Smutny i skandaliczny początek niedzielnego zgromadzenia na Krakowskim Przedmieściu od razu przywołał mi na myśl słowa doradcy prezydenta Komorowskiego, Tomasza Nałęcza, wedle którego „za gest Putina w Katyniu warto było zapłacić każdą cenę”. Z pozoru trudno dopatrzyć się tu jakiegokolwiek związku ale, jak postaram się pokazać, nie tylko jest ale nadto większy niż może się wydawać.
Słowa, które przytoczyłem, pan Nałęcz wypowiedział swego czasu w programie Moniki Olejnik w Radiu Zet, odpierając zarzuty dotyczące rozdzielanie wizyt w Katyniu Prezydenta Kaczyńskiego i Premiera Tuska. Wedle pana Nałęcza, obecność Prezydenta mogła uniemożliwić ów putinowski „gest”, za który, jak uważa pan Nałęcz, tę „każdą cenę” warto było uiścić. Cóż za tę „każdą cenę” mieliśmy dostać? Coś, co miało nic nie oznaczać (wybacz mi potencjalny krytyku ale jeśli naprawdę uważasz, że Putinowi jest z powodu katyńskiej zbrodni przykro albo nawet wstyd to ja uważam, że jesteś idiotą albo przynajmniej naiwniakiem), nic naprawdę nie znaczyć (co po roku „ocieplania stosunków” wiemy ile znaczy dzięki smutnemu doświadczeniu choćby i ostatnich dni). Teatralny, tani gest, za który my byliśmy gotowi na „każdą cenę”. Perkal i paciorki jak w transakcji wyżartych, chytrych kolonizatorów i naiwnych, poczciwych dzikusów radośnie dających się wyj****! I przekonanych przy tym szczerze, że to właśnie oni są tą czynną stroną.
Cóż to ma wspólnego z niedzielnym porankiem, tuż przed 8.41? Szamotanina przy barierkach, kompania ZOMO… proszę wybaczyć ale ten truchtający w kierunku zebranych ludzi pododdział, widziany z mojej perspektywy jako szyk czarnych ramion i białych hełmów z szybką, nie tylko mi się tak skojarzył. Odniosłem nawet wrażenie, że zdecydowanej większości zebranych. Część transparentów z treścią, która i mnie poruszyła raczej negatywnymi odczuciami. Tam nie powinno ich być…
To był kolejny, najbardziej chyba symboliczny przejaw tego, o czym najczęściej mówiło się w podsumowaniach minionej niedzieli. Pęknięcia, co miało się przecież zrosnąć jak jakaś zbiorowa blizna po smoleńskiej ranie a zmieniło się w przepaść. Oczywiście wiem, że każdy ma swego winnego wykopania tego dołu przez środek Narodu. Wielu jest zaiste takich, którym można wytknąć ochoczą i pełną zaangażowania pracę nad tą architektoniczną osobliwością. A ja nie o tym. Raczej o czymś przeciwnym.
Zdumiewa mnie bowiem to, że ci sami niemal (a może wręcz ci sami) ludzie potrafią klarować nam, że gotowi są płacić „każdą cenę” za bezwartościową pantomimę wschodniego satrapy, nie potrafili się przemóc i z podobną gotowością pochylić się nad tym pęknięciem, które skalą i konsekwencjami przerasta o lata świetlne skutki tego, że jakiś tam ruski, choćby i największy rangą urzędnik, wyjawi nam po latach, kto wtedy strzelał. Bo przecież bez tego nie wiedzielibyśmy! No naprawdę…!
Tak więc ci sami, którzy z takim nabożeństwem kupują ten perkal i paciorki z Moskwy, nie pomyśleli chyba nawet przez chwilę by być gotowymi zapłacić „każdą cenę” za ratowanie Narodu przed tym pęknięciem i ocalenie tej wspólnoty, nagle, na chwilę objawionej rok temu w jeden tydzień kwietnia. Nie wiem, czy potrzebna była „każda cena”. I nie dowiem się, bo przecież nasi fachowcy od perkalu i paciorków nawet nie sprawdzili, czy trzeba było aż „każdej”.
Mam podejrzenie, że starczyło by mniej, znacznie mniej. Też coś w rodzaju perkalu i paciorków. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Myślę, że ten nie postawiony pomnik, zwykły kawał kamienia przecież, który ciągle dzieli i wywołuje takie emocje, to wcale nie jest „każda cena” za to, co w zamian można było próbować ratować. Wydaj mi się, że to cena absolutnie niewygórowana. Chyba dużo trudniejsze byłoby dodanie do niego mniej lub bardziej udanej szczerości z jaką obdarowano by nim oczekujących takiego właśnie gestu.
Zwykłym a właściwie wręcz nadzwyczajnym pieprzeniem będzie powtarzanie kitu o „konserwatorskiej ochronie” a przejawy nagłej amnezji przeróżnych „bohaterów sierpnia” co jakoś nie mogą sobie przypomnieć czy był pewien człowiek w stoczni czy też objawił się z nagła gdzieś koło 89 to zwykłe s…syństwo. Kawał marmuru w „historycznej substancji”, upstrzonej przecież całkiem sporą liczbą niedawnych ingerencji, nie byłby żadną zbrodnią nawet bez tej wartości dodanej, której potencjalnie można było oczekiwać. A jeśli okazałoby się, że to zadziałało i odwróciło tę smutną historię, która tak nas teraz zżera, to czy cena byłaby wysoka? Przecież za to warto byłoby i 96 marmurowych brył w tamtą „substancję” wpakować! I bez dwóch zdań głupcami (jeśli tego nie dostrzegają) albo szubrawcami (jeśli to widzą ale mają gdzieś) są ci, dla których najwyraźniej ważniejsza jest „historyczna substancja” na Krakowskim i w wawelskiej krypcie niż zdrowa i niepodzielona substancja Narodu.
Oczywiście spodziewam się argumentów, że to nic by przecież nie zmieniło. Że wywołałoby istną kaskadę dalszych roszczeń. A ja mam inne zdanie. I wobec niezaistnienia tego zdarzenia, które stanowi podstawę naszych sprzecznych ocen, tak ta moja jak i ta, często wypowiadana publicznie, przeciwna opinia, są równie nieuprawnione. Ta, wypowiadana często publicznie opinia nadto, jako nie dająca się w żaden sposób weryfikować, jest zwyczajnie nieprzyzwoita. I tak samo przy tym poważna jak na przykład ewentualne twierdzenia o mamach adwersarzy mojej opinii, które to rodzicielki nie prowadziły się źle tylko przez to, iż nie miały ku temu okazji lub warunków. Dokładnie tak samo poważna.
Gdyby jednak spróbowano tego, o czym mówię, i wyszłoby tak, jak teraz mówią niektórzy, to co innego. Pierwszy bym zmieszał z błotem takie nadmierne łakomstwo. Ale nie spróbowano! I to zamyka dyskusję. Przynajmniej powinno zamknąć dyskusję osób szanujących siebie i mających się za przyzwoite.
Tej skromnej ceny nie zapłacono przecież i nawet w zamiarze to nie było. Widać nic ponad handelek perkalem i paciorkami nie jest w stanie urodzić się w tych głowach. Nic ponad tę „każdą cenę” za nic.
(tekst pisany 11 kwietnia)
wtorek, 12 kwietnia 2011
sobota, 9 kwietnia 2011
Żal z urzędu, zrozumienie z dystansu…
Przyznam, że czasem wstyd mi tej złości, którą odczuwam w zetknięciu z medialną wersją uczuć i emocji związanych z tragedią sprzed roku. Mały widocznie i bardzo, bardzo daleki od doskonałości ze mnie człowiek skoro tak trudno mi dopatrywać się w upublicznianych właśnie relacjach opisujących reakcje i przeżycia różnych osób publicznych w dniach kwietnia 2010 czegoś innego ponad chęć wyjścia naprzeciw przekonaniu, że teraz tak wypada. Mały ze mnie człowiek skoro czepiam się tego, że tak późno wpadli na to, że „tak wypada”.
Jedna z czołowych gazet uraczyła nas prawdziwym serialem będącym opisem rozterek, załamań, płaczów nieomal ludzi, którzy przez ten miniony rok w świadomości bardzo wielu obywateli zdołali zapisać się jako, przepraszam za cytat, „wyjątkowo nieczułe sukinsyny”. Potrafiące na przykład pytania dotyczące upamiętnienia ofiar i samej tragedii kwitować czymś w rodzaju mało przyjaznego szczeknięcia. Mające dziwne upodobanie do tego, co dla człowieka o normalnej (w moim, ułomnym bez dwóch zdań pojęciu) wrażliwości jest niczym innym jak zwykłym chamstwem i skrajnym zbydlęceniem. Nie mające oporów by ze swymi pretensjami pąkować się niemal w środek pogrzebowego konduktu.
I teraz nagle odkrywają przed publicznością swoje krwawiące wówczas serca, nie bacząc momentami na to, że czasem bywają w swym ekshibicjonizmie zabawni co z tym krwawienie współgra tak sobie. Tak jak choćby ten najwyższy urzędnik, który wreszcie ujawnił prawdę o tamtym żenującym wyścigu na smoleński pas. Okazało się, że został po prostu porwany przez jakiegoś bezimiennego ruskiego trepa i bał się chyba temu trepowi wyjaśnić kim naprawdę jest. Dziś (jeszcze nie zapoznałem się i nie wiem czy zapoznam się, nie bardzo mam ochotę…) wywnętrza się ponoć urzędnik najwyższy. We fragmencie, który znalazłem, wskazuje, że chyba bardziej od tej setki żywotów zmienionych jedną chwilą w trudną do rozpoznania masę przejął go los ojczyzny tak nagle osieroconej. Więc się z miejsca zaopiekował… Ciekawe czy dalej jest jakiś fragment rozmowy z Metropolitą o pochówku dowodzący rzeczywistej skali empatii urzędnika najwyższego?
W tym , niesprawiedliwie bez dwóch zdań ocenianej przez mnie – człeka małego i marnego, bólu naszych urzędników najwyższych rozpostartym na całe szerokości szpalt jest jedno, co mnie, człeka marnego i małego cieszy mimo baraku złudzeń wobec intencji. To mianowicie, że jakoś i ten niezauważany wtedy „deficyt upamiętnienia” objawił się na tyle, że już i nie wyklucza się choćby i monumentu, przed którym tak odkopywano się ten rok. Pewnie w jakiejś zaleconej pokrętnie terapii na ten ból, co dziś te szpalty zapełnia. Widać już nie jest tak źle. I chyba i jątrzyć nie będzie. A jak nie będzie to i gangreną nie grozi…
Nie zaprzeczę, że teraz ja jątrzę dla odmiany. Ale cóż… taka zmiana ról. Ci, co przez rok gardłowali, że się zawłaszcza, teraz, tuż przed rocznicą, sprawiają wrażenie mających teraz wręcz monopol na pamięć i cierpienie.
Może rzeczywiście powinienem raczej, miast dziwić się, podziwiać ich za to, że tak dzielnie potrafili ten swój ból schować za trudną dla mnie nawet do wyobrażenia racjonalnością, z jaką potrafili klarować gdzie wypada chodzić „z pochodniami”, palić znicze i kiedy należy „dać sobie spokój” albo wykazać się „dystansem” i „poczuciem humoru”. Naprawdę są godni podziwy gdy się pamięta, że przecież mają „swoich” Arama, Sebastiana, Grzegorza…
Przyznam szczerze, że daleki byłem od zamiaru jątrzenia, rozdrapywania… Ja i tak nie jestem w stanie w pełni pojąć tego, co wtedy się stało. A już tym bardziej rzeczywistego bólu dotkniętych tą tragedią najbardziej. Moja żałoba jest w znacznym stopniu symboliczna i faktycznie skończy się we wtorek. Bo dalej byłaby czymś niezrozumiałym i dla mnie samego. Zamiast niej będzie trzeźwe przyglądanie się w tej sprawie ręką najwyższych urzędników. Póki nie uznam, że nic już one nie ukrywają i niczym nie manipulują. To mnie będzie interesować a swój „odroczony ból” niech sobie wsadzą gdzieś.
Nie napisałbym tego, co napisałem, gdyby nie fragment opisu i dialog wyczytany w miejscu, z które pewnie co niektórzy mnie nie pochwalą. O reakcji polsko- rosyjskiego małżeństwa na to, co działo się między 10 a 18 kwietnia 2010 roku.
"- Kim on jest, żeby go chować między królami? - wrzeszczał do telewizora Dariusz. A później skwitował: - Ten pogrzeb jest jak PiS. Megalomański.
Ljuba dusiła łzy, gdy żołnierze Wojska Polskiego wynosili trumnę Lecha Kaczyńskiego z Bazyliki Mariackiej przy akompaniamencie chóru wykonującego "Matkę Najświętszą" Henryka Mikołaja Góreckiego. Klisza z rosyjskiej telewizji informacyjnej: tłum żałobników na Rynku Głównym w Krakowie. Biało-czerwone flagi przepasane kirami. Śpiewają "Boże coś Polskę"
- Kiedyś was za to bili - zauważyła Ljuba.
- Ale na co ten patos? Nie mogę na to patrzeć - odburknął Dariusz.
Ljubie łamał się głos: - To twój prezydent, ty durak.”*
Tak, szanowny Polaku, mający uczucie absmaku. Polaku od „zimnego Lecha”, „Przekąsek i zakąsek”. Dokładnie tak… TO TWÓJ PREZYDENT DURNIU!!!!!
* http://www.tvn24.pl/-1,1698541,0,1,to-twoj-prezydent--ty-durak,wiadomosc.html
Jedna z czołowych gazet uraczyła nas prawdziwym serialem będącym opisem rozterek, załamań, płaczów nieomal ludzi, którzy przez ten miniony rok w świadomości bardzo wielu obywateli zdołali zapisać się jako, przepraszam za cytat, „wyjątkowo nieczułe sukinsyny”. Potrafiące na przykład pytania dotyczące upamiętnienia ofiar i samej tragedii kwitować czymś w rodzaju mało przyjaznego szczeknięcia. Mające dziwne upodobanie do tego, co dla człowieka o normalnej (w moim, ułomnym bez dwóch zdań pojęciu) wrażliwości jest niczym innym jak zwykłym chamstwem i skrajnym zbydlęceniem. Nie mające oporów by ze swymi pretensjami pąkować się niemal w środek pogrzebowego konduktu.
I teraz nagle odkrywają przed publicznością swoje krwawiące wówczas serca, nie bacząc momentami na to, że czasem bywają w swym ekshibicjonizmie zabawni co z tym krwawienie współgra tak sobie. Tak jak choćby ten najwyższy urzędnik, który wreszcie ujawnił prawdę o tamtym żenującym wyścigu na smoleński pas. Okazało się, że został po prostu porwany przez jakiegoś bezimiennego ruskiego trepa i bał się chyba temu trepowi wyjaśnić kim naprawdę jest. Dziś (jeszcze nie zapoznałem się i nie wiem czy zapoznam się, nie bardzo mam ochotę…) wywnętrza się ponoć urzędnik najwyższy. We fragmencie, który znalazłem, wskazuje, że chyba bardziej od tej setki żywotów zmienionych jedną chwilą w trudną do rozpoznania masę przejął go los ojczyzny tak nagle osieroconej. Więc się z miejsca zaopiekował… Ciekawe czy dalej jest jakiś fragment rozmowy z Metropolitą o pochówku dowodzący rzeczywistej skali empatii urzędnika najwyższego?
W tym , niesprawiedliwie bez dwóch zdań ocenianej przez mnie – człeka małego i marnego, bólu naszych urzędników najwyższych rozpostartym na całe szerokości szpalt jest jedno, co mnie, człeka marnego i małego cieszy mimo baraku złudzeń wobec intencji. To mianowicie, że jakoś i ten niezauważany wtedy „deficyt upamiętnienia” objawił się na tyle, że już i nie wyklucza się choćby i monumentu, przed którym tak odkopywano się ten rok. Pewnie w jakiejś zaleconej pokrętnie terapii na ten ból, co dziś te szpalty zapełnia. Widać już nie jest tak źle. I chyba i jątrzyć nie będzie. A jak nie będzie to i gangreną nie grozi…
Nie zaprzeczę, że teraz ja jątrzę dla odmiany. Ale cóż… taka zmiana ról. Ci, co przez rok gardłowali, że się zawłaszcza, teraz, tuż przed rocznicą, sprawiają wrażenie mających teraz wręcz monopol na pamięć i cierpienie.
Może rzeczywiście powinienem raczej, miast dziwić się, podziwiać ich za to, że tak dzielnie potrafili ten swój ból schować za trudną dla mnie nawet do wyobrażenia racjonalnością, z jaką potrafili klarować gdzie wypada chodzić „z pochodniami”, palić znicze i kiedy należy „dać sobie spokój” albo wykazać się „dystansem” i „poczuciem humoru”. Naprawdę są godni podziwy gdy się pamięta, że przecież mają „swoich” Arama, Sebastiana, Grzegorza…
Przyznam szczerze, że daleki byłem od zamiaru jątrzenia, rozdrapywania… Ja i tak nie jestem w stanie w pełni pojąć tego, co wtedy się stało. A już tym bardziej rzeczywistego bólu dotkniętych tą tragedią najbardziej. Moja żałoba jest w znacznym stopniu symboliczna i faktycznie skończy się we wtorek. Bo dalej byłaby czymś niezrozumiałym i dla mnie samego. Zamiast niej będzie trzeźwe przyglądanie się w tej sprawie ręką najwyższych urzędników. Póki nie uznam, że nic już one nie ukrywają i niczym nie manipulują. To mnie będzie interesować a swój „odroczony ból” niech sobie wsadzą gdzieś.
Nie napisałbym tego, co napisałem, gdyby nie fragment opisu i dialog wyczytany w miejscu, z które pewnie co niektórzy mnie nie pochwalą. O reakcji polsko- rosyjskiego małżeństwa na to, co działo się między 10 a 18 kwietnia 2010 roku.
"- Kim on jest, żeby go chować między królami? - wrzeszczał do telewizora Dariusz. A później skwitował: - Ten pogrzeb jest jak PiS. Megalomański.
Ljuba dusiła łzy, gdy żołnierze Wojska Polskiego wynosili trumnę Lecha Kaczyńskiego z Bazyliki Mariackiej przy akompaniamencie chóru wykonującego "Matkę Najświętszą" Henryka Mikołaja Góreckiego. Klisza z rosyjskiej telewizji informacyjnej: tłum żałobników na Rynku Głównym w Krakowie. Biało-czerwone flagi przepasane kirami. Śpiewają "Boże coś Polskę"
- Kiedyś was za to bili - zauważyła Ljuba.
- Ale na co ten patos? Nie mogę na to patrzeć - odburknął Dariusz.
Ljubie łamał się głos: - To twój prezydent, ty durak.”*
Tak, szanowny Polaku, mający uczucie absmaku. Polaku od „zimnego Lecha”, „Przekąsek i zakąsek”. Dokładnie tak… TO TWÓJ PREZYDENT DURNIU!!!!!
* http://www.tvn24.pl/-1,1698541,0,1,to-twoj-prezydent--ty-durak,wiadomosc.html
piątek, 8 kwietnia 2011
Bez tytułu…
(Rolexowi)
Historia często zmuszona jest manipulować czasem i znaczeniami. Pisząc „historia” upraszczam bo w jej imię robią to jacyś bardziej lub mniej uprawnieni do tego ludzie. To zresztą nie jedyne imię pozwalające czegoś tam nadużywać. Choćby coś takiego jak państwo. Państwo ma wolę, uważa, nie widzi potrzeby, opowiada się lub nie… Choć pewnie w jakimś metafizycznym wymiarze skręca się i bluzga najgorszymi słowy gdy musi znosić te wszystkie „swoje” opinie i stanowiska. Ale wróćmy do historii. jedną z jej specjalności są wydumane cezury czasowe. W wielu przypadkach wydumane z braku alternatywy albo innego pomysłu. Czasem przeciwnie, z nadmiaru pomysłów i możliwości. Tak to się więc Średniowiecze kończyło wraz z Lutrem, Gutenbergiem, z Mehmedem II stojącym na wziętych właśnie murach Konstantynopola, z plującymi krwią z przeżartych szkorbutem dziąseł hiszpańskimi odkrywcami Ameryki. Choć żaden z nich nie był chyba szczególnie zainteresowany ustanawianiem granic epoki. A nawet gdyby ktoś mu to próbował uświadomić, on miałby to serdecznie gdzieś. Historia to potwór wbrew wszelkim symptomom i wyobrażeniom, żywy. Dziejący się często z hukiem. I w tym huku nie oglądający się na interpretacje.
I w zasadzie o historii najuczciwiej można powiedzieć, że zdarzyła się, dzieje i będzie się działa. Niczym taki potężny serpent przesuwający się na naszych oczach i pozostawiający głęboki, trudny do zignorowania ślad.
Kwestia ustanawianie cezur ma w sobie chyba od zawsze jakąś tendencję do manipulacji. Przepuszczania przez takie czy inne, zawsze jednak wygodne dla inicjatora procesu filtry. Z tym, że ich użycie rzadko jest procesem nieinwazyjnym.
Bez wątpienia jest a i znajdzie się jeszcze wielu takich, dla których dla opisania dnia 10 kwietnia 2011 roku najwłaściwszym słowem będzie „nareszcie”. Nie twierdze, ze w każdym takim przypadku będzie to wynikiem jakiejś bezwzględnie złej woli i chęci zamanifestowania braku szacunku czy zrozumienia dla czyjegoś bólu czy trudniejszego do zdefiniowania ogólnego braku mechanizmu empatii. Może być i tak, że chodzić będzie jedynie o chęć nieskrępowanej możliwości spaceru Krakowskim Przedmieściem, jak to jest choćby u pana Skalskiego czy zamiar skupienia się na godniejszych okazjach do wieszania flagi, co werbalizuje pani Wielowiejska. Chęć jakiegoś usankcjonowania tego „nareszcie” widać choćby i w wystąpieniach kościelnych hierarchów. Nie pojmuje tej ich chęci bo w sprawach z pogranicza świata znanego mi i tego, w którego istnienie wierzę, są bez wątpienia bieglejsi ode mnie. I wiedzieć powinni, że ostatnim czego można oczekiwać to odczuwanie na komendę.
Prawdą oczywistą jest to, że nikt nie utnie odczuwanego bólu tylko przez to, że minęła jakaś tam liczba kilkuset, kilkudziesięciu i jeszcze kilku dni. I nie myślę tu tylko o bólu tych, którym ten ból, jako niechciana prerogatywa każdej takiej straty, przynależy bez wątpienia i niepodważalnie. Maja prawo do nie go i ci, którzy się nim obarczyli z własnego wyboru. Tego po prostu nie da się zrobić administracyjną decyzją ani pasterskim listem. Takie sposoby są zawsze zabiegami niebezpiecznie inwazyjnymi. Wciskającymi się swą kaleką racjonalnością w indywidualne odczuwanie. W coś niepojętego, niemierzalnego i wytłumaczalnego w sposób bardzo ograniczony, by nie rzec płytki i kaleki.
Jedyne, co bez ryzyka trzęsienia ziemi da się zderzyć z tą tajemnicą, ukrytą w ludzkich duszach to zrozumienie i współczucie.
Wiele miesięcy przedtem, zanim w Smoleńsku „niebo upadło na ziemie” widziałem zdarzenie, które od dłuższego czasu mam przed oczami za każdym razem gdy wysłuchuję argumentów przeciw zniczom i kwiatom w „niewłaściwym miejscu”. Rzecz działa się w centrum średniej wielkości miasta, niegdyś wojewódzkiego, dziś powiatowego. U zbiegu reprezentacyjnego deptaka i centralnego placu, na wyrost nieco zwanego rynkiem, na chodniku przystanęły dwie kobiety i ustawiły dwa zapalone, niezbyt duże znicze. Chwilę stały, wymieniły ze dwa, trzy zdania i poszły, każda w swoją stronę. Zaintrygowany zapukałem mojej ówczesnej Beatryczy, która była przewodniczką mej pierwszej i jedynej wizyty w tym mieście, cóż znaczyło to zaobserwowane wydarzenie. Trudno dziwić się chyba, że zapytałem choć wiedziony byłem zwykłą, może zasługującą teraz na jakieś tam poczucie wstydu, ciekawością. Okazało się, że starsza z kobiet, to matka dziewczynki, która lat sporo wcześniej została uprowadzona i zamordowana w drodze do szkoły. W tym miejscu, na tym zbiegu ulicy i placu, na wyrost nieco zwanego rynkiem, matka ostatni raz widziała córkę żywą bo tu ją wtedy pożegnała gdy rozstawały się podążając do szkoły i pracy. Kim była druga z kobiet nikt nie wie. Łącznie z matką przychodzącą w miejsce najbardziej kojarzące się jej z największą tragedią, największą stratą i największą życiową miłością. Któregoś kolejnego dnia otwierającego następny rok rozpamiętywania, po prostu pojawiła się obok dotkniętej bólem matki. I tak pojawia się od tamtego czasu rok po roku. Świat, może poza ich osobistym światem, od tego ich stania w milczeniu i od tych dwóch lampek zapalonych być może w miejscu mało do tego odpowiednim, jakoś się nie zawalił i nic nie wskazuje by w przyszłości miał zamiar. Światu chyba też to nie za bardzo przeszkadza. Pewnie i tam, w tym miasteczku są jacyś Skalscy, którzy akurat dokładnie tego dnia chcieliby akurat dokładnie w tamtym miejscu postawić swe zażywające spaceru stopy. Ale widać to są jacyś bardziej ludzcy Skalscy. Tacy, którzy drugiego człowieka potrafią ocenić i przez pryzmat naturalnych dla istoty ludzkiej słabości. także tych dostrzeganych w sobie.
Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem, będzie przez część czytających odebrane jako służąca czemuś czy komuś propaganda. maja prawo tak sądzić. Ja natomiast mam nadzieję, że przeczyta to jakaś cześć tych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie ciszy na Krakowskim Przedmieściu 10 kwietnia roku 2011. Ciszy kilkutysięcznego tłumu. I nie myślę wcale wyłącznie o tych, którzy ciszę tę gotowi byliby zakłócić urągając tym, którzy czuli potrzebę by się tam zebrać. Także o tych, dla których będzie to okazja, by wyrazić swą opinię o tych, którzy po 10 kwietnia roku 2010 pozostali wśród żywych. Myślę też o tych, a może głownie o tych, którzy arbitralnie i autorytatywnie będą próbować wmówić, że to już „koniec”, że „starczy” i że „nareszcie”. Ktoś kiedyś, po latach może tak to zobaczy ale przez to tylko, że zbyt to będzie odległe by miał szanse zobaczyć ile jeszcze nam zostało tych autentycznych, „żywych zasobników z bólem” które przecież, w poniedziałkowy poranek 12 kwietnia roku 2011 nie ulęgną nagłej dematerializacji. To nie jest koniec historii. Ona sunie, żłobiąc ślad…
Historia często zmuszona jest manipulować czasem i znaczeniami. Pisząc „historia” upraszczam bo w jej imię robią to jacyś bardziej lub mniej uprawnieni do tego ludzie. To zresztą nie jedyne imię pozwalające czegoś tam nadużywać. Choćby coś takiego jak państwo. Państwo ma wolę, uważa, nie widzi potrzeby, opowiada się lub nie… Choć pewnie w jakimś metafizycznym wymiarze skręca się i bluzga najgorszymi słowy gdy musi znosić te wszystkie „swoje” opinie i stanowiska. Ale wróćmy do historii. jedną z jej specjalności są wydumane cezury czasowe. W wielu przypadkach wydumane z braku alternatywy albo innego pomysłu. Czasem przeciwnie, z nadmiaru pomysłów i możliwości. Tak to się więc Średniowiecze kończyło wraz z Lutrem, Gutenbergiem, z Mehmedem II stojącym na wziętych właśnie murach Konstantynopola, z plującymi krwią z przeżartych szkorbutem dziąseł hiszpańskimi odkrywcami Ameryki. Choć żaden z nich nie był chyba szczególnie zainteresowany ustanawianiem granic epoki. A nawet gdyby ktoś mu to próbował uświadomić, on miałby to serdecznie gdzieś. Historia to potwór wbrew wszelkim symptomom i wyobrażeniom, żywy. Dziejący się często z hukiem. I w tym huku nie oglądający się na interpretacje.
I w zasadzie o historii najuczciwiej można powiedzieć, że zdarzyła się, dzieje i będzie się działa. Niczym taki potężny serpent przesuwający się na naszych oczach i pozostawiający głęboki, trudny do zignorowania ślad.
Kwestia ustanawianie cezur ma w sobie chyba od zawsze jakąś tendencję do manipulacji. Przepuszczania przez takie czy inne, zawsze jednak wygodne dla inicjatora procesu filtry. Z tym, że ich użycie rzadko jest procesem nieinwazyjnym.
Bez wątpienia jest a i znajdzie się jeszcze wielu takich, dla których dla opisania dnia 10 kwietnia 2011 roku najwłaściwszym słowem będzie „nareszcie”. Nie twierdze, ze w każdym takim przypadku będzie to wynikiem jakiejś bezwzględnie złej woli i chęci zamanifestowania braku szacunku czy zrozumienia dla czyjegoś bólu czy trudniejszego do zdefiniowania ogólnego braku mechanizmu empatii. Może być i tak, że chodzić będzie jedynie o chęć nieskrępowanej możliwości spaceru Krakowskim Przedmieściem, jak to jest choćby u pana Skalskiego czy zamiar skupienia się na godniejszych okazjach do wieszania flagi, co werbalizuje pani Wielowiejska. Chęć jakiegoś usankcjonowania tego „nareszcie” widać choćby i w wystąpieniach kościelnych hierarchów. Nie pojmuje tej ich chęci bo w sprawach z pogranicza świata znanego mi i tego, w którego istnienie wierzę, są bez wątpienia bieglejsi ode mnie. I wiedzieć powinni, że ostatnim czego można oczekiwać to odczuwanie na komendę.
Prawdą oczywistą jest to, że nikt nie utnie odczuwanego bólu tylko przez to, że minęła jakaś tam liczba kilkuset, kilkudziesięciu i jeszcze kilku dni. I nie myślę tu tylko o bólu tych, którym ten ból, jako niechciana prerogatywa każdej takiej straty, przynależy bez wątpienia i niepodważalnie. Maja prawo do nie go i ci, którzy się nim obarczyli z własnego wyboru. Tego po prostu nie da się zrobić administracyjną decyzją ani pasterskim listem. Takie sposoby są zawsze zabiegami niebezpiecznie inwazyjnymi. Wciskającymi się swą kaleką racjonalnością w indywidualne odczuwanie. W coś niepojętego, niemierzalnego i wytłumaczalnego w sposób bardzo ograniczony, by nie rzec płytki i kaleki.
Jedyne, co bez ryzyka trzęsienia ziemi da się zderzyć z tą tajemnicą, ukrytą w ludzkich duszach to zrozumienie i współczucie.
Wiele miesięcy przedtem, zanim w Smoleńsku „niebo upadło na ziemie” widziałem zdarzenie, które od dłuższego czasu mam przed oczami za każdym razem gdy wysłuchuję argumentów przeciw zniczom i kwiatom w „niewłaściwym miejscu”. Rzecz działa się w centrum średniej wielkości miasta, niegdyś wojewódzkiego, dziś powiatowego. U zbiegu reprezentacyjnego deptaka i centralnego placu, na wyrost nieco zwanego rynkiem, na chodniku przystanęły dwie kobiety i ustawiły dwa zapalone, niezbyt duże znicze. Chwilę stały, wymieniły ze dwa, trzy zdania i poszły, każda w swoją stronę. Zaintrygowany zapukałem mojej ówczesnej Beatryczy, która była przewodniczką mej pierwszej i jedynej wizyty w tym mieście, cóż znaczyło to zaobserwowane wydarzenie. Trudno dziwić się chyba, że zapytałem choć wiedziony byłem zwykłą, może zasługującą teraz na jakieś tam poczucie wstydu, ciekawością. Okazało się, że starsza z kobiet, to matka dziewczynki, która lat sporo wcześniej została uprowadzona i zamordowana w drodze do szkoły. W tym miejscu, na tym zbiegu ulicy i placu, na wyrost nieco zwanego rynkiem, matka ostatni raz widziała córkę żywą bo tu ją wtedy pożegnała gdy rozstawały się podążając do szkoły i pracy. Kim była druga z kobiet nikt nie wie. Łącznie z matką przychodzącą w miejsce najbardziej kojarzące się jej z największą tragedią, największą stratą i największą życiową miłością. Któregoś kolejnego dnia otwierającego następny rok rozpamiętywania, po prostu pojawiła się obok dotkniętej bólem matki. I tak pojawia się od tamtego czasu rok po roku. Świat, może poza ich osobistym światem, od tego ich stania w milczeniu i od tych dwóch lampek zapalonych być może w miejscu mało do tego odpowiednim, jakoś się nie zawalił i nic nie wskazuje by w przyszłości miał zamiar. Światu chyba też to nie za bardzo przeszkadza. Pewnie i tam, w tym miasteczku są jacyś Skalscy, którzy akurat dokładnie tego dnia chcieliby akurat dokładnie w tamtym miejscu postawić swe zażywające spaceru stopy. Ale widać to są jacyś bardziej ludzcy Skalscy. Tacy, którzy drugiego człowieka potrafią ocenić i przez pryzmat naturalnych dla istoty ludzkiej słabości. także tych dostrzeganych w sobie.
Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem, będzie przez część czytających odebrane jako służąca czemuś czy komuś propaganda. maja prawo tak sądzić. Ja natomiast mam nadzieję, że przeczyta to jakaś cześć tych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie ciszy na Krakowskim Przedmieściu 10 kwietnia roku 2011. Ciszy kilkutysięcznego tłumu. I nie myślę wcale wyłącznie o tych, którzy ciszę tę gotowi byliby zakłócić urągając tym, którzy czuli potrzebę by się tam zebrać. Także o tych, dla których będzie to okazja, by wyrazić swą opinię o tych, którzy po 10 kwietnia roku 2010 pozostali wśród żywych. Myślę też o tych, a może głownie o tych, którzy arbitralnie i autorytatywnie będą próbować wmówić, że to już „koniec”, że „starczy” i że „nareszcie”. Ktoś kiedyś, po latach może tak to zobaczy ale przez to tylko, że zbyt to będzie odległe by miał szanse zobaczyć ile jeszcze nam zostało tych autentycznych, „żywych zasobników z bólem” które przecież, w poniedziałkowy poranek 12 kwietnia roku 2011 nie ulęgną nagłej dematerializacji. To nie jest koniec historii. Ona sunie, żłobiąc ślad…
czwartek, 7 kwietnia 2011
Ktoś nam podmienił Donalda Tuska? (szuflady pełne…)
„Zaskakujące oświadczenie”* Donalda Tuska w sprawie rosyjskiego śledztwa aż prosi się o tytułowe pytanie. Prosi się bo odpowiedź ( rzecz jasna twierdząca!) byłaby najprostszym wyjaśnieniem, dość bezwstydnej w mej ocenie, wolty pana Premiera w sprawie, w której dotąd, póki mógł, był rzecznikiem „rosyjskiego profesjonalizmu”. Przyjęcie tezy, że mamy do czynienia z innym Donaldem Tuskiem niż ten, który miesiącami zapewniał nas, że nie ma powodów by nie ufać Rosjanom, jest chyba opcja łatwiejszą do przełknięcia, niż założenie, że mamy polityka- realistę z taką cholerna łatwością do oszukiwania obywateli. I taką sama łatwość „odwracania kota ogonem” przy przechodzeniu na „z góry upatrzone”, mniej kłopotliwe pozycje.
Po prawdzie Premier Tusk swoje stanowisko na temat profesjonalizmu i wiarygodności wybranych osobiście przez siebie (co wielokrotnie podkreślał dobitnie) partnerów uelastycznia już od jakiegoś czasu. Zdarzało mu się stwierdzić na przykład: „Ja nie mam żadnych złudzeń co do naszego sąsiada, ale nie mam też żadnych obsesji.”** Jednak tych ekspiacji dokonywał przyparty do muru i przytłoczony skalą rzeczywistego „profesjonalizmu” strony rosyjskiej. A i to z oporami. Miarą gotowości przyznania się do błędu jest chyba słynne „izwinietie” najbliższego współpracownika Premiera, będące reakcją na skandaliczny epizod, związany z „profesjonalnym” zabezpieczaniem miejsca katastrofy.
Prawdę mówiąc, zaiste podziwu godną jest liczba Donaldów Tusków, którą dysponuje rządząca obecnie partia. Na dobrą sprawę można uznać, iż jest to najbardziej oczywiste wytłumaczenie niegdysiejszej kompromitacji PO w sprawie sławnych „szuflad pełnych ustaw”. Odnoszę teraz, po niewczasie, wrażenie, że nawet przy najlepszych chęciach nie było szans by jakieś ustawy do nich wcisnąć gdyż wypchane po brzegi były i są one wszelakimi twarzami Donalda Tuska. A może nawet oddzielnymi Donaldami Tuskami na każdą okazję.
Jest więc tam i Donald Tusk surowy dla „ludzi, na których ciążą zarzuty” oraz ten uważający jednego z takich ludzi za świetnego kandydata na prezydenta nadmorskiego kurortu, jest Tusk – niegdysiejszy liberał jak też ten, gotowy chłostać jakichś tam „spekulantów”. Jest wreszcie ten zapłakany i zdruzgotany na smoleńskim pobojowisku i zaraz obok aż dwa „zamienniki” – jeden, który „nie ma poczucia deficytu upamiętnienia” oraz ten drugi, uradowany „poczuciem humoru” Tarasa i jego kumpli.
Właściwie zdumiewa mnie, przy tej stwierdzonej i naprawdę skromnie wyrachowanej mnogości osobowości, opinii i wrażliwości Donalda Tuska, cała wrzawa, rozpętywana cyklicznie na kanwie „przemian” Prezesa Kaczyńskiego. Wszak jego dorobek w tej materii, w porównaniu z tym wskazanym wyżej, jest mniej niż skromny. Dwie czy tam trzy twarze wobec „pełnych szuflad” Donalda Tuska to coś wręcz do statystycznego przemilczenia!
Ja wiem, że dla zwolenników obecnego Premiera jego natura „multiplikowanego Światowida”, potrafiącego zaskakiwać nawet i co dnia w opozycji choćby i do samego siebie, to dowód wyjątkowego talentu politycznego. Taka nowoczesna, i obowiązkowo szlachetna, odmiana makiawelizmu. Może i kiedyś, choć ja osobiście sobie nie przypominam, miał w Donald Tusk zadatki na mniejszego lub większego Makiawela. Ale ten pąk żadnym kwiatem nie rozkwitł. Gdyby było to możliwe a nadto celowe, by Nicolo Machiavelli wstał teraz z grobu i się do makiawelizmu naszego Premiera zechciał ustosunkować, to, pewien jestem, że nacisk położyłby przede wszystkim na jeden element. na ten mianowicie, że to „cel uświęca środki”. Że politykę robi się po coś konkretnego, najlepiej określonego na początku drogi, a nie tylko po to by ją robić. Jak wiemy, akurat próba bilansowania tego „początku drogi” ekipy Donalda Tuska ze stanem obecnym to chyba najsłabsza karta, którą w swojej talii z rękawa dysponuje obecny Premier wraz ze swoim politycznym, intelektualnym i każdym innym zapleczem. Gdyby pokusić się o to, by wkładać Makiawelowi w usta ocenę dokonań obecnej ekipy to mógłby on na przykład użyć wobec nich określenia „polityczna masturbacja”. Wiem, że mocne. Ale jak trafniej nazwać sprawowanie władzy dla samego jej sprawowania? I proszę mi tu nie podsuwać żadnych przykładów realizacji „Orlików” czy ich dorosłej wersji, pozostającej dotąd na szczęście w sferze planów pod nazwą „Orły”. Bo będę musiał do tego bardzo intensywnie wdrażanego planu uczynienia z Polski „drugiej Brazylii” odnieść się z godną go złośliwością i dosadnością.
Ale może w tym ostatnim planie i w determinacji, z jaką jest on forsowany i realizowany, chyba najłatwiej byłoby doszukać się tej prawdziwej twarzy czy tam wersji Donalda Tuska. Wiem, że to będzie bez dwóch zdań banalne i nie na poziomie na dodatek, ale czy nie jest coś na rzeczy w twierdzeniach, że rządzi nami „piłkarzyk” Donald Tusk?
* http://wiadomosci.dziennik.pl/smolensk-rocznica-katastrofy/aktualnosci/artykuly/329945,tusk-dla-bbc-rosjanie-czesciowo-winni-ale-sie-nie-przyznaja.html
** http://www.radiozet.pl/Programy/7-Dzien-Tygodnia/Donald-Tusk
Po prawdzie Premier Tusk swoje stanowisko na temat profesjonalizmu i wiarygodności wybranych osobiście przez siebie (co wielokrotnie podkreślał dobitnie) partnerów uelastycznia już od jakiegoś czasu. Zdarzało mu się stwierdzić na przykład: „Ja nie mam żadnych złudzeń co do naszego sąsiada, ale nie mam też żadnych obsesji.”** Jednak tych ekspiacji dokonywał przyparty do muru i przytłoczony skalą rzeczywistego „profesjonalizmu” strony rosyjskiej. A i to z oporami. Miarą gotowości przyznania się do błędu jest chyba słynne „izwinietie” najbliższego współpracownika Premiera, będące reakcją na skandaliczny epizod, związany z „profesjonalnym” zabezpieczaniem miejsca katastrofy.
Prawdę mówiąc, zaiste podziwu godną jest liczba Donaldów Tusków, którą dysponuje rządząca obecnie partia. Na dobrą sprawę można uznać, iż jest to najbardziej oczywiste wytłumaczenie niegdysiejszej kompromitacji PO w sprawie sławnych „szuflad pełnych ustaw”. Odnoszę teraz, po niewczasie, wrażenie, że nawet przy najlepszych chęciach nie było szans by jakieś ustawy do nich wcisnąć gdyż wypchane po brzegi były i są one wszelakimi twarzami Donalda Tuska. A może nawet oddzielnymi Donaldami Tuskami na każdą okazję.
Jest więc tam i Donald Tusk surowy dla „ludzi, na których ciążą zarzuty” oraz ten uważający jednego z takich ludzi za świetnego kandydata na prezydenta nadmorskiego kurortu, jest Tusk – niegdysiejszy liberał jak też ten, gotowy chłostać jakichś tam „spekulantów”. Jest wreszcie ten zapłakany i zdruzgotany na smoleńskim pobojowisku i zaraz obok aż dwa „zamienniki” – jeden, który „nie ma poczucia deficytu upamiętnienia” oraz ten drugi, uradowany „poczuciem humoru” Tarasa i jego kumpli.
Właściwie zdumiewa mnie, przy tej stwierdzonej i naprawdę skromnie wyrachowanej mnogości osobowości, opinii i wrażliwości Donalda Tuska, cała wrzawa, rozpętywana cyklicznie na kanwie „przemian” Prezesa Kaczyńskiego. Wszak jego dorobek w tej materii, w porównaniu z tym wskazanym wyżej, jest mniej niż skromny. Dwie czy tam trzy twarze wobec „pełnych szuflad” Donalda Tuska to coś wręcz do statystycznego przemilczenia!
Ja wiem, że dla zwolenników obecnego Premiera jego natura „multiplikowanego Światowida”, potrafiącego zaskakiwać nawet i co dnia w opozycji choćby i do samego siebie, to dowód wyjątkowego talentu politycznego. Taka nowoczesna, i obowiązkowo szlachetna, odmiana makiawelizmu. Może i kiedyś, choć ja osobiście sobie nie przypominam, miał w Donald Tusk zadatki na mniejszego lub większego Makiawela. Ale ten pąk żadnym kwiatem nie rozkwitł. Gdyby było to możliwe a nadto celowe, by Nicolo Machiavelli wstał teraz z grobu i się do makiawelizmu naszego Premiera zechciał ustosunkować, to, pewien jestem, że nacisk położyłby przede wszystkim na jeden element. na ten mianowicie, że to „cel uświęca środki”. Że politykę robi się po coś konkretnego, najlepiej określonego na początku drogi, a nie tylko po to by ją robić. Jak wiemy, akurat próba bilansowania tego „początku drogi” ekipy Donalda Tuska ze stanem obecnym to chyba najsłabsza karta, którą w swojej talii z rękawa dysponuje obecny Premier wraz ze swoim politycznym, intelektualnym i każdym innym zapleczem. Gdyby pokusić się o to, by wkładać Makiawelowi w usta ocenę dokonań obecnej ekipy to mógłby on na przykład użyć wobec nich określenia „polityczna masturbacja”. Wiem, że mocne. Ale jak trafniej nazwać sprawowanie władzy dla samego jej sprawowania? I proszę mi tu nie podsuwać żadnych przykładów realizacji „Orlików” czy ich dorosłej wersji, pozostającej dotąd na szczęście w sferze planów pod nazwą „Orły”. Bo będę musiał do tego bardzo intensywnie wdrażanego planu uczynienia z Polski „drugiej Brazylii” odnieść się z godną go złośliwością i dosadnością.
Ale może w tym ostatnim planie i w determinacji, z jaką jest on forsowany i realizowany, chyba najłatwiej byłoby doszukać się tej prawdziwej twarzy czy tam wersji Donalda Tuska. Wiem, że to będzie bez dwóch zdań banalne i nie na poziomie na dodatek, ale czy nie jest coś na rzeczy w twierdzeniach, że rządzi nami „piłkarzyk” Donald Tusk?
* http://wiadomosci.dziennik.pl/smolensk-rocznica-katastrofy/aktualnosci/artykuly/329945,tusk-dla-bbc-rosjanie-czesciowo-winni-ale-sie-nie-przyznaja.html
** http://www.radiozet.pl/Programy/7-Dzien-Tygodnia/Donald-Tusk
środa, 6 kwietnia 2011
„Wszyscy jesteśmy smoleńskimi kontrolerami!”
Im bardziej zagłębić się w publicystykę osób związanych z Ruchem Autonomii Śląska, tym trudniej zaprzeczyć, że jeśli już ktoś powinien tłumaczyć się i kajać w sprawie, modelowo odwracającej w ostatnich dniach uwagę opinii publicznej to akurat nie ci, od których lwia większość tejże opinii publicznej wspomnianego pokajania oczekuje.
W zasadzie ja nawet nie dziwię się, że mający zdecydowanie więcej powodów do tłumaczenia przyjmują postawę wygodną, pomagającą na oczywistym „paleniu głupa” albo na złodziejskim zwyczaju pierwszego wrzeszczącego „łapać złodzieja”. Bo cóż mogą mieć do stracenia. Przecież alternatywą dla tej, przyjętej taktyki byłoby przyznanie, ze się zawarło koalicję a przez nią pozwoliło wypłynąć na szerokie wody polityki gościom, których powszechnie dostępnych poglądów nie raczyło się poznać. Już to jest kompromitujące. Ale chyba znacznie mniej od sytuacji, w której trzeba by przyznać, że się te poglądy zna. I jakoś nie przeszkadzają one…
A tak chyba jest, jeśli weźmie się pod uwagę, iż rzecz nie tylko w tym, że się paru panom „spoconym w wyścigu po władzę” nie chciało odfajkować choćby elementarnego czytelnictwa. Bo gdyby się nie chciało, byłaby to niejako „polska norma”. Rzecz w tym, że komuś tam się chciało i nawet stosowne opracowanie przygotował. Ale jakoś nikt z niego wniosków nie wyciągnął. A w zasadzie gdy już musiał to skrajnie idiotyczne. Zmierzające w zasadzie do twierdzenia, że jeśli cokolwiek nam grozi to nie wyobcowanie z poczucia państwowej wspólnoty tylko raczej używanie lokalnej gwary*.
Ale jak już powiedziałem, „palenie głupa” w wykonaniu „koalicjanta” w pełni rozumiem. I ten tylko nie zrozumie kto nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której poza „paleniem głupa” nic innego nie pozostaje. Ot choćby mój kumpel ze studiów, nakryty in flagranti z pewną słabo sobie znaną damą, zachichotał nerwowo i rzucił z głupim uśmiechem „tak się tu tylko dusimy…”.
Co innego, gdy się to „palenie głupa” bierze poważnie. Albo i śmiertelnie poważnie. No ale zdarza się.
Kiedy jednak zdarza się ludziom uchodzącym za jakieś takie intelektualne „znacznie powyżej średniej” to trudno nie zastanawiać się nad tym, z czego to się bierze albo z jakiego powodu tak się właśnie dzieje.
Wiem, że najprościej byłoby przyjąć, że wspomniane „powyżej średniej” jest zdecydowanie przeszacowane. To pewnie jakaś cześć prawdy. Wiem, że kolejną załatwi tłumaczenie o elitarnym „owczym pędzie”, chęci bycia w „głównym nurcie” czy tam na fali. Taka postawa właściwie też jest odmianą tego, co przyjęliśmy jako pierwsze.
A cała reszta… Nie wiem. Trudno mi nie przyznać, że w jednym szeregu z „przeszacowanymi” i „będącymi w głównym nurcie” można znaleźć jakąś, może nawet i sporą, grupę tych, których skądinąd zna się jako całkiem rozsądnych, mających zdrowe podejście do reszty życia.
Ten i ów z tych „zdrowych” czasem tłumaczy swoje zachowania i wybory strachem. Choć jakby tak trzeźwo i neutralnie problem rozważyć, ta motywacja częściej wyzwala zachowania do bólu racjonalne niż irracjonalne. Choć bywa też i tak…
Nie wiem czy to strach (i pozostałe, wcześniej wymienione przyczyny) i przed czym strach, legł u podstaw tego radosnego i dość masowego, przynajmniej w mediach, odruchu wywołanego faktem „palenia głupa” przez kolesi, którzy z chęci władzy weszli by pewnie w koalicję z Ratko Maladiczem gdyby tylko ta opcja dawała władzę i przynależne jej konfitury. Kwestia skutków takiego „uprawiania polityki” to temat na inny, dłuższy i poważniejszy tekst. Może napiszę, może nie… W każdym razie kolesie weszli w koalicję z piewcami hasła „Meine Vaterland ist Oberschlesien” (pisanego gotykiem) a nasza elita, „znacznie powyżej średniej”, miast zawyć „ O qrważesz mać!” na wyścigi wykrzykiwać poczęła „Wszyscy jesteśmy Ślązakami”.
Bo tak ma i już. I nie ma co dalej zastanawiać się z czego to wynika. A właściwie z kogo. Czy tam przez kogo… Na ten temat dość. W każdym razie dziwić się należy, że w sytuacjach bliźniaczych niemal, jakoś potrafiła utrzymać nerwy na wodzy a strach w ryzach. Wszak mogła zareagować podobnie. Mogła, jak jeden mąż (konkubent, żona, konkubina, partner, partnerka, kochanek, kochanka – niepotrzebne skreślić) zawyć od czasu do czasu „Wszyscy jesteśmy doktorami G!”, „Wszyscy jesteśmy Michałami Boni!”, „Wszyscy jesteśmy smoleńskimi kontrolerami!”, „Wszyscy jesteśmy narkotykową mafią!”. I tak dalej, i tak dalej…
Zastanawiam się tylko nad reakcją tychże, gdyby ów trend seter, zwany (najłagodniej…) Prezesem, któregoś dnia powiedział „nasi przeciwnicy to idioci”. Czy ten mechanizm by zadziałał? Bo jeśli tak, może znaleźlibyśmy się odrobinę bliżej prawdy…
* http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/329702,przed-podsycaniem-sztucznego-separatyzmu-ostrzegalo-tez-mswia.html
W zasadzie ja nawet nie dziwię się, że mający zdecydowanie więcej powodów do tłumaczenia przyjmują postawę wygodną, pomagającą na oczywistym „paleniu głupa” albo na złodziejskim zwyczaju pierwszego wrzeszczącego „łapać złodzieja”. Bo cóż mogą mieć do stracenia. Przecież alternatywą dla tej, przyjętej taktyki byłoby przyznanie, ze się zawarło koalicję a przez nią pozwoliło wypłynąć na szerokie wody polityki gościom, których powszechnie dostępnych poglądów nie raczyło się poznać. Już to jest kompromitujące. Ale chyba znacznie mniej od sytuacji, w której trzeba by przyznać, że się te poglądy zna. I jakoś nie przeszkadzają one…
A tak chyba jest, jeśli weźmie się pod uwagę, iż rzecz nie tylko w tym, że się paru panom „spoconym w wyścigu po władzę” nie chciało odfajkować choćby elementarnego czytelnictwa. Bo gdyby się nie chciało, byłaby to niejako „polska norma”. Rzecz w tym, że komuś tam się chciało i nawet stosowne opracowanie przygotował. Ale jakoś nikt z niego wniosków nie wyciągnął. A w zasadzie gdy już musiał to skrajnie idiotyczne. Zmierzające w zasadzie do twierdzenia, że jeśli cokolwiek nam grozi to nie wyobcowanie z poczucia państwowej wspólnoty tylko raczej używanie lokalnej gwary*.
Ale jak już powiedziałem, „palenie głupa” w wykonaniu „koalicjanta” w pełni rozumiem. I ten tylko nie zrozumie kto nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której poza „paleniem głupa” nic innego nie pozostaje. Ot choćby mój kumpel ze studiów, nakryty in flagranti z pewną słabo sobie znaną damą, zachichotał nerwowo i rzucił z głupim uśmiechem „tak się tu tylko dusimy…”.
Co innego, gdy się to „palenie głupa” bierze poważnie. Albo i śmiertelnie poważnie. No ale zdarza się.
Kiedy jednak zdarza się ludziom uchodzącym za jakieś takie intelektualne „znacznie powyżej średniej” to trudno nie zastanawiać się nad tym, z czego to się bierze albo z jakiego powodu tak się właśnie dzieje.
Wiem, że najprościej byłoby przyjąć, że wspomniane „powyżej średniej” jest zdecydowanie przeszacowane. To pewnie jakaś cześć prawdy. Wiem, że kolejną załatwi tłumaczenie o elitarnym „owczym pędzie”, chęci bycia w „głównym nurcie” czy tam na fali. Taka postawa właściwie też jest odmianą tego, co przyjęliśmy jako pierwsze.
A cała reszta… Nie wiem. Trudno mi nie przyznać, że w jednym szeregu z „przeszacowanymi” i „będącymi w głównym nurcie” można znaleźć jakąś, może nawet i sporą, grupę tych, których skądinąd zna się jako całkiem rozsądnych, mających zdrowe podejście do reszty życia.
Ten i ów z tych „zdrowych” czasem tłumaczy swoje zachowania i wybory strachem. Choć jakby tak trzeźwo i neutralnie problem rozważyć, ta motywacja częściej wyzwala zachowania do bólu racjonalne niż irracjonalne. Choć bywa też i tak…
Nie wiem czy to strach (i pozostałe, wcześniej wymienione przyczyny) i przed czym strach, legł u podstaw tego radosnego i dość masowego, przynajmniej w mediach, odruchu wywołanego faktem „palenia głupa” przez kolesi, którzy z chęci władzy weszli by pewnie w koalicję z Ratko Maladiczem gdyby tylko ta opcja dawała władzę i przynależne jej konfitury. Kwestia skutków takiego „uprawiania polityki” to temat na inny, dłuższy i poważniejszy tekst. Może napiszę, może nie… W każdym razie kolesie weszli w koalicję z piewcami hasła „Meine Vaterland ist Oberschlesien” (pisanego gotykiem) a nasza elita, „znacznie powyżej średniej”, miast zawyć „ O qrważesz mać!” na wyścigi wykrzykiwać poczęła „Wszyscy jesteśmy Ślązakami”.
Bo tak ma i już. I nie ma co dalej zastanawiać się z czego to wynika. A właściwie z kogo. Czy tam przez kogo… Na ten temat dość. W każdym razie dziwić się należy, że w sytuacjach bliźniaczych niemal, jakoś potrafiła utrzymać nerwy na wodzy a strach w ryzach. Wszak mogła zareagować podobnie. Mogła, jak jeden mąż (konkubent, żona, konkubina, partner, partnerka, kochanek, kochanka – niepotrzebne skreślić) zawyć od czasu do czasu „Wszyscy jesteśmy doktorami G!”, „Wszyscy jesteśmy Michałami Boni!”, „Wszyscy jesteśmy smoleńskimi kontrolerami!”, „Wszyscy jesteśmy narkotykową mafią!”. I tak dalej, i tak dalej…
Zastanawiam się tylko nad reakcją tychże, gdyby ów trend seter, zwany (najłagodniej…) Prezesem, któregoś dnia powiedział „nasi przeciwnicy to idioci”. Czy ten mechanizm by zadziałał? Bo jeśli tak, może znaleźlibyśmy się odrobinę bliżej prawdy…
* http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/329702,przed-podsycaniem-sztucznego-separatyzmu-ostrzegalo-tez-mswia.html
wtorek, 5 kwietnia 2011
Pomnik – list do Platformy
„Nie nazywaj mnie psem bo hańbisz imię tych,
którzy legli z mojej ręki”
Wypowiedziana wczoraj przez pana Rafała Grupińskiego opinia na temat zasług Lecha Kaczyńskiego oraz należnego a raczej nienależnego mu, wedle zdania Grupińskiego, pomnika, zestawiona nadto z udawaną histerią wokół skrawka wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat narodowości śląskiej to bez wątpienia elementy jakiejś strategii wyborczej. I tak chyba najłatwiej je rozpatrywać. Jednak trudno nie pochylić się nad słowami Grupińskiego w sposób nieco poważniejszy. Poważny na tyle, na ile poważnie chcieliby zapewne być odbierani politycy i członkowie Platformy Obywatelskiej.
Nie wątpię, że pan Grupiński jest dużym i poważnym chłopcem. Nie żadnym tam gówniarzem, który ze złości czy bezsilności rzuca nagle coś, co pasuje do nieśmiertelnego wśród gówniarzy modelu argumentu per „twoja matka to k***a”. Jest pan Grupiński co najwyżej może dotknięty tym samym schorzeniem, na które wcześniej zapadli choćby panowie Borusewicz i Borowczak. Taką, dziwną dość w ich wieku, wybiórczą amnezją. Ale jestem ostatnim, który jemu, tamtym dwóm oraz całej reszcie odmawiałby jakichś zdolności logicznego myślenia i umiejętności racjonalnej oceny rzeczywistości.
Z takim przekonaniem mam prawo uważać, że tak naprawdę politycy PO, w tym pan Grupiński, doskonale wiedzą, iż z ich punktu widzenia pomnik dla Lecha Kaczyńskiego to najmniejszy koszt, jaki powinni ponieść. Że dla nich byłoby to wyjście najbardziej honorowe. Że tak naprawdę, za ich niewątpliwą przyczyną, na takie uhonorowanie przez nich zasługują już teraz obaj bracia- bliźniacy.
Powiedziane kiedyś zostało, że o wielkości najlepiej świadczy format wrogów, jakich posiadamy. Ostatnim zatem, co mogłoby leżeć w interesie polityka, chcącego uchodzić za poważnego i pretendującego do wielkości, jest tworzenie wrażenia, że jego życiowa droga to przepychanie się w tłumie karłów. I powtarzanie, że tak znacznie przerasta innych. Szczególnie gdy tych innych co i rusz rzuca społeczeństwu na pożarcie jako nieustającą i nieprzezwyciężoną przyczynę wszelkich swych, wcale nie rzadkich, niepowodzeń.
Powinien wziąć to sobie do serca i pan Grupiński i jego koledzy. Tym bardziej powinni to sobie wziąć do serca, że w żaden sposób on ani nikt inny z jego partii nie potrafi mnie a pewnie i wielu innych przekonać, że dla PO istnieje teraz jakiekolwiek życie bez Kaczyńskich.
Przez ostatnie lata oglądaliśmy nie tylko ciągłą wojnę polityków Platformy ze słowami, czynami a nawet myślami braci Kaczyńskich. Oglądaliśmy też konsternację, zagubienie i bezradność tej partii zawsze wtedy, gdy bracia Kaczyńscy schodzili im z celownika, z jakichś powodów się wyciszali, nie dawali wystarczających powodów do ataków. Choćby najbardziej irracjonalnych.
To nie moje odkrycie, że istotą sukcesu PO zdaje się być mniej jej sprawność w rządzeniu i przydatność dla państwa a zdecydowanie bardziej jej rozbuchana antykaczyńskość. Nie przypadkiem w każdej przedwyborczej opresji Platformy, prędzej czy później musi paść groźba „powrotu Kaczyńskiego”. Tak jest i panie i panowie z PO powinni przestać się tego wypierać.
Przyjęcia wojny z Kaczyńskimi jako permanentnego, uznanego chyba za doskonały, politycznego konceptu wyprzeć po prostu się nie da. Tym bardziej, że zaczyna on osiągać kształt wręcz groteskowy. Powoli sensem politycznego funkcjonowania PO staje się zaprzeczanie Kaczyńskiemu bez względu na to, co on powie i napisze. Nawet gdy takie zaprzeczanie jest oczywiście idiotyczne.
Zabawne było to wczorajsze napinanie się PO, która to partia wolała po stokroć dowodzić, że nie umie czytać ze zrozumieniem ani nie zna znaczenia niektórych słów, niż przepuścić okazję do ataku na szefa PiS. Zabawne było to, że oczywisty adresat inkryminowanego przez polityków i admiratorów PO fragmentu, odmiennie niż zaciągający gwarą ustawieni w rządek politycy śląskiej PO, literacką polszczyzną wyjaśnił, że nie czuje się urażony bo nie widzi żadnego powodu urazy.
Wracając zaś do wypowiedzi pana Grupińskiego, chciałbym mu podsunąć pewną, dość fantastyczną wizję. Taką, w której gdzieś na Krakowskim Przedmieściu stoi monument poświęcony Lechowi Kaczyńskiemu. Temu Kaczyńskiemu, który, o czym chcę pana Grupińskiego zapewnić i uświadomić mu, w starania o wolną i wielką Polskę zaangażował się nieco wcześniej i nieco intensywniej niż jego recenzent- Grupiński. Niech pan Grupiński popatrzy na ten monumenty i pomyśli ile nerwów i sił kosztowały jego i jego kolegów zmagania z tym człowiekiem. Czy to nie piękna wizja, panie Grupiński? Czy nie piękniejsza od tej, którą usiłujecie propagować? Wedle której pełna wybitnych mężów, niewątpliwych przymiotów i kompetencji oraz mająca dalekosiężne plany i wizjonerskie koncepcje partia, trzymająca ręką swego wybitnego wodza partia nie była w stanie zrobić kroku bez oglądania się na to, co zrobią ci dawaj mali i mierni Kaczyńscy.
Niech pan Grupiński i reszta jego koleżanek i kolegów choć na chwilę porzuci uprzedzenia i zacietrzewienie i sama sobie odpowie, czy przypadkiem każde słowo rzucane z ich strony by umniejszyć znaczenie i rolę Lecha ( i Jarosława) Kaczyńskiego nie jest przypadkiem i przewrotnie zarazem, kolejną cegiełką rosnącego z każdym dniem pomnika małości, zawiści by nie rzec głupoty Platformy Obywatelskiej.
Prawdę mówiąc nie oczekuje od PO ( w osobach czy to Grupińskiego, czy Tuska czy kogokolwiek innego) szczerego uznania i docenienia zasług ich przeciwników. Za długo miałem okazję oglądać ich w akcji by wiedzieć, że na ten typ reakcji nie mam co liczyć. Ale odrobiny mądrości ciągle, choć z coraz mniejszą wiarą, jednak oczekuję. I wyrachowania, które wreszcie uświadomi im, że umniejszając swoich przeciwników sami równocześnie karleją znacznie bardziej. I świadomości tego, że ten pomnik byłby też ich pomnikiem. Przynoszącym im bez dwóch zdań chwałę, przeciwnie do tych, które wystawiają sobie niemal co dnia tym, co mówią. W odróżnieniu do tych, małych jak oni, pomniczków ich zapiekłości, zawiści i złości.
którzy legli z mojej ręki”
Wypowiedziana wczoraj przez pana Rafała Grupińskiego opinia na temat zasług Lecha Kaczyńskiego oraz należnego a raczej nienależnego mu, wedle zdania Grupińskiego, pomnika, zestawiona nadto z udawaną histerią wokół skrawka wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat narodowości śląskiej to bez wątpienia elementy jakiejś strategii wyborczej. I tak chyba najłatwiej je rozpatrywać. Jednak trudno nie pochylić się nad słowami Grupińskiego w sposób nieco poważniejszy. Poważny na tyle, na ile poważnie chcieliby zapewne być odbierani politycy i członkowie Platformy Obywatelskiej.
Nie wątpię, że pan Grupiński jest dużym i poważnym chłopcem. Nie żadnym tam gówniarzem, który ze złości czy bezsilności rzuca nagle coś, co pasuje do nieśmiertelnego wśród gówniarzy modelu argumentu per „twoja matka to k***a”. Jest pan Grupiński co najwyżej może dotknięty tym samym schorzeniem, na które wcześniej zapadli choćby panowie Borusewicz i Borowczak. Taką, dziwną dość w ich wieku, wybiórczą amnezją. Ale jestem ostatnim, który jemu, tamtym dwóm oraz całej reszcie odmawiałby jakichś zdolności logicznego myślenia i umiejętności racjonalnej oceny rzeczywistości.
Z takim przekonaniem mam prawo uważać, że tak naprawdę politycy PO, w tym pan Grupiński, doskonale wiedzą, iż z ich punktu widzenia pomnik dla Lecha Kaczyńskiego to najmniejszy koszt, jaki powinni ponieść. Że dla nich byłoby to wyjście najbardziej honorowe. Że tak naprawdę, za ich niewątpliwą przyczyną, na takie uhonorowanie przez nich zasługują już teraz obaj bracia- bliźniacy.
Powiedziane kiedyś zostało, że o wielkości najlepiej świadczy format wrogów, jakich posiadamy. Ostatnim zatem, co mogłoby leżeć w interesie polityka, chcącego uchodzić za poważnego i pretendującego do wielkości, jest tworzenie wrażenia, że jego życiowa droga to przepychanie się w tłumie karłów. I powtarzanie, że tak znacznie przerasta innych. Szczególnie gdy tych innych co i rusz rzuca społeczeństwu na pożarcie jako nieustającą i nieprzezwyciężoną przyczynę wszelkich swych, wcale nie rzadkich, niepowodzeń.
Powinien wziąć to sobie do serca i pan Grupiński i jego koledzy. Tym bardziej powinni to sobie wziąć do serca, że w żaden sposób on ani nikt inny z jego partii nie potrafi mnie a pewnie i wielu innych przekonać, że dla PO istnieje teraz jakiekolwiek życie bez Kaczyńskich.
Przez ostatnie lata oglądaliśmy nie tylko ciągłą wojnę polityków Platformy ze słowami, czynami a nawet myślami braci Kaczyńskich. Oglądaliśmy też konsternację, zagubienie i bezradność tej partii zawsze wtedy, gdy bracia Kaczyńscy schodzili im z celownika, z jakichś powodów się wyciszali, nie dawali wystarczających powodów do ataków. Choćby najbardziej irracjonalnych.
To nie moje odkrycie, że istotą sukcesu PO zdaje się być mniej jej sprawność w rządzeniu i przydatność dla państwa a zdecydowanie bardziej jej rozbuchana antykaczyńskość. Nie przypadkiem w każdej przedwyborczej opresji Platformy, prędzej czy później musi paść groźba „powrotu Kaczyńskiego”. Tak jest i panie i panowie z PO powinni przestać się tego wypierać.
Przyjęcia wojny z Kaczyńskimi jako permanentnego, uznanego chyba za doskonały, politycznego konceptu wyprzeć po prostu się nie da. Tym bardziej, że zaczyna on osiągać kształt wręcz groteskowy. Powoli sensem politycznego funkcjonowania PO staje się zaprzeczanie Kaczyńskiemu bez względu na to, co on powie i napisze. Nawet gdy takie zaprzeczanie jest oczywiście idiotyczne.
Zabawne było to wczorajsze napinanie się PO, która to partia wolała po stokroć dowodzić, że nie umie czytać ze zrozumieniem ani nie zna znaczenia niektórych słów, niż przepuścić okazję do ataku na szefa PiS. Zabawne było to, że oczywisty adresat inkryminowanego przez polityków i admiratorów PO fragmentu, odmiennie niż zaciągający gwarą ustawieni w rządek politycy śląskiej PO, literacką polszczyzną wyjaśnił, że nie czuje się urażony bo nie widzi żadnego powodu urazy.
Wracając zaś do wypowiedzi pana Grupińskiego, chciałbym mu podsunąć pewną, dość fantastyczną wizję. Taką, w której gdzieś na Krakowskim Przedmieściu stoi monument poświęcony Lechowi Kaczyńskiemu. Temu Kaczyńskiemu, który, o czym chcę pana Grupińskiego zapewnić i uświadomić mu, w starania o wolną i wielką Polskę zaangażował się nieco wcześniej i nieco intensywniej niż jego recenzent- Grupiński. Niech pan Grupiński popatrzy na ten monumenty i pomyśli ile nerwów i sił kosztowały jego i jego kolegów zmagania z tym człowiekiem. Czy to nie piękna wizja, panie Grupiński? Czy nie piękniejsza od tej, którą usiłujecie propagować? Wedle której pełna wybitnych mężów, niewątpliwych przymiotów i kompetencji oraz mająca dalekosiężne plany i wizjonerskie koncepcje partia, trzymająca ręką swego wybitnego wodza partia nie była w stanie zrobić kroku bez oglądania się na to, co zrobią ci dawaj mali i mierni Kaczyńscy.
Niech pan Grupiński i reszta jego koleżanek i kolegów choć na chwilę porzuci uprzedzenia i zacietrzewienie i sama sobie odpowie, czy przypadkiem każde słowo rzucane z ich strony by umniejszyć znaczenie i rolę Lecha ( i Jarosława) Kaczyńskiego nie jest przypadkiem i przewrotnie zarazem, kolejną cegiełką rosnącego z każdym dniem pomnika małości, zawiści by nie rzec głupoty Platformy Obywatelskiej.
Prawdę mówiąc nie oczekuje od PO ( w osobach czy to Grupińskiego, czy Tuska czy kogokolwiek innego) szczerego uznania i docenienia zasług ich przeciwników. Za długo miałem okazję oglądać ich w akcji by wiedzieć, że na ten typ reakcji nie mam co liczyć. Ale odrobiny mądrości ciągle, choć z coraz mniejszą wiarą, jednak oczekuję. I wyrachowania, które wreszcie uświadomi im, że umniejszając swoich przeciwników sami równocześnie karleją znacznie bardziej. I świadomości tego, że ten pomnik byłby też ich pomnikiem. Przynoszącym im bez dwóch zdań chwałę, przeciwnie do tych, które wystawiają sobie niemal co dnia tym, co mówią. W odróżnieniu do tych, małych jak oni, pomniczków ich zapiekłości, zawiści i złości.
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
„Na złość mamie” czyli narodowość śląska
Oczywiście mogę a nawet mam prawo tego i owego nie rozumieć bo nie należę do żadnej dyskryminowanej mniejszości. A w zasadzie nie należę do żadnej zdiagnozowanej dotąd mniejszości. Pewnie kwestią czasu jest odkrycie tej, do której moja przynależność okaże się oczywista. Mam już nawet pewne podejrzenia o jaką może chodzić.
A co do mego niepojmowania otaczającego się świata to w tym momencie koncentruje się ono głównie na niepojmowaniu tego gwałtownego infantylnienia politycznej debaty. Ta zaś zaczyna w swym najgłośniejszym wymiarze przypominać bez dwóch zdań spór o szpadelek w piaskownicy.
Ostatnią osłoną „szpadelkowej wojny” jest akcja masowego (jak się domyślam) akcesu pewnych środowisk i ich admiratorów do śląskiej grupy etnicznej. Czymkolwiek ona jest…
Nie mnie rozstrzygać czy taka rzeczywiście istnieje czy nie ale bez dwóch zdań za niedługo utraci swój etniczny charakter na rzecz kabaretowego.
Jeśli głośne, choć na ten moment jeszcze pojedyncze deklaracje przeobrażania się Polaków w Ślązaków staną się modą i ruchem masowym, będziemy mieli sytuację, w której wśród zadeklarowanych Ślązaków, etniczni Ślązacy będą stanowili zdecydiowaną mniejszość.
Jeśli na dodatek owa moda przybierze jakąś skalę liczoną milionami konwersji, może być i tak, że ta śląska mniejszość stanie się większością a ja, ze swa deklarowana polskością, stanę się przedstawicielem polskiej mniejszości narodowej.
A efekt będzie taki, że cały ten nadchodzący spis powszechny, który wykaże, iż Polskę zamieszkują wszyscy tylko nie Polacy, okaże się gó…zik wart i psu na du… pę potrzebny. A miliony i tak na niego wydamy a raczej wywalimy. W błoto.. I będzie to zapewne najdroższy flash mob w historii naszej cywilizacji.
Oczywiście nie będą to jedyne zmarnowane pieniądze w historii mojej ojczyzny. Można nawet powiedzieć, że jeśli chodzi o marnowanie pieniędzy mamy długie i ciągle pielęgnowane tradycje. Ostatni czas, jak mi się zresztą wydaje, w zasadzi głownie do tego się właśnie sprowadza. Tedy nie byłoby o czym w ogóle gadać. Gdyby nie pewne „ale”.
Gdyby w całej sprawie chodziło o to, czy jest ta nieszczęsna ( w sensie politycznego katowania w ostatnim czasie) narodowość śląska to jakoś bym przebolał. I te zmarnowane pieniądze i te, w moim odczuciu głupie i alergiczne reakcje różnych cele brytów też jakoś bym przezył. Siedziałbym sobie i „rycał ze śmiechu na całe gardło” czytając kolejny coming out ubrany w oświadczenie typu: „w najbliższym spisie zamierzam zaznaczyć narodowość śląska choć ze Śląskiem łączy mnie tylko to, że kiedyś jechałem pociągiem, który miał postój w Katowicach, gdyż chcę zaprotestować…” i tu będzie taki przepiękny zestaw inwektyw pod adresem „skina w garniturze” Kaczyńskiego, który powinien się natychmiast „walić”.
Ale nie o to chodzi.
Ruch Autonomii Śląska to nie jest żadne koło gospodyń, które za cel stawia sobie na ten przykład ochronę tradycji ludowej wycinanki z rejonu Jaworzna- Szczakowej czy też haftowanej spódnicy z okolic Chrzanowa. To ruch polityczny, który za swój cel przyjął (co ci „kolejowi” Ślązacy bez trudu mogliby sami sobie wyczytać gdyby tylko zechcieli i gdyby ich umysły potrafiły przetrawić coś ponad komunikat „koniecznie dowalić Kaczyńskiemu”) „uzyskanie przez Śląsk pełnej autonomii politycznej, gospodarczej i kulturowej”. Wizja Polski, prezentowana w dokumentach RAŚ to … może cytat: „Ruch Autonomii Śląskaopowiada się za Europą zjednoczoną, Europą stu flag, w której znikną państwa narodowe, większość kompetencji przekazując historycznym regionom. Będzie to Europa ludów: Ślązaków, Morawian, Łużyczan, Szkotów, Bretończyków, Basków, etc., a więc Europa wracająca do swych korzeni.” Jakoś o Polakach chłopakom i dziewczynom pana Gorzelika „się zapomniało”.
To bardzo konkretne, radykalne cele. Stojące nadto w sprzeczności z interesem Polski jako państwa. I proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej. Trudno byłoby znaleźć przykład, wskazujący na to, że podobne tym, które prezentuje RAŚ, dążenia odśrodkowe nie są konfliktogenne i wzmacniają organizmy państwowe, w których się objawiają. Łatwo natomiast pokazać przykłady czegoś wręcz przeciwnego.
Trudno też zaprzeczyć, że cała akcja służy interesowi śląskich autonomistów. A w takim razie przyjąć trzeba, że pan Marcin Meller i inni są albo za dezintegracja Polski jako jednolitego państwa albo też sa po prostu idiotami. Potrafiącymi tylko reagować oporem na każde słowo Kaczyńskiego.
Ten wniosek nasuwa się choćby w związku z reakcjami na słowa Kaczyńskiego dotyczące narodowości śląskiej. Oburzeni, jak wynika z wyliczanki zamieszczonej przez (będąca w forpoczcie masowego, śląskiego coming outu „Wyborcza”)** są głownie… politycy PO. Wcale nie Gorzelik i spółka! Którzy to panowie z PO przy okazji nieco strzelają sobie w stopę. Oto, wedle nich, jak jeden mąż czujących się znieważonymi, Kaczyński naruszył art. 257 kodeksu karnego odnoszący się do „ publicznego znieważania grupy ze względu na…”. Ja byłbym ostrożniejszy w ferowaniu opinii, wedle których „opcja niemiecka” to zniewaga. W ten sposób zapętlamy się. Oto wiec Kaczyński znieważa Ślązaków wmawiając im niemieckość a PO znieważa Niemców przyjmując, że niemieckość to zniewaga. I jak tu się nie śmiać?
I tak nam się ta dysputa w naszej piaskownicy toczy. A ja czekam z utęsknieniem na wiece wyborcze, podczas których pan Tomczykiewicz i jego śląska, PeOwska gromadka, będą zarzekać się i w pierś z hukiem walić, że z żadnymi Ślązakami nie mają nic wspólnego. Wystarczy, że ktoś im, w ogniu kampanii wyborczej, zacytuje parę linijek z dokumentów programowych RAŚ i poprosi o komentarz. Tego akurat jestem pewien.
Póki co, do spółki z Mellerem i reszta pożytecznych…, na złość mamie, znaczy na złość Kaczyńskiemu kreują nam mniejszość co to może nawet okazać się w GUS-owskich statystykach, większością. Wszak u nas głupich nie sieją. Rozsadza ich raczej ekipa z Czerskiej swą płodna niczym królicza sperma politpoprawnością. Wystarczy więc się tylko wszystkim Mellerom świata trochę postarać. A wtedy nam, „skinom w garniturach”, mającym nieszczęście być przywiązanymi do orła w białym kolorze na czerwonej tarczy, pozostanie tylko szansa stworzenia jakiegoś Ruchu Autonomii Polski. I nadzieja, że Kaczyński, pro publico bono coś tam na nas złego powie i w dobrym tonie będzie się za nami ująć. Tak „na złość mamie” i Kaczyńskiemu.
* http://autonomia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=8&Itemid=15
** http://wyborcza.pl/1,75248,9371722,PO__Jaroslaw_Kaczynski_do_prokuratury__Za_Slazakow.html
A co do mego niepojmowania otaczającego się świata to w tym momencie koncentruje się ono głównie na niepojmowaniu tego gwałtownego infantylnienia politycznej debaty. Ta zaś zaczyna w swym najgłośniejszym wymiarze przypominać bez dwóch zdań spór o szpadelek w piaskownicy.
Ostatnią osłoną „szpadelkowej wojny” jest akcja masowego (jak się domyślam) akcesu pewnych środowisk i ich admiratorów do śląskiej grupy etnicznej. Czymkolwiek ona jest…
Nie mnie rozstrzygać czy taka rzeczywiście istnieje czy nie ale bez dwóch zdań za niedługo utraci swój etniczny charakter na rzecz kabaretowego.
Jeśli głośne, choć na ten moment jeszcze pojedyncze deklaracje przeobrażania się Polaków w Ślązaków staną się modą i ruchem masowym, będziemy mieli sytuację, w której wśród zadeklarowanych Ślązaków, etniczni Ślązacy będą stanowili zdecydiowaną mniejszość.
Jeśli na dodatek owa moda przybierze jakąś skalę liczoną milionami konwersji, może być i tak, że ta śląska mniejszość stanie się większością a ja, ze swa deklarowana polskością, stanę się przedstawicielem polskiej mniejszości narodowej.
A efekt będzie taki, że cały ten nadchodzący spis powszechny, który wykaże, iż Polskę zamieszkują wszyscy tylko nie Polacy, okaże się gó…zik wart i psu na du… pę potrzebny. A miliony i tak na niego wydamy a raczej wywalimy. W błoto.. I będzie to zapewne najdroższy flash mob w historii naszej cywilizacji.
Oczywiście nie będą to jedyne zmarnowane pieniądze w historii mojej ojczyzny. Można nawet powiedzieć, że jeśli chodzi o marnowanie pieniędzy mamy długie i ciągle pielęgnowane tradycje. Ostatni czas, jak mi się zresztą wydaje, w zasadzi głownie do tego się właśnie sprowadza. Tedy nie byłoby o czym w ogóle gadać. Gdyby nie pewne „ale”.
Gdyby w całej sprawie chodziło o to, czy jest ta nieszczęsna ( w sensie politycznego katowania w ostatnim czasie) narodowość śląska to jakoś bym przebolał. I te zmarnowane pieniądze i te, w moim odczuciu głupie i alergiczne reakcje różnych cele brytów też jakoś bym przezył. Siedziałbym sobie i „rycał ze śmiechu na całe gardło” czytając kolejny coming out ubrany w oświadczenie typu: „w najbliższym spisie zamierzam zaznaczyć narodowość śląska choć ze Śląskiem łączy mnie tylko to, że kiedyś jechałem pociągiem, który miał postój w Katowicach, gdyż chcę zaprotestować…” i tu będzie taki przepiękny zestaw inwektyw pod adresem „skina w garniturze” Kaczyńskiego, który powinien się natychmiast „walić”.
Ale nie o to chodzi.
Ruch Autonomii Śląska to nie jest żadne koło gospodyń, które za cel stawia sobie na ten przykład ochronę tradycji ludowej wycinanki z rejonu Jaworzna- Szczakowej czy też haftowanej spódnicy z okolic Chrzanowa. To ruch polityczny, który za swój cel przyjął (co ci „kolejowi” Ślązacy bez trudu mogliby sami sobie wyczytać gdyby tylko zechcieli i gdyby ich umysły potrafiły przetrawić coś ponad komunikat „koniecznie dowalić Kaczyńskiemu”) „uzyskanie przez Śląsk pełnej autonomii politycznej, gospodarczej i kulturowej”. Wizja Polski, prezentowana w dokumentach RAŚ to … może cytat: „Ruch Autonomii Śląskaopowiada się za Europą zjednoczoną, Europą stu flag, w której znikną państwa narodowe, większość kompetencji przekazując historycznym regionom. Będzie to Europa ludów: Ślązaków, Morawian, Łużyczan, Szkotów, Bretończyków, Basków, etc., a więc Europa wracająca do swych korzeni.” Jakoś o Polakach chłopakom i dziewczynom pana Gorzelika „się zapomniało”.
To bardzo konkretne, radykalne cele. Stojące nadto w sprzeczności z interesem Polski jako państwa. I proszę mnie nie przekonywać, że jest inaczej. Trudno byłoby znaleźć przykład, wskazujący na to, że podobne tym, które prezentuje RAŚ, dążenia odśrodkowe nie są konfliktogenne i wzmacniają organizmy państwowe, w których się objawiają. Łatwo natomiast pokazać przykłady czegoś wręcz przeciwnego.
Trudno też zaprzeczyć, że cała akcja służy interesowi śląskich autonomistów. A w takim razie przyjąć trzeba, że pan Marcin Meller i inni są albo za dezintegracja Polski jako jednolitego państwa albo też sa po prostu idiotami. Potrafiącymi tylko reagować oporem na każde słowo Kaczyńskiego.
Ten wniosek nasuwa się choćby w związku z reakcjami na słowa Kaczyńskiego dotyczące narodowości śląskiej. Oburzeni, jak wynika z wyliczanki zamieszczonej przez (będąca w forpoczcie masowego, śląskiego coming outu „Wyborcza”)** są głownie… politycy PO. Wcale nie Gorzelik i spółka! Którzy to panowie z PO przy okazji nieco strzelają sobie w stopę. Oto, wedle nich, jak jeden mąż czujących się znieważonymi, Kaczyński naruszył art. 257 kodeksu karnego odnoszący się do „ publicznego znieważania grupy ze względu na…”. Ja byłbym ostrożniejszy w ferowaniu opinii, wedle których „opcja niemiecka” to zniewaga. W ten sposób zapętlamy się. Oto wiec Kaczyński znieważa Ślązaków wmawiając im niemieckość a PO znieważa Niemców przyjmując, że niemieckość to zniewaga. I jak tu się nie śmiać?
I tak nam się ta dysputa w naszej piaskownicy toczy. A ja czekam z utęsknieniem na wiece wyborcze, podczas których pan Tomczykiewicz i jego śląska, PeOwska gromadka, będą zarzekać się i w pierś z hukiem walić, że z żadnymi Ślązakami nie mają nic wspólnego. Wystarczy, że ktoś im, w ogniu kampanii wyborczej, zacytuje parę linijek z dokumentów programowych RAŚ i poprosi o komentarz. Tego akurat jestem pewien.
Póki co, do spółki z Mellerem i reszta pożytecznych…, na złość mamie, znaczy na złość Kaczyńskiemu kreują nam mniejszość co to może nawet okazać się w GUS-owskich statystykach, większością. Wszak u nas głupich nie sieją. Rozsadza ich raczej ekipa z Czerskiej swą płodna niczym królicza sperma politpoprawnością. Wystarczy więc się tylko wszystkim Mellerom świata trochę postarać. A wtedy nam, „skinom w garniturach”, mającym nieszczęście być przywiązanymi do orła w białym kolorze na czerwonej tarczy, pozostanie tylko szansa stworzenia jakiegoś Ruchu Autonomii Polski. I nadzieja, że Kaczyński, pro publico bono coś tam na nas złego powie i w dobrym tonie będzie się za nami ująć. Tak „na złość mamie” i Kaczyńskiemu.
* http://autonomia.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=8&Itemid=15
** http://wyborcza.pl/1,75248,9371722,PO__Jaroslaw_Kaczynski_do_prokuratury__Za_Slazakow.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)