycznie jak kiedyś Chińczyk do Mao. Na kolanach…
Czemu ten trzeźwo widzący wszelkie przywary szwedzkiej państwowości obywatel naszego kraju z taka wyrozumiałością podchodzi do gołosłownych zapewnień dotyczących działania miejscowych organów publicznych. Nie da się tego wytłumaczyć głupotą 9choć to byłoby najłatwiejsze) bo wtedy radośnie patrzyłby i na szwedzkie nonsensy. Nie może to być nic innego jak jakiś rodzaj zaczadzenia, opętania albo hipnozy. Co takiego jest w tym, że premier, czy obecny Prezydent stają przed obywatelami, mówią ewidentną nieprawdę a cały prawie naród to łyka i gotów jest za to się pociąć? Jak dali się kiedyś w Gujanie za wielebnego Jonesa co też opowiadał niestworzone historie.
* tak został określony przy okazji a cudzysłów bo to cytat.
czwartek, 9 września 2010
Amerykańska wiertarka a sprawa polska (o wrażliwości)
Może zimny ze mnie sukinsyn ale jakoś wizja amerykańskiej wiertarki w talibańskiej głowie nie za bardzo mnie porusza. Pozwolę sobie przyznać, cytując mojego kumpla ze studiów, że jest mi to „seksualnie obojętne”.
Wcale nie przeraża mnie to, że państwo zwane Stanami Zjednoczonymi w swych arcydyskretnych działaniach dalekie jest od swoich fundamentalnych, oficjalnych deklaracji na których jego obywatele opierają swoje poczucie bezpieczeństwa. To w zasadzie problem tych obywateli a ja obywatelem Stanów Zjednoczonych nie jestem i zapewne nigdy nie będę.
Tym bardziej nie przeraża mnie los gościa, któremu Stany Zjednoczone za pomocą wiertarki pokazały swoje drugie, to mniej oficjalne ale za to bardziej budzące respekt (delikatnie mówiąc) oblicze. W końcu w tej akurat sprawie to bardziej ten gościu niż Stany Zjednoczone odpowiada za poziom standardów przyjętych w relacjach między nimi.
Całe to, prasowe póki co, śledztwo i towarzysząca mu gotowość do wyrażania najwyższego oburzenia jest dla mnie, jak napisałem na początku „zimnego sukinsyna”, dość zabawna. To wyjaśnię za małą chwilkę ale najpierw uwaga, której jakoś nikt w całej dyskusji nie próbował zauważyć. Sprawa, która tak trafia sferę emocjonalną co niektórych komentatorów, dotyczy nie tego, że jakiś Amerykanin jakiemuś talibowi zamierzał przewiercić mózg ale że dziać się to miało za wiedza naszych władz. Oczywiście pozwoliłem sobie na pewien skrót bo akurat o to czy wiercić czy nie to już ten Amerykanin żadnego Polaka (mam przynajmniej taką nadzieję) nie pytał. Ale jednak pociesza mnie, że ta kwestia wybija się na czoło. I tu bycie przeze mnie „zimnym sukinsynem” nie ma nic do rzeczy bo nie to mnie cieszy, że Polska ochoczo dołączyła do systemu represji, którymi objęto „nieszczęsnych” talibów. Cieszy mnie to, że mocarstwo, które w swych działaniach bywa bardzo brutalne i nie tak znowu rzadko nie tylko zbliża się w swych działaniach do granicy, którą obywatel przywiązany do wartości demokratycznych i obywatelskich byłby skłonny zaakceptować ale wręcz je przekracza, raczyło zapytać władz Polski, kraju, z którym w chyba mało kto się dziś liczy, o zgodę. Jak wiemy a w zasadzie dzięki temu, że wiemy niewiele lub zgoła nic, operacja była supertajna. I jestem przekonany, że mogłaby się spokojnie odbyć całkowicie poza wiedzą jakichkolwiek naszych czynników rządowych. Myślę nawet iż byłaby to sytuacja dla nas zdecydowanie wygodniejsza. Po prostu w Kiejkutach lądowałyby amerykańskie wojskowe maszyny wożące w tę i wewtę, powiedzmy, włoszczyznę i tyle byśmy wiedzieli. A przy okazji tyle byśmy mieli teraz do powiedzenia. I tak będzie zapewne w przyszłości o ile ktoś gdzieś jeszcze będzie chciał nas za partnera obserwując teraz zachowanie naszych polityków w tej sprawie (szczególnie to charakterystyczne „muszę być dyskretny” na które jak najsłuszniej uwagę zwraca u siebie Weronka *).
Jednak w całej sprawie dla mnie przynajmniej ciekawa i, jako „zimny drań” przyznaje, śmieszna jest zupełnie inna kwestia. Owszem, w żadnym wypadku nie chciałbym by czy to mi czy komukolwiek ktoś dobierał się do zwartości czaszki za pomocą elektrycznej wiertarki. Ale jakoś tak nieproporcjonalne a przez to karykaturalne wydaj mi się całe to oburzenie opisywane finezją agentów zagranicznych służb w stosunku do członków obcych formacji zbrojnych w kraju, który jakoś tak niedawno przeszedł do porządku nad tym co z jego obywatelami przez dziesiątki lat robili inni jego obywatele. I to w sytuacji, w której dokumentacja rodzimej finezji swą skalą o kilka by nie rzec kilkadziesiąt kategorii przerasta te nędzne prasowe przypuszczenia dotyczące owej krzywdy PODOBNO wyrządzonej PODOBNO przez jakiegoś obywatela obcego państwa PODOBNO obywatelowi innego obcego państwa PODOBNO na naszym terytorium PODOBNO za wiedzą naszych czynników oficjalnych. W przypadku tego, czego doświadczali wcześniej nasi obywatele wszystkie powyższe PODOBNO oczywiście należy z miejsca wykreślić.
Tak więc rzekomym talibem z przewierconym łbem jakoś trudno mi się przejmować gdy kiedyś mocno postanowiono, że zdejmie się ze mnie ciężar przejmowania się tym, co zrobiono na Wybrzeżu, w „Wujku” czy w Lubinie. Tak szanowni panowie obrońcy praw człowieka, wrażliwi publicyści i wy, „niepodważalne autorytety moralne”. Niewrażliwego „zimnego sukinsyna” to wyście ze mnie zrobili na trupach z miejsc opisanych nieco wyżej i na tej swojej obojętności na oczywistą krzywdę oraz opieszałości wobec sprawców tej krzywdy. Jeśli cofniecie czas a on zdezaktualizuje wszystkie przedawnienia, które już się uprawomocniły, i da możliwość wystawienia uczciwego rachunku za to wszystko o czym wspomniałem, to ja obiecuję, że przejmę się i tym, co dziać się miało w Kiejkutach. Na dziś uważam, że skoro można było strzelać Polakowi w tył głowy, sadzać go na nodze od taboretu, bić po stopach bykowcem albo godzinami trzymać w lodowatej wodzie to czemu nie miałoby być wolno Amerykaninowi rozwiercać czaszki Afgańczyka?
* http://opinie.nienachalne.salon24.pl/227127,dyskrecja
Wcale nie przeraża mnie to, że państwo zwane Stanami Zjednoczonymi w swych arcydyskretnych działaniach dalekie jest od swoich fundamentalnych, oficjalnych deklaracji na których jego obywatele opierają swoje poczucie bezpieczeństwa. To w zasadzie problem tych obywateli a ja obywatelem Stanów Zjednoczonych nie jestem i zapewne nigdy nie będę.
Tym bardziej nie przeraża mnie los gościa, któremu Stany Zjednoczone za pomocą wiertarki pokazały swoje drugie, to mniej oficjalne ale za to bardziej budzące respekt (delikatnie mówiąc) oblicze. W końcu w tej akurat sprawie to bardziej ten gościu niż Stany Zjednoczone odpowiada za poziom standardów przyjętych w relacjach między nimi.
Całe to, prasowe póki co, śledztwo i towarzysząca mu gotowość do wyrażania najwyższego oburzenia jest dla mnie, jak napisałem na początku „zimnego sukinsyna”, dość zabawna. To wyjaśnię za małą chwilkę ale najpierw uwaga, której jakoś nikt w całej dyskusji nie próbował zauważyć. Sprawa, która tak trafia sferę emocjonalną co niektórych komentatorów, dotyczy nie tego, że jakiś Amerykanin jakiemuś talibowi zamierzał przewiercić mózg ale że dziać się to miało za wiedza naszych władz. Oczywiście pozwoliłem sobie na pewien skrót bo akurat o to czy wiercić czy nie to już ten Amerykanin żadnego Polaka (mam przynajmniej taką nadzieję) nie pytał. Ale jednak pociesza mnie, że ta kwestia wybija się na czoło. I tu bycie przeze mnie „zimnym sukinsynem” nie ma nic do rzeczy bo nie to mnie cieszy, że Polska ochoczo dołączyła do systemu represji, którymi objęto „nieszczęsnych” talibów. Cieszy mnie to, że mocarstwo, które w swych działaniach bywa bardzo brutalne i nie tak znowu rzadko nie tylko zbliża się w swych działaniach do granicy, którą obywatel przywiązany do wartości demokratycznych i obywatelskich byłby skłonny zaakceptować ale wręcz je przekracza, raczyło zapytać władz Polski, kraju, z którym w chyba mało kto się dziś liczy, o zgodę. Jak wiemy a w zasadzie dzięki temu, że wiemy niewiele lub zgoła nic, operacja była supertajna. I jestem przekonany, że mogłaby się spokojnie odbyć całkowicie poza wiedzą jakichkolwiek naszych czynników rządowych. Myślę nawet iż byłaby to sytuacja dla nas zdecydowanie wygodniejsza. Po prostu w Kiejkutach lądowałyby amerykańskie wojskowe maszyny wożące w tę i wewtę, powiedzmy, włoszczyznę i tyle byśmy wiedzieli. A przy okazji tyle byśmy mieli teraz do powiedzenia. I tak będzie zapewne w przyszłości o ile ktoś gdzieś jeszcze będzie chciał nas za partnera obserwując teraz zachowanie naszych polityków w tej sprawie (szczególnie to charakterystyczne „muszę być dyskretny” na które jak najsłuszniej uwagę zwraca u siebie Weronka *).
Jednak w całej sprawie dla mnie przynajmniej ciekawa i, jako „zimny drań” przyznaje, śmieszna jest zupełnie inna kwestia. Owszem, w żadnym wypadku nie chciałbym by czy to mi czy komukolwiek ktoś dobierał się do zwartości czaszki za pomocą elektrycznej wiertarki. Ale jakoś tak nieproporcjonalne a przez to karykaturalne wydaj mi się całe to oburzenie opisywane finezją agentów zagranicznych służb w stosunku do członków obcych formacji zbrojnych w kraju, który jakoś tak niedawno przeszedł do porządku nad tym co z jego obywatelami przez dziesiątki lat robili inni jego obywatele. I to w sytuacji, w której dokumentacja rodzimej finezji swą skalą o kilka by nie rzec kilkadziesiąt kategorii przerasta te nędzne prasowe przypuszczenia dotyczące owej krzywdy PODOBNO wyrządzonej PODOBNO przez jakiegoś obywatela obcego państwa PODOBNO obywatelowi innego obcego państwa PODOBNO na naszym terytorium PODOBNO za wiedzą naszych czynników oficjalnych. W przypadku tego, czego doświadczali wcześniej nasi obywatele wszystkie powyższe PODOBNO oczywiście należy z miejsca wykreślić.
Tak więc rzekomym talibem z przewierconym łbem jakoś trudno mi się przejmować gdy kiedyś mocno postanowiono, że zdejmie się ze mnie ciężar przejmowania się tym, co zrobiono na Wybrzeżu, w „Wujku” czy w Lubinie. Tak szanowni panowie obrońcy praw człowieka, wrażliwi publicyści i wy, „niepodważalne autorytety moralne”. Niewrażliwego „zimnego sukinsyna” to wyście ze mnie zrobili na trupach z miejsc opisanych nieco wyżej i na tej swojej obojętności na oczywistą krzywdę oraz opieszałości wobec sprawców tej krzywdy. Jeśli cofniecie czas a on zdezaktualizuje wszystkie przedawnienia, które już się uprawomocniły, i da możliwość wystawienia uczciwego rachunku za to wszystko o czym wspomniałem, to ja obiecuję, że przejmę się i tym, co dziać się miało w Kiejkutach. Na dziś uważam, że skoro można było strzelać Polakowi w tył głowy, sadzać go na nodze od taboretu, bić po stopach bykowcem albo godzinami trzymać w lodowatej wodzie to czemu nie miałoby być wolno Amerykaninowi rozwiercać czaszki Afgańczyka?
* http://opinie.nienachalne.salon24.pl/227127,dyskrecja
Subskrybuj:
Posty (Atom)