Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 czerwca 2011

Raport Macierewicza, raport Millera

Z cała świadomością odpuściłem sobie wczoraj udział w dyskusji na temat przedstawionych w mediach wyników prac zespołu Antoniego Macierewicza oraz przeciekłych do mediów skrawków raportu Ministra Millera. Po pierwsze dlatego, że w jednymi i drugim przypadku mamy do czynienia z nawet nie z niepełnym materiałem a z tezami opartymi na wynikach prac. Po drugie zaś dlatego, że przy obecnym stanie wiedzy dużo ciekawszym zdawało mi się obserwowanie reakcji na upublicznione i ujawnione efekty obu postępowań zmierzających do wyjaśnienia przyczyn zdarzeń z 10 kwietnia ubiegłego roku.

Z tej perspektywy świadome czy tez przypadkowe wyprzedzenie przez zespół Macierewicza prezentacji rezultatów pracy zespołu rządowego było strzałem w dziesiątkę. I wcale nie dlatego, że teraz druga strona będzie musiała się zmagać z twierdzeniami zawartymi w materiałach zespołu poselskiego. Wręcz przeciwnie! Właśnie dlatego, że druga strona ostentacyjnie dała do zrozumienia, iż z tym materiałem „zmagać” się nie ma najmniejszego zamiaru. Szczególnie wartościowa z punktu widzenia Antoniego Macierewicza była reakcja Premiera. Stwierdzenie „mamy wszyscy wystarczająco dużo zajęć poważnych i na tych zajęciach będziemy się koncentrować” z pozoru sprytnie ustawiło dyskusję nad materiałem przygotowanym przez parlamentarzystów PiS. Z pozoru. Bo jeśli jeszcze tę, arogancka jak by nie patrzeć wypowiedź uzupełnić o następne, bardzo surowe: „natomiast (to są) partyjne, propagandowe materiały - bo przecież mieliśmy okazję wysłuchiwać wielu relacji z pracy pana posła Macierewicza”* mamy do czynienia z… Nie z rzeczowym dialogiem z opozycją a z insynuacją. Bo tak chyba można nazwać ostra opinię na temat czegoś, czego nie tylko się nie widziało na oczy ale i widzieć się nie ma zamiaru.

Tak przy okazji, wobec zwyczajowego, lekceważącego „ mamy dużo zajęć” aż prosi się złośliwa uwaga, że w tej sytuacji mógłby pan Premier wydłużyć sobie tydzień pracy z trzech do czterech a może i pięciu dni. I wtedy może by mu czasu „styknęło”.

Z punktu widzenia rywalizacji PO i rządu z PiS-em w sprawie katastrofy smoleńskiej na korzyść opozycji zagrał też niezawodny pan Niesiołowski. „To są brednie - tłumaczy wicemarszałek Sejmu - a Macierewicz jest kandydatem do badań psychiatrycznych.”** Tu też można by zauważyć złośliwie, ze wypowiedź pana Marszałka przesiąknięta jest fachowością specjalisty, który o umysłowych fiksacjach wie wszystko. Z autopsji.

Złośliwość złośliwością. Czemu sądzę, że te, PiaRowsko zdające się być świetnie dobranymi reakcje polityków rządu i Platformy wcale nie zasługują na taki aplauz. Przede wszystkim z racji tego, że przed nami jeszcze prezentacja raportu Ministra Millera. Gdy to nastąpi…

Gdy to nastąpi trudno będzie panu Tuskowi atakować opozycję, że ma gotowy pogląd na raport nie koniecznie znając jego treść. Trudno będzie reagować na zarzuty nie odnoszące się do raportu merytorycznie. Szczególnie zaś trudno będzie odpierać personalne, adresowane choćby do pana Millera, zarzuty o stronniczość. Bo Antoni Macierewicz BYĆ MOŻE ma kłopoty z psychika i BYĆ MOŻE nie powinien kierować pracami zespołu. Natomiast pan Miller NA PEWNO jest osobą, która jest stroną w sprawia i znajduje się przecież w kręgu osób potencjalnie odpowiedzialnych za to, co zdarzyło się w Smoleńsku i NA PEWNO nie powinna prowadzić śledztwa w SWOJEJ sprawie. Nemo iudex in causa sua…

Jeśli więc domagający się od opozycji „konstruktywnej postawy” Premier olewa jej wysiłki jak najbardziej zrozumiałe z uwagi na znaczenie sprawy to niech się nie dziwi, jeśli ta sama opozycja w podobny, nie koniecznie rzeczowy sposób podejdzie do tego, co wypichci Miller i jego ekipa.

Na koniec taka scenka, która znakomicie ilustruje poziom dyskusji na temat wyników prac zespołu Macierewicza. Oto w TVN24 pani Olejnik na wspomnianą okoliczność przesłuchała europosła Cymańskiego. Oglądałem tylko fragment. tak więc najpierw (w tym fragmencie) Stokrotka Moja Ulubiona pojechała brutalnie po Cymańskim zauważając, że Macierewicz miał ograniczony dostęp do materiałów źródłowych więc jego wiedza jest wątpliwa po czym… Po czym sama, na zasadzie „jest powszechnie wiadomym” wyjaśniła panu Cymańskiemu co było przyczyna katastrofy. jakby sama miała taki dostęp do tych tajnych źródeł, jakiego Macierewicz nigdy miał nie będzie. Bo ona jest przecież Redaktor a on tylko poseł RP.

Tak to jest i już pewnie będzie z tą naszą oficjalną wersją tragedii smoleńskiej, że „jak było naprawdę” wiedzieć będzie tylko Stokrotka Moja Ulubiona i paru jej kolegów, Macierewicz będzie w „psychuszce” a Miller dostanie jakąś tam cywilną wersję „drugiej gwiazdki”. Jakiego „Orła Białego” na przykład. Cokolwiek by jeszcze ujawniono i napisano w tej sprawie…



* http://fakty.interia.pl/fakty_dnia/news/premier-nie-zamierza-czytac-raportu-zespolu-macierewicza,1659630

** http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80271,9863093,Biala_ksiega___Proza_sensacyjna____Macierewicz_na.html

środa, 22 czerwca 2011

Pytania do Leszka Millera (ruskie niebo ogłupia pilotów…)

Dość mocno jestem zdziwiony (ale nie wykluczam, że wina leży po mojej stronie i wynika z lekkiego rozluźnienia moich kontaktów z salonem24), że na okoliczność wizyty w Salonie24 pana Leszka Millera Igor Janke nie zażyczył sobie wsparcia z naszej strony w przygotowaniu jakiegoś zacnego zestawu pytań do gościa. Nie mnie zgadywać, czemu tym razem postanowił wziąć wyłącznie na własne barki ciężar rozmowy z tą arcyciekawą postacią. Określenie „arcyciekawa” w tym konkretnym przypadku to żadna kpina. Przyznaję się do ambiwalencji w ocenie Leszka Millera, którego uważam jednocześnie za człowieka zasługującego jak mało kto w naszej polityce na obraźliwy epitet sukin…, ale też za jednego z najlepszych jeśli nie najlepszego z dotychczasowych premierów III RP. Nie będę tłumaczył czemu tak uważam bo nie po to piszę. Piszę z nadzieja, że jakimś tam rzutem na taśmę zdołam rzucić się w oczy szefowi Salonu24 i w moim imieniu zechce on podrążyć pana Millera na okoliczność konkretnej sprawy i panamillerowego w niej stanowiska.

Chodzi mi o głośną nie tak dawno wypowiedź Leszka Millera dla jednej z rosyjskich gazet, w której obciążył on „lwią częścią winy” za katastrofę w Smoleńsku stronę polską.

„Pytany przez "Rz", dlaczego przesądził o winie Polaków przed opublikowaniem polskiego raportu w sprawie katastrofy, Miller odpowiada, że raport raczej nie zmieni jego opinii. – Możemy mówić, że winni są Ruscy, ale taka postawa doprowadzi jedynie do tego, że nie wyciągniemy wniosków z katastrofy smoleńskiej, tak jak nie wyciągnięto wniosków po Mirosławcu (katastrofa CASY – red.), i za jakiś czas dojdzie do kolejnego nieszczęścia – przekonuje.”*

Wypowiedź Millera, szczególnie zaś ów passus „Możemy mówić, że winni są Ruscy, ale taka postawa doprowadzi jedynie do tego, że […] za jakiś czas dojdzie do kolejnego nieszczęścia”, przypomniała mi się natychmiast, gdy czytałem o katastrofie TU 134 pod Pietrozawodskiem, w której śmierć poniosło 44 osoby. Jak deja vu wraca nagle sprawa oświetlenia pasa, zerwana linia energetyczna, błąd pilotów, usprawiedliwienia obsługi lotniska oraz gorące wręcz twierdzenia ekspertów, że był to błąd pilotów, którzy „powinni odejść na drugi krąg”.

Jedyna różnica jest taka, że w tym przypadku nie mieliśmy zamieszanych żadnych Polaków, którzy poprzednio odpowiadali za „niedociągnięcia, niedoróbki i wręcz przestępcze niedbalstwo” od których „aż można dostać zawrotu głowy”.

Proszę więc pana Igora, by zapytał dzisiejszego gościa, czy przypadek z Pietrozawodska nie wywołuje w panu Millerze jakiejś refleksji na temat pewnych stwierdzeń z tamtej jego wypowiedzi, uznanej przez niego „lwiej części winy” i zwyczaju kategoryzowania przez pana Millera opinii przed upublicznieniem istotnych ustaleń upoważnionych instytucji?

Jeśli pan Leszek Miller postanowi twardo pozostać (co mnie nie zdziwi) przy swoim poprzednim stanowisku i przekonaniu, że katastrofa zdarzyła się z uwagi na panujący w naszych strukturach państwowych koszmarny burdel oraz na to, że z niewiadomych (choć akurat pan Miller zapewne wie…) powodów dowódca polskiego statku powietrznego oszalał i nagle popełnił coś w rodzaju zbiorowego samobójstwa, proszę pana Igora o pytanie następne.

Czy pan Miller sądzi, że w rosyjskiej przestrzeni powietrznej unosi się coś takiego (nie, wcale nie mam na myśli helu na przykład…) co sprawia, iż mający niemałe doświadczenie w lataniu piloci nagle głupieją powtarzając ten sam, od początku do końca absurdalny scenariusz, w którym bez zgody obsługi lotniska, w fatalnych warunkach atmosferycznych, załoga samolotu pikuje na najbliższą linię przesyłową odcinając zasilenie okolicy po czym rozbija się na podejściu do pasa nie zważając na nieludzkie wysiłki obsługi pragnącej wyekspediować aeroplan na drugi albo i trzeci krąg?

I na koniec pytanie, o zadanie którego nawet nie będę pana Igora prosił. Choć bez niego to, co napisałem nie byłoby kompletne. Pytanie o to mianowicie, czy zdaniem pana Millera tragedia z Pietrozawodska dla odmiany czegoś nauczyła i jego, Leszka Millera. A powinna skoro tak mocno w tej swojej poprzedniej, druzgocącej dla instytucji i konkretnych osób opinii akcentował „aspekt edukacyjny” katastrof lotniczych. Bo może my, Polacy po Mirosławcu nie nauczyliśmy się niczego i sprawiliśmy sobie Smoleńsk. Zapewne ze Smoleńska nie wyciągnęli wniosków Rosjanie i mają teraz Pietrozawodsk. No a pan Miller? Czy czegoś się nauczył czy faktycznie pozostaje ze świadomością, że polski burdel i rosyjskie powietrze to po prostu mieszanka zabójcza. Taka, że aż „można dostać zawrotu głowy” i rozwalić siebie i dziesiątki powierzonych swojej pieczy osób.

* http://www.rp.pl/artykul/15,659061_Miller__rzad_chce_sprzedac_Rosjanom_Lotos.html

wtorek, 12 kwietnia 2011

„[…] każdą cenę…”

Smutny i skandaliczny początek niedzielnego zgromadzenia na Krakowskim Przedmieściu od razu przywołał mi na myśl słowa doradcy prezydenta Komorowskiego, Tomasza Nałęcza, wedle którego „za gest Putina w Katyniu warto było zapłacić każdą cenę”. Z pozoru trudno dopatrzyć się tu jakiegokolwiek związku ale, jak postaram się pokazać, nie tylko jest ale nadto większy niż może się wydawać.

Słowa, które przytoczyłem, pan Nałęcz wypowiedział swego czasu w programie Moniki Olejnik w Radiu Zet, odpierając zarzuty dotyczące rozdzielanie wizyt w Katyniu Prezydenta Kaczyńskiego i Premiera Tuska. Wedle pana Nałęcza, obecność Prezydenta mogła uniemożliwić ów putinowski „gest”, za który, jak uważa pan Nałęcz, tę „każdą cenę” warto było uiścić. Cóż za tę „każdą cenę” mieliśmy dostać? Coś, co miało nic nie oznaczać (wybacz mi potencjalny krytyku ale jeśli naprawdę uważasz, że Putinowi jest z powodu katyńskiej zbrodni przykro albo nawet wstyd to ja uważam, że jesteś idiotą albo przynajmniej naiwniakiem), nic naprawdę nie znaczyć (co po roku „ocieplania stosunków” wiemy ile znaczy dzięki smutnemu doświadczeniu choćby i ostatnich dni). Teatralny, tani gest, za który my byliśmy gotowi na „każdą cenę”. Perkal i paciorki jak w transakcji wyżartych, chytrych kolonizatorów i naiwnych, poczciwych dzikusów radośnie dających się wyj****! I przekonanych przy tym szczerze, że to właśnie oni są tą czynną stroną.

Cóż to ma wspólnego z niedzielnym porankiem, tuż przed 8.41? Szamotanina przy barierkach, kompania ZOMO… proszę wybaczyć ale ten truchtający w kierunku zebranych ludzi pododdział, widziany z mojej perspektywy jako szyk czarnych ramion i białych hełmów z szybką, nie tylko mi się tak skojarzył. Odniosłem nawet wrażenie, że zdecydowanej większości zebranych. Część transparentów z treścią, która i mnie poruszyła raczej negatywnymi odczuciami. Tam nie powinno ich być…

To był kolejny, najbardziej chyba symboliczny przejaw tego, o czym najczęściej mówiło się w podsumowaniach minionej niedzieli. Pęknięcia, co miało się przecież zrosnąć jak jakaś zbiorowa blizna po smoleńskiej ranie a zmieniło się w przepaść. Oczywiście wiem, że każdy ma swego winnego wykopania tego dołu przez środek Narodu. Wielu jest zaiste takich, którym można wytknąć ochoczą i pełną zaangażowania pracę nad tą architektoniczną osobliwością. A ja nie o tym. Raczej o czymś przeciwnym.

Zdumiewa mnie bowiem to, że ci sami niemal (a może wręcz ci sami) ludzie potrafią klarować nam, że gotowi są płacić „każdą cenę” za bezwartościową pantomimę wschodniego satrapy, nie potrafili się przemóc i z podobną gotowością pochylić się nad tym pęknięciem, które skalą i konsekwencjami przerasta o lata świetlne skutki tego, że jakiś tam ruski, choćby i największy rangą urzędnik, wyjawi nam po latach, kto wtedy strzelał. Bo przecież bez tego nie wiedzielibyśmy! No naprawdę…!

Tak więc ci sami, którzy z takim nabożeństwem kupują ten perkal i paciorki z Moskwy, nie pomyśleli chyba nawet przez chwilę by być gotowymi zapłacić „każdą cenę” za ratowanie Narodu przed tym pęknięciem i ocalenie tej wspólnoty, nagle, na chwilę objawionej rok temu w jeden tydzień kwietnia. Nie wiem, czy potrzebna była „każda cena”. I nie dowiem się, bo przecież nasi fachowcy od perkalu i paciorków nawet nie sprawdzili, czy trzeba było aż „każdej”.

Mam podejrzenie, że starczyło by mniej, znacznie mniej. Też coś w rodzaju perkalu i paciorków. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Myślę, że ten nie postawiony pomnik, zwykły kawał kamienia przecież, który ciągle dzieli i wywołuje takie emocje, to wcale nie jest „każda cena” za to, co w zamian można było próbować ratować. Wydaj mi się, że to cena absolutnie niewygórowana. Chyba dużo trudniejsze byłoby dodanie do niego mniej lub bardziej udanej szczerości z jaką obdarowano by nim oczekujących takiego właśnie gestu.

Zwykłym a właściwie wręcz nadzwyczajnym pieprzeniem będzie powtarzanie kitu o „konserwatorskiej ochronie” a przejawy nagłej amnezji przeróżnych „bohaterów sierpnia” co jakoś nie mogą sobie przypomnieć czy był pewien człowiek w stoczni czy też objawił się z nagła gdzieś koło 89 to zwykłe s…syństwo. Kawał marmuru w „historycznej substancji”, upstrzonej przecież całkiem sporą liczbą niedawnych ingerencji, nie byłby żadną zbrodnią nawet bez tej wartości dodanej, której potencjalnie można było oczekiwać. A jeśli okazałoby się, że to zadziałało i odwróciło tę smutną historię, która tak nas teraz zżera, to czy cena byłaby wysoka? Przecież za to warto byłoby i 96 marmurowych brył w tamtą „substancję” wpakować! I bez dwóch zdań głupcami (jeśli tego nie dostrzegają) albo szubrawcami (jeśli to widzą ale mają gdzieś) są ci, dla których najwyraźniej ważniejsza jest „historyczna substancja” na Krakowskim i w wawelskiej krypcie niż zdrowa i niepodzielona substancja Narodu.

Oczywiście spodziewam się argumentów, że to nic by przecież nie zmieniło. Że wywołałoby istną kaskadę dalszych roszczeń. A ja mam inne zdanie. I wobec niezaistnienia tego zdarzenia, które stanowi podstawę naszych sprzecznych ocen, tak ta moja jak i ta, często wypowiadana publicznie, przeciwna opinia, są równie nieuprawnione. Ta, wypowiadana często publicznie opinia nadto, jako nie dająca się w żaden sposób weryfikować, jest zwyczajnie nieprzyzwoita. I tak samo przy tym poważna jak na przykład ewentualne twierdzenia o mamach adwersarzy mojej opinii, które to rodzicielki nie prowadziły się źle tylko przez to, iż nie miały ku temu okazji lub warunków. Dokładnie tak samo poważna.

Gdyby jednak spróbowano tego, o czym mówię, i wyszłoby tak, jak teraz mówią niektórzy, to co innego. Pierwszy bym zmieszał z błotem takie nadmierne łakomstwo. Ale nie spróbowano! I to zamyka dyskusję. Przynajmniej powinno zamknąć dyskusję osób szanujących siebie i mających się za przyzwoite.

Tej skromnej ceny nie zapłacono przecież i nawet w zamiarze to nie było. Widać nic ponad handelek perkalem i paciorkami nie jest w stanie urodzić się w tych głowach. Nic ponad tę „każdą cenę” za nic.

(tekst pisany 11 kwietnia)

sobota, 9 kwietnia 2011

Żal z urzędu, zrozumienie z dystansu…

Przyznam, że czasem wstyd mi tej złości, którą odczuwam w zetknięciu z medialną wersją uczuć i emocji związanych z tragedią sprzed roku. Mały widocznie i bardzo, bardzo daleki od doskonałości ze mnie człowiek skoro tak trudno mi dopatrywać się w upublicznianych właśnie relacjach opisujących reakcje i przeżycia różnych osób publicznych w dniach kwietnia 2010 czegoś innego ponad chęć wyjścia naprzeciw przekonaniu, że teraz tak wypada. Mały ze mnie człowiek skoro czepiam się tego, że tak późno wpadli na to, że „tak wypada”.

Jedna z czołowych gazet uraczyła nas prawdziwym serialem będącym opisem rozterek, załamań, płaczów nieomal ludzi, którzy przez ten miniony rok w świadomości bardzo wielu obywateli zdołali zapisać się jako, przepraszam za cytat, „wyjątkowo nieczułe sukinsyny”. Potrafiące na przykład pytania dotyczące upamiętnienia ofiar i samej tragedii kwitować czymś w rodzaju mało przyjaznego szczeknięcia. Mające dziwne upodobanie do tego, co dla człowieka o normalnej (w moim, ułomnym bez dwóch zdań pojęciu) wrażliwości jest niczym innym jak zwykłym chamstwem i skrajnym zbydlęceniem. Nie mające oporów by ze swymi pretensjami pąkować się niemal w środek pogrzebowego konduktu.

I teraz nagle odkrywają przed publicznością swoje krwawiące wówczas serca, nie bacząc momentami na to, że czasem bywają w swym ekshibicjonizmie zabawni co z tym krwawienie współgra tak sobie. Tak jak choćby ten najwyższy urzędnik, który wreszcie ujawnił prawdę o tamtym żenującym wyścigu na smoleński pas. Okazało się, że został po prostu porwany przez jakiegoś bezimiennego ruskiego trepa i bał się chyba temu trepowi wyjaśnić kim naprawdę jest. Dziś (jeszcze nie zapoznałem się i nie wiem czy zapoznam się, nie bardzo mam ochotę…) wywnętrza się ponoć urzędnik najwyższy. We fragmencie, który znalazłem, wskazuje, że chyba bardziej od tej setki żywotów zmienionych jedną chwilą w trudną do rozpoznania masę przejął go los ojczyzny tak nagle osieroconej. Więc się z miejsca zaopiekował… Ciekawe czy dalej jest jakiś fragment rozmowy z Metropolitą o pochówku dowodzący rzeczywistej skali empatii urzędnika najwyższego?

W tym , niesprawiedliwie bez dwóch zdań ocenianej przez mnie – człeka małego i marnego, bólu naszych urzędników najwyższych rozpostartym na całe szerokości szpalt jest jedno, co mnie, człeka marnego i małego cieszy mimo baraku złudzeń wobec intencji. To mianowicie, że jakoś i ten niezauważany wtedy „deficyt upamiętnienia” objawił się na tyle, że już i nie wyklucza się choćby i monumentu, przed którym tak odkopywano się ten rok. Pewnie w jakiejś zaleconej pokrętnie terapii na ten ból, co dziś te szpalty zapełnia. Widać już nie jest tak źle. I chyba i jątrzyć nie będzie. A jak nie będzie to i gangreną nie grozi…

Nie zaprzeczę, że teraz ja jątrzę dla odmiany. Ale cóż… taka zmiana ról. Ci, co przez rok gardłowali, że się zawłaszcza, teraz, tuż przed rocznicą, sprawiają wrażenie mających teraz wręcz monopol na pamięć i cierpienie.

Może rzeczywiście powinienem raczej, miast dziwić się, podziwiać ich za to, że tak dzielnie potrafili ten swój ból schować za trudną dla mnie nawet do wyobrażenia racjonalnością, z jaką potrafili klarować gdzie wypada chodzić „z pochodniami”, palić znicze i kiedy należy „dać sobie spokój” albo wykazać się „dystansem” i „poczuciem humoru”. Naprawdę są godni podziwy gdy się pamięta, że przecież mają „swoich” Arama, Sebastiana, Grzegorza…

Przyznam szczerze, że daleki byłem od zamiaru jątrzenia, rozdrapywania… Ja i tak nie jestem w stanie w pełni pojąć tego, co wtedy się stało. A już tym bardziej rzeczywistego bólu dotkniętych tą tragedią najbardziej. Moja żałoba jest w znacznym stopniu symboliczna i faktycznie skończy się we wtorek. Bo dalej byłaby czymś niezrozumiałym i dla mnie samego. Zamiast niej będzie trzeźwe przyglądanie się w tej sprawie ręką najwyższych urzędników. Póki nie uznam, że nic już one nie ukrywają i niczym nie manipulują. To mnie będzie interesować a swój „odroczony ból” niech sobie wsadzą gdzieś.

Nie napisałbym tego, co napisałem, gdyby nie fragment opisu i dialog wyczytany w miejscu, z które pewnie co niektórzy mnie nie pochwalą. O reakcji polsko- rosyjskiego małżeństwa na to, co działo się między 10 a 18 kwietnia 2010 roku.

"- Kim on jest, żeby go chować między królami? - wrzeszczał do telewizora Dariusz. A później skwitował: - Ten pogrzeb jest jak PiS. Megalomański.

Ljuba dusiła łzy, gdy żołnierze Wojska Polskiego wynosili trumnę Lecha Kaczyńskiego z Bazyliki Mariackiej przy akompaniamencie chóru wykonującego "Matkę Najświętszą" Henryka Mikołaja Góreckiego. Klisza z rosyjskiej telewizji informacyjnej: tłum żałobników na Rynku Głównym w Krakowie. Biało-czerwone flagi przepasane kirami. Śpiewają "Boże coś Polskę"

- Kiedyś was za to bili - zauważyła Ljuba.
- Ale na co ten patos? Nie mogę na to patrzeć - odburknął Dariusz.
Ljubie łamał się głos: - To twój prezydent, ty durak.”*


Tak, szanowny Polaku, mający uczucie absmaku. Polaku od „zimnego Lecha”, „Przekąsek i zakąsek”. Dokładnie tak… TO TWÓJ PREZYDENT DURNIU!!!!!

* http://www.tvn24.pl/-1,1698541,0,1,to-twoj-prezydent--ty-durak,wiadomosc.html