Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holokaust. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holokaust. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 lutego 2011

Krzywa Gaussa czyli polskie obozy zagłady.

Ja wiem, że i cała dyskusja i moje w niej głosy mogą zdawać się zupełnie bez sensu. I może rację mają ci, co twierdzą, że nawet wypowiadając się krytycznie w tej sprawie, samym udziałem w dyskusji o Grossie i jego dziele służę ewidentnie złej sprawie. Może i tak.

Ale z drugiej strony czy nie jest tak, że dzięki takim głosom jak i ten mój doszło do tego, że po strony samego Grossa i jego stronników widać przejście ze stanu samozadowolenia do autokompromitacji.

Wspomnę tylko osobliwą konferencję wydawnictwa „Znak” z której konkluzja jest troska o to czy nie przyczyni się ono swym najnowszym „dzieckiem” do odwrócenia zanotowanej ostatnio, przez tego i owego skomentowanej z ledwie skrywanym smutkiem, tendencji spadkowej w poziomie polskiego antysemityzmu.

Jeszcze większą kompromitacją było przyznanie przez Grossa, że, jak powiedział „W związku z niepewnością wycen postanowiłem podać ostrożniejszą estymację liczby ofiar”*. Ostrożniejsza „estymacja” polega na tym, że z 100-200 tysięcy zrobiło się ich kilkadziesiąt. „Co za różnica?” zapyta ktoś. „A ta idioto, że, wedle maksymy, widniejącej na medalu, wręczanego Sprawiedliwym wśród Narodów Świata, kto ratuje jedno ludzkie życie, ratuje cały świat” odpowie rosemann. Bo jest różnicą istotną machnąć się ot tak (no bo niby na jakiej podstawie „machnął się Gross?) o dziesiątki tysięcy światów! Czy to mało?

Skalę tej kompromitacji dopełnia wypowiedź pani Barbara Engelking-Boni z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. O samej osobie pisano tutaj (nie wiem co bo kojarzę tytuły jedynie a do tekstów nie zajrzałem) więc zauważę tylko, że jej determinację nieco rozumiem. Wpisuje się ona w to, co opisałem nie tak dawno i co można znaleźć wśród moich tekstów **. We wspomnianej wypowiedzi uderza mnie nie tyle determinacja w obronie tez Grossa, bo ją i jej wszelakie powody rozumiem, ale użyta do tej obrony argumentacja. Szczególnie zaś ta o „winie metafizycznej” którą my dzisiaj ponosimy. Właściwie nie za to, żeśmy, jak rozumiem „metafizycznie” tych Żydów mordowali ale, wedle tej tytułowej krzywej Gaussa, „metafizycznie” stali bezczynnie stanowiąc tę kopułę kryjącą duszę gaussowego „dzwonu”. Nie wiem czy zdaje sobie pani Engelking sprawę jak daleko zapędziła się w swej karkołomnej konstrukcji „winy metafizycznej” i jej opisu. Bo jeśli, jak mówi „Nie ponosimy winy karnej czy politycznej, ale może ponosimy winę metafizyczną za to, co się naszej ziemi działo podczas wojny”*** ja zapytam czemu chce to odnosić tylko do kwestii zagłady Żydów a nie uogólniać na wszystkie okropieństwa tamtego czasu. Czy wedle jej koncepcji nie da się obronić tej tak przez nas alergicznie odbieranych skrótów myślowych z „polskimi obozami zagłady” w roli głównej? Przecież one nawet nie „metafizycznie” ale jak najbardziej fizycznie były na naszej ziemi, działy się na niej z całym swym okropieństwem! Tak więc, szanowna pani Engelking pod tym „dzwonem” Gaussa „polskość” Auschwitz da się nie tylko zmieścić ale pani metodą nawet udowodnić.

W kwestii „Złotych żniw”, dzisiaj, po tym wszystkim, co już zaszło, żal byłoby mi nawet tego stada obrońców Grossa. Bo jak może nie być żal ludzi, którzy muszą czy też chcą z własnej, nieprzymuszonej woli, bronic dzieła, które opiera się na „szacunkach”, wyglądających na wykonane w pośpiechu ołówkiem na serwetce (sławetne odjęcie od 240 tysięcy 40 tysięcy i skwitowanie wyniku kilkoma „zapewne”) i dopuszczających „estymację” tak dokonanego szacunku o rząd wielkości wahający się w granicach 50-80%. Byłoby mi ich żal gdyby nie to, że posiedli oni ponoć zdolność logicznego myślenia i odczuwają nadto potrzebę publicznego obnoszenia się z nią. Ich wybór i ich kompromitacja.



*http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/321442,ilu-zydow-wymordowali-polacy-gross-poprawia-ksiazke.html

** Tekst" Aaa Antysemitę...."

*** http://www.tvn24.pl/-1,1692219,0,1,8222ponosimy-wine-za-polakow--ktorzy-mordowali-zydow8221,wiadomosc.html

środa, 29 grudnia 2010

Jan Tomasz Gross, złote zęby i polityka historyczna.

Całkiem przypadkiem natknąłem się wczoraj na końcówkę relacji o nowej książce Jana Tomasza Grossa. Nosić będzie tytuł „Złote żniwa” i do pieczołowicie od lat tworzonego przez tego autora obrazu Polaków – morderców i nazistowskich kolaborantów dodaje jeszcze wizerunek hien cmentarnych. Pierwszą moją reakcja była oczywiście złość. Może po części złość urażonego w swej dumie Polaka – nacjonalisty szczerze przekonanego, że jako naród w historii zapisaliśmy się wyłącznie tym, że walczyliśmy „o wolność wasza i naszą”, że jeśli już to byliśmy mordowani i cud tylko sprawiał że nie do szczętu oraz w wolnych od heroizmu chwilach przeprowadzaliśmy staruszki przez ulicę. Taka reakcja jest jak najbardziej normalna. Bo jest odpowiedzią na taką sama reakcję Grossa. Jednak w większym stopniu ma złość na autora książki związana jest z czymś, o czym pisałem dawno temu (a wpis się nie zachował bo, jak mi się zdarza, kiedyś tam wywaliłem go z całym dorobkiem). O odchodzących wraz z ich świadkami opowieściach o małych heroizmach, nad którymi nikt, żaden tam Gross ten czy inny nie pochyli się bo albo nie są tak spektakularne jak „lista Schindlera” ani tak nośne jak stodoła z Jedwabnego. Pisałem o opowiadanej mi przez mamę historii z jej wsi, gdzie w wielu domach wojnę przeżyło kilku Żydów. Nikt takich relacji już nie pozbiera. Mojej mamy ani mojej babci już nie ma. Ja mogę tylko wyrzucać sobie, że nie zdążyłem tego spisać.

Przez pewien czas uważałem zresztą, że to nie mój obowiązek lecz właśnie Jana Tomasza Grossa. Obowiązek kogoś, kto samowolnie przyjął rolę prokuratora i jest bez najmniejszych wątpliwości prokuratorem obrzydliwie wręcz stronniczym. Chcącym udowadniać winę i tylko na dowody winy zwracającym uwagę. Ale po czasie przyszła refleksja. Oparta nie tylko na przykładzie Grossa. Oto jest on kimś w rodzaju pełnomocnika swojego narodu w sporze z historią. Jest Żydem odczuwającym wyraźny dyskomfort „ciała obcego” w otoczeniu, w którym przyszło mu żyć. Troszczy się wyłącznie o interes podmiotu, którego depozytariuszem się mianował. Nie musi myśleć co czuje to wrogie w jego odczuciu otoczenie.

Możemy Grossowi wytykać błędy i przekłamania. Ścigać go (oczywiście nie sugeruję sądów lecz debaty) za tezy naciągane i nie do obrony. Ale nie możemy wymagać by swój czas i zapał angażował i po naszej stronie. No bo czemu miałby to robić?

Wbrew wielu głosom, wypowiedzianym i tym, które się zapewne pojawią, uważam, że z książek Grossa płynie dla nas, Polaków jedna bardzo ważna i wyjątkowo potrzebna nam lekcja. Nie dotycząca bezpośrednio zagadnienia Holokausty, Żydów, naszego postępowania. Taka bardziej fundamentalna. Będąca przy tym takim intelektualnym „kopem w dupę” zaaplikowanym tym wszystkim przemądrzalcom odnoszącym się ze sceptycyzmem czy nawet pogarda wobec zgłaszanej potrzeby prowadzenia przez nasze Państwo polityki historycznej. Wedle nich nasza polityka rozliczania przeszłości polegać ma na objeżdżaniu świata i okolic pod wspólnym hasłem „przepraszamy za wszystko”.

Uzasadnieniem takiego podejścia jest na pierwszy rzut oka atrakcyjny i sensowny zamiar ułożenia sobie świetnych relacji z tymi partnerami, z którymi dotąd układało nam się różnie. Tyle, że przyjęliśmy bez dwóch zdań głupia koncepcję, wedle której stawiamy na defensywę. Nie wiem czy świadomie ale defensywa ta objawia się strachem przed drążeniem tematów stanowiących zadrę w relacjach z innymi. Oczywiście byłoby to od biedy do zaakceptowania gdyby nie dwie okoliczności. Pierwsza, ważniejsza jest taka, że kompromis zawsze odbija się na historycznej prawdzie oraz na czci i godności tych, którzy tę prawdę historyczną nierzadko wypisaną mają na plecach w postaci blizn. Druga zaś to brak ekwiwalentu podobnego podejścia ze strony tych, z którymi na takim fundamencie próbujemy się dogadać.

Znamienite są przykłady czy to niemieckich prób relatywizowania swych win pod hasłem „Widomy znak”, rosyjskiej paranoi w ocenie Katynia czy kultu Bandery na Ukrainie wobec których staramy się chodzić na palcach i cieszyć byle czym.

W efekcie trudno się dziwić, że coraz częściej musimy interweniować w sprawie kolejnych „polskich obozów zagłady”. Sami jesteśmy temu winni. Przypomnę tu choćby sprawę punktu A sławetnej „Rezolucja Parlamentu Europejskiego w sprawie pamięci o Holokauście, antysemityzmu i rasizmu” z 2005 r. w którym „zapomniano” wymienić wśród ofiar Polaków. Kiedy podniosły się w kraju głosy oburzenia pierwszą reakcją ze strony naszej elity było nawoływanie o wstrzemięźliwość i (można tak to nazwać) nie robienie „z igły widły”. Później wielokrotnie w podobnych sytuacjach jak mantra pojawiało się zdanie o tym, żeby „zostawić historie historykom” i zając się teraźniejszością i przyszłością. Przywiązanie do historii Lecha Kaczyńskiego było jednym z najczęściej stawianych mu zarzutów o anachronizm.

Nikt z tych ukierunkowanych futurystycznie krytyków traktowania historii jako nieodłącznego elementu bieżącej polityki nie odnosił się (a może nawet nie zauważał tego) do roli, jaką przeszłości przypisują choćby narody ościenne. Im jakoś nie przeszkadza ciągłe kręcenie się wokół rocznic, wokół obrony spraw zwałoby się nie do obrony. Robią to i tyle!

Wniosek z tej naszej „mądrości patrzenia w przyszłość” jest bardzo smutny. Jeśli „politykę historyczną” pozostawimy Niemcom, Rosjanom, Ukraińcom to za jakiś czas cała nasza troska o miejsce w świecie przyniesie opłakane skutki. Okaże się, że wśród dumnych (wliczając w to nawet Niemców!) narodów Europy jesteśmy jedynym narodem jakichś zawstydzonych szmaciarzy co z innymi rozmowę muszą zaczynać od przyjętej formułki „bardzo przepraszam”. Z czasem ten i ów, gdy znajdzie się nad Tamiza, Renem, Tybrem czy Sekwana szybko wykombinuje, że woli raczej nosić trójkolorową kokardkę synów De Gaulle’a, czuć dumę stojąc w cieniu Union Jacka albo szlifować podróbkę szwabskiego dialektu zamiast przyznawać się do związków z narodem szmaciarzy znad Wisły.

Nie łudźmy się. To nie Gross, nie Davis ani nikt inny ma obowiązek robienia z nas „sprawiedliwych wśród narodów świata”. Oni maja swoje narody i swoje interesy. To, żeby oddać sprawiedliwość naszemu rzeczywistemu wkładowi w walkę by na świecie rzadziej działo się źle jest naszym świętym (czy jak kto woli „pism”) obowiązkiem. Zaniedbaliśmy zbyt wiele. Pisze „my” bo sam mam na sumieniu utraconą pamięć mojej mamy i babci.

Nie dumajmy więc tylko nad tym co Gross zrobił i robi dla Polski i Polaków. Zapytajmy raczej o to siebie. I o to czego nie zrobiliśmy choć mogliśmy. Z Grosem pogadamy jak sami zrobimy swoje.

http://www.tvn24.pl/-1,1687622,0,1,wszyscy-ze-wsi-chodzili-kopac,wiadomosc.html