środa, 6 lutego 2013

Jak się Platforma babyryby zlękła



Decyzja Platformy Obywatelskiej zapowiadająca głosowanie przeciw odwołaniu Wandy Nowickiej z funkcji wicemarszałka Sejmu, faktycznie kończąca niedoszłe dygnitarstwo Anny Grodzkiej jest z pozoru rozsądna. O tyle jednak jest taka, o ile faktycznie, jak niektórzy mówią, rozsądek jest najurodziwszym dzieckiem tchórzostwa. Gdyby nie wcześniejsza „otwartość światopoglądowa” prawie całej PO, za wyjątkiem garstki odszczepieńców, którzy pewnie jeszcze za potrzebą w krzaki latają można by przejść nad cała sprawą do porządku jako w zasadzie nieistotnym epizodem. Już w momencie, w którym pan Tusk oświadczył, że nie miałby problemów z głosowaniem na Grodzką można było się zastanawiać, czemu nie powiedział po prostu, że na nią zagłosuje. Tak pewnie powiedziałaby na jego miejscu Pomaska i Olszewski.
Tym bardziej, ze to właśnie wspieranie Nowickiej jest nieracjonalne. Gdyby o jej odwołanie wystąpił każdy inny klub poza partia Palikota, to ja rozumiem. Byłoby to obroną pewnego zwyczaju stanowiącego, że prezydium sejmu składa się z reprezentantów klubów. Pozostawienie Nowickiej sprawi, że od tego momentu wicemarszałkiem będzie mógł zostać każdy i na dobrą sprawę kandydatury powinny padać wprost z sali. Skoro może Nowicka może i przysłowiowy pan Piegłasiewicz z Psiej Wólki.
Oczywistym jest, że po odegraniu spektaklu otwartości, który, teraz tak myślę, bardziej był chyba spowodowany chęcią wzięcia przez najgorliwsze osobniki z hordy Tuska pod obcas Gowina niż troską o „niechcianych i wykluczonych” siła przewodnia przestraszyła się nieco tego progresywnego dryfu. I pewnie uznała, ze jakieś tam „związki partnerskie” ujdą czy się rozmyją bo kto tak naprawdę rozumie o co w nich idzie. A pani Grodzka z laską w dłoni to już coś zupełnie innego. W końcu to oblicze, bez obrazy ale i bez udawania, ze jest inaczej, trudno jest uznać za wyjątkowo urodziwe i trudno zapomnieć. Tak więc, nie mając absolutnie pewności, czy dla przeciętnego (nie udawajmy, ze wyborcy PO są jakoś szczególnie ponadprzeciętni) wyborcy to zjawisko, jakim jest owa z chłopa kobieta, nie będzie czymś jak trudna i do zdefiniowania i jeszcze bardziej do zaakceptowania babaryba. A z miesiąca  na miesiąc trudniej partii ignorować to, co jej elektorat akceptuje a czego nie akceptuje.
I z dwojga złego wyszło im, że lepsza baba zafiksowana w głowie ale jednak niewątpliwa niż taka, co  zafiksowana wszędzie, gdzie się da.
I tu wychodzi problem z nadmiarem Platformy w takich sprawach. Rzecz w tym, że cokolwiek się może zdarzyć w sejmie, w zasadzie zdarzyć się może tylko przy udziale Platformy. Tak więc jeśli by Grodzka zasiadła tam, gdzie jej tylną część stara się przymierzyć jej partyjny pryncypał, byłoby to dziełem Platformy. Jeśli Grodzka nie zasiądzie, będzie to zasługa Platformy. Z tą zasługą to rzecz jasna moja opinia bo dla PO byłby to problem, gdyby tak jawnie tę dość obfitą „jutrzenkę zmian” by uwaliła. Problem, którzy Platforma zdążyła już odczuć gdy się 50 jej posłów wyłamało z dyscypliny, której przecież nie było. Znów w mediach partia Tiska, Pomaski i Olszewskiego (oraz Gowina i Godsona) robiłaby za ścierę, którą każdy by wykręcał na sto sposobów. Pisząc „każdy” mam na myśli inne „jutrzenki zmian”, poupychane po różnych redakcjach.
Tak więc ów absurdalny ruch w obronie Nowickiej nie oznacza wcale, ze się w PO tak bardzo ową Dolores Ibaruri jakoś szczególnie ceni. To znaczy dziś owszem, ceni się ale jako „przedmurze” przed Grodzką, z której nie trzeba się będzie tłumaczyć a ni za „tak” ani za „nie”. Ruch, jakby nie patrzeć, sensowny choć z regułami demokracji mający tyle wspólnego, co (cytując po raz n-ty Snerga) co papierosy „Sport” z kulturą fizyczną.
W tej sprawie jest jeszcze jedna ciekawostka. Chodzi o stanowisko PiS. Jak wiadomo partia ta zapowiedziała starania o zmniejszenie liczby wicemarszałków. Przy całej sympatii dla tej partii uważam, że jest to argument w całej tej historii idiotyczny bo najłatwiejsza drogą do tego byłoby odwołanie własnego wicemarszałka Kuchcińskiego. Taki wniosek przeszedłby, przy założeniu że PiS by za nim głosował będąc wiernym głoszonym poglądom, przeszedłby pewnie przy jednym głosie przeciwnym. Głosie samego marka Kuchcinskiego. Ale zostawmy go i wróćmy do meritum. Otóż tak w ogóle, gdyby to PiS a nie PO skuteczniej działało w sprawie Nowickiej, jako wicemarszałek pani Wanda przepadłaby i… I wtedy byłoby ciekawie. Bo pojawiłaby się jednak kandydatura Anny Grodzkiej, przeciwko której nie byłoby już zadnego powodu ani wybiegi sprawiającego, by Tusk i jego kompania „miała problemy z głosowaniem na nią”. W efekcie Anna Grodzka zostałaby wicemarszałkiem niejako za sprawą PiS, którzy pomógłby odwołać Nowicką a nie miałby szans zapobiec powołaniu Grodzkiej. Zatem, na wszelki wypadek, najlepiej byłoby gdyby „na znak protestu” wstrzymał się od głosowania albo z niego wyszedł. Bo zmniejszyć liczby wicemarszałków nie jest w stanie i chyba sam to powinien wiedzieć.
W całej tej historii, ze wszystkimi jej zwrotami, pocieszające jest to, że są na tym świecie rzeczy i zjawiska, których jednak PO jest w stanie się przestraszyć. Przy posiadanej przez nią władzy to nasze szczęście.

wtorek, 5 lutego 2013

Nowoczesne państwo (kwestia estetyki)

„Tam poeci kieszenie mają pełne dolarów
I za szczęście ludzkości przelewają swój tusz,
Tam czerwieńsze od krwi są kumulusy sztandarów
Od sztandarów zaś pąki pierwszomajowych róż.”
(Epitafium dla Brunona Jasieńskiego – J. Kaczmarski)
Z tymi dotychczasowymi  „nowoczesnymi państwami” było przeważnie tak, że się jeszcze ludzie, co się im dali uwieść, nie zdążyli zachłysnąć tą cała nowoczesnością a już musieli się zachłystywać krwią. Tak było przez kilka wieków, od Wandei aż po Morze Wschodniochińskie. Te wcześniejsze doświadczenia powinny na długie lata sprawić to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zaproponuje ludzkości (w rozumieniu czy to globalnym czy jakimś bardziej lokalnym) niczego "nowoczesnego" w sensie czy to politycznym czy to społecznym. A ewentualni odbiorcy takich konceptów na samą myśl o nich powinni budzić się z krzykiem.
Rzecz w definicji i w weryfikacji. Nie wiadomo jakie kryteria w taki twardy sposób potrafią odróżnić nam to, co „nowoczesne” od tego co z „nowoczesnością” nie ma nic wspólnego albo idzie jej pod prąd. A te kryteria i stopień ich spełnienia ktoś musi ocenić. Na nasze nieszczęście takich  obiektywnych kryteriów nie ma i nie będzie bo i być nie może a samozwańczy sędziowie za cała swą kompetencję mają albo bezczelność albo modernizacyjny fanatyzm. Obie cechy powodują, że stają się widoczni, są głośni i trudni do zignorowania. czasem na tym potrafią ugrać parę punktów a nawet zbudować niezłą karierę
Nie da się ukryć, że znajdujemy się właśnie w samym środku pospiesznej by nie powiedzieć nachalnej budowy „nowoczesnego państwa” na naszym, jeszcze nie do końca uporządkowanym po poprzednim „modernizacyjnym eksperymencie” podwórku.
Nie chce przesądzać czy powinniśmy się bać. Bo choć na razie wygląda to groteskowo nikt nie zagwarantuje, że prędzej czy później uśmieszki nie zamrą nam na ustach w przypływie nagłego lęku.
Ale jak na razie trudno te uśmieszki powstrzymać. Bo jakże inaczej, skoro „nowoczesne państwo” zainaugurował nam gość, który stanął na czele lewicy zaraz po tym, co mawiają niektórzy, jak swoje miliony ukrył w jakimś raju podatkowym a swą wrażliwość społeczną adresuje do wszystkich za wyjątkiem swojej byłej rodziny.
Potencjał intelektualny partii wprowadzającej „nowoczesność” najlepiej obrazuje potencjał intelektualny niektórych jej twarzy. Ze szczególnym uwzględnieniem potencjału pana Armanda Ryfińskiego. Ale inni depczą mu po piętach. Jak choćby pewien młodziak z Łodzi, który w imię demokracji będzie zdejmował krzyże w swojej szkole ogólnokształcącej. Młodziak, do ponad roku aktywny w Ruchu, tłumaczy, że to nie jest jego inicjatywa tylko zwrócili się doń koledzy bo „wiedzieli, że jest w Ruchu Palikota i poradzi sobie ze skonstruowaniem takiego pisma”.* To zresztą w ogóle ciekawy przypadek ta szkoła „ogólnokształcąca” w mieście Łodzi, w której jeden jest tylko piśmienny i tylko dlatego, jak wynika z opinii jego kolegów, że jest u Palikota a nie dlatego, że chodzi do wspomnianej szkoły co jakoby ogólnie kształci. Od razu uznałem, że kolega Damian Raczkowski (zapamiętajcie to nazwisko!) ma z tym swoim (czy tam kolegów ogólnie kształconych co składać pism sami nie potrafią) zamiarem zdejmowania krzyży rację! Nie katujmy Chrystusa, co i tak już jest ukrzyżowany, koniecznością oglądania szkoły ogólnokształcącej, w której jedyny piśmienny to kolega Ryfińskiego i Kotlińskiego. Polecam link a w nim zdjęcie, na którym obaj wspomniani obsiedli partyjny narybek dumnie prezentujący petycję. Trochę mi żal, że nie pokazał przy okazji kolegów, co mają ze składaniem tekstów pisanych problemy.
Nie jest to zresztą jedyna inicjatywa tej partii. Otóż chcą oni „podstawę programową kształcenia (sic!) ogólnego” uzupełnić obowiązkowym na prawie wszystkich etapach edukacji przedmiotem „wiedza o seksualności człowieka”. Na razie odpuścili przedszkolakom ale za to planują, że w ramach przekazywanej wiedzy i zapewne umiejętności powinny się odbywać w tej dziedzinie olimpiady przedmiotowe. Oczywiście zdają sobie pewnie partyjni specjaliści (od edukacji a nie od seksu rzecz jasna), że ten ich krok wymusi zmianę a może i całkowite usunięcie z programów nauczania biologii. Bo pogodzić się ich punktu widzenia i tego, co dziś się wtłacza w główki dzieci za nic nie da. Zatem furda z biologią! Niech żyje nieskrępowany seks!
A jak już się to wszystko uda to czeka nas… No właśnie. Kto interesuje się lub interesował choćby pobieżnie fanatyzmem w wydaniu nieco bardziej tradycyjnym ten wie, że na przykład taki żołnierz Allacha, który da z siebie wszystko, liczyć może na raj złożony ze stada dziewic.
Ci, którzy dali albo dopiero dadzą się nabrać na tę „nowoczesność”, której kaganek będzie nam nieść pan Ryfiński do spółki z młodszym kolegą, mogą liczyć, że u celu… Czekać będzie na nich pani Anna Grodzka.
I to jest dopiero śmieszne, a dla wszystkich już omamionych dramatyczne. Bo walczyć o „nowy lepszy świat” po to, by w nim spotykać takie kobiety… Na miłość boską, nie warto!

niedziela, 3 lutego 2013

Dajcie spokój z tą moralnością! (Wieża Babel z chromosomów)



Przyznam, że powoli w dyskusji o porządku społecznym i przy okazji (a fe!) moralnym zaczyna mnie po części bawić ale bardziej pasjonować nicowanie się punktów widzenia antagonistycznych stron którego symbolem jest zaskakująca afirmacja ducha w starciu z materią. Tu należy się wyjaśnienie, czemu ta moralność tak zdaje się mnie uwierać. Wynika to z faktu, że jest chyba kategorią stanowiącą raczej kamień u szyi obrońców tradycyjnego (nazwijmy to) porządku niż wsparcie dla nich.
Czego by o obecnym sporze nie powiedzieć, to trudno nie zauważyć, że w tej wojnie ideologicznej tradycjonaliści zostali zaatakowani, że tak powiem, od tyłu. Z tej strony, z której ataku się nie spodziewali sądząc, że tam akurat są najlepiej przygotowani na obronę.
Dotąd było tak, że progresywistom bliżej było do natury gdzie tak chętnie poszukiwali swoich „braci mniejszych” a znalazłszy ich, również wzorców uzasadniających animalistyczne podejście do kwestii oddawania się czy to przyjemnościom czy też żądzom. Te zaś były dopiero punktem wyjścia do kształtowania estetyki czy też etyki. Tradycyjnym sposobem argumentowania było poszukiwanie analogii w świecie natury i podrzucanie przykładów a to powszechnej niewierności wśród amazońskich papug, a to braku przywiązania do macierzyństwa wśród kukułek a to wreszcie zachowań homoseksualnych wśród bretońskich baranów. Fakt, że w pewnym momencie a może i od początku byli mocno niekonsekwentni w przekładaniu praw natury na potrzeby i oczekiwania gatunku ludzkiego. Lubiłem z tego korzystać dla zgrywu gdy mnie zaczepiały aktywistki czy to Greenpeace czy WWO a ja domagałem się od nich odpowiedzi czy są za aborcją u fok. Zapał, z jakim mnie przekonywały, że absolutnie nie gasł natychmiast, gdy przechodziłem na gatunek ludzki. Żadna nie ponawiała prośby o wsparcie ich działań stosownym datkiem…
 W opozycji do nich przeciwstawiano przede wszystkim osobliwość gatunku ludzkiego jako tego, który bardziej żyje w sferze duchowej niż w tej uwarunkowanej biologią. I wspomniana moralność była tu jednym z częściej używanych narzędzi. Jakkolwiek taki punkt widzenia mocno uszlachetniał to ostatecznie obrócił się przeciwko tym, którzy nasza odrębność i mające jej chronić, przyjęte w jej ramach rozwiązania traktowali jako argument decydujący. Mówiąc brutalnie ta zdrada carnalis na rzecz spiritualis dość zaskakująco obróciła się przeciwko zdradzającym.
Patrząc z boku na spór o to kto jest kim, od kiedy i w oparciu o jakie kryteria oceny z lekkim przerażeniem (bo jednak trzymam z jedną ze stron dyskusji) i sporym zaciekawieniem by nie rzec ubawieniem patrzę jak dotychczasowi zwolennicy człowieka jako istoty biologicznej punktują właśnie duchowy aspekt konfliktu. Dość kulawo ale sam kierunek, z którego uderzają niejako wybija ich oponentom broń z ręki. Bawi mnie to bo okazuje się, że to, co, mówiąc brutalnie, ma w bieliźnie pewna (jak stoi w papierach) pani okazuje się prawdziwym tryumfem ducha nad materią. Tym, co nas właśnie najbardziej różni od wspomnianych  bretońskich baranów. One nie mają sfery duchowej w związku z tym wiadoma ingerencja chirurgiczna przeprowadzona na nich byłaby uznana za przykład zarówno okrucieństwa jak też oczywistej mistyfikacji.
Niemniej jednak sam czytelnik przyzna, że takie argumentowanie, w starciu z duchową sferą przeżyć i odczuć owej pani (jak stoi w papierach) brzmi brzydko.
W tej dyskusji, jak by się jej nie ustawiało i rozgrywało, niestety biologia jest nie do pokonania. Ile by się pokrętnych argumentów nie wymyśliło. I to tak naprawdę jest dobra, choć okrutna wiadomość. Nawet jeśli dojedzie do tego, że społeczeństwa, które „są na to gotowe” faktycznie uznają taki „tryumf ducha” za coś bezwzględnie akceptowalnego i jakoś do niego swoją nową „moralność”, i tak na sam koniec ona zatryumfuje.
Przyznam, że tak obiektywnie, w oderwaniu od wszelkich uwarunkowań biologicznych i psychologicznych, to, co zrobiła wielekroć wyżej przywoływana pani jest dość kuszące właściwie dla każdego. Bo bez wątpienia fajniej jest być fajną babką niż topornym facetem. Nie twierdze, że owa pani jest „fajna” ale przecież chirurgia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
W każdym razie możliwe, że za jakiś czas w tych „otwartych” społeczeństwach wszyscy będą mieli „uzasadnione wątpliwości” co do wyboru, jakiego w ich imieniu dokonała natura i wszyscy postanowią to skorygować. Po jakimś czasie te „otwarte społeczeństwa” przestana mieć z tym problem. I ze wszystkim innym. Po prostu przestaną istnieć. A gatunek przetrwa dzięki tym społeczeństwom, którym pewnie bliżej (może nie do końca z wyboru) do zarzucanej właśnie przez zwolenników nowoczesności jedności z naturą. W których nikomu do głowy nie przychodzi że to, co mają poniżej pasa to pomyłka i raczej, w przypadku wątpliwości, szukają jej w głowach.
Ten obserwowany „tryumf ducha” targanego wątpliwościami co do swej tożsamości jest wiec tryumfem tymczasowym. Tak, jak tryumfem zdawało się położenie kamienia węgielnego pod budowę Wieży Babel. Skończyło się wtedy tak, jak i teraz, gdy znów co niektórzy poczuli się równi Bogu. I właśnie z tego powodu warto pamiętać, że ów Bóg najpierw ukształtował nas biologicznie a później długo się przyglądał naszemu gatunkowi zanim zasugerował nam, że warto jeszcze żyć moralnie.

sobota, 2 lutego 2013

Sikorski w okopach Stalingradu



Z propagandą jest tak, że czasem swą doskonałością by nie rzec misterią wcina się w postrzeganie rzeczywistości dużo bardziej niż to było zamierzone i pozostaje tam na lata znacznie przeżywając tych, co ją tworzyli i cele, dla których powstawała. Tak, jak choćby „Protokoły mędrców Syjonu” albo trochę mniej skuteczne „Aby Polska rosła w siłę a ludziom się żyło dostatniej”, które przetrwało tąpnięcia z 1976  i 1980 by teraz zaowocować całkiem poważnie rozważanymi próbami oddania czci jednemu z komunistycznych namiestników Moskwy.
Bywa jednak i tak, że wymysły propagandystów na lata stają się grepsami, rzucanymi dla śmiechu przy różnych zabawnych okazjach. Najlepszym przykładem jest chyba zdecydowanie nadużywana swego czasu, gdy niemieckie siły na wschodzie brały w odwłok i od „generała Mroza” i od generalissimusa Soso, tłumaczeń o „wycofywaniu się w toku ciężkich walk na z góry zaplanowane pozycje”.
Temu, że pan Radosław Sikorski pojawia się w kontekście rozważań o politycznej propagandzie a nie działaniach dyplomatycznych winien jest on sam albo układ, w którym się politycznie realizuje. Od dość dawna trudno bowiem dopatrzyć się obecności naszego szefa dyplomacji tam, gdzie się go powinniśmy spodziewać czyli na salonach Europy i świata. Tam jakby jego funkcję przejął jego pryncypał, pan Tusk.
Natomiast pan Radosław spełnia się i produkuje głównie jako internetowy objaśniacz ruchów, by nie powiedzieć gambitów obecnej ekipy.
I tu pokuszę się o stwierdzenie, że bliżej mu zdecydowanie do poziomu Oberkommando der Wehrmacht niż do speców z Komitetu Centralnego PZPR czy ich pogrobowców. Dlatego właśnie pozwoliłem sobie umieścić go w tytułowych okopach, jak planuje te „z góry upatrzone pozycje”.
Oczywiście daleki jestem od sugerowania, że się powinien uczyć czy to od Jerzego Urbana czy specjalistów Ochrany. Raczej poradziłbym, żeby sobie w ogóle darował tłumaczenia i objaśnienia. Bo nie jest i nie był i nigdy nie będzie w tym ani dobry ani poważny.
Użyłem trybu warunkowego nie bez przyczyny bo z panem Sikorskim mam naprawdę problem. Sprawiający, że jakiekolwiek podpowiedzi uznaję za bezcelowe. To o tyle zaskakujące, również dla mnie, że ów Minister w niejednym wszak środowisku uchodził i uchodzi za „cudowne dziecko polityki”.
Myślę, że prawda jest taka, że może i jest pan Sikorski tym „cudownym dzieckiem” tylko niestety, nie ma co liczyć na to, co jest w polityce konieczne a w przypadku większości dzieci organicznie nieuniknione. Otóż powinniśmy porzucić nadzieje, że to akurat „cudowne dziecko” kiedykolwiek nam dorośnie. Dowodzi tego pan Sikorski przy każdej okazji a nawet i bez okazji.
Jak choćby w związku z zamrożeniem nam środków na drogi przez komisję Europejską, niezadowoloną z tego, że ich dystrybucja przypomina bardziej standardy kalabryjskie niż te wymagane przez cywilizowaną Europę.
Dla pana Sikorskiego cała sprawa to powód wręcz do entuzjazmu bo „wykrycie przez polskie instytucje i prokuraturę nieprawidłowości związanymi z przetargami na inwestycje, które są współfinansowane z unijnych środków „buduje nasz autorytet” i daje dodatkowe argumenty w negocjacjach o hojny budżet dla Polski.”* Nie przyszło mu do głowy jakoś, że gdybyśmy właśnie „zbudowali” sobie w Brukseli „autorytet” to prędzej by nam dosypano kasy niż ją blokowano, żądając wyjaśnień.
Nie podziela zresztą tego (rzeczywiście trudnego do podzielenia) optymizmu naszego ministra brytyjski „Daily Telegraph”, który wręcz uznaje, że nasza wpadka może dać świetny pretekst tym, którzy są zwolennikami oszczędności, do nawet dość radykalnego przycięcia planowanego budżetu Unii na następną „perspektywę finansową”. A przy całej swej niefrasobliwości w ocenach i interpretacjach nawet pan Sikorski powinien wiedzieć, że z przyciętego budżetu na pewno nie wyjdzie nam ten prorokowany przez niego „hojny budżet dla Polski”.
Na koniec taka uwaga przesiąknięta troską, która przy całej mojej niechęci i surowej ocenie pana Sikorskiego i jego poczynań wynika z faktu, że jest w końcu urzędnikiem, który odpowiada za sprawy istotne także i dla mnie. Nie wiem czy to tylko wynik przenikania do publicznego obiegu wyłącznie interesujących wiadomości stawiających Sikorskiego w złym świetle a pomijania tych, które świadczą o jego ciężkiej, wręcz benedyktyńskiej pracy a są po prostu nudne, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że z panem Sikorskim dzieje się coś złego. Przyjąłem, to „dzieje” i następujący regres zakładając, ze ani do rządu Kaczyńskiego ani do ekipy Tuska nie trafiłby, gdyby taki był od początku. Jednak co się dzieje pozostaje dla mnie zagadką, do której rozwiązania mam za mało podpowiedzi.

* http://www.rynekinfrastruktury.pl/artykul/79/1/sikorski-ujawnienie-zmowy-cenowej-buduje-autorytet-polski.html

piątek, 1 lutego 2013

Fani Kolei Mazowieckich



Zawsze, kiedy dochodzę do wniosku, że świat wirtualny jest tak nieobliczalny, iż niczym mnie już nie jest w stanie zaskoczyć, zdarza się coś takiego, co pokazuje, ze owszem, może.
Tak jak choćby wtedy, gdy przeczytałem o kosmicznej bitwie, która przez kilka godzin rozgrywała się w świecie sieciowej gry EVE Online.* Chyba mniej by mnie zadziwiło, gdybym nad głową, na nieboskłonie ujrzał wyrzynające się nawzajem dwie kosmiczne floty. W końcu to normalne, że jak się dwie wrogie floty zejdą w jednym miejscu, musi być gorąco.
No ale jeśli kilka tysięcy prawdziwych facetów (i zapewne facetek) z całego prawdziwego świata przez kilka realnych godzin (dla niektórych były to najrealniejsze godziny pracy a dla innych na przykład godziny na sen) wywala w prawdziwy kosmos (znaczy w niebyt) kilkadziesiąt tysięcy najprawdziwszych dolarów tylko dlatego, by zestrzelić kilkaset narysowanych statków. Prawda, że narysowanych przepięknie ale jednak narysowanych. To jest coś! Dziwnego.
Albo jeszcze bardziej zdumiewające. Dziś niepolitycznym (bo politycznym jest zapewne albo Grodzka albo Pawłowicz albo ktoś inny w tym rodzaju) tematem dnia w necie była wymiana opinii na fanpage Kolei Mazowieckich zakończone wykreowaniem nowej gwiazdy sieci – Pani Edyty Darmowej. Kto czytał lub słyszał – wie, kto nie słyszał – nie stracił wiele.** Jutro życie przyniesie nowe starcia i nowych bohaterów.
Ale mnie jednak coś wprawiło w zdumienie. Jeśli istnieje coś takiego jak fanpage (strona fanów) Kolei Mazowieckich i dochodzi tam do jakichś interakcji między żywymi, czyli istniejącymi naprawdę a nie narysowanymi ludźmi, znaczy, że istnieje w rzeczywistym świecie tak niewiarygodne zjawisko jak fani Kolei Mazowieckich!
Początkowo wymiana „uprzejmości” między ową Panią Edytą a Kolejami Mazowieckimi odebrana została jako dość skandaliczne traktowanie klientów (nawet tak elokwentnych jak pani Edyta) przez kolejowego przewoźnika. Firma jednak zaprzeczyła by miała cokolwiek wspólnego ze stroną i by występujący na niej dyskutant podpisany jako wspomniane Koleje faktycznie reprezentował firmę. I to dopiero jest kapitalne. Bo okazuje się, że w kraju, w którym w każda zagadka z czymś brudnym, śmierdzącym i niepunktualnym musi dotyczyć kolei jest ktoś, kto sam z siebie, bezinteresownie gotów jest stawać w obronie brudnych, śmierdzących i niepunktualnych kolei!!!!!
Teraz Koleje mazowieckie, odżegnujące się od samozwańczego obrońcy, wystąpiły o usunięcie fanpage’a. A powinny wręcz odlać w brązie ten jego kawałek, na którym na słynne „S*****syny j***ne, wasze marne usługi powinny być darmowe” padła legendarna już (choć nawet dzień jeszcze nie minął) odpowiedź „Pani Edyto, darmowa to może być pani a nie usługi przewozu
Naszła mnie na moment (na szczęście równie szybko jak naszła, zaraz też odeszła) chęć sprawdzenia, czy swoich fanów ma na przykład Narodowy Fundusz Zdrowia? Albo Kancelaria Prezesa Rady Ministrów?
I tak wróciło się nam do polityki. Co zresztą i tak było nieuniknione. Bo kiedy odkryłem, że istnieją fani Kolei i gdy zastanawiałem się czy ma ich też NFZ przypomniał mi się mimowolnie fragment z któregoś z publicystów prawdziwej prawicy sprzed lat. Nie pamiętam czy to był Korwin, Michalkiewicz czy Ziemkiewicz czy może w ogóle ktoś inny. W każdym razie wypowiedź dotyczyła pierwszej publikacji książkowej poświęconej blaskom i nędzom życia Jerzego Urbana, z której wynikało (w latach 90-tych poprzedniego wieku tak wynikało), że kobiety lecą na tego znanego wydawcę. Wydawca… jakie niejednoznaczne słowo. A więc kobiety leciały na Urbana a publicysta stwierdzał, że skoro kobiety są w stanie polecieć na coś takiego (jego słowa nie moje) to znaczy, że są w stanie polecieć na wszystko.
I tak samo teraz myślę, odkrywszy fanów Kolei, że wszystko w naturze musi mieć jakichś tam fanów. Nie może być inaczej.