piątek, 29 kwietnia 2011

Generał Janicki - ostatnia nadzieja

Ja pewnie i dziwiłbym się temu, że ktokolwiek, w obecnej sytuacji poważnie bierze zeznania generała Janickiego, szefa Biura Ochrony Rządu. Ale nie dziwię się, biorąc po uwagę to, że poważnie bierze je „Gazeta Wyborcza” oraz że ta gazeta nie ma za bardzo innego wyjścia.

Generał Janicki jest wszak jedynym świadkiem, który składając zeznania w prokuraturze w jakiś tam sposób potwierdził zajście między gen. Błasikiem i kpt. Protasiukiem, które miało mieć zdarzyć się tuż przed odlotem do Smoleńska.

Oczywiście można by rzecz „widział i już”. Bo faktycznie pan Janicki tylko tyle ponoć widział, że, jak stwierdził, panowie gestykulowali. Żywiołowo. I na tym pewnie rzecz by się skończyła. Bo przecież nie jest w naszym prawie zakazane żywiołowe gestykulowanie. I na tym pewnie rzecz by się skończyła gdyby nie następne szczegóły zeznań.

Zeznał oto gen. Janicki, że od oficerów BOR słyszał relacje o kłótni. Oczywiście rzec by można „słyszał, no i co z tego?”.

A to z tego, że jeśli słyszał to chyba wie od kogo. A jeśli wie, to pewnie podzielił się tą swoją wiedzą z prokuratorami. A przynajmniej powinien się nią podzielić.

Oczywiście generał, jak na wojaka i to jeszcze generała przystało, podał prokuratorom kto mu rzecz o „emocjonalnym tonie” rozmowy przekazał. Wskazał cały szereg swoich podwładnych, którzy zapewne stali w kołeczku gdy dowódca lotnictwa i dowódca samolotu omal nie dali sobie po razie.

I tu taka ciekawostka mała. Oto żaden z tych podwładnych gen. Janickiego dotąd nie uznał za właściwe by tym, czym uraczył wcześniej swego szefa jakoby, podzielić się też z wojskową prokuraturą. Mimo że byli nie tylko przesłuchiwani na okoliczność śledztwa ale i indagowani w sprawie wspomnianej rozmowy.

No i tu jest kilka zagadek.

Pierwsza jest taka, czemu nie powiedzieli? Przecież mieli świadomość odpowiedzialności, jaka na nich ciąży w przypadku, jeśli ich zeznania rozminą się z prawdą. I w dodatku mieli chyba świadomość, jeśli czytają gazety (szczególnie jedną), że ta sporawa nie zostanie odpuszczona. Bo ta gazeta jak pies gończy, jak chwyci to nie puści…

Druga jest taka, iż mieli chyba świadomość, jeśli czytają gazety (szczególnie jedną), że ta sporawa nie zostanie odpuszczona. Bo ta gazeta jak pies gończy, jak chwyci to nie puści… Więc mogli się spodziewać, że to wróci.

Przyznam szczerze, że kreuje nam się generał Janicki na ostatni bastion teorii naciskowej. Tej z tych szybkich, pierwszych sms-ów z dnia katastrofy. I w ten sposób staje się ostatnią wielką nadzieją obecnej ekipy. Jak wynika z jego tak zwanej narracji, nie tylko na udowodnienie nacisków ale i pewnie na to, że Błasik miał w zwyczaju latać nawalony. To pewnie cudowna i dla panów określanych przez różnych „nienawistników” jako KAT i dla redakcji z Czerskiej wiadomość. Jeszcze da się przecież poodkręcać niedawne kompromitacje i walące się strategie obrony. Czy tam ataku...

Tym, którzy cieszyli się po oświadczeniach prokuratury, że nie ma nagrania, które na Czerskiej nie tylko widziano alei i opisano, oraz o tym, że ci, co ponoć słyszeli, mówią, że nic nie słyszeli chciałbym uświadomić, iż cieszyli się zbyt wcześniej.

Nie wiem czy „znajdzie się” nagranie z monitoringu. Nie wykluczam. Technika tak się przecież posunęła a najwięcej tej posuniętej techniki mają w garści ci, co to im najbardziej zależy.

Natomiast mam graniczące niemal z pewnością przekonanie, że w końcu w prokuratorskich protokołach znajda się te właściwe, tak wyczekiwane przez niektórych zeznania. I będzie wszystko jasne a sms-y znów będą mogły popłynąć w świat. Pozwolę sobie zacytować stosowną, pełną nadziei uwagę: „Sprawa jest ważna, bo rozmowa mogła być elementem nacisku na Protasiuka, by pomimo informacji o pogarszającej się pogodzie, lecieć do Smoleńska”*. No ja myślę, że ważna…

I tu taka zagadka dla ewentualnych czytelników. Chodzi mi o słowo kluczowe, użyte zresztą w tekście kilka razy, stanowiące wyjaśnienie tej mojej prawie pewności.




*http://wyborcza.pl/1,75478,9512812,Co_zeznal_szef_BOR_.html#ixzz1Kt6jkWCe

czwartek, 28 kwietnia 2011

Strategia wyborcza Platformy czyli wołowy kotlet

Od dłuższego czasu zdawać się może, że wyborczą strategią Platformy Obywatelskiej będzie odgrzewanie kotleta. W dodatku, nawiązując do postaci pewnego „geniusza” w turbanie, który niegdyś otarł się o Obamę a niedawno o Platformę, można pozwolić sobie na żart, iż będzie to zapewne kotlet wołowy. Rzecz jednako ma się nieco inaczej.

Faktycznie potrawa będzie zasadniczo odgrzewana ale rządząca ekipa postanowiła ugarnirować ją Świerzymi dodatkami. całość zapowiada się imponująco i widowiskowo.

Wsłuchując się w ton wypowiedzi polityków PO, bez wątpienia wpisujący się w zbliżającą czy może już nawet zaczęta kampanię wyborczą tej partii nie da się nie zauważyć, że nowym, dla mnie niepokojącym elementem jest pewien koncept na zwycięstwo wyborcze, który pozwolę sobie nazwać „wariantem ostatecznym”. Jeśli by szukać jego opisu, najłatwiej znaleźć go choćby w wypowiedzi pana Grupińskiego, który zapowiada, że „Dzisiaj PiS neguje wszystkie wartości demokratyczne w Polsce. Początkowo jego politycy twierdzili, że Polacy pomylili się w dniu wyborów, teraz, że wybory mogą być fałszowane, a urzędujący premier i prezydent na transparentach są nazywani zdrajcami. Następuje powolna, ale stopniowa eskalacja. Jeżeli PiS przekroczy granicę demokratycznego państwa prawa, to naturalną rzeczą winno być działanie prokuratury. Pamiętajmy, że prezes Kaczyński jest obywatelem Polski i nie widzę przyczyn, dlaczego np. prokuratura powinna traktować go inaczej, bardziej ulgowo.”*

Ten dość długi cytat polityka Platformy to nie jedyny głos w tym tonie. Pozornie można to potraktować jako coś, co jest żywiołem każdego niemal polityka czyli gadanie dla gadania. Wszak w Polsce obecnie trudno wyobrazić sobie cokolwiek, co byłoby wskazywanym przez Grupińskiego „przekroczeniem granicy”. Szczególnie w sferze werbalnej. Od przełomowego wydarzenie, jakim było nazwanie na łamach pisma, zajmującego się poważną analizą mediów, szefa opozycji „chujem” przez inną postać (jednak, mimo wszystko…) publiczną trudno wyobrazić sobie gdzie ta granica może być.

Jednak to nie do końca jest prawda. A w zasadzie to jest ten „trzeci rodzaj prawdy”. Mocno korespondujący z powiedzeniem, że „wynik wyborów zależy od tego, kto liczy głosy”. W nawiązaniu do niego pozwolę sobie zgadnąć, że granicę ustali się w jakimś gremium PO.

Tę prawidłowość w „czytaniu demokracji” zademonstrował chocby wczoraj w czystej postaci pan Niesiołowski zarówno prowadząc obrady Sejmu jak też później tłumacząc przed kamerami swoją decyzję o niedopuszczeniu do głosy posła opozycji (w trybie sprostowania) – „- Wniosek o odwołanie ministra był zupełnie bez powodu. PiS dla dorwania się do władzy zrobi wszystko”** i nazywając zachowanie owego parlamentarzysty „lepperiadą”.

Utarło się w dojrzałych, rasowych demokracjach przyjmować, że podobne wnioski personalne czy ostre oceny rządzących to „wilcze prawo” opozycji. takie zwyczajowe „dura lex sed lex”. Groźby formułowane przez pana Grupińskiego i jego kolegów (także tych z przyszłej koalicji) wskazują, że z tym już koniec, że zaczęła się na „młode wilki obława”. Że najwyraźniej nawet najwierniejsi (chodzi mi o wiarę w moc pana Donalda) tracą wiarę w to, że można wygrać w czystej grze i liczyć trzeba na rozstrzygniecie przy „zielonym stoliku”.

A z tym, na dłuższą metę, może być spory problem. Jeśli wziąć pod uwagę świergot*** pana Radosława Sikorskiego, który wszak za zręby programu wyborczego PO odpowiada, Platforma ma szczerą chęć „nie pozwolić podpalić Polski”. Jeśli pod tymi słowami ma się kryć rozwiązanie „a’la Grupiński” to ta akcja gaśnicza będzie zwyczajnym gaszeniem ognia benzyną. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Tak naprawdę ta koncepcja na wyborcze zmagania jest najlepszą recenzją mijających lat rządów PO. Jeśli po tym, przedstawianym nam jako pasmo sukcesów i heroicznych dokonań czteroleciu jedynym sposobem na wyborczy sukces ma być pohukiwanie o „jeszcze straszniejszym PiS-ie” i „jeszcze bardziej złowrogim Kaczyńskim” to o czym tu w ogóle mówić? Faktycznie trzeba brać się za ten kotlet. Wołowy rzecz jasna…



* http://www.polskatimes.pl/opinie/wywiady/395341,grupinski-jesli-pis-przekroczy-granice-powinna-wejsc,id,t.html

** http://www.tvn24.pl/-1,1701045,0,1,niesiolowski-suskiego-nie-dopuscil-klasyczna-lepperiada,wiadomosc.html

*** Skryty przed oczami gawiedzi pan Minister zwykł się ponoć kontaktować ze światem „zewnętrznym” za pomocą komunikatów publikowanych poprzez Twittera.

środa, 27 kwietnia 2011

Wsadźcie se w d*** aksamitne rewolucje!

Historia magistra vitae est. Zapewne, zapewne… Jednak musiała znaleźć w nas wyjątkowo durnych i krnąbrnych uczniów.

Ja rozumiem, że komuś może podobać się filuterny fryz Czesława Kiszczaka i jego profesjonalnie przymrożone oczy, że można być fanem sztywnego jak filar Mostu Kierbedzia kręgosłupa Jaruzelskiego. Ale tylko dureń może z uznaniem oceniać to, co zrobili! No i ci, którzy wtedy, z nimi w jednym szeregu… Choć niektórzy tak dyskretnie, poodwracani.

Nie kryłem nigdy, że w kwestii oceny tych dwóch panów najbliżej mi do punktu widzenia Michalkiewicza i Rymkiewicza. Dlatego trudno pogodzić mi się z praktyczną stroną tego, co chwali się u nas jako naszą odmianę „aksamitnej rewolucji”. Choć pewnie jako teoretyczne rozwiązanie byłbym coś takiego w stanie porozważać. Bo to pięknie tak być humanista pełna gębą.

Ale chyba, pisze to chyba bo wcale pewien nie jestem, mniej pięknie jest uświadomić sobie, na czym ta nasza „aksamitna rewolucja” polegała. Krótko mówiąc na mięciutkim (zaiste kojarzącym się z aksamitem) lądowaniu bandy bydlaków traktujących mój kraj jak zarządzaną przez siebie a należącą do sąsiada arendę a nas jak hodowlane bydło, które batem przywołuje się do porządku. W tym lądowaniu uczestniczyli i pomagali ci reprezentanci bydła, którzy najszybciej zdołali się uczłowieczyć na tę folwarczna modłę. Nic z aksamitu nie było w lądowaniu większości tych, co stali po przeciwnej stronie bata, pałki czy czego tam jeszcze, co nasi herosi wykorzystali jako narzędzie w budowie „nowego, socjalistycznego społeczeństwa”.

Kiedy dziś zastanawiamy się nad humanitarnym traktowaniem panów Kiszczaka i Jaruzelskiego ( boć to przecież biedni staruszkowie!) pozwolę sobie zauważyć, że przyjęta wobec nich metoda jest nieludzka i okrutna! Bo nam dziadkowie pomrą ze śmiechu szczerego. No bo i jak się mają nie zaśmiewać do łez panowie, którzy przez lata twórczo rozwijali maksymę prokuratora Wyszyńskiego o paragrafach, które da się znaleźć na każdego, jak mają poważnie traktować i sprawiedliwość i jej wymiar, gdy się ich, ubabranych we krwi, próbuje nieomal złapać na rzucaniu papierków na chodnik czy szczaniu w publicznym miejscu?

Ja wiem, że swego czasu pana Capone skazano za przestępstwa podatkowe. Tyle, że to był cwaniak, który po sobie pozacierał zawczasu wszelkie pozostałe ślady i nic innego na niego nie było. Na naszych gangsterów są całe archiwa. Przetrzebione nieco dzięki „małej pomocy naszych przyjaciół” ale, jak z czasem wychodzi, wystarczające by wiedzieć z jakim formatem bandytów mieliśmy do czynienia i jaką to oni „przebili nas ojczyzną”. Jednak i naszym gangsterom sprytu nie brakowało. W tym przede wszystkim, że sobie tych przyjaciół „zabezpieczyli”. I nie dali im zginąć zapewniając sobie teraz wzajemność.

„Aksamitne rewolucje” to ściema i oszustwo. Najbardziej wykoślawiona lekcja historii. Z niej płynie nauka że nie ma nadziei na sprawiedliwość. I taka jeszcze, że lepiej być szubrawcem.

Z takich lekcji nic dobrego wyniknąć nie może. Bo jeśli lepiej być to trudno dziwić się później, że kolejne pokolenia w tym właśnie widzą swoją przyszłość. Przypomina mi się historyjka opowiedziana przez kolegę, który mieszkał jako dzieciak w mieścinie na skraju jednego z naszych poligonów- gigantów. Podczas jakichś ćwiczeń on z kolega natknęło się na wojaków strzegących dostępu na teren poligonu (normalnie ludność okoliczna wypasała tam bydło czy chodziła na grzyby). Chłopaki z zainteresowaniem przyglądali się błyszczącej broni. Widząc to żołnierzyk, sądząc, że zgaduje ich myśli, zapytał kim chcieliby być jak dorosną.

- Bandytą – odparł mój kolega ku wielkiemu rozczarowaniu wojaka.

Tak odpowiadał dzieciak, który nie był ślepy i widział i słyszał komu jak się powodzi. I nasza III RP swą praktyką potwierdza ten jego, nie dokonany niestety dla niego wybór. Potwierdza mocą wyroków sądowych.

Nie mówcie mi, że to trudny a może i dramatyczny wybór poszanowania prawa i cywilizowanych zasad. Gówno prawda! Nie ma wyboru między sprawiedliwością i prawem bo sprawiedliwość to cel a prawo to tylko narzędzie jego osiągnięcia. Jeśli prowadzi gdzie indziej to jest po prostu schrzanione. I nie ma nic wspólnego z cywilizacją afirmacja bandziorów. Bez względu na to czy są nimi forsiaste „karki” biorące dziś w posiadanie całe miasta czy subtelni staruszkowie co dziś chorują na serce a kiedyś mieli radykalne sposoby by leczyć z niechęci do ich wizji Polski i jej okolic. Widząc rzecz inaczej nie dziwmy się później, ze „szacuj na dzielni” zarezerwowany jest dla tych, co umieją najsubtelniej otworzyć cudzy samochód, zaopatrują hurtowo miasto w „brauna” i parę innych specyfików a swe wpływy zawdzięczają nie żadnym tam pokończonym szkołom i uczelniom tylko sprawnym pięściom i swobodnemu dość stosunkowi do piątego przykazania bożego. I trudno mieć pretensje do tych, co tak swój szacunek lokują jak też i do tych darzonych szacunkiem. To efekt lekcji, którą odrabiamy jako zadanie domowe pozostałe nam po naszej „aksamitnej rewolucji”. Tej, co nakazała nam wyciągać ręce ku naszym winowajcom. Nawet jeśli oni swoje ku nam wyciągają w zupełnie innym celu.

Takie „aksamitne rewolucje” i ich efekty wsadźcie sobie w d***!

wtorek, 26 kwietnia 2011

Seryjni mordercy (demony PRL-u)

Gdyby odnieść liczbę ofiar poprzedniego systemu do liczby skazanych za zbrodnie komunizmu uznać by wypadało, że nie mieliśmy do czynienia z angażującą tysiące funkcjonariuszy, państwową maszyną zbrodni lecz z jakimiś snującymi się samopas seryjnymi mordercami. Ci, jak wiadomo, pojawiają się tu i tam, zostawiając za sobą trupy z charakterystycznymi tylko dla nich śladami.

Przepraszam, jeśli ktoś to, co napisałem wyżej, uznał za żart. Niesmaczny żart.

Przynajmniej w jakiś części tak niesmaczny jak niesmaczna jest nasza demokratyczna sprawiedliwość, zmagająca się z demonami przeszłości.

Prawdę powiedziawszy dziwię się najbardziej tym wszystkim reakcjom zaskoczenia tym, co Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł dziś w sprawie Kiszczaka. Nie pierwszy to taki wyrok ani w tej sprawie ani też w ogóle w sprawach niegdysiejszych panów życia i śmierci tego motłochu, któremu trzeba było często kijem wbijać do łbów zasady sprawiedliwości społecznej i demokracji ludowej.

Od 1989 roku trwało i trwa nicowanie naszej pamięci, osobliwe pranie mózgów, z którego wyłaniają się zastępy prawdziwych bohaterów tamtych czasów. Tych, którzy łapali Bujaka i zaskarbili sobie tym jego wdzięczność do tego stopnia, że ich wychwalał przed kamerami. Tych, co chodzili za Kuroniem i prowadzili z nim gry tak skutecznie, że im już w „wolnej” Polsce wychodził posady. I ci wreszcie, którzy, w odróżnieniu od Hołysza, pozostali niezłomni i wierni służbie więc ich Wałęsa protegował w urzędach.

Nie było widocznie żadnych tam złych. Samo fachowcy oddani ojczyźnie. A że akurat PRL-owi? A byłą jakaś inna?

Łapali szpiegów, wytropili Marchwickiego- wampira. Jakby im dać więcej swobody to niechybnie ujęli by i tych seryjnych zabójców, którzy zatłukli Przemyka, pomogli spaść ze schodów Pyjasowi, zajęli się Suchowolcem i wszystkimi tymi, przy których w biogramach trzeba teraz pisać, że zginęli z ręki „nieznanych sprawców”.

Między bajki włóżcie sobie wszelkie powiedzonka o „sprawiedliwej oliwie” i mądre maksymy, ze „prawda zwycięży”. Jeśli braliście to poważnie to miejcie pretensję do siebie. Tak, jak mieć ją powinien ten, co z syfilisem leci do kapłana voodoo. Bo tu nie pomogą modlitwy.

Sami jesteśmy sobie winni, skoro, miast oddać się pod opiekę tamtych fachowców, co potrafili porządek zaprowadzać bez jednego wystrzału, bez jednej choćby ofiary…

Stąd dziś mamy, co mamy. Historię zaśmieconą zaniechaniami, zgubionymi śladami, utraconymi dowodami. I mamy dumnego starca, który z podniesioną głową dowiedział się wreszcie, że on nie winien.

Nie wiem co kiedyś historia przekaże następnym pokoleniom, gdy będzie się musiała wytłumaczyć z tych wszystkich seryjnych mordów bez sprawców.

Nie wiem też kiedy na strony podręczników historii Czesław Kiszczak trafi tak dokładnie, jak dzisiaj mógł wyjść z sądu. Z dumnie uniesionym czołem. Przekonany, że dał z siebie wszystko a ojczyzna miała z niego wielką pociechę. Tamta ojczyzna, Polska Ludowa. Z której kiedyś, jak nam się zdało, a wielu ciągle się jeszcze zdaje, dwa dziesiątki lat temu udało nam się szczęśliwie zbiec.

Tyle, że w ten tłum musieli się przecież wmieszać i ci mordercy seryjni, których wszak wtedy nie ujęto. I nie ujęto ich do dziś. I już nigdy…

Ciekawe jak bardzo boleje nad tym sterane życiem serce Czesława Kiszczaka. Sterane życiem i całkiem niewinne.

Spacerem po Grobach i kazaniach (o delatorach odświętnych)

Początkiem swego wpisu przypomniał mi bloger Stary wczorajszy, zapomniany jednak, zamiar pochylenia się nad pewnym, obserwowanym od lat (dokładnie zaś od momentu gdy mi rodzice jeszcze w dzieciństwie w PRL-u pokazali „młodzieżowego aktywistę”, który chadzać zwykł na msze by sprawdzać, czy „jego młodzież” też bywa…) zjawiskiem, które nasila się szczególnie w okolicach Wielkiej Nocy. Po PRL-u śladu już jakoby nie ma a zwyczaj ów, jeśli czymś się różni to chyba tylko nasyceniem elektroniki u praktykujących go. Dziś jednak w jego kultywowaniu dawnych, bezinteresownych w swej ideowości aktywistów oraz etatowych, choć nie za bardzo podkreślających ów fakt po pracowników „bezpieczeństwa” zluzowali pracownicy mediów. Choć nie do końca o czym cytat ze wspomnianego już tekstu Starego świadczy dobitnie.

Kiedy Wielki Tydzień zmierza ku końcowi przeróżne „czerwone telefony Radia Zet” czy tam „Kontakt TVN” faktycznie robią się chyba czerwone z gorąca. Bo jakże inaczej wozy transmisyjne wiedziałyby, że trzeba czym prędzej popędzić do Rumii na ten przykład? Czy tam do innego Kłaja? Myślę, że towarzysze z „bezpieczeństwa”, choć już dziś na zasłużonej emeryturze albo w prywatnych, intratnych biznesach, uronili zapewne łezkę wzruszenia widząc, że choć ich już w służbie nie ma, w narodzie zwyczaj delacji nie ginie. A nawet wręcz przeciwnie! Wszak kiedyś temu i owemu trzeba było przed nosem czym kompromitującym machnąć, postraszyć nieco albo zaszantażować. A dziś? Sami się pchają! No chyba że mi jakiś aspekt działalności „mediów elektronicznych” zdołał umknąć.

W każdym razie kontemplowałem w Święta przebitki z grobów „smoleńskich”, wyłapanych w ten opisany a może w jakiś inny, bardziej cudowny sposób. I zastanawiałem się czy ten Grób, przy którym ja byłem, z pozoru nie epatujący „smoleńską” symboliką (brzozowe krzyże, lotnicza szachownica…) nie kwalifikował się jednak do jakiegoś „obywatelskiego donosu” hasłem- cytatem z Jana Pawła II „Ojczyznę wolną racz na m panie przywrócić”. No bo o jakie „przywrócić” może chodzić skoro ta nasza III RP wolna jak ta lala?!

Relacje nie miały w sobie tej jednostronności „Solidarnych 2010” bo na każda trojkę oburzonych „epatowaniem polityka” znajdował się jakiś jeden odmieniec, który widział w Smoleńsku zdarzenie doniosłe, które przecież istotny ślad po sobie musiało zostawić.

Owszem, bywało drzewiej w Polszcze, za tego PRL-u przytoczonego już wyżej, że się tłumy zlatywały oglądać bożonarodzeniowe szopki i Groby Pańskie zgadując, co się pod instalacjami kryje albo i nawet zgoła będąc zwolnionymi z tego wysiłku. Wtedy też się to nie podobało niektórym co zresztą tamta telewizja pewnie też transmitowała. Ale to w końcu było, zanim Bóg nam „raczył przywrócić” ojczyznę. Wraz z wolnością słowa i wyrażania poglądów ponoć…

Ale to jeszcze mniej zdumiewa. Bo to i wiadomo, kiedy pójść i sprawdzić a jak już się sprawdzi, gdzie dzwonić. Dużo bardziej dziwią a czasem wręcz zdumiewają umieszczane w odruchu oburzenia w gazetach albo i w telewizyjnych programach wierne cytaty z kazań przeróżnych, wygłaszanych czasem i bez wynikających z odświętności dnia okazji. szokuje mnie ta wierność, co świadczyć pewnie by mogła o talentach niezwykłych naszych obywateli rozmaitych. Gdybym w takie talenty osobiście wierzył. Zastanawiam się właśnie, czy nie uwierzyć. Bo to byłoby, mimo wszystko, bardziej zrozumiałe niż na ten przykład zabieranie ze sobą jakichś elektronicznych urządzeń rejestrujących, które „odpala” się gdy kapłan ośmieli wyrazić się nieprawomyślnie. Albo wyjmowanie takich małych notesików i kopiowych ołówków (to taka moja szarża wyobraźni…) by wiernie zanotować stosowne fragmenty homilii.

Oczywiście może być i tak, że redakcje mają od dawna upatrzonych kapłanów, na których stale maja oko. I jacyś redakcyjni „oficerowie prowadzący" co niedziela i święto meldują się na mszy i uruchamiają aparaturę. Sprawdziwszy wcześniej u jakiegoś „źródła” o której godzinie ich „ulubieniec” odprawia. Bo przecież nie siedzą całą niedzielę z tymi swoimi magnetofonikami, dyktafonikami czy tam notesikami po kościołach!?

Jeśli zaś siedzą to jak ten problem Bóg w Trójcy Jedyny rozstrzygnie gdy przyjdzie mu sądzić takiego, jednego z drugim, „redaktora prowadzącego”. Bo z jednej strony niepięknie to tak donosić czy też szpiegować ale z drugiej czy kto wnikliwiej od nich słucha nauk kapłanów?

Odpowiedzialność za słowa (Tusk, Stasiuk, Hołdys…)

Pytanie o to, czy Tusk chciałby być Stasiukiem albo Hołdysem nie jest wcale takie łatwe i dałoby się znaleźć na nie wiele prawidłowych, choć często stojących ze sobą w sprzeczności odpowiedzi.

No bo na przykład już na początku narzuca się takie przekonanie, że gdzie tam Stasiukowi czy tam Hołdysowi do Prezesa Rady Ministrów. Władza, wpływy. I pozycja taka, że zapewne tylko z braku chęci nie okupuje Premier wszystkich szpalt tabloidów i magazynów plotkarskich dając od czasu do czasu zaistnieć takiemu Stasiukowi czy tam Hołdysowi.

Z drugiej zaś strony pewnie marzył pan Tusk (a może i zdarza mu się to i teraz) by być znanym choć zbuntowanym i pogniewanym ze światem pisarzem (choć to boczenie się Stasiuka to chyba już poza tylko…) albo rockowym, pełnym gniewu herosem (choć gniew Hołdysa z rockiem ostatnio ma mało wspólnego). Ma to przecież kilka niezaprzeczalnych zalet.

Ale dla odmiany być teraz w Polsce Premierem, choć przecież nie jest to jednak los usłany różami, jest zajęciem o wiele bardziej pewnym by nie rzec, komfortowym. To już nie są te czasy gdy, jak mawiał pewien trybun ludowy, łatwiej było obalić rząd niż pół litra. Scena polityczna nie tyle nam się zakonserwowała co wręcz zmurszała swym niemal niezmiennym od 20 lat obliczem. Dla odmiany literat czy muzyk muszą przyjąć do wiadomości, że są trendy i mody, które co sezon mogą nam w naszej kulturze dokonywać dogłębnego wietrzenia. I wtedy pozostaje już tylko liczyć na koleżeńskie układy albo na drugi obieg, zwany obecnie „tania książką”.

Mają jednak obaj panowie artyści jedna niezaprzeczalna przewagę nad panem Premierem. Jest nią waga słów i ciężar odpowiedzialności za nie. W przypadku obu panów wspomniana odpowiedzialność jest jak karoseria trabanta. Waży tyle co nic bo jest z jakiejś dykty powleczonej laminatem i ani grama w niej jakiegoś cenniejszego surowca więc jak się schrzani to i nikt płakał nie będzie. Może więc sobie rzucać Hołdys wybiórczo „chujami” nie zważając na to, że nie tylko „kaczor” dzieli Polaków ale i „Legia” Warszawa, piwo „Warka”, uwielbienie (lub jego brak) dla twórczości Coelho czy Dody nie mówiąc już o dorobku Niesiołowskiego czy Palikota. Może też wieścić Stasiuk dzielenie przez naszą ojczyznę losu Rzymu czasu cesarstwa gdy do władzy wróci Neron- Jarosław, nie przejmując się zbytnio tym, że Neron niedawno rządził i nie tylko nie zostawił po sobie zgliszczy ale nawet tyle, że obecnej ekipie maja z czego wskaźniki lecieć „na ryj”.

Premier tego luksusu nie ma. Jak już zarzuci coś opozycji czy jego szefowi to nie kończy się na tym, że jakaś plotkarska gazetka wstawi to na czołówkę. Nie. On musi zaraz powołać jakąś Piterę, która będzie takim „gończym psem” węszącym za dowodami, zwołać parę sejmowych komisji śledczych i uruchomić parę prokuratorskich śledztw. I jeszcze martwić się cholernie, że niewiele jeśli cokolwiek z tej Pitery, z tych komisji i śledztw wynika. Tego od niego wymaga demokracja.

Obrazowo można by rzecz skwitować, że między „chu***” Hołdysa a hipotetycznym „chu***” Tuska różnica byłaby taka jak między żarcikiem błazna a dramatycznym brakiem klasy monarchy. Między oskarżeniem rzuconym przez Hołdysa czy Stasiuka a podobnym autorstwa Tuska taka zaś jak między… żarcikiem trefnisia a bezczelną insynuacją.

Pewnie nie pochylałbym się nad historycznymi paralelami tego czy innego literata gdyby nie cytat z niego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” (byłem w Święta trochę poza cywilizacją i na gorąco umknęła mi) korespondujący z bardzo ciekawym tekstem Piotra Gursztyna. Powinien on, ów tekst, według mnie nosić tytuł „Krótka historia małpiego rozumu” ale nie nosi. Tak, jak i ta moja notka, choć w początkowym zamyśle w taki sposób ów brak odwagi czy konsekwencji Gursztyna miałem zamiar zrekompensować. Tekst ów to dość skromny wybór cytatów autorstwa naszych najszczerszych demokratów. Tych, którzy na straży ludowładztwa stoją i stać będą. Ą że robią to w sposób osobliwy, ilustrujący ich specyficzne rozumienie tego pojęcia to już sprawa osobna. Nie jest to zresztą żadne zaskoczenie a co najwyżej kolejny powód do kpin z tego całego ich etosu. Są bowiem oni mocno posunięci w tej ewolucji, którą przechodził katalog zasad „folwarku zwierzęcego”. Ten skromny wyciąg nawoływań do obalenia demokracji w … imię obrony demokracji przypomina mi miałkość hasełek „paryskiej rewolucji 68” w konfrontacji z płomiennym romansem ich autorów z establishmentem dziesięciolecia później.

Z tymi „trefnisiami” problem jednak jest poważniejszy. Przede wszystkim dlatego, że ich „żarty” mają nieco większą siłę rażenia. Raz z powodu ich możliwości a dwa z uwagi na „konkretność” zgłaszanych postulatów.

Czytając to, co cytowani przez Gursztyna mówią (a pewnie i naprawdę myślą) posądzać ich o brak wyobraźni nie mam prawa. Tego im akurat nie brak. Dlatego sadzę, że mają oni jakiś swój cel w tym, by takie czy inne pomysły podsuwać. Muszą w związku z tym wyobrażać też sobie, czym realizacja ich pomysłów może się zakończyć. Tyle, że mają to serdecznie gdzieś. A właściwie chcą dokładnie tego. Z całym przekonaniem, że między ich światem a tą „anus mundi” w której widzą swych przeciwników jest jakaś nieprzenikalna bariera, która zatrzyma te kamienie, które sypną się gdy ktokolwiek okaże się takim idiotą by tych ich rad „szczerych demokratów” posłuchać.



* http://www.rp.pl/artykul/648647_Gursztyn--Salonu--tesknota-za-dyktatura.html

piątek, 22 kwietnia 2011

Chcemy wojny! (Igorowi Janke)

Igor Janke, jak najsłuszniej zastanawia się dziś czy jesteśmy jeszcze Polakami czy też raczej dwoma wrogimi plemionami, których wzajemne relacje są, jaki są i takie już będą z przyczyn, które pan Igor wymienia a po które ja odeślę do niego.* Pozwolę sobie natomiast zauważyć, że ten, skądinąd słuszny i ważny tekst jest tak naprawdę takim pana Igora jałowym dość rozważaniem w rodzaju „czemu to cholerne słońce razi w oczy”. Razi bo tak! Wiem, że wpakowałem się pozornie w zawiłość, której tłumaczenie może zająć sporo miejsca, które można by poświęcić sprawom poważniejszym. Spróbuję więc wytłumaczyć to na dość charakterystycznym i dla mnie znaczącym przykładzie. Który na dodatek pan Igor może, że się tak wyrażę, kontemplować nie opuszczając tak zwanych „własnych śmieci”.

Nie wiem czy jeszcze ktoś pamięta początki coraz mniej poważnie odbieranej inicjatywy pod nazwą „Polska Jest Najważniejsza”. Jej wyrodzenie się z PiS-u przedstawiano, jako wprowadzenie nowej jakości w polskiej polityce i narracji odmiennej od tej, jaką przyjęły wszystkie niemal liczące się siły naszej sceny politycznej. Ten obiecywany etos PJN miał opierać się na przeciwstawianiu się językowi agresji i wojennemu stylowi uprawiania polityki. Proponuje dziś, po wielu miesiącach od pojawienia się tej „nowej jakości”, by pan Igor, jeśli dotąd tego sobie odmawiał, raczył zapoznać się z „ogólną linią” wystąpień liderów PJN, obecną i tutaj pod postacią dość regularnej twórczości publicystycznej panów Libickiego i Migalskiego. Bez dwóch zdań z tamtego etosu tyle wyszło, że stado gołębi, co nam, Polakom, miały przynieść w dzióbkach oliwne gałązki, zmieniło się w watahę wyjących złowrogo wilków. Przy niektórych wypowiedziach polityków tego ugrupowania nawet pamiętne słowa Kaczyńskiego, wyjaśniające przyczyny tamtego burzliwego rozwodu wydają się neutralnym, technicznym żargonem. I teraz, panie Igorze, kamień do pana ogródka. Bo te zawodzenia, bez względu na ich merytoryczną jakość (a tej często naprawdę dość trudno się doszukać) są całymi dniami wyróżniane przez administrację. Tak na marginesie ten rodzaj afirmacji sprowadzającej się do wyróżniania często chyba nawet nie czytanych tekstów, zapewne wbrew intencjom administracji, jest raczej rodzajem akcji afirmacyjnej niż promowaniem jakości. Ale to na marginesie.

Warto zastanowić się nad tym krachem PJN-u bo jest on, według mnie bardzo znamienny dla oceny tego, co stało się przedmiotem rozważań Igora Janke.

Pierwszą, chyba najmniej prawdopodobną odpowiedzią na pytanie, czemu doszło do tej degrengolady szlachetnej i pokojowej z założenia inicjatywy PiS-owskich frondystów, jest ta, że odgrywają się oni na byłym pryncypale wyładowując swe frustracje spowodowane tym, że im 2% za nic nie chce się zmienić w 11%.

Drugie, również stojące w sprzeczności z głoszonymi na początku wartościami wytłumaczenie sugeruje, by widzieć w postępowaniu „pionków” szanownych haracz składany wrogom swego wroga w charakterze wkupnego, skoro o samodzielności można zapomnieć.

Najpewniej jednak ta przemiana z gołębi w wilki to efekt bardzo racjonalnej oceny i naszej sceny politycznej i swoich możliwości. Scena jest taka, że promuje „wyrazistość” (czytaj „gotowość wybicia przeciwnika do nogi”) a dobre chęci PJN-u to zbyt mało na odwrócenie tej tendencji. Słowem skoro się wlazło między wrony…

Smutna ta racjonalność. Tym smutniejsza że wielu (nawet ja na początku w jakimś stopniu) dało się uwieść przekonaniem, że można faktycznie inaczej. Inną wizją polityki, innym językiem… Po tym nie ma już śladu. Za to jest Migalski, zmieniony z „latającego” w „strzelającego ornitologa” i Libicki…

Ale PJT to tylko ilustracja. Wymowna, lecz stanowiąca maleńki wycinek tego, co zdominowało nam politykę i pewnie utrwali się na długo. Tym bardziej, że nie widać nikogo (NIKOGO panie Igorze), kto byłby aktualnie zainteresowany przenicowaniem naszej polityki. Te drukowane litery, panie Igorze to taki komentarz do tego, co dzieje się tutaj. Coraz trudniej (pewnie poza Czarkiem Kryszrtopą) znaleźć publicystę, który trafiłby na górę strony głównej z tekstem innym niż filipika przeciw „kaczystom” albo „zdrajcom”. A nawet jak trafi się jakiś w drodze wyjątku to gó…zik kogokolwiek obchodzi notując liczbę wejść odpowiadającą tej, jaka maja poetyckie teksty o kontemplacji wschodów czy zachodów słońca. Piszę to na kanwie własnego doświadczenia, które obejmuje bardzo poczytne teksty „bezkompromisowe” i „zlewane” notki poświęcone obawom i wątpliwościom.

Nie oceniam autorów tych coraz liczniejszych „korespondencji wojennych”. Raz, że kim ja znowu jestem by potępiać czy nawet oceniać kogokolwiek. Dwa, że wierzę w szczerość ich punktu widzenia. Ile by w nim było złości na cały świat i okolice. Nawet więcej! Bardziej do mnie przemawia szczerość zaklęta w często mało cenzuralne okrzyki i stwierdzenia niż chłodne analizy i „obiektywne” wywody zakończone znienacka konkluzją że Kaczyński, Komorowski, Tusk (etc) to chuj zwykły.

Ale my, tu wszyscy zebrani to pikuś. Przy stadach polityków bezkarnych brakiem alternatywy dla nich, przy mediach żyjących z podszczuwania i pisania o podszczuwaniu.

Nawet i ta pseudoobiektywność w, jak sadzę, szczerym choć bezsensownym i nieskutecznym przekazie „Rzeczpospolitej”, panie Igorze szanowny, która przejawia się w przesadnej ostrożności własnych wypowiedzi kontrapunktowanych publikowaniem bredni pani Flis-Kuczyńskiej to tylko jakiś tam wariant tej samej nieumiejętności przeciwstawienia się tej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której dominuje słyszane już zewsząd zawołanie „Chcemy wojny!”

Piszę to jako świeżo nawrócony. Przypominając sobie, przez lekturę większości tekstów tutaj i niemal wszędzie indziej, dwie znaczące sceny z filmu Bondarczuka „Waterloo”. W pierwszej z nich, zachwyceni informacją o wybuchu wojny z Napoleonem młodzi angielscy oficerowie buńczucznie deklarują swym wybrankom dokonanie niezliczonych, bohaterskich czynów. Jeden obiecuje przywieźć kask francuskiego kirasjera. Zetknięcie z francuskim kirasjerem zakończy się dla niego zdecydowanie odmiennie niż sobie wyobrażał…

Druga scena to starcie wręcz brytyjskiej i francuskiej piechoty w środku którego jeden z żołnierzy opuszcza broń i krzyczy do Francuzów „Czemu to robimy? Czemu zabijamy się? Nie zrobiliśmy sobie nic złego! Nawet się nie znamy!”. Po czym ginie przebity bagnetem przez Francuza, który chyba… nie znał angielskiego.

Też znajdowałem w sobie jakąś pokusę i potrzebę wojennego pohukiwania. Póki mną nie potrzasnęła moja przyjaciółka (niektórzy z was znają ją…) i nie wyjaśniła mi, że mając do wyboru Kaczyńskiego, Tuska, Komorowskiego, Napieralskiego, Rostkowska, Migalskiego ii cała resztę „kierowników naszego kawałka kuli ziemskiej” (jak o nich wyrus zwykł mówić) wybiera… Miłosza. Swego syna co pożył sobie dopiero kilka miesięcy a ona ma zamiar zrobić wszystko, by te zmieniły się w długie lata. Przyzwoitego życia. Bez, jak je nazwał Igor Janke, wrogich plemion biegających za sobą po ulicy w celach wiadomych.

Ale pisząc co piszę, używając przy tym języka teoretycznie dla wszystkich zrozumiałego, nie mam złudzeń, że wysłuchany będę dokładnie tak, jak tamten Anglik przez tamtego Francuza i jego bagnet. Bo niczego się nie nauczyliśmy dotąd i nie nauczymy w przyszłości choćby było naprawdę krwawo. A nawet więcej! Jeśli będzie, krzyczeć będziemy jeszcze głośniej, że chcemy wojny. Ja się na to nie piszę.

ps. Miałem to jakoś wpleść w tekst ale mi umknęło. Przy całej wadze tekstu Igora Janke i szacunku dla autora, zdecydowanie ważniejsze sprawy poruszają dwa teksty z dzisiejszego dodatku do "Rzepy", "Eko+". Tekst Witolda Modzelewskiego "Jak ratować budżet" i, krótszy, Krzysztofa Rybińskiego "Wraca PRL- Polska Republika Lemingów". Nie linkuję bo oba są za opłatą niestety.

* http://www.rp.pl/artykul/646783_Janke--Dwa-plemiona.html