„Jarek, pier****sz, nie było cię tam!”
W. Frasyniuk
„Władek, Ciebie też!”*
Rosemann
Zaryzykuję stwierdzenie, przez które ta notka na zbyt eksponowane miejsce zapewnie liczyć nie będzie mogła. Historia to dziwka, którą współczesność obraca jak chce, za sprawą rajfury- polityki.
Nie jest ważne co tam dawniej się działo. Ważne jest jak można to skonsumować teraz. czasem zdarza się, że coś, co stało się, jest na tyle niestrawne, że do konsumpcji nie nadaje się absolutnie.
Gdyby teraz próbować najbardziej oczywistego patrona historii, byłby nim Herostrates. Postać przez historię, czyli przez tych, co po nim do jego czynu się ustosunkowali, potraktowany przewrotnie. Choć może raczej mający na tyle wyobraźni, że tę przewrotność losu od razu w swych rachubach kalkulujący. Bo wyszło na jego mimo, że miało być wręcz przeciwnie. I to dla tak okrutnie na naszych oczach molestowanej historii w zasadzie jedyna nadzieja. Że los swoje i tak sprawi ile by się nad dziejami nie znęcać.
Gdy Herostrates podkładał pochodnię pod jeden z cudów antycznego świata, nie przypuszczał, że do historii przejdzie bardziej jako ten, o którym historia miała na zawsze zamilknąć niż zwykły podpalacz niezwykłego skarbu.
Kiedy ludzie „Solidarności” to i owo zatrzymywali, pewien jestem, że w ogóle o historii nie myśleli. A jeśli już to zapewne w ten sposób, ze będzie ona łaskawsza dla ich dzieci.
I w zasadzie dobrze chyba, że wtedy nie myśleli. Dobrze, że wielu z nich siebie w historii nie widzi i dziś skromnie uważając, że tylko koło niej kiedyś przechodzili i tyle w niej ich udziału. Dobrze, bo stara rajfura- polityka nie śpi. I czeka tylko by tego i owego wykorzystać w charakterze, excuse moi, takiego fikuśnego cacka, za pomocą którego da się historie wydymać na potrzeby czasu rzeczywistego.
Kiedy zaglądam w biografie „Wielkich, rocznik 80” to największe moje zdumienie budzi data, która stoi przy tych wszystkich „krzyżach wielkich”, „komandorskich” i przy „orłach białych”. Jakoś tak krzycząco wręcz późna jak na tak jednoznaczne zwycięstwo, na czyste intencje i oczywiste zasługi. Data, która sprawia, ze zastanawiam się czy aby na pewno „pierwszy niekomunistyczny premier” i „pierwszy prezydent wolnej Polski” naprawdę istnieli. Albo co sprawiło, że, jeśli istnieli, taka amnezja im się na umysły rzuciła?
Rok 2006. Wśród odznaczonych Gwiazdowie, Walentynowicz, Krzywonos, Frasyniuk, Kołodziej, Pieńkowska… Wcześniej historia łaskawa była tylko dla tych, którzy z „Wielkich, rocznik 80” potrafili stać się wielkimi o charakterze bardziej uniwersalnym. Ci, którzy poszli w politykę, swoje frukty i swoje zaszczyty smakowali i dziesięć lat wcześniej**
Trzeba było 25 lat, w tym 15 w wolnej Polsce by ktoś powyciągał te nazwiska spoza linii, z piątego szeregu czy w ogóle z niepamięci.
Nie wiem czy wtedy dla jakiejś doraźnej korzyści, czy wtedy, w roku 2006 powstał jakis plan „zagospodarowania” tych nazwisk jako ewidentny gwałt teraźniejszości na historii. Nie zauważyłem nic, co by na to wskazywało.
Natomiast teraz taką wątpliwość mam. Co pewnie dla niektórych będzie oczywistą oczywistością. I w przypadku „spontanicznych” wystąpień i tej troski o pamięć po „Leszku” co to się w jego imieniu nie brat tylko pani Henia ma prawo jedynie wypowiadać.
Tak nam się ta historia zawinęła wokół polityki, że już nie to jest ważne co kto kiedyś zrobił tylko przy kim dziś biega. Jak biega jak należy to jest „fenomenalny” (choć nie tak dawno nie tylko nie był „fenomenalny” ale nawet rozpoznawalny) a jak nie to już jego ból. Tyle jest przykładów, co „biegać” nie chciały że widać dobitnie, iż to się za bardzo nie opłaca.
Historia to tak naprawdę jedna wielka księga manipulacji. Grzebanie przy ocenach i interpretacjach w tej machinie znaczy więcej niż surowiec podstawowy czy tam wyjściowy. Wszystko zaś za sprawą i tej okoliczności że biegać dla kogoś starają się nie tylko aktorzy dziejowego teatru ale i jego kronikarze. A my przywykliśmy i na nich patrzeć nie jak na badaczy lecz niemal wyłącznie jak na „zbrojne ramię” tego czy owego. Nawet jak nie są albo choć starają się nie być. Ale takich mało jest, że prawie wcale.
Przez to zaś nie ma co liczyć na to, że się nam kiedyś Historia wyprostuje i zacznie wreszcie dobrze prowadzić nie dając temu czy owemu bezczelnie sobie pchać łap za dekolt. Za duża pokusa by razem z e współczesnością zmieniać i przeszłość. A nawet tylko przeszłość bo to taniej i prościej.
Tekst dedykuję leszkowi.sopot i lestatowi w podzięce za to co robią i z odrobiną zazdrości, że sam tak nie potrafię
* Dawno, dawno temu, w czasach, o których być może niedługo przeczytamy, że ich wcale nie było, W. Frasyniuk, przy jedynej okazji, gdy go spotkałem i mogłem chwile porozmawiać zasugerował „tykanie”. Więc, choć pewien jestem, że nie pamięta, „tykam”. To by uprzedzić zarzuty że „tykam”.
** sprawdzając daty uzyskania odznaczeń zauważyć można tę dysproporcję. A właściwie trudno jej nie zauważyć.
środa, 1 września 2010
wtorek, 31 sierpnia 2010
Dobry bohater to martwy bohater
(tekst na dziś, wczoraj i resztę dni roku)
Dość długo za wyjątkowo wredny uważałem zabieg artystyczny stosowany przez pisarza lub autora scenariusza, polegający na tym, że przez niemal całą fabułę byliśmy uwodzeni przez któregoś z głównych bohaterów by na sam koniec być świadkami upadku lub śmierci naszego ulubieńca. Wtedy, gdy tak źle myślałem o wykorzystujących ten schemat, takie zwroty akcji doprowadzały mnie do białej gorączki. Pamiętam na ten przykład film „No way out” („Bez wyjścia”) w którym ledwie wytrzymując z emocji ściskałem kciuki za zmagania postaci granej przez Costnera ze skorumpowanym światem waszyngtońskiej polityki by na koniec dowiedzieć się, że trzymałem stronę KGB-owskiego agenta! No, minę wtedy musiałem mieć nie za ciekawą. Jak więc lubić takie zwroty akcji, które robią z nas prawie zawsze zawstydzonych samymi sobą kretynów?
Z czasem doszedłem do wniosku, że patent ten nie jest taki zły. Z wielu powodów. Być może przede wszystkim z tego, że uczy powściągliwości w wyrażaniu sadów jak też cierpliwości. Cierpliwości chroniącej przed tym, by te nie do końca powściągliwe i, co często się zdarza nierozsądne, sądy trzymać dla siebie do czasu póki coś ich nie zweryfikuje. Myślę, że taka lekcja potrzebna jest nie tylko mi, tej pani czy tamtemu panu ale zapewne nam wszystkim jako zbiorowości. Zwanej narodem.
Wańkowicz gdzieś tam wspomina jakąś książkę Katajewa (jako dziecko uwielbiałem puszczany średnio dwa razy w roku film „Samotny biały żagiel” skręcony na podstawie prozy tego autora a opowiadający losy dzielnych bolszewików) gdzie opisał on pewne miasteczko, w którym niemal wszystkie istotne obiekty, główna ulica i plac nosiły imię „byłego towarzysza Iwanowa”. Wzięło się to stąd, iż pochopnie, jeszcze za życia owej persony uczczono ją tak okazale i gdy nagle przestała być tego wszystkiego godna, zmiana nazw i tablic okazała się zbyt droga i kłopotliwa.
Nasza historia najnowsza skażona jest syndromem „byłego towarzysza Iwanowa”. W zasadzie trudno byłoby znaleźć taką postać, do której mniejsze lub większe grono upierdliwców o coś by się nie przyczepiło gdyby nagle próbować robić z niej „żywą ikonę”, „żywą legendę” czy „żywy pomnik”. „Żywy”… Choć prawdę mówiąc do martwych też się przypindalamy jakby czepianie się wszystkich o wszystko było jakąś naszą powszechna skaza genetyczną. Nieboszczyki też nie mają więc z nami, Polakami- mądralami, łatwego życia. Tyle, że oni mają już to gdzieś. Buja taki sobie na niebieskich Polach Elizejskich i to, czym próbuje się go ochlapać nie jego jest problemem. Co najwyżej tych, co usiłują dorzucić choć ci akurat nie za bardzo tę stronę problemu widzą. Reszta co najwyżej po głowie się popuka i tyle tego. A samo zjawisko czepiania się zmarłych jest tyle bezowocne co nieeleganckie i już. Delikatnie mówiąc.
Inaczej z tymi żywymi. „Pomnikami”, „legendami” czy też „ikonami”. Tu sprawa jest złożona. Z dwóch stron w zasadzie. Z tej, z której się rzuca i z tej, w którą się rzuca.
Pierwsza strona ma to do siebie, że łatwiej jej trafić. A jak trafi to boli. Czasem nie tylko trafionego. A jak wiadomo ból to tylko taki mechanizm obronny organizmu. Więc ten się broni. Tak jak umie. A nawet jak nie umie to próbuje.
Efektem zaś jest jakiś tam zestaw blizn i nieodmiennie, powszechny kac. Najczęściej omijający jedynie tych, co rzucają. Bo przecież nie po to mają tę swoją uciechę by zaraz czuć coś od uciechy tak dalekiego.
Najgorzej zaś jest w sytuacjach, gdy nam „syndrom byłego towarzysza Iwanowa” ujawnia się w swej postaci czystej. Będącej przeważnie takim qui pro quo, w którym towarzysz Iwanow, bohater bez dwóch zdań i pełną gębą, tak jakoś się rozbucha, że nie czekając aż go do ziemi zakopią i na jego miejsce postawią tuziny, dziesiątki albo i setki monumentów, wywinie taki numer, po którym wszystkim wokół zapał do wznoszenia monumentów z miejsca znika a pojawia się całkowita pewność, że towarzysz jest już absolutnie byłym towarzyszem.
Wiem, że kwestią sporną jest to, czy ten akurat towarzysz Iwanow jest nadal towarzyszem czy już jednak towarzyszem byłym. O to wybuchają wojny co potrafią na długo albo i na zawsze poróżnić tych, którzy bez dwóch zdań i jak jeden mąż towarzysza Iwanowa nagrodziliby pomnikiem gdyby był się w porę zawinął i zamienił ten świat na znacznie lepszy.
Celebrując zbyt świeże rocznice ciągle ćwiczymy i ćwiczyć będziemy problem „byłego towarzysza Iwanowa” bez końca. Tak uczy doświadczenie i wynikająca z niego logika. A z „byłym towarzyszem Iwanowem” świętowanie za fajne nie jest bo w zasadzie sprowadza się do kwiecistego opisywania jaka to z niego świnia tak naprawdę była gdy jeszcze był towarzyszem.
Pewnie najlepsze byłoby ustanowienie prawa, że Polak, jeśli już chce świętować czy czcić to wolno mu to jedynie celebrować, co zakończyło się nie bliżej niż sto lat wstecz i pod warunkiem, że nikt, kto jeszcze pamięta gdzieś się nie uchował przypadkiem czy zrządzeniem losu. Tak dla narodowej higieny psychicznej by nam się zasłużeni towarzysze w byłych towarzyszy nie zamieniali nagminnie.
[Opisywane przykłady nie dotyczą żadnych sytuacji konkretnych i są konkluzjami wyłącznie ogólnymi.]
Dość długo za wyjątkowo wredny uważałem zabieg artystyczny stosowany przez pisarza lub autora scenariusza, polegający na tym, że przez niemal całą fabułę byliśmy uwodzeni przez któregoś z głównych bohaterów by na sam koniec być świadkami upadku lub śmierci naszego ulubieńca. Wtedy, gdy tak źle myślałem o wykorzystujących ten schemat, takie zwroty akcji doprowadzały mnie do białej gorączki. Pamiętam na ten przykład film „No way out” („Bez wyjścia”) w którym ledwie wytrzymując z emocji ściskałem kciuki za zmagania postaci granej przez Costnera ze skorumpowanym światem waszyngtońskiej polityki by na koniec dowiedzieć się, że trzymałem stronę KGB-owskiego agenta! No, minę wtedy musiałem mieć nie za ciekawą. Jak więc lubić takie zwroty akcji, które robią z nas prawie zawsze zawstydzonych samymi sobą kretynów?
Z czasem doszedłem do wniosku, że patent ten nie jest taki zły. Z wielu powodów. Być może przede wszystkim z tego, że uczy powściągliwości w wyrażaniu sadów jak też cierpliwości. Cierpliwości chroniącej przed tym, by te nie do końca powściągliwe i, co często się zdarza nierozsądne, sądy trzymać dla siebie do czasu póki coś ich nie zweryfikuje. Myślę, że taka lekcja potrzebna jest nie tylko mi, tej pani czy tamtemu panu ale zapewne nam wszystkim jako zbiorowości. Zwanej narodem.
Wańkowicz gdzieś tam wspomina jakąś książkę Katajewa (jako dziecko uwielbiałem puszczany średnio dwa razy w roku film „Samotny biały żagiel” skręcony na podstawie prozy tego autora a opowiadający losy dzielnych bolszewików) gdzie opisał on pewne miasteczko, w którym niemal wszystkie istotne obiekty, główna ulica i plac nosiły imię „byłego towarzysza Iwanowa”. Wzięło się to stąd, iż pochopnie, jeszcze za życia owej persony uczczono ją tak okazale i gdy nagle przestała być tego wszystkiego godna, zmiana nazw i tablic okazała się zbyt droga i kłopotliwa.
Nasza historia najnowsza skażona jest syndromem „byłego towarzysza Iwanowa”. W zasadzie trudno byłoby znaleźć taką postać, do której mniejsze lub większe grono upierdliwców o coś by się nie przyczepiło gdyby nagle próbować robić z niej „żywą ikonę”, „żywą legendę” czy „żywy pomnik”. „Żywy”… Choć prawdę mówiąc do martwych też się przypindalamy jakby czepianie się wszystkich o wszystko było jakąś naszą powszechna skaza genetyczną. Nieboszczyki też nie mają więc z nami, Polakami- mądralami, łatwego życia. Tyle, że oni mają już to gdzieś. Buja taki sobie na niebieskich Polach Elizejskich i to, czym próbuje się go ochlapać nie jego jest problemem. Co najwyżej tych, co usiłują dorzucić choć ci akurat nie za bardzo tę stronę problemu widzą. Reszta co najwyżej po głowie się popuka i tyle tego. A samo zjawisko czepiania się zmarłych jest tyle bezowocne co nieeleganckie i już. Delikatnie mówiąc.
Inaczej z tymi żywymi. „Pomnikami”, „legendami” czy też „ikonami”. Tu sprawa jest złożona. Z dwóch stron w zasadzie. Z tej, z której się rzuca i z tej, w którą się rzuca.
Pierwsza strona ma to do siebie, że łatwiej jej trafić. A jak trafi to boli. Czasem nie tylko trafionego. A jak wiadomo ból to tylko taki mechanizm obronny organizmu. Więc ten się broni. Tak jak umie. A nawet jak nie umie to próbuje.
Efektem zaś jest jakiś tam zestaw blizn i nieodmiennie, powszechny kac. Najczęściej omijający jedynie tych, co rzucają. Bo przecież nie po to mają tę swoją uciechę by zaraz czuć coś od uciechy tak dalekiego.
Najgorzej zaś jest w sytuacjach, gdy nam „syndrom byłego towarzysza Iwanowa” ujawnia się w swej postaci czystej. Będącej przeważnie takim qui pro quo, w którym towarzysz Iwanow, bohater bez dwóch zdań i pełną gębą, tak jakoś się rozbucha, że nie czekając aż go do ziemi zakopią i na jego miejsce postawią tuziny, dziesiątki albo i setki monumentów, wywinie taki numer, po którym wszystkim wokół zapał do wznoszenia monumentów z miejsca znika a pojawia się całkowita pewność, że towarzysz jest już absolutnie byłym towarzyszem.
Wiem, że kwestią sporną jest to, czy ten akurat towarzysz Iwanow jest nadal towarzyszem czy już jednak towarzyszem byłym. O to wybuchają wojny co potrafią na długo albo i na zawsze poróżnić tych, którzy bez dwóch zdań i jak jeden mąż towarzysza Iwanowa nagrodziliby pomnikiem gdyby był się w porę zawinął i zamienił ten świat na znacznie lepszy.
Celebrując zbyt świeże rocznice ciągle ćwiczymy i ćwiczyć będziemy problem „byłego towarzysza Iwanowa” bez końca. Tak uczy doświadczenie i wynikająca z niego logika. A z „byłym towarzyszem Iwanowem” świętowanie za fajne nie jest bo w zasadzie sprowadza się do kwiecistego opisywania jaka to z niego świnia tak naprawdę była gdy jeszcze był towarzyszem.
Pewnie najlepsze byłoby ustanowienie prawa, że Polak, jeśli już chce świętować czy czcić to wolno mu to jedynie celebrować, co zakończyło się nie bliżej niż sto lat wstecz i pod warunkiem, że nikt, kto jeszcze pamięta gdzieś się nie uchował przypadkiem czy zrządzeniem losu. Tak dla narodowej higieny psychicznej by nam się zasłużeni towarzysze w byłych towarzyszy nie zamieniali nagminnie.
[Opisywane przykłady nie dotyczą żadnych sytuacji konkretnych i są konkluzjami wyłącznie ogólnymi.]
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Mit, którego nigdy nie będzie (o Solidarności)
Wygląda na to, że naszą tradycją narodową stawać się zaczyna sposób celebrowania sierpniowych rocznic. Tej z pierwszego dnia sierpnia co to ją niemal cały naród celebruje choć jego nadświadomi przedstawiciele pouczają ze nie ma czego i tej z sierpnia ostatniego co wbrew nawoływaniom tych samych lepiejwiwedzących jakoś zaszczepić się narodowi nie za bardzo udaje.
Czemu tak jest z ta drugą rocznicą? Zestawienie z tą pierwszą może wskazywać na to, że przede wszystkim dlatego że zbyt radosna ona jak na dusze Polaka. Oczywiście to przerysowanie ale wynikające z czegoś, co istotnie ma duże znaczenie dla społecznego stanu pamięci o sierpniu 1980 roku. Sęk w tym chyba, że faktycznie „na nieszczęście” tej rocznicy zapoczątkowała ona coś, co bardziej lub mniej ale nam się udało. Wbrew temu, co można wysnuć ze zdania poprzedniego nie chce wcale powiedzieć, że taki z nas chory i pokręcony naród, iż umiemy świętować to, co nam się nie udało. Choć w zasadzie na to wychodzi. Ale wychodzi nie z istoty rzeczy lecz z powodu ułomności ludzkiej natury. W tym przypadku opisanej najlepiej powiedzeniem o sukcesie mającym wielu ojców i porażce będącej sierotą. To podejście właśnie sprawia, że tak łatwo celebruje się nam porażki. Bo przy nich celebrujemy nie swoje klęski lecz nasze.
„Nasze” w takim znaczeniu, w którym posiadanie jest tak rozwodnione że mało bolesne. W przypadku klęsk nie traci się czasu na spór o to czyją własnością ona jest bo chętnych by wziąć to na siebie nie ma więc od razu można posiadanie scedować na cały naród i już spokojnie oddać się świętowaniu. Ze zwycięstwem jest zdecydowanie inaczej. Ćwiczyli to nasi dziadowie w 1920 tak bardzo nie chcąc nikomu ustąpić, że w końcu ustąpili dopiero Najświętszej Marii Pannie. Pewnie dlatego, że czasy były inne niż dziś i z nią walczyć nikt nie czuł się ani silnym ani na tyle odważnym. Dziś to nie wiadomo. W każdym razie dopiero teraz, gdy bohaterowie tamtego zwycięstwa patrzą na nas w komplecie z góry możemy oddawać się świętowaniu nie zakłóconemu sporami o to kto ma większe prawo do tego.
Dziedzictwo 1980 roku jest jednak na razie zbyt świeże. Ciągle jeszcze ten i ów zgłasza pretensję do tego, że to on. Że samotrzeć, samopiąt ale koniecznie z podkreśleniem swej roli. Ale żeby choćby tak. Ale temu koniecznie jeszcze towarzyszyć musi dyskredytowanie roli innych. Przez które postronny człowiek dostaje mętliku w głowie bo już nawet nie o to chodzi czy Bujak, Wałęsa, Celiński, Kuczyński albo Borusewicz ale nagle nie wiadomo skąd tu i ówdzie do niego dociera, że, o zgrozo, wariat Wyszkowski albo awanturnicy Gwiazdowie z jakaś Walentynowicz na dodatek! No i wtedy pojawia się problem.
A z tego problemu nagle wniosek że już lepiej nam wszystko przegrywać bo wtedy przynajmniej jakoś z tą naszą tożsamością będzie zdrowiej. Na tyle, że z czasem nikt nie będzie patrzył na Polaka jak na kogoś, kto od złotej rybki zażąda by mu jadro zgniło bo w ten sposób sąsiadowi załatwi to samo tyle tylko, że z oboma.
Z mitami jest tak, że służy im, gdy przez lata porastają patyną. Dostojnieją wtedy i stają się czymś na kształt pomnika. Mit solidarności, jeśli obrasta czymś przez lata to na pewno niczym, co dodać by mu mogło dostojności. To coś, przynajmniej dla mnie pojawiło się wówczas, gdy Bujak wystawił u komuchów na sprzedaż swą przyzwoita przeszłość a po telewizjach reklamował fachowość swych ubeckich prześladowców.
Po czymś takim trudno przekonać mnie, bym wierzył, że było to coś godnego. No bo czemu ja mam w to wierzyć jeśli nie wierzy w to Bujak? Czy nie jest tak, że jeśli Bujak ogłasza, iż „przeprasza za Solidarność” to ja mam teraz prawo powiedzieć, ze „Solidarność mam w d***”? I twórzcie tu mity!
Pamięć o sierpniu zatarła się przede wszystkim w głowach tych, których pewnie, gdyby nie ta ich przypadłość, za jakiś czas stawiałoby na pomnikach. Zatarła się bo nie umieli się nią podzielić. Bo zapomnieli, że ta pamięć to nie tylko o nich. Zapomnieli, że tak naprawdę wyróżnia ich wyłącznie szereg, w którym szli po wolność. Może był i pierwszy ale nie jedyny! Ta utrata pamięci która zaszła dość nagle sprawia, że każde kołatanie o pamięć musi napotkać pytanie „a czemu mam pamiętać?”. A wgryzanie się w materię pamięci pociągnie za sobą kolejne pytania, jeszcze mniej wygodne. Już nie o pamięć ale o wierność ideałom, o niedotrzymane zobowiązania.
Może dlatego to dobijanie się o pamięć jest takie anemiczne i jakby udawane?
Wracając zaś do mitu to może byłby on jeszcze do uratowania gdyby oddać go jedynie czasowi w depozyt. Tyle, że na to potrzeba jeszcze kilkudziesięciu lat, przez które ten i ów, samotrzeć albo i w pojedynkę będzie mit zawłaszczał albo zohydzała tak, że nic mu już nie pomoże.
I za lat trzydzieści po radosnym 1 sierpnia ze wstydem czekać będziemy na ten ostatni, na święto naszej największej klęski. Bo jak nikt umiemy przegrywać zwycięstwa.
Czemu tak jest z ta drugą rocznicą? Zestawienie z tą pierwszą może wskazywać na to, że przede wszystkim dlatego że zbyt radosna ona jak na dusze Polaka. Oczywiście to przerysowanie ale wynikające z czegoś, co istotnie ma duże znaczenie dla społecznego stanu pamięci o sierpniu 1980 roku. Sęk w tym chyba, że faktycznie „na nieszczęście” tej rocznicy zapoczątkowała ona coś, co bardziej lub mniej ale nam się udało. Wbrew temu, co można wysnuć ze zdania poprzedniego nie chce wcale powiedzieć, że taki z nas chory i pokręcony naród, iż umiemy świętować to, co nam się nie udało. Choć w zasadzie na to wychodzi. Ale wychodzi nie z istoty rzeczy lecz z powodu ułomności ludzkiej natury. W tym przypadku opisanej najlepiej powiedzeniem o sukcesie mającym wielu ojców i porażce będącej sierotą. To podejście właśnie sprawia, że tak łatwo celebruje się nam porażki. Bo przy nich celebrujemy nie swoje klęski lecz nasze.
„Nasze” w takim znaczeniu, w którym posiadanie jest tak rozwodnione że mało bolesne. W przypadku klęsk nie traci się czasu na spór o to czyją własnością ona jest bo chętnych by wziąć to na siebie nie ma więc od razu można posiadanie scedować na cały naród i już spokojnie oddać się świętowaniu. Ze zwycięstwem jest zdecydowanie inaczej. Ćwiczyli to nasi dziadowie w 1920 tak bardzo nie chcąc nikomu ustąpić, że w końcu ustąpili dopiero Najświętszej Marii Pannie. Pewnie dlatego, że czasy były inne niż dziś i z nią walczyć nikt nie czuł się ani silnym ani na tyle odważnym. Dziś to nie wiadomo. W każdym razie dopiero teraz, gdy bohaterowie tamtego zwycięstwa patrzą na nas w komplecie z góry możemy oddawać się świętowaniu nie zakłóconemu sporami o to kto ma większe prawo do tego.
Dziedzictwo 1980 roku jest jednak na razie zbyt świeże. Ciągle jeszcze ten i ów zgłasza pretensję do tego, że to on. Że samotrzeć, samopiąt ale koniecznie z podkreśleniem swej roli. Ale żeby choćby tak. Ale temu koniecznie jeszcze towarzyszyć musi dyskredytowanie roli innych. Przez które postronny człowiek dostaje mętliku w głowie bo już nawet nie o to chodzi czy Bujak, Wałęsa, Celiński, Kuczyński albo Borusewicz ale nagle nie wiadomo skąd tu i ówdzie do niego dociera, że, o zgrozo, wariat Wyszkowski albo awanturnicy Gwiazdowie z jakaś Walentynowicz na dodatek! No i wtedy pojawia się problem.
A z tego problemu nagle wniosek że już lepiej nam wszystko przegrywać bo wtedy przynajmniej jakoś z tą naszą tożsamością będzie zdrowiej. Na tyle, że z czasem nikt nie będzie patrzył na Polaka jak na kogoś, kto od złotej rybki zażąda by mu jadro zgniło bo w ten sposób sąsiadowi załatwi to samo tyle tylko, że z oboma.
Z mitami jest tak, że służy im, gdy przez lata porastają patyną. Dostojnieją wtedy i stają się czymś na kształt pomnika. Mit solidarności, jeśli obrasta czymś przez lata to na pewno niczym, co dodać by mu mogło dostojności. To coś, przynajmniej dla mnie pojawiło się wówczas, gdy Bujak wystawił u komuchów na sprzedaż swą przyzwoita przeszłość a po telewizjach reklamował fachowość swych ubeckich prześladowców.
Po czymś takim trudno przekonać mnie, bym wierzył, że było to coś godnego. No bo czemu ja mam w to wierzyć jeśli nie wierzy w to Bujak? Czy nie jest tak, że jeśli Bujak ogłasza, iż „przeprasza za Solidarność” to ja mam teraz prawo powiedzieć, ze „Solidarność mam w d***”? I twórzcie tu mity!
Pamięć o sierpniu zatarła się przede wszystkim w głowach tych, których pewnie, gdyby nie ta ich przypadłość, za jakiś czas stawiałoby na pomnikach. Zatarła się bo nie umieli się nią podzielić. Bo zapomnieli, że ta pamięć to nie tylko o nich. Zapomnieli, że tak naprawdę wyróżnia ich wyłącznie szereg, w którym szli po wolność. Może był i pierwszy ale nie jedyny! Ta utrata pamięci która zaszła dość nagle sprawia, że każde kołatanie o pamięć musi napotkać pytanie „a czemu mam pamiętać?”. A wgryzanie się w materię pamięci pociągnie za sobą kolejne pytania, jeszcze mniej wygodne. Już nie o pamięć ale o wierność ideałom, o niedotrzymane zobowiązania.
Może dlatego to dobijanie się o pamięć jest takie anemiczne i jakby udawane?
Wracając zaś do mitu to może byłby on jeszcze do uratowania gdyby oddać go jedynie czasowi w depozyt. Tyle, że na to potrzeba jeszcze kilkudziesięciu lat, przez które ten i ów, samotrzeć albo i w pojedynkę będzie mit zawłaszczał albo zohydzała tak, że nic mu już nie pomoże.
I za lat trzydzieści po radosnym 1 sierpnia ze wstydem czekać będziemy na ten ostatni, na święto naszej największej klęski. Bo jak nikt umiemy przegrywać zwycięstwa.
czwartek, 26 sierpnia 2010
Tu i teraz czyli bal na Titanicu.
Zainspirowany arcyciekawym tekstem (a w zasadzie początkowymi jego uwagami) Jana Filipa Staniłki "Ekonomia satysfakcji tu i teraz"* z dzisiejszej „rzeczpospolitej” (tekst bardzo polecam) postanowiłem wrócić jeszcze do będącego punktem wyjścia dla rozważań Staniłki, panatuskowego "tu i teraz" jako wykładni naszej polityki na czas najbliższych lat. Lat, które w perspektywie tego, co na początku podkreśla Staniłko, mogą oznaczać biologiczny schyłek naszego narodu starzejącego się bez równowagi świeżej krwi. A właściwie, jeśli tak właśnie będzie, wykładnia na czas zmierzchu Rzeczpospolitej. Jeśli się bowiem wspomniane "tu i teraz" zestawi z nasza, mało obiecująca prognoza demograficzną i doprawi jeszcze modelem wychowawczym pana Marka Kondrata to wychodzi nam, ze nasza Polska jest w fazie miedzy błękitnym olbrzymem a czarna dziura z coraz bliższą opcją wybuchu supernowej. I to o ile założy się oczywiście, że Polska być musi. A to, jak widać gdy się patrzy uważnie tam, gdzie patrzeć należy, wcale nie jest takie oczywiste. Przynajmniej jeśli uświadomimy sobie, że ze słów pana Tuska wcale to nie wynika. Można by tu oczywiście przerzucać się powiedzonkami o potopie i innymi narodowymi mądrościami opisującymi czas, który nie ma żadnego kontinuum, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że tego, co może ze słów pana Tuska wynikać (a może jeśli się weźmie pod uwagę to, co w nich czytają niektórzy obywatele państwa przez pana Tuska rządzonego), czyli dość warunkowego traktowania naszego bytu państwowego politykowi sugerować po prostu nie wolno.
Mowie to z całym przekonaniem i z pełną świadomością tego, że w taki sposób o Polsce nie ośmieliłby się pomyśleć jakiś hipotetyczny, bezdzietny pan Tadek z Grójca, którego życiowa sytuacja bez wątpienia do tego mogłaby go upoważniać. Ale pewien jestem, że gdyby zapytać go co o przyszłości Polski myśli to bez problemu potrafiłby się od tego, z pozoru dla niego oczywistego "tu i teraz" bez trudu oderwać. I miałby jakąś, mniej lub bardziej bolesną i mniej lub bardziej świetlaną jej wizję.
Premier, nazwany nie tak dawno zjawiskiem trafiającym się Polsce raz na tysiąclecie, który nie potrafi podzielić horyzontu myślowego tego zmyślonego pana Tadka to zaiste osobliwe zjawisko. Tak osobliwe, ze coraz częściej, z powodów, których dokładnie nazwać nie umiem, przywodzi mi na myśl pewien fragment twórczości Kaczmarskiego (tu ukłon w stronę coryllusa, który autorowi temu nie tak dawno poświęcił zacny kawałek swego pisania). Pierwszy to „Tradycja”, bodaj jeden z najbardziej niejednoznacznych tekstów tego autora. Tu jako takie spojrzenie wstecz z myślą, że jak tam drzewiej nie było to jednak szkoda. I drugi, do sytuacji pasujący jak mało który czyli „Przejście Polaków przez Morze Czerwone”. Będący wróżbą dość szybkiego (jak na czas, w którym rodzi się, istnieje i umiera naród) końca naszego narodowego rejsu. Kończącego się jakimś nieuchronnym zapadnięciem się w topiel. I pędzącego ku temu z wodzirejem u steru bezmyślnie pokrzykującym rytmicznie „tu i teraz, tu i teraz, tu i teraz…”. Chciałoby się rzec, że bez końca…
* http://www.rp.pl/artykul/527102-Stanilko--Satysfakcja-tu-i-teraz.html
http://www.youtube.com/watch?v=DMrvS8trNsY
http://www.youtube.com/watch?v=9oYJiECmr3w
Mowie to z całym przekonaniem i z pełną świadomością tego, że w taki sposób o Polsce nie ośmieliłby się pomyśleć jakiś hipotetyczny, bezdzietny pan Tadek z Grójca, którego życiowa sytuacja bez wątpienia do tego mogłaby go upoważniać. Ale pewien jestem, że gdyby zapytać go co o przyszłości Polski myśli to bez problemu potrafiłby się od tego, z pozoru dla niego oczywistego "tu i teraz" bez trudu oderwać. I miałby jakąś, mniej lub bardziej bolesną i mniej lub bardziej świetlaną jej wizję.
Premier, nazwany nie tak dawno zjawiskiem trafiającym się Polsce raz na tysiąclecie, który nie potrafi podzielić horyzontu myślowego tego zmyślonego pana Tadka to zaiste osobliwe zjawisko. Tak osobliwe, ze coraz częściej, z powodów, których dokładnie nazwać nie umiem, przywodzi mi na myśl pewien fragment twórczości Kaczmarskiego (tu ukłon w stronę coryllusa, który autorowi temu nie tak dawno poświęcił zacny kawałek swego pisania). Pierwszy to „Tradycja”, bodaj jeden z najbardziej niejednoznacznych tekstów tego autora. Tu jako takie spojrzenie wstecz z myślą, że jak tam drzewiej nie było to jednak szkoda. I drugi, do sytuacji pasujący jak mało który czyli „Przejście Polaków przez Morze Czerwone”. Będący wróżbą dość szybkiego (jak na czas, w którym rodzi się, istnieje i umiera naród) końca naszego narodowego rejsu. Kończącego się jakimś nieuchronnym zapadnięciem się w topiel. I pędzącego ku temu z wodzirejem u steru bezmyślnie pokrzykującym rytmicznie „tu i teraz, tu i teraz, tu i teraz…”. Chciałoby się rzec, że bez końca…
* http://www.rp.pl/artykul/527102-Stanilko--Satysfakcja-tu-i-teraz.html
http://www.youtube.com/watch?v=DMrvS8trNsY
http://www.youtube.com/watch?v=9oYJiECmr3w
Etykiety:
demografia,
reformy,
rząd
Monopartia czyli długi tekst o powolnym upadku.
Wydaje mi się, że przeciwnicy PO i obecnego Premiera od dawna, jeśli nie od zawsze oczekują, że wreszcie na jaw wyjdą jakieś nasze, rodzime „taśmy Gyurcsany’ego” na których Donald Tusk bez owijania w bawełnę, w poczuciu bezpiecznej dyskrecji partyjnych gabinetów powie to samo co jego niedawny węgierski odpowiednik. „Kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem…”. To nie zdarzy się z powodów oczywistych. Przede wszystkim chyba z tego, że o tym nikogo już przekonywać nie trzeba a i sam Tusk ma świadomość, że wirtualny charakter „osiągnięć” jego rządu jest doskonale znany nie tylko jego partyjnym kolegom ale też zwolennikom i przede wszystkim przeciwnikom.. I w tym sęk. Żadna ekspiacja ze strony Tuska nie nastąpi bo nikt jej nie oczekuje. Bo na ten temat wszyscy już maja i wiedzę i opinię.
Ciekawym przyczynkiem do tego braku jakichkolwiek oczekiwań wobec obecnej ekipy jest choćby główna teza opublikowanego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” tekstu Piotra Winczorka „Nie bójmy się władzy jednej partii”. Teza ta brzmi „Jeśli wyborcy nie dostrzegają niczego groźnego w oddaniu ważnych stanowisk w państwie w ręce jednej opcji politycznej, to można nad tym ubolewać, ale nie można się temu przeciwstawić”. Nie chcę rozwodzić się nad resztą stwierdzeń Winczorka ani nawet polemizować z owym „można ubolewać” choć to „ubolewanie” z automatu niejako jest dla mnie dyskusyjne, bo nie o istocie demokracji chcę mówić. Nawet jeśli ta demokracja byłaby monopartyjna.
Dużo ciekawszą kwestia jest wspomniane już przeze mnie wyżej przesunięcie całości (!) politycznej debaty w sferę sporów wirtualnych. Przyglądanie się temu dość absurdalnemu wizerunkowi polityki AD 2010 pokazuje jak bardzo zmieniają się zarówno główne akcenty dysputy jak tez symptomy, o które trzeba opierać opinię o tym, co dzieje się w przestrzeni niewirtualnej. Choć bez wątpienia mogłoby się wydawać to czymś w rodzaju teatru absurdu coraz częściej jest tak, że oceny tworzymy w oparciu o tak przewrotnie konstruowane schematy jak choćby ten, zasłyszany niedawno w miejscu publicznym: „Premier wystąpił w telewizji znaczy, że jest niedobrze”. Co ciekawe, w zasadzie jest to schemat, który ewidentnie idzie wbrew intencjom tych, którzy temu Premierowi doradzili wspomniane wystąpienie. Ta sytuacja, mająca jakiś tam ładunek komizmu, tak naprawdę dla obecnej (i w zasadzie dla każdej innej) władzy jest szalenie niebezpieczna bo świadczy o tym, czego nigdy nie wolno wykluczać gdy się ma do czynienia z dość liczna zbiorowością. A szczególnie gdy się ma do czynienia z taka zbiorowością jaką stanowi społeczeństwo. Chodzi mi o nieobliczalność. Dotąd największym atutem obecnej władzy była umiejętność panowania nad opinia publiczną. Można oczywiście dyskutować czy mam rację czy nie ale ten luksus może obecna ekipa traktować jako coś, co przeminęło. Zgadzając się z tezą Winczorka sądzę, że opiera się ona jednak nie na społecznej akceptacji lecz na coraz większej obojętności. Obojętności, która wyprzedza brak akceptacji.
Ten brak nadejdzie bez wątpienia. I wcale nie jest on uzależniony od jakiegoś spektakularnego zawału państwa. Bo ten wcale nie musi nastąpić. Wystarczą wyłażące w większych lub mniejszych fragmentach dowody na to, że cały obiecywany sukces to taka „wioska potiomkinowska” oparta na kilku kijkach.
Wczorajsze (i, sadząc z tytułów w gazetach, dzisiejsze) zdominowanie przekazu medialnego przez dyskusję o emeryturach mimo tego, że próbowano podsunąć obywatelom temat zdawałoby się, znacznie atrakcyjniejszy, pokazuje, że dyktowanie opinii publicznej przez PO-wskich speców od PiAru to już przeszłość. Wczorajsze zapowiedzi czy to „transferów” do PO czy też „sukcesyjnej rzezi” w PiS jakoś nie porwały społeczeństwa. Myślę, że stoi za tym, wbrew intencjom tychże speców, przekombinowanie „afery krzyżowej”. Przekombinowanie o tyle bolesne, że doprowadziło ono do finału, w którym tak naprawdę partia rządząca pozostała na polu bitwy mają przeciwko sobie wcale nie tego przeciwnika, którego mieć chciała. Bo grupa spod krzyża (mimo tego, że taka „Wyborcza” co i rusz wychwytuje w niej jakiegoś „świętokrzyskiego radnego z PiS-u” czy kogoś podobnie dającego się jednoznacznie przypisać) to jednak zbiorowość anonimowa i jednoznacznie nieokreślona. A do tego dużo bardziej niebezpieczna jako przeciwnik niż panowie od PiAru sądzili. Bo, w odróżnieniu od „ludzi władzy” dokładnie wiedząca o co walczy i przez to zdeterminowana.
Wiedzący o co walczą… Brak takiej identyfikacji to jest chyba najpoważniejsze niebezpieczeństwo, jakie stoi przez Platformą Obywatelską. Jeśli z samej góry płyną sygnały, że nie należy zbytnio brać poważnie i przyzwyczajać się do „tez programowych” to prędzej czy później musi zabraknąć jakiegokolwiek pozytywnego lepiszcza trzymającego cały obóz w kupie. Wbrew pozorom trwalsze jest poczucie oblężenia łączące polityków i zwolenników PiS. Dla PO pozostaje już tylko demoralizujący status „partii władzy” i kompletnie „antykoncepcyjne” ruchy by ten status zachować.
Póki co wyprane z wszelkich ambitnych oczekiwań społeczeństwo będzie patrzeć i nie przeszkadzać. Przyzwyczajając się do monopolu jednej partii. A kiedy już się do niego przyzwyczai to nikt, bez względu na to jakiej maestrii PiArowskiej użyje, nie będzie w stanie przekonać tegoż społeczeństwa, że za ten czy inny przewał, przekręt czy cokolwiek innego, co społeczeństwo źle odbierze, odpowiada ktokolwiek inny niż monopartia. Nie pomoże żadne tam szczucie czy to Kaczyńskim czy Rydzykiem albo mydlenie oczu tym gdzie i na jakich warunkach przejdzie Kluzik- Rostkowska. Bo to społeczeństwo będzie miało poniżej krzyża. Tak to jest z tą akceptacją monopolu.
Jednym słowem monopol bywa przyjemny i przydatny ale prędzej czy później musi źle się skończyć. Kwestią, póki co, nie do odgadnięcia jest tylko to, dla kogo się skończy źle. Że dla PO to jasne a pytanie dotyczy tego, jak bardzo źle skończy się tez dla nas wszystkich.
* http://www.rp.pl/artykul/527226-Winczorek--Nie-bojmy-sie-wladzy-jednej-partii.html
Ciekawym przyczynkiem do tego braku jakichkolwiek oczekiwań wobec obecnej ekipy jest choćby główna teza opublikowanego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” tekstu Piotra Winczorka „Nie bójmy się władzy jednej partii”. Teza ta brzmi „Jeśli wyborcy nie dostrzegają niczego groźnego w oddaniu ważnych stanowisk w państwie w ręce jednej opcji politycznej, to można nad tym ubolewać, ale nie można się temu przeciwstawić”. Nie chcę rozwodzić się nad resztą stwierdzeń Winczorka ani nawet polemizować z owym „można ubolewać” choć to „ubolewanie” z automatu niejako jest dla mnie dyskusyjne, bo nie o istocie demokracji chcę mówić. Nawet jeśli ta demokracja byłaby monopartyjna.
Dużo ciekawszą kwestia jest wspomniane już przeze mnie wyżej przesunięcie całości (!) politycznej debaty w sferę sporów wirtualnych. Przyglądanie się temu dość absurdalnemu wizerunkowi polityki AD 2010 pokazuje jak bardzo zmieniają się zarówno główne akcenty dysputy jak tez symptomy, o które trzeba opierać opinię o tym, co dzieje się w przestrzeni niewirtualnej. Choć bez wątpienia mogłoby się wydawać to czymś w rodzaju teatru absurdu coraz częściej jest tak, że oceny tworzymy w oparciu o tak przewrotnie konstruowane schematy jak choćby ten, zasłyszany niedawno w miejscu publicznym: „Premier wystąpił w telewizji znaczy, że jest niedobrze”. Co ciekawe, w zasadzie jest to schemat, który ewidentnie idzie wbrew intencjom tych, którzy temu Premierowi doradzili wspomniane wystąpienie. Ta sytuacja, mająca jakiś tam ładunek komizmu, tak naprawdę dla obecnej (i w zasadzie dla każdej innej) władzy jest szalenie niebezpieczna bo świadczy o tym, czego nigdy nie wolno wykluczać gdy się ma do czynienia z dość liczna zbiorowością. A szczególnie gdy się ma do czynienia z taka zbiorowością jaką stanowi społeczeństwo. Chodzi mi o nieobliczalność. Dotąd największym atutem obecnej władzy była umiejętność panowania nad opinia publiczną. Można oczywiście dyskutować czy mam rację czy nie ale ten luksus może obecna ekipa traktować jako coś, co przeminęło. Zgadzając się z tezą Winczorka sądzę, że opiera się ona jednak nie na społecznej akceptacji lecz na coraz większej obojętności. Obojętności, która wyprzedza brak akceptacji.
Ten brak nadejdzie bez wątpienia. I wcale nie jest on uzależniony od jakiegoś spektakularnego zawału państwa. Bo ten wcale nie musi nastąpić. Wystarczą wyłażące w większych lub mniejszych fragmentach dowody na to, że cały obiecywany sukces to taka „wioska potiomkinowska” oparta na kilku kijkach.
Wczorajsze (i, sadząc z tytułów w gazetach, dzisiejsze) zdominowanie przekazu medialnego przez dyskusję o emeryturach mimo tego, że próbowano podsunąć obywatelom temat zdawałoby się, znacznie atrakcyjniejszy, pokazuje, że dyktowanie opinii publicznej przez PO-wskich speców od PiAru to już przeszłość. Wczorajsze zapowiedzi czy to „transferów” do PO czy też „sukcesyjnej rzezi” w PiS jakoś nie porwały społeczeństwa. Myślę, że stoi za tym, wbrew intencjom tychże speców, przekombinowanie „afery krzyżowej”. Przekombinowanie o tyle bolesne, że doprowadziło ono do finału, w którym tak naprawdę partia rządząca pozostała na polu bitwy mają przeciwko sobie wcale nie tego przeciwnika, którego mieć chciała. Bo grupa spod krzyża (mimo tego, że taka „Wyborcza” co i rusz wychwytuje w niej jakiegoś „świętokrzyskiego radnego z PiS-u” czy kogoś podobnie dającego się jednoznacznie przypisać) to jednak zbiorowość anonimowa i jednoznacznie nieokreślona. A do tego dużo bardziej niebezpieczna jako przeciwnik niż panowie od PiAru sądzili. Bo, w odróżnieniu od „ludzi władzy” dokładnie wiedząca o co walczy i przez to zdeterminowana.
Wiedzący o co walczą… Brak takiej identyfikacji to jest chyba najpoważniejsze niebezpieczeństwo, jakie stoi przez Platformą Obywatelską. Jeśli z samej góry płyną sygnały, że nie należy zbytnio brać poważnie i przyzwyczajać się do „tez programowych” to prędzej czy później musi zabraknąć jakiegokolwiek pozytywnego lepiszcza trzymającego cały obóz w kupie. Wbrew pozorom trwalsze jest poczucie oblężenia łączące polityków i zwolenników PiS. Dla PO pozostaje już tylko demoralizujący status „partii władzy” i kompletnie „antykoncepcyjne” ruchy by ten status zachować.
Póki co wyprane z wszelkich ambitnych oczekiwań społeczeństwo będzie patrzeć i nie przeszkadzać. Przyzwyczajając się do monopolu jednej partii. A kiedy już się do niego przyzwyczai to nikt, bez względu na to jakiej maestrii PiArowskiej użyje, nie będzie w stanie przekonać tegoż społeczeństwa, że za ten czy inny przewał, przekręt czy cokolwiek innego, co społeczeństwo źle odbierze, odpowiada ktokolwiek inny niż monopartia. Nie pomoże żadne tam szczucie czy to Kaczyńskim czy Rydzykiem albo mydlenie oczu tym gdzie i na jakich warunkach przejdzie Kluzik- Rostkowska. Bo to społeczeństwo będzie miało poniżej krzyża. Tak to jest z tą akceptacją monopolu.
Jednym słowem monopol bywa przyjemny i przydatny ale prędzej czy później musi źle się skończyć. Kwestią, póki co, nie do odgadnięcia jest tylko to, dla kogo się skończy źle. Że dla PO to jasne a pytanie dotyczy tego, jak bardzo źle skończy się tez dla nas wszystkich.
* http://www.rp.pl/artykul/527226-Winczorek--Nie-bojmy-sie-wladzy-jednej-partii.html
środa, 25 sierpnia 2010
Pan Tusk i moje (!!!!) pieniądze.
Mało jest rzeczy które relaksuję mnie bardziej niż fotel dentysty lub fryzjera. Siedziałem sobie tedy spokojnie a pani Agnieszka pracowała nad mymi włosami robiąc mnie „na bóstwo”. Cała przyjemność psuł mi jednak włączony telewizor, który ( za pośrednictwem lustra więc nieco na opak) przekazywał relację o tym jak męski potrafi być pan Premier Tusk. Nie był to żaden kanał dla dorosłych a Pan premier swą męskość udowadniał w nieco innych okolicznościach niż mógłby sadzić czytelnik. Oto zaprzyjaźniona (ta bardziej zaprzyjaźniona) stacja prywatna zdawał sprawę ze spotkania pana Tuska z przedstawicielami Otwartych Funduszy Emerytalnych. Zdając relację stacja użyła stwierdzenia, że Premier był „szorstki by nie powiedzieć, po putinowsku wręcz nieprzyjemny”. Po czym stacja wyjaśniła, że to tak naprawdę pic na wodę (oczywiście nie wprost wyjaśniła) bo chodziło o to by upiec dwie pieczenie. Pierwsza to oczywiście „piar” pokazujący jak to Pan Tusk troszczy się o to by mi jakiś mydłek nie przeżarł odkładanej forsy. Druga pieczeń, jak sądzę istotniejsza, to sygnał dla OFE, że już nie muszą się bać, ze je Pani Fedak znacjonalizuje czy tam inkorporuje do ZUS-u.
Słuchając tej bajki o „stanowczym Premierze” byłem w kropce. Przede wszystkim dlatego, że, co oczywiste, szkoda by mi było odkładanej forsy. Ale wpindalenie się na moje konto Pana Tuska wcale mnie spokojnym nie uczyniło. Wręcz przeciwnie! Cały czas zastanawiałem się jak ci szefowie PRYWATNYCH FIRM mogą pozwolić jakiemuś tam Tuskowi łajać ich jakby faktycznie był on co najmniej Putinem jeśli nie samym gensekiem KPZR. May wszak ponoć wolność, demokrację i jakiś tam procent „wolnego rynku”. I w ramach tego procentu pierwsze, co powinno się zdarzyć gdy pan Premier Tusk zaczął być „szorstki” to chóralne „Spindalaj” adresowane do niego przez wspomnianych prywatnych przedsiębiorców zarządzających, z woli prywatnych obywateli prywatnymi pieniędzmi tychże. Pieniędzmi, do których wsadzanie nosa czy to przez Tuska czy jakiegokolwiek innego polityka jest najzwyklejszym chamstwem i totalniactwem!
Czemu zatem pan Tusk chóralnego „spindalaj” nie usłyszał? W tym sęk. Nie sądzę, że cala szopka została urządzona tylko po to by jakoś grzecznie i honorowo spławić panią Fedan z jej pomysłami. Po to Tusk nie musiałby zwoływać czeredy i robić z siebie jakiegoś Rambo. A jak nie wiadomo o co chodzi to niechybnie chodzi o kasę. O kasę, którą OFE mają a Tusk nie ma. Jak wiadomo największa bolączką Tuska jest budżetowy deficyt. Istotą tego wcale nie jest brak kasy. Jak kasy brakuje to nie ma deficytu bo wydaje się ile się ma. Czyli ma się budżet „zrównoważony”. Czy się chce czy nie. Deficyt jest wtedy gdy wydajemy więcej niż mamy. A żeby wydać więcej trzeba tę „nadróbkę” skądś wziąć. I myślę, ze dzisiejsze spotkanie pokazuje właśnie, ze Tusk „wziął”. Nie wiem czy ktokolwiek zwrócił uwagę na tę część relacji, która dotyczyła tego, co Panu Tuskowi mieli do powiedzenia „prywatni przedsiębiorcy”. Ten cudzysłów to świadome bo jakoś wydaje mi się on pasowny po tym dzisiejszym kompromisie. Oto OFE zadeklarowało, że dbać będzie „bardziej” o powierzone sobie pieniądze klientów. Dziwne to określenie bo niejako sugerujące, ze Dotą dbały „nie bardzo”. Owo „bardziej” polegać ma na tym, że pieniędzmi klientów, którzy do emerytury mają jeszcze sporo czasu OFE będą obracać drapieżniej (jak sądzę, nie drapieżniej niż dotąd bo spotkanie, jak wieści TVN było poświęcone „bezpiecznemu” obracaniu kasą przyszłych emerytów) a kasę tych, co już się zgłoszą po swoje lokować się będzie „bezpieczniej”. Bezpieczniej czyli w obligacje skarbu państwa. Jeśli ktoś nie ma świadomości czym są te obligacje pozwolę sobie wyjaśnić dwojako. Po pierwsze jest to forma pożyczki udzielonej państwu (czyli Donaldowi Tuskowi) przez… no właśnie. Drugą definicję wymyślił pewien mój znajomy, który kiedyś włączył się w grę kapitałem i zdołał wielce zasmakować w tym zanim, naprawdę z lekkim tylko „tyłem” nie wycofał się z tego. Kiedyś, gdy rozmawiałem z nim o lokowaniu i o zyskach wyjaśnił mi, że obligacje skarbu państwa to (bez urazy) „lokata dla pedałów”. Bezpieczna ale dająca taki procent, jaki dać byłby w stanie każdy, komu nie chciałoby się ruszyć du** by kapitałem choć raz przyzwoicie obrócić.
Tak więc wygląda na to, że wilk (Tusk) wyszedł z tego spotkania syty i owca (OFE) cała. Szkoda tylko, że nie o swoim tak odważnie i szorstko. Bo szło o moją kasę a po dzisiejszym nie czuję się jakoś ani bardziej syty ani bardziej cały.
Słuchając tej bajki o „stanowczym Premierze” byłem w kropce. Przede wszystkim dlatego, że, co oczywiste, szkoda by mi było odkładanej forsy. Ale wpindalenie się na moje konto Pana Tuska wcale mnie spokojnym nie uczyniło. Wręcz przeciwnie! Cały czas zastanawiałem się jak ci szefowie PRYWATNYCH FIRM mogą pozwolić jakiemuś tam Tuskowi łajać ich jakby faktycznie był on co najmniej Putinem jeśli nie samym gensekiem KPZR. May wszak ponoć wolność, demokrację i jakiś tam procent „wolnego rynku”. I w ramach tego procentu pierwsze, co powinno się zdarzyć gdy pan Premier Tusk zaczął być „szorstki” to chóralne „Spindalaj” adresowane do niego przez wspomnianych prywatnych przedsiębiorców zarządzających, z woli prywatnych obywateli prywatnymi pieniędzmi tychże. Pieniędzmi, do których wsadzanie nosa czy to przez Tuska czy jakiegokolwiek innego polityka jest najzwyklejszym chamstwem i totalniactwem!
Czemu zatem pan Tusk chóralnego „spindalaj” nie usłyszał? W tym sęk. Nie sądzę, że cala szopka została urządzona tylko po to by jakoś grzecznie i honorowo spławić panią Fedan z jej pomysłami. Po to Tusk nie musiałby zwoływać czeredy i robić z siebie jakiegoś Rambo. A jak nie wiadomo o co chodzi to niechybnie chodzi o kasę. O kasę, którą OFE mają a Tusk nie ma. Jak wiadomo największa bolączką Tuska jest budżetowy deficyt. Istotą tego wcale nie jest brak kasy. Jak kasy brakuje to nie ma deficytu bo wydaje się ile się ma. Czyli ma się budżet „zrównoważony”. Czy się chce czy nie. Deficyt jest wtedy gdy wydajemy więcej niż mamy. A żeby wydać więcej trzeba tę „nadróbkę” skądś wziąć. I myślę, ze dzisiejsze spotkanie pokazuje właśnie, ze Tusk „wziął”. Nie wiem czy ktokolwiek zwrócił uwagę na tę część relacji, która dotyczyła tego, co Panu Tuskowi mieli do powiedzenia „prywatni przedsiębiorcy”. Ten cudzysłów to świadome bo jakoś wydaje mi się on pasowny po tym dzisiejszym kompromisie. Oto OFE zadeklarowało, że dbać będzie „bardziej” o powierzone sobie pieniądze klientów. Dziwne to określenie bo niejako sugerujące, ze Dotą dbały „nie bardzo”. Owo „bardziej” polegać ma na tym, że pieniędzmi klientów, którzy do emerytury mają jeszcze sporo czasu OFE będą obracać drapieżniej (jak sądzę, nie drapieżniej niż dotąd bo spotkanie, jak wieści TVN było poświęcone „bezpiecznemu” obracaniu kasą przyszłych emerytów) a kasę tych, co już się zgłoszą po swoje lokować się będzie „bezpieczniej”. Bezpieczniej czyli w obligacje skarbu państwa. Jeśli ktoś nie ma świadomości czym są te obligacje pozwolę sobie wyjaśnić dwojako. Po pierwsze jest to forma pożyczki udzielonej państwu (czyli Donaldowi Tuskowi) przez… no właśnie. Drugą definicję wymyślił pewien mój znajomy, który kiedyś włączył się w grę kapitałem i zdołał wielce zasmakować w tym zanim, naprawdę z lekkim tylko „tyłem” nie wycofał się z tego. Kiedyś, gdy rozmawiałem z nim o lokowaniu i o zyskach wyjaśnił mi, że obligacje skarbu państwa to (bez urazy) „lokata dla pedałów”. Bezpieczna ale dająca taki procent, jaki dać byłby w stanie każdy, komu nie chciałoby się ruszyć du** by kapitałem choć raz przyzwoicie obrócić.
Tak więc wygląda na to, że wilk (Tusk) wyszedł z tego spotkania syty i owca (OFE) cała. Szkoda tylko, że nie o swoim tak odważnie i szorstko. Bo szło o moją kasę a po dzisiejszym nie czuję się jakoś ani bardziej syty ani bardziej cały.
By żyło się lepiej. Niektórym. (POlskie drogi…)
W tym akurat przypadku bardzo konkretnym „niektórym” ale najpierw nieco o kulisach sprawy.
Kilka miesięcy temu z placu budowy jednej z autostrad wyrzucona została realizująca inwestycję austriacka firma. Powodem jej wyrzucenia były problemy wykonawcy z dotrzymaniem harmonogramu robót. Firma opóźnienie tłumaczyła błędem w projekcie który otrzymała do realizacji.* Co ciekawe ponowne wyłonienie wykonawcy wspomnianego odcinaka autostrady sprawiło, że realizuje go… ta sama firma.
Jak podaje „Rzeczpospolita” projekt, który był powodem konfliktu zostanie wykonany ponownie kosztem ponad 7 mln złotych. Rzecz w tym, że decyzja o jego poprawieniu, mimo tak wysokiej ceny została podjęta bez postępowania przetargowego, z tak zwanej „wolnej ręki”. Zlecenie dostała firma, która wcześniej projekt wykonywała. Jak tłumaczy przedstawiciel GDDKiA wynika to z faktu, że firma, która otrzymała zlecenie jest właścicielem projektu i inaczej się nie dało bez naruszenia praw autorskich. Sęk w tym, że jest to podobno jedyny przypadek w którym umowa na wykonanie projektu nie zawierała klauzuli przeniesienia na Główną Dyrekcję prawa własności projektu. Nie zawierała choć ponoć wszystkie inne umowy w podobnych sprawa takie klauzule zawierają. Tak jakoś wyszło… „Tak jakoś” zaczyna jednak nieco nieładnie pachnieć jeśli się przyjrzeć firmie, która z tego „jakoś” i, co za tym idzie z hojności Państwa teraz korzysta. Firma MGGP (jedna z firm tworzących konsorcjum odpowiadające za projekt), bo o nią chodzi, do pewnego momentu była firmą rodzinną. Dokładnie firmą rodzinną rodziny państwa Gradów. Tych od obecnego ministra skarbu Aleksandra Grada. Nazwa to inicjały szanownej małżonki ministra Małgorzaty oraz syna szanownej pary Pawła. Obecnie, po „przekształceniach własnościowych” na opisywanie których tutaj nie miejsce, wśród właścicieli firmy jest też kolega ministra ze studiów.
Wspomniane wyżej, wyjątkowe „jakoś” sprawiające, że ot tak z kasy państwa wyciąga się grube miliony by bez choćby iluzji transparentności przelać je na konta ludzi związanych blisko (czasem tak, że bliżej się nie da) z jednym z ministrów obecnego rządu. Już samo zestawienie zwrotów „rodzina ministra” i „bez przetargu” powinno wywołać takie trzęsienie naszego politycznego światka, że jego skutkiem powinien być spektakularny upadek zarówno samego pana Ministra jak też wszystkich decydentów z GDDKiA którzy choćby przez chwilę zerkali na projekt umowy o przelaniu kasy za „poprawę projektu”. Tymi zaś urzędnikami GDDKiA, którzy mieli czas na więcej niż tylko zerknięcie powinna z miejsca zainteresować się prokuratura. Oczywiście tak się nie stanie. Takie czasy że nie takie wałki by przeszły…
Wracając zaś do sprawi i „szczęśliwej firmy” pani ministrowej to niezmiernie ciekawie wygląda przedstawione przez gazetę zestawienie przychodów wspomnianej firmy z czasów, gdy jeszcze nie „żyło nam się lepiej” z latami obecnej koalicji. Zestawienie pokazuje (choć w sposób budzący wątpliwość co do rzetelności) przychód rzędu 15 mln w 2003 r. i 50 (po 50?) milionów dla lat 2007-08.
Ciekawym aspektem sprawy jest też sama potrzeba „przeprojektowania” o czym „Rzepa” już nie pisze. Potrzeba ta może wskazywać, że tłumaczenia firmy wyrzuconej z budowy były jednak zasadne a to, co zrobili urzędnicy GDDKiA zakrawa na oczywiste zaniedbanie, które nie tylko podniosło koszty inwestycji to jeszcze spowodowało wielomiesięczne opóźnienia. Jeśli nie było błędu wspominanego przez firmę budującą wcześniej drogę to na co idzie te 7 baniek? A jeśli faktycznie zmiany trzeba wprowadzać to czemu ponownie płaci się firmie, która spartoliła wcześniej jakąś część projektu zamiast z niej zedrzeć ile się da za straty, które niewątpliwie zostały poniesione? I to, jak się domyślam, straty wcale nie małe. Czy tylko dlatego, że jeden z udziałowców to szanowna małżonka?
Ja tam nie wiem jak to jest z projektami i to nie tylko w branży drogowej ale tłumaczenie, że trzeba było cośtam przeprojektowywać bo „DDKiA zerwała umowę z wykonawcą – firmą Alpine Bau, która się z niej nie wywiązywała. W związku z tym trzeba było jeszcze raz opracować projekt: sprawdzić, co już zostało zrobione i co jeszcze pozostało do wykonania.”.** Zastanawia mnie to, że dla „sprawdzenia co już zostało zrobione” potrzebny jest nowy projekt. Wszak jak wywalano Alpinie-Bau z placu budowy to chyba właśnie za to, że w wyniku jakiegoś audytu czy choćby naocznej lustracji kogoś z GDDKiA wyszło co już jest zrobione a co nie jest choć zrobione być powinno! Jeśli takiego papierka nie ma to nijakiej podstawie tamto wypędzenie się odbyło? Zaś co do kosztów na życzenie panów z Głównej Dyrekcji to też trudno pojąc na co idą. Zakładając oczywiście że nie idą z samego założenia na „waciki” dla szanownej małżonki i na krawat dla samego Ministra. Przecież prace będą prowadzone w tym samym terenie, przy dokładnie tej samej drodze. Nie wiem czy tam miało miejsce jakieś trzęsienie ziemi, które całkowicie zmieniło parametry miejsca budowy czy co innego o podobnym znaczeniu. Ale według mnie albo projekt był jak trzeba więc choćby złotówka wydana na jego „poprawienie” jest forsą wywaloną w błoto albo nie był jak trzeba a wtedy forsa ponownie wydana na to, aby był jak trzeba jest tym bardziej wywalona w błoto. Bo wychodzi, że szanowna małżonka i spółka ma jakiś taki dar, że kłopoty, które powinny nieodłącznie towarzyszyć brakorobom sprzedającym buble, jakoś ich się nie imają. A państwo za to szczęście niezwykłe buli jak za zboże.
By żyło się lepiej. Niektórym
* http://forsal.pl/artykuly/394460,alpine_bau_nie_placi_podwykonawcom_za_budowe_autostrady_a1.html
** http://www.tvp.info/informacje/biznes/alpine-bau-musi-opuscic-plac-budowy-a1/1728211
Kilka miesięcy temu z placu budowy jednej z autostrad wyrzucona została realizująca inwestycję austriacka firma. Powodem jej wyrzucenia były problemy wykonawcy z dotrzymaniem harmonogramu robót. Firma opóźnienie tłumaczyła błędem w projekcie który otrzymała do realizacji.* Co ciekawe ponowne wyłonienie wykonawcy wspomnianego odcinaka autostrady sprawiło, że realizuje go… ta sama firma.
Jak podaje „Rzeczpospolita” projekt, który był powodem konfliktu zostanie wykonany ponownie kosztem ponad 7 mln złotych. Rzecz w tym, że decyzja o jego poprawieniu, mimo tak wysokiej ceny została podjęta bez postępowania przetargowego, z tak zwanej „wolnej ręki”. Zlecenie dostała firma, która wcześniej projekt wykonywała. Jak tłumaczy przedstawiciel GDDKiA wynika to z faktu, że firma, która otrzymała zlecenie jest właścicielem projektu i inaczej się nie dało bez naruszenia praw autorskich. Sęk w tym, że jest to podobno jedyny przypadek w którym umowa na wykonanie projektu nie zawierała klauzuli przeniesienia na Główną Dyrekcję prawa własności projektu. Nie zawierała choć ponoć wszystkie inne umowy w podobnych sprawa takie klauzule zawierają. Tak jakoś wyszło… „Tak jakoś” zaczyna jednak nieco nieładnie pachnieć jeśli się przyjrzeć firmie, która z tego „jakoś” i, co za tym idzie z hojności Państwa teraz korzysta. Firma MGGP (jedna z firm tworzących konsorcjum odpowiadające za projekt), bo o nią chodzi, do pewnego momentu była firmą rodzinną. Dokładnie firmą rodzinną rodziny państwa Gradów. Tych od obecnego ministra skarbu Aleksandra Grada. Nazwa to inicjały szanownej małżonki ministra Małgorzaty oraz syna szanownej pary Pawła. Obecnie, po „przekształceniach własnościowych” na opisywanie których tutaj nie miejsce, wśród właścicieli firmy jest też kolega ministra ze studiów.
Wspomniane wyżej, wyjątkowe „jakoś” sprawiające, że ot tak z kasy państwa wyciąga się grube miliony by bez choćby iluzji transparentności przelać je na konta ludzi związanych blisko (czasem tak, że bliżej się nie da) z jednym z ministrów obecnego rządu. Już samo zestawienie zwrotów „rodzina ministra” i „bez przetargu” powinno wywołać takie trzęsienie naszego politycznego światka, że jego skutkiem powinien być spektakularny upadek zarówno samego pana Ministra jak też wszystkich decydentów z GDDKiA którzy choćby przez chwilę zerkali na projekt umowy o przelaniu kasy za „poprawę projektu”. Tymi zaś urzędnikami GDDKiA, którzy mieli czas na więcej niż tylko zerknięcie powinna z miejsca zainteresować się prokuratura. Oczywiście tak się nie stanie. Takie czasy że nie takie wałki by przeszły…
Wracając zaś do sprawi i „szczęśliwej firmy” pani ministrowej to niezmiernie ciekawie wygląda przedstawione przez gazetę zestawienie przychodów wspomnianej firmy z czasów, gdy jeszcze nie „żyło nam się lepiej” z latami obecnej koalicji. Zestawienie pokazuje (choć w sposób budzący wątpliwość co do rzetelności) przychód rzędu 15 mln w 2003 r. i 50 (po 50?) milionów dla lat 2007-08.
Ciekawym aspektem sprawy jest też sama potrzeba „przeprojektowania” o czym „Rzepa” już nie pisze. Potrzeba ta może wskazywać, że tłumaczenia firmy wyrzuconej z budowy były jednak zasadne a to, co zrobili urzędnicy GDDKiA zakrawa na oczywiste zaniedbanie, które nie tylko podniosło koszty inwestycji to jeszcze spowodowało wielomiesięczne opóźnienia. Jeśli nie było błędu wspominanego przez firmę budującą wcześniej drogę to na co idzie te 7 baniek? A jeśli faktycznie zmiany trzeba wprowadzać to czemu ponownie płaci się firmie, która spartoliła wcześniej jakąś część projektu zamiast z niej zedrzeć ile się da za straty, które niewątpliwie zostały poniesione? I to, jak się domyślam, straty wcale nie małe. Czy tylko dlatego, że jeden z udziałowców to szanowna małżonka?
Ja tam nie wiem jak to jest z projektami i to nie tylko w branży drogowej ale tłumaczenie, że trzeba było cośtam przeprojektowywać bo „DDKiA zerwała umowę z wykonawcą – firmą Alpine Bau, która się z niej nie wywiązywała. W związku z tym trzeba było jeszcze raz opracować projekt: sprawdzić, co już zostało zrobione i co jeszcze pozostało do wykonania.”.** Zastanawia mnie to, że dla „sprawdzenia co już zostało zrobione” potrzebny jest nowy projekt. Wszak jak wywalano Alpinie-Bau z placu budowy to chyba właśnie za to, że w wyniku jakiegoś audytu czy choćby naocznej lustracji kogoś z GDDKiA wyszło co już jest zrobione a co nie jest choć zrobione być powinno! Jeśli takiego papierka nie ma to nijakiej podstawie tamto wypędzenie się odbyło? Zaś co do kosztów na życzenie panów z Głównej Dyrekcji to też trudno pojąc na co idą. Zakładając oczywiście że nie idą z samego założenia na „waciki” dla szanownej małżonki i na krawat dla samego Ministra. Przecież prace będą prowadzone w tym samym terenie, przy dokładnie tej samej drodze. Nie wiem czy tam miało miejsce jakieś trzęsienie ziemi, które całkowicie zmieniło parametry miejsca budowy czy co innego o podobnym znaczeniu. Ale według mnie albo projekt był jak trzeba więc choćby złotówka wydana na jego „poprawienie” jest forsą wywaloną w błoto albo nie był jak trzeba a wtedy forsa ponownie wydana na to, aby był jak trzeba jest tym bardziej wywalona w błoto. Bo wychodzi, że szanowna małżonka i spółka ma jakiś taki dar, że kłopoty, które powinny nieodłącznie towarzyszyć brakorobom sprzedającym buble, jakoś ich się nie imają. A państwo za to szczęście niezwykłe buli jak za zboże.
By żyło się lepiej. Niektórym
* http://forsal.pl/artykuly/394460,alpine_bau_nie_placi_podwykonawcom_za_budowe_autostrady_a1.html
** http://www.tvp.info/informacje/biznes/alpine-bau-musi-opuscic-plac-budowy-a1/1728211
Subskrybuj:
Posty (Atom)