Tytuł (po części na razie…) wyjaśnię od razu zanim mi Admin notkę skaże na niebyt. Pierwszym uzasadnieniem dla niego jest to, że nic nie przyciąga czytelnika skuteczniej niż jakiś trup albo soczysta obelga. Te moje za soczyste nie są więc w tym pokładam nadzieje na łaskawość Administracji.
Inspiracje dla tekstu były trzy, bardzo różne w formie ale dość zgodne co do swego meritum. Pierwszą z nich był nie zauważony tutaj (w salonie24 co jest niejako tradycją tego miejsca) jakże niesłusznie tekst Igora Janke „Rozbestwiona Platforma” z wczorajszej „Rzeczpospolitej”*. Tekst, owszem, stonowany dosyć i uładzony może nad miarę wedle naszych, blogowych standardów ale jak na standardy „wolnej prasy” Polski A.D. 2010 zaiste bezkompromisowy a może nawet demaskatorski. I tu od razu drugi powód, dla którego mój tytuł jest, jaki jest. Ja, a i moi koledzy, możemy sobie pozwolić i na to, by z uśmieszkiem czytać tytuł pana Igora bo my możemy sobie pojechać jak ja pojechałem. W końcu po to jesteśmy żeby móc i jechać. Jakbyśmy mogli tyle ile można w mainstereamowych mediach to na kalafiora byśmy byli potrzebni…
Drugą inspiracją był przepiękny komentarz kolegi 2bornot2b spod mego wczorajszego tekstu, który to komentarz pozwolę sobie zacytować w całości:
„Gdy słyszę o PO to przypomina mi się sławna wypowiedz Księcia Neapolu "Wyrzućcie mi te hołotę przez okno". Nie wiem dlaczego ci ludzie rządzą 40 mln narodem i powoli przestaje mi się chcieć nad tym zastanawiać.”**
Wreszcie inspiracja trzecia, bez wskazywania autorów (a kilku ich było) to również komentarze pod moim tekstem, w którym odnoszę się do ostatniego pomysłu rządu Tuska by dokonać takiego małego „myk”, za pomocą którego z miejsca się „zmniejszy” (pisze w cudzysłowie bo i Tusk i jego durne ministra i durni fani Tuska i jego durnych ministrów wiedza świetnie, że się wcale nie zmniejszy) budżetowy deficyt. Komentarze te utrzymane były w tonie euforycznym i sprowadzały się do odkrycia, ze Tusk znów „obnażył” naszą, „prałacka” intelektualna miałkość bo on podpylił nam tylko połowę kasy odkładanej na emerytury a Orban, idol „prawaków”, całą. Oczywiście czytelnik inteligentny zauważył bez kłopotu ten niuans, który autorom owych radosnych komentarzy tłumacze tylko teraz z ostrzeżeniem, że podobne komentarze pod tym tekstem opatrywał będę prostą dedykacją do autorów zawierająca słowo „idiota”. Ten drobny niuans zapisany wyżej sprowadza się do zwrotów „Tusk podpylił NAM (!)” i „Orban podpylił”.
Ale wróćmy do meritum. Zawiera się ono w bolesnej konfrontacji szerokiego, choć łagodnego opisu rządów PO autorstwa Igora Janke przynoszącego opis istnej kumulacji pod obecną ekipą wszelkich patologii ekip poprzednich ze zdumieniem i rezygnacją 2boornot2b. Zdumieniem okraszonym zapewne szeroko odtrąbionym wynikiem 52% poparcia.
Jak ten opis Jankego, rezygnację 2bornot2b i ekscytację Narodu ze sobą pogodzić? Bo z pozoru się nie da. Ale tylko z pozoru.
Dość dawno temu, będąc w jakiejś księgarni, sięgnąłem po stojąca wśród „przebojów wydawniczych” książkę odnoszącą się ogólnie do zachowań często opisywanych poprzez z pozoru zabawne prawa Murphy’ego (dla porządku przypomnę jedną z jego najbardziej rozpowszechnionych wersji: „jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno”). We wstępie do książki autor (nie pamiętam nazwiska) rozwodził się nad powodami irracjonalności zachowań istot zwanych człowiekiem rozumnym. Podał choćby przykład firmy, która swym pracownikom, by byli bardziej mobilni, kupiła przenośne komputery ale w obawie, by nie brali ich do domu, przytwierdziła urządzenia do biurek za pomocą śrub. Autor podsumował to i podobne działania człowieka rozumnego odpowiadając na pytanie czemu się tak dzieje w sposób krótki i dosadny: „Bo ludzie to idioci”.
Jeśli więc chce się, wyjaśnić fenomen tych 52%, zachwyt nad tym, że Tusk zakosił przyszłym emerytom połowę kasy oraz przejście radośnie do porządku nad tym, że obecna ekipa sprawia wrażenie odpornej na najoczywistsze nauki płynące z doświadczeń jej poprzedników to nie pozostaje nic innego jak tylko stwierdzić: Polacy to durnie!
Oczywiście nie mam złudzeń, że znajdą się setki tłumaczących czemu tak jest. Tłumaczących oczywiście Jarosławem Kaczyńskim. Tym samym, co to wedle nich skończył się był już parę lat temu, nie ma zdolności koalicyjnej i do władzy nie wróci nigdy. To tłumaczenie swą oczywista logika przekonuje, ze diagnoza powinna brzmieć: Polacy to durnie a niektórzy z nich, ci bardziej wykształceni to megadurnie!
A tłumaczenia Jarosławem Kaczyńskim należy oceniać na tym samym poziomie co sławną, merytoryczną wymianę zdań:
„- Po co to robisz?
- Po jajco!”
Zresztą ta przytoczona wymiana wcale nie jest w tej sytuacji jakimś tam wtrętem nieadekwatnym i nijak nie przystającym do tematu. Od dłuższego czasu mam nieodparte wrażenie, że większość działań obecnej ekipy właśnie po to jest robiona. Po jajco. Bo innego sensu dla nich nie da się znaleźć.
Tak naprawdę największą zasługą PO dla polskiej polityki jest mobilizacja elektoratu, który nijak nie pojmuje po co się jest w polityce, po co się rządzi i jak działa demokracja. Ich jedynym motorem napędowym jest coś w rodzaju politycznego hazardu. Ich nieustająca radość z tego, że kolejne „losowania”(wybory) z rzędu trafnie obstawiają. I z tego, że ich sąsiad wręcz przeciwnie. Nie mogą się oprzeć by mu tego nie wypomnieć. Ot choćby tak właśnie, że przecież Tusk podprowadził tylko połowę a taki Orban całość. I nie zważają na to wcale, że ta radość to oczywisty idiotyzm.
* http://www.rp.pl/artykul/9133,582330_Janke--Rozbestwiona-Platforma-.html
** http://rosemann.salon24.pl/261814,kradziez-to-kradziez-czyli-nazwijmy-rzeczy-po-imieniu#comment_3722035
czwartek, 23 grudnia 2010
środa, 22 grudnia 2010
Kradzież to kradzież czyli nazwijmy rzeczy po imieniu
Wygląda na to, że ostatnim akordem tajemniczego zjawiska, które przemknęło niezauważone przez nasz kraj, zwanego przez niektórych nie wiedzieć czemu „jesienną ofensywą legislacyjną rządu” będzie spektakularny skok na bank. Nie na jakiś tam PeKaO czy inny BGŻ, bo tym się parają drobni złodziejaszkowie. Tym razem mieć będziemy do czynienia ze skokiem imponujący, polegającym na buchnięciu od 12 do 17 miliardów z zasobów, które znaczna cześć wypruwających sobie żyły Polaków odkłada ufna w uczciwość swojego państwa by na starość nie musieć dorabiać sobie grzebaniem po śmietnikach. Tego imponującego wyczynu dokona zaś ze swą wesołą kompanią ten, co jakiś czas temu przekonywał nas ustami pewnego barda, że” jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Ciekawe czy ci, co się dali uwieść pieśni byliby skłonni to zrobić gdyby wtedy wiedzieli skąd na to ów czarodziej weźmie. Tak się składa, przynajmniej oficjalnej propagandzie, że wywiedzionymi w pole przez cudotwórcę są głownie młodzi i świetnie zarabiający. Świetnie się tedy składa bo to głownie ich opędzluje ich idol.
Gdyby jeszcze w tym „skomplikowanym” finansowym posunięciu kryła się jakaś myśl pozwalająca sądzić, że za jakiś czas ta ofiara wróci się mimowolnym ofiarodawcom z nawiązką. Ale jedyna myśl jaka się za tym kryje to chęć zrobienia wrażenia na naiwniakach przed zbliżającymi się wyborami. Widać sam cudotwórca nie za bardzo wierzy, że po czterech latach jego rządów wystarczy ponownie poprosić barda by znów zaintonował „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Teraz trzeba postarać się nieco bardziej. „Światli” wyborcy aż tacy „światli” to nie są by dać się nabrać na ten sam chwyt. Tedy pokaże się im jak cudotwórca znakomicie potrafi się realizować w czymś, co można by uznać za rodzaj krawieckiego abecadła. Oto ni mniej ni więcej tylko załata dziurę w publicznych finansach co się tak jakoś i nie wiadomo czemu monstrualnie rozrosła przez te trzy lata jego światłych, mądrych i skutecznych rządów. Każdy zaś wie, że łatanie dziury wymaga jakiegoś materiału, co posłuży za łatę. Nasz mistrz pogłowił się i znalazł. Oto uznał, że najlepiej wziąć ten co to sobie leży odłogiem i nikomu jeszcze nie służy.
Tedy rzecz będzie tak wyglądać, że z pieniędzy, co miesiąc w miesiąc powinny być wpłacane zaharowanym obywatelom na specjalne konta, nasz cudowny magik, zmieniony cudownie w coś bliskiego Janosikowi albo Robinowi z Sherwood (bliskiego bo owszem, zabierze jednym, nie koniecznie wcale bogatym, ale żadnym drugim nie da) weźmie sobie ponad połowę i pokaże ją za jakiś czas jako swój wybitny sukces ekonomiczny. Dosłownie na miarę ni mniej ni więcej a samego Hugo Chaveza. Od jakiegoś czasu ten i ów ostrzegał, że takie „tymczasowe” rozwiązanie jest planowane. Okazało się, że ten i ów łgał zwyczajnie. Bo żadne tam tymczasowe! Oto na zawsze już ponoć zamiast naszych 7 procent z kawałeczkiem do Funduszy pójdzie zaledwie 3 czyli niespełna połowa tego co dotąd. Ile ona zdoła dać jeśli przy obecnej stawce straszeni jesteśmy pesymistycznymi prognozami? Pewnie niewiele. Reszta dorzucona zostanie do tych pieniędzy co są na bieżąco przeżerane za pośrednictwem ZUS.
Nie wiem jak inni ale ja na własny użytek pozwolę sobie takie „genialne” rozwiązanie ekonomiczne nazwać określeniem zapewne wstecznym i niepoprawnym politycznie ale za to wyjątkowo zrozumiałym. Jest to ni mniej ni więcej tylko rabunek w biały dzień. Zaczynam podejrzewać nawet, że gdzieś w jakiejś bliskości czasowej, gdy nasz pan prezydent gościł w celu zasięgnięcia porady wybitnego znawcę spraw wschodnich Wojciecha J, pan cudotwórca Premier w podobnej roli musiał przyjmować na pokojach jakiegoś Szpicbródkę, Jessie Jamesa albo samego Johna Dillingera!
Tak więc na rok przed wyborami pan Premier postanowił w sprytny sposób znaleźć sobie sponsorów przyszłego wyborczego sukcesu. Nie skupiając się na takim drobiazgu jak choćby zapytanie ich czy sobie życzą głodować w przyszłości w zamian za jego kolejną światłą kadencję. Uznał widać, że obywatele z zachwytem patrzeć będą na jego kolejny cudowny wyczyn. Wyczyn pozostawiający w pobitym polu tak znaną postać jak sam Salomon. Który to, jak wiadomo, z pustego nalać nie potrafił. W odróżnieniu od naszego magika Janosika.
W całej tej sytuacji jakoś nie mam nadziei że ów cud w głowach „młodych wykształconych z wielkich miast” zdoła przybrać swą prawdziwą postać ordynarnego kantu i rabunku. Oni jak najszczerzej w 54 i więcej procentach będą wiernie przyklaskiwać tej ręce coraz głębiej siedzącej w ich kieszeniach i patrzeć radośnie w przyszłość. Bo przecież powiedziano wyraźnie, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”! I nie było to kłamstwo! Nikt przecież nie precyzował kiedy. Niech więc sobie czekają baranim wzrokiem wpatrzeni w tę „przepiękną” przyszłość.
Ja wolę powiedzieć wprost:
Nie tykajcie złodzieje moich pieniędzy!!!!!!!!
http://gospodarka.dziennik.pl/forsal/artykuly/314546,decyzja-zapadla-ofe-zalataja-dziure-w-budzecie.html
Gdyby jeszcze w tym „skomplikowanym” finansowym posunięciu kryła się jakaś myśl pozwalająca sądzić, że za jakiś czas ta ofiara wróci się mimowolnym ofiarodawcom z nawiązką. Ale jedyna myśl jaka się za tym kryje to chęć zrobienia wrażenia na naiwniakach przed zbliżającymi się wyborami. Widać sam cudotwórca nie za bardzo wierzy, że po czterech latach jego rządów wystarczy ponownie poprosić barda by znów zaintonował „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Teraz trzeba postarać się nieco bardziej. „Światli” wyborcy aż tacy „światli” to nie są by dać się nabrać na ten sam chwyt. Tedy pokaże się im jak cudotwórca znakomicie potrafi się realizować w czymś, co można by uznać za rodzaj krawieckiego abecadła. Oto ni mniej ni więcej tylko załata dziurę w publicznych finansach co się tak jakoś i nie wiadomo czemu monstrualnie rozrosła przez te trzy lata jego światłych, mądrych i skutecznych rządów. Każdy zaś wie, że łatanie dziury wymaga jakiegoś materiału, co posłuży za łatę. Nasz mistrz pogłowił się i znalazł. Oto uznał, że najlepiej wziąć ten co to sobie leży odłogiem i nikomu jeszcze nie służy.
Tedy rzecz będzie tak wyglądać, że z pieniędzy, co miesiąc w miesiąc powinny być wpłacane zaharowanym obywatelom na specjalne konta, nasz cudowny magik, zmieniony cudownie w coś bliskiego Janosikowi albo Robinowi z Sherwood (bliskiego bo owszem, zabierze jednym, nie koniecznie wcale bogatym, ale żadnym drugim nie da) weźmie sobie ponad połowę i pokaże ją za jakiś czas jako swój wybitny sukces ekonomiczny. Dosłownie na miarę ni mniej ni więcej a samego Hugo Chaveza. Od jakiegoś czasu ten i ów ostrzegał, że takie „tymczasowe” rozwiązanie jest planowane. Okazało się, że ten i ów łgał zwyczajnie. Bo żadne tam tymczasowe! Oto na zawsze już ponoć zamiast naszych 7 procent z kawałeczkiem do Funduszy pójdzie zaledwie 3 czyli niespełna połowa tego co dotąd. Ile ona zdoła dać jeśli przy obecnej stawce straszeni jesteśmy pesymistycznymi prognozami? Pewnie niewiele. Reszta dorzucona zostanie do tych pieniędzy co są na bieżąco przeżerane za pośrednictwem ZUS.
Nie wiem jak inni ale ja na własny użytek pozwolę sobie takie „genialne” rozwiązanie ekonomiczne nazwać określeniem zapewne wstecznym i niepoprawnym politycznie ale za to wyjątkowo zrozumiałym. Jest to ni mniej ni więcej tylko rabunek w biały dzień. Zaczynam podejrzewać nawet, że gdzieś w jakiejś bliskości czasowej, gdy nasz pan prezydent gościł w celu zasięgnięcia porady wybitnego znawcę spraw wschodnich Wojciecha J, pan cudotwórca Premier w podobnej roli musiał przyjmować na pokojach jakiegoś Szpicbródkę, Jessie Jamesa albo samego Johna Dillingera!
Tak więc na rok przed wyborami pan Premier postanowił w sprytny sposób znaleźć sobie sponsorów przyszłego wyborczego sukcesu. Nie skupiając się na takim drobiazgu jak choćby zapytanie ich czy sobie życzą głodować w przyszłości w zamian za jego kolejną światłą kadencję. Uznał widać, że obywatele z zachwytem patrzeć będą na jego kolejny cudowny wyczyn. Wyczyn pozostawiający w pobitym polu tak znaną postać jak sam Salomon. Który to, jak wiadomo, z pustego nalać nie potrafił. W odróżnieniu od naszego magika Janosika.
W całej tej sytuacji jakoś nie mam nadziei że ów cud w głowach „młodych wykształconych z wielkich miast” zdoła przybrać swą prawdziwą postać ordynarnego kantu i rabunku. Oni jak najszczerzej w 54 i więcej procentach będą wiernie przyklaskiwać tej ręce coraz głębiej siedzącej w ich kieszeniach i patrzeć radośnie w przyszłość. Bo przecież powiedziano wyraźnie, że „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”! I nie było to kłamstwo! Nikt przecież nie precyzował kiedy. Niech więc sobie czekają baranim wzrokiem wpatrzeni w tę „przepiękną” przyszłość.
Ja wolę powiedzieć wprost:
Nie tykajcie złodzieje moich pieniędzy!!!!!!!!
http://gospodarka.dziennik.pl/forsal/artykuly/314546,decyzja-zapadla-ofe-zalataja-dziure-w-budzecie.html
wtorek, 21 grudnia 2010
Honor i przyzwoitość – list do gen. Parulskiego.
Panie Generale, Panie Naczelny Prokuratorze Wojskowy.
We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” opublikowany został materiał autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego pod tytułem „Jak znaleziono ciało Lecha Kaczyńskiego”. Wspomniany materiał zawiera szokujący opis stanu zwłok Lecha Kaczyńskiego, znalezionych na miejscu katastrofy oraz bulwersujące stwierdzenia autora dotyczące źródeł na podstawie których wspomnianego opisu dokonał. Jak pisze Wojciech Czuchnowski, podstawą jego stwierdzeń była zawartość „udostępnionych nam nieoficjalnie kilkudziesięciu zdjęć i filmów nakręconych na miejscu katastrofy przez pięciu oficerów BOR.”* Nadmienia dalej sam, że „Filmy i zdjęcia mają klauzulę "ściśle tajne" i prawdopodobnie nigdy nie zostaną upublicznione.”*
W związku z powyższym rodzą się pytania zarówno o to, czy faktycznie dziennikarz „Gazety Wyborczej” w tak zadziwiająco łatwy sposób, by nie rzec wręcz że „na żądanie”, miał możliwość dotarcia do opatrzonych wspomnianą klauzulą materiałów oraz, jeśli rzeczywiście tak się stało, jak to było możliwe. Kolejną kwestią, która wymaga wyjaśnienia jest ciągły brak reakcji Pana i podległej Panu instytucji na tę szokującą pod wieloma względami publikację.
Rzeczą oczywistą jest albo natychmiastowe oświadczenie, że powierzone pieczy Pana i pana podwładnych tajne materiały, będące dowodami w ciągle toczącym się śledztwie, są pod dobrą opieką i nikt niepowołany nie ma do nich dostępu zaś stwierdzenia pana Czuchnowskiego to oczywista konfabulacja albo też przyznanie, że niektóre media mogą w podległej Panu instytucji bez kłopotu buszować po szufladach z dowodami. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, która jest zarówno rażącą drwiną z prawa i nie może mieć absolutnie miejsca w takiej instytucji jaką jest Prokuratura Wojskowa, jak też policzkiem dla rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy, to w moim odczuciu jak najszybciej powinien pan poinformować opinię publiczną o działaniach podjętych w celu ujawnienia osoby lub osób, które nie po raz pierwszy w tak życzliwy wobec wspomnianego tytułu sposób dysponują materiałami śledztwa.
Najbardziej szokujące w całej sprawie jest poczucie bezkarności dziennikarza który na zawołanie ma dostęp do interesujących go materiałów zgromadzonych i przechowywanych przez Pana podwładnych. Poczucie bezkarności posunięte do tego stopnia, że bez żenady mówi on o „nieoficjalnym dostępie” zaznaczając, że dotyczy on „materiałów, które są tajne (!) i nigdy nie zostaną udostępnione”.
Kwestią Pana honoru jest ujawnić i najsurowiej jak się da ukarać osoby, których niezrozumiałe działania grzebią reputację instytucji z definicji będącej jednym z filarów systemu ochrony prawnej obywateli.
Kwestią Pana przyzwoitości zaś powinno być podanie się do dymisji natychmiast po doprowadzeniu do końca działań służących wyjaśnieniu źródeł tej bezprecedensowej kompromitacji.
W świetle wspomnianych wyżej zdarzeń pański honor i przyzwoitość to ostatnie rzeczy o które może Pan jeszcze walczyć.
* http://wyborcza.pl/1,75478,8831475,Jak_znaleziono_cialo_Lecha_Kaczynskiego.html#ixzz18lctz700
We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” opublikowany został materiał autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego pod tytułem „Jak znaleziono ciało Lecha Kaczyńskiego”. Wspomniany materiał zawiera szokujący opis stanu zwłok Lecha Kaczyńskiego, znalezionych na miejscu katastrofy oraz bulwersujące stwierdzenia autora dotyczące źródeł na podstawie których wspomnianego opisu dokonał. Jak pisze Wojciech Czuchnowski, podstawą jego stwierdzeń była zawartość „udostępnionych nam nieoficjalnie kilkudziesięciu zdjęć i filmów nakręconych na miejscu katastrofy przez pięciu oficerów BOR.”* Nadmienia dalej sam, że „Filmy i zdjęcia mają klauzulę "ściśle tajne" i prawdopodobnie nigdy nie zostaną upublicznione.”*
W związku z powyższym rodzą się pytania zarówno o to, czy faktycznie dziennikarz „Gazety Wyborczej” w tak zadziwiająco łatwy sposób, by nie rzec wręcz że „na żądanie”, miał możliwość dotarcia do opatrzonych wspomnianą klauzulą materiałów oraz, jeśli rzeczywiście tak się stało, jak to było możliwe. Kolejną kwestią, która wymaga wyjaśnienia jest ciągły brak reakcji Pana i podległej Panu instytucji na tę szokującą pod wieloma względami publikację.
Rzeczą oczywistą jest albo natychmiastowe oświadczenie, że powierzone pieczy Pana i pana podwładnych tajne materiały, będące dowodami w ciągle toczącym się śledztwie, są pod dobrą opieką i nikt niepowołany nie ma do nich dostępu zaś stwierdzenia pana Czuchnowskiego to oczywista konfabulacja albo też przyznanie, że niektóre media mogą w podległej Panu instytucji bez kłopotu buszować po szufladach z dowodami. Jeśli rzeczywiście mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, która jest zarówno rażącą drwiną z prawa i nie może mieć absolutnie miejsca w takiej instytucji jaką jest Prokuratura Wojskowa, jak też policzkiem dla rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy, to w moim odczuciu jak najszybciej powinien pan poinformować opinię publiczną o działaniach podjętych w celu ujawnienia osoby lub osób, które nie po raz pierwszy w tak życzliwy wobec wspomnianego tytułu sposób dysponują materiałami śledztwa.
Najbardziej szokujące w całej sprawie jest poczucie bezkarności dziennikarza który na zawołanie ma dostęp do interesujących go materiałów zgromadzonych i przechowywanych przez Pana podwładnych. Poczucie bezkarności posunięte do tego stopnia, że bez żenady mówi on o „nieoficjalnym dostępie” zaznaczając, że dotyczy on „materiałów, które są tajne (!) i nigdy nie zostaną udostępnione”.
Kwestią Pana honoru jest ujawnić i najsurowiej jak się da ukarać osoby, których niezrozumiałe działania grzebią reputację instytucji z definicji będącej jednym z filarów systemu ochrony prawnej obywateli.
Kwestią Pana przyzwoitości zaś powinno być podanie się do dymisji natychmiast po doprowadzeniu do końca działań służących wyjaśnieniu źródeł tej bezprecedensowej kompromitacji.
W świetle wspomnianych wyżej zdarzeń pański honor i przyzwoitość to ostatnie rzeczy o które może Pan jeszcze walczyć.
* http://wyborcza.pl/1,75478,8831475,Jak_znaleziono_cialo_Lecha_Kaczynskiego.html#ixzz18lctz700
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Bajka o I Sekretarzu i głupich Iwanach.
Nie napisałbym tego tekstu gdyby nie hagiograficzny serial kolegi Francisa.de o „szybkim jak szczała” Premierze, co się rozprawia z Ruskimi jak Piłsudski pod Radzyminem. Na pohybel endek… znaczy pisowcom. Uprzedzam jednak że nie będzie zbyt wiele o raporcie o raporcie co tyle kwi w Moskwie napsuł. Trochę będzie ale głownie kilka uwag ogólnych. Jedna już na początek taka mianowicie by tytułowego „Iwana” w żaden sposób nie odnosić do naszych „przyjaciół Moskali” bo oni raczej są ostatnimi którym głupotę w relacjach z naszym Premierem. „Iwanem”(zgodnie z klasycznym niemal, bajkowym schematem „Iwana” tyle, że bez obowiązkowego tam happy endu) prędzej jest taki kolega Francis i podobni jemu zachwycający się Premierem „twardzielem” co się właśnie ostro Ruskim stawia. Zachwycający się zamiast zdumieć się i próbować doszukać choć krztyny logiki w tym „kopernikańskim przewrocie” jaki w stosunku do „profesjonalizmu strony rosyjskiej” w Premierze się dokonał. Wnioski z tego „zwrotu” można wyciągnąć następujące.
- Premier od początku wiedział, że Ruscy odwalają fuszerkę i okłamywał obywateli żyrując ów rzekomy „profesjonalizm” ale nie przewidział skali fuszerki i teraz nie miał wyjścia.
- Premier jest łatwowiernym naiwniakiem, którego Ruscy, Miller i Klich wodzili za nos a on im bez zastrzeżeń wierzył. Przestał bo to, co mu podsunęli było szyte tak grubymi nićmi że nawet on, przy całej naiwności się zorientował.
- Ruscy faktycznie, dokładnie tak jak przekonywał nas Premier, śledztwo przeprowadzili rzetelnie ale z niewyjaśnionych, pozostających w konflikcie z logiką przyczyn i cholera wie po co skoro tak się napracowali na sam koniec postanowili Premiera zrobić w bambuko ale on się nie dał.
- Premier od początku miał w du… w odwłoku to jak prowadzone jest śledztwo i co zostanie napisane w raporcie bo od początku zakładał ten swój „bohaterski sprzeciw” wobec knowań Ruskich. Ku uciesze gawiedzi dumnej, że taki on niezależny.
I ku tej ostatniej wersji zdecydowania się skłaniam.
W postępowaniu pana Donalda Tuska dostrzegam oto manierę, która przypisana jest do satrapów wszelakich, najbardziej zaś do tych znanych z „ludowych demokracji” róznych I Sekretarzy. Manierę polegającą na tym, że z każdej sytuacji umieją wybrnąć z pozą dobrotliwego „ojca narodu”. Bodaj Ziemkiewicz ostatnio określił to niezbyt celnie jako schemat „dobrego cara i złych bojarów”. Niezbyt celnie bo schemat ten przewiduje, że jednak car nie wie co się dzieje. Nasz premier oczywiście wie! I jak na I Sekretarza przystało, z miejsca zarządza pokazówkę.
Oczywiście nie jest to zaraz druga „afera mięsna” ale co on winien że czasy się zmieniły i nie można szafować KaeSami? Można natomiast „zażądać głów”.
„Głupie Iwany” zaraz zresztą, w postaci stosownego wyniku sondażu, podpowiedzą komu się należy KaeS… znaczy czyja „głowa” powinna polecieć. Oczywiście „Iwany” są jednak zbyt głupie by im do głowy przyszło, że zamiast rozdrabniać się na kolejne głowy pieprzące co rusz w kraju naszego I Sekretarza to i owo wystarczyłoby, aby poleciała „głowa głów” czyli „troskliwy łeb” samego „pierwszego”. Wszak teraz nie grozi to, mam wielką nadzieje, żadnym tam „czerwcem” czy „grudniem” krwawym ani choćby i „sierpniem” gorącym acz nerwowym.
Prawdę mówiąc kolejne wyczyniane przez Premiera w ramach jego gospodarskiej stanowczości „łukaszenki” już nawet nie są w stanie wzbudzić we mnie początkowej wesołości a żałość jedynie. Tak są „finezyjne”. Mieliśmy już przecież ultimatum dla Grada i różne czekania z decyzją „do środy”. Nic nowego więc. A na koniec zadziała schemat znany z anegdot o… carze i jego oficerach.
Oto car dokonał przeglądu pułku w jakiejś prowincjonalnej mieścinie. Przemaszerowały przed nim karnie kompanie a po wszystkim dowódca usłyszał od monarchy pochwałę. Udał się z nią do dowódcy batalionów ale przekazał ją z lekką krytyka dla dowódcy jednego z batalionów. Ten dowódca pochwalił swoje kompanie ale ostro pojechał po jednej z jakieś tam przewinienie co carskie wrażenia zepsuło. Wściekły dowódca kompanii zebrał dowódców drużyn i rzekł że byłoby nieźle gdyby nie jedna z drużyn co sprawę schrzaniła. Dowódca drużyny zebrał swych ludzi i bez słowa nakładł po gębie pewnemu szeregowcowi. Tak to ów szeregowiec carskie „spasibo” otrzymał w formie mordobicia.
Koresponduje z tym inna anegdota, pokazująca że ów szef kompanii drużyny musiał być oficerem wzorowym, doskonale czytającym intencje monarchy.
Oto podczas jakichś tam ćwiczeń car zlustrował formację artylerii, która niemiłosiernie ostrzeliwała jakieś wzgórze obsadzone przez wyimaginowanego enpla (kto chodził na studium wojskowe wie że tak fachowo określa się w wojskowej nomenklaturze przeciwnika). Któryś z oficerów, chcąc się najpewniej jakoś tam pokazać i uznając, że najlepiej będzie podać się carowi w wazelinie zwrócił się do monarchy z uniżoną prośbą o radę. W tej mianowicie materii jak jego bateria ma poprawić efekt swego ognia. „nabit mordu trietiemu nawodczyku” (Dać po mordzie trzeciemu kanonierowi) odparł car ze znawstwem.
Wniosek z tego jeden. Szczególnie przydatny teraz panu Grabarczykowi a w przyszłości zapewne i reszcie „sprawnych inaczej” ministrów. Zanim czekać na wynik sondowania opinii społecznej (Grabarczyk już wie, że lepiej nie czekać…) oraz na to, co „do środy” I Sekretarzowi w głowie zaświta, lepiej zawczasu przynieść mu jakąś gotową głowę „trietiego nawodczika” by bez szukania i czekania mógł mu na oczach zachwyconych „głupich Iwanów” spektakularnie i efektownie „nabit mordu”.
I wszyscy będą zadowolenia. Oczywiście z wyjątkiem „trietiego nawodczika” ale kto by się tam przejmował poczuciem krzywdy kogoś takiego? Na pewno żaden rasowy „głupi Iwan”!
- Premier od początku wiedział, że Ruscy odwalają fuszerkę i okłamywał obywateli żyrując ów rzekomy „profesjonalizm” ale nie przewidział skali fuszerki i teraz nie miał wyjścia.
- Premier jest łatwowiernym naiwniakiem, którego Ruscy, Miller i Klich wodzili za nos a on im bez zastrzeżeń wierzył. Przestał bo to, co mu podsunęli było szyte tak grubymi nićmi że nawet on, przy całej naiwności się zorientował.
- Ruscy faktycznie, dokładnie tak jak przekonywał nas Premier, śledztwo przeprowadzili rzetelnie ale z niewyjaśnionych, pozostających w konflikcie z logiką przyczyn i cholera wie po co skoro tak się napracowali na sam koniec postanowili Premiera zrobić w bambuko ale on się nie dał.
- Premier od początku miał w du… w odwłoku to jak prowadzone jest śledztwo i co zostanie napisane w raporcie bo od początku zakładał ten swój „bohaterski sprzeciw” wobec knowań Ruskich. Ku uciesze gawiedzi dumnej, że taki on niezależny.
I ku tej ostatniej wersji zdecydowania się skłaniam.
W postępowaniu pana Donalda Tuska dostrzegam oto manierę, która przypisana jest do satrapów wszelakich, najbardziej zaś do tych znanych z „ludowych demokracji” róznych I Sekretarzy. Manierę polegającą na tym, że z każdej sytuacji umieją wybrnąć z pozą dobrotliwego „ojca narodu”. Bodaj Ziemkiewicz ostatnio określił to niezbyt celnie jako schemat „dobrego cara i złych bojarów”. Niezbyt celnie bo schemat ten przewiduje, że jednak car nie wie co się dzieje. Nasz premier oczywiście wie! I jak na I Sekretarza przystało, z miejsca zarządza pokazówkę.
Oczywiście nie jest to zaraz druga „afera mięsna” ale co on winien że czasy się zmieniły i nie można szafować KaeSami? Można natomiast „zażądać głów”.
„Głupie Iwany” zaraz zresztą, w postaci stosownego wyniku sondażu, podpowiedzą komu się należy KaeS… znaczy czyja „głowa” powinna polecieć. Oczywiście „Iwany” są jednak zbyt głupie by im do głowy przyszło, że zamiast rozdrabniać się na kolejne głowy pieprzące co rusz w kraju naszego I Sekretarza to i owo wystarczyłoby, aby poleciała „głowa głów” czyli „troskliwy łeb” samego „pierwszego”. Wszak teraz nie grozi to, mam wielką nadzieje, żadnym tam „czerwcem” czy „grudniem” krwawym ani choćby i „sierpniem” gorącym acz nerwowym.
Prawdę mówiąc kolejne wyczyniane przez Premiera w ramach jego gospodarskiej stanowczości „łukaszenki” już nawet nie są w stanie wzbudzić we mnie początkowej wesołości a żałość jedynie. Tak są „finezyjne”. Mieliśmy już przecież ultimatum dla Grada i różne czekania z decyzją „do środy”. Nic nowego więc. A na koniec zadziała schemat znany z anegdot o… carze i jego oficerach.
Oto car dokonał przeglądu pułku w jakiejś prowincjonalnej mieścinie. Przemaszerowały przed nim karnie kompanie a po wszystkim dowódca usłyszał od monarchy pochwałę. Udał się z nią do dowódcy batalionów ale przekazał ją z lekką krytyka dla dowódcy jednego z batalionów. Ten dowódca pochwalił swoje kompanie ale ostro pojechał po jednej z jakieś tam przewinienie co carskie wrażenia zepsuło. Wściekły dowódca kompanii zebrał dowódców drużyn i rzekł że byłoby nieźle gdyby nie jedna z drużyn co sprawę schrzaniła. Dowódca drużyny zebrał swych ludzi i bez słowa nakładł po gębie pewnemu szeregowcowi. Tak to ów szeregowiec carskie „spasibo” otrzymał w formie mordobicia.
Koresponduje z tym inna anegdota, pokazująca że ów szef kompanii drużyny musiał być oficerem wzorowym, doskonale czytającym intencje monarchy.
Oto podczas jakichś tam ćwiczeń car zlustrował formację artylerii, która niemiłosiernie ostrzeliwała jakieś wzgórze obsadzone przez wyimaginowanego enpla (kto chodził na studium wojskowe wie że tak fachowo określa się w wojskowej nomenklaturze przeciwnika). Któryś z oficerów, chcąc się najpewniej jakoś tam pokazać i uznając, że najlepiej będzie podać się carowi w wazelinie zwrócił się do monarchy z uniżoną prośbą o radę. W tej mianowicie materii jak jego bateria ma poprawić efekt swego ognia. „nabit mordu trietiemu nawodczyku” (Dać po mordzie trzeciemu kanonierowi) odparł car ze znawstwem.
Wniosek z tego jeden. Szczególnie przydatny teraz panu Grabarczykowi a w przyszłości zapewne i reszcie „sprawnych inaczej” ministrów. Zanim czekać na wynik sondowania opinii społecznej (Grabarczyk już wie, że lepiej nie czekać…) oraz na to, co „do środy” I Sekretarzowi w głowie zaświta, lepiej zawczasu przynieść mu jakąś gotową głowę „trietiego nawodczika” by bez szukania i czekania mógł mu na oczach zachwyconych „głupich Iwanów” spektakularnie i efektownie „nabit mordu”.
I wszyscy będą zadowolenia. Oczywiście z wyjątkiem „trietiego nawodczika” ale kto by się tam przejmował poczuciem krzywdy kogoś takiego? Na pewno żaden rasowy „głupi Iwan”!
sobota, 18 grudnia 2010
Dziś są moje urodziny… (Ayers Rock w bieli i czerwierni)
Dziś są moje urodziny. Z lat, które przeżyłem, choć ponad połowę przeżyłem w tamtym systemie co go zluzowała wolność- niedawna jubilatka , trudno byłoby wybrać rok, który ja pamiętałbym jako gorszy od tego, który właśnie kończę. Choć obiektywnie przecież nawet nie ma dyskusji. Ale nie pamiętam prawie wcale 1970 poza oburzeniem na wyparcie dobranocki przez któryś tam kolejny zjazd PZPR (w 1971). Podobnie jest i z 1976 kojarzącym mi się tylko z dość krótkim strachem rodziców czy da się przeżyć i z 1980 i następnymi pamiętanymi z perspektywy prowincji na której nawet SB i MO nie za bardzo się chciało… Poza tym było dzieciństwo i młodość rekompensujące różnymi zachłyśnięciami tamtą prawdę.
Może to powód do wstydu dla mnie ale i bez wątpienia dla wolnej RP, że nagle, w zamieszanej kolejnymi doniosłymi rocznicami tej rzeczpospolitej (mała litera pisanej jako model a nie konkret) tak boleśnie zadaję sobie pytanie o sens trwania. Tak swojego jak i jej. Wszak to coś nienormalnego w przypadku kogoś, kto jak ja umie cieszyć się życiem i je smakować i w przypadku czegoś, co miało być absolutną antytezą tego, czego upadek pamiętam i chciałbym go teraz świętować z całym przekonaniem i bez żadnych wątpliwości.
Jeśli miałbym sobie sam odpowiedzieć teraz na pytanie o to po co było tyle tych lat, najprędzej przychodzi mi odpowiedź wykrzyczana kiedyś w okolicznościach szczególnych. Wykrzyczana przez mojego brata gdy na własnej skórze testował był dotkliwie jakość politycznych osiągnięć kilku kolejnych ekip które jemu (i setkom jemu podobnych) „otwierały kolejne rynki pracy”. Tak eufemistycznie i dumnie nazywały wykopywanie przez granicę problemu, z którym nijak nie potrafiły sobie poradzić same, tu, na miejscu. Konsumował więc te owoce sprawności politycznej naszych „odźwiernych” żyjąc byle jak, bo takie były realia i wśród takich, którym to „byle jak” leżało jakoś tak bardziej niż jemu. Taki zagubiony całkiem mały odprysk świata. Rozmawiałem z nim zaraz po tym gdy dotarła do niego informacja o śmierci mamy bo miałem z nim ustalić kiedy go odbiorę z lotniska przed pogrzebem. Wtedy, zdruzgotany tym wszystkim co dostał i tym co mu zabrano, podał mi najuczciwiej sformułowany, praktyczny przykład sensu życia, jaki słyszałem. „Ja naprawdę nie potrzebuję wiele. Ja chciałbym po prostu normalnie żyć!”
I dziś powtarzam to za nim przekonany, że mądrzej się nie da. Wiem, że dla wielu będzie to płytkie, niemal zwierzęce. Ale mylą się albo w jakiś sposób tym wypomnieniem mi płytkości wypominają ją sobie samym. Nie umiejąc zmusić swej wyobraźni by im tamto „żyć” wypełniła jak najbogatszą treścią. Pod „normalnie żyć” można przecież upakować tak wiele! Dla kogoś będzie to kawałek ciepłej kurtki, dla innego koniec koszmaru oglądania własnych dzieci ze smutnymi twarzami przyklejonymi do wystawy sklepu z zabawkami albo słodyczami. Są i tacy, którzy za normę uznają możliwość kupienia tej czy innej książki albo udziału w jakimś wyjątkowym spektaklu. Albo możliwość wzucia ręcznie uszytej, zacnej pary butów. Ale i tacy co by choć o godzinę krócej chcieli czekać po nocy w kolejce do lekarza specjalisty.
Dla mnie byłoby tym normalnym życiem jest móc mijać się co dzień z Polską wymieniając uśmiech i zwyczajowe dzień dobry. Tyle jej by mi wystarczyło. Bezproblemowej, nie mającej do mnie o nic pretensji ani nie narzucającej mi się gdy z mego punktu widzenia moment jest niespecjalnie obojętny. I mnie przy niej pewnego, że z nią wszystko jak należy.
I tu pewnie znajdą się tacy co mi znowu wypomną płyciznę intelektualną i jeszcze kilka innych oraz to, że nie pojmuję wagi na zawsze uwiązanej do tej nazwy własnej. Ależ pojmuję. Zresztą pojmowałbym i czuł ją nawet gdybym tego nie chciał. Bo niosę ją, a czasem aż mi ciąży, od wielu lat.
I może z tego właśnie powodu pojmuję, że jest ona nie celem a narzędziem. Takim, bez którego żyć się nie da jak bez noża do krojenia chleba. Ale jest ona po coś a nie, tak abstrakcyjnie, dla samej siebie. Byt bez konkretnego przeznaczenia. Taka Ayers Rock postawiona przez Boga ku pustemu podziwowi gawiedzi jedynie. Choćby po to jest chyba by jakoś tak cudownie stłuc tę szybę co dzieli te dzieciaki od tych zabawek czy tam cukierków. Albo po to by stanąć w poprzek takiemu czy innemu odźwiernemu gdy znów ten otworzy kilka nowych „rynków pracy” i zechce tam wykopać kogokolwiek z tych, którym „rynku pracy” nie umiał otworzyć tutaj. U niej. Jest jak nóż do krojenia chleba… Można się też o nią skaleczyć.
Polska to pojecie bardzo pojemne. Wiem, że opisać je umiem w sposób szczątkowy bo na tyle tylko moje zmysły stać. Ale mam świadomość, że to ona jest bardziej dla mnie niż ja dla niej. Jeśli tego nie pojmie to gotów jestem jej to zademonstrować. Takiej Polsce jaka próbuje mi się wmusić i narzucić.
Wbrew pozorom i temu co ten i ów mówi, Polski nie dało się tak całkiem roztrzaskać na podejściu do pasa pod Smoleńskiem. A już na pewno nie da się ona za nic wcisnąć w salę plenarną na ulicy Wiejskiej. Często mam zresztą wrażenie że właśnie tam jest jej najmniej.
I z tego powodu coraz mniej podatny jestem na te bałwochwalstwa, które próbują Polskę utożsamiać z tym czy z innym ze zwykłych śmiertelników jako żywo podobnych do mnie. Może tylko zdecydowanie lepiej umiejących tym narzędziem o nazwie Polska wywijać. Z wprawą zawodowych nożowników. Jest w tym bałwochwalstwie grzech przedziwny bo popełniany albo przeciwko pierwszemu przekazaniu albo przeciwko rozumowi w zależności od tego w co ufność pokłada taki grzesznik- bałwochwalca. A ja już go nie popełnię bo zaraz po tym jak wierny staram się być pierwszemu przykazani słucham rozumu. Godząc dzięki temu bez trudności metafizykę z logiką. Te dwa porządki w których da się zamknąć wszystko.
I przez to, że sobie radzę z poukładaniem tego wszystkiego by boskie oddzielić od cesarskiego tak łatwo ostatnio mi wychodzi, że tak niewiele i zarazem tak wiele od tej mojej Polski oczekuję. Tego tylko właściwie by przestała o mnie i o sobie myśleć tak jak dotychczas. Jak rozwydrzony i przesiąknięty egoizmem bachor przekonany, że jest pępkiem świata. I że wrzaskiem, płaczem albo szantażem wymusi na mnie co tylko zechce. Ja już z tego wyrosłem a i na nią czas przyszedł.
I powinna pojąć, że jest tylko jak ten nóż do chleba po to bym dzięki niej mógł normalnie żyć. I to jest warunek wyjściowy naszej rozmowy o ułożeniu sobie przez nią ze mną jakichś bliższych relacji.
I to wreszcie pojąć powinna że jest w głowach i sercach milionów a nie w rachubach tych, którzy w jej imieniu zwykli się wypowiadać. I w ich słowach traktowana jako narzędzie szantażu. Wcale nie jak ten nóż, którym można przekroić bochen chleba.
Dziś są moje urodziny. I chciałbym wreszcie normalnie żyć…
ps. Jeśli z jedną sprawą skończy się dobrze to może nawet uznam, że nie było źle
Może to powód do wstydu dla mnie ale i bez wątpienia dla wolnej RP, że nagle, w zamieszanej kolejnymi doniosłymi rocznicami tej rzeczpospolitej (mała litera pisanej jako model a nie konkret) tak boleśnie zadaję sobie pytanie o sens trwania. Tak swojego jak i jej. Wszak to coś nienormalnego w przypadku kogoś, kto jak ja umie cieszyć się życiem i je smakować i w przypadku czegoś, co miało być absolutną antytezą tego, czego upadek pamiętam i chciałbym go teraz świętować z całym przekonaniem i bez żadnych wątpliwości.
Jeśli miałbym sobie sam odpowiedzieć teraz na pytanie o to po co było tyle tych lat, najprędzej przychodzi mi odpowiedź wykrzyczana kiedyś w okolicznościach szczególnych. Wykrzyczana przez mojego brata gdy na własnej skórze testował był dotkliwie jakość politycznych osiągnięć kilku kolejnych ekip które jemu (i setkom jemu podobnych) „otwierały kolejne rynki pracy”. Tak eufemistycznie i dumnie nazywały wykopywanie przez granicę problemu, z którym nijak nie potrafiły sobie poradzić same, tu, na miejscu. Konsumował więc te owoce sprawności politycznej naszych „odźwiernych” żyjąc byle jak, bo takie były realia i wśród takich, którym to „byle jak” leżało jakoś tak bardziej niż jemu. Taki zagubiony całkiem mały odprysk świata. Rozmawiałem z nim zaraz po tym gdy dotarła do niego informacja o śmierci mamy bo miałem z nim ustalić kiedy go odbiorę z lotniska przed pogrzebem. Wtedy, zdruzgotany tym wszystkim co dostał i tym co mu zabrano, podał mi najuczciwiej sformułowany, praktyczny przykład sensu życia, jaki słyszałem. „Ja naprawdę nie potrzebuję wiele. Ja chciałbym po prostu normalnie żyć!”
I dziś powtarzam to za nim przekonany, że mądrzej się nie da. Wiem, że dla wielu będzie to płytkie, niemal zwierzęce. Ale mylą się albo w jakiś sposób tym wypomnieniem mi płytkości wypominają ją sobie samym. Nie umiejąc zmusić swej wyobraźni by im tamto „żyć” wypełniła jak najbogatszą treścią. Pod „normalnie żyć” można przecież upakować tak wiele! Dla kogoś będzie to kawałek ciepłej kurtki, dla innego koniec koszmaru oglądania własnych dzieci ze smutnymi twarzami przyklejonymi do wystawy sklepu z zabawkami albo słodyczami. Są i tacy, którzy za normę uznają możliwość kupienia tej czy innej książki albo udziału w jakimś wyjątkowym spektaklu. Albo możliwość wzucia ręcznie uszytej, zacnej pary butów. Ale i tacy co by choć o godzinę krócej chcieli czekać po nocy w kolejce do lekarza specjalisty.
Dla mnie byłoby tym normalnym życiem jest móc mijać się co dzień z Polską wymieniając uśmiech i zwyczajowe dzień dobry. Tyle jej by mi wystarczyło. Bezproblemowej, nie mającej do mnie o nic pretensji ani nie narzucającej mi się gdy z mego punktu widzenia moment jest niespecjalnie obojętny. I mnie przy niej pewnego, że z nią wszystko jak należy.
I tu pewnie znajdą się tacy co mi znowu wypomną płyciznę intelektualną i jeszcze kilka innych oraz to, że nie pojmuję wagi na zawsze uwiązanej do tej nazwy własnej. Ależ pojmuję. Zresztą pojmowałbym i czuł ją nawet gdybym tego nie chciał. Bo niosę ją, a czasem aż mi ciąży, od wielu lat.
I może z tego właśnie powodu pojmuję, że jest ona nie celem a narzędziem. Takim, bez którego żyć się nie da jak bez noża do krojenia chleba. Ale jest ona po coś a nie, tak abstrakcyjnie, dla samej siebie. Byt bez konkretnego przeznaczenia. Taka Ayers Rock postawiona przez Boga ku pustemu podziwowi gawiedzi jedynie. Choćby po to jest chyba by jakoś tak cudownie stłuc tę szybę co dzieli te dzieciaki od tych zabawek czy tam cukierków. Albo po to by stanąć w poprzek takiemu czy innemu odźwiernemu gdy znów ten otworzy kilka nowych „rynków pracy” i zechce tam wykopać kogokolwiek z tych, którym „rynku pracy” nie umiał otworzyć tutaj. U niej. Jest jak nóż do krojenia chleba… Można się też o nią skaleczyć.
Polska to pojecie bardzo pojemne. Wiem, że opisać je umiem w sposób szczątkowy bo na tyle tylko moje zmysły stać. Ale mam świadomość, że to ona jest bardziej dla mnie niż ja dla niej. Jeśli tego nie pojmie to gotów jestem jej to zademonstrować. Takiej Polsce jaka próbuje mi się wmusić i narzucić.
Wbrew pozorom i temu co ten i ów mówi, Polski nie dało się tak całkiem roztrzaskać na podejściu do pasa pod Smoleńskiem. A już na pewno nie da się ona za nic wcisnąć w salę plenarną na ulicy Wiejskiej. Często mam zresztą wrażenie że właśnie tam jest jej najmniej.
I z tego powodu coraz mniej podatny jestem na te bałwochwalstwa, które próbują Polskę utożsamiać z tym czy z innym ze zwykłych śmiertelników jako żywo podobnych do mnie. Może tylko zdecydowanie lepiej umiejących tym narzędziem o nazwie Polska wywijać. Z wprawą zawodowych nożowników. Jest w tym bałwochwalstwie grzech przedziwny bo popełniany albo przeciwko pierwszemu przekazaniu albo przeciwko rozumowi w zależności od tego w co ufność pokłada taki grzesznik- bałwochwalca. A ja już go nie popełnię bo zaraz po tym jak wierny staram się być pierwszemu przykazani słucham rozumu. Godząc dzięki temu bez trudności metafizykę z logiką. Te dwa porządki w których da się zamknąć wszystko.
I przez to, że sobie radzę z poukładaniem tego wszystkiego by boskie oddzielić od cesarskiego tak łatwo ostatnio mi wychodzi, że tak niewiele i zarazem tak wiele od tej mojej Polski oczekuję. Tego tylko właściwie by przestała o mnie i o sobie myśleć tak jak dotychczas. Jak rozwydrzony i przesiąknięty egoizmem bachor przekonany, że jest pępkiem świata. I że wrzaskiem, płaczem albo szantażem wymusi na mnie co tylko zechce. Ja już z tego wyrosłem a i na nią czas przyszedł.
I powinna pojąć, że jest tylko jak ten nóż do chleba po to bym dzięki niej mógł normalnie żyć. I to jest warunek wyjściowy naszej rozmowy o ułożeniu sobie przez nią ze mną jakichś bliższych relacji.
I to wreszcie pojąć powinna że jest w głowach i sercach milionów a nie w rachubach tych, którzy w jej imieniu zwykli się wypowiadać. I w ich słowach traktowana jako narzędzie szantażu. Wcale nie jak ten nóż, którym można przekroić bochen chleba.
Dziś są moje urodziny. I chciałbym wreszcie normalnie żyć…
ps. Jeśli z jedną sprawą skończy się dobrze to może nawet uznam, że nie było źle
piątek, 17 grudnia 2010
Trzymaj się twardzielu!
Pisze do Ciebie teraz bo kiedy już będziesz mógł sam cokolwiek przeczytać to pewnie mój i twój świat jakoś się będą mijać bez zrozumienia. Przez ten czas co do tego momentu minie stać się przecież tyle może. Tak to bywa najczęściej między takimi jak ja i takimi jak Ty. Tedy czy czas odpowiedni czy nie pisze bo mam Ci kilka słów do powiedzenia.
Odkąd wiem, że jesteś pojąłem jak mało wiem o kilku bardzo istotnych i bardzo trudnych rzeczach. Choć zdawało mi się, że jest inaczej bo przecież coś tam przeżyłem, coś też widziałem a reszty sobie doczytałem. Ale to tak nie działa. Wie naprawdę ten tylko, co sam sobie z tym da radę.
Ile ja na przykład wiem o sile i o chęci życia? Nic zgoła. Mało kto wie to tak jak Ty. Bo łatwo jest chcieć żyć gdy wie się, czego się chce i gdy wie się choć trochę jak to zrobić.
Ty musisz sobie z tym razić choć właśnie od tego musiałeś zacząć. I nikt Ci nie powiedział wcześniej, że może być ciężko. Nie dało się po prostu. A jednak radzisz sobie choć nawet nie wiem jak i czym.
Nie wiem choć myślami jestem z Tobą odkąd wiem, że się z tym swoim własnym od niedawna życiem musisz tak szarpać. I dobrze że to robisz i że się nie dajesz. Bo jesteś potrzebny. Sam się o tym przekonasz tylko daj jeszcze trochę z siebie.
Później będzie już łatwiej. Sam zobaczysz. Bo nie jesteś sam. I jak już się uporasz z tym, z czym musisz się teraz zmagać więcej nie będziesz musiał zmagać się sam.
I mówię Ci, że warto się jeszcze odrobinkę przemęczyć. Tyle jest do zobaczenia i do poczucia. Poczynając od tego ciepła najważniejszego, które już na ciebie czeka.
Więc jeszcze trochę wysiłku. Trzymaj się Miłosz, twardzielu!
Pełen wiary i podziwu r.
ps. Wybacz D. ale nie mogłem inaczej.
Odkąd wiem, że jesteś pojąłem jak mało wiem o kilku bardzo istotnych i bardzo trudnych rzeczach. Choć zdawało mi się, że jest inaczej bo przecież coś tam przeżyłem, coś też widziałem a reszty sobie doczytałem. Ale to tak nie działa. Wie naprawdę ten tylko, co sam sobie z tym da radę.
Ile ja na przykład wiem o sile i o chęci życia? Nic zgoła. Mało kto wie to tak jak Ty. Bo łatwo jest chcieć żyć gdy wie się, czego się chce i gdy wie się choć trochę jak to zrobić.
Ty musisz sobie z tym razić choć właśnie od tego musiałeś zacząć. I nikt Ci nie powiedział wcześniej, że może być ciężko. Nie dało się po prostu. A jednak radzisz sobie choć nawet nie wiem jak i czym.
Nie wiem choć myślami jestem z Tobą odkąd wiem, że się z tym swoim własnym od niedawna życiem musisz tak szarpać. I dobrze że to robisz i że się nie dajesz. Bo jesteś potrzebny. Sam się o tym przekonasz tylko daj jeszcze trochę z siebie.
Później będzie już łatwiej. Sam zobaczysz. Bo nie jesteś sam. I jak już się uporasz z tym, z czym musisz się teraz zmagać więcej nie będziesz musiał zmagać się sam.
I mówię Ci, że warto się jeszcze odrobinkę przemęczyć. Tyle jest do zobaczenia i do poczucia. Poczynając od tego ciepła najważniejszego, które już na ciebie czeka.
Więc jeszcze trochę wysiłku. Trzymaj się Miłosz, twardzielu!
Pełen wiary i podziwu r.
ps. Wybacz D. ale nie mogłem inaczej.
Etykiety:
chęć życia,
Miłosz,
siła
czwartek, 16 grudnia 2010
Jak finansować partie polityczne? (ekonomia polityczna)
Z grubsza mamy za sobą marną komedyjkę pod tytułem „naród oszczędza więc my tez musimy”, którą zafundowali nam megahipokryci z Platformy Obywatelskiej. Wiem, wiem… Zanim ktoś na mnie wsiądzie że ten tekst moich oczywistych antyplatformerskich uprzedzeń dwa wyjaśnienia. Jestem gotów uznać za idiotę każdego kto bronił będzie modus operandi PO w tej sprawie jako przejawu „szlachetnych intencji”. Bo tylko idiota mógłby nie zauważyć irracjonalności schematu, w którym bardziej radykalny projekt ustawy trafia do sejmu, gdzie wystarczy by 16 posłów partii rządzącej zapadło na sraczkę nagła by projekt upadł a do senatu, gdzie spokojnie ma przewagę pozwalającą przyjmować ustawy nakazujące choćby słońcu krążyć wokół ziemi wysyła projekt po radykalnej kastracji i z tym pierwszym mający tyle wspólnego co homo sapiens sapiens z neandertalczykiem.
Ale powiedzmy sobie „pies drapał PO i jej ustawy” i spróbujmy poteoretyzować, czyli wróćmy do pytania tytułowego: Jak finansować partie polityczne? Odpowiedź jest prosta. Wcale nie finansować!
Oczywiście tu pojawi się pytanie skąd w takim razie partie polityczne miałyby wziąć a w zasadzie jak skręcić kasę na wybory i bieżącą działalność? A znikąd! Kto powiedział, że partie polityczne są w ogóle potrzebne. Jeśli ktokolwiek uważa, że bez ich udziału nie da się zapełnić tych pięciuset z ogonkiem miejsc na Wiejskiej to mu odpowiem ze jest człowiekiem małej wiary i o upośledzonej wyobraźni na dodatek. Smutne to, ze ta przypadłość dotyka zdecydowaną większość „świadomych wyborców”. Nie będę pisał o metodach ani o JOW bo na to wylano morze tuszu i atramentu. Uprzedzę natomiast zarzut, że taki parlament złożony z ludzi wybranych wedle klucza od „Sasa do lasa” byłby siedziskiem chaosu i anarchii. Otóż czemu?- zapytam. Wszak każdy z nich, wybierany indywidualnie będzie musiał się wykazać jakimiś przymiotami OSOBISTYMI i kuriozalny casus Renaty Beger wybranej dzięki szyldowi wówczas grozi nam zdecydowanie mniej niż teraz. Co zaś się tyczy jakości przedstawicieli… Wolę pięćset dysponujących własnym rozumem indywidualności niż zbieraninę, która na rzucone przez ich szefów hasło, że mają się iść i powiesić odpowie co najwyżej pytaniem czy sznurek dostanie czy ma mieć swój.
Ale wróćmy do tematu, o którym gentelmani (cwaniaczki…) nie gadają czyli kasy. Otóż poza rozumem taki gość, co miałby sprawować władzę ustawodawczą w moim imieniu, powinien mieć jeszcze osobisty majątek z którego sfinansuje nie tylko swą elekcję ale i całą polityczną aktywność. Żadnych dotacji i diet!
Chwila! – krzyknie donośnie człowiek zatroskany o kondycję państwa. I wyłoży z miejsca swe wątpliwości.
Pierwsza będzie taka, że w ten sposób tworzymy system oligarchiczny, w którym ograniczamy władze do wąskiej grupy obywateli majętnych a pozbawiamy jej ludzi o dochodach niskich i średnich. No i co z tego? Jak ktoś jedzie z autem do reperacji i widzi obok siebie dwa warsztaty, pięknie utrzymany i popadający w ruinę to jakim by nie był demokratą, wybierze ten pierwszy. Podobnym praktycznym podejściem wykaże się mając do wyboru szpital obskurny i porządnie wyposażony, walące się albo bijące w oczy wymuskanym stanem przedszkole dla swego dziecka. Jak zamówi fachowca by mu meble na wymiar rozbił a ten po przybyciu zapyta czy gospodarz ma może ołówek i miarkę to go z miejsca przegna i zawoła takiego z laserową poziomicą. Taki jest rozsądny ten obywatel! Tylko w kwestii zarządzania rzeczą najistotniejszą, czyli organizacją jego życia mają decydować ludzie wybierany w sposób ustalany w coraz bardziej nielogiczny. Równość, braterstwo, parytety… Inaczej niż w jakimś tam (proszę o wybaczenie bo to nie ja tak uważam) „zasranym” górnictwie i piekarnictwie gdzie struktura płci czy upodobań seksualnych nie obchodzi najradykalniejszej nawet feministki, Biedronia ani choćby psa z kulawą nogą.
Ja tam wolę by rządził mną facet (czy tam baba rzecz jasna) co najpierw pokazał, że sobą zarządzić potrafi jak należy a nie taki, dla którego rządzenie mną jest pierwszym naprawdę poważnym zajęciem i szczytem jego kariery zarazem. W tym szczytem ekonomicznym! Wolę gościa który dla mnie i swego kaprysu zechce poświecić własną kasę a nie będzie domagał się mojej.
Drugi, jeszcze pewnie głośniej wysuwany zarzut będzie taki, że otwieram pole do jawnych nadużyć. Ja?! O czym my mówimy? Gdyby zwrócić się do wszystkich prezesów i przewodniczących partii (nawet tych partii, co najgłośniej gardłują, że jakby politykom zabrać dotacje to od razu zaczną się korumpować) czy mają w swoich partiach polityków, co to w takiej sytuacji z miejsca wezmą, każdy powie że absolutnie nie! Mogę się z każdym założyć. 100% przysięgnie choćby na krzyż czy tam inny symbol światowego humanizmu (wedle upodobania) że w jego partii nie ma ani jednego co by rękę wyciągał. Tedy sprawa załatwiona! Nic nam nie grozi!
Śmiejecie się? Może i słusznie. Może faktycznie trzeba wprowadzić jakiś mechanizm zabezpieczający. Proponuję więc by polityka złapanego na tym, że „samofinansuje” się nie ze swoich natychmiast publicznie rozstrzeliwać!
Śmiech wam z ust natychmiast zniknął? Bo co? Bo to idiotyczne, nieracjonalne i w ogóle horrendalne?
Możliwe, że przesadziłem nieco. Ale z cała pewnością nie tak bardzo jak wy wszyscy, szanowni zwolennicy dotowania partii politycznych z budżetu państwa. Szanowni zwolennicy tego, by, ni mniej ni więcej tylko opłacać się politykom i partiom politycznym megałapówką z podatków obywateli za to by tych łapówek nie brali z innych źródeł. Bo co to w końcu za różnica poza ustrojowym uświęceniem procederu zwykłego „reketu”, pieniędzy płaconych tak, jak płaci się mafiom za „ochronę”?
Ale powiedzmy sobie „pies drapał PO i jej ustawy” i spróbujmy poteoretyzować, czyli wróćmy do pytania tytułowego: Jak finansować partie polityczne? Odpowiedź jest prosta. Wcale nie finansować!
Oczywiście tu pojawi się pytanie skąd w takim razie partie polityczne miałyby wziąć a w zasadzie jak skręcić kasę na wybory i bieżącą działalność? A znikąd! Kto powiedział, że partie polityczne są w ogóle potrzebne. Jeśli ktokolwiek uważa, że bez ich udziału nie da się zapełnić tych pięciuset z ogonkiem miejsc na Wiejskiej to mu odpowiem ze jest człowiekiem małej wiary i o upośledzonej wyobraźni na dodatek. Smutne to, ze ta przypadłość dotyka zdecydowaną większość „świadomych wyborców”. Nie będę pisał o metodach ani o JOW bo na to wylano morze tuszu i atramentu. Uprzedzę natomiast zarzut, że taki parlament złożony z ludzi wybranych wedle klucza od „Sasa do lasa” byłby siedziskiem chaosu i anarchii. Otóż czemu?- zapytam. Wszak każdy z nich, wybierany indywidualnie będzie musiał się wykazać jakimiś przymiotami OSOBISTYMI i kuriozalny casus Renaty Beger wybranej dzięki szyldowi wówczas grozi nam zdecydowanie mniej niż teraz. Co zaś się tyczy jakości przedstawicieli… Wolę pięćset dysponujących własnym rozumem indywidualności niż zbieraninę, która na rzucone przez ich szefów hasło, że mają się iść i powiesić odpowie co najwyżej pytaniem czy sznurek dostanie czy ma mieć swój.
Ale wróćmy do tematu, o którym gentelmani (cwaniaczki…) nie gadają czyli kasy. Otóż poza rozumem taki gość, co miałby sprawować władzę ustawodawczą w moim imieniu, powinien mieć jeszcze osobisty majątek z którego sfinansuje nie tylko swą elekcję ale i całą polityczną aktywność. Żadnych dotacji i diet!
Chwila! – krzyknie donośnie człowiek zatroskany o kondycję państwa. I wyłoży z miejsca swe wątpliwości.
Pierwsza będzie taka, że w ten sposób tworzymy system oligarchiczny, w którym ograniczamy władze do wąskiej grupy obywateli majętnych a pozbawiamy jej ludzi o dochodach niskich i średnich. No i co z tego? Jak ktoś jedzie z autem do reperacji i widzi obok siebie dwa warsztaty, pięknie utrzymany i popadający w ruinę to jakim by nie był demokratą, wybierze ten pierwszy. Podobnym praktycznym podejściem wykaże się mając do wyboru szpital obskurny i porządnie wyposażony, walące się albo bijące w oczy wymuskanym stanem przedszkole dla swego dziecka. Jak zamówi fachowca by mu meble na wymiar rozbił a ten po przybyciu zapyta czy gospodarz ma może ołówek i miarkę to go z miejsca przegna i zawoła takiego z laserową poziomicą. Taki jest rozsądny ten obywatel! Tylko w kwestii zarządzania rzeczą najistotniejszą, czyli organizacją jego życia mają decydować ludzie wybierany w sposób ustalany w coraz bardziej nielogiczny. Równość, braterstwo, parytety… Inaczej niż w jakimś tam (proszę o wybaczenie bo to nie ja tak uważam) „zasranym” górnictwie i piekarnictwie gdzie struktura płci czy upodobań seksualnych nie obchodzi najradykalniejszej nawet feministki, Biedronia ani choćby psa z kulawą nogą.
Ja tam wolę by rządził mną facet (czy tam baba rzecz jasna) co najpierw pokazał, że sobą zarządzić potrafi jak należy a nie taki, dla którego rządzenie mną jest pierwszym naprawdę poważnym zajęciem i szczytem jego kariery zarazem. W tym szczytem ekonomicznym! Wolę gościa który dla mnie i swego kaprysu zechce poświecić własną kasę a nie będzie domagał się mojej.
Drugi, jeszcze pewnie głośniej wysuwany zarzut będzie taki, że otwieram pole do jawnych nadużyć. Ja?! O czym my mówimy? Gdyby zwrócić się do wszystkich prezesów i przewodniczących partii (nawet tych partii, co najgłośniej gardłują, że jakby politykom zabrać dotacje to od razu zaczną się korumpować) czy mają w swoich partiach polityków, co to w takiej sytuacji z miejsca wezmą, każdy powie że absolutnie nie! Mogę się z każdym założyć. 100% przysięgnie choćby na krzyż czy tam inny symbol światowego humanizmu (wedle upodobania) że w jego partii nie ma ani jednego co by rękę wyciągał. Tedy sprawa załatwiona! Nic nam nie grozi!
Śmiejecie się? Może i słusznie. Może faktycznie trzeba wprowadzić jakiś mechanizm zabezpieczający. Proponuję więc by polityka złapanego na tym, że „samofinansuje” się nie ze swoich natychmiast publicznie rozstrzeliwać!
Śmiech wam z ust natychmiast zniknął? Bo co? Bo to idiotyczne, nieracjonalne i w ogóle horrendalne?
Możliwe, że przesadziłem nieco. Ale z cała pewnością nie tak bardzo jak wy wszyscy, szanowni zwolennicy dotowania partii politycznych z budżetu państwa. Szanowni zwolennicy tego, by, ni mniej ni więcej tylko opłacać się politykom i partiom politycznym megałapówką z podatków obywateli za to by tych łapówek nie brali z innych źródeł. Bo co to w końcu za różnica poza ustrojowym uświęceniem procederu zwykłego „reketu”, pieniędzy płaconych tak, jak płaci się mafiom za „ochronę”?
Subskrybuj:
Posty (Atom)