(długie dość)
Nazywam się Adam Wnorowski, od ponad trzech lat publikuję w sieci jako rosemann…
Dziwny początek monologu o wolności, prawda. Ale choć dziwnie to wygląda, nieomal jak wstęp do wyznań na spotkaniu AA, z wolnością ma wiele wspólnego.
A i to skojarzenie z AA również.
Zacząłem jak zacząłem na pamiątkę pierwszego zamachu na naszą wolność w sieci. Wszyscy chyba pamiętają jeszcze okoliczności, w których wielu z nas, honorowo acz bezgranicznie głupio, ujawniało swoje prawdziwe dane. By „oczyścić” sieć. Sieci oczywiście nie oczyściliśmy a sobie jakbyśmy po pół albo i po całym palcu poobcinaliśmy.
Wielu komentatorów, mówiąc o sile netu, zwraca uwagę na publikujących w sieci, których summa, składowa ich często bardzo specjalistycznej wiedzy i sporego doświadczenia jest absolutnie nie do zrównoważenia przez jakiegokolwiek zawodowego publicystę związanego z tradycyjnymi mediami. Takie mogące w każdej chwili eksplodować wunderwaffe. Tyle, że ta masa krytyczna jest obciążona wielkim ryzykiem. Ryzykiem sporych życiowych kłopotów jeśli ujawniłoby się dane sieciowych ekspertów. Bo ich wiedza to przecież poruszanie się w problemach, o których gotowi są pisać.
Tamten zamach, wredny wyjątkowo, był jednak szczytem finezji. Chylę czoła przed spryciarzami, którzy niczym nas nie straszyli, nie wysyłali do nas służb a sprawili, że taki rosemann chociażby jest w swej sieciowej publicystyce w osobliwy sposób niepełnosprawnym. Bo, jako rosemann mógłby ale jako Adam Wnorowski nie pozwoli sobie wypowiadać się na tematy, o których wie najwięcej, w których siedzi i na których bez dwóch zdań się zna. Odwagi mu nie brak ale samobójcą nie jest.
I na tym postawieniu mnie na krawędzi wygrali wtedy ci, co mnie hasłem „Precz chamstwu w sieci” wzięli pod włos.
Czemu zatem nie dam sobie spokoju z tym? Bo to nałóg, poczucie misji, kwestia temperamentu. Bez względu na posiadany czas, rozsądek… Takie sieciowe AA… Choć próbuję, jak wiecie najlepiej.
Drugi raz już nie było tak finezyjnie. Może dlatego, że za tą próbą kradzieży stoją i stali politycy. I ci, co chcą monitorować, i ci, co na ich usługi są panowie w czarnych uniformach, przychodzący o 6 rano z bronią po laptop i ci wreszcie, co latają jak oszalali po sieci i zamykają internetowe fora. Można śmiać się z kogoś, kto chce ganiać po sądach za to, że mu gdzieś tam żonę- żydówkę od żydówek wyzywają. Ale wyobraźmy sobie co by było, gdyby wyprzedził nieco swoje czasy i zrobił to co zrobił wtedy, gdy jeszcze z dumą ocierał z kurzy tabliczkę „Strefa zdekomunizowana”. Wszak fora to matecznik naszej blogosfery.
Oczywiście teraz mogą nam skoczyć ale nie łudźmy się, na pewno nie odgraniczą się od „skoczenia nam”. Taka już ich natura. I, jak widać, nie ma znaczenia czy ta natura ujawnia się wśród uliczek Damaszku, Trypolisu czy Kairu czy też gdzieś w okolicach Krakowskiego Przedmieścia. Tak naprawdę te różnice to tylko kwestia rozmachu, braku wstydu i posiadanych możliwości. Choć i tu trzeba przyznać, że ciemnej strony mocy lekceważyć nie można. Oni mają za sobą… Ot choćby językoznawców, którzy bez mrugnięcia okiem, jakby byli dosłownie z lędźwi Największego Językoznawcy, potrafią uzasadnić, że „dureń” to nie inwektywa żadna a „matoł” to po prostu zamach stanu. Mają sędziów…
A my mamy wyciągnięty środkowy palec. O ile, tak jak ja, nie daliśmy go sobie odrąbać wtedy. W poczuciu honoru. Honor… śmiesznie czasem coś nazywać tym słowem.
Ale coś w tym jest. Z pozoru tu tylko palec a tam panowie w czarnych uniformach, sędziowie, językoznawcy gotowi z naszego „dzień dobry” uczynić groźbę karalną. Ale jednak ten palec musi im uwierać aż do wqrwu samego, jakby tkwił im w oku, sercu czy gdzie tam ich najbardziej uwiera. I stąd tyle na ten palec wymyślić potrafią. I tyle energii ten palec w nich wyzwala.
Pyta pan Igor „Czy internet daje wolność? Czy tylko jej ułudę?” To zależy, panie Igorze. Jest pewnie w nim, w internecie, coś, co zwie się wolność obiektywna. Gdyby było inaczej, nikt by się nie przejmował jakąś zwykła czy nawet niezwykłą protezą. Fantomem imitującym ale nigdy niezdolnym w rzecz samą się zmienić. Kogo by coś takiego uwierało? Kto byłby w stanie zaryzykować koszty i utratę twarzy?
Ale z tą wolnością jest jak ze wszystkim. Trzeba umieć ją znaleźć. Bo możliwe jest i to, że ktoś będzie obok tej prawdziwej bawił, się ułudą wolności. I nie umiem wytłumaczyć kiedy jest tak, a kiedy inaczej. Niektórzy mają chyba jakąś skłonność do tego, by trafiać obok. Ale i im nie można odmawiać takiej subiektywnej wolności w sieci.
Kto oglądał „Rok 1984” według Orwella, pamięta końcówkę, w której bohater odlatuje z takim błogim uśmiechem. Nic, że jest jak jest, że nie tak, jak chciał. Uśmiecha się a jeden z Wielkich Braci tłumaczy innemu, że ten odleciany… jest teraz naprawdę wolny. I to były święte słowa!
I może jest faktycznie tak, jak wieści pan Igor, że jesteśmy wszyscy od dawna zapisani w tysiącach kartotek. Wirtualne kilometry regałów pełnych danych różnych rosemannów. Nie przypadkiem przecież jakaś pani Sylwia z Konga czy tam z Nigerii pisze do mnie czasem, pytając „jaki dzień się czujesz”, sugerując, że ma „2,5 milon dolars” i tłumacząc, że chce „strugać razem”*. Tylko co z tego? Milionów rosemannów, z których każdy jest taką maleńką cegiełką w ścianie, o którą czasem tamci się odbijają gdy tracą hamulce, i nie są w stanie jej ruszyć. A ich problemem nie jest jeden rosemann, którego mogą faktycznie obudzić o 6 rano jak ich najdzie ochota, a właśnie milion takich jak on, któremu to milionowi tamci mogą skoczyć. I mają tego świadomość. I temu tak ich wkurza ta ściana o którą się odbijają. Bo nie są w stanie jej tak raz przewrócić a tak po jednej cegle… Nie zdążą. Mamy niezwykłą zdolność regeneracji. I po to jest to wszystko panie Igorze. Prosta zasada fizyki- akcja, reakcja.
A demokracja… jak wszystko, przy okazji.
Ps. Zapomniałem dodać, panie Igorze, że wolność jest w nas. Albo jej nie ma... Póki szukają jej gdzie indziej, choćby i w necie, jest bezpieczna. Kabel zaś bywa przydatny ale nie jest konieczny.
* autentyk z listu, który nie tak dawno dostałem
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 czerwca 2011
poniedziałek, 13 września 2010
Mechanizm (fabryka pożytecznych idiotów)
„[…]teraz interesuje mnie władza aktualna. Taki sposób patrzenia na politykę uważam za najbardziej oczywisty i polecam szanownym kolegom z zaprzyjaźnionych stacji oraz gazet lub czasopism. Oczywiście nie ze mną zaprzyjaźnionych.”* Napisało mi się tak w poprzednim, adresowanym do Dorci tekście. I zaraz po tym, jak mi się napisało naszła mnie taka refleksja, że przecież z czegoś to się bierze. Ten obecny w mediach sposób patrzenia na polityków i politykę, który byłby jak znalazł w PRL-u ale za nic nie przystaje do tego, co jest jakoby rolą wolnych mediów. Szczególnie w wolnym świecie.
Oczywiście łatwo wskazać dwie prawdopodobne przyczyny mające wspólne źródło we wspomnianym przed chwila PRL-u. Pierwsza to ten fakt, że całkiem nie mało obecnych „niekwestionowanych dziennikarskich autorytetów” swoje zawodowe szlify zdobywało właśnie w tamtym ersatzu polskiej państwowości pod okiem „mentorów” dla których tamta rzeczywistość i jej standardy (w tym dziennikarskie) to był chleb powszedni. I bułka z masłem zarazem. Druga to obecni decydenci, często właściciele i współwłaściciele „niezależnych mediów”, różnych gazet i czasopism, za którymi PRL-owski ogon ciągnie się długo i zamaszyście. Oni przecież mają jakiś wpływ na „profil” swych stacji i gazet.
Ale to jednak zbyt proste wytłumaczenie tego medialnego absurdu AD 2010, prezentowanego w dwudziestolecie „rozprawienia się z totalitaryzmem”. Media to przecież nie tylko tytuły, redakcje, właściciele. To również grupa nazwisk, będących samymi w sobie medialnymi markami. Na tyle rozpoznawalnymi i silnymi że aż nie chce mi się wierzyć, iż jakikolwiek szef redakcji, gazety lub czasopisma miałby odwagę albo byłby na tyle głupi by pójść do takiej „gwiazdy” i próbować klarować jej na czym polega „linia redakcji” i ile dla niej warto lub trzeba poświęcić. Wszak jeśli jakieś imperium medialne zbudował więc głupi nie jest i wie jak na to zareaguje ktoś, kto nie musi się bać o zawodową przyszłość nawet jeśli na takie dictum szefa odpowie „spierdalaj” i w efekcie przestanie być w zespole.
Wiem, że ostatnio rynek medialny też odczuł skutki kryzysu wzmacniając tym samym pozycję szefów i równolegle oportunizm znacznej większości pracowników branży ale ja mówię tu o tej nielicznej grupie, tej elicie, która na to swoje „spierdalaj” zawsze będzie sobie mogła pozwolić.
Tego warsztatu, do którego wypłodów ostatnio (rozumianego raczej w latach niż dniach czy tygodniach), nie tylko ja mam tak wiele krytycznych uwag, najmłodsi, a więc nie mogący być podejrzewanymi, że w jakimś stopniu PRL ich skrzywiła, uczyli się od mentorów, dziennikarskich gwiazd, gigantów (tak przynajmniej są przedstawiani). Często swój gigantyzm osiągających już w tamtym systemie. Ale ta nauka w żadnym wypadku, przynajmniej tak myślę, nie polegała na mniej lub bardziej dosłownym wybijaniu z głowy skłonności do posiadania własnego zdania ani tym bardziej na jakimś chirurgicznym pozbawieniu mózgów obiecujących adeptów zawodu tej części, która odpowiada za krytyczne spojrzenie.
W związku z tym pytam na czym polegał proces kształtowania tych najmłodszych spośród najgorętszych dziennikarskich nazwisk? Jak to się stało, że byli (są?) na tyle sprawni, inteligentni, operatywni, kreatywni i co by tam jeszcze dodać, by wypracować sobie taką pozycję w branży medialnej kraju, w którym nikt na media nie nakłada już ponoć żadnych kagańców, a teraz nie są w stanie dostrzec tej oczywistej prawdy, że bardzo aktywnie uczestniczą we wpychaniu głównych mediów w schemat, który, jak obszył, pasowałby dziś do Białorusi a kiedyś znakomicie sprawdziłby się w całych „demoludach”?
Zastanawiam się, czy gdzieś poza jakimikolwiek „niezainteresowanymi” oczami cała ta „dziennikarska elita” podpisuje jakieś glejty, cyrografy w których zaprzysięga wieczną wierność tej a nie innej politycznej opcji tuż po tym jak wyliczyła ileś tam elementów ekskluzywnego, indywidualnego pakietu socjalnego. W myśl zasady, że na każdego jest cena.
I proszę mi się nie dziwić gdy do całej tej paranoicznej sytuacji, w której dziesiątki znanych i bardzo znanych nazwisk dziennikarzy niezależnych mediów wolnego kraju bez żenady flekuje opozycyjną partię i jej lidera nie mając czasu, ani chyba też zbytniej ochoty skupić się na bez wątpienia nieudolnych rządach obecnej ekipy a jeśli już to po to by dać temu i owemu reprezentantowi władzy szansę na jakąś samochwalną laurkę.
Proszę też nie mieć do mnie pretensji że w ogóle o tym pisze jako że uważam taką sytuację nie tylko za groteskową ale i za niebezpieczną bo stawiającą obecną (a w przyszłości może i każdą bo nawyk jest nawyk) władzę poza jakąkolwiek kontrolą. Bo nie będą w stanie stanowić jej glanowani bez opamiętania przedstawiciele opozycji i, tym bardziej, nie zrobią tego, stawiający się w roli „pozytywnych idiotów” rzucających się tam, gdzie władzy najwygodniej, przedstawiciele najważniejszych mediów.
I jak tu nie dziwić się, oglądając telewizję i czytając niektóre gazety lub czasopisma że całkiem spora grupa obywateli tego państwa ośmiela się nazywać je PRL „bis”?
* Tekst poprzedni.
Oczywiście łatwo wskazać dwie prawdopodobne przyczyny mające wspólne źródło we wspomnianym przed chwila PRL-u. Pierwsza to ten fakt, że całkiem nie mało obecnych „niekwestionowanych dziennikarskich autorytetów” swoje zawodowe szlify zdobywało właśnie w tamtym ersatzu polskiej państwowości pod okiem „mentorów” dla których tamta rzeczywistość i jej standardy (w tym dziennikarskie) to był chleb powszedni. I bułka z masłem zarazem. Druga to obecni decydenci, często właściciele i współwłaściciele „niezależnych mediów”, różnych gazet i czasopism, za którymi PRL-owski ogon ciągnie się długo i zamaszyście. Oni przecież mają jakiś wpływ na „profil” swych stacji i gazet.
Ale to jednak zbyt proste wytłumaczenie tego medialnego absurdu AD 2010, prezentowanego w dwudziestolecie „rozprawienia się z totalitaryzmem”. Media to przecież nie tylko tytuły, redakcje, właściciele. To również grupa nazwisk, będących samymi w sobie medialnymi markami. Na tyle rozpoznawalnymi i silnymi że aż nie chce mi się wierzyć, iż jakikolwiek szef redakcji, gazety lub czasopisma miałby odwagę albo byłby na tyle głupi by pójść do takiej „gwiazdy” i próbować klarować jej na czym polega „linia redakcji” i ile dla niej warto lub trzeba poświęcić. Wszak jeśli jakieś imperium medialne zbudował więc głupi nie jest i wie jak na to zareaguje ktoś, kto nie musi się bać o zawodową przyszłość nawet jeśli na takie dictum szefa odpowie „spierdalaj” i w efekcie przestanie być w zespole.
Wiem, że ostatnio rynek medialny też odczuł skutki kryzysu wzmacniając tym samym pozycję szefów i równolegle oportunizm znacznej większości pracowników branży ale ja mówię tu o tej nielicznej grupie, tej elicie, która na to swoje „spierdalaj” zawsze będzie sobie mogła pozwolić.
Tego warsztatu, do którego wypłodów ostatnio (rozumianego raczej w latach niż dniach czy tygodniach), nie tylko ja mam tak wiele krytycznych uwag, najmłodsi, a więc nie mogący być podejrzewanymi, że w jakimś stopniu PRL ich skrzywiła, uczyli się od mentorów, dziennikarskich gwiazd, gigantów (tak przynajmniej są przedstawiani). Często swój gigantyzm osiągających już w tamtym systemie. Ale ta nauka w żadnym wypadku, przynajmniej tak myślę, nie polegała na mniej lub bardziej dosłownym wybijaniu z głowy skłonności do posiadania własnego zdania ani tym bardziej na jakimś chirurgicznym pozbawieniu mózgów obiecujących adeptów zawodu tej części, która odpowiada za krytyczne spojrzenie.
W związku z tym pytam na czym polegał proces kształtowania tych najmłodszych spośród najgorętszych dziennikarskich nazwisk? Jak to się stało, że byli (są?) na tyle sprawni, inteligentni, operatywni, kreatywni i co by tam jeszcze dodać, by wypracować sobie taką pozycję w branży medialnej kraju, w którym nikt na media nie nakłada już ponoć żadnych kagańców, a teraz nie są w stanie dostrzec tej oczywistej prawdy, że bardzo aktywnie uczestniczą we wpychaniu głównych mediów w schemat, który, jak obszył, pasowałby dziś do Białorusi a kiedyś znakomicie sprawdziłby się w całych „demoludach”?
Zastanawiam się, czy gdzieś poza jakimikolwiek „niezainteresowanymi” oczami cała ta „dziennikarska elita” podpisuje jakieś glejty, cyrografy w których zaprzysięga wieczną wierność tej a nie innej politycznej opcji tuż po tym jak wyliczyła ileś tam elementów ekskluzywnego, indywidualnego pakietu socjalnego. W myśl zasady, że na każdego jest cena.
I proszę mi się nie dziwić gdy do całej tej paranoicznej sytuacji, w której dziesiątki znanych i bardzo znanych nazwisk dziennikarzy niezależnych mediów wolnego kraju bez żenady flekuje opozycyjną partię i jej lidera nie mając czasu, ani chyba też zbytniej ochoty skupić się na bez wątpienia nieudolnych rządach obecnej ekipy a jeśli już to po to by dać temu i owemu reprezentantowi władzy szansę na jakąś samochwalną laurkę.
Proszę też nie mieć do mnie pretensji że w ogóle o tym pisze jako że uważam taką sytuację nie tylko za groteskową ale i za niebezpieczną bo stawiającą obecną (a w przyszłości może i każdą bo nawyk jest nawyk) władzę poza jakąkolwiek kontrolą. Bo nie będą w stanie stanowić jej glanowani bez opamiętania przedstawiciele opozycji i, tym bardziej, nie zrobią tego, stawiający się w roli „pozytywnych idiotów” rzucających się tam, gdzie władzy najwygodniej, przedstawiciele najważniejszych mediów.
I jak tu nie dziwić się, oglądając telewizję i czytając niektóre gazety lub czasopisma że całkiem spora grupa obywateli tego państwa ośmiela się nazywać je PRL „bis”?
* Tekst poprzedni.
Etykiety:
media,
obiektywizm,
wolność
Subskrybuj:
Posty (Atom)