Dość ciekawe (by nie napisać zabawne) jest śledzenie (tu i wszędzie indziej) dyskusji nad ostatnią „reformą emerytalną”. Szczególnie interesujące są te głosy, które „stoją i stać chcą przy” szanownym panie Premierze i jego specyficznej formie ratowania zarówno finansów publicznych jak też naszych emerytur. Można je streścić wskazując na dwa punkty, w których akcentują oni doniosłość dzieła przelania z jakoś tam pustego w ewidentnie próżne. W pierwszym są podnoszone zalety z odebrania OFE możliwości okradania „nas” poprzez ściąganie z „naszych” pieniędzy haraczu na koszty funkcjonowania funduszy. To „nas” i „naszych” ująłem w cudzysłów bo te pieniądze są „nasze” tylko wtedy gdy podnosi się proceder kradzieży dokonywanej prze OFE. Gdy ktoś zakrzyczy „wara Tusku od moich pieniędzy” natychmiast okazuje się (przy użyciu Trybunału Konstytucyjnego) że żadne tam „moje”. Drugim punktem akcentowanym przez obrońców „reformy emerytalnej A.D 2010” jest to, że pieniądze w ZUS będą na jakichś kontach i zabezpieczone jakimiś obligacjami „pewniejszymi” od zysków OFE.
I tu dochodzimy do sedna mojego sporu z tymi heroicznymi wyznawcami specyficznej ekonomii opartej na specyficznej matematyce.
Nie jest dla mnie a i zapewne dla nich tajemnica z czego urodziła się tuskowa „reforma”. Nie, wcale nie z chęci wykreowania mniejszego długu publicznego. Gdyby tylko o to chodziło skończyłoby się na urobieniu Brukseli w sprawie „kreatywnego” naliczania wysokości długu bez „uwzględniania” kosztów obsługi systemu emerytalnego. Jak to na samym początku miało być. Skoro posunięto się jednak do rzeczywistego zablokowania części pieniędzy kierowanych dotąd poza kontrolę sektora publicznego nie chodziło tylko o fikołki w rachunkach. Chodziło o prawdziwe pieniądze.
Przy wszystkich wadach OFE ich przewaga nad ZUS polega na tym, że zajmują się one (nie, nie napiszę moimi…) przeznaczonymi na moją emeryturę rzeczywistymi pieniędzmi. Robią to lepiej lub gorzej ale podstawą ich wzlotów i upadków jest bardzo konkretna garstka materialnego grosza. ZUS za Tuskiem natomiast swoje obietnice może oprzeć jedynie na potencjalnym pieniądzu. Będącym na papierze i w wyobraźni. Który realny jest w zasadzie tylko wtedy gdy obdzierany jest ze składki emerytalnej. Dalej już jest tylko słowem danym przez państwo. Że pomnoży, że zabezpieczy i takie tam.
Wartość wspomnianego słowa ilustruje najlepiej właśnie „reforma” Tuska. Pokazująca, że nie ma mowy o pomnożeniu bo problemem jest nawet aktualna płynność funduszu. Każdy, kto uważał na lekcji matematyki wie, że wynik mnożenia zera jest zawsze taki sam. Bez względu na wielkość liczby, przez którą zero zechcemy pomnożyć.
Ja rozumiem, ze optymizm zwolenników tuskowej matematyki bierze się z dość powszechnego przekonania, że państwo jest jedynym przedsiębiorstwem w naszej niełatwej kondycji ekonomicznej, któremu nie grozi bankructwo. I że z nim zawsze jakoś to będzie. Przekonanie jest w połowie prawdziwe. Oczywistym jest, że państwo zawsze jakoś będzie trwać, że nikt je nie postawi w stan upadku ani nie zlikwiduje. Ale nigdzie nie jest powiedziane, że musi ono realizować swe zobowiązania. Tu właśnie tkwi rzeczywista istota ekonomicznej żywotności przedsiębiorstwa zwanego państwem. Jeśli nie będzie w stanie to wejdzie w rolę ba rejowego szatniarza który oświadczy „Nie mam. I co mi Pan zrobisz?”
Istotą reformy opartej na tuskowej matematyce jest bardzo specyficzne działanie matematyczne. Opierające się na założeniu, że dwa plus dwa to jest tyle… ile potrzeba. Potrzeba w danej chwili. „Daną chwilą” jest oczywista perspektywa wyborów parlamentarnych jesienią (jak mówią z przekonaniem nie wiosną) tego roku. Po prostu do tego czasu trzeba zrobić wszystko by któregoś miesiąca listonosze nie musieli tłumaczyć zdziwionym emerytom, że pieniędzy dla nich po prostu nie mają.
I tu dochodzimy do prawdziwego autora koncepcji tej specyficznej matematyki. Kto śledzi to, co dzieje się w ostatnich latach z Europą albo choć wnikliwej ogląda telewizyjne widomości, ten na pewno pamięta sławne słowa Ferenca Gyurcsany,ego wyjaśniającego w jaki sposób starał się on i jego ekipa utrzymać władze nad powierzonym im państwem. „Metoda Gyurcsany,ego” aż nadto przebija z „reformy Tuska”. Przebija też to ustawienie priorytetów przez rządzących polityków, w którym bezwzględnie utrzymanie władzy stawiane jest zdecydowanie wyżej niż troska o obywatela. Choć złośliwie zauważę, ze jednak nie do końca. Przecież rządzący polityk to, jak by nie było, też obywatel! A skoro nie jesteśmy w stanie zadbać o wszystkich obywateli zadbajmy choć o tych!
Znów jak jakieś przekleństwo rzucone nie wiadomo przez kogo i nie wiedzieć czemu akurat na Polaków wraca zaduma nad tą uległością Narodu wobec ewidentnie robiącej ich w bambuko ekipy. Przypominającą powieść Zajdla „Wyjście z cienia”. Nie wiem jaką puentę znajdzie to nasze zawierzenie ekipie z Proximy Centaura mającej przecież wobec swej kosmicznej zaiste nieudolności zawsze w zanadrzu do pokazania Narodowi potworne gęby Elgomajów. I pewność, że to wystarczy by dalej paść się tym wmówionym, wydumanym strachem nie dając w zamian nic rzeczywistego.
Pamiętamy, że bratankom słowa „kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem” nie wystarczyły. Nie uwierzyli, słowom. Musieli osobiście dostąpić ceremonii „wciskania palucha w bok”. Bolesnej jak mniemam.
To jest nieco niepokojąca konstatacja. Bo wskazująca na to, że opamiętanie przyjdzie dopiero wtedy, gdy do przyszłych emerytów wreszcie popłyną te „gwarantowane przez państwo” emerytury, które teraz nam „zabezpiecza” ekipa z Proxima Centaura.
Twierdząc, że będą ”być może nawet wyższe”. Takie życzeniowe „dwa plus dwa jest tyle ile chcecie”
niedziela, 2 stycznia 2011
Oczywista przyczyna katastrofy (stan na styczeń 2011 r.)
Przyczyna katastrofy jest arcyprosta. Rzekłbym równie odważnie i bez wątpliwości, że arcyprosta jak umysłowość wypowiadającej taką opinię osoby.
- Jestem osobiście przekonany, że nikt nie zakwestionuje tego, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej była próba lądowania podjęta w warunkach pogodowych, które się do tego absolutnie nie nadawały *
To tak genialnie proste i oczywiste jak znana z dowcipów o wojsku i uczelnianym studium wojskowym definicja śmierci, która to jest (co jest przecież arcyoczywiste i nikt tego nie zakwestionuje) „brakiem życia”.
Zastanawia mnie ta wypowiedź wcale nie dlatego, że jest jaka jest jeśli chodzi o jej merytoryczną wartość. Mógłbym czepiać się wskazując, że to, co osoba mówiąca uważa za przyczynę ja mam raczej za skutek. I prawdziwych przyczyn, nawet arcyboleśnie prostych, oczywistych i wszystkich innych wprost nie mogę się doczekać. Mimo, że przy nich chodzą dwie państwowe prokuratury, dwa „wyspecjalizowane” ciała i jeszcze pan Klich na dodatek. Chodzą, chodzą i, póki co, nic jakoś wychodzić nie mogą. Tak, jakby bezczelnie chcieli zasugerować, że mówienie o „głównej przyczynie” jest tylko demonstracją kompletnej ignorancji.
Ja zdaję sobie sprawę, że wysłanie społeczeństwu przekazu, w którym rzecz jest może i „arcybolesna” ale oczywista to taka reakcja obronna. Bo przyjęcie takiej wizji z miejsca zamyka możliwości dalszego drążenia. A to dla osoby wartość sama w sobie. Bo jak drążą to Bóg jeden wie do czego się mogą dokopać.
Coś podobnego pamiętam ze swego dzieciństwa. Podczas jednych z wakacji na wsi młodszy ode mnie kuzyn, mający ciągły problem w postaci nieuniknionego dla dziecka nadmiernie żywego, a takim właśnie był, popadania w kłopoty nierzadko kończące się laniem, nagle genialnie też odkrył „oczywistą przyczynę”. I to w formie niemal doskonałej. Rodzice sprezentowali mu (wiem, że to określenie deprecjonujące nieco zwierzę jako istotę ale cóż, prawda…) psa. Na jakiś czas kłopoty kuzyna odeszły w niepamięć. Za każdym razem gdy odkrywane było jakieś dzieło destrukcji, kuzyn, będący od dawna pierwszym podejrzanym, bez najmniejszej wątpliwości wskazywał „oczywistą” przyczynę – pieska. Nie wiem czy jego rodzice mu wierzyli czy też tak było im wygodniej bo nie jest wcale rzeczą przyjemną czy to strofowanie swego mocno nieletniego pierworodnego czy też aplikowanie mu wiedzy i zasad poprzez pośladki. Przestali gdy kolejna z win pieska okazała się nie do popełnienia bez wyspecjalizowanych kończyn górnych, których on na nieszczęście kuzyna nie posiadał. Kara objęła profilaktycznie również winy, które wcześniej pieskowi zaliczono i które jak najbardziej w jego możliwościach leżały. Tak to działa.
Zastanawia mnie, jak już sygnalizowałem wyżej, coś zupełnie innego. Oto osobiste przekonanie mówiącego, tak boleśnie oczywiste we wskazaniu osób odpowiedzialnych za tragedię prawie setki ludzi, ich rodzin i całego narodu, następuję niemal tuż po tym, gdy partyjny kolega osoby, niegdyś jej szef, z hukiem odsyła wypracowanie zespołu szukającego przyczyn tej samej tragedii jako „zbyt jednostronne”. A chyba bardziej jednostronne niż „osobiste przekonanie osoby, być nie mogło (choć kto wie skoro władza nie pozwoliła suwerenowi „luknąć” w broszurę).
Zastanawia mnie też ta pewność osoby co do tego, o czym mówi. Bo oznaczać może ona dwie możliwości. Pierwszą taką, że osobie ledwie czasu starcza na cokolwiek bo od samego dnia katastrofy nic innego nie robi tylko ślęczy nad kolejnymi materiałami mozolnie starając się dodać jedno do drugiego i osiągnąć jedyny prawdziwy wynik. I wie wszystko. Jak nikt inny…
Druga możliwość jest taka, że nie ślęczy, nie dodaje bo od samego początku wie jak było. Z całą swoją pewnością zacietrzewionego i stronniczego bufona, który na podstawie jednego obejrzanego odcinka popularnego serialu gotów jest przeprowadzać operację na otwartym sercu.
Cechą charakterystyczną umysłowości osoby zdaje się być to, że w swoich wypowiedziach publicznych, jak mało kto, potrafi posiać wątpliwość w umysłach tych wszystkich, którzy uznają, że wypowiadana opinia zawsze jest końcowym elementem pewnego procesu umysłowego.
Zastanawiam się czemu ta „oczywista” opinia o „arcyprostej” przyczynie katastrofy może służyć. W sytuacji, w której od miesięcy reglamentuje się społeczeństwu wiedzę, kiedy usiłuje się tłumaczyć iż takie sprawy wyjaśnia się właśnie długo i z mozołem. Kiedy to przeciąganie sprawy wywołuje wiele emocji. W sytuacji gdy obśmiano wszystkich tych, co też mieli swoje „arcyproste” i oczywiste tłumaczenia dla tej tragedii.
Zastanawiam się wreszcie kiedy ktoś raczy osobie zwrócić uprzejmą uwagę, że nie jest ona jakąś panią wygłaszającą w warzywniaku nikogo nie interesujące opinie lecz prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej od którego oczekuje się opinii wyważonych i opartych na jakichś bezspornych podstawach. „Osobiste przekonanie” to zbyt mało jako „bezsporna podstawa”.
Mamy już za sobą jeden nieszczęsny wywiad osoby. Wywiad, który pociągnął za sobą dość znaczące społecznie skutki. Mamy też za sobą nabór rozlicznych „mędrców”, których w jakimś tam celu osobie sprezentowano płacąc za to jak mniemam niemałymi i do tego publicznymi pieniędzmi. Mogę więc nie tylko oczekiwać ale nawet żądać jako ten, który jest nie tylko suwerenem w imieniu którego osoba pełni co pełnie ale i sponsorem płacącym za owo „pełnienie”, by szanowna osoba wzbogaciła swój sposób komunikowania się ze społeczeństwem o dodatkowy element. O myślenie nad tym co się ma zamiar powiedzieć.
*http://wyborcza.pl/1,75248,8892771,Komorowski__przyczyna_katastrofy_smolenskiej_arcybolesnie.html#ixzz19rP7mVA1
- Jestem osobiście przekonany, że nikt nie zakwestionuje tego, że główną przyczyną katastrofy smoleńskiej była próba lądowania podjęta w warunkach pogodowych, które się do tego absolutnie nie nadawały *
To tak genialnie proste i oczywiste jak znana z dowcipów o wojsku i uczelnianym studium wojskowym definicja śmierci, która to jest (co jest przecież arcyoczywiste i nikt tego nie zakwestionuje) „brakiem życia”.
Zastanawia mnie ta wypowiedź wcale nie dlatego, że jest jaka jest jeśli chodzi o jej merytoryczną wartość. Mógłbym czepiać się wskazując, że to, co osoba mówiąca uważa za przyczynę ja mam raczej za skutek. I prawdziwych przyczyn, nawet arcyboleśnie prostych, oczywistych i wszystkich innych wprost nie mogę się doczekać. Mimo, że przy nich chodzą dwie państwowe prokuratury, dwa „wyspecjalizowane” ciała i jeszcze pan Klich na dodatek. Chodzą, chodzą i, póki co, nic jakoś wychodzić nie mogą. Tak, jakby bezczelnie chcieli zasugerować, że mówienie o „głównej przyczynie” jest tylko demonstracją kompletnej ignorancji.
Ja zdaję sobie sprawę, że wysłanie społeczeństwu przekazu, w którym rzecz jest może i „arcybolesna” ale oczywista to taka reakcja obronna. Bo przyjęcie takiej wizji z miejsca zamyka możliwości dalszego drążenia. A to dla osoby wartość sama w sobie. Bo jak drążą to Bóg jeden wie do czego się mogą dokopać.
Coś podobnego pamiętam ze swego dzieciństwa. Podczas jednych z wakacji na wsi młodszy ode mnie kuzyn, mający ciągły problem w postaci nieuniknionego dla dziecka nadmiernie żywego, a takim właśnie był, popadania w kłopoty nierzadko kończące się laniem, nagle genialnie też odkrył „oczywistą przyczynę”. I to w formie niemal doskonałej. Rodzice sprezentowali mu (wiem, że to określenie deprecjonujące nieco zwierzę jako istotę ale cóż, prawda…) psa. Na jakiś czas kłopoty kuzyna odeszły w niepamięć. Za każdym razem gdy odkrywane było jakieś dzieło destrukcji, kuzyn, będący od dawna pierwszym podejrzanym, bez najmniejszej wątpliwości wskazywał „oczywistą” przyczynę – pieska. Nie wiem czy jego rodzice mu wierzyli czy też tak było im wygodniej bo nie jest wcale rzeczą przyjemną czy to strofowanie swego mocno nieletniego pierworodnego czy też aplikowanie mu wiedzy i zasad poprzez pośladki. Przestali gdy kolejna z win pieska okazała się nie do popełnienia bez wyspecjalizowanych kończyn górnych, których on na nieszczęście kuzyna nie posiadał. Kara objęła profilaktycznie również winy, które wcześniej pieskowi zaliczono i które jak najbardziej w jego możliwościach leżały. Tak to działa.
Zastanawia mnie, jak już sygnalizowałem wyżej, coś zupełnie innego. Oto osobiste przekonanie mówiącego, tak boleśnie oczywiste we wskazaniu osób odpowiedzialnych za tragedię prawie setki ludzi, ich rodzin i całego narodu, następuję niemal tuż po tym, gdy partyjny kolega osoby, niegdyś jej szef, z hukiem odsyła wypracowanie zespołu szukającego przyczyn tej samej tragedii jako „zbyt jednostronne”. A chyba bardziej jednostronne niż „osobiste przekonanie osoby, być nie mogło (choć kto wie skoro władza nie pozwoliła suwerenowi „luknąć” w broszurę).
Zastanawia mnie też ta pewność osoby co do tego, o czym mówi. Bo oznaczać może ona dwie możliwości. Pierwszą taką, że osobie ledwie czasu starcza na cokolwiek bo od samego dnia katastrofy nic innego nie robi tylko ślęczy nad kolejnymi materiałami mozolnie starając się dodać jedno do drugiego i osiągnąć jedyny prawdziwy wynik. I wie wszystko. Jak nikt inny…
Druga możliwość jest taka, że nie ślęczy, nie dodaje bo od samego początku wie jak było. Z całą swoją pewnością zacietrzewionego i stronniczego bufona, który na podstawie jednego obejrzanego odcinka popularnego serialu gotów jest przeprowadzać operację na otwartym sercu.
Cechą charakterystyczną umysłowości osoby zdaje się być to, że w swoich wypowiedziach publicznych, jak mało kto, potrafi posiać wątpliwość w umysłach tych wszystkich, którzy uznają, że wypowiadana opinia zawsze jest końcowym elementem pewnego procesu umysłowego.
Zastanawiam się czemu ta „oczywista” opinia o „arcyprostej” przyczynie katastrofy może służyć. W sytuacji, w której od miesięcy reglamentuje się społeczeństwu wiedzę, kiedy usiłuje się tłumaczyć iż takie sprawy wyjaśnia się właśnie długo i z mozołem. Kiedy to przeciąganie sprawy wywołuje wiele emocji. W sytuacji gdy obśmiano wszystkich tych, co też mieli swoje „arcyproste” i oczywiste tłumaczenia dla tej tragedii.
Zastanawiam się wreszcie kiedy ktoś raczy osobie zwrócić uprzejmą uwagę, że nie jest ona jakąś panią wygłaszającą w warzywniaku nikogo nie interesujące opinie lecz prezydentem Rzeczpospolitej Polskiej od którego oczekuje się opinii wyważonych i opartych na jakichś bezspornych podstawach. „Osobiste przekonanie” to zbyt mało jako „bezsporna podstawa”.
Mamy już za sobą jeden nieszczęsny wywiad osoby. Wywiad, który pociągnął za sobą dość znaczące społecznie skutki. Mamy też za sobą nabór rozlicznych „mędrców”, których w jakimś tam celu osobie sprezentowano płacąc za to jak mniemam niemałymi i do tego publicznymi pieniędzmi. Mogę więc nie tylko oczekiwać ale nawet żądać jako ten, który jest nie tylko suwerenem w imieniu którego osoba pełni co pełnie ale i sponsorem płacącym za owo „pełnienie”, by szanowna osoba wzbogaciła swój sposób komunikowania się ze społeczeństwem o dodatkowy element. O myślenie nad tym co się ma zamiar powiedzieć.
*http://wyborcza.pl/1,75248,8892771,Komorowski__przyczyna_katastrofy_smolenskiej_arcybolesnie.html#ixzz19rP7mVA1
piątek, 31 grudnia 2010
Nigdy tego nie zapomnę. Wam nie zapomnę…
Z tego zła nic dobrego niestety nie zdołało się urodzić. Może powinienem powiedzieć „jeszcze nie zdołało”. Ale chyba nie tylko ja miałem wtedy nadzieję, że przekraczamy granicę, za którą może być już tylko lepiej. Takie nasze Morze Czerwone, które oddzieli nas od tego wszystkiego, co przez dwadzieścia lat zgromadziliśmy jako wstydliwy bagaż złych doświadczeń z demokracją i z wolnością. Fatamorgana…
Tak naprawdę, mimo naprawdę wielu powodów, by bilans wolności uznać za kłopotliwy, dopiero smoleńska tragedia była a właściwie być powinna tym szokiem ostatecznym, po którym przyjdzie opamiętanie i otrzeźwienie. W końcu jeśli po coś takie rzeczy się dzieją to właśnie po to by stawać się trudnymi do zauważenia kamieniami granicznymi. Najtrudniej zaś przejść obojętnie obok kamieni nagrobnych.
Naiwnie sądziłem, że tego co stało się z ludźmi po 10 kwietnia nie da się już zepsuć. Zepsuliśmy przecież już to, co z nami działo się pięć lat wcześniej, gdy mieliśmy pierwszą odsłonę powszechnej żałoby. Nauczeni tamtym doświadczeniem i jego utratą… pozwoliliśmy je sobie ponownie ukraść.
Wyczynem byłoby zniweczyć to przypadkiem. Takie dzieła destrukcji udają się tylko wielkim staraniem i wytężoną pracą. Widać w tym bywamy dobrzy jak w niczym innym.
Przeszliśmy szybką, zademonstrowaną z naszym aktywnym udziałem, lekcję tego, że coś, czego nigdy nie rozumiałem jako dziecko, było jednak możliwe. Jako dzieciak swoje stany religijnego sceptycyzmu przeżywałem zawsze na tle nieprzystawania pewnych biblijnych opisów do moich wyobrażeń o Boże, świecie i ludziach. Jednym z takich dysonansów była próba zestawienia obok siebie tak diametralnie różnych, choć przecież faktycznie mających miejsce obok siebie zdarzeń, jak Niedziela Palmowa i Droga Krzyżowa. Wtedy mi – dziecku wydawało się niemożliwym by w ciągu kilku dni masowy entuzjazm zmienił się w „chcemy Barabasza”.
To jest możliwe. Wiem to teraz. Nie wiem tylko czy warunkiem nie musi być przypadkiem by aktorami tego qui pro quo obowiązkowo byli Polacy. Ci, co płakali po papieżu by za dwa dni szpanować „gazetowyborczą” koszulką na której stało jasno, że nie płakali. Ci co stali pod krzyżem by zaraz go przyjść wyrwać z korzeniami.
Do Polaków mogę mieć żal. Taki sam jak miewałem jako dziecko do kolegów, którzy nagle w środku zabawy zostawiali mnie i znajdowali sobie atrakcyjniejsze towarzystwo. Miałem żal ale jakoś to rozumiałem. Nie działo się to bez przyczyny.
I właśnie tej przyczyny nie zapomnę. Ani jednego imienia.
Mam takie poczucie, ze lekcja kończy się dopiero wtedy, gdy uczeń wyniesie z niej naukę. Nie nauczyliśmy się niczego i oblaliśmy dwa kolejne egzaminy. Obawiam się, że przyjdzie nam jeszcze stanąć przed kolejnym. A jeśli i on nie wystarczy to przed następnym. Boję się tej formy odpytywania narodu z nabytych mądrości. Bo to kosztuje zbyt wiele. Jak dotąd nie tyle widocznie ile gotowi byliśmy jako naród zapłacić. Więc nasze saldo jeszcze się nie wyzerowało i dług ciągle wisi nad nami. Kto go ostatecznie zapłaci?
Wbrew pozorom wcale nie życzę tego nikomu konkretnemu. Bo nie życzę nikomu. To, że nie zamierzam zapomnieć nijak się ma do mych życzeń i złorzeczeń. Od wyrównywania rachunków nie jestem ani ja ani nikt z nas, śmiertelnych.
Ja po prostu pamiętam tamte dni jako przy całym swym smutku jeden z najpiękniejszych narodowych konterfektów. Godzien sam w sobie utrwalenia w kamieniu, mosiądzu, kruszcu. Taki, który pewnie nie narodziłby się w głowie żadnego wizjonera bo nawet im, znającym wszak doskonale nas, współrodaków, nie mogło się to bez dwóch zdań w głowach pomieścić. I we łbie mi się nie mieści, że ktoś śmiał i śmie nadal próbować tą mą pamięć zniszczyć. I tego im nie zapomnę. Tego.
Jeśli ktoś zapyta co było największą tragedią minionego roku to bez wahania powiem, że zamordowanie tamtego wizerunku Narodu. Wizerunku, do którego ustawił się spontanicznie i bez żadnych nakazów on sam, z własnej woli i potrzeby.
Odnalezienia Ziemi Obiecanej przez ten Naród błąkający się znów po pustyni życzę na Nowy Rok. Bo on to my.
Tak naprawdę, mimo naprawdę wielu powodów, by bilans wolności uznać za kłopotliwy, dopiero smoleńska tragedia była a właściwie być powinna tym szokiem ostatecznym, po którym przyjdzie opamiętanie i otrzeźwienie. W końcu jeśli po coś takie rzeczy się dzieją to właśnie po to by stawać się trudnymi do zauważenia kamieniami granicznymi. Najtrudniej zaś przejść obojętnie obok kamieni nagrobnych.
Naiwnie sądziłem, że tego co stało się z ludźmi po 10 kwietnia nie da się już zepsuć. Zepsuliśmy przecież już to, co z nami działo się pięć lat wcześniej, gdy mieliśmy pierwszą odsłonę powszechnej żałoby. Nauczeni tamtym doświadczeniem i jego utratą… pozwoliliśmy je sobie ponownie ukraść.
Wyczynem byłoby zniweczyć to przypadkiem. Takie dzieła destrukcji udają się tylko wielkim staraniem i wytężoną pracą. Widać w tym bywamy dobrzy jak w niczym innym.
Przeszliśmy szybką, zademonstrowaną z naszym aktywnym udziałem, lekcję tego, że coś, czego nigdy nie rozumiałem jako dziecko, było jednak możliwe. Jako dzieciak swoje stany religijnego sceptycyzmu przeżywałem zawsze na tle nieprzystawania pewnych biblijnych opisów do moich wyobrażeń o Boże, świecie i ludziach. Jednym z takich dysonansów była próba zestawienia obok siebie tak diametralnie różnych, choć przecież faktycznie mających miejsce obok siebie zdarzeń, jak Niedziela Palmowa i Droga Krzyżowa. Wtedy mi – dziecku wydawało się niemożliwym by w ciągu kilku dni masowy entuzjazm zmienił się w „chcemy Barabasza”.
To jest możliwe. Wiem to teraz. Nie wiem tylko czy warunkiem nie musi być przypadkiem by aktorami tego qui pro quo obowiązkowo byli Polacy. Ci, co płakali po papieżu by za dwa dni szpanować „gazetowyborczą” koszulką na której stało jasno, że nie płakali. Ci co stali pod krzyżem by zaraz go przyjść wyrwać z korzeniami.
Do Polaków mogę mieć żal. Taki sam jak miewałem jako dziecko do kolegów, którzy nagle w środku zabawy zostawiali mnie i znajdowali sobie atrakcyjniejsze towarzystwo. Miałem żal ale jakoś to rozumiałem. Nie działo się to bez przyczyny.
I właśnie tej przyczyny nie zapomnę. Ani jednego imienia.
Mam takie poczucie, ze lekcja kończy się dopiero wtedy, gdy uczeń wyniesie z niej naukę. Nie nauczyliśmy się niczego i oblaliśmy dwa kolejne egzaminy. Obawiam się, że przyjdzie nam jeszcze stanąć przed kolejnym. A jeśli i on nie wystarczy to przed następnym. Boję się tej formy odpytywania narodu z nabytych mądrości. Bo to kosztuje zbyt wiele. Jak dotąd nie tyle widocznie ile gotowi byliśmy jako naród zapłacić. Więc nasze saldo jeszcze się nie wyzerowało i dług ciągle wisi nad nami. Kto go ostatecznie zapłaci?
Wbrew pozorom wcale nie życzę tego nikomu konkretnemu. Bo nie życzę nikomu. To, że nie zamierzam zapomnieć nijak się ma do mych życzeń i złorzeczeń. Od wyrównywania rachunków nie jestem ani ja ani nikt z nas, śmiertelnych.
Ja po prostu pamiętam tamte dni jako przy całym swym smutku jeden z najpiękniejszych narodowych konterfektów. Godzien sam w sobie utrwalenia w kamieniu, mosiądzu, kruszcu. Taki, który pewnie nie narodziłby się w głowie żadnego wizjonera bo nawet im, znającym wszak doskonale nas, współrodaków, nie mogło się to bez dwóch zdań w głowach pomieścić. I we łbie mi się nie mieści, że ktoś śmiał i śmie nadal próbować tą mą pamięć zniszczyć. I tego im nie zapomnę. Tego.
Jeśli ktoś zapyta co było największą tragedią minionego roku to bez wahania powiem, że zamordowanie tamtego wizerunku Narodu. Wizerunku, do którego ustawił się spontanicznie i bez żadnych nakazów on sam, z własnej woli i potrzeby.
Odnalezienia Ziemi Obiecanej przez ten Naród błąkający się znów po pustyni życzę na Nowy Rok. Bo on to my.
Rok tryumfu i rok klęski samorządów lokalnych.
Najgłośniej chyba brzmiąca oceną samorządowego oblicza III Rzeczpospolitej był chór głosów podnoszących absolutny tryumf „Polski lokalnej” w jesiennych wyborach samorządowych. Tryumf, którego podsumowaniem był opublikowany w „Rzeczpospolitej” artykuł Prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza „Czasu mamy coraz mniej”* będący afirmacją samorządności lokalnej przeciwstawionej polityce centralnej jako symbolowi, powiedzmy za Dutkiewiczem delikatnie, zawiedzionych nadziei. Głos Dutkiewicza a jeszcze bardziej przeniesienie przez niego swej aktywności publicznej o próg wyżej, na szczebel województwa to sygnał istotny i nie przypadkowy. Może myślę się ale wydaje się on zapowiedzią jakiejś ogólnopolskiej inicjatywy ze strony jego samego, zapewne we współpracy z podobnymi mu niezależnymi politykami lokalnymi. Zresztą we wspomnianym tekście pojawia się jeden bardzo konkretny postulat wzmocnienia udziału samorządowców w kształtowaniu polityki państwowej.
Tyle zachwytów nad naszą lokalna samorządnością. Bo jej sukces tak naprawdę ma wymiar w dużej mierze propagandowy i sprowadza się wcale nie do zwycięstwa lecz zdecydowanie bardziej do skutecznej obrony. Poszerzenie stanu posiadania (takie, jakiego dokonał czy to Dutkiewicz czy Szczurek w Gdyni) jest tylko rodzajem skutecznego powstrzymania zakusów partii politycznych na przejęcie samorządów. Skutecznego w bardzo ograniczonym zakresie.
Jak pamiętamy głównym bólem komentatorów pochylających się nad Polska lokalną w przededniu wyborów było to ile sejmików „weźmie” PiS a ile PO i które metropolie padną ich łupem. Zaś „największym wygranym” obwołano PSL. Wszystko to najdobitniej pokazuje, że właściwie nikogo nie niepokoi tak duża rola partii politycznych i na tym szczebli rządzenia. Dutkiewicz czy Szczurek oraz im podobni, choć wcale nie tak ich mało biorąc pod uwagę skalę kraju to jednak bez wątpienia dla recenzentów naszej polityki efemerydy, „białe wieloryby” i bakterie zdolne do życia w oparciu o arsen. Coś, co się zdarza choć w zasadzie nie powinno. Nie przypadkiem przecież nawet na poziomie gmin (oczywiście nie wszędzie ale to już inna kwestia) obowiązuje promujący najbardziej partie działające na szczeblu krajowym próg wyborczy. Tu też partie chcą odgrywać pierwszą rolę.
Incydent spektakularnego sukcesu kandydatów niezależnych (z których zresztą o części raczej powinno się napisać „niezależni”) nijak się ma do ogólnego stanu samorządu terytorialnego i lokalnego władztwa. To ostatnie powoli przesuwa się w coraz większym stopniu z rzeczywistej władzy na pozycję kohabitacji. Z pozoru w ustrojowym usytuowaniu wójtów, burmistrzów i innych im podobnych lokalnych włodarzy nic się nie zmieniło. Z pozoru władzy mają tyle ile mieli jej dotąd. Nie zmieniły się wszak zapisy ustaw regulujących kompetencje samorządów. Ale, by sparafrazować sławne zdanie „był jeden kruczek, paragraf…”. W tym przypadku można podać na przykład art. 128 ustawy o finansach publicznych z 2009 r.** Kto ma jakiś związek z działalnością samorządów ten od razu będzie wiedział o co chodzi. A chodzi o coś, co na pierwszy rzut oka zdaje się zaiste charytatywną działalnością ludzi nazywających siebie „Państwem” w stosunku do samorządów. Chodzi o dotacje udzielane gminom, powiatom czy województwom na realizację pewnych projektów będących tak zwanymi „zadaniami własnymi” tych podmiotów. To, między innymi sławne „Orliki”, „schetywnówki” czy głośne ostatnio place zabaw budowane jako „Radosna szkoła”. Ale, czego już się głośno nie mówi, również stypendia socjalne dla uczniów czy dożywianie w szkołach. Ów art. 128 wyjaśnia, że w takiej sytuacji Państwo może dotować samorząd ale tylko do wysokości 80% wartości owego projektu. 20% samorząd musi dorzucić ze swoich.
Z pozoru to dla samorządu „świetny deal”. Ma to, co chce ale za 20% tego, co by musiała sama wydać. To jednak tylko połowa prawdy. Prawda, że ma i że za 20%. Ale nie jest prawda, że to, co chce.
Programy, które wymieniłem, przynajmniej te najbardziej spektakularne, są pomysłami politycznymi służącymi przede wszystkim sile rządzącej. I, co dla mnie nie ulega wątpliwości, służyć mają głownie propagandzie. A że dzieciom i kierowca na ten przykład również, cóż… inaczej tego przeprowadzić się po prostu nie da.
Istotne jest tez i to, że te pomysły są dość kosztowne a udział samorządów w nich to najczęściej aż 50% wartości.
Co w tym jednak złego, że gminy czy tam powiaty budują drogi, place zabaw i boiska? Przecież służyć to będzie ewidentnie obywatelom. Oczywiście że tak. Tyle, że ta kumulacja łaskawości Państwa oznacza też ni mniej ni więcej ale przejęcie przez Państwo kontroli nad znaczną częścią budżetów samorządów.
Oczywiście można powiedzieć, że przecież nikt nie zmusza wójtów i burmistrzów by brali te 50 czy 80%. Niby nie ale postawcie się w roli wybieralnego urzędnika, który ma świadomość, że jego wyborcy patrzą, słuchają i wiedzą, że tu i tam robią drogie, plac zabaw albo boisko. I mogą wypomnieć to w swoim czasie. I to boleśnie.
Jakie są tego konsekwencje? Przeróżne. Przede wszystkim rozregulowanie planów wydatków w wielu stosunkowo słabych finansowo podmiotach samorządowych. W efekcie często, wobec rozgrzebanej „schetynówki”, ta czy inna gmina rezygnuje na przykład ze środków na stypendia socjalne. Choć żaden cud nie sprawił, że znikły nagle w gminie takie potrzeby i dzieci mających prawo do wsparcia jest, ile było. Tak! Tak bywa wcale nie rzadko. Rezygnuje bo wpakowała swoje 50% w drogę i na 20% do stypendiów nie ma.
Ten dość długi wywód o tym jak łatwo zaszkodzić chcąc (powiedzmy) dobrze zakończę dwiema anegdotami. Pierwsza to historia, która zdarzyła się w jednym z naszych, polskich ogrodów zoologicznych. Tam to, w stadzie małp (gatunku nie pomnę) po dość długim okresie posuchy na świat przyszło młode. Stając się oczywiście z miejsca pupilem stada. Efektem tego był ciągnący się od głowy Az po ogon pas gołej skóry będący efektem „wygłaskania” sierści przez manifestujące w ten sposób swą miłość do małpki stado.
Druga opowieść to historia małego, zamieszkującego ubogie w roślinność tereny Afryki plemienia, któremu z uwagi na warunki zagroziło całkowite zniknięcie. Jakaś grupa aktywistów organizacji humanitarnych wpadła wówczas na „genialny” pomysł ulżenia losowi ubogich zbieraczy z afrykańskiej pustyni. Sprezentowali oto Afrykanom spore stado bydła. Po tym akcie humanitaryzmu plemię było zdecydowanie bardziej… nieszczęśliwe. Bo do niemałej troski o pożywienie dla siebie doszła jeszcze konieczność utrzymania przy życiu stada, które z powodu wygłodzenia szybko przestało dawać choćby mleko.
Tak to jest czasem gdy komuś się wydaje, że pozjadał rozumy i wszystko wie najlepiej. Albo gdy sądzi, że taki z niego spryciarz.
W całej tej smutnej historii stopniowego ubezwłasnowolniania samorządów największą ironia jest to, że procederu tego dopuszcza się ekipa mająca od zawsze na sztandarach i na ustach komunały o oddawaniu władzy ludziom, o wzmacnianiu władzy lokalnej, o skracaniu nosa, który państwo pakuje w sprawy obywateli. W praktyce zaś postępują całkowicie inaczej przekonani o swej wszechwładzy, wszechwiedzy i hurtowo wręcz pozjadanych rozumach.
* http://www.rp.pl/artykul/583002.html
** http://finansepubliczne.bdo.pl/images/stories/27_ustawa-o-finansach-publicznych-z-27-08-2009.pdf
Tyle zachwytów nad naszą lokalna samorządnością. Bo jej sukces tak naprawdę ma wymiar w dużej mierze propagandowy i sprowadza się wcale nie do zwycięstwa lecz zdecydowanie bardziej do skutecznej obrony. Poszerzenie stanu posiadania (takie, jakiego dokonał czy to Dutkiewicz czy Szczurek w Gdyni) jest tylko rodzajem skutecznego powstrzymania zakusów partii politycznych na przejęcie samorządów. Skutecznego w bardzo ograniczonym zakresie.
Jak pamiętamy głównym bólem komentatorów pochylających się nad Polska lokalną w przededniu wyborów było to ile sejmików „weźmie” PiS a ile PO i które metropolie padną ich łupem. Zaś „największym wygranym” obwołano PSL. Wszystko to najdobitniej pokazuje, że właściwie nikogo nie niepokoi tak duża rola partii politycznych i na tym szczebli rządzenia. Dutkiewicz czy Szczurek oraz im podobni, choć wcale nie tak ich mało biorąc pod uwagę skalę kraju to jednak bez wątpienia dla recenzentów naszej polityki efemerydy, „białe wieloryby” i bakterie zdolne do życia w oparciu o arsen. Coś, co się zdarza choć w zasadzie nie powinno. Nie przypadkiem przecież nawet na poziomie gmin (oczywiście nie wszędzie ale to już inna kwestia) obowiązuje promujący najbardziej partie działające na szczeblu krajowym próg wyborczy. Tu też partie chcą odgrywać pierwszą rolę.
Incydent spektakularnego sukcesu kandydatów niezależnych (z których zresztą o części raczej powinno się napisać „niezależni”) nijak się ma do ogólnego stanu samorządu terytorialnego i lokalnego władztwa. To ostatnie powoli przesuwa się w coraz większym stopniu z rzeczywistej władzy na pozycję kohabitacji. Z pozoru w ustrojowym usytuowaniu wójtów, burmistrzów i innych im podobnych lokalnych włodarzy nic się nie zmieniło. Z pozoru władzy mają tyle ile mieli jej dotąd. Nie zmieniły się wszak zapisy ustaw regulujących kompetencje samorządów. Ale, by sparafrazować sławne zdanie „był jeden kruczek, paragraf…”. W tym przypadku można podać na przykład art. 128 ustawy o finansach publicznych z 2009 r.** Kto ma jakiś związek z działalnością samorządów ten od razu będzie wiedział o co chodzi. A chodzi o coś, co na pierwszy rzut oka zdaje się zaiste charytatywną działalnością ludzi nazywających siebie „Państwem” w stosunku do samorządów. Chodzi o dotacje udzielane gminom, powiatom czy województwom na realizację pewnych projektów będących tak zwanymi „zadaniami własnymi” tych podmiotów. To, między innymi sławne „Orliki”, „schetywnówki” czy głośne ostatnio place zabaw budowane jako „Radosna szkoła”. Ale, czego już się głośno nie mówi, również stypendia socjalne dla uczniów czy dożywianie w szkołach. Ów art. 128 wyjaśnia, że w takiej sytuacji Państwo może dotować samorząd ale tylko do wysokości 80% wartości owego projektu. 20% samorząd musi dorzucić ze swoich.
Z pozoru to dla samorządu „świetny deal”. Ma to, co chce ale za 20% tego, co by musiała sama wydać. To jednak tylko połowa prawdy. Prawda, że ma i że za 20%. Ale nie jest prawda, że to, co chce.
Programy, które wymieniłem, przynajmniej te najbardziej spektakularne, są pomysłami politycznymi służącymi przede wszystkim sile rządzącej. I, co dla mnie nie ulega wątpliwości, służyć mają głownie propagandzie. A że dzieciom i kierowca na ten przykład również, cóż… inaczej tego przeprowadzić się po prostu nie da.
Istotne jest tez i to, że te pomysły są dość kosztowne a udział samorządów w nich to najczęściej aż 50% wartości.
Co w tym jednak złego, że gminy czy tam powiaty budują drogi, place zabaw i boiska? Przecież służyć to będzie ewidentnie obywatelom. Oczywiście że tak. Tyle, że ta kumulacja łaskawości Państwa oznacza też ni mniej ni więcej ale przejęcie przez Państwo kontroli nad znaczną częścią budżetów samorządów.
Oczywiście można powiedzieć, że przecież nikt nie zmusza wójtów i burmistrzów by brali te 50 czy 80%. Niby nie ale postawcie się w roli wybieralnego urzędnika, który ma świadomość, że jego wyborcy patrzą, słuchają i wiedzą, że tu i tam robią drogie, plac zabaw albo boisko. I mogą wypomnieć to w swoim czasie. I to boleśnie.
Jakie są tego konsekwencje? Przeróżne. Przede wszystkim rozregulowanie planów wydatków w wielu stosunkowo słabych finansowo podmiotach samorządowych. W efekcie często, wobec rozgrzebanej „schetynówki”, ta czy inna gmina rezygnuje na przykład ze środków na stypendia socjalne. Choć żaden cud nie sprawił, że znikły nagle w gminie takie potrzeby i dzieci mających prawo do wsparcia jest, ile było. Tak! Tak bywa wcale nie rzadko. Rezygnuje bo wpakowała swoje 50% w drogę i na 20% do stypendiów nie ma.
Ten dość długi wywód o tym jak łatwo zaszkodzić chcąc (powiedzmy) dobrze zakończę dwiema anegdotami. Pierwsza to historia, która zdarzyła się w jednym z naszych, polskich ogrodów zoologicznych. Tam to, w stadzie małp (gatunku nie pomnę) po dość długim okresie posuchy na świat przyszło młode. Stając się oczywiście z miejsca pupilem stada. Efektem tego był ciągnący się od głowy Az po ogon pas gołej skóry będący efektem „wygłaskania” sierści przez manifestujące w ten sposób swą miłość do małpki stado.
Druga opowieść to historia małego, zamieszkującego ubogie w roślinność tereny Afryki plemienia, któremu z uwagi na warunki zagroziło całkowite zniknięcie. Jakaś grupa aktywistów organizacji humanitarnych wpadła wówczas na „genialny” pomysł ulżenia losowi ubogich zbieraczy z afrykańskiej pustyni. Sprezentowali oto Afrykanom spore stado bydła. Po tym akcie humanitaryzmu plemię było zdecydowanie bardziej… nieszczęśliwe. Bo do niemałej troski o pożywienie dla siebie doszła jeszcze konieczność utrzymania przy życiu stada, które z powodu wygłodzenia szybko przestało dawać choćby mleko.
Tak to jest czasem gdy komuś się wydaje, że pozjadał rozumy i wszystko wie najlepiej. Albo gdy sądzi, że taki z niego spryciarz.
W całej tej smutnej historii stopniowego ubezwłasnowolniania samorządów największą ironia jest to, że procederu tego dopuszcza się ekipa mająca od zawsze na sztandarach i na ustach komunały o oddawaniu władzy ludziom, o wzmacnianiu władzy lokalnej, o skracaniu nosa, który państwo pakuje w sprawy obywateli. W praktyce zaś postępują całkowicie inaczej przekonani o swej wszechwładzy, wszechwiedzy i hurtowo wręcz pozjadanych rozumach.
* http://www.rp.pl/artykul/583002.html
** http://finansepubliczne.bdo.pl/images/stories/27_ustawa-o-finansach-publicznych-z-27-08-2009.pdf
środa, 29 grudnia 2010
Jan Tomasz Gross, złote zęby i polityka historyczna.
Całkiem przypadkiem natknąłem się wczoraj na końcówkę relacji o nowej książce Jana Tomasza Grossa. Nosić będzie tytuł „Złote żniwa” i do pieczołowicie od lat tworzonego przez tego autora obrazu Polaków – morderców i nazistowskich kolaborantów dodaje jeszcze wizerunek hien cmentarnych. Pierwszą moją reakcja była oczywiście złość. Może po części złość urażonego w swej dumie Polaka – nacjonalisty szczerze przekonanego, że jako naród w historii zapisaliśmy się wyłącznie tym, że walczyliśmy „o wolność wasza i naszą”, że jeśli już to byliśmy mordowani i cud tylko sprawiał że nie do szczętu oraz w wolnych od heroizmu chwilach przeprowadzaliśmy staruszki przez ulicę. Taka reakcja jest jak najbardziej normalna. Bo jest odpowiedzią na taką sama reakcję Grossa. Jednak w większym stopniu ma złość na autora książki związana jest z czymś, o czym pisałem dawno temu (a wpis się nie zachował bo, jak mi się zdarza, kiedyś tam wywaliłem go z całym dorobkiem). O odchodzących wraz z ich świadkami opowieściach o małych heroizmach, nad którymi nikt, żaden tam Gross ten czy inny nie pochyli się bo albo nie są tak spektakularne jak „lista Schindlera” ani tak nośne jak stodoła z Jedwabnego. Pisałem o opowiadanej mi przez mamę historii z jej wsi, gdzie w wielu domach wojnę przeżyło kilku Żydów. Nikt takich relacji już nie pozbiera. Mojej mamy ani mojej babci już nie ma. Ja mogę tylko wyrzucać sobie, że nie zdążyłem tego spisać.
Przez pewien czas uważałem zresztą, że to nie mój obowiązek lecz właśnie Jana Tomasza Grossa. Obowiązek kogoś, kto samowolnie przyjął rolę prokuratora i jest bez najmniejszych wątpliwości prokuratorem obrzydliwie wręcz stronniczym. Chcącym udowadniać winę i tylko na dowody winy zwracającym uwagę. Ale po czasie przyszła refleksja. Oparta nie tylko na przykładzie Grossa. Oto jest on kimś w rodzaju pełnomocnika swojego narodu w sporze z historią. Jest Żydem odczuwającym wyraźny dyskomfort „ciała obcego” w otoczeniu, w którym przyszło mu żyć. Troszczy się wyłącznie o interes podmiotu, którego depozytariuszem się mianował. Nie musi myśleć co czuje to wrogie w jego odczuciu otoczenie.
Możemy Grossowi wytykać błędy i przekłamania. Ścigać go (oczywiście nie sugeruję sądów lecz debaty) za tezy naciągane i nie do obrony. Ale nie możemy wymagać by swój czas i zapał angażował i po naszej stronie. No bo czemu miałby to robić?
Wbrew wielu głosom, wypowiedzianym i tym, które się zapewne pojawią, uważam, że z książek Grossa płynie dla nas, Polaków jedna bardzo ważna i wyjątkowo potrzebna nam lekcja. Nie dotycząca bezpośrednio zagadnienia Holokausty, Żydów, naszego postępowania. Taka bardziej fundamentalna. Będąca przy tym takim intelektualnym „kopem w dupę” zaaplikowanym tym wszystkim przemądrzalcom odnoszącym się ze sceptycyzmem czy nawet pogarda wobec zgłaszanej potrzeby prowadzenia przez nasze Państwo polityki historycznej. Wedle nich nasza polityka rozliczania przeszłości polegać ma na objeżdżaniu świata i okolic pod wspólnym hasłem „przepraszamy za wszystko”.
Uzasadnieniem takiego podejścia jest na pierwszy rzut oka atrakcyjny i sensowny zamiar ułożenia sobie świetnych relacji z tymi partnerami, z którymi dotąd układało nam się różnie. Tyle, że przyjęliśmy bez dwóch zdań głupia koncepcję, wedle której stawiamy na defensywę. Nie wiem czy świadomie ale defensywa ta objawia się strachem przed drążeniem tematów stanowiących zadrę w relacjach z innymi. Oczywiście byłoby to od biedy do zaakceptowania gdyby nie dwie okoliczności. Pierwsza, ważniejsza jest taka, że kompromis zawsze odbija się na historycznej prawdzie oraz na czci i godności tych, którzy tę prawdę historyczną nierzadko wypisaną mają na plecach w postaci blizn. Druga zaś to brak ekwiwalentu podobnego podejścia ze strony tych, z którymi na takim fundamencie próbujemy się dogadać.
Znamienite są przykłady czy to niemieckich prób relatywizowania swych win pod hasłem „Widomy znak”, rosyjskiej paranoi w ocenie Katynia czy kultu Bandery na Ukrainie wobec których staramy się chodzić na palcach i cieszyć byle czym.
W efekcie trudno się dziwić, że coraz częściej musimy interweniować w sprawie kolejnych „polskich obozów zagłady”. Sami jesteśmy temu winni. Przypomnę tu choćby sprawę punktu A sławetnej „Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie pamięci o Holokauście, antysemityzmu i rasizmu” z 2005 r. w którym „zapomniano” wymienić wśród ofiar Polaków. Kiedy podniosły się w kraju głosy oburzenia pierwszą reakcją ze strony naszej elity było nawoływanie o wstrzemięźliwość i (można tak to nazwać) nie robienie „z igły widły”. Później wielokrotnie w podobnych sytuacjach jak mantra pojawiało się zdanie o tym, żeby „zostawić historie historykom” i zając się teraźniejszością i przyszłością. Przywiązanie do historii Lecha Kaczyńskiego było jednym z najczęściej stawianych mu zarzutów o anachronizm.
Nikt z tych ukierunkowanych futurystycznie krytyków traktowania historii jako nieodłącznego elementu bieżącej polityki nie odnosił się (a może nawet nie zauważał tego) do roli, jaką przeszłości przypisują choćby narody ościenne. Im jakoś nie przeszkadza ciągłe kręcenie się wokół rocznic, wokół obrony spraw zwałoby się nie do obrony. Robią to i tyle!
Wniosek z tej naszej „mądrości patrzenia w przyszłość” jest bardzo smutny. Jeśli „politykę historyczną” pozostawimy Niemcom, Rosjanom, Ukraińcom to za jakiś czas cała nasza troska o miejsce w świecie przyniesie opłakane skutki. Okaże się, że wśród dumnych (wliczając w to nawet Niemców!) narodów Europy jesteśmy jedynym narodem jakichś zawstydzonych szmaciarzy co z innymi rozmowę muszą zaczynać od przyjętej formułki „bardzo przepraszam”. Z czasem ten i ów, gdy znajdzie się nad Tamiza, Renem, Tybrem czy Sekwana szybko wykombinuje, że woli raczej nosić trójkolorową kokardkę synów De Gaulle’a, czuć dumę stojąc w cieniu Union Jacka albo szlifować podróbkę szwabskiego dialektu zamiast przyznawać się do związków z narodem szmaciarzy znad Wisły.
Nie łudźmy się. To nie Gross, nie Davis ani nikt inny ma obowiązek robienia z nas „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Oni maja swoje narody i swoje interesy. To, żeby oddać sprawiedliwość naszemu rzeczywistemu wkładowi w walkę by na świecie rzadziej działo się źle jest naszym świętym (czy jak kto woli „pism”) obowiązkiem. Zaniedbaliśmy zbyt wiele. Pisze „my” bo sam mam na sumieniu utraconą pamięć mojej mamy i babci.
Nie dumajmy więc tylko nad tym co Gross zrobił i robi dla Polski i Polaków. Zapytajmy raczej o to siebie. I o to czego nie zrobiliśmy choć mogliśmy. Z Grosem pogadamy jak sami zrobimy swoje.
http://www.tvn24.pl/-1,1687622,0,1,wszyscy-ze-wsi-chodzili-kopac,wiadomosc.html
Przez pewien czas uważałem zresztą, że to nie mój obowiązek lecz właśnie Jana Tomasza Grossa. Obowiązek kogoś, kto samowolnie przyjął rolę prokuratora i jest bez najmniejszych wątpliwości prokuratorem obrzydliwie wręcz stronniczym. Chcącym udowadniać winę i tylko na dowody winy zwracającym uwagę. Ale po czasie przyszła refleksja. Oparta nie tylko na przykładzie Grossa. Oto jest on kimś w rodzaju pełnomocnika swojego narodu w sporze z historią. Jest Żydem odczuwającym wyraźny dyskomfort „ciała obcego” w otoczeniu, w którym przyszło mu żyć. Troszczy się wyłącznie o interes podmiotu, którego depozytariuszem się mianował. Nie musi myśleć co czuje to wrogie w jego odczuciu otoczenie.
Możemy Grossowi wytykać błędy i przekłamania. Ścigać go (oczywiście nie sugeruję sądów lecz debaty) za tezy naciągane i nie do obrony. Ale nie możemy wymagać by swój czas i zapał angażował i po naszej stronie. No bo czemu miałby to robić?
Wbrew wielu głosom, wypowiedzianym i tym, które się zapewne pojawią, uważam, że z książek Grossa płynie dla nas, Polaków jedna bardzo ważna i wyjątkowo potrzebna nam lekcja. Nie dotycząca bezpośrednio zagadnienia Holokausty, Żydów, naszego postępowania. Taka bardziej fundamentalna. Będąca przy tym takim intelektualnym „kopem w dupę” zaaplikowanym tym wszystkim przemądrzalcom odnoszącym się ze sceptycyzmem czy nawet pogarda wobec zgłaszanej potrzeby prowadzenia przez nasze Państwo polityki historycznej. Wedle nich nasza polityka rozliczania przeszłości polegać ma na objeżdżaniu świata i okolic pod wspólnym hasłem „przepraszamy za wszystko”.
Uzasadnieniem takiego podejścia jest na pierwszy rzut oka atrakcyjny i sensowny zamiar ułożenia sobie świetnych relacji z tymi partnerami, z którymi dotąd układało nam się różnie. Tyle, że przyjęliśmy bez dwóch zdań głupia koncepcję, wedle której stawiamy na defensywę. Nie wiem czy świadomie ale defensywa ta objawia się strachem przed drążeniem tematów stanowiących zadrę w relacjach z innymi. Oczywiście byłoby to od biedy do zaakceptowania gdyby nie dwie okoliczności. Pierwsza, ważniejsza jest taka, że kompromis zawsze odbija się na historycznej prawdzie oraz na czci i godności tych, którzy tę prawdę historyczną nierzadko wypisaną mają na plecach w postaci blizn. Druga zaś to brak ekwiwalentu podobnego podejścia ze strony tych, z którymi na takim fundamencie próbujemy się dogadać.
Znamienite są przykłady czy to niemieckich prób relatywizowania swych win pod hasłem „Widomy znak”, rosyjskiej paranoi w ocenie Katynia czy kultu Bandery na Ukrainie wobec których staramy się chodzić na palcach i cieszyć byle czym.
W efekcie trudno się dziwić, że coraz częściej musimy interweniować w sprawie kolejnych „polskich obozów zagłady”. Sami jesteśmy temu winni. Przypomnę tu choćby sprawę punktu A sławetnej „Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie pamięci o Holokauście, antysemityzmu i rasizmu” z 2005 r. w którym „zapomniano” wymienić wśród ofiar Polaków. Kiedy podniosły się w kraju głosy oburzenia pierwszą reakcją ze strony naszej elity było nawoływanie o wstrzemięźliwość i (można tak to nazwać) nie robienie „z igły widły”. Później wielokrotnie w podobnych sytuacjach jak mantra pojawiało się zdanie o tym, żeby „zostawić historie historykom” i zając się teraźniejszością i przyszłością. Przywiązanie do historii Lecha Kaczyńskiego było jednym z najczęściej stawianych mu zarzutów o anachronizm.
Nikt z tych ukierunkowanych futurystycznie krytyków traktowania historii jako nieodłącznego elementu bieżącej polityki nie odnosił się (a może nawet nie zauważał tego) do roli, jaką przeszłości przypisują choćby narody ościenne. Im jakoś nie przeszkadza ciągłe kręcenie się wokół rocznic, wokół obrony spraw zwałoby się nie do obrony. Robią to i tyle!
Wniosek z tej naszej „mądrości patrzenia w przyszłość” jest bardzo smutny. Jeśli „politykę historyczną” pozostawimy Niemcom, Rosjanom, Ukraińcom to za jakiś czas cała nasza troska o miejsce w świecie przyniesie opłakane skutki. Okaże się, że wśród dumnych (wliczając w to nawet Niemców!) narodów Europy jesteśmy jedynym narodem jakichś zawstydzonych szmaciarzy co z innymi rozmowę muszą zaczynać od przyjętej formułki „bardzo przepraszam”. Z czasem ten i ów, gdy znajdzie się nad Tamiza, Renem, Tybrem czy Sekwana szybko wykombinuje, że woli raczej nosić trójkolorową kokardkę synów De Gaulle’a, czuć dumę stojąc w cieniu Union Jacka albo szlifować podróbkę szwabskiego dialektu zamiast przyznawać się do związków z narodem szmaciarzy znad Wisły.
Nie łudźmy się. To nie Gross, nie Davis ani nikt inny ma obowiązek robienia z nas „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Oni maja swoje narody i swoje interesy. To, żeby oddać sprawiedliwość naszemu rzeczywistemu wkładowi w walkę by na świecie rzadziej działo się źle jest naszym świętym (czy jak kto woli „pism”) obowiązkiem. Zaniedbaliśmy zbyt wiele. Pisze „my” bo sam mam na sumieniu utraconą pamięć mojej mamy i babci.
Nie dumajmy więc tylko nad tym co Gross zrobił i robi dla Polski i Polaków. Zapytajmy raczej o to siebie. I o to czego nie zrobiliśmy choć mogliśmy. Z Grosem pogadamy jak sami zrobimy swoje.
http://www.tvn24.pl/-1,1687622,0,1,wszyscy-ze-wsi-chodzili-kopac,wiadomosc.html
wtorek, 28 grudnia 2010
Zły duch i inni szatani.
Od jakiegoś czasu zastanawiałem się cóż sprawia, że polityka naszego Prezydenta jest tak pokraczna i pozbawiona jakiegoś widocznego sensu. Przynajmniej sensu, który da się jakoś określić kategoriami polityki. Nie jest tak, że wystarczy proste wytłumaczenie wszystkiego, czego normalnie wytłumaczyć się nie da, niezbyt wielkimi (tak właśnie uważam) kwalifikacjami intelektualnymi samego Pierwszego Obywatela. W końcu urząd, który sprawuje nie kosztuje nas miliony złotych z tego powodu, że Pierwszy Obywatel wywala te miliony cichcem w jakąś bezdenną dziurę w ziemi. Te miliony są przeznaczone na to by urząd Prezydenta działał i prezentował się bez względu na to co sobą reprezentuje sam prezydent. I tu zapewne tkwi odpowiedź na moje pytanie o jakość obecnej prezydentury. Może mylę się i krzywdzę zacnych obywateli ale w moim odczuciu obecne otoczenie pana Komorowskiego to przedziwny konglomerat bliskich mu, niezbyt obytych i lotnych dokładnie jak pryncypał biurokratów (vide sam szef kancelarii) i wyobcowanych i z polityki i z rzeczywistości chyba „legendarnych staruszków”, którzy jak najszczerzej chyba wierzą, że świat działa wedle zasady: „hej chwyćmy się za ręce i usiądźmy w koło, zaklaszczmy wspólnie a będzie wesoło”. Ta druga grupa to przecież ci, którym powinno się wystawić rachunek za te wszystkie zaniedbania, przez które dla wielu III RP będzie zawsze tylko PRL-bis.
Ja oczywiście nie wątpiłem prawie nigdy, że źródłem tego stanu, w którym patrzenie na obecną Polskę jest zawsze połączone z dostrzeganiem refleksów minionego ustroju, była ich dobra chęć. Że przetrącili zdrowy kręgosłup Narodu bo im wyszło, że tak okaleczeni wszyscy będziemy jedno. Oczywiście uznać można za absolutną aberrację przekonanie, że da się stworzyć równowagę, w której obok siebie na tych samych prawach funkcjonować mogą jako dobrzy sąsiedzi autentyczni kaci i autentyczne ofiary. Ale chcieli dobrze. Tak, jak chcieli dobrze idioci z długimi włosami wierzący, że jak Wuj Sam rozwali swoje spluwy i rakiety to wzruszeni wujkowie Soso i Mao z miejsca zrobią to samo zalani łzami radości.
To oczywiście były moje przekonania, które, nie ukrywam, opierałem na faktach z przeszłości a nie na tym, co dałoby się zauważyć obecnie. Ale, jak to mówią, prawda zawsze wyjdzie na wierzch. Nawet jeśli wyjść ma bokiem.
Czytam, sobie wywiad z „drugą twarzą Prezydenta”, panem Nałęczem i zastanawiam się czy ktokolwiek kiedykolwiek przed powołaniem go na obecne stanowisko zechciał posłuchać go ze zrozumieniem. Czy tylko też pomyślano, że „będzie fajnie”. Wywiad, o którym pisze to wynurzenia Nałęcza na temat relacji polsko- rosyjskich w kontekście sprawy Chodorkowskiego i przestrzegania w Rosji praw człowieka. Uzasadniając, jak przynajmniej ja to rozumiem, to, że nasz Prezydent nie zabierze głosu w sprawie osobistego więźnia politycznego rosyjskiego wielkorządcy doradca głowy państwa wygłasza takie oto kuriozalne słowa:
„Prezydent przez wiele lat walczył o wolność, ceni sobie wolność, więc trudno, żeby nie myślał krytycznie o takiej sytuacji. Nawet jak nic nie powie, to krytyczny osąd prezydenta w oczywisty sposób wynika z życiorysu prezydenta i jego systemu wartości – powiedział profesor.”
Z tego bełkotu złożonego na okrągło przez pana profesora najoczywistsze jest chyba stwierdzenie, że Prezydent „ceni sobie wolność”. Sobie i tyle starczy.
Jak słyszeliśmy nie tak dawno, po stronie Prezydenta Rzeczpospolitej zbyt wielka władza nie spoczywa. Urząd ten w zasadzie jest więc raczej czymś w rodzaju naszego narodowego relikwiarza zawierającego czy też powinnego zawierać nasza zbiorową godność i wzorzec honoru. O Realpolitik dbać powinien rząd a szczególności w przypadku relacji z sąsiadami Premier i szef MSZ. Prezydent zaś szczególnie powinien być w swych działaniach skupiony na prezentowaniu wizerunku państwa w sposób, w jaki chcieliby go widzieć nasi i obcy obywatele gdyby zażyczyli sobie „bajki i III Rzeczpospolitej”.
A bajka ta powinna w sobie zawierać i ten epizod, w którym to myśmy mieli swoich, takich MegaChodorkowskich a ci, co na to patrzyli raczej nie „cenili sobie” naszej wolności tylko mniej lub bardziej wprost potrafili wyartykułować co sądzą o odmianie wolności serwowanej przez naszych MegaPutinków.
Jeśli miałbym wskazać sposób, w jaki o takich sprawach miałby mówić ktoś usytuowany tak, jak nasz Prezydent to do głowy mi przychodzi replika, która wygłosił pod adresem tokującego Chugo Chaveza król Hiszpanii Juan Carlos. „Chavez, zamknij się w końcu!” powiedział. Nie ważne było, że ówczesny (i obecny) premier kraju, którego głową jest król, nawiązywał właśnie był „przyjacielskie stosunki” z dyktatorem Wenezueli.
Z czego wynika ta amnezja „ceniącego sobie wolność” Prezydenta, który jeśli coś tam i powie o swym stosunku do sytuacji w Rosji to pewnie powie to pani Prezydentowej przy kolacji. To efekt doboru otoczenia. Otoczenia, któremu Komorowski oddał całkowicie władzę nad swoim wizerunkiem. Czemu zresztą trudno się dziwić zważywszy że sam tej władzy pewnie by wykorzystać nie potrafił. Ale dał się komuś nakłonić by zbudować swe otoczenie w myśl znanej na wszystkich podwórkach świata zasady „będzie fajnie”. I jest. Z każdym kolejnym epizodem coraz bardziej.
Jeśli obecna prezydentura zakończy… Miałem zamiar napisać „zakończy się porażka ale zmitygowałem się. Porażka to ona jest od początku mym skromnym zdaniem. Jeśli więc ta Prezydentura zapisze się w powszechnej opinii jako zła Prezydentura to winę za to ponosić będą nie media, nie „szczujni” dziennikarze ani nikt inny z zewnątrz. Jakby nie był wrogo do pana Komorowskiego nastawiony. Inni szatani będą tam czynni. Ci sami, co to ich wynajęto, by „było fajnie”. Z ciągle rozradowanym „pierwszym złym duchem” na czele.
http://www.tvn24.pl/-1,1687530,0,1,nie-mozemy-uzalezniac-relacji-od-polityki-wewnetrznej-rosji,wiadomosc.html
Ja oczywiście nie wątpiłem prawie nigdy, że źródłem tego stanu, w którym patrzenie na obecną Polskę jest zawsze połączone z dostrzeganiem refleksów minionego ustroju, była ich dobra chęć. Że przetrącili zdrowy kręgosłup Narodu bo im wyszło, że tak okaleczeni wszyscy będziemy jedno. Oczywiście uznać można za absolutną aberrację przekonanie, że da się stworzyć równowagę, w której obok siebie na tych samych prawach funkcjonować mogą jako dobrzy sąsiedzi autentyczni kaci i autentyczne ofiary. Ale chcieli dobrze. Tak, jak chcieli dobrze idioci z długimi włosami wierzący, że jak Wuj Sam rozwali swoje spluwy i rakiety to wzruszeni wujkowie Soso i Mao z miejsca zrobią to samo zalani łzami radości.
To oczywiście były moje przekonania, które, nie ukrywam, opierałem na faktach z przeszłości a nie na tym, co dałoby się zauważyć obecnie. Ale, jak to mówią, prawda zawsze wyjdzie na wierzch. Nawet jeśli wyjść ma bokiem.
Czytam, sobie wywiad z „drugą twarzą Prezydenta”, panem Nałęczem i zastanawiam się czy ktokolwiek kiedykolwiek przed powołaniem go na obecne stanowisko zechciał posłuchać go ze zrozumieniem. Czy tylko też pomyślano, że „będzie fajnie”. Wywiad, o którym pisze to wynurzenia Nałęcza na temat relacji polsko- rosyjskich w kontekście sprawy Chodorkowskiego i przestrzegania w Rosji praw człowieka. Uzasadniając, jak przynajmniej ja to rozumiem, to, że nasz Prezydent nie zabierze głosu w sprawie osobistego więźnia politycznego rosyjskiego wielkorządcy doradca głowy państwa wygłasza takie oto kuriozalne słowa:
„Prezydent przez wiele lat walczył o wolność, ceni sobie wolność, więc trudno, żeby nie myślał krytycznie o takiej sytuacji. Nawet jak nic nie powie, to krytyczny osąd prezydenta w oczywisty sposób wynika z życiorysu prezydenta i jego systemu wartości – powiedział profesor.”
Z tego bełkotu złożonego na okrągło przez pana profesora najoczywistsze jest chyba stwierdzenie, że Prezydent „ceni sobie wolność”. Sobie i tyle starczy.
Jak słyszeliśmy nie tak dawno, po stronie Prezydenta Rzeczpospolitej zbyt wielka władza nie spoczywa. Urząd ten w zasadzie jest więc raczej czymś w rodzaju naszego narodowego relikwiarza zawierającego czy też powinnego zawierać nasza zbiorową godność i wzorzec honoru. O Realpolitik dbać powinien rząd a szczególności w przypadku relacji z sąsiadami Premier i szef MSZ. Prezydent zaś szczególnie powinien być w swych działaniach skupiony na prezentowaniu wizerunku państwa w sposób, w jaki chcieliby go widzieć nasi i obcy obywatele gdyby zażyczyli sobie „bajki i III Rzeczpospolitej”.
A bajka ta powinna w sobie zawierać i ten epizod, w którym to myśmy mieli swoich, takich MegaChodorkowskich a ci, co na to patrzyli raczej nie „cenili sobie” naszej wolności tylko mniej lub bardziej wprost potrafili wyartykułować co sądzą o odmianie wolności serwowanej przez naszych MegaPutinków.
Jeśli miałbym wskazać sposób, w jaki o takich sprawach miałby mówić ktoś usytuowany tak, jak nasz Prezydent to do głowy mi przychodzi replika, która wygłosił pod adresem tokującego Chugo Chaveza król Hiszpanii Juan Carlos. „Chavez, zamknij się w końcu!” powiedział. Nie ważne było, że ówczesny (i obecny) premier kraju, którego głową jest król, nawiązywał właśnie był „przyjacielskie stosunki” z dyktatorem Wenezueli.
Z czego wynika ta amnezja „ceniącego sobie wolność” Prezydenta, który jeśli coś tam i powie o swym stosunku do sytuacji w Rosji to pewnie powie to pani Prezydentowej przy kolacji. To efekt doboru otoczenia. Otoczenia, któremu Komorowski oddał całkowicie władzę nad swoim wizerunkiem. Czemu zresztą trudno się dziwić zważywszy że sam tej władzy pewnie by wykorzystać nie potrafił. Ale dał się komuś nakłonić by zbudować swe otoczenie w myśl znanej na wszystkich podwórkach świata zasady „będzie fajnie”. I jest. Z każdym kolejnym epizodem coraz bardziej.
Jeśli obecna prezydentura zakończy… Miałem zamiar napisać „zakończy się porażka ale zmitygowałem się. Porażka to ona jest od początku mym skromnym zdaniem. Jeśli więc ta Prezydentura zapisze się w powszechnej opinii jako zła Prezydentura to winę za to ponosić będą nie media, nie „szczujni” dziennikarze ani nikt inny z zewnątrz. Jakby nie był wrogo do pana Komorowskiego nastawiony. Inni szatani będą tam czynni. Ci sami, co to ich wynajęto, by „było fajnie”. Z ciągle rozradowanym „pierwszym złym duchem” na czele.
http://www.tvn24.pl/-1,1687530,0,1,nie-mozemy-uzalezniac-relacji-od-polityki-wewnetrznej-rosji,wiadomosc.html
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Człowiek roku 2010 (sugestia…)
Rok się kończy więc w stacjach różnych (zaprzyjaźnionych lub chwilowo jeszcze nie), rozgłośniach poprawnych oraz w redakcjach rozmaitych trwa wytężona intelektualna harówka by się uporać ze wskazaniem tego, kto w tym roku w stopniu największym zasługuje na to aby przyznać mu miano umieszczone przeze mnie w tytule. Nie wiem jakim wynikiem się ten dziennikarski znój zakończy lecz w parę redakcyjnych typów mógłbym niemal w ciemno strzelać z przekonaniem że trafię. Acz bez przekonania co do celności wskazania. Bo efekt efektem ale gdyby do tej pracy podejść uczciwie rezultat byłby oczywisty i, jak sądzę, taki sam bez względu na to jakie grono czy gremium miałoby swój typ wskazać.
Przypomnę tedy dla porządku, że chodzi o kogoś, kto bez najmniejszej wątpliwości, jak nikt inny, przykuwał uwagę mediów i społeczeństwa, był nieustannym tematem rozważań dziennikarzy i politycznych komentatorów. I kto w stopniu nieporównywalnym z innymi bywał przedmiotem rodzinnych kłótni przy niedzielnym obiedzie.
Zasugeruję więc mediom to, co i im zapewne z miejsca się narzuca a do czego oficjalnie pewnie nie odważą się przyznać. „Człowiek roku 2010” od ponad trzech lat, jak wielokrotnie pisano, jest definitywnie skończony, nie ma najmniejszych szans by kiedykolwiek wrócić do władzy, nie będzie nigdy w stanie zbudować żadnego politycznego sojuszu mogącego zdobyć sejmową większość, budzi nawet wątpliwości jeśli chodzi o jego psychiczną równowagę i rozsądek. I jeszcze wiele podobnych osiągnięć.
Ta prezentacja z pozoru mogłaby dla odmiany rodzić pytania o moją równowagę psychiczną albo mój rozsądek. Ale tylko z pozoru.
Nie może być innej kandydatury. Bo jak inaczej skoro ów „skończony” polityk potrafił przez okrągły rok być głównym tematem mediów właściwie nawet bez powodu. Wystarczyło by brew uniósł a mówiło się o tym więcej niż o kolejnych „legislacyjnych ofensywach” rządzącej ekipy. Odezwał się słowem a na dalszy plan schodziły krajowe i zagraniczne sukcesy poszczególnych ministrów a i samego Premiera. Przy owym „skończonym” polityku Premier, którego polityczna osobowość, jak zostało powiedziane nie raz, jest zjawiskiem, które ponoć nie zdarzyło się nam wcześniej przez całe nasze dzieje, był w stanie odgrywać jedynie rolę tła. Zapewne żadna wypowiedź Premiera, jak by nie była ważna i dalekowzroczna w swej wymowie, nie zapisała się w powszechnej pamięci na równi z kilkoma krótkimi uwagami, polityka „nie znaczącego” i „skończonego”. On nie musiał nawet nic mówić, tworzyć planów, projektów i wizji. Jemu wystarczało nawet nie być by scena polityczna z tego powodu wpadała w niebezpieczne drżenie. Drżenie wywołane krzykami, że go nie ma i cóż to może oznaczać.
Kiedy mówił, komentowano na setki sposobów to co mówił, gdy nie mówił podobnie komentowano jego milczenie.
Bez wątpienia to on był w tym roku władcą naszych umysłów. Wywołując w nich tak skrajne reakcje jak euforia albo histeria. Nie wiem czy znalazłby się choć jeden nasz rodak, który byłby w stanie przyznać uczciwie, że ta osoba nie zaprzątnęła ani na chwilę jego myśli, że nie ma pojęcia o kim mówimy.
Po latach kolejnych tryumfów rządzącej obecnie partii i jej wodza zdobywającego rok po roku coraz większą dominację nad sferą polityczną i kontrolę nad rządzonym Państwem, istnym fenomenem jest, że to nie on jest postacią narzucającą naszej polityce charakter. Nie ma znaczenia, że mury pną się do góry, że „Orlik” w każdej gminie, że „budujemy szkoły a nie robimy politykę” ani nawet że „500 budów w 500 dni rządzenia”. Mogłoby ich być i trzykroć tyle a pewien jestem, że i tak co tydzień pewna audycja pewnej gwiazdy naszych mediów nieodmiennie zaczynała by się, tak jak to się teraz dzieje, od słów „Witam Państwa, w tym tygodniu Jarosław Kaczyński…”
Jarosław Kaczyński… O niego chodziło mi rzecz jasna, gdy swą sugestię naszym mediom zamierzałem podsunąć. Przekonany absolutnie, że jest to wybór oczywisty.
Zastanawiam się oczywiście co by się działo gdyby ten „skończony” i „nie mający widoków na władzę” absolutny medialny „dominator” był politykiem sprawującym obecnie władzę. Jak wyglądałyby przekazy medialne? Nie chodzi mi oczywiście o ich barwę bo jeśli o to chodzi to ani nie muszę pytać ani nie mam wątpliwości. Chodzi mi o skalę prezentacji w mediach. Zaprawdę trudno ją sobie wyobrazić. Bo skoro tyle miejsca potrafi on zająć samym tylko marszczeniem czoła czy swoim milczeniem albo nieobecnością? Zaiste mediów by zabrakło by rozwieść się podobnie obszernie jak teraz nad jego słowami i czynami gdyby był on politykiem sprawującym władzę. Myślę nawet, że taka sytuacja mogłaby na przykład odmienić oblicze naszej prasy. Skoro nie dałoby się inaczej na nasz rynek powróciłyby już chyba całkiem zapomniane gazety popołudniowe. Różne „Ekspresy Wieczorne” z „Kurierami Porannymi” podzieliłyby między siebie relacje z jego pełnych słów i czynów dni. Dzięki nim spragniony wiedzy, świadomy obywatel miałby okazję na bieżąco śledzić to, co czynił i mówił Jarosław Kaczyński między siódmą rano a, powiedzmy godziną czternastą. Późniejsze wyczyny poznawalibyśmy dnia następnego z gazet porannych. Tylko tak dałoby się z tym problemem uporać.
Tedy szanowne redakcje, rozgłośnie i stacje. Jeśli macie uczciwie oddać to co się od was należy tym, z których tak naprawdę żyjecie to nie macie innego wyjścia jak tylko przyznać, że bezapelacyjnie CZŁOWIEKIEM ROKU 2010 jest Jarosław Kaczyński. Polityk „skończony”, „nie mający widoków na władzę” i „zapewne owładnięty szaleństwem”.
Przypomnę tedy dla porządku, że chodzi o kogoś, kto bez najmniejszej wątpliwości, jak nikt inny, przykuwał uwagę mediów i społeczeństwa, był nieustannym tematem rozważań dziennikarzy i politycznych komentatorów. I kto w stopniu nieporównywalnym z innymi bywał przedmiotem rodzinnych kłótni przy niedzielnym obiedzie.
Zasugeruję więc mediom to, co i im zapewne z miejsca się narzuca a do czego oficjalnie pewnie nie odważą się przyznać. „Człowiek roku 2010” od ponad trzech lat, jak wielokrotnie pisano, jest definitywnie skończony, nie ma najmniejszych szans by kiedykolwiek wrócić do władzy, nie będzie nigdy w stanie zbudować żadnego politycznego sojuszu mogącego zdobyć sejmową większość, budzi nawet wątpliwości jeśli chodzi o jego psychiczną równowagę i rozsądek. I jeszcze wiele podobnych osiągnięć.
Ta prezentacja z pozoru mogłaby dla odmiany rodzić pytania o moją równowagę psychiczną albo mój rozsądek. Ale tylko z pozoru.
Nie może być innej kandydatury. Bo jak inaczej skoro ów „skończony” polityk potrafił przez okrągły rok być głównym tematem mediów właściwie nawet bez powodu. Wystarczyło by brew uniósł a mówiło się o tym więcej niż o kolejnych „legislacyjnych ofensywach” rządzącej ekipy. Odezwał się słowem a na dalszy plan schodziły krajowe i zagraniczne sukcesy poszczególnych ministrów a i samego Premiera. Przy owym „skończonym” polityku Premier, którego polityczna osobowość, jak zostało powiedziane nie raz, jest zjawiskiem, które ponoć nie zdarzyło się nam wcześniej przez całe nasze dzieje, był w stanie odgrywać jedynie rolę tła. Zapewne żadna wypowiedź Premiera, jak by nie była ważna i dalekowzroczna w swej wymowie, nie zapisała się w powszechnej pamięci na równi z kilkoma krótkimi uwagami, polityka „nie znaczącego” i „skończonego”. On nie musiał nawet nic mówić, tworzyć planów, projektów i wizji. Jemu wystarczało nawet nie być by scena polityczna z tego powodu wpadała w niebezpieczne drżenie. Drżenie wywołane krzykami, że go nie ma i cóż to może oznaczać.
Kiedy mówił, komentowano na setki sposobów to co mówił, gdy nie mówił podobnie komentowano jego milczenie.
Bez wątpienia to on był w tym roku władcą naszych umysłów. Wywołując w nich tak skrajne reakcje jak euforia albo histeria. Nie wiem czy znalazłby się choć jeden nasz rodak, który byłby w stanie przyznać uczciwie, że ta osoba nie zaprzątnęła ani na chwilę jego myśli, że nie ma pojęcia o kim mówimy.
Po latach kolejnych tryumfów rządzącej obecnie partii i jej wodza zdobywającego rok po roku coraz większą dominację nad sferą polityczną i kontrolę nad rządzonym Państwem, istnym fenomenem jest, że to nie on jest postacią narzucającą naszej polityce charakter. Nie ma znaczenia, że mury pną się do góry, że „Orlik” w każdej gminie, że „budujemy szkoły a nie robimy politykę” ani nawet że „500 budów w 500 dni rządzenia”. Mogłoby ich być i trzykroć tyle a pewien jestem, że i tak co tydzień pewna audycja pewnej gwiazdy naszych mediów nieodmiennie zaczynała by się, tak jak to się teraz dzieje, od słów „Witam Państwa, w tym tygodniu Jarosław Kaczyński…”
Jarosław Kaczyński… O niego chodziło mi rzecz jasna, gdy swą sugestię naszym mediom zamierzałem podsunąć. Przekonany absolutnie, że jest to wybór oczywisty.
Zastanawiam się oczywiście co by się działo gdyby ten „skończony” i „nie mający widoków na władzę” absolutny medialny „dominator” był politykiem sprawującym obecnie władzę. Jak wyglądałyby przekazy medialne? Nie chodzi mi oczywiście o ich barwę bo jeśli o to chodzi to ani nie muszę pytać ani nie mam wątpliwości. Chodzi mi o skalę prezentacji w mediach. Zaprawdę trudno ją sobie wyobrazić. Bo skoro tyle miejsca potrafi on zająć samym tylko marszczeniem czoła czy swoim milczeniem albo nieobecnością? Zaiste mediów by zabrakło by rozwieść się podobnie obszernie jak teraz nad jego słowami i czynami gdyby był on politykiem sprawującym władzę. Myślę nawet, że taka sytuacja mogłaby na przykład odmienić oblicze naszej prasy. Skoro nie dałoby się inaczej na nasz rynek powróciłyby już chyba całkiem zapomniane gazety popołudniowe. Różne „Ekspresy Wieczorne” z „Kurierami Porannymi” podzieliłyby między siebie relacje z jego pełnych słów i czynów dni. Dzięki nim spragniony wiedzy, świadomy obywatel miałby okazję na bieżąco śledzić to, co czynił i mówił Jarosław Kaczyński między siódmą rano a, powiedzmy godziną czternastą. Późniejsze wyczyny poznawalibyśmy dnia następnego z gazet porannych. Tylko tak dałoby się z tym problemem uporać.
Tedy szanowne redakcje, rozgłośnie i stacje. Jeśli macie uczciwie oddać to co się od was należy tym, z których tak naprawdę żyjecie to nie macie innego wyjścia jak tylko przyznać, że bezapelacyjnie CZŁOWIEKIEM ROKU 2010 jest Jarosław Kaczyński. Polityk „skończony”, „nie mający widoków na władzę” i „zapewne owładnięty szaleństwem”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)