poniedziałek, 10 stycznia 2011

Zielona wyspa w posadach drży! (o moim portfelu!)

Kiedy polityk odczuwa potrzebę by mówić głośno, że jest dobrze, znaczy, że musi być nie za bardzo. Gdy nic nie mówi lub odmawia komentarzy „nie za bardzo” zmienia się w „bardzo nie”. Gdy mówi, że jest źle znaczy, że prawdziwy dramat albo już trwa albo zaraz się zacznie.

To pomyślałem, gdy ze zdumnieniem słuchałem, w jaki sposób Premier uzasadniał decyzję o przejęciu części pieniędzy przekazywanych dotąd do OFE. Nie wiem czy zdawał sobie sprawę z dramaturgii swej wypowiedzi ale nie zabrzmiało zbyt uspokajająco gdy pytał, czy miał w zamian ciąć pasje urzędników, nauczycieli oraz świadczenia dla emerytów. Jeśli aż tak wyglądała alternatywa, jaka wyłoniła się z trzech lat rządów i „finezyjnej obrony” Polski przed kryzysem to ja mam prawo zapytać do czego ta „obrona” w zasadzie się sprowadzała skoro w jej wyniku trzeba było zastanawiać się czy nie wyjmować ludziom bezpośrednio z portfeli części ich pieniędzy? I po co była potrzebna skoro jeszcze nie tak dawno przecież świat padał na kolana przed naszą skutecznością?

Z mitu o przetrwaniu kryzysu na „zielonej wyspie” powoli wychodzimy z coraz większym kacem. Dla odmiany bombardowani spóźnioną kreatywnością miłościwie nam panujących. Spóźnioną i, jak mam prawo podejrzewać, nie będącą w stanie sprostać rysującym się teraz potrzebom. Na tą niemoc złoży się nie tylko brak pomysłów i brak odwagi, towarzyszący tej ekipie od początku jej gospodarowania finansami publicznymi ale i kunktatorstwo wymuszone przekleństwem roku wyborczego.

To, że do naszej świadomości docierają coraz bardziej przygnębiające informacje o stanie naszej gospodarki, jest tak naprawdę powodem do dużo większego lęku niż sądzimy. Bo rok wyborczy miewa to do siebie że, „kłamiemy rano, kłamiemy wieczorem”. Gdy nie są już w stanie „kłamać rano i…” znaczy, że nic już nie są w stanie zrobić.
Są w stanie już tylko udawać, że jest inaczej niż jest. Mogą tylko karmić nas bajkami o „nawet wyższych emeryturach z ZUS”. Albo „racjonalizować” finanse publiczne.

Miałem pisać o czymś zupełnie innym gdy natknąłem się w telewizji na dyskusję o nowym pomyśle obecnej ekipy. Pięknie nazwanej próbie ratowania swej gigantycznej nieudolności poprzez połączenie żurawia zapuszczonego w nasze kieszenie z kreatywnym wymyślaniem eufemizmów. „Racjonalizacja” finansów tym razem ma polegać na „kreatywnym” przemodelowaniu mojego (i reszty obywateli) sposobu rozliczania się z Państwem z moich powinności polegających na opłaceniu sobie lekarza. Dotąd, jak wiadomo, odbywało się to w ten sposób, że z moich (i innych obywateli), choć może i nie moich, trzeba by spytać Trybunału Konstytucyjnego, pieniędzy Państwo pobierało sobie należność za tę, dość niedoskonałą przyznajmy, opiekę w formie, konkretnie obliczonej jako procent mego przychodu, składki zdrowotnej. Ja zaś odliczałem ją sobie od płaconego podatku.

Wedle tego, co usłyszałem, i jedno i drugie, w ramach zapewne unikania tego, by obcinać pensje i emerytury, ma zniknąć. Nie będzie mi się odliczać składki bo odliczy ją sobie Państwo (czyli pan Jan Vincent do spółki z panią Ewą) z wielkiej kupki pieniędzy, którą z obywateli nasi kreatywni „obrońcy zielonej wyspy” gromadzą na kształt wału przeciwpowodziowego, by nam któregoś ranka nie zachlupał pod nogami „ocean kryzysu” przez który wszak przeszliśmy suchą stopą. A skoro nie będą mi odliczać składki to ja nie odliczę jej sobie od podatku.

Kreatywność z pozoru finezyjna. Bo przecież nie ma tu mowy o czymś tak brzydko nazywającym się, szczególnie w roku wyborczym, jak podnoszenie podatków. A że jest to, jak „w mordę strzelił” faktycznie podniesienie podatków, to rzecz niewątpliwa. Tak bardzo niewątpliwa, że przeczyta ją sobie z wyciągu z konta nawet najbardziej fanatyczny „młody zdolny i z dużego miasta”. Jak by się przed tym nie bronił! To oznacza mniej piwa, mniejszy markowy zegarek, jakąś zaległość z ratą kredytu… Armia PO maszeruje przecież na brzuchu…

Jeśli ktoś doszuka się w tym tekście satysfakcji to myli się głęboko. I w dodatku jest zaślepiony „dwubiegunowym” schematem funkcjonowania naszej polityki. Nie ma się z czego cieszyć, nie ma się z czego śmiać. Prędzej czy później ci „eksperymentatorzy” z naszej polityki znikną. Co do tego nie mam wątpliwości bo przy całym mym sceptycyzmie co do umiejętności trafnej oceny przez mych rodaków otaczającej rzeczywistości aż tacy głupi czy zaślepieni to oni chyba nie są. Przynajmniej nie na tyle by z głupawym uśmiechem patrzeć jak im Jan Vincent z dnia na dzień coraz bardziej pędzluje ich zaskórniaki z ich krokodyloskórzanych portfeli z wytłoczonymi herbami.

Oczywiście mógłbym znaleźć złośliwie jakieś inne „racjonalne” wytłumaczenie dla tych coraz intensywniejszych „ruchów, które nie przystoją filozofom”, wykonywanych przez naszych włodarzy od naszych pieniędzy. Ot choćby sugerując, że powrót do jednej, „państwowej” kupki pieniędzy, z której Jan Vincent będzie płacił wszystkim i za wszystko niczym Piotr Jaroszewicz albo Józef Cyrankiewicz to takie genialne posunięcie „roku wyborczego”, którym PO „otwiera się” na nowe środowiska. Na te, które od 20 lat są w głębokim szoku po zgonie nieboszczki PRL. Może to do nich adresowana była pamiętna piosnka, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Może to coś w rodzaju, modnych ostatnio, „rekonstrukcji historycznych”.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ta „rekonstrukcja zakończy się zgodnie z historyczną tradycją. Niezapomnianym „sztandar partii wyprowadzić”. Oglądając coraz bardziej „nieprzystojne filozofom” działania obecnej ekipy takiego właśnie końca życzę sobie, obywatelom oraz coraz bardziej histerycznie nam panującej Platformie Obywatelskiej.

piątek, 7 stycznia 2011

Kwestia zaufania, kwestia wiary…(smoleńskie śledztwo)

Natknąłem się wczoraj, „skacząc” po kanałach telewizyjnych, na koniec audycji z udziałem Pawła Zalewskiego (niegdyś PiS dziś PO) Joanny Senyszyn (SLD) i Ryszarda Czarneckiego (niegdyś to i owo dziś PiS) w TVN24. O czym było nie wiem bo usłyszałem tylko końcową wypowiedź reprezentanta Platformy. Pan Zalewski, ze wsparciem kiwającej głową pani Senyszyn, tłumaczył czemu pomysł „umiędzynarodowienia” śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej jest absurdalny. Jest absurdalny, bo, jak pytał pan Zalewski, czemu mamy sądzić, że Rosjanie mieliby dopuścić członków ewentualnej międzynarodowej komisji do wszystkich istotnych dowodów w tej sprawie? Słuszne i logiczne pytanie. Dokładnie tak samo logiczne jak pytanie o to, czemu Rosjanie mieliby NIE DOPUŚCIĆ członków ewentualnej międzynarodowej komisji do wszystkich istotnych dowodów w tej sprawie.

Może do tej zabawy logiką jeszcze uda nam się wrócić ale teraz o czymś innym choć bliskim argumentacji pana Zalewskiego. Użyty przez niego argument usłyszałem nie po raz pierwszy i nie od niego pierwszego. Mam więc podstawy sądzić, że jest to coś w rodzaju półoficjalnego a nawet oficjalnego stanowiska PO w kwestii starań o powstanie międzynarodowej komisji śledczej w sprawie smoleńskiej. Rzec by się chciało, że sprytne a może nawet mądrze sformułowane. Tyle, że z miejsca przeciwko takiej pochwale buntuje się to moje, ciągle przywoływane, umiłowanie logiki. Logika zaś, wobec takiego stawiania sprawy, musi być bezlitosna.

Wróćmy więc znów do posła Zalewskiego obdzierającego mnie i resztę Polaków, mających akurat w ofercie telewizyjnej stację TVN24, ze złudzenia co do tego, że Rosjanie zechcieliby pokazać cokolwiek ewentualnym międzynarodowym śledczym. Dziwię się, że panu Zalewskiemu, gdy mówił, co mówił, w głowie nie urodziło się z miejsca pytanie jak pogodzić tę wizję nieżyczliwości Rosjan wobec hipotetycznych członków międzynarodowego ciała z serwowaną nam od miesięcy narracją PO w sprawie jakości prowadzonego śledztwa. Opierającą się przecież na niczym innym tylko na powoływaniu się na wyjątkową życzliwość strony rosyjskiej chcącej Polakom nieba wręcz przychylić nie mówiąc o uchylaniu wszelkich drzwi za którymi poskładano wszelkie istotne dowody i poszlaki.

Jak ta wyłaniająca się z oficjalnego stanowiska oficjalnych czynników państwa i partii i słów Zalewskiego dwoistość natury mogła umknąć uwadze przyjmujących ją polityków (Senyszyn choćby głową kiwająca…), dziennikarzy (cały TVN24 pewnie) czy nawet rodzin ofiar (pan Deresz na przykład). Ja jakoś nie potrafię pogodzić ze sobą wizji tych dwóch jakże odmiennych twarzy rosyjskich decydentów i śledczych. Ani tym bardziej znaleźć dla wyrysowanej słowami polityka PO wizji dwoistej natury Rosjan, co to raz z serca dają o co się poprosi a drugi raz nic nie dają, logicznego czy racjonalnego uzasadnienia.

Bo (wracając w okolicę pytań już w tym tekście zadanych) mieliby nie dać skoro nam dają? Albo (jeszcze ciekawiej) czemu, skoro wiemy, że im by nie dali, wierzymy, że nam dają wszystko?

To swoje przekonanie o „wzorowej współpracy” w śledztwie nasi rządzący politycy (którzy ponoszą lub kiedyś poniosą odpowiedzialność za jego wyniki) opierają na, bez dwóch zdań logicznym, tłumaczeniu, że nikomu tak, jak Rosjanom nie zależy na jak najszybszym i jak najbardziej rzetelnym wyjaśnieniu tej tragedii z kwietnia. Nie wiem czy zależy czy nie. Załóżmy, że zależy. W związku z tym oczekuję logicznego wytłumaczenia, czemu tym tak zdeterminowanym politykom i urzędnikom ościennego mocarstwa miałoby nagle przestać zależeć gdyby partnerem w tym wyjaśnianiu stała się międzynarodowa (a wiec bardziej odporna na jakieś pokusy stronniczości) komisja śledcza? Czy ci rzetelni i życzliwi Rosjanie tak naprawdę są chimeryczni i nieobliczalni jak jaki nastolatek w fazie wzmożonego wysypu pryszczy? I wszystko w tej sprawie, miast na fachowości i sumienności, opiera się na ich emocjach? Jak w takim razie brać ich poważnie? Tak poważnie jak ich bierze pan Tusk i jeszcze kilku panów i pań. I na tym „braniu poważnie” budować całą nasza nadzieję na rozwikłanie tej bezprecedensowej sprawie? Chyba tylko tak, że partnerem tego rozchwianego emocjonalnie „nastolatka” jest jego równolatek charakteryzujący się wyjątkowa naiwnością.

Powyższe rozważania i analiza niespójnego stanowiska polityków zbliżonych do rządu prowadzi do jednego, wielokrotnie padającego i równie wiele razy obśmianego wniosku. Wszelkie nasze (znaczy naszych decydentów) twierdzenia o pełnym dostępie naszych śledczych do materiałów śledztwa opierają się na niczym innym tylko na naszym ślepym zaufaniu do Rosjan i wierze w ich dobrą wolę.

Sugeruję, by poprzednie zdanie przeczytać jeszcze raz. Czyż nie brzmi jak jakiś mało finezyjny żart?

Trudno nie przyznać, że rządzący naszym państwem politycy mają poważny problem już nawet nie z tym, by przekonać nas, iż jeszcze (o ile w ogóle) nad tą sprawą panują. Mają nawet kłopot gdy starają się to wszystko choćby w przybliżeniu sensownie i logicznie tłumaczyć.

Na ten moment nie pozostaje nic innego jak tylko dziwić się lub oburzać, że tak ważna dla nich i w ogóle dla Polski, jako państwa, sprawa opiera się na ZAUFANIU DO ROSJAN I NA WIERZE W ICH DOBRĄ WOLĘ.

Boże Ty mój…

czwartek, 6 stycznia 2011

Kanonizacja Generała (patron walki o prawa człowieka)

Zdarzają się czasem rzeczy przy których wprost ręce opadają i trudno od razu cokolwiek powiedzieć. Nie mówię, że mądrego ale w ogóle. Dopiero co przecież, jak zapewne pamiętamy i długo będziemy jeszcze pamiętać, przy pierwszej nadarzającej się okazji do uczczenia tych, którzy za naszą wolność ponieśli ofiarę największą, ciągle jeszcze świeża „głowa państwa” oddala im cześć w sposób arcyspecyficzny. Czyniąc wyjątkowy jak na obecne czasy naszej wolności honor ich mordercy i oprawcy. Biorąc pod uwagę proweniencję owej „głowy” i jej wcześniejsze zasługi rzecz, wydawałoby się, kuriozalna i nie do wyobrażenia. Mogąca przecież narodzić się tylko w wyjątkowo specyficznym umyśle i w wyjątkowych warunkach. Coś, co zdarzyć by się mogło z pozoru rzadziej, niż trafienie szóstki w lotto.

Gdyby przyjąć nomenklaturę i procedurę stosowaną przez Kościół Katolicki (a może i inne kościoły chrześcijańskie uznające kult świętych ale nie znam tematu dostatecznie) to, co uczynił prezydent Komorowski, czyniąc karesy wobec Jaruzelskiego, u znać by można za ogłoszenie kultu tej postaci w skali lokalnej. Dotyczącej jednej „prowincji” zwanej Polską. Za akt porównywalny z beatyfikacją.
Po tym, co zdarzyło się później można by sądzić, że błąd, popełniony z głupoty czy też braku wyobraźni będzie lekcją dla wszystkich, którzy postulatorskie zapędy pana Komorowskiego mieliby zamiar powtórzyć. I można było sądzić, że tego, co wymyślił Komorowski, w zakresie relatywizowania oceny kogoś takiego jak Jaruzelski długo nikt nie będzie w stanie przebić.

Jednak, jak napisałem na samym początku, zdarzają się czasem rzeczy przy których wprost ręce opadają i trudno od razu cokolwiek powiedzieć. Dlatego potrzebowałem takiego dłuższego wstępu zanim mogłem przejść do meritum. To zaś zacznę od cytatu:

- Chciałabym, aby do Birmy przyleciał generał Jaruzelski - mówi Aung San Suu Kyi, birmańska ikona walki o demokrację […]Chciałabym wiedzieć, co takiego on ma w sobie, czego brakuje naszym generałom. Co sprawiło, że umiał usiąść przy stole z opozycją i rozmawiać - odpowiada pani Suu. I zaczyna mnie dopytywać, czy moim zdaniem generał zgodziłby się przyjechać do Birmy i czy stan jego zdrowia na to pozwala*

Z tej wypowiedzi widać wyraźnie, że nigdzie nie jest powiedziane, iż ludziom zacnym, poza przymiotami ducha, Bóg nie skąpił na rozumie. Okazuje się, że potrafił być w tej kwestii kutwą.

Możliwe jednak jest, że pani Aung San po prostu poznała już wszystkich istniejących na świecie ludzi godnych i zacnych. I z tego procesu poznawczego, który tak solidnie przeprowadziła, wysnuła jeden, oczywisty wniosek. Taki mianowicie, że guzik z takich znajomości wynika. No bo co z tego, że ich zna, że do nich pisze, że oni z kolei rozwodzą się nad jej męstwem. Dla Birmy jak dotąd to rozwodzenie się, ta korespondencja i te znajomości niewiele przyniosły.

Trudno też powiedzieć ile o naszej historii i o procesie „mięknięcia” generała Jaruzelskiego wie pani Aung San. Gdyby znała nasze dzieje choćby pobieżnie, jasno by jej wyszło, że „bohater” nasz a właściwie naszej „głowy państwa” wcale nie z tych mięknących jakoś szczególnie szybko. I gdyby porównać jego drogę z dokonaniami jej własnych „kandydatów na bohaterów” to wnioski należało by wyciągnąć nieco inne niż robi to szanowna noblistka.

Przede wszystkim zacznę od tego, że „mięknięcie” naszego świeżo „błogosławionego” trwało zdecydowanie dłużej niż czas, w jakim mógł mięknąć na przykład taki birmański odpowiednik Jaruzelskiego, Ne Win. Ten usunął się po 20 latach nie dotrwawszy do momentu gdy jego „mięknięcie” mogło się zakończyć czymś, co panią Aung San Suu Kyi mogłoby zadowolić jako bojowniczkę o wolność obywateli Birmy.

Dalej trzeba zauważyć, że nieco mniej tamtejszym generałom niż naszemu „bohaterowi” zajęło dojrzewanie do momentu, w którym odbyły się wolne wybory. Tam odbyły się w 30 lat po pojawieniu się „czerwonych” a u nas po przeszło 40. Gdyby przyjąć to kryterium to trzeba byłoby poradzić pani Aung San by zawsze dodawała dziesięć lat w każdym momencie, gdy jej się zdaje, że już jej „zmiękli”.

Tu ktoś może zwrócić mi uwagę, że przecież tam ciągle jest naród w opresji a u nas…
To prawda. Ale prawda odwołująca się do czegoś, czego nie da się porównać zestawiając obok siebie PRL i Myanmar (nazwa Birmy, wprowadzona przez juntę tak jak nasza konstytucja 1952 ustanowiła PRL). Tym czymś jest specyfika dyktatur. O ile nasza była umocowana istnieniem całego „obozu demokracji ludowej” uwieszonego u nogawki kolejnych I sekretarzy KPZR tamta jest autarkią. O ile nasz „bohater” miał w momencie agonii naszej i światowej „demokracji ludowej” mało możliwości i mało do powiedzenia tam sami sobie są sterem, żeglarzem, okrętem. Geopolityka taka po prostu. Sprawiająca , że nikomu chyba nie zależy na jakiejś tam peryferyjnej Birmie.

Poza panią Aung San, jej współpracownikami i jakąś tam garstką wariatów domagających się od mającego to tak naprawdę gdzieś świata walki o pełnię praw człowieczych nawet dla Birmańczyków. No i poza jest jeszcze nasz Bumar Łąbędy i jego światowa konkurencja. Ale oni akurat to by chyba woleli by Aung dalej siedziała w domu.
Możliwe, że kogoś nawet mógł oburzyć ten fragment powyżej, w którym zarzucam szacownej noblistce brak rozumu. I zapewne będzie miał rację. Bo przecież to olśnienie pani Aung San i to jej zainteresowanie Jaruzelskim i „jego walką” może być przejawem wyjątkowego rozsądku. Takiego samego, jaki wykazali i nasi bohaterowie walki o wolność dla obywateli. Piszę o nich bez cudzysłowu jak najbardziej szczerze. Przykład naszej „bezkrwawej rewolucji roku 1989 może być kuszący. A pani Aung San Suu Kyi pokazuje, że w lot chwyta istotę tamtej zmiany. Tamtego interesu który przecież nie zakończył się żadnym aktem „walki o wolność” tylko handlową transakcją. A ona chciałaby teraz powtórzyć tamtą naszą transakcję. Nic zatem dziwnego, że mający ochotę na podobną kupić chce poznać wzorzec sprzedawcy. Takiego „sprzedawcę miesiąca” a może i wszechczasów. By mieć nieco łatwiej.

Przy tym rozsądku (czy tam „rozsądku”) birmańskiej bojowniczki trudno nie zastanawiać się jak to wszystko oceniać. Przecież to ona tam tkwi i wie zdecydowanie lepiej jak tam jest niż ja, wymądrzajacy się z perspektywy bezpiecznego mieszkanka usytułowanego w prawdziwie wolnym świecie. Ale szkoda mi kilku rzeczy.

Po pierwsze tego, że tam, w Birmie skłonni są pójść do wolności naszą drogą. Przewidującą dla oprawców bezkarność i z całą pewnością jeszcze inne koncesje.

Po drugie trzęsie mnie gdy pomyślę, że niedługo po zostaniu tu u nas „błogosławionym” patronem przyjaźni polsko- ra… znaczy rosyjskiej generał Jaruzelski może też zostać światowym patronem bojowników o prawa obywatelskie. To byłby istny chichot historii od którego zatrząsł by się nie tylko ten świat ale i Niebiosa oraz otchłań piekielna.

Po trzecie, najmniej w tym wszystkim ważne, boli mnie osobiście ta radość, którą muszą czuć nasi najbardziej zasłużeni bojownicy o „sprawiedliwy osąd” Jaruzelskiego. Odczuwający dotąd zapewne, mimo wszystkich niewątpliwych sukcesów, oczywisty niedosyt. Oto teraz mogą sobie powiedzieć, że „finis cotronat opus”. Czy może być bowiem coś bardziej oczywistego niż ukłon złożony przed oprawcą i mordercą własnego narodu przez tę, która dla własnego narodu poniosła już taką ofiarę i która dla świata jest ikoną?

A mnie pozostaje tylko kląć w duchu tę piekielną skuteczność drużyny z Czerskiej. Piekielną bo mam przekonanie, że trafią tam za to. I za cala resztę.

* http://wyborcza.pl/1,75248,8906849,Jaruzelski_do_Birmy_.html#ixzz1AA6Evezh

środa, 5 stycznia 2011

… bo się może skończyć źle. (o władzy która…)

Dawno dość, tak gdzieś blisko początku mojej publicystycznej aktywności napisałem tekst pod tytułem „Łukaszenkizacja RP (wersja soft)”*. Prawdę powiedziawszy najwięcej w nim pewnie było mojej irracjonalnej wówczas niechęci do pana Tuska oraz chęci przyciągnięcia chwytliwym tytułem i skłaniającą do dyskusji a może i do kłótni treścią. Dziś moja niechęć, przy tym samym albo i większym natężeniu jest jak najbardziej racjonalna a tą niewinną skłonność do manipulacji czytelnikiem zastępuje raczej chłodna obserwacja i analiza tego, co widzę. I przyznam, że tamtej opinii nie jestem skłonny podtrzymać. Ale zanim przejdę do tłumaczenia się takie małe wprowadzenie. Jeśli miałbym w skrócie opisać mechanizm tej prawdziwej „łukaszenkizacji” to złożyłbym ją z takiej odwiecznej na Rusi i w Rosji tradycji czynowniczego przywierania do poły „batiuszki” (czy to cara, I sekretarza czy prezydenta) z tym, co siedzi w głowie Łukaszenki. To drugie, oczywiście istotniejsze, jest niewątpliwie źródłem całego zła ale wynika z przekonania satrapy, że wie najlepiej co dla jego poddanych jest najlepsze.

Przy wszystkich podobieństwach wspomnianego mechanizmu z modus operandi obecnej ekipy ten wspomniany element stanowi najistotniejszą różnicę i decyduje o tym, że dość zdecydowanie zmieniłem zdanie w kwestii opisanej niegdyś jako „łukaszenkizacja RP”. Bo choć, tak jak i w przypadku Łukaszenki, nie wiem dokładnie co siedzi w głowie Tuska takiego przekonania jakie przypisałem białoruskiemu dyktatorowi, u niego nie dostrzegam. Ale nie mam wątpliwości że zawartość tej głowy ma i będzie miała przez jakiś czas jeszcze coraz większe znaczenie dla losów mojego państwa i jego obywateli.

Zaznaczyć jednak wypada, że podobieństwo do tego pierwszego „białoruskiego” elementu, czyli urzędnicza wazelina, jak ja w uproszczeniu można nazwać, jest niewątpliwa. Jeśli kiedyś miałby powstać pomnik „państwowca doby późnej Platformy” to wymarzonym modelem dla jego twórcy, bez najmniejszych wątpliwości, powinien być Tomasz Wołek. Choć pewnie ewentualnych konkurentów wyprzedza dosłownie o włos.
Ale nie ma co ukrywać że „lizus III RP” to następstwo a nie przyczyna. Tą zaś jest mniej lub bardziej świadome podążanie ku wybranym celom przez rządzących a właściwie przez rządzącego. I tu, sądząc z ostatnich symptomów, mam problem. Bo aż nie chce mi się zgadywać co może być tym celem. Jedyne co przychodzi mi do głowy to to jedynie, że celem jest utrwalenie władzy obecnego hegemona. I mówiąc utrwalenie coraz częściej mam przekonanie, że nie chodzi tylko o takie określenie rzeczywistych ram naszej polityki by ta władza trwała jak najdłużej ale i, proszę się nie śmiać, o utrwalenie jej w granicie.

To ostanie przyszło mi do głowy gdy skumulowały się dwie wypowiedzi hegemona. Najpierw pan Tusk raczył chełpić się tym, że nie ma z kim przegrać. To była taka panatuskowa ocena oponentów. Wczoraj zaś pozwolił sobie na ocenę własnego otoczenia przyznając, że jak zechce (uzna, że tak trzeba), może się pozbyć każdego, nawet, jak to określił, z tych „największych”. Czyli w głowie Tuska jest Tusk i dłuuugo nic.
I to mnie, nie powiem, że przeraża ale niepokoi. Ktoś może zauważyć, że przesadzam zważywszy na to iż trudno zauważyć jakąś specjalną aktywność Premiera. Skoro nic nie robi to i zaszkodzić nie może. Takie myślenie jest błędne. Raz, że rzeczywiste „nic nie robienie” owocujące mimo wszystko brakiem jakichś spektakularnych wpadek prowadzi, co widać, do wzrostu przekonania Premiera, zer jest, jak mu bezwstydnie wmawiają najbliżsi współpracownicy, „zjawiskiem dotąd niespotykanym” na niwie naszej polityki. Zjawiska takie mają, jak mi się wydaje, to do siebie, że przekonane bywają o swej nieomylności. Tak wiec nasz kokon „Łukaszenki III RP”, nie niepokojony żadnym istotnym wstrząsem mogącym zachwiać podstawą jego władzy czy choćby mogącej mu zepsuć samopoczucie, dojrzewa sobie w najlepsze. Do czasu aż nałoży się to jego samouwielbienie z jakimś tąpnięciem, którego przecież nie da się wykluczyć. A wtedy może być niemiło. Że może być przekonaliśmy się już kilka razy gdy w dość banalnych sytuacjach nasz „kokon”, w nerwach, pokazywał swą inną, zdecydowanie bardziej mroczną twarz.

Może przesadzam. Może jakiekolwiek twierdzenia o potencjalnym zagrożeniu są z gruntu bezpodstawne. Ale jak mam wyobrażać sobie reakcję na groźbę utraty władzy czy wpływów gościa, który nie potrafi utrzymać na wodzy nerwów spotykając się z ludźmi tak przez los doświadczanymi że oczywistym wydaje się rozumienie prawie każdego ich zachowania?

Na koniec jeszcze jeden element oceny sposobu sprawowania władzy przez hegemona. Wiążący się z przytoczonym już wyznaniem, że nie bałby się on policzyć nawet z „największymi”. Trudno nie zapytać w tej konkretnej sytuacji czemu nie skorzystał z tej swojej pozycji i z tych możliwości. Wykopanie Grabarczyka, śmiem uważać, przynieść by mogło prawdziwy entuzjazm ogółu obywateli. Pokazując przy tym i to, że zawsze „car jest dobry tylko ma złych bojarów”. Wykopanie Grabarczyka mogłoby też, przy chwilowym, acz drobnym, zamęcie w samej PO, wyklarować sytuację w partii i podkreślić oczywistość przywództwa. „Spółdzielnia” ministra poszła by bez wątpienia w drzazgi nie kłopocząc już więcej nikogo. Tyle, że „Spółdzielnia” jest Tuskowi bardziej potrzebna nawet niż miłość obywateli. Na tyle bardziej, że jej bytowi nie zaszkodziłoby pewnie gdyby cała Polska stanęła któregoś dnia. „Jak stoi to i ruszy pewnie” podsumowałby taka sytuację szanowny partner Premiera zasiedziały już w Belwederze (taka dygresja, której nie potrafiłem się oprzeć :). Stosunek Tuska do Grabarczyka i jego „Spółdzielni” pokazuje jak bardzo mało istotne jest, co dzieje się z Państwem wobec tego, co dzieje się w partii.

Ignorowanie oczekiwań obywateli jest dość niebezpieczne. Na razie nakłada się ono na zaczadzenie tamtych i ich oczywistą ślepotę wobec coraz śmielszej rządowej „polityki bambuko”. Ale ta śmiałość i ta polityka w końcu sprawi, że otrzeźwienie społeczeństwa może nałożyć się na jakieś apogeum samouwielbienia „wszystkomogącego” Tuska, który w takich okolicznościach może „wyjść z nerw”. I wtedy… może się skończyć źle. Jak bardzo źle nie wróżę ale przestrzegam, że doświadczamy teraz tak wielu nowych rzeczy po tych naszych dwudziestu latach wolności, że byłbym ostrożny z argumentami uspokajającymi.

* Tekst z 07.09.2008

wtorek, 4 stycznia 2011

Kolaboracja jako grzech, kolaboracja jako cnota.

Zdołałem załapać się dość przypadkowo na fragment dyskusji u Tomasza Lisa o niewydanej jeszcze (co bardzo istotne) książce J.T. Grosa, która znów ma obudzić nasze narodowe demony. Trudno przewidzieć czy tak się stanie choć jednego obudziła natychmiast. Chodzi mi o wypowiedzianą przez goszczącego w studiu pana Andrzeja Celińskiego, kolegę szanownego, facecję o tym, że w czasie wojny polski Kościół nie zabrał oficjalnie głosu w sprawie Shoah. Pewnie miał swoje stanowcze „non possumus” w tej sprawie ogłosić w „Tygodniku Powszechnym” i wezwać Hansa Franka na dywanik do kurii:).

Nie będę rozwodził się nad Grossem i jego dziełem bo ani jednego ani drugiego nie dane mi było jeszcze osobiście poznać. Ale pójdę tropem końcowej sugestii pana red. Lisa, który zachęcał by rozmawiać i rozważać. Ponieważ o Shoah rozważali, rozważają i będą rozważać sprawniejsze głowy ode mnie ja pozwolę sobie porozwalać o czymś nieco innym. Co z przywołanym tematem oczywiście też jest związane ale zdecydowanie poza niego wykracza. Chodzi mi o wstydliwą kwestię kolaboracji jakiej dopuszczali się nasi obywatele wobec naszych okupantów. Oczywiście pozornie nie ma o czym mówić bo wiadomo niby jak na to patrzeć. Ale zawsze można, idąc śladem Grossa, pomieszać nieco w głowach i dopiero oczekiwać efektów.

Ot choćby uświadamiając wszystkim, tak surowym i jednoznacznie krytycznym sędziom tych że w tej naszej narodowej świadomości obraz kolaboracji próbuje się wyrysować jako coś wyjątkowo koślawego. Dezorientując a przez to i demoralizując poddanego takiemu zabiegowi przeciętnego obywatela. Jak to się robi? A tak mianowicie, że raz kolaboracja jest złem absolutnym a zaraz po tym jest „chęcią normalnego życia”.
„Zaraz, zaraz. Kto tak powiedział?” – zapyta ktoś dociekliwy oburzony tą przytoczoną przeze mnie przed chwilą drugą opcją oceny. Bo przecież nikt chyba nie odważył się tak nazywać współpracy z niemieckim okupantem. Nie wiem czy nikt (to trzeba by sprawdzić) ale nawet jeśli to gdzie ja powiedziałem, że chodzi mi o współpracę z okupantem niemieckim?

Nie zdziwię się jeśli na moją głowę spadną gromy za takie widzenie tamtych czasów bo wizją „normalnego w końcu życia” byliśmy urabiani bardzo długo. Ale dla mnie nie ma wątpliwości, że to była kolaboracja z okupantem. I takie zakwalifikowanie przejawów współpracy w postaci zarządzania na różnych szczeblach okupowanym terytorium wydaje mi się jak najbardziej właściwe.

Tu zapewne od razu ktoś zauważy, że przeginam bo gdzie tej „okupacji” zaczętej od 1944 do tego, co było „pod Hitlerem”. Oczywiście, gdzie jej do tamtej ? I w tym rzecz właśnie.
Jasnym jest, na co zwracał zresztą uwagę Rymkiewicz w „Kinderszenen” odpowiadając widzącym w Powstaniu Warszawskim jedynie oczywisty przejaw szaleństwa, że to, co zafundował nam Hitler wraz z zakochanym w nim narodem niemieckim było czymś nieporównywalnym do niczego a przez to i wywołującym zachowania nieporównywalne do niczego. Było niespotykaną feerią odczłowieczenia świata i znacznej części istot czyniących sobie ów świat poddanym. To nie podlega dyskusji. Taki świat, w którym działo się to, co wtedy się działo, mocno utrudnia jako punkt odniesienia jakiekolwiek oceny oparte na klasycznych kryteriach. Wtedy zdecydowanie trudniej było być człowiekiem. To chyba fakt niepodważalny.

I tu dochodzę do mojej wątpliwości największej. Będącej wynikiem zestawienia naszego (w sensie publicystyki głównego obiegu) zapału do rozliczania z nienormalności czasu wojny przy wyjątkowej wyrozumiałości wobec nienormalności powojnia.
Jak to jest, że już podrygujemy by kamieniować różnych „szmalcowników”, delatorów czy inne hieny cmentarne wyrodzone z czasu, od którego zaiste mogło się we łbach pomieszać i najsilniejszym a z taką łatwością rozgrzeszamy i „rozumiemy” delatorów, „szmalcowników” i hieny czasów następnych? Czasów, w których bycie przyzwoitym a nawet i heroicznym kosztowało znacznie mniej.

Wbrew temu obowiązującemu a bez dwóch zdań choremu brakowi proporcji uważam, że za każdy kamień rzucony przeciwko upiorom czasu wojny należą się dwa, trzy upiorom lat późniejszych.

Jeśli mamy za złe, że ludzie przestawali być ludźmi wobec groźby śmierci i upodlenia to jak możemy nie mieć za złe nieprzyzwoitość popełnianą dla kariery, dla pieniędzy albo ze strachu? Czym jest strach przed Ubekiem z jego mimo wszystko ograniczonymi możliwościami, hmmm, oddziaływania przy nieograniczonych możliwościach niemieckiego aparatu represji?

Jeśli więc gotujemy się do „bolesnej narodowej wiwisekcji” w związku z grzechami popełnionymi gdy pół świata oszalało i z hukiem oddawało się temu szaleństwu to jak poradzimy sobie z paranoją uprzejmego kłaniania się „szczerym demokratom”, którzy nie tak przecież znowu dawno, w czasach gdy świat już dochodził albo i doszedł do równowagi, kolaborowali, kolaborowali, kolaborowali, kolaborowali… Kolaborowali na swych eksponowanych stanowiskach, w swych służbowych autach, w przydziałowych mieszkaniach. Kolaborowali choć doskonale wiedzieli, że robią to ze szkodą i kosztem społeczeństwa. I włos im za to z głowy nie spadł i nie spadnie. A dziś są szanowani, wybierani i często zapraszani by nam to i owo o przyzwoitości czasem wyłożyć.

Jak w takich warunkach nie nabawić się skłonności do wynaturzeń?

niedziela, 2 stycznia 2011

Dwa plus dwa jest…?

Dość ciekawe (by nie napisać zabawne) jest śledzenie (tu i wszędzie indziej) dyskusji nad ostatnią „reformą emerytalną”. Szczególnie interesujące są te głosy, które „stoją i stać chcą przy” szanownym panie Premierze i jego specyficznej formie ratowania zarówno finansów publicznych jak też naszych emerytur. Można je streścić wskazując na dwa punkty, w których akcentują oni doniosłość dzieła przelania z jakoś tam pustego w ewidentnie próżne. W pierwszym są podnoszone zalety z odebrania OFE możliwości okradania „nas” poprzez ściąganie z „naszych” pieniędzy haraczu na koszty funkcjonowania funduszy. To „nas” i „naszych” ująłem w cudzysłów bo te pieniądze są „nasze” tylko wtedy gdy podnosi się proceder kradzieży dokonywanej prze OFE. Gdy ktoś zakrzyczy „wara Tusku od moich pieniędzy” natychmiast okazuje się (przy użyciu Trybunału Konstytucyjnego) że żadne tam „moje”. Drugim punktem akcentowanym przez obrońców „reformy emerytalnej A.D 2010” jest to, że pieniądze w ZUS będą na jakichś kontach i zabezpieczone jakimiś obligacjami „pewniejszymi” od zysków OFE.
I tu dochodzimy do sedna mojego sporu z tymi heroicznymi wyznawcami specyficznej ekonomii opartej na specyficznej matematyce.

Nie jest dla mnie a i zapewne dla nich tajemnica z czego urodziła się tuskowa „reforma”. Nie, wcale nie z chęci wykreowania mniejszego długu publicznego. Gdyby tylko o to chodziło skończyłoby się na urobieniu Brukseli w sprawie „kreatywnego” naliczania wysokości długu bez „uwzględniania” kosztów obsługi systemu emerytalnego. Jak to na samym początku miało być. Skoro posunięto się jednak do rzeczywistego zablokowania części pieniędzy kierowanych dotąd poza kontrolę sektora publicznego nie chodziło tylko o fikołki w rachunkach. Chodziło o prawdziwe pieniądze.

Przy wszystkich wadach OFE ich przewaga nad ZUS polega na tym, że zajmują się one (nie, nie napiszę moimi…) przeznaczonymi na moją emeryturę rzeczywistymi pieniędzmi. Robią to lepiej lub gorzej ale podstawą ich wzlotów i upadków jest bardzo konkretna garstka materialnego grosza. ZUS za Tuskiem natomiast swoje obietnice może oprzeć jedynie na potencjalnym pieniądzu. Będącym na papierze i w wyobraźni. Który realny jest w zasadzie tylko wtedy gdy obdzierany jest ze składki emerytalnej. Dalej już jest tylko słowem danym przez państwo. Że pomnoży, że zabezpieczy i takie tam.
Wartość wspomnianego słowa ilustruje najlepiej właśnie „reforma” Tuska. Pokazująca, że nie ma mowy o pomnożeniu bo problemem jest nawet aktualna płynność funduszu. Każdy, kto uważał na lekcji matematyki wie, że wynik mnożenia zera jest zawsze taki sam. Bez względu na wielkość liczby, przez którą zero zechcemy pomnożyć.

Ja rozumiem, ze optymizm zwolenników tuskowej matematyki bierze się z dość powszechnego przekonania, że państwo jest jedynym przedsiębiorstwem w naszej niełatwej kondycji ekonomicznej, któremu nie grozi bankructwo. I że z nim zawsze jakoś to będzie. Przekonanie jest w połowie prawdziwe. Oczywistym jest, że państwo zawsze jakoś będzie trwać, że nikt je nie postawi w stan upadku ani nie zlikwiduje. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że musi ono realizować swe zobowiązania. Tu właśnie tkwi rzeczywista istota ekonomicznej żywotności przedsiębiorstwa zwanego państwem. Jeśli nie będzie w stanie to wejdzie w rolę ba rejowego szatniarza który oświadczy „Nie mam. I co mi Pan zrobisz?”
Istotą reformy opartej na tuskowej matematyce jest bardzo specyficzne działanie matematyczne. Opierające się na założeniu, że dwa plus dwa to jest tyle… ile potrzeba. Potrzeba w danej chwili. „Daną chwilą” jest oczywista perspektywa wyborów parlamentarnych jesienią (jak mówią z przekonaniem nie wiosną) tego roku. Po prostu do tego czasu trzeba zrobić wszystko by któregoś miesiąca listonosze nie musieli tłumaczyć zdziwionym emerytom, że pieniędzy dla nich po prostu nie mają.

I tu dochodzimy do prawdziwego autora koncepcji tej specyficznej matematyki. Kto śledzi to, co dzieje się w ostatnich latach z Europą albo choć wnikliwej ogląda telewizyjne widomości, ten na pewno pamięta sławne słowa Ferenca Gyurcsany,ego wyjaśniającego w jaki sposób starał się on i jego ekipa utrzymać władze nad powierzonym im państwem. „Metoda Gyurcsany,ego” aż nadto przebija z „reformy Tuska”. Przebija też to ustawienie priorytetów przez rządzących polityków, w którym bezwzględnie utrzymanie władzy stawiane jest zdecydowanie wyżej niż troska o obywatela. Choć złośliwie zauważę, ze jednak nie do końca. Przecież rządzący polityk to, jak by nie było, też obywatel! A skoro nie jesteśmy w stanie zadbać o wszystkich obywateli zadbajmy choć o tych!

Znów jak jakieś przekleństwo rzucone nie wiadomo przez kogo i nie wiedzieć czemu akurat na Polaków wraca zaduma nad tą uległością Narodu wobec ewidentnie robiącej ich w bambuko ekipy. Przypominającą powieść Zajdla „Wyjście z cienia”. Nie wiem jaką puentę znajdzie to nasze zawierzenie ekipie z Proximy Centaura mającej przecież wobec swej kosmicznej zaiste nieudolności zawsze w zanadrzu do pokazania Narodowi potworne gęby Elgomajów. I pewność, że to wystarczy by dalej paść się tym wmówionym, wydumanym strachem nie dając w zamian nic rzeczywistego.

Pamiętamy, że bratankom słowa „kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem” nie wystarczyły. Nie uwierzyli, słowom. Musieli osobiście dostąpić ceremonii „wciskania palucha w bok”. Bolesnej jak mniemam.

To jest nieco niepokojąca konstatacja. Bo wskazująca na to, że opamiętanie przyjdzie dopiero wtedy, gdy do przyszłych emerytów wreszcie popłyną te „gwarantowane przez państwo” emerytury, które teraz nam „zabezpiecza” ekipa z Proxima Centaura.

Twierdząc, że będą ”być może nawet wyższe”. Takie życzeniowe „dwa plus dwa jest tyle ile chcecie”

Oczywista przyczyna katastrofy (stan na styczeń 2011 r.)

Przyczyna katastrofy jest arcyprosta. Rzekłbym równie odważnie i bez wątpliwości, że arcyprosta jak umysłowość wypowiadającej taką opinię osoby.

- Jestem osobiście przekonany, że nikt nie zakwestionuje tego, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej była próba lądowania podjęta w warunkach pogodowych, które się do tego absolutnie nie nadawały *

To tak genialnie proste i oczywiste jak znana z dowcipów o wojsku i uczelnianym studium wojskowym definicja śmierci, która to jest (co jest przecież arcyoczywiste i nikt tego nie zakwestionuje) „brakiem życia”.

Zastanawia mnie ta wypowiedź wcale nie dlatego, że jest jaka jest jeśli chodzi o jej merytoryczną wartość. Mógłbym czepiać się wskazując, że to, co osoba mówiąca uważa za przyczynę ja mam raczej za skutek. I prawdziwych przyczyn, nawet arcyboleśnie prostych, oczywistych i wszystkich innych wprost nie mogę się doczekać. Mimo, że przy nich chodzą dwie państwowe prokuratury, dwa „wyspecjalizowane” ciała i jeszcze pan Klich na dodatek. Chodzą, chodzą i, póki co, nic jakoś wychodzić nie mogą. Tak, jakby bezczelnie chcieli zasugerować, że mówienie o „głównej przyczynie” jest tylko demonstracją kompletnej ignorancji.

Ja zdaję sobie sprawę, że wysłanie społeczeństwu przekazu, w którym rzecz jest może i „arcybolesna” ale oczywista to taka reakcja obronna. Bo przyjęcie takiej wizji z miejsca zamyka możliwości dalszego drążenia. A to dla osoby wartość sama w sobie. Bo jak drążą to Bóg jeden wie do czego się mogą dokopać.

Coś podobnego pamiętam ze swego dzieciństwa. Podczas jednych z wakacji na wsi młodszy ode mnie kuzyn, mający ciągły problem w postaci nieuniknionego dla dziecka nadmiernie żywego, a takim właśnie był, popadania w kłopoty nierzadko kończące się laniem, nagle genialnie też odkrył „oczywistą przyczynę”. I to w formie niemal doskonałej. Rodzice sprezentowali mu (wiem, że to określenie deprecjonujące nieco zwierzę jako istotę ale cóż, prawda…) psa. Na jakiś czas kłopoty kuzyna odeszły w niepamięć. Za każdym razem gdy odkrywane było jakieś dzieło destrukcji, kuzyn, będący od dawna pierwszym podejrzanym, bez najmniejszej wątpliwości wskazywał „oczywistą” przyczynę – pieska. Nie wiem czy jego rodzice mu wierzyli czy też tak było im wygodniej bo nie jest wcale rzeczą przyjemną czy to strofowanie swego mocno nieletniego pierworodnego czy też aplikowanie mu wiedzy i zasad poprzez pośladki. Przestali gdy kolejna z win pieska okazała się nie do popełnienia bez wyspecjalizowanych kończyn górnych, których on na nieszczęście kuzyna nie posiadał. Kara objęła profilaktycznie również winy, które wcześniej pieskowi zaliczono i które jak najbardziej w jego możliwościach leżały. Tak to działa.

Zastanawia mnie, jak już sygnalizowałem wyżej, coś zupełnie innego. Oto osobiste przekonanie mówiącego, tak boleśnie oczywiste we wskazaniu osób odpowiedzialnych za tragedię prawie setki ludzi, ich rodzin i całego narodu, następuję niemal tuż po tym, gdy partyjny kolega osoby, niegdyś jej szef, z hukiem odsyła wypracowanie zespołu szukającego przyczyn tej samej tragedii jako „zbyt jednostronne”. A chyba bardziej jednostronne niż „osobiste przekonanie osoby, być nie mogło (choć kto wie skoro władza nie pozwoliła suwerenowi „luknąć” w broszurę).

Zastanawia mnie też ta pewność osoby co do tego, o czym mówi. Bo oznaczać może ona dwie możliwości. Pierwszą taką, że osobie ledwie czasu starcza na cokolwiek bo od samego dnia katastrofy nic innego nie robi tylko ślęczy nad kolejnymi materiałami mozolnie starając się dodać jedno do drugiego i osiągnąć jedyny prawdziwy wynik. I wie wszystko. Jak nikt inny…

Druga możliwość jest taka, że nie ślęczy, nie dodaje bo od samego początku wie jak było. Z całą swoją pewnością zacietrzewionego i stronniczego bufona, który na podstawie jednego obejrzanego odcinka popularnego serialu gotów jest przeprowadzać operację na otwartym sercu.

Cechą charakterystyczną umysłowości osoby zdaje się być to, że w swoich wypowiedziach publicznych, jak mało kto, potrafi posiać wątpliwość w umysłach tych wszystkich, którzy uznają, że wypowiadana opinia zawsze jest końcowym elementem pewnego procesu umysłowego.

Zastanawiam się czemu ta „oczywista” opinia o „arcyprostej” przyczynie katastrofy może służyć. W sytuacji, w której od miesięcy reglamentuje się społeczeństwu wiedzę, kiedy usiłuje się tłumaczyć iż takie sprawy wyjaśnia się właśnie długo i z mozołem. Kiedy to przeciąganie sprawy wywołuje wiele emocji. W sytuacji gdy obśmiano wszystkich tych, co też mieli swoje „arcyproste” i oczywiste tłumaczenia dla tej tragedii.

Zastanawiam się wreszcie kiedy ktoś raczy osobie zwrócić uprzejmą uwagę, że nie jest ona jakąś panią wygłaszającą w warzywniaku nikogo nie interesujące opinie lecz prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej od którego oczekuje się opinii wyważonych i opartych na jakichś bezspornych podstawach. „Osobiste przekonanie” to zbyt mało jako „bezsporna podstawa”.

Mamy już za sobą jeden nieszczęsny wywiad osoby. Wywiad, który pociągnął za sobą dość znaczące społecznie skutki. Mamy też za sobą nabór rozlicznych „mędrców”, których w jakimś tam celu osobie sprezentowano płacąc za to jak mniemam niemałymi i do tego publicznymi pieniędzmi. Mogę więc nie tylko oczekiwać ale nawet żądać jako ten, który jest nie tylko suwerenem w imieniu którego osoba pełni co pełnie ale i sponsorem płacącym za owo „pełnienie”, by szanowna osoba wzbogaciła swój sposób komunikowania się ze społeczeństwem o dodatkowy element. O myślenie nad tym co się ma zamiar powiedzieć.


*http://wyborcza.pl/1,75248,8892771,Komorowski__przyczyna_katastrofy_smolenskiej_arcybolesnie.html#ixzz19rP7mVA1