wtorek, 30 sierpnia 2011

Utracony instynkt wyborcy (polemika)

Trudno zaprzeczyć, że nasza polityka to skumulowana patologia. Może będę nudny ale znów jako przykład przytoczę wojnę, w znacznej mierze domową, o to jak wielkim bohaterstwem było albo nie było recenzowanie wyborczego klipu związku zawodowego wiejskiej nomenklatury.

Do rangi casus belli podniesiony został problem, który nikogo obecnie nie powinien zaprzątnąć na więcej niż na trzy do pięciu sekund bez względu na to czy wyskoczyłby z nim poseł Hofman, prezes Kaczyński, Tusk prezes rady czy tam wszystkie gazety lub czasopisma oraz zaprzyjaźnione stacje razem. Więcej. Nawet gdyby sam Bóg z nieba zstąpił i klarować zaczął wyborcy, że ten klip to kicha i dowód zdziczenia to ja, a za mną każdy normalny wyborca, upadłszy najpierw jak należy na kolana, odrzec powinienem tymi słowy: „Boże Wszczechmogący, w Trójcy Jedyny Prawdziwy! A co mi tam jakaś piosenka i to, co kto o niej myśli? Tyle jest spraw poważnych, że to akurat to mi zwisa i powiewa!”. No może z tym „zwisa” i z tym „powiewa” bym się zastanawiał bo hit ludowców i hit Hofmana nie są warte wiecznego potępienia.

Cała ta okładanka ma miejsce na miesiąc przed wyborami. I zdaje się być znakiem firmowym stanu nie tylko naszej klasy politycznej ale, co równie a może i bardziej smutne, znacznej części wyborców. Niestety, tych wyborców, którzy zdają się uważać za najbardziej wyrobionych i politycznie uświadomionych.

Tedy na miesiąc przed wyborami pasjonujemy się najpierw diskopolo PSL, później diskopolo taktu i rozwagi Hofmana wreszcie dorodnym burakiem cukrowym w rękach Kłopotek Brothers. A nikt w tym czasie jakoś szczególnie nie docieka i nie zmusza swych potencjalnych wybrańców by skupili się na esencji tego, co wypełniać powinno kampanie wyborcze. na wyborczych programach i przyszłych zamierzeniach. W tej sytuacji zdaje się pobrzmiewać echo opinii kolegi grudq’a sugerującego, że wyborcę należy wychować. Choć ciśnie mi się na język uwaga, że to, to pasowało raczej w poprzedniej epoce, zdaje się że marzenia kolegi i, jak mniemam, naszej klasy politycznej są bliższe realizacji niżbym chciał.

Tak bliskie, że nikt na ten przykład, absolutnie nikt z wyborców PO nie uznał za idiotyzm równoczesnego przekonywania, że się Polska zmieniła tak, że nic w niej nie jest już takie samo w zasadzie a jedynym, co zmiany nie wymaga (wedle pani Kidawy – Błońskiej, będącej wówczas akurat „ustami” PO) jest program partii napisany zanim cokolwiek PO zaczęła zmieniać. Słowem program to taki kawałek papieru bez znaczenia.

Ziemia się wtedy nie zatrzęsła bo faktycznie wyborcy już są „wychowani”. Są niczym te grudq’owe oddziały, które mu płoszę i sieję im zwątpienie.

Oczywiście nikt nie broni robić wyborcom za „mięso armatnie” jeśli taka ich wola. Ale ich autonomiczna zgoda na to jest według mnie przejawem utraty wyborczego instynktu samozachowawczego. I zgody na to, by funkcjonowanie sfery publicznej postawić na głowie. Bo tym właśnie jest zapomnienie, że to nie politycy tylko obywatele są podmiotem polityki. Politycy są tylko takim mniej lub bardziej funkcjonalnym gadżetem, na który wymienili sobie owi obywatele inny, mniej wydolny gadżet, któremu łeb odrąbali 30 stycznia 1649 albo 21 stycznia 1793. Tak akurat ludziom pasowało po prostu.

Ja wiem, że czasem są sprawy, które wyobraźnię i wiedzę wyborcy przerastają. Ale jeśli ktoś wtedy rzecz próbuje rozwiązać tłumacząc „nie pojmiesz ale ja to za ciebie załatwię” jest wrogiem, nie powiem demokracji bo ona to też gadżet tylko, jest wrogiem prawdziwym tych tak chętnie wyręczanych. Nie wychowuj polityku! Przekonuj. Tobie nie jest potrzebny ani jeden wojak w wyimaginowanym szeregu. Tobie nie jest potrzebny wyborca oddany. Tobie jest potrzebny wyborca przekonany i świadomy.

Przede wszystkim po to, by już kolega grudeq nie musiał się bać, że się tłumy zwolenników mogą rozpierzchnąć. W pospolite ruszenie omamione nagła wizja cudownego tryumfu równie łatwo wlać nadzieję jak poczucie zwątpienia. W karny szereg „armii nowego modelu” to drugie trudniej bo ona nie maszeruje na wizji ale na kalkulacji. Tu dodam, że poziom owej kalkulacji jest wypadkową skuteczności i uczciwości przekonujących. A jeszcze bardziej mądrości i właśnie instynktu przekonywanych. To taka uwaga do tych, co by mi chcieli z populistami wyjechać.

Niech kto mi powie, że poza emocjami klasa polityczna oferuje „swoim” i potencjalnym wyborcom coś więcej. Nie! Nawet „zmieniający Polskę” „technokraci” z PO są w stanie pokazać póki co „pełnego nadziei” kierowcę, który snuje marzenia że starczy się trochę pomęczyć i z górki będzie. Zaś PSL, póki mu Hofman nie zafundował pomysłu na event z cukrowym burakiem, w kampanii nie istniał. A opozycja to w zasadzie same emocje.

Do dziś za szczyt politycznej mądrości uchodzi pamiętne zdanie: „"Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju". Nikt jakoś nie pomyślał jak bardzo jest one bezsensowne. W tym oddzielaniu oczywistej jedności, którą dla każdego powinno stanowić „ja” i „mój kraj”. Ile byśmy patriotyzmu nie wlali w opisywanie pobudek kierujących naszymi publicznymi i prywatnymi działaniami to nie jest on w stanie zmienić faktu, że robimy to po prostu dla siebie.

Ktoś, kto tę świadomość porzuca, rezygnuje z niej by się grudq’owi dać „wychowywać” i w szereg karnie stawiać, kpem jest a pociecha z niego, tak dla grudq’a jak i dla Polski z niego żadna. Choćby mu żadne rosemanny zapewne za nic zwątpienia w głowie zasiać nie były w stanie.

Popytajcie tu i ówdzie a usłyszycie, że strzec się trzeba istot, które wyzbyły się instynktu samozachowawczego. Bo to rzadko objaw dość przydatnej uległości. Częściej zaś wścieklizn

wtorek, 23 sierpnia 2011

Koronny argument

Przeczytałem list przytoczony na blogu Czarka Krysztopy. A w nim argument, który w innej konfiguracji jest koronnym i najtrudniejszym do obalenia w dyskusji pro life. Nie, nie chodzi teraz o najbardziej potoczne rozumienie tego określenia.

Chodzi mi o argument, który pojawia się w dyskusjach na temat kary śmierci. Ten odwołujący się do możliwości orzeczenia jej wskutek sądowej pomyłki. Jak się potocznie uważa, mamy wówczas do czynienia z jedyną sytuacją, w której skutków orzeczonej kary nie da się cofnąć i zrekompensować. Oczywiście to bzdura ale przyjmijmy, że faktycznie. Oto taki abolicjonista rzuca ów argument i weź zbij go człowieku… W wielu przypadkach na tym kończy się dyskusja. No bo co powiedzieć? Że pomyłki się zdarzają? Że trudno? Że Bóg potrafi oddzielić „ziarno od plew”? Nie sądzę by cokolwiek przekonało tych, którzy ów argument zastosują.

Można by sądzić, że to argument uniwersalny. Przypomnę fragment cytowanego przez Cezarego listu: „W Polsce nie ma żadnego kompromisu, tylko legalne uśmiercanie dzieci chorych, albo i nie. Lekarz może się pomylić w interpretacji badania USG i co wtedy? „*

Właśnie, co wtedy? Wystarczy „przykro mi”? A może akurat w tym przypadku rekompensata istnieje?

Siła tego argumentu w tym przypadku nie działa. Smutne to. Smutne to, że coś, co każe nam odstąpić od pozbawienia życia zbrodniarza bo może się co do jego winy mylimy, nie powstrzymuje nas rozkawałkować nienarodzonej istoty podejrzewanej o fizyczny czy psychiczny defekt. Nie powstrzymuje w społeczeństwie, które skądinąd oszalało na punkcie „uprzyjaźniania” świata żyjącym już osobom ułomnym na ciele lub umyśle. Taka zadziwiająca niekonsekwencja.

Niekonsekwencja budząca grozę już u swych korzeni, w miejscu, w którym choroba czy niepełnosprawność, afirmowana później, jest u zarania okolicznością usprawiedliwiającą czynienie z kształtującej się istoty ludzkiej skrawków rozszarpanego mięsa.

A jeśli się mylicie? jeśli ten lekaż, mówiący o „żyjącym warzywie” popełnia bład? Ileż błędów każdego dnia popełniają lekarze. W sytuacjach bardziej błahych, czasami wręcz kuriozalnych.** Nie macie dyskomfortu, że opowiadając się za tym jesteście tacy sami jak ci, którzy Bogu oddaja ostateczny sąd w sprawie winy czy jej braku u straconego zbrodniarza?

Wiem, na to macie koronny argument. Wiecie kiedy człowiek staje się człowiekiem. Najczęściej wtedy, gdy to wam pasuje. Teraz wam pasuje tak, za jakiś czas będzie pasowało siak. Przekonacie mnie, że nie?

Skoro tacy mądrzy jesteście, czemu nie przychodzi wam do głowy, że ten zbrodniarz, wyczyniający rzeczy, których nie byłaby w stanie wymyślcie nawet wasza wyobraźnia, to istota, która właśnie przestała być człowiekiem? W swym nieludzkim postępowaniu. Mając tak, jak tamta, co „jeszcze się nie stała”, ten i ów narząd właściwy człowiekowi. Skoro proces „stawania się” istotą ludzka jest płynny to czemu nie przyjąć tej płynności, relatywności i w drugą stronę?

W ogóle w tej dyskusji argumentacja kuleje. Ot choćby ten argument, że odmawiając aborcji z gwałtu każe się zgwałconej żyć z "nieznośną" świadomością istnienia „owocu gwałtu”. Więc by nie musiała, zabija się ów „owoc”. Karząc go w sposób niewspółmierny. Szczególnie do sposobu, w jaki karze się sprawcę.

No świetnie. A jeśli by ta zgwałcona nie mogła żyć ze świadomością dalszego istnienia sprawcy gwałtu? Rzecz jasna nie ma opcji podobnej do tej poprzedniej.

Co zatem, jeśli się mylicie? Już nawet nie w tym czy starczy ułomności dla noża ale w tym, kiedy człowiek jest a kiedy nie jest człowiekiem.



* link za blogiem Czarka: http://wyborcza.pl/1,95892,9871691,Jestem_polozna_i_nie_chce_zabijac___list.html#ixzz1Vr76YHFV

** Mąż mojej koleżaniki, po wypadku i zrobionym prześwietleniu kręgosłupa szyjnego poinformowany został, że ma przerwany rdzeń kręgowy. Zdziwił się, gdy po kilku godzinach zaczał ruszac palcami. Zrobiono zdjęcie i okazało się, że to był tylko obrzęk. Pierwsza dioagnoza wynikała zas z tego, że... zdjęcie zrobiono mu w kolnierzu ortopedycznym przyjmując metalowy elemnent za oczywista przerwę w tkance nerwowej.

piątek, 22 lipca 2011

Czy dla „Obywateli do Senatu” Polska Jest Najważniejsza?

Przyznam, że zaintrygował mnie pan Eckard wczorajszym tekstem, w którym wieści parlamentarne tsunami, mające zdemolować obecną scenę polityczną. Zdemolować tak bardzo, że nie podniesie się ona bez konstruktorskiego talentu pana Rafała Dutkiewicza, prezydenta miasta Wrocławia i autora sensownej skądinąd inicjatywy „Obywatele do Senatu”. Pana Dutkiewicza cenię bardzo ale ze smutkiem konstatuję nadchodzącą klęskę jego kolejnego pomysłu. Nie pierwszego zresztą, który miał mu otworzyć drogę na najlepsze salony Rzeczpospolitej.

Nie chodzi nawet o to, że przewidywania pana Eckarta są funta kłaków warte. Tego akurat nie powiem choć zastanawiam się skąd weźmie on nagle wykonawców szczwanego planu, zważywszy na partyjne sita segregujące teraz kandydatów i odrzucające tych, którzy są lub mogą być niezadowoleni albo wręcz sfrustrowani. To będzie, jak mniemam „sejm wyjątkowego zadowolenia”. Przynajmniej ze swych liderów i partyjnych kierownictw. Tak więc, choć pomysł zawojowania również sejmu metodą „koni trojańskich” jako taki nie jest pozbawiony sensu, to akurat w realiach nowego sejmu absolutnie nie do zrealizowania.

Ale nie to sprawia, że z żalem przewiduję kolejna katastrofę koncepcji Dutkiewicza. I będzie ona spowodowana dokładnie tymi samymi przyczynami, które legły u podstaw upadku inicjatywy „Polska XXI”. I entuzjazm pana Eckarda jest najlepszym dowodem na to, że tak właśnie będzie.

Bolączka naszej polityki od początku egzystowania jej w warunkach demokracji jest „krótka ławka” politycznych liderów i ich zaplecza. Mamy więc scenę polityczną ilustrująca powiedzenie, ze gdzie trzech Polaków tam pięć partii politycznych. Nawet śledzący nasze partyjne podwórko dość pilnie obserwator ma prawo gubić się w aktualnych szyldach i przynależnościach. A równocześnie trudno uwierzyć, że coś innego niż biologia jest w stanie tasować personalne układy na tej scenie. „Polska XXI” przejechała się na imporcie „wiecznych liderów”. I tym może się skończyć pomysł „zdobycia” sejmu przez poukrywanych jakoby po różnych partiach sympatyków Dutkiewicza.

Rzecz w tym, że jeśli ktokolwiek pójdzie na współpracę z „frondą burmistrzów” to wcale nie dlatego, że jest takim szczerym demokratą i brzydzi go partyjne „zawłaszczanie” legislatywy, egzekutywy i wszystkiego innego. Gdyby byli tacy „obrzydliwi” to żadna siła by ich na partyjne listy nie zaciągnęła. Tedy nie ma co liczyć na „konie trojańskie”.

Ale w tekście Eckarda martwi mnie co innego. Wbrew treści nie odbieram go jako przejawu entuzjazmu dla nowej inicjatywy. Dla mnie znacznie bardziej czytelny jest ukryty w nim inny komunikat. Oto pojawia się nowa szansa by ci, którzy póki co nie znaleźli się na żadnej liście, która mogliby teoretycznie „rozsadzać od środka” już po wejściu do sejmu, jakoś utrzymali się w polityce. To będzie taniec wokół Dutkiewicza i innych liderów inicjatywy wykonywany przez polityczny „salon odrzuconych”. W tytule wskazałem główny „rezerwuar” tego rodzaju kadr dla „nowej” siły politycznej. Bo wydaje mi się, że jest to szansa utrzymania się w polityce większa, niż ta, którą z wielkim zapałem zamordowała pani Kluzik. Czy im się uda zawłaszczyć pomysł Prezydenta Wrocławia. Choć mam nadzieję, że nie, to obecność pana Misiaka wśród potencjalnych realizatorów pomysłu włodarzy naszych metropolii nie wróży najlepiej. Bo skoro Misiak to czemu nie Eckard?

A jak Misiak i Eckard to po cholerę na to głosować? Skoro można na PO czy PJN?

Oczywiście nie ma złudzeń, że mój głos dotrze do pana Dutkiewicza. I nic nie pomoże nawoływanie by pędził jak najdalej od siebie „starych wyjadaczy” wywalonych z PO czy wyautowanych z PiS. Bo gdyby to był dobry materiał to nikt by GOP ani nie wywalał ani nie autował! Jeśli więc „Obywatele do Senatu” chcą coś sensownego zdziałać to może dla nich nie koniecznie hasłem przewodnim powinno być „Polska Jest Najważniejsza”. Bo to plagiat, który chyba wszystkim kojarzy się teraz nie najlepiej.

czwartek, 30 czerwca 2011

Raport Macierewicza, raport Millera

Z cała świadomością odpuściłem sobie wczoraj udział w dyskusji na temat przedstawionych w mediach wyników prac zespołu Antoniego Macierewicza oraz przeciekłych do mediów skrawków raportu Ministra Millera. Po pierwsze dlatego, że w jednymi i drugim przypadku mamy do czynienia z nawet nie z niepełnym materiałem a z tezami opartymi na wynikach prac. Po drugie zaś dlatego, że przy obecnym stanie wiedzy dużo ciekawszym zdawało mi się obserwowanie reakcji na upublicznione i ujawnione efekty obu postępowań zmierzających do wyjaśnienia przyczyn zdarzeń z 10 kwietnia ubiegłego roku.

Z tej perspektywy świadome czy tez przypadkowe wyprzedzenie przez zespół Macierewicza prezentacji rezultatów pracy zespołu rządowego było strzałem w dziesiątkę. I wcale nie dlatego, że teraz druga strona będzie musiała się zmagać z twierdzeniami zawartymi w materiałach zespołu poselskiego. Wręcz przeciwnie! Właśnie dlatego, że druga strona ostentacyjnie dała do zrozumienia, iż z tym materiałem „zmagać” się nie ma najmniejszego zamiaru. Szczególnie wartościowa z punktu widzenia Antoniego Macierewicza była reakcja Premiera. Stwierdzenie „mamy wszyscy wystarczająco dużo zajęć poważnych i na tych zajęciach będziemy się koncentrować” z pozoru sprytnie ustawiło dyskusję nad materiałem przygotowanym przez parlamentarzystów PiS. Z pozoru. Bo jeśli jeszcze tę, arogancka jak by nie patrzeć wypowiedź uzupełnić o następne, bardzo surowe: „natomiast (to są) partyjne, propagandowe materiały - bo przecież mieliśmy okazję wysłuchiwać wielu relacji z pracy pana posła Macierewicza”* mamy do czynienia z… Nie z rzeczowym dialogiem z opozycją a z insynuacją. Bo tak chyba można nazwać ostra opinię na temat czegoś, czego nie tylko się nie widziało na oczy ale i widzieć się nie ma zamiaru.

Tak przy okazji, wobec zwyczajowego, lekceważącego „ mamy dużo zajęć” aż prosi się złośliwa uwaga, że w tej sytuacji mógłby pan Premier wydłużyć sobie tydzień pracy z trzech do czterech a może i pięciu dni. I wtedy może by mu czasu „styknęło”.

Z punktu widzenia rywalizacji PO i rządu z PiS-em w sprawie katastrofy smoleńskiej na korzyść opozycji zagrał też niezawodny pan Niesiołowski. „To są brednie - tłumaczy wicemarszałek Sejmu - a Macierewicz jest kandydatem do badań psychiatrycznych.”** Tu też można by zauważyć złośliwie, ze wypowiedź pana Marszałka przesiąknięta jest fachowością specjalisty, który o umysłowych fiksacjach wie wszystko. Z autopsji.

Złośliwość złośliwością. Czemu sądzę, że te, PiaRowsko zdające się być świetnie dobranymi reakcje polityków rządu i Platformy wcale nie zasługują na taki aplauz. Przede wszystkim z racji tego, że przed nami jeszcze prezentacja raportu Ministra Millera. Gdy to nastąpi…

Gdy to nastąpi trudno będzie panu Tuskowi atakować opozycję, że ma gotowy pogląd na raport nie koniecznie znając jego treść. Trudno będzie reagować na zarzuty nie odnoszące się do raportu merytorycznie. Szczególnie zaś trudno będzie odpierać personalne, adresowane choćby do pana Millera, zarzuty o stronniczość. Bo Antoni Macierewicz BYĆ MOŻE ma kłopoty z psychika i BYĆ MOŻE nie powinien kierować pracami zespołu. Natomiast pan Miller NA PEWNO jest osobą, która jest stroną w sprawia i znajduje się przecież w kręgu osób potencjalnie odpowiedzialnych za to, co zdarzyło się w Smoleńsku i NA PEWNO nie powinna prowadzić śledztwa w SWOJEJ sprawie. Nemo iudex in causa sua…

Jeśli więc domagający się od opozycji „konstruktywnej postawy” Premier olewa jej wysiłki jak najbardziej zrozumiałe z uwagi na znaczenie sprawy to niech się nie dziwi, jeśli ta sama opozycja w podobny, nie koniecznie rzeczowy sposób podejdzie do tego, co wypichci Miller i jego ekipa.

Na koniec taka scenka, która znakomicie ilustruje poziom dyskusji na temat wyników prac zespołu Macierewicza. Oto w TVN24 pani Olejnik na wspomnianą okoliczność przesłuchała europosła Cymańskiego. Oglądałem tylko fragment. tak więc najpierw (w tym fragmencie) Stokrotka Moja Ulubiona pojechała brutalnie po Cymańskim zauważając, że Macierewicz miał ograniczony dostęp do materiałów źródłowych więc jego wiedza jest wątpliwa po czym… Po czym sama, na zasadzie „jest powszechnie wiadomym” wyjaśniła panu Cymańskiemu co było przyczyna katastrofy. jakby sama miała taki dostęp do tych tajnych źródeł, jakiego Macierewicz nigdy miał nie będzie. Bo ona jest przecież Redaktor a on tylko poseł RP.

Tak to jest i już pewnie będzie z tą naszą oficjalną wersją tragedii smoleńskiej, że „jak było naprawdę” wiedzieć będzie tylko Stokrotka Moja Ulubiona i paru jej kolegów, Macierewicz będzie w „psychuszce” a Miller dostanie jakąś tam cywilną wersję „drugiej gwiazdki”. Jakiego „Orła Białego” na przykład. Cokolwiek by jeszcze ujawniono i napisano w tej sprawie…



* http://fakty.interia.pl/fakty_dnia/news/premier-nie-zamierza-czytac-raportu-zespolu-macierewicza,1659630

** http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,9863093,Biala_ksiega___Proza_sensacyjna____Macierewicz_na.html

środa, 29 czerwca 2011

Wariat Kaczyński czyli sędziowie i terapeuci

Ja się dziwię. Właściwie całej tej sprawie w całej niezliczonej mnogości jej aspektów. Najbardziej zaś dziwię się oburzeniu, które wywołała decyzja pana sędziego Jabłońskiego. Nie, żebym uważał ja za słuszną. Powody są nieco inne. Samemu panu Sędziemu też się zresztą dziwię ale akurat nie z powodów, którymi zadziwił on innych.

Prawdę mówiąc nie mam pojęcia czy mi tekst uda się sklecić sensownie bo w tym gąszczu wątków zgubić się nie tak trudno.

Zacznę od tego zaskoczenia a nawet oburzenia, które decyzja sędziego wzbudziła nawet u osób, które sympatią do Kaczyńskiego nie pałały i wcale się z tym nie kryły. Powiem szczerze, że ich (szczególnie zaś dziennikarzy) reakcja na postanowienie sądu jest dla mnie dowodem ich hipokryzji i aktorstwa albo też braku profesjonalizmu. Oni nie tylko nie powinni się dziwić ale wręcz ze zrozumieniem kiwać głowami. Jeśli bowiem prześledzić publiczne wyjaśnienia przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, wygłoszone po tym, co sędzia Jabłoński zdecydował, jednym ze źródeł, które skłoniły sędziego do takiego kroku były materiały prasowe. I tu chciałbym zauważyć, że jeśli sędzia Jabłoński aż tak poważnie traktuje to, co wyczyta w gazetach, to jego działanie nosi znamiona nieracjonalnego gospodarowania środkami publicznymi albo też świadczy o tym, że niezbyt skrupulatnie albo wręcz niechlujnie przeprowadził prasówkę na temat umysłowej fiksacji Jarosława Kaczyńskiego. I w efekcie, zamierzając powołać biegłych, którzy zbadaliby stan zdrowia psychicznego prezesa PiS, naraził państwo na absolutnie niepotrzebny wydatek. A dziennikarze i politycy mu wcale nie pomagają. Tylko oburzają się bez dania racji!

Nie wiem czy pan sędzia Jabłoński zapoznał się był z szalenie istotną dla tej konkretnej sprawy, opublikowaną w pierwszej dekadzie kwietnia tego roku w „PlusMinus”, sobotnim dodatku do „Rzeczpospolitej” rozmową Roberta Mazurka z Jackiem Żakowskim. Jeśli nie to gruuuuby błąd, Panie Sędzio! Jeśli tak to… w sumie jeszcze większy! Świadczący o ewidentnym zaniechaniu! W rozmowie tej panowie sporo miejsca poświęcili stanowi intelektualnemu, emocjonalnemu i ogólnie psychicznemu braci Kaczyńskich. Rzecz nie skończyła się jednak na subiektywnych odczuciach. W pewnym momencie dialog panów mazurka i Żakowskiego przybrał taka oto postać:

Porozmawiajmy o Jarosławie Kaczyńskim. Co jest w nim takiego, że wywołuje pański żywiołowy sprzeciw?

A ile ma pan czasu? (śmiech) Streszczając to do jednego akapitu, musiałbym powiedzieć, że mentalność polityczna Kaczyńskiego i jego obozu zbudowana jest na lękowej strukturze osobowości, która powoduje, że wszędzie widzi on zagrożenia, a nie szanse, dostrzega wrogów, a nie partnerów, co prowadzi do nasilenia konfliktów, zamiast do szukania korzyści ze współpracy. Gdy taką logiką kieruje się władza, jest to fundamentalnie niebezpieczne dla państwa. Taka osobowość wymaga terapii.

Pan się na tym zna?

W ograniczonym zakresie, ale czytałem ekspertyzy na ten temat.(podkreślenie moje)

Dotyczące Kaczyńskiego?

Tak.

I dalej:

Dlatego w ramach tej odpowiedzialności za słowo w pańskim programie rozwijaliście tezę o szaleństwie Kaczyńskiego. Tylko że na to też dowodów brak!

Są widoczne objawy.

Wiem, że te fragmenty były już cytowane i szeroko komentowane. Czemu do nich wracam? Bo dziwię się, że teraz, gdy stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego stał się sprawa na absolutnym topie naszych problemów dnia obecnego nikt nie wykazuje choćby śladowej dociekliwości. Dziwię się, że nikt, pies z kulawa nogą nawet, nie kiwnął nawet palcem, by dotrzeć do nich i upublicznić przed narodem wspomniane przez pana Żakowskiego „ekspertyzy”, z których wynika, że Kaczyńskiemu potrzebna jest terapia. No i przy okazji nazwiska ich autorów- mistrzów świata w zdalnej diagnozie. Dziwi mnie poniechanie tak istotnego dla sprawy materiału bo przecież to chyba nie jest czymś zbyt trudnym zdobycie go w kraju, w którym „dziennikarze śledczy” swobodnie „docierają” do najtajniejszych nawet materiałów często niemal w chwili, gdy te dopiero powstają.

Ma też owa wstrzemięźliwość jeszcze i inny wymiar. Taki oto, że pan sędzia Jabłoński, mając w garści wspomniane przez Żakowskiego „ekspertyzy” mógłby zaoszczędzić jakąś tam część pieniędzy ledwie wiążącego koniec z końcem państwa, które to grosze wyda teraz, chyba niepotrzebnie, na ekspertów czy tam biegłych. Bo czy mogą być lepsi „eksperci” od tych, którzy potrafią stawiać diagnozę bez najmniejszego kontaktu z pacjentem? Lepszych „ekspertów” pan sędzia Jabłoński raczej nie znajdzie! A oni całą robotę już przecież odwalili o czym zaświadczał publicznie pan Żakowski. Szkoda tylko, że nie po nazwiskach. Przez co naród nie może swego zachwytu okazywać w sposób jakoś ukierunkowany.

* Źródło (płatne!):http://www.rp.pl/artykul/639871.html

środa, 22 czerwca 2011

Pytania do Leszka Millera (ruskie niebo ogłupia pilotów…)

Dość mocno jestem zdziwiony (ale nie wykluczam, że wina leży po mojej stronie i wynika z lekkiego rozluźnienia moich kontaktów z salonem24), że na okoliczność wizyty w Salonie24 pana Leszka Millera Igor Janke nie zażyczył sobie wsparcia z naszej strony w przygotowaniu jakiegoś zacnego zestawu pytań do gościa. Nie mnie zgadywać, czemu tym razem postanowił wziąć wyłącznie na własne barki ciężar rozmowy z tą arcyciekawą postacią. Określenie „arcyciekawa” w tym konkretnym przypadku to żadna kpina. Przyznaję się do ambiwalencji w ocenie Leszka Millera, którego uważam jednocześnie za człowieka zasługującego jak mało kto w naszej polityce na obraźliwy epitet sukin…, ale też za jednego z najlepszych jeśli nie najlepszego z dotychczasowych premierów III RP. Nie będę tłumaczył czemu tak uważam bo nie po to piszę. Piszę z nadzieja, że jakimś tam rzutem na taśmę zdołam rzucić się w oczy szefowi Salonu24 i w moim imieniu zechce on podrążyć pana Millera na okoliczność konkretnej sprawy i panamillerowego w niej stanowiska.

Chodzi mi o głośną nie tak dawno wypowiedź Leszka Millera dla jednej z rosyjskich gazet, w której obciążył on „lwią częścią winy” za katastrofę w Smoleńsku stronę polską.

„Pytany przez "Rz", dlaczego przesądził o winie Polaków przed opublikowaniem polskiego raportu w sprawie katastrofy, Miller odpowiada, że raport raczej nie zmieni jego opinii. – Możemy mówić, że winni są Ruscy, ale taka postawa doprowadzi jedynie do tego, że nie wyciągniemy wniosków z katastrofy smoleńskiej, tak jak nie wyciągnięto wniosków po Mirosławcu (katastrofa CASY – red.), i za jakiś czas dojdzie do kolejnego nieszczęścia – przekonuje.”*

Wypowiedź Millera, szczególnie zaś ów passus „Możemy mówić, że winni są Ruscy, ale taka postawa doprowadzi jedynie do tego, że […] za jakiś czas dojdzie do kolejnego nieszczęścia”, przypomniała mi się natychmiast, gdy czytałem o katastrofie TU 134 pod Pietrozawodskiem, w której śmierć poniosło 44 osoby. Jak deja vu wraca nagle sprawa oświetlenia pasa, zerwana linia energetyczna, błąd pilotów, usprawiedliwienia obsługi lotniska oraz gorące wręcz twierdzenia ekspertów, że był to błąd pilotów, którzy „powinni odejść na drugi krąg”.

Jedyna różnica jest taka, że w tym przypadku nie mieliśmy zamieszanych żadnych Polaków, którzy poprzednio odpowiadali za „niedociągnięcia, niedoróbki i wręcz przestępcze niedbalstwo” od których „aż można dostać zawrotu głowy”.

Proszę więc pana Igora, by zapytał dzisiejszego gościa, czy przypadek z Pietrozawodska nie wywołuje w panu Millerze jakiejś refleksji na temat pewnych stwierdzeń z tamtej jego wypowiedzi, uznanej przez niego „lwiej części winy” i zwyczaju kategoryzowania przez pana Millera opinii przed upublicznieniem istotnych ustaleń upoważnionych instytucji?

Jeśli pan Leszek Miller postanowi twardo pozostać (co mnie nie zdziwi) przy swoim poprzednim stanowisku i przekonaniu, że katastrofa zdarzyła się z uwagi na panujący w naszych strukturach państwowych koszmarny burdel oraz na to, że z niewiadomych (choć akurat pan Miller zapewne wie…) powodów dowódca polskiego statku powietrznego oszalał i nagle popełnił coś w rodzaju zbiorowego samobójstwa, proszę pana Igora o pytanie następne.

Czy pan Miller sądzi, że w rosyjskiej przestrzeni powietrznej unosi się coś takiego (nie, wcale nie mam na myśli helu na przykład…) co sprawia, iż mający niemałe doświadczenie w lataniu piloci nagle głupieją powtarzając ten sam, od początku do końca absurdalny scenariusz, w którym bez zgody obsługi lotniska, w fatalnych warunkach atmosferycznych, załoga samolotu pikuje na najbliższą linię przesyłową odcinając zasilenie okolicy po czym rozbija się na podejściu do pasa nie zważając na nieludzkie wysiłki obsługi pragnącej wyekspediować aeroplan na drugi albo i trzeci krąg?

I na koniec pytanie, o zadanie którego nawet nie będę pana Igora prosił. Choć bez niego to, co napisałem nie byłoby kompletne. Pytanie o to mianowicie, czy zdaniem pana Millera tragedia z Pietrozawodska dla odmiany czegoś nauczyła i jego, Leszka Millera. A powinna skoro tak mocno w tej swojej poprzedniej, druzgocącej dla instytucji i konkretnych osób opinii akcentował „aspekt edukacyjny” katastrof lotniczych. Bo może my, Polacy po Mirosławcu nie nauczyliśmy się niczego i sprawiliśmy sobie Smoleńsk. Zapewne ze Smoleńska nie wyciągnęli wniosków Rosjanie i mają teraz Pietrozawodsk. No a pan Miller? Czy czegoś się nauczył czy faktycznie pozostaje ze świadomością, że polski burdel i rosyjskie powietrze to po prostu mieszanka zabójcza. Taka, że aż „można dostać zawrotu głowy” i rozwalić siebie i dziesiątki powierzonych swojej pieczy osób.

* http://www.rp.pl/artykul/15,659061_Miller__rzad_chce_sprzedac_Rosjanom_Lotos.html

piątek, 10 czerwca 2011

Tajemnica śledztwa.

Czytam waśnie informacje, która jakoś tam ponoć zahacza o sprawę odebrania śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej prokuratorowi Markowi Pasionkowi. Ta konkretnie informacja dotyczy „ujawnienia osobie nieuprawnionej informacji stanowiącej tajemnicę służbową oraz rozpowszechniania publicznego wiadomości pochodzących z postępowania przygotowawczego bez wymaganego zezwolenia, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym.”

Przypomina mi się sprawa, z którą sam zwróciłem się jakiś czas temu do prokuratury. Chodziło o publikację w „Wyborczej” materiału, w którym autor, Wojciech Czuchnowski, powoływał się a wręcz chwalił swobodnym dostępem do wyjątkowo wrażliwych materiałów śledztwa objętych jego tajemnicą. Odpowiedź, która wtedy otrzymałem, zaprezentowałem.

Uderza podobieństwo obu spraw. Nie, wcale nie chodzi mi jakoś szczególnie o przedmiot sprawy, choć nie przeczę, dla całej sprawy ma on znaczenie największe. Do tego więc jeszcze wrócimy.

Zdecydowanie bardziej uderza mnie podana w materiale i zacytowanym tam fragmencie oświadczenia rzecznika prokuratury wojskowej konkluzja. Wychodzi na to bowiem, że zostało przeprowadzone śledztwo wewnętrzne, które wykazało całkowita niewinność i czystość wojskowego pionu śledczego. W tym przypadku wina leży po stronie jakiegoś „kreta”, którym był „prokurator wojskowy niebędący oficerem”. Duma mnie rozpiera wręcz, że nawet jak coś parszywego dzieje się w organie bez dwóch zdań wojskowym, to musi maczać w tym palce ktoś „nie będący oficerem”. W tamtej sprawie, o której kiedyś pisałem, w odpowiedzi napisano mi, że „ustalono bez wątpliwości”, iż prokuratura wojskowa jest czysta. I tak dokładnie, jak w tym przypadku, sprawę skierowano do cywilnej Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście.

Ja oczywiście przekonany nie jestem. I wcale nie dlatego, że jakoś szczególnie uprzedziłem się do wojskowych prokuratorów. Do każdego byłbym się ustawiał ostrożnie, kto w swojej własnej sprawie cokolwiek ustaliłby „bez wątpliwości”.
W całej tej paraleli między sprawą ujawnioną dzisiaj i ta, z która ja się dobijałem uderzają dwie rzeczy. Pierwsza to ta, że ze śledztwa cieknie jak cholera a wydaje się, że panów prokuratorów w mundurach nie opuszcza dobry nastrój. I poczucie świetnie spełnianego obowiązku. Zamknięte w lakonicznym komunikacie pana rzecznika. Druga, będąca niewątpliwie źródłem tego świetnego nastroju panów prokuratorów to przyjęta taktyka „to nie ja, to kolega”.

Zastanawiam się czy faktycznie sprawa przypadkiem nie wygląda tak, że panów z prokuratury wojskowej są w stanie poruszyć tylko te przypadki, w których faktycznie przewinął się jakiś nie odziany w uniform kozioł ofiarny. Wszak na dobrą sprawę, biorąc pod uwagę strumień prawdziwych i wydumanych przecieków z tego śledztwa, już dawno powinno się ono w całości niemal przeistoczyć w śledztwo wewnętrzne dotyczące ochrony tajemnicy śledztwa. Zbyt wiele osób w ostatnim czasie sugeruje, że „zna wszystkie detale sprawy”.

http://wiadomosci.onet.pl/raporty/katastrofa-smolenska/w-sledztwie-ws-katastrofy-tu-154-ujawniono-tajemni,1,4415268,wiadomosc.html