Prawdę mówiąc zaskoczyła mnie nadeszła nie tak dawno powódź złych wieści dotyczących zięcia Lecha Kaczyńskiego, pana Dubienieckiego. Można by sądzić, że nie ma, nie było i nie będzie chyba w historii polskiej palestry owcy równie czarnej ja ten przypadek (choć ten kolor jest w tym środowisku dość popularny…). Tylko tak można było wyjaśnić to, że głównej „gazecie opiniotwórczej” starczyło na istny i chyba niespotykany w jej historii serial o jednej, prywatnej na dodatek osobie. Zastanawiała mnie ta perfekcja, z jaką „dziennikarze śledczy” Gazety wyłuskali ciemne sprawki tej ciemnej postaci. Choć pamiętając jak kiepsko poradził sobie „pion śledczy” Wyborczej z „afera Rywina” mogłem sądzić, że tym razem po prostu dopisało im szczęście.
Oczywiście przypadki się zdarzają, czasem dosłownie na ulicy można znajdować prawdziwe skarby. Szczególnie często, jak się okazuje, takie szczęście przydarza się oczywiście dziewczynom i chłopakom z Czerskiej znajdującym na ten przykład absolutnie tajne zdjęcia z miejsca katastrofy i stołu sekcyjnego. Szczęście tak wielkie, że dzierżący ten materiał panowie z prokuratury „bez najmniejszych wątpliwości” stwierdzili, że od nich nie mogły wypłynąć.
Okazuje się jednak, że u źródła każdego niemal „szczęścia” leży jakaś wola, by temu szczęściu pomóc. W przypadku „serialu” Wyborczej szczęście przybrało postać prokuratorów, którzy jak najbardziej szczęściu flagowego okrętu Agory dopomogli.
dzięki tym prokuratorom wychodzi na to, że w meczu Marcin Meller – Stefan Niesiołowski właśnie zrobiło się 1:0. To tak na marginesie twierdzenia pana Niesiołowskiego, że „Meller nie wie o czym mówi”.
Wychodzi też na to, że ci, którzy tak ochoczo poparli nową władzę w roku 2007 bo im się duszno zrobiło muszą wziąć teraz głębszy oddech. Bo znów mogą poczuć ucisk w klatce piersiowej.
Informacja dotycząca gromadzenia, najpewniej na potrzeby starcia nieokreślonego jeszcze wówczas kandydata PO na prezydenta(ale potencjalnie Donalda Tuska) z, jak się spodziewano, Lechem Kaczyńskim w pełni to poczucie duszności usprawiedliwi. Ma, już w tym stadium, dokładnie taki sam wymiar, jak te wszystkie, które stały się podstawą wykreowania w mediach i opinii publicznej wizji „pisowskiego państwa”, łamiącego wszelkie zasady demokracji i praworządności. Nad tamtymi oskarżeniami ma jednak tę przewagę, że one nie wyszły, mimo wielu starań, mimo ponawianych po czym umarzanych śledztw poza ogólne sugestie a ta sprawa jest dopiero do wyjaśnienia.
Czytając informacje pochodzące od Tomasza Tuczapskiego warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. po pierwsze nie można im zarzucić, że są reakcją na obecna kampanię walenia w Kaczyńskiego i PiS za pomocą Dubienieckiego. Świadczy o tym choćby data pisma, które w tej sprawie miał otrzymać Prokurator Generalny. latem 2010 nikomu się jeszcze chyba nie śniło, że rok następny zaczniemy w cieniu „strasznego Dubienieckiego”.
Po drugie ciekawe jest to, że nagle pojawia się ABW z zaskakująca propozycję, którą na nieszczęście obecnej ekipy, pan Tuczapski miał zarejestrować.
Oczywiście reakcja prokuratury na sprawę zgłoszoną przez Tuczapskiego mnie nie dziwi. Dziwiłaby mnie inna zważywszy na to, że jeszcze wtedy PO „nie miało z kim przegrać”. Tak. Tak to jest z ta naszą „niezależną prokuraturą”. Wliczając w to i pana Prokuratora Generalnego, którego odpowiedzi w tej sprawie jakoś nigdzie nie znalazłem. A teraz chyba byłaby jak najbardziej na miejscu.
W całej sprawie ciekawe jest i to, że, jak twierdzi Tuczapski, już pierwsze jego zetknięcie z prokuratorem zaowocowało sugestią dotycząca bardzo konkretnych osób z otoczenia Lecha Kaczyńskiego. To zas świadczy, że nie tylko w kancelarii wspomnianego prawnika poszukiwane były „interesujące” materiały. Teraz, gdy serial o Dubienieckim w najlepsze puszczają różne „zaprzyjaźnione” media, aż prosi się o przygotowanie prequela, który ujawni jak dzielni śledczy weszli w posiadanie tej „strasznej” wiedzy. A w jakimś pobocznym wątku przydałoby się pokazać którędy płynie to wartkie źródełko, którym wiedza przepływa wprost na biurka co sprawniejszych dziennikarzy Gazety Wyborczej.
Oczywiście spodziewam się kontrakcji polegającej na jakimś oświadczeniu, że „bez najmniejszych wątpliwości” stwierdzono, że takie sytuacje nie miały miejsca. Tyle, że padło nieco konkretów i mam szczerą nadzieję, że i one w oczekiwanym dementi się pojawia. Dla pewności, gdyby uszło to uwadze jakiegoś rzecznika prasowego prokuratury, wydaje mi się konieczną odpowiedź na następujące, łatwe do weryfikacji, pytania:
- Czy faktycznie Prokurator Generalny otrzymał w lipcu 2010 r. list od Tomasza Tuczapskiego?
- Kiedy przesłana została autorowi odpowiedź Prokuratury Generalnej?
- Jakie kroki podjęte zostały w związku z otrzymanym listem?
Pytań do prokuratury wrocławskiej i legnickiej nie ma w tym momencie sensu formułować. Raz, że sprawa, po wyroku sądu nakazującym ponowne zbadanie sprawy przez legnickich prokuratorów stała się świeża. Dwa, że można przewidzieć jak się zakończy postępowanie, w którym prokuratorzy są niejako sędziami we własnej sprawie.
Nie wiem czy tam komu się znów duszno nie zrobiło od tego. O to trzeba by pytać takiego pana Mazowieckiego na przykład. Bez dwóch zdań zrobiło się jednak ciekawie. Bardzo ciekawie.
http://www.rp.pl/artykul/623148_Zbierano-haki-na-Dubienieckiego-.html
wtorek, 8 marca 2011
poniedziałek, 7 marca 2011
Cała Polska w rękach (?) kobiet
Zacznę od takiego dość smutnego dla mnie wyznania. Mam pełną świadomość, że tytuł jest zmanipulowany i że brzmieć powinien nieco inaczej. Jak, to wyjdzie po lekturze tekstu. Ale nie mogłem go umieścić we właściwej formie ni narażając się na ryzyko zwinięcia tekstu a może i gorszych szykan.
Im bardziej kobiety, a w zasadzie ich przedstawicielki których ustami polska kobieta demokratyczna ma szansę pić tego szampana i ten kawior od którego uginają się stoły wszelakich cateringów będących najbardziej „widomym znakiem” naszej europejskiej przynależności, przekonują jak piękny byłby świat gdyby tylko oddać im całość pieczy nad nim, tym bardziej marzę by to nigdy nie nastąpiło.
jest z nimi cos dokładnie takiego jak z walczącą z antysemityzmem „Gazetą Wyborczą”. Im bardziej walczą (one i Gazeta) tym więcej wrogów udaje się im ujawnić. Słowem jest tak, jak w jednej ze scen filmu Marczewskiego „Drzeszce”, w której zapędzony w kozi róg jeden z nieletnich ale szczerych komunistów przyznaję, że „prawdziwych komunistów” w państwie komunistycznym jest garstka a „wrogów ludu” zatrzęsienie.
Choć to zestawienie feministek i „Gazety Wyborczej” tak trochę ad hoc mi się przyplątało to nie jest ono całkiem przypadkowe. Oto tytuł ów, przy wigilii największego święta polskiego albo i światowego feminizmu (które nie wiedzieć czemu nie jest dniem wolnym od pracy przez co panie swe Manify muszą urządzać jak Bóg da) zaprezentował nam scenariusz na okoliczność przejęcia władzy przez panie. Znaczy nie rozpiskę wszystkiego, co się stanie tylko skład rządu. Jak wiadomo od dawna główną troską feministek jest rządzenie. Nie kopanie węgla, nie ściganie przestępców, nie … Można by tak długo.
W każdym razie „Wyborcza”, by nam ślinka pociekła na myśl o tym, co to będzie jak nie tylko będzie „Miasto Kobiet” ale wręcz „Państwo Kobiet” albo nawet „Planeta Mał… znaczy „Planeta Kobiet” . Ma nas do tego zachęcić cos w rodzaju kobiecego „gabinetu cieni”. Kurze… cień to jakby… facet. Może więc „gabinet fatamorgan”? Ale nie plączmy się w semantykę.
na czele „fatamorgan” stanąć ma Danuta Hubner. czemu nie. Jak już kiedyś pisałem od pewnego czasu (szczególnie od przypadku pana Marcinkiewicza) wiadomo, ze premierem w Polsce może być nie tylko każdy ale nawet byle kto. Pomińmy większość kandydatek bo zasadniczo nie ma się o co czepiać. Bo taka na ten przykład minister przedsiębiorczości, Henryka Bochniarz… Ja nie bardzo wiem po choinkę komu taki minister bo jak już to czemu nie minister sprytu na przykład?
W proponowanym składzie są bowiem lepsze rodzynki. Ot choćby „rodzynka” prof. Małgorzata Fuszara, socjolożka, współtwórczyni Gender Studies przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW jako przyszła „ministerka równości”. Ja pominę „osiagi” pani profesor w zakresie czynienia „równości” bo z wymienianych jakoś tak utkwiło mi, że za jej sprawą w części instytutów a może i w całym Uniwersytecie Warszawskim polikwidowano oddzielne toalety dla pań i panów. W tym przypadku akurat najbardziej uderza skrajny brak konsekwencji „gabinetu fatamorgan”. Jak wiadomo nie do pomyślenia jest dziś, gdy nasza polityka a z nią i reszta świata zdominowana jest przez samce, by te same osoby, które w składzie „gabinetu” umieszczono, bez protestu przełknęły na stanowisku do spraw „równości” jakiegoś faceta. Tak więc gdy już w 100% przejmą kontrole kobiety, to konsekwentnie tę tekę powinien otrzymać jakiś „cień” a nie „fatamorgana” . Tak byłoby uczciwiej.
Ciekawa sprawa jest też umieszczenie w strukturze „gabinetu” czegoś takiego jak ministerstwods. neutralności światopoglądowej i wielokulturowości. Pierwszy człon (nie wiem czy tak w tym przypadku wypada mówić…) rozumiem, choć nie pochwalam zważywszy na to jakie działania w naszej rzeczywistości pod pojęciem „neutralności” były prowadzone. Frapuje mnie cześć druga nazwy. Czy obok resortu, który obejmie pani Labuda (bo te „fatamorganę” na ów resort przewidziano) będzie tez jakieś ministerstwo jednej kultury. Nawet nie usiłuję pytać o „dziedzictwo narodowe” bo w takim kształcie to na pewno „no pasaran”.
Oczywiście nie umknęło mi w publikacji „wyborczej”, że to tylko „zabawa”. Ale i tak uważam, że panie szanowne bawią się, powiem dość ostro, brzydko. Bo utrwalają ta „zabawą” przekonanie, że dla nich tak naprawdę najistotniejszym problemem (oczywiście obok prawa do „skrobania”) jaki stoi dziś przed polskimi kobietami jest ilość ministerialnych stanowisk i poselskich mandatów, które przypadną tym „ustom”, które w imieniu „statystycznej polskiej kobiety” gotowe są na ten szampan i na ten kawior.
Złośliwie zareaguję na ta „zabawną” sugestię Kongresu Kobiet Polskich i „Gazety Wyborczej”, taką uwaga. Jeśli wierzyć zapewnieniom kobiet, że ich mózg od mojego niczym się nie różni (a musze chyba wierzyć pamiętając lincz na autorach książki „Płeć mózgu”) oraz moim nauczycielom biologii wprowadzającym mnie w tajemnice ludzkiego ciała, wychodzi mi, że jedyna różnica między politykiem facetem i politykiem kobietą nie mieści się w głowie lecz, proszę wybaczyć, w majtkach. tedy jasnym być musi, że o kształcie polskiej polityki zadecyduje zawartość majtek naszego rządu i parlamentu.
Proszę więc ów „gabinet fatamorgan” oraz Kongres Kobiet Polskich o ścisłość przy kolejnych kampaniach na rzecz „równości i wielokulturowości”. Bo tak naprawdę, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wywody, nie chodzi o to by w polityce było więcej kobiet lecz mniej peni… znaczy członków po prostu. Na rzecz członkiń oczywiście! Ku chwale i dla dobra Polski.
ps. Poważny tekst może później sklecę. O ile w ogóle…
Inspiracja: http://wyborcza.pl/1,75478,9210027,Rzeczpospolita_babska.html#ixzz1FtVKH7AW
Im bardziej kobiety, a w zasadzie ich przedstawicielki których ustami polska kobieta demokratyczna ma szansę pić tego szampana i ten kawior od którego uginają się stoły wszelakich cateringów będących najbardziej „widomym znakiem” naszej europejskiej przynależności, przekonują jak piękny byłby świat gdyby tylko oddać im całość pieczy nad nim, tym bardziej marzę by to nigdy nie nastąpiło.
jest z nimi cos dokładnie takiego jak z walczącą z antysemityzmem „Gazetą Wyborczą”. Im bardziej walczą (one i Gazeta) tym więcej wrogów udaje się im ujawnić. Słowem jest tak, jak w jednej ze scen filmu Marczewskiego „Drzeszce”, w której zapędzony w kozi róg jeden z nieletnich ale szczerych komunistów przyznaję, że „prawdziwych komunistów” w państwie komunistycznym jest garstka a „wrogów ludu” zatrzęsienie.
Choć to zestawienie feministek i „Gazety Wyborczej” tak trochę ad hoc mi się przyplątało to nie jest ono całkiem przypadkowe. Oto tytuł ów, przy wigilii największego święta polskiego albo i światowego feminizmu (które nie wiedzieć czemu nie jest dniem wolnym od pracy przez co panie swe Manify muszą urządzać jak Bóg da) zaprezentował nam scenariusz na okoliczność przejęcia władzy przez panie. Znaczy nie rozpiskę wszystkiego, co się stanie tylko skład rządu. Jak wiadomo od dawna główną troską feministek jest rządzenie. Nie kopanie węgla, nie ściganie przestępców, nie … Można by tak długo.
W każdym razie „Wyborcza”, by nam ślinka pociekła na myśl o tym, co to będzie jak nie tylko będzie „Miasto Kobiet” ale wręcz „Państwo Kobiet” albo nawet „Planeta Mał… znaczy „Planeta Kobiet” . Ma nas do tego zachęcić cos w rodzaju kobiecego „gabinetu cieni”. Kurze… cień to jakby… facet. Może więc „gabinet fatamorgan”? Ale nie plączmy się w semantykę.
na czele „fatamorgan” stanąć ma Danuta Hubner. czemu nie. Jak już kiedyś pisałem od pewnego czasu (szczególnie od przypadku pana Marcinkiewicza) wiadomo, ze premierem w Polsce może być nie tylko każdy ale nawet byle kto. Pomińmy większość kandydatek bo zasadniczo nie ma się o co czepiać. Bo taka na ten przykład minister przedsiębiorczości, Henryka Bochniarz… Ja nie bardzo wiem po choinkę komu taki minister bo jak już to czemu nie minister sprytu na przykład?
W proponowanym składzie są bowiem lepsze rodzynki. Ot choćby „rodzynka” prof. Małgorzata Fuszara, socjolożka, współtwórczyni Gender Studies przy Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW jako przyszła „ministerka równości”. Ja pominę „osiagi” pani profesor w zakresie czynienia „równości” bo z wymienianych jakoś tak utkwiło mi, że za jej sprawą w części instytutów a może i w całym Uniwersytecie Warszawskim polikwidowano oddzielne toalety dla pań i panów. W tym przypadku akurat najbardziej uderza skrajny brak konsekwencji „gabinetu fatamorgan”. Jak wiadomo nie do pomyślenia jest dziś, gdy nasza polityka a z nią i reszta świata zdominowana jest przez samce, by te same osoby, które w składzie „gabinetu” umieszczono, bez protestu przełknęły na stanowisku do spraw „równości” jakiegoś faceta. Tak więc gdy już w 100% przejmą kontrole kobiety, to konsekwentnie tę tekę powinien otrzymać jakiś „cień” a nie „fatamorgana” . Tak byłoby uczciwiej.
Ciekawa sprawa jest też umieszczenie w strukturze „gabinetu” czegoś takiego jak ministerstwods. neutralności światopoglądowej i wielokulturowości. Pierwszy człon (nie wiem czy tak w tym przypadku wypada mówić…) rozumiem, choć nie pochwalam zważywszy na to jakie działania w naszej rzeczywistości pod pojęciem „neutralności” były prowadzone. Frapuje mnie cześć druga nazwy. Czy obok resortu, który obejmie pani Labuda (bo te „fatamorganę” na ów resort przewidziano) będzie tez jakieś ministerstwo jednej kultury. Nawet nie usiłuję pytać o „dziedzictwo narodowe” bo w takim kształcie to na pewno „no pasaran”.
Oczywiście nie umknęło mi w publikacji „wyborczej”, że to tylko „zabawa”. Ale i tak uważam, że panie szanowne bawią się, powiem dość ostro, brzydko. Bo utrwalają ta „zabawą” przekonanie, że dla nich tak naprawdę najistotniejszym problemem (oczywiście obok prawa do „skrobania”) jaki stoi dziś przed polskimi kobietami jest ilość ministerialnych stanowisk i poselskich mandatów, które przypadną tym „ustom”, które w imieniu „statystycznej polskiej kobiety” gotowe są na ten szampan i na ten kawior.
Złośliwie zareaguję na ta „zabawną” sugestię Kongresu Kobiet Polskich i „Gazety Wyborczej”, taką uwaga. Jeśli wierzyć zapewnieniom kobiet, że ich mózg od mojego niczym się nie różni (a musze chyba wierzyć pamiętając lincz na autorach książki „Płeć mózgu”) oraz moim nauczycielom biologii wprowadzającym mnie w tajemnice ludzkiego ciała, wychodzi mi, że jedyna różnica między politykiem facetem i politykiem kobietą nie mieści się w głowie lecz, proszę wybaczyć, w majtkach. tedy jasnym być musi, że o kształcie polskiej polityki zadecyduje zawartość majtek naszego rządu i parlamentu.
Proszę więc ów „gabinet fatamorgan” oraz Kongres Kobiet Polskich o ścisłość przy kolejnych kampaniach na rzecz „równości i wielokulturowości”. Bo tak naprawdę, biorąc pod uwagę moje wcześniejsze wywody, nie chodzi o to by w polityce było więcej kobiet lecz mniej peni… znaczy członków po prostu. Na rzecz członkiń oczywiście! Ku chwale i dla dobra Polski.
ps. Poważny tekst może później sklecę. O ile w ogóle…
Inspiracja: http://wyborcza.pl/1,75478,9210027,Rzeczpospolita_babska.html#ixzz1FtVKH7AW
sobota, 5 marca 2011
„Duszno”- kaczyzm w popkulturalnym sosie
Wywiad Mazurka z Lipińskim* był tym, na który czekałem od dawna bardziej niż na inne. Sam znacznie wcześniej usiłowałem uzyskać od muzyka wyjaśnienie tej zaskakującej wolty, którą uczynił w 2007 autor manifestu „Nie wierzę politykom” wykonując swój inny przebój, „Jeszcze będzie przepięknie” w towarzystwie polityków PO. Ale wywiad ten to dziś tylko wstęp do tego, o czym chcę napisać. Przede wszystkim dlatego, że wywiad, skądinąd dobry, jednak mnie rozczarował. Myślę, że Mazurkowi przeszkodził nadmiar sympatii do rozmówcy. Nie przycisnął gdy mógł.
W każdym razie liczyłem w tym przypadku na takie pełne wyjaśnienie nie tylko tamtej decyzji ale w ogóle zjawiska „strachu przed PiS-em” dość częstego (a może i modnego nawet) wśród ludzi związanych ze środowiskiem dawnej kontrkultury a dzisiaj raczej popkultury. Choć to ci sami ludzie oczywiście.
Nie uzyskałem tej odpowiedzi wcześniej ani z książki „Gościu. Auto-bio-Grabaż” będącej wywiadem-rzeką z Krzysztofem Grabowskim „Grabażem”, liderem niegdyś „Pidżamy Porno” a dziś „Strachów na lachy”, nie znalazłem tego w dość licznych ostatnio wywiadach z Kazikiem. Nie wyjaśnił też sprawy Tomasz Lipiński. Ograniczył się do stwierdzenia „rządy PiS były czymś, czego nie chciałbym znów przeżywać” oraz kilkukrotnego nawiązania do strachu jaki wtedy odczuwał.
Na fali tego mojego rozczarowania i tej nierozwiązanej zagadki „strachu popkultury” przed PiS –em, zajrzałem dziś, będąc w EMPiK –u do książki innego Krzysztofa Grabowskiego. Perkusisty i lidera legendarnego i antysystemowego (w każdym razie kiedyś) „Dezertera”. Książka nosi tytuł „Dezerter poroniona generacja?”. I tam znalazłem to, co chciałem. Może w formie namiastki ale zawsze. Otóż opisując rok 2005 i dojście do władzy PiS –u Grabowski (w formie literackiej rzecz jasna) kręci głową z niedowierzania, że można było wziąć do koalicji a więc dopuścić do władzy „ksenofobów i nacjonalistów”.
Moja reakcja była trójfazowa. Najpierw zachichotałem, pamiętając, że i obaj Grabowscy i Kazik i Lipiński wreszcie to jednak intelektualna elita naszej popkultury. Tedy musiało mnie rozbawić to ich zdegustowanie dopuszczeniem do władzy „ksenofobów i nacjonalistów” w postaci LPR-u i „Samoobrony” w kraju, w którym niewiele wcześniej premierami a nawet Ministrami Sprawiedliwości byli wysocy niegdyś funkcjonariusze partii potrafiącej strzelać do obywateli swego państwa. Gdzie LPR-owi i „Samoobronie” do tego?
W następnym momencie naszły mnie wątpliwości, bo, jakby nie było, wszyscy ci panowie to mniej lub bardziej idole młodzieży więc może po prostu nie mogą pamiętać.
Dopiero na koniec uświadomiłem sobie, że wszyscy oni są ode mnie starsi więc pamiętają doskonale. A przynajmniej powinni pamiętać. I wtedy, jako trzeci element reakcji, poczułem smutek wynikający z przegranej konfrontacji tych naprawdę godnych szacunku intelektów z narzuconymi wtedy (i kontynuowanymi dzisiaj) przez zainteresowane media i środowiska kalkami myślowymi, wedle których LPR to naziści niemal a „Samoobrona” to jedyna partia „postpezetpeerowska” czyli tacy prawdziwi postkomuniści.
I teraz czuję złość. Nie na nich bo oni co najwyżej zawinili jakimś, chwilowym być może, otępieniem swoich całkiem nieźle kiedyś kombinujących umysłów, ale na tych, którzy tak trafnie rozgryźli a później bezlitośnie wykorzystali sposób postrzegania świata przez to środowisko. Zabierając mi sporą część szacunku dla dawnych idoli.
Miałem jako człowiek bardzo młody okazję zetknąć się z częścią tej ówczesnej „kontrkultury” i pamiętam, że w ocenie i oglądzie sytuacji ludzi „stamtąd” wielką rolę odgrywała estetyka. Może ona przede wszystkim… I sądzę, że właśnie z tego powodu tak łatwo było im przyjąć do wiadomości na przykład, że „postkomuniści” to ci ze „słomą wystającą z butów”, stojący w swoich głupawych krawatach wokół Leppera – kierownika PGR-u a nie świetnie ubrani i pachnący (domyślam się bo nie wąchałem) „stypendyści Fulbrighta” ze swoją „socjaldemokratycznie” przebudowaną partią „tą samą ale nie taką samą”. I że najważniejszym wyznacznikiem politycznych predyspozycji jest umiejętność szerokiego uśmiechania się.
Tak więc już wiemy cóż strasznego było w rządach PiS-u. Ja co prawda sądziłem, że będzie też mowa o zbrodniach i innych nadużyciach ale na włączenie ich do katalogu grzechów PIS-u trzeba poczekać aż te wszystkie, po pięć razy umarzane śledztwa może po szóstym uruchomieniu wreszcie wydadzą jakieś „oczekiwane” owoce. Wtedy ten mój dysonans może zniknąć. Choć pewien tego nie jestem.
W wywiadzie Mazurka z Lipińskim ten mój niegdysiejszy idol i ten szanowany przeze mnie nadal umysł w pewnym momencie odpływa wyraźnie jakbyśmy obaj żyli w różnych choć z całą pewnością niemal równoległych światach. Mówi on bowiem o „Platformie swoich marzeń” określając ją jako „partię pod nazwą Donald Tusk”. Przyznaje, że takiej partii chciałby udzielać swego poparcia. Jakby nie zauważył, że to jego, deklarowane przez pół wywiadu, rozczarowanie partią rządzącą wynika właśnie z tego, że z roku na rok była ona coraz bardziej partią „pod nazwą Donald Tusk”. Gdy wywalał pozostałych „tenorów”, gdy wykończył Gilowską i Rokitę, gdy wreszcie zabrał się za „zjadanie ostatnich dzieci” tej swojej rewolucji roku 2007.
Jakkolwiek ten wywiad i ten fragment wyczytane w książce nie były dla mnie miłymi odkryciami, jedna rzecz pozytywna płynie z nich bez dwóch zdań. Jako człowiek kiedyś bliski poglądom i ideałom tych ludzi (choć nam się „rozjechało” pewnie gdzieś tak w okolicy 1991) przez długi czas drżałem na myśl o tym, że to może ja popełniam jakiś błąd, że to ja źle to wszystko widzę. Dzięki Tomaszowi Lipińskiemu wiem, że raczej nie ja. Przynajmniej nie we wszystkim.
* „PO jest taka nieruchawa”, wywiad Roberta Mazurka z Tomaszem (Tomkiem) Lipińskim, „Rzeczpospolita”, „PlusMinus”, 5-6 marca 2011, str P14 –P15.
W każdym razie liczyłem w tym przypadku na takie pełne wyjaśnienie nie tylko tamtej decyzji ale w ogóle zjawiska „strachu przed PiS-em” dość częstego (a może i modnego nawet) wśród ludzi związanych ze środowiskiem dawnej kontrkultury a dzisiaj raczej popkultury. Choć to ci sami ludzie oczywiście.
Nie uzyskałem tej odpowiedzi wcześniej ani z książki „Gościu. Auto-bio-Grabaż” będącej wywiadem-rzeką z Krzysztofem Grabowskim „Grabażem”, liderem niegdyś „Pidżamy Porno” a dziś „Strachów na lachy”, nie znalazłem tego w dość licznych ostatnio wywiadach z Kazikiem. Nie wyjaśnił też sprawy Tomasz Lipiński. Ograniczył się do stwierdzenia „rządy PiS były czymś, czego nie chciałbym znów przeżywać” oraz kilkukrotnego nawiązania do strachu jaki wtedy odczuwał.
Na fali tego mojego rozczarowania i tej nierozwiązanej zagadki „strachu popkultury” przed PiS –em, zajrzałem dziś, będąc w EMPiK –u do książki innego Krzysztofa Grabowskiego. Perkusisty i lidera legendarnego i antysystemowego (w każdym razie kiedyś) „Dezertera”. Książka nosi tytuł „Dezerter poroniona generacja?”. I tam znalazłem to, co chciałem. Może w formie namiastki ale zawsze. Otóż opisując rok 2005 i dojście do władzy PiS –u Grabowski (w formie literackiej rzecz jasna) kręci głową z niedowierzania, że można było wziąć do koalicji a więc dopuścić do władzy „ksenofobów i nacjonalistów”.
Moja reakcja była trójfazowa. Najpierw zachichotałem, pamiętając, że i obaj Grabowscy i Kazik i Lipiński wreszcie to jednak intelektualna elita naszej popkultury. Tedy musiało mnie rozbawić to ich zdegustowanie dopuszczeniem do władzy „ksenofobów i nacjonalistów” w postaci LPR-u i „Samoobrony” w kraju, w którym niewiele wcześniej premierami a nawet Ministrami Sprawiedliwości byli wysocy niegdyś funkcjonariusze partii potrafiącej strzelać do obywateli swego państwa. Gdzie LPR-owi i „Samoobronie” do tego?
W następnym momencie naszły mnie wątpliwości, bo, jakby nie było, wszyscy ci panowie to mniej lub bardziej idole młodzieży więc może po prostu nie mogą pamiętać.
Dopiero na koniec uświadomiłem sobie, że wszyscy oni są ode mnie starsi więc pamiętają doskonale. A przynajmniej powinni pamiętać. I wtedy, jako trzeci element reakcji, poczułem smutek wynikający z przegranej konfrontacji tych naprawdę godnych szacunku intelektów z narzuconymi wtedy (i kontynuowanymi dzisiaj) przez zainteresowane media i środowiska kalkami myślowymi, wedle których LPR to naziści niemal a „Samoobrona” to jedyna partia „postpezetpeerowska” czyli tacy prawdziwi postkomuniści.
I teraz czuję złość. Nie na nich bo oni co najwyżej zawinili jakimś, chwilowym być może, otępieniem swoich całkiem nieźle kiedyś kombinujących umysłów, ale na tych, którzy tak trafnie rozgryźli a później bezlitośnie wykorzystali sposób postrzegania świata przez to środowisko. Zabierając mi sporą część szacunku dla dawnych idoli.
Miałem jako człowiek bardzo młody okazję zetknąć się z częścią tej ówczesnej „kontrkultury” i pamiętam, że w ocenie i oglądzie sytuacji ludzi „stamtąd” wielką rolę odgrywała estetyka. Może ona przede wszystkim… I sądzę, że właśnie z tego powodu tak łatwo było im przyjąć do wiadomości na przykład, że „postkomuniści” to ci ze „słomą wystającą z butów”, stojący w swoich głupawych krawatach wokół Leppera – kierownika PGR-u a nie świetnie ubrani i pachnący (domyślam się bo nie wąchałem) „stypendyści Fulbrighta” ze swoją „socjaldemokratycznie” przebudowaną partią „tą samą ale nie taką samą”. I że najważniejszym wyznacznikiem politycznych predyspozycji jest umiejętność szerokiego uśmiechania się.
Tak więc już wiemy cóż strasznego było w rządach PiS-u. Ja co prawda sądziłem, że będzie też mowa o zbrodniach i innych nadużyciach ale na włączenie ich do katalogu grzechów PIS-u trzeba poczekać aż te wszystkie, po pięć razy umarzane śledztwa może po szóstym uruchomieniu wreszcie wydadzą jakieś „oczekiwane” owoce. Wtedy ten mój dysonans może zniknąć. Choć pewien tego nie jestem.
W wywiadzie Mazurka z Lipińskim ten mój niegdysiejszy idol i ten szanowany przeze mnie nadal umysł w pewnym momencie odpływa wyraźnie jakbyśmy obaj żyli w różnych choć z całą pewnością niemal równoległych światach. Mówi on bowiem o „Platformie swoich marzeń” określając ją jako „partię pod nazwą Donald Tusk”. Przyznaje, że takiej partii chciałby udzielać swego poparcia. Jakby nie zauważył, że to jego, deklarowane przez pół wywiadu, rozczarowanie partią rządzącą wynika właśnie z tego, że z roku na rok była ona coraz bardziej partią „pod nazwą Donald Tusk”. Gdy wywalał pozostałych „tenorów”, gdy wykończył Gilowską i Rokitę, gdy wreszcie zabrał się za „zjadanie ostatnich dzieci” tej swojej rewolucji roku 2007.
Jakkolwiek ten wywiad i ten fragment wyczytane w książce nie były dla mnie miłymi odkryciami, jedna rzecz pozytywna płynie z nich bez dwóch zdań. Jako człowiek kiedyś bliski poglądom i ideałom tych ludzi (choć nam się „rozjechało” pewnie gdzieś tak w okolicy 1991) przez długi czas drżałem na myśl o tym, że to może ja popełniam jakiś błąd, że to ja źle to wszystko widzę. Dzięki Tomaszowi Lipińskiemu wiem, że raczej nie ja. Przynajmniej nie we wszystkim.
* „PO jest taka nieruchawa”, wywiad Roberta Mazurka z Tomaszem (Tomkiem) Lipińskim, „Rzeczpospolita”, „PlusMinus”, 5-6 marca 2011, str P14 –P15.
piątek, 4 marca 2011
Marta i Kasia w sieci – publicystyka „wielkich córek”
(tekst pelen jadu i nienawiści! Ale chyba mi wyszedł :)
Obiecałem sobie dwie rzeczy, których właśnie nie dotrzymałem. Przede wszystkim miałem już dziś nic nie pisać. Zdarza mi się bardzo często umieszczać dziennie po dwa teksty ale dziś jakoś nie miałem weny a przez to i ochoty. Czemu mnie jednak naszło o tym za chwilę. Druga z danych sobie obietnic, która za chwilę złamię to szczery zamiar nie wracania już do faktu rozpoczęcia sieciowej aktywności przez przedstawicieli rodziny Kaczyńskich. Tych Kaczyńskich…
W normalnych warunkach wytrzymałbym z jednym i drugim bez problemu. Ale na moje nieszczęście los zetknął mnie z publicystyką pana doktora Ryszarda Kesslera, politologa z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Postawił on śmiałą tezę, iż sieciowa publicystyka córki Lecha Kaczyńskiego, Marty, może nie wychodzić spod jej pióra czy tam nie pochodzić z jej klawiatury. Nie tylko on zresztą bo również, nie przywołani z nazwiska inni, określeni mianem „część ekspertów”. W zasadzie nie wiem o jaką część tych ekspertów chodzi ale sądząc na podstawie argumentacji, nie była to jakaś szczególnie istotna i skomplikowana cześć wspomnianych ekspertów. Ale zostawmy moje dywagacje anatomiczne na boku i zapoznajmy się z dywagacjami merytorycznymi „części ekspertów” i całego doktora Kesslera. Podejrzenie o niesamodzielność budzi u „części ekspertów” to, że „wszystkie wpisy są starannie, wręcz profesjonalnie przygotowane”, „część ekspertów” „powątpiewa, że Marta Kaczyńska tworzy je sama”.* Fakt. Gdyby znaleźć tam jakieś wgniecione w ekran frytki, takie brunatne kółka po papierowym kubku z kawą (od Starbucksa koniecznie!) to co innego! Również cały doktor Kessler nie ukrywa, że „profesjonalizm wpisów i ich nienaganna stylistyka budzą poważne wątpliwości”. A więc pani Marto może na przyszłość parę ortografów proszę! I koniecznie używamy formy „włanczanie”! Bo pan Kessler będzie miał dysonans! Wszak on wie, że „Widać w tym rękę wytrawnego, bardzo dobrze zorientowanego w sprawach polityki polskiej i międzynarodowej felietonisty”. Powątpiewa więc pan doktor, „żeby osoba na co dzień nie zajmująca się polityką miała aż taką wiedzę.”*
Tu trochę bym się zdumiał zdaniem ostatnim pana doktora politologii zważywszy na niedawny wyrok pana profesora Nałęcza mówiącego coś o „ignorancji” a nawet o „kompromitacji”. Nop bo jak to tak zaraz „aż taka wiedza” skoro „kompromitacja i ignorancja?” Ale co tam. Ważne jest, że pan Kessler potrafi z miejsca wytłumaczyć po jaką choinkę ta „profesjonalna ignorantka” o „dużej, kompromitującej wiedzy” prowadzi bloga skoro go tak naprawdę nie prowadzi. Wedle doktora z Zielonej Góry „istnieje niebezpieczeństwo, że Marta Kaczyńska jest jedynie figurantką a nawet marionetką w rękach prezesa. Wygląda na to, że to on dyktuje warunki.”* Dobrze, że doktor Kessler na tym poprzestał i nie zasugerował, że jak już Marta Kaczyńska, która ma pomóc swemu strasznemu stryjowi zawładnąć duszami młodych a przy okazji odwalać za niego brudną robotę w rodzaju mieszania z błotem „prof. Bartoszewskiego”, którego Jarosław Kaczyński zwyczajnie boi się tykać, to prezes wtedy zje Martę i jeszcze szpik wyssie. Aż się dziwię, że doktor Kessler nie wezwał na pomoc jakichś służb społecznych i Rzecznika Praw Dziecka by odebrali bratanicę strasznemu stryjowi. Na dobrą sprawę skoro „istnieje niebezpieczeństwo” to ja się pytam jak pan może, doktorze Kessler, tylko się przyglądać?! Przecież to chyba nawet karalne jest jak się ma świadomość „istniejącego niebezpieczeństwa” i się mu nie zapobiegnie!
Wniosek z tych wynurzeń „części ekspertów” i całego doktora Kesslera jest taki, że jak kto mądrze, z dużym znawstwem i w nienagannym stylu coś napisze to w ciemno można założyć, iż to bez dwóch zdań ręka samego Jarosława Kaczyńskiego. Taki „pisior” i „kaczysta” z szanownego pana politologa wyszedł. A i przy okazji można by się zastanowić czy nie antyfeminista.
Można ale zakładam że pan doktor na tę przypadłość nie cierpi. A swoje wnioski opiera na wnikliwej obserwacji. Bo czy faktycznie młoda prawniczka, wychowana w przesiąkniętym polityką domu i na dodatek mająca w rodzinie tak znaczących, czynnych polityków, ojca i stryja nota bene, mogłaby spłodzić coś takiego: „Stacje prywatne są przyjazne ekipie rządzącej, co jeden z przedstawicieli tego elitarnego grona jakiś czas temu publicznie przyznał. W telewizji i radiu publicznym z dniem zdjęcia z anteny programu, w którym poruszano tematy, o których naprawdę warto rozmawiać, dokonano ostatecznego wyczyszczenia pluralizmu. Beneficjentami dotacji z Ministerstwa Kultury pozostają dziwnym zbiegiem okoliczności niemal wyłącznie podmioty propagujące poglądy bliskie lub zbieżne z mainstreamowymi. Opozycyjne gazety można kupić jedynie spod lady.”** Nigdy! To jest absolutnie wykluczone!
Córki wybitnych polityków, pełniących wysokie funkcje państwowe NIGDY nie splamiłaby się czymś takim! Przecież wstyd w ogóle z czymś takim wyjść do ludzi! Córka wybitnego polityka, piastującego odpowiedzialne państwowe stanowisko ma do powiedzenia raczej coś takiego: „Tak jak obiecałam, pokazuję się w sukience kupionej w ZARZE. Powiem Wam szczerze, że póki co nie mam pomysłu na dodatki. Mam jeszcze trochę czasu do wyjścia więc może uda mi się podjąć jakąś decyzję:) A co Wy byście dobrały do tego stroju? Myślę, że trzeba być bardzo ostrożnym, przy tego typu sukienek. Jeden fałszywy ruch i można wyglądać jak członkini fanklubu Harleya Davidsona:)”***
I tu już żadnych wątpliwości nie ma. Przynajmniej nie zgłasza ich żadna tam „część ekspertów” ani też cały doktor politologii z Uniwersytetu Zielonogórskiego Ryszard Kessler.
Sugestia więc taka chyba z tego płynie, by Marta Kaczyńska w najbliższym tekście swojej koleżance, blogerce Kasi, podsunęła jakąś propozycję dodatków bo, nie daj Boże, Kasia jednak ów jeden fałszywy ruch popełni i fanklub Harleya Davidsona będzie miał nowego, choć mimowolnego członka. Ale za to jakiego!!!!!!! Tak więc do dzieła pani Marto! Los blogerki Kasi może być w Pani rękach!
ps. Zachęcam przede wszystkim do ostatniego linku. Nie naczyta się człowiek ale za to napatrzy. I o to chyba chodzi!
* http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,Ona-jest-marionetka-w-rekach-J-Kaczynskiego,wid,13193765,komentarz.htm
** http://niezalezna.pl/6664-fasada
*** http://www.makelifeeasier.pl/moda/black-leather-cd2/
Obiecałem sobie dwie rzeczy, których właśnie nie dotrzymałem. Przede wszystkim miałem już dziś nic nie pisać. Zdarza mi się bardzo często umieszczać dziennie po dwa teksty ale dziś jakoś nie miałem weny a przez to i ochoty. Czemu mnie jednak naszło o tym za chwilę. Druga z danych sobie obietnic, która za chwilę złamię to szczery zamiar nie wracania już do faktu rozpoczęcia sieciowej aktywności przez przedstawicieli rodziny Kaczyńskich. Tych Kaczyńskich…
W normalnych warunkach wytrzymałbym z jednym i drugim bez problemu. Ale na moje nieszczęście los zetknął mnie z publicystyką pana doktora Ryszarda Kesslera, politologa z Uniwersytetu Zielonogórskiego. Postawił on śmiałą tezę, iż sieciowa publicystyka córki Lecha Kaczyńskiego, Marty, może nie wychodzić spod jej pióra czy tam nie pochodzić z jej klawiatury. Nie tylko on zresztą bo również, nie przywołani z nazwiska inni, określeni mianem „część ekspertów”. W zasadzie nie wiem o jaką część tych ekspertów chodzi ale sądząc na podstawie argumentacji, nie była to jakaś szczególnie istotna i skomplikowana cześć wspomnianych ekspertów. Ale zostawmy moje dywagacje anatomiczne na boku i zapoznajmy się z dywagacjami merytorycznymi „części ekspertów” i całego doktora Kesslera. Podejrzenie o niesamodzielność budzi u „części ekspertów” to, że „wszystkie wpisy są starannie, wręcz profesjonalnie przygotowane”, „część ekspertów” „powątpiewa, że Marta Kaczyńska tworzy je sama”.* Fakt. Gdyby znaleźć tam jakieś wgniecione w ekran frytki, takie brunatne kółka po papierowym kubku z kawą (od Starbucksa koniecznie!) to co innego! Również cały doktor Kessler nie ukrywa, że „profesjonalizm wpisów i ich nienaganna stylistyka budzą poważne wątpliwości”. A więc pani Marto może na przyszłość parę ortografów proszę! I koniecznie używamy formy „włanczanie”! Bo pan Kessler będzie miał dysonans! Wszak on wie, że „Widać w tym rękę wytrawnego, bardzo dobrze zorientowanego w sprawach polityki polskiej i międzynarodowej felietonisty”. Powątpiewa więc pan doktor, „żeby osoba na co dzień nie zajmująca się polityką miała aż taką wiedzę.”*
Tu trochę bym się zdumiał zdaniem ostatnim pana doktora politologii zważywszy na niedawny wyrok pana profesora Nałęcza mówiącego coś o „ignorancji” a nawet o „kompromitacji”. Nop bo jak to tak zaraz „aż taka wiedza” skoro „kompromitacja i ignorancja?” Ale co tam. Ważne jest, że pan Kessler potrafi z miejsca wytłumaczyć po jaką choinkę ta „profesjonalna ignorantka” o „dużej, kompromitującej wiedzy” prowadzi bloga skoro go tak naprawdę nie prowadzi. Wedle doktora z Zielonej Góry „istnieje niebezpieczeństwo, że Marta Kaczyńska jest jedynie figurantką a nawet marionetką w rękach prezesa. Wygląda na to, że to on dyktuje warunki.”* Dobrze, że doktor Kessler na tym poprzestał i nie zasugerował, że jak już Marta Kaczyńska, która ma pomóc swemu strasznemu stryjowi zawładnąć duszami młodych a przy okazji odwalać za niego brudną robotę w rodzaju mieszania z błotem „prof. Bartoszewskiego”, którego Jarosław Kaczyński zwyczajnie boi się tykać, to prezes wtedy zje Martę i jeszcze szpik wyssie. Aż się dziwię, że doktor Kessler nie wezwał na pomoc jakichś służb społecznych i Rzecznika Praw Dziecka by odebrali bratanicę strasznemu stryjowi. Na dobrą sprawę skoro „istnieje niebezpieczeństwo” to ja się pytam jak pan może, doktorze Kessler, tylko się przyglądać?! Przecież to chyba nawet karalne jest jak się ma świadomość „istniejącego niebezpieczeństwa” i się mu nie zapobiegnie!
Wniosek z tych wynurzeń „części ekspertów” i całego doktora Kesslera jest taki, że jak kto mądrze, z dużym znawstwem i w nienagannym stylu coś napisze to w ciemno można założyć, iż to bez dwóch zdań ręka samego Jarosława Kaczyńskiego. Taki „pisior” i „kaczysta” z szanownego pana politologa wyszedł. A i przy okazji można by się zastanowić czy nie antyfeminista.
Można ale zakładam że pan doktor na tę przypadłość nie cierpi. A swoje wnioski opiera na wnikliwej obserwacji. Bo czy faktycznie młoda prawniczka, wychowana w przesiąkniętym polityką domu i na dodatek mająca w rodzinie tak znaczących, czynnych polityków, ojca i stryja nota bene, mogłaby spłodzić coś takiego: „Stacje prywatne są przyjazne ekipie rządzącej, co jeden z przedstawicieli tego elitarnego grona jakiś czas temu publicznie przyznał. W telewizji i radiu publicznym z dniem zdjęcia z anteny programu, w którym poruszano tematy, o których naprawdę warto rozmawiać, dokonano ostatecznego wyczyszczenia pluralizmu. Beneficjentami dotacji z Ministerstwa Kultury pozostają dziwnym zbiegiem okoliczności niemal wyłącznie podmioty propagujące poglądy bliskie lub zbieżne z mainstreamowymi. Opozycyjne gazety można kupić jedynie spod lady.”** Nigdy! To jest absolutnie wykluczone!
Córki wybitnych polityków, pełniących wysokie funkcje państwowe NIGDY nie splamiłaby się czymś takim! Przecież wstyd w ogóle z czymś takim wyjść do ludzi! Córka wybitnego polityka, piastującego odpowiedzialne państwowe stanowisko ma do powiedzenia raczej coś takiego: „Tak jak obiecałam, pokazuję się w sukience kupionej w ZARZE. Powiem Wam szczerze, że póki co nie mam pomysłu na dodatki. Mam jeszcze trochę czasu do wyjścia więc może uda mi się podjąć jakąś decyzję:) A co Wy byście dobrały do tego stroju? Myślę, że trzeba być bardzo ostrożnym, przy tego typu sukienek. Jeden fałszywy ruch i można wyglądać jak członkini fanklubu Harleya Davidsona:)”***
I tu już żadnych wątpliwości nie ma. Przynajmniej nie zgłasza ich żadna tam „część ekspertów” ani też cały doktor politologii z Uniwersytetu Zielonogórskiego Ryszard Kessler.
Sugestia więc taka chyba z tego płynie, by Marta Kaczyńska w najbliższym tekście swojej koleżance, blogerce Kasi, podsunęła jakąś propozycję dodatków bo, nie daj Boże, Kasia jednak ów jeden fałszywy ruch popełni i fanklub Harleya Davidsona będzie miał nowego, choć mimowolnego członka. Ale za to jakiego!!!!!!! Tak więc do dzieła pani Marto! Los blogerki Kasi może być w Pani rękach!
ps. Zachęcam przede wszystkim do ostatniego linku. Nie naczyta się człowiek ale za to napatrzy. I o to chyba chodzi!
* http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,Ona-jest-marionetka-w-rekach-J-Kaczynskiego,wid,13193765,komentarz.htm
** http://niezalezna.pl/6664-fasada
*** http://www.makelifeeasier.pl/moda/black-leather-cd2/
Prawdziwy wymiar „Korony Himalajów” czyli… trudno uwierzyć
Nie chce mi się wierzyć choćby z tego powodu, że ta informacja znalazła się tylko w jednym serwisie prasowym. I to nie w którymś z tych szczególnie opiniotwórczych. Czytam w serwisie „Dziennika” informację zatytułowaną „Polska w gronie wykluczonych z Unii. Przez Berlin i Paryż”* a w niej dość szokującą informację o radykalnym podziale Wspólnoty. Sprowadza się ona do sygnalizowanego faktu wykluczenia naszego kraju z grona państw mających decydować o działaniach podejmowanych w związku z problemami wywołanymi ciągle obecnym kryzysem. Klucz podziału na tych, którzy decydować będą i tych, którzy tego przywileju nie otrzymali jest prosty i z pozoru oczywisty. Wśród 17 zaproszonych na tę część szczytu Unii, która zajmie się planami walki z kryzysem są tylko członkowie strefy Euro. Przyjecie takiego klucza jest jednak tylko pozornie oczywiste zważywszy na to, że kryzys jakoś szczególnie wybredny nie jest i na takie sprawy jak rodzaj waluty będący środkiem płatniczym za bardzo się nie ogląda. Może więc być a w zasadzie będzie na pewno tak, że w jakimś momencie my, jako członek Unii znajdziemy się wśród tych, którzy pomocy będą potrzebować lub będą musieli jej udzielać. To drugie bezpośrednio lub pośrednio. Tak przynajmniej widzę w swej naiwności i ograniczonej wyobraźni istotę Unii jako rzeczywistej wspólnoty. Widać się mylę.
Tak zresztą jak i nasza dyplomacja, która ponoć czyniła usilne starania o uzyskanie choćby statusu obserwatora tej właśnie części szczytu. Starania, które zakończyły się naszym niepowodzeniem za sprawą ponoć ostatnich dostojnych gości pana prezydenta Komorowskiego. To, tak na marginesie, pokazuje prawdziwą skalę owej „korony Himalajów”, ogłoszonej nie tak dawno przez Komorowskiego. Wymiar sprowadzający się w zasadzie tylko do tego, co kapitalnie odczytały media publikując relacje ze zdobywania kolejnych „szczytów” w formie pasującej najbardziej do kronik plotkarskich.
Zresztą cała sprawa nie może być sprowadzana tylko do dyskusji o skuteczności naszej dyplomacji. Jej klęską byłoby nawet uzyskanie tego odmówionego nam statusu „obserwatora”. Bo i on nie dawałby nam takiego udziału w podejmowanych decyzjach jaki otrzymała spora część państw Wspólnoty. Reakcje naszych towarzyszy niedoli, czyli państw potraktowanych podobnie, pokazują, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju presji na pozostających poza strefa euro by swe pozostawanie poza strefą poważnie przemyśleli. Presji wedle mnie mającej mało wspólnego z istotą suwerenności państwa w ramach Unii. Pokazuje to choćby reakcja Danii, która znalazła się w sytuacji nam podobnej. Premier Danii ogłosił jużogłosił rozpisanie referendum w sprawie przystąpienia do unii walutowej. Inni na razie tylko wyrażają niezadowolenie. U nas w tej sprawie cisza i jeśli cos się wyraża to tyle, że się zdobyło „koronę Himalajów”. Złośliwie i retorycznie zapytam po jaką cholerę się ja zdobywało skoro nic z niej nie wynika. Skoro hołubieni ostatnio i fetowani partnerzy z „trójkąta” okazują się istnymi „żmijami” na naszej piersi tak ostentacyjnie nas autując, że nawet nie mamy szansy zachowania twarzy poprzez to sugerowane „obserwowanie”. Domyślam się, że z braku odpowiedzi na te moje retoryczne pytanie mógłbym otrzymać sławna odpowiedź himalaistów: „bo jest”. Ta „korona Himalajów”. No jest… Widzieliśmy jej kawałek pod tym skąpym parasolem w Łazienkach.
Nie pierwszy raz pisze, że dyplomacja obecnej ekipy jest chyba wyłącznie dyplomacją „modnie skrojonych trenczy” w której stawia się wyłącznie na walkę o wizerunek. Nie mam pojęcia, czy wpływa na to świadomość tego, że w walce o wpływy nie mamy szans czy też po prostu taki przyjęliśmy priorytet, że ma przede wszystkim być „ładnie”.
Od dość dawna słuchamy zapewnień, że nasza rola w Unii i w ogóle w polityce zagranicznej systematycznie rośnie. Tyle, że poza tymi zapewnieniami niewiele, o ile cokolwiek o tym świadczy. Skoro nie dorośliśmy jeszcze do statusu „obserwatora” to gdzie do cholery teraz jesteśmy? Czy ktoś wie. I czy się do tego przyzna? A może to wszystko jest wydumane? Może nie przypadkiem nikt inny tego nie zauważa poza mało opiniotwórczą gazetą? To by wiele znaczyło i wiele wyjaśniało. I jeszcze ile nerwów by ukoiło!
Pewnie mało kto nie zetknął się ze sławnym „Paragrafem 22” Josefa Hellera. Kto zaś się zetknął nie mógł przeoczyć postaci byłego starszego szeregowca Wintergreena, który tak naprawdę miał słowo decydujące we wszystkich sprawach włoskiego teatru działań podczas wielkiej wojny. Za jego sprawą marionetkami stawali się różni wielo i jednogwiazdkowi generałowie.
W naszym przypadku marionetki znamy. Wszystkie obsługują smartfony, niektóre nawet laptopy, dostały precyzyjne wytyczne jak się ubrać i zachować oraz mają szefa w świetnie skrojonym trenczu i błyszczących „oksfordach”. Tylko kto do jasnej choinki jest tym Wintergreenem? I po jakiemu on mówi?
* http://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/324635,polska-w-gronie-wykluczonych-z-unii-przez-berlin-i-paryz.html
Tak zresztą jak i nasza dyplomacja, która ponoć czyniła usilne starania o uzyskanie choćby statusu obserwatora tej właśnie części szczytu. Starania, które zakończyły się naszym niepowodzeniem za sprawą ponoć ostatnich dostojnych gości pana prezydenta Komorowskiego. To, tak na marginesie, pokazuje prawdziwą skalę owej „korony Himalajów”, ogłoszonej nie tak dawno przez Komorowskiego. Wymiar sprowadzający się w zasadzie tylko do tego, co kapitalnie odczytały media publikując relacje ze zdobywania kolejnych „szczytów” w formie pasującej najbardziej do kronik plotkarskich.
Zresztą cała sprawa nie może być sprowadzana tylko do dyskusji o skuteczności naszej dyplomacji. Jej klęską byłoby nawet uzyskanie tego odmówionego nam statusu „obserwatora”. Bo i on nie dawałby nam takiego udziału w podejmowanych decyzjach jaki otrzymała spora część państw Wspólnoty. Reakcje naszych towarzyszy niedoli, czyli państw potraktowanych podobnie, pokazują, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju presji na pozostających poza strefa euro by swe pozostawanie poza strefą poważnie przemyśleli. Presji wedle mnie mającej mało wspólnego z istotą suwerenności państwa w ramach Unii. Pokazuje to choćby reakcja Danii, która znalazła się w sytuacji nam podobnej. Premier Danii ogłosił jużogłosił rozpisanie referendum w sprawie przystąpienia do unii walutowej. Inni na razie tylko wyrażają niezadowolenie. U nas w tej sprawie cisza i jeśli cos się wyraża to tyle, że się zdobyło „koronę Himalajów”. Złośliwie i retorycznie zapytam po jaką cholerę się ja zdobywało skoro nic z niej nie wynika. Skoro hołubieni ostatnio i fetowani partnerzy z „trójkąta” okazują się istnymi „żmijami” na naszej piersi tak ostentacyjnie nas autując, że nawet nie mamy szansy zachowania twarzy poprzez to sugerowane „obserwowanie”. Domyślam się, że z braku odpowiedzi na te moje retoryczne pytanie mógłbym otrzymać sławna odpowiedź himalaistów: „bo jest”. Ta „korona Himalajów”. No jest… Widzieliśmy jej kawałek pod tym skąpym parasolem w Łazienkach.
Nie pierwszy raz pisze, że dyplomacja obecnej ekipy jest chyba wyłącznie dyplomacją „modnie skrojonych trenczy” w której stawia się wyłącznie na walkę o wizerunek. Nie mam pojęcia, czy wpływa na to świadomość tego, że w walce o wpływy nie mamy szans czy też po prostu taki przyjęliśmy priorytet, że ma przede wszystkim być „ładnie”.
Od dość dawna słuchamy zapewnień, że nasza rola w Unii i w ogóle w polityce zagranicznej systematycznie rośnie. Tyle, że poza tymi zapewnieniami niewiele, o ile cokolwiek o tym świadczy. Skoro nie dorośliśmy jeszcze do statusu „obserwatora” to gdzie do cholery teraz jesteśmy? Czy ktoś wie. I czy się do tego przyzna? A może to wszystko jest wydumane? Może nie przypadkiem nikt inny tego nie zauważa poza mało opiniotwórczą gazetą? To by wiele znaczyło i wiele wyjaśniało. I jeszcze ile nerwów by ukoiło!
Pewnie mało kto nie zetknął się ze sławnym „Paragrafem 22” Josefa Hellera. Kto zaś się zetknął nie mógł przeoczyć postaci byłego starszego szeregowca Wintergreena, który tak naprawdę miał słowo decydujące we wszystkich sprawach włoskiego teatru działań podczas wielkiej wojny. Za jego sprawą marionetkami stawali się różni wielo i jednogwiazdkowi generałowie.
W naszym przypadku marionetki znamy. Wszystkie obsługują smartfony, niektóre nawet laptopy, dostały precyzyjne wytyczne jak się ubrać i zachować oraz mają szefa w świetnie skrojonym trenczu i błyszczących „oksfordach”. Tylko kto do jasnej choinki jest tym Wintergreenem? I po jakiemu on mówi?
* http://wiadomosci.dziennik.pl/swiat/artykuly/324635,polska-w-gronie-wykluczonych-z-unii-przez-berlin-i-paryz.html
czwartek, 3 marca 2011
Pierwszy brukowiec III RP
„Okropnie smutne i rozczarowujące, że młody prawnik ze świetlaną przyszłością angażuje się w takie gówniane interesy. Żeby chociaż była to jakaś porządna piramida finansowa, mielibyśmy w perspektywie własnego Madoffa. A u nas, niestety, jak zawsze - wszystko na ćwierć gwizdka. Nawet afery. Czy Dubienieckiego nie stać na coś więcej?”* kończy swoje wynurzenia, czynione bez najmniejszej wątpliwości na pełen gwizdek a może nawet „gwizdek z dopalaczem”, wschodząca gwiazda „gównianych interesów” „Gazety Wyborczej”, „dziennikarz” Grzegorz Sroczyński. Pewnie z dumą stawiał ostatnia kropkę w tym akapicie czując się niemal jakCarl Bernstein albo też Bob Woodward. A może nawet jak obaj razem i „Głębokie gardło” przy okazji. Bo przecież nie da się inaczej jak tylko mając poczucie misji i coś w rodzaju doskonale czarnych gogli spawalniczych na oczach by nie zauważyć w jakiej pozycji postawiono jego talent czy tam „stan gotowości” albo zwykły, zawodowy oportunizm.
Punktem wyjścia do tego zacytowanego szczytowania redaktora Sroczyńskiego jest poczucie szczerej radości z powodu faktu, że „Tabloidy - za wczorajszą "Gazetą Wyborczą" - maglują sprawę …”. Faktycznie jest to powodem do radości ale, bynajmniej ani dla pana Grzegorza ani dla redakcji z Czerskiej a już najmniej dla wszelkich związanych z nią „autorytetów moralnych”. No bo jak to brzmi, z punktu widzenia tych poważnych redaktorów i tych czcigodnych „autorytetów” gdy tak zacna redakcja, choćby nawet i ustami czy tam rękami kogoś tak mało jeszcze w tamtejszej redakcji znaczącego jak pan Sroczyński, ogłasza, że właśnie stoczyła się na pozycję „kreatora trendów rodzimej prasy brukowej”.
Przyznam, że pierwszy materiał najświeższego serialu „Wyborczej” wzbudził we mnie nieco złości bo odbierałem go tylko jako bezpardonowy i bezwzględny atak wymierzony poniżej pasa znienawidzonego na Czerskiej politycznego wroga. Którym, co oczywiste, nie był, nie jest i nigdy nie będzie Marcin Dubieniecki. To taka uwaga dla mniej wnikliwych i mniej wyrobionych czytelników wspomnianego organu Z każdą następną rewelacją czułem już tylko pomieszanie rozbawienia i politowania. Takiego, które da się zamknąć w krótkiej konkluzji: „No i co cyngle? Naprawdę nic nie macie na Kaczyńskiego, że kopiecie po bokach?”
Oczywiście nie mam wątpliwości, że stada wyznawców Red. Naczelnego, gotowe wszak na wiele gdy im Red. Naczelny wyklaruje, że etos tego wymaga, oraz „zoologicznych” (jak mawia czasem Red. Naczelny) antypisówców z miejsca kupi tezę, że największym zagrożeniem dla polskiej demokracji jest „sprawca wielu afer” (jak „nie wprost” „nie sugeruje” „Gazeta” dłonią red. Sroczyńskiego), prawnik M. Dubieniecki (pewnie by chętnie napisano zamaszyście Marcin D. ale wtedy głupszy czytelnik by się nie połapał i strzał byłby mocno chybiony). Nie takie tezy kupowali i jedyne co mi pozostało to tylko zadedykować im wyczytany u wyrusa cytat zElizabeth George z lekka modyfikacją:
Jezu Chryste, zlituj się nad NIMI wszystkimi**
Dla nich nic więcej zrobić już nie jesteśmy w stanie. Jakoś szczególnie mi z tego powodu markotno nie jest…
Tym bardziej, że dla tych, którzy w gronie wspomnianych nieszczęśników się nie znaleźli cała ta „śledcza” działalność „gwizdków” z „Wyborczej”, wśród których na pierwszym planie znajdują się znani skądinąd ze „znakomitego warsztatu”, „niezwykle etyczni” oraz „krystalicznie czyści” panowie Głuchowski i Kowalski, jest powodem równie pozytywnych odczuć. Ci dwaj na przykład, na „sztos” rzucili cały swój talent „wybitnych reportażystów” co i widać wyraźnie gdy czyta się smakowite literacko wytwory tegoż talentu w rodzaju: „Uwadze tabloidów nie uszło, że gdy Marta Kaczyńska -Dubieniecka odebrała trzymilionowe odszkodowanie za śmierć rodziców, on wymienił luksusowego SUV-a BMW X6 (za niespełna pół miliona zł) na ekstrawaganckie porsche 911 carrera (grubo ponad pół miliona). Wcześniej jeździł terenowym subaru.”***. Cóż za mistrzostwo w wychwyceniu tej „koincydencji czasowej” między „odebrała” i „wymienił” i co za precyzja w radzeniu sobie z takim niuansem jak różnica między „niespełna pół miliona” i „grubo ponad pół miliona”. I tylko nie rozumiem czemu zapomnieli podać „po czemu był” ten subaru terenowy. Czy za „niespełna” czy za „grubo ponad”? No ale nie zabrakło szczerego wyznania, że uwadze „tabloidu” to jednak nie uszło. Dzięki za tę szczerość.
Oto więc oglądamy sobie (ja idąc do pracy i widząc eksponowany w kioskach „opiniotwórczy tabloid”), szanowny Red.Naczelny et consortes, te wasze wygibasy będące żałosną próba dokopania ( w sensie „robótek nożnych”) się do Prezesa PiS oraz, cytując sławnego przed wojną Stanisława Cichockiego, znanego jako Szpicbródka, „cytamy sobie, rycymy na całe gardło i myślimy „a gówXX!” :)
* http://wyborcza.pl/1,75968,9194076,Dubienieckiego_nie_stac_na_wiecej_.html?fb_xd_fragment#?=&cb=f26738f236da83c&relation=parent.parent&transport=fragment&type=resize&height=21&width=120#ixzz1FXcUUWAu
** http://tekstowisko.blogspot.com/2011/02/cytat-z-elizabeth-george.html
*** http://wyborcza.pl/1,75478,9192362,Dubieniecki__Wykonalem_zlecenie_klienta.html#ixzz1FYLAJvWO
Punktem wyjścia do tego zacytowanego szczytowania redaktora Sroczyńskiego jest poczucie szczerej radości z powodu faktu, że „Tabloidy - za wczorajszą "Gazetą Wyborczą" - maglują sprawę …”. Faktycznie jest to powodem do radości ale, bynajmniej ani dla pana Grzegorza ani dla redakcji z Czerskiej a już najmniej dla wszelkich związanych z nią „autorytetów moralnych”. No bo jak to brzmi, z punktu widzenia tych poważnych redaktorów i tych czcigodnych „autorytetów” gdy tak zacna redakcja, choćby nawet i ustami czy tam rękami kogoś tak mało jeszcze w tamtejszej redakcji znaczącego jak pan Sroczyński, ogłasza, że właśnie stoczyła się na pozycję „kreatora trendów rodzimej prasy brukowej”.
Przyznam, że pierwszy materiał najświeższego serialu „Wyborczej” wzbudził we mnie nieco złości bo odbierałem go tylko jako bezpardonowy i bezwzględny atak wymierzony poniżej pasa znienawidzonego na Czerskiej politycznego wroga. Którym, co oczywiste, nie był, nie jest i nigdy nie będzie Marcin Dubieniecki. To taka uwaga dla mniej wnikliwych i mniej wyrobionych czytelników wspomnianego organu Z każdą następną rewelacją czułem już tylko pomieszanie rozbawienia i politowania. Takiego, które da się zamknąć w krótkiej konkluzji: „No i co cyngle? Naprawdę nic nie macie na Kaczyńskiego, że kopiecie po bokach?”
Oczywiście nie mam wątpliwości, że stada wyznawców Red. Naczelnego, gotowe wszak na wiele gdy im Red. Naczelny wyklaruje, że etos tego wymaga, oraz „zoologicznych” (jak mawia czasem Red. Naczelny) antypisówców z miejsca kupi tezę, że największym zagrożeniem dla polskiej demokracji jest „sprawca wielu afer” (jak „nie wprost” „nie sugeruje” „Gazeta” dłonią red. Sroczyńskiego), prawnik M. Dubieniecki (pewnie by chętnie napisano zamaszyście Marcin D. ale wtedy głupszy czytelnik by się nie połapał i strzał byłby mocno chybiony). Nie takie tezy kupowali i jedyne co mi pozostało to tylko zadedykować im wyczytany u wyrusa cytat zElizabeth George z lekka modyfikacją:
Jezu Chryste, zlituj się nad NIMI wszystkimi**
Dla nich nic więcej zrobić już nie jesteśmy w stanie. Jakoś szczególnie mi z tego powodu markotno nie jest…
Tym bardziej, że dla tych, którzy w gronie wspomnianych nieszczęśników się nie znaleźli cała ta „śledcza” działalność „gwizdków” z „Wyborczej”, wśród których na pierwszym planie znajdują się znani skądinąd ze „znakomitego warsztatu”, „niezwykle etyczni” oraz „krystalicznie czyści” panowie Głuchowski i Kowalski, jest powodem równie pozytywnych odczuć. Ci dwaj na przykład, na „sztos” rzucili cały swój talent „wybitnych reportażystów” co i widać wyraźnie gdy czyta się smakowite literacko wytwory tegoż talentu w rodzaju: „Uwadze tabloidów nie uszło, że gdy Marta Kaczyńska -Dubieniecka odebrała trzymilionowe odszkodowanie za śmierć rodziców, on wymienił luksusowego SUV-a BMW X6 (za niespełna pół miliona zł) na ekstrawaganckie porsche 911 carrera (grubo ponad pół miliona). Wcześniej jeździł terenowym subaru.”***. Cóż za mistrzostwo w wychwyceniu tej „koincydencji czasowej” między „odebrała” i „wymienił” i co za precyzja w radzeniu sobie z takim niuansem jak różnica między „niespełna pół miliona” i „grubo ponad pół miliona”. I tylko nie rozumiem czemu zapomnieli podać „po czemu był” ten subaru terenowy. Czy za „niespełna” czy za „grubo ponad”? No ale nie zabrakło szczerego wyznania, że uwadze „tabloidu” to jednak nie uszło. Dzięki za tę szczerość.
Oto więc oglądamy sobie (ja idąc do pracy i widząc eksponowany w kioskach „opiniotwórczy tabloid”), szanowny Red.Naczelny et consortes, te wasze wygibasy będące żałosną próba dokopania ( w sensie „robótek nożnych”) się do Prezesa PiS oraz, cytując sławnego przed wojną Stanisława Cichockiego, znanego jako Szpicbródka, „cytamy sobie, rycymy na całe gardło i myślimy „a gówXX!” :)
* http://wyborcza.pl/1,75968,9194076,Dubienieckiego_nie_stac_na_wiecej_.html?fb_xd_fragment#?=&cb=f26738f236da83c&relation=parent.parent&transport=fragment&type=resize&height=21&width=120#ixzz1FXcUUWAu
** http://tekstowisko.blogspot.com/2011/02/cytat-z-elizabeth-george.html
*** http://wyborcza.pl/1,75478,9192362,Dubieniecki__Wykonalem_zlecenie_klienta.html#ixzz1FYLAJvWO
wtorek, 1 marca 2011
Pytania, których zadawać nie wolno… (polemiki)
Rzecz jest wałkowana ostatnio na wszystkie strony ale z toku tego wałkowania wychodzi, że to dobrze. Bo przy okazji, niejako na zasadzie bonusu, to i owo wychodzi dodatkowo. Nawet mi się lekko zrymowało…
Po fali bezkompromisowej krytyki pana Ministra, co to, wedle słów samego Premiera, „podzielił się […] przemyśleniami z szefem państwowej agencji, jaką jest PAP”* przyszła fala druga. Niosąca panu Ministrowi otuchę i zrozumienie dla tej jego chęci „dzielenia się przemyśleniami”. I znajdująca cała masę uzasadnień dla tego, co „dzieląc się przemyśleniami” tak naprawdę zrobił. Ot choćby wypowiada się na ten temat kolega folt37 w tekście zatytułowanym „Naciski Min. Arabskiego z moralnością w tle” (tytuł podaję w transkrypcji starającej się odgadnąć intencje autora…)** racjonalizując długim opisem postępowanie ministra tłumaczenie zamyka taką niezwykle zręczną klamrą, wychodząc od stwierdzenia „Wizyty premiera za granicą mają charakter regulowania problemów współpracy zagranicznej, a nie zajmowanie się sprawami wewnętrznymi.” i kończąc rzecz w sposób następujący „Na tle powyższego w pełni zasadna wydaje się reakcja min. Arabskiego, który nie bez racji określił ją jako działanie w imię polskiej racji stanu.”**
Pięknie to wyszło autorowi a i zamieszczona pośrodku miedzy tymi zdaniami argumentacja jest cudnej urody. Sprowadza się ona z grubsza do tego, że z całej reprywatyzacji państwo polskie zdołało tylko zająć się naprawą krzywd Kościoła Katolickiego zapominając solidarnie i o trzymanym prawem kaduka (najczęściej dosłownie) mieniu pożydowskim i o pokrzywdzonych obywatelach polskich innej niż mojżeszowa proweniencji. Czego tamci z radością z cała pewnością przyjąć nie mogą. Publiczne mówienie w takiej sytuacji o reprywatyzacji samo w sobie byłoby niezręcznością, zaś mówienie o tym na oczach społeczności żydowskiej byłoby niezręcznością szczególną. Natomiast zadawanie pytań o to i oczekiwanie odpowiedzi na wspomniane pytanie to już nie jest niezręczność ale zgoła zdrada stanu.
Konkluzje kolegi folt37 współbrzmią z opinią pana posła Niesiołowskiego, który uważa, że to, co niektórzy uznali za oczywiste naruszenie wolności mediów w istocie „To nie jest zamykanie ust, to odpowiedzialne działanie ministra”. Odpowiedzialny minister zrobił więc to, co powinien gdyż „Pewnych pytań nie wolno zadawać „. Broniąc tego stanowiska Niesiołowski zaznacza, że „Jeżeli się ustala, że to pytanie w Izraelu ma nie paść, no to powinno się go w imieniu odpowiedzialności za Polskę nie zadawać. To nie jest żadna cenzura”***. Nie jestem Niesiołowskim i nie za bardzo rozumiem kilku rzeczy, które pan poseł a zapewne i pan Premier rozumieją doskonale. Pierwszą niewiadomą dla mnie jest to, kto z kim i kiedy ustalił, że „pytanie ma nie paść”. Jeszcze bardziej ciekawe wydaje mi się, że wedle pana posła pytanie paść nie mogło akurat w Izraelu. Co pan Niesiołowski ma przeciwko Izraelowi? A przy okazji takie pytanie do pana Niesiołowskiego czy nie ma on takiego poczucia, że od odpowiedzialnych ministrów, biorąc pod uwagę przytoczone przez niego kryterium, szczególnie roiło się za poprzedniego systemu, w czasach PRL-u. Wtedy prawie każdy z tych dygnitarzy, z zamkniętymi oczami, potrafił wymienić całą masę pytań, których „nie wolno zadawać”. Ale wróćmy do sprawy.
Od biedy mogę przyjąć i finezyjne argumenty kolegi folt37 a nawet, jak się zepnę i sprężę, łopatologię pana Niesiołowskiego. Mogę założyć i przyjąć, że gdyby jakiś dziennikarz, z głupia frant postanowił, złośliwie czy dla żartu, zadać Premierowi jakieś podchwytliwe czy kłopotliwe pytanie akurat w Izraelu by go publicznie i na oczach milionów widzów ośmieszyć czy upokorzyć, byłoby to faktycznie sprzeczne z polską racją stanu.
W tym przypadku jednak zarzucanie czegoś podobnego dziennikarzowi jest chyba jednak nadużyciem jeśli nie kalumnią wręcz. To, że dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej miał zadać akurat to pytanie wobec którego wywołane zostało całe zamieszanie i że zamierzał to zrobić akurat w Izraelu nie wynikało ani ze złośliwości ani nie było żadnym żartem. Stać się to miało z bardzo oczywistego powodu.
Pytanie dotyczyło ustawy, której opracowanie i przyjęcie zapowiedział w kwietniu 2008 roku Donald Tusk. Owa zapowiedź miała miejsce również w Izraelu.
Nie mam pojęcia czemu akurat tamto miejsce Premier uznał za najwłaściwsze by tę zapowiedź czy też obietnicę upublicznić. Miał widać w tym jakiś swój a może i zgodny z polską racją stanu cel. Ale w tej sytuacji nie jest niczym dziwnym, że teraz w podobnych, by nie rzec takich samych, okolicznościach próbuje się go z tej niedotrzymanej zapowiedzi rozliczyć.
Tak mi z tej sugerowanej logiki działań zwanych tutaj „racją stanu” wynika, że jeśli wspomniane pytanie z ową racją jest sprzeczne to i tamta zapowiedź też była z nią na bakier. Jeśli natomiast Premier w 2008 roku postępował zgodnie z racją stanu to i rozliczenie go ze złożonej obietnicy tej racji nie zaszkodzi. Jeśli już, to raczej szkodzi jej niewątpliwa opieszałość czy też nieudolność pana Premiera. I szkodzi też ta „odpowiedzialność” pana Ministra, który w przyszłości, jeśli będzie miał ochotę dzielić się z kimś „przemyśleniami” może by uszczęśliwił tym na przykład swą wielce szanowną małżonkę (jeśli posiada takową) a nie koniecznie przełożonych osób, których jego „przemyślenia” dotyczą.
* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/tusk-ucina-spekulacje-to-bylaby-tandetna-zagrywka,1,4197282,wiadomosc.html
** http://foltynowicz.salon24.pl/283072,naciski-min-arabskiego-z-moralnoscia-w-tle
*** http://www.wprost.pl/ar/233725/Niesiolowski-pewnych-pytan-nie-wolno-zadawac/
Po fali bezkompromisowej krytyki pana Ministra, co to, wedle słów samego Premiera, „podzielił się […] przemyśleniami z szefem państwowej agencji, jaką jest PAP”* przyszła fala druga. Niosąca panu Ministrowi otuchę i zrozumienie dla tej jego chęci „dzielenia się przemyśleniami”. I znajdująca cała masę uzasadnień dla tego, co „dzieląc się przemyśleniami” tak naprawdę zrobił. Ot choćby wypowiada się na ten temat kolega folt37 w tekście zatytułowanym „Naciski Min. Arabskiego z moralnością w tle” (tytuł podaję w transkrypcji starającej się odgadnąć intencje autora…)** racjonalizując długim opisem postępowanie ministra tłumaczenie zamyka taką niezwykle zręczną klamrą, wychodząc od stwierdzenia „Wizyty premiera za granicą mają charakter regulowania problemów współpracy zagranicznej, a nie zajmowanie się sprawami wewnętrznymi.” i kończąc rzecz w sposób następujący „Na tle powyższego w pełni zasadna wydaje się reakcja min. Arabskiego, który nie bez racji określił ją jako działanie w imię polskiej racji stanu.”**
Pięknie to wyszło autorowi a i zamieszczona pośrodku miedzy tymi zdaniami argumentacja jest cudnej urody. Sprowadza się ona z grubsza do tego, że z całej reprywatyzacji państwo polskie zdołało tylko zająć się naprawą krzywd Kościoła Katolickiego zapominając solidarnie i o trzymanym prawem kaduka (najczęściej dosłownie) mieniu pożydowskim i o pokrzywdzonych obywatelach polskich innej niż mojżeszowa proweniencji. Czego tamci z radością z cała pewnością przyjąć nie mogą. Publiczne mówienie w takiej sytuacji o reprywatyzacji samo w sobie byłoby niezręcznością, zaś mówienie o tym na oczach społeczności żydowskiej byłoby niezręcznością szczególną. Natomiast zadawanie pytań o to i oczekiwanie odpowiedzi na wspomniane pytanie to już nie jest niezręczność ale zgoła zdrada stanu.
Konkluzje kolegi folt37 współbrzmią z opinią pana posła Niesiołowskiego, który uważa, że to, co niektórzy uznali za oczywiste naruszenie wolności mediów w istocie „To nie jest zamykanie ust, to odpowiedzialne działanie ministra”. Odpowiedzialny minister zrobił więc to, co powinien gdyż „Pewnych pytań nie wolno zadawać „. Broniąc tego stanowiska Niesiołowski zaznacza, że „Jeżeli się ustala, że to pytanie w Izraelu ma nie paść, no to powinno się go w imieniu odpowiedzialności za Polskę nie zadawać. To nie jest żadna cenzura”***. Nie jestem Niesiołowskim i nie za bardzo rozumiem kilku rzeczy, które pan poseł a zapewne i pan Premier rozumieją doskonale. Pierwszą niewiadomą dla mnie jest to, kto z kim i kiedy ustalił, że „pytanie ma nie paść”. Jeszcze bardziej ciekawe wydaje mi się, że wedle pana posła pytanie paść nie mogło akurat w Izraelu. Co pan Niesiołowski ma przeciwko Izraelowi? A przy okazji takie pytanie do pana Niesiołowskiego czy nie ma on takiego poczucia, że od odpowiedzialnych ministrów, biorąc pod uwagę przytoczone przez niego kryterium, szczególnie roiło się za poprzedniego systemu, w czasach PRL-u. Wtedy prawie każdy z tych dygnitarzy, z zamkniętymi oczami, potrafił wymienić całą masę pytań, których „nie wolno zadawać”. Ale wróćmy do sprawy.
Od biedy mogę przyjąć i finezyjne argumenty kolegi folt37 a nawet, jak się zepnę i sprężę, łopatologię pana Niesiołowskiego. Mogę założyć i przyjąć, że gdyby jakiś dziennikarz, z głupia frant postanowił, złośliwie czy dla żartu, zadać Premierowi jakieś podchwytliwe czy kłopotliwe pytanie akurat w Izraelu by go publicznie i na oczach milionów widzów ośmieszyć czy upokorzyć, byłoby to faktycznie sprzeczne z polską racją stanu.
W tym przypadku jednak zarzucanie czegoś podobnego dziennikarzowi jest chyba jednak nadużyciem jeśli nie kalumnią wręcz. To, że dziennikarz Polskiej Agencji Prasowej miał zadać akurat to pytanie wobec którego wywołane zostało całe zamieszanie i że zamierzał to zrobić akurat w Izraelu nie wynikało ani ze złośliwości ani nie było żadnym żartem. Stać się to miało z bardzo oczywistego powodu.
Pytanie dotyczyło ustawy, której opracowanie i przyjęcie zapowiedział w kwietniu 2008 roku Donald Tusk. Owa zapowiedź miała miejsce również w Izraelu.
Nie mam pojęcia czemu akurat tamto miejsce Premier uznał za najwłaściwsze by tę zapowiedź czy też obietnicę upublicznić. Miał widać w tym jakiś swój a może i zgodny z polską racją stanu cel. Ale w tej sytuacji nie jest niczym dziwnym, że teraz w podobnych, by nie rzec takich samych, okolicznościach próbuje się go z tej niedotrzymanej zapowiedzi rozliczyć.
Tak mi z tej sugerowanej logiki działań zwanych tutaj „racją stanu” wynika, że jeśli wspomniane pytanie z ową racją jest sprzeczne to i tamta zapowiedź też była z nią na bakier. Jeśli natomiast Premier w 2008 roku postępował zgodnie z racją stanu to i rozliczenie go ze złożonej obietnicy tej racji nie zaszkodzi. Jeśli już, to raczej szkodzi jej niewątpliwa opieszałość czy też nieudolność pana Premiera. I szkodzi też ta „odpowiedzialność” pana Ministra, który w przyszłości, jeśli będzie miał ochotę dzielić się z kimś „przemyśleniami” może by uszczęśliwił tym na przykład swą wielce szanowną małżonkę (jeśli posiada takową) a nie koniecznie przełożonych osób, których jego „przemyślenia” dotyczą.
* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/tusk-ucina-spekulacje-to-bylaby-tandetna-zagrywka,1,4197282,wiadomosc.html
** http://foltynowicz.salon24.pl/283072,naciski-min-arabskiego-z-moralnoscia-w-tle
*** http://www.wprost.pl/ar/233725/Niesiolowski-pewnych-pytan-nie-wolno-zadawac/
Subskrybuj:
Posty (Atom)