sobota, 15 stycznia 2011

„… w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono”

Na początek streszczenie sprawy w kształcie, jaki miała do wczoraj. 21 grudnia opublikowałem w Salonie24 list otwarty, zatytułowany „Honor mi przyzwoitość – list do gen. Parulskiego”*. Tego samego dnia opublikowaną treść przesłałem pocztą elektroniczną na adres rzecznika prasowego Naczelnej Prokuratury Wojskowej oraz do sekretariatu Prokuratora Generalnego, pana Andrzeja Seremeta. Próbowałem zainteresować treścią również „Rzeczpospolitą” ale bez rezultatu i ostatecznie został on, za moją zgoda przedrukowany przez „Warszawską Gazetę” w dniu 29 grudnia minionego roku.

Prawdę mówiąc wówczas miałem powody sądzić, że na tym się rzecz zakończy. Zmieniłem nieco zdanie gdy 28 grudnia od pani Anny Więcek (nie sprawdzałem jakie pełni ona stanowisko) otrzymałem kopię (skan) pisma z dnia 27 grudnia, podpisanego przez panią Prokurator Janinę Serowik, prokuratora Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga oddelegowanej do Prokuratury Generalne, w którym, na podstawie przepisów Kodeksu Postępowania Administracyjnego, mój list przekazano, zgodnie z właściwością, czyli do Naczelnej Prokuratury Wojskowej.



dla chętnych , adres gdzie zamieściłem przesłany skan: http://www.flickr.com/photos/33171931@N07/5356595382/)


To sprawiało, iż miałem prawo oczekiwać jakiejś reakcji tej ostatniej instytucji. Tak po prostu nakazują przepisy. Wczoraj nastąpiła niespodziewana-spodziewana reakcja w postaci przekazanego pocztą elektroniczną listu pana płk. Zbigniewa Rzepy, Rzecznika prasowego NPW. Pozwolę sobie na publikację:


Od:Zbigniew Rzepa

Do: mnie

Wysłano: 14.01.2011 (23 godzin temu)

Temat: odpowiedź na list z dnia 21 grudnia 2010 roku;

[ odnośnie godziny wysłania - pisane 15.01.2011 r., godz. 7.43]


Szanowny Panie,


W nawiązaniu do Pańskiego pisma z dnia 21 grudnia 2010 roku, uprzejmie informuję, iż Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, postanowieniem z dnia 11 stycznia 2011 roku, wyłączyła do odrębnego postępowania karnego materiały w sprawie rozpowszechniania publicznego, bez zezwolenia, wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim zostały one ujawnione w postępowaniu sądowym; chodzi tu o informacje opublikowane w dniu 17 grudnia 2010 roku, w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, w artykule pt. „Jak znaleziono Lecha Kaczyńskiego”; tj. o czyn zabroniony określony w art. 241 § 1 kk. Konsekwencją procesową wskazanego wyżej postanowienia będzie przekazanie sprawy według właściwości prokuraturze powszechnej, która dalej poprowadzi postępowanie w tym zakresie.

Jak wynika z dotychczasowych, jednoznacznych ustaleń, w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.



Z poważaniem,



Płk Zbigniew Rzepa

Rzecznik prasowy NPW



Przyznam, że pierwszym wrażeniem z lektury przytoczonej korespondencji było przypomnienie sobie dowcipu z lat bodaj pięćdziesiątych o reprezentacji Polski, która w meczu z ZSRR strzeliła bramkę ale, niestety, radziecki bramkarz jej nie uznał. Przyszedł mi on do głowy gdy zestawiłem ze sobą zdania „Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, postanowieniem z dnia 11 stycznia 2011 roku, wyłączyła do odrębnego postępowania karnego materiały w sprawie”i „z dotychczasowych, jednoznacznych ustaleń, w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.


Powiem szczerze, ze gdyby mi przyszło zajmować się, szczególnie w „odrębnym postępowaniu karnym, wyjaśnieniem czy dopuściłem się jakiegokolwiek działania mogącego nosić znamiona złamania prawa to pewnie w 100% stwierdziłbym „w sposób nie budzący wątpliwości”, że się czegoś takiego w żadnym przypadku nie odpuściłem. Nie wiem czy prokuratorom z Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie nie postała w głowie myśl, że jeśli w swoje własnej sprawie „w sposób nie budzący wątpliwości” stwierdzą, że wszystko jest OK. to „nie będzie to budzić wątpliwości” zapewne tylko ich samych. A już chociażby ich przełożonych powinno. Choć czy będzie budzić wątpię skoro dali szansę by do konkluzji o braku wątpliwości w ogóle doszło w taki właśnie sposób. Bo jak wiadomo od dawna Nemo iudex in causa sua (nikt nie może być sędzią we własnej sprawie) ponieważ Nemo non benignus est sui iudex (nikt nie jest dla siebie nieprzychylnym sędzią).

Ale załóżmy, że się czepiam, że mamy tu do czynienia z takim wyjątkiem, przypadkiem jednym na milion gdy odpowiedzialni śledczy, nie zważając na ewentualne konsekwencje dla swej firmy a i może dla siebie, wzięli się do roboty jak należy i przeprowadzili postępowanie tak, że tylko sama ziemia po ich przejściu została. Trochę trudno w to uwierzyć, gdy zestawi się datę 11 stycznia, kiedy wyłączono „do odrębnego postępowania karnego”sprawę ,opublikowania w dniu 17 grudnia 2010 roku, w dzienniku „Gazeta Wyborcza”, w artykule pt. „Jak znaleziono Lecha Kaczyńskiego” wiadomości ze śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, zanim zostały one ujawnione w postępowaniu sądowym; ( czyn zabroniony określony w art. 241 § 1 kk.) z datą 14 stycznia, gdy na mojej poczcie znalazło się zapewnienie pana Rzepy, że „w sposób nie budzący wątpliwości wykluczono, aby ujawnienie tych materiałów miało miejsce w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie”. Prawdę mówiąc nie wiem, z czego wyłączono ten watek i czy dopiero po wyłączeniu zaczęto badać tak by tę konkretną sprawę wyjaśnić. Przez to tempo pioruńskie, z którego wychodzi mi, że w tej konkretnej sprawie rzecz załatwiono w dwa dni (bo przecież jeszcze pan Rzepa musiał dostać rzecz na biurko, zapoznać się z nią i o 9.22 rano 14 stycznia pchnąć do mnie pocztę!). Mam też takie podejrzenie, że to błyskawiczne „wyłączenie” nastąpiło właśnie po to, by wątek zaraz zakończyć cytowaną konkluzją, by nie „wlókł” się „niepotrzebnie” za tą tajemną „większą całością” będąc tylko niepotrzebnym kłopotem dla prowadzących ją prokuratorów z Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie.

Ale wróćmy do założenia, że prokuratorzy i Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie są w porządku i z przekazaniem panu Czuchnowskiemu „nieoficjalnie” opatrzonych bezwzględnymi klauzulami materiałów (w tym filmów i fotografii) nie mają nic wspólnego. Daje to nadzieję, że sprawa, zachowując dotychczasowe zawrotne tępo, w kilka kolejnych dni powinna zostać wyjaśniona wskazaniem „życzliwej” dla dziennikarza „Wyborczej” osoby spoza Prokuratury. Wszak ten zasób materiałów nie mógł być dostępny zbyt szerokiemu kręgowi osób a już mało kto (ja mam wątpliwość czy w ogóle, mimo zapewnieniom Prokuratury) dostał do własnej (i, jak wyszło, pana Czuchnowskiego) dyspozycji „osobisty” pakiet. Bo po co?! Jeśli jednak ktoś taki był, łatwo prokuratorzy (podobnie łatwo jak „w sposób nie budzący wątpliwości wykluczyli”) dotrą do tej osoby. Wszak przekazanie materiałów odbyło się (jak śmiem mniemać) zgodnie z jakąś procedurą. Aż nie chcę myśleć gdzie może być usytuowana osoba z takimi przywilejami dostępu.

Załóżmy jednak coś fantastycznego. Załóżmy, że pan Czuchnowski znalazł po prostu jakiegoś, nie mającego żadnego (!) związku z czynnikami oficjalnymi „hobbystę”, który sam z siebie zgromadził rzeczony materiał, na którym pan redaktor „Wyborczej” bazował. Oczywiście możemy zakładać ale…

Materiały Czuchnowskiego powstały po części rękami obecnych w Smoleńsku BOR-owców oraz wysłanych tam prokuratorów. Jest wprawdzie możliwe, że chodził pan Czuchnowski od człowieka do człowieka i wydobywał ich „prywatne kopie” (panie płk. Rzepo, czy takie „prywatne kopie” istniały i czy istnieć mogły???) materiałów, które zabezpieczyła prokuratura odpowiednimi klauzulami. Tyle, że by zgromadzić materiał, którym dysponował, musiał Czuchnowski zetknąć się również z życzliwością niektórych prokuratorów. Gdyż część dokumentacji tworzyli oni. Poza tym w taki sposób „źródło” a raczej „źródła” Czuchnowskiego znaliby wszyscy bo tego nie dałoby się zrobić dyskretnie. Jeśli więc wspomniany materiał trafił do Czuchnowskiego z jednego źródła to, sorry panie płk Rzepo, mógł trafić tylko z Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie albo… od ludzi usytuowanych w hierarchii ponad tym szczeblem.

Ja w tej sprawie zrobiłem już prawie wszystko z tego, co mogłem. Swymi wątpliwościami mam zamiar podzielić się ponownie z panem Seremetem. Reszta to już kwestia jakiegoś fachowego dziennikarza. Prawdę mówiąc to takie teoretyczne stwierdzenie bo „myślę, że wątpię” by jakikolwiek fachowy dziennikarz zatrzymał swe spracowane oczy na tych moich wypocinach.


* http://rosemann.salon24.pl/261503,honor-i-przyzwoitosc-list-do-gen-parulskiego

piątek, 14 stycznia 2011

Realpolitik (wszyscy mają nas w…)

W tym zgiełku, jaki rozpętał się po publikacji rosyjskiej (czy tam „międzypaństwowej”) wersji tak dla nas istotnego dokumentu pewnie mało komu przyjdzie do głowy refleksja inna niż złość, że mu napluli w twarz albo radość trudna do opanowania, że tamtym napluli. Zastanawiam się czy nie da się patrzeć na zachowanie naszych „głównych rozgrywających w polityce” jak na konsekwentne podporządkowywanie się regułom, które to nie my ustalamy i nie my decydujemy, że gra się właśnie według nich. Może tak jest, że wczorajsza niewyraźna mina Donalda Tuska to wcale ni dowód klęski lecz reakcja na drobne ukłucie jakim było nie trafienie z oczekiwaniami w to, co zostało publicznie zaprezentowane.

W tym, nadspodziewanie krótkim dla Premiera czasie oczekiwania na to, co Rosjanie raczą nam zaprezentować pewnie nie był w stanie oprzeć się nasz szef rządu pokusie marzeń o tym, że w spodziewanym dokumencie znajdzie się coś, co da się zaprezentować jako niewątpliwy sukces polityczny i dyplomatyczny. Jeśli dał się takiej nadziei uwieść to wykazał się w tym ( i tylko w tym) niekonsekwencją w ocenia swoich i naszych realnych możliwości. Dał się ponieść na chwilę i zaraz poczuł że był to błąd owocujący chwila złego samopoczucia.

Myślę, że realna ocena obecnej sytuacji związanej z niezbyt dla nas miłym finałem smoleńskiego śledztwa powinna bazować na oczywistym założeniu. Tym mianowicie, że mamy pełną świadomość naszej międzynarodowej pozycji. Jeśli ją mamy, jeśli przyglądamy się jakie efekty daje nasza międzynarodowa aktywność to punktem wyjścia dla nas jest przyjęcie, że jest, jak napisałem w tytule. Że wszyscy mają nas w … To ułatwi pojmowanie, czemu dzieje się tak, jak się dzieje.

Myśle, że najciekawszym komentarzem do zdarzeń ostatnich dni i do tego, o czym mówię, jest brak jakichkolwiek głosów pochodzących choćby „z kręgów zbliżonych” do oficjalnych organów państw, których inni nie mają w… Jak by w końcu nie patrzeć w kwietniu roku poprzedniego na podejściu do smoleńskiego pasa roztrzaskała się prawie setka decydentów z ponoć istotnego dla tego i owego przywódcy sojusznika, partnera czy choćby antagonisty (jeśli komuś oczywiście przyjdzie do głowy by tak nas widzieć). Jak dotąd reakcja zdaje się sugerować, że nasz samolot po prostu wleciał a Smoleńsku w „czarną dziurę” i wszędzie czeka się, czy wyleci.

Oczywiście najistotniejsze jest to, że „czarna dziura” znalazła się akurat w Smoleńsku. Gdyby była ona, ta dziura, na przykład w Wagadugu w Burkina Faso to spodziewałbym się albo bardziej niecierpliwego oczekiwania na spodziewany wylot albo nawet jakiejś konkretnej aktywności. Ale Smoleńsk…

Wśród „podmiotów polityki międzynarodowej” też istnieje coś, co zwie się „porządkiem dziobania”. W tej hierarchii usytuowani jesteśmy tak, że nie tylko nie możemy być spokojni o stan naszego państwowego (i narodowego) czerepu ale wręcz musimy pogodzić się z tym, że czerep narodowy musi jednak swoje dostać.

Gdyby chcieć, zgodnie z tym, co napisałem wyżej, interpretować wczorajszą nietęgą minę Donalda Tuska to nazwał bym ową „nietęgość” efektem zaaplikowania koktajlu, na który składało się trochę, powiedzmy szczerze, wqrwu, że nie było jednak tak fajnie jak się spodziewał, trochę pogubienia się w tym co miałoby trafić do obywateli (oni też byli „niefajni” bo bezczelnie ponad 50% nie doceniło wysiłków i realizmu Premiera) oraz zapewne jednak radość, że nie było najgorzej. W naszym miejscu „porządku dziobania” mogliśmy przecież dostać jeszcze rachunek za rozwalenie „infrastruktury lotniskowej” w Smoleńsku, za trud radz… rosyjskiego robotnika z mozołem „dostosowującego szczątki do możliwości transportowych” a nawet i za te żarówki co to je w pośpiechu trzeba było wkręcać.

Tak więc nie da się ukryć, że Donald Tusk, świetnie znajduje się w tej dość dynamicznej sytuacji jaka wytworzyła się przez minione miesiące w stosunkach z naszym potężnym sąsiadem z północy. Znajduje się tak, jak znaleźć może się pchła radośnie wczepiona w miękkie futro niedźwiedzia. Może go i dziobnie ale on ani nie poczuje ani się nie przejmie.

Jeśli ktoś uznał to, co powyżej przeczytał za pochwałę działań Premiera to znaczy, że nie do końca zrozumiał przesłanie tekstu. Fakt, że robi co może pan Tusk w warunkach, w jakich przyszło mu „kreować polska politykę zagraniczna”. O co zresztą tak wojował z poprzednim Prezydentem. A może … Niewiele może powiedzmy delikatnie. Tak jest i już.

Tyle, że to nasze miejsce w „porządku dziobania” nie wzięło się z przypadku. Nie zostało nam przyznane u zarania jakimś bożym dekretem od którego nie ma odwołania. Swoje miejsce zawdzięczamy temu, że nie umiemy ani wykorzystywać danych nam przez los szans i możliwości ani też samemu takie szanse znajdować. Nasza pozycja jest oczywistym efektem przyjęcia postawy, która pozwolę sobie nazwać polityką „efektownego nic nie robienia”. Efektownego bo zaopatrzonego w pysznego absolwenta Oxfordu oraz cała masę przepięknych słówek używanych w stopniu wyższym lub najwyższym.

Można mieszać z błotem chęci i działania ekipy poprzedniej. Także w sferze relacji z innymi państwami. Ale trudno zaprzeczyć, że w tej mniej lub bardziej skutecznej szarpaninie nie brakowało tego, co w myśleniu polityka zajmującego się polityką zagraniczną jest najistotniejsze. Determinacji by w „porządku dziobania” starać się chronić nasz łeb przed zbyt częstymi razami.

Realpolitik to coś, z czego i politycy i komentatorzy muszą zdawać sobie sprawę. Komentatorzy są w tej lepszej sytuacji, że dla nich owo „real” może być jedyna determinantą ich ocen. W przypadku polityków jest troszkę inaczej. Przy pełnej świadomości tego czynnika im nie wolno przyjąć do wiadomości, że jest, jak jest. Politycy poddający się regułom panujących realiów i godzący się na stworzone przez nie miejsce dla ich państwa są bez dwóch zdań politykami przegranymi. Bez względu na to ile kadencji sobie zapewnią ani ile procenty poparcia w sondażach zdołają wygenerować. Bo nie o to przecież chodzi. Politycy, którzy i tego nie wiedza są przegrani w dwójnasób.

Wiem, że powiedzenie, iż oceni ich historia wywołać może szczery śmiech. I ja się pośmieję. Bo tak naprawdę ich może oceni a może nie oceni. Nas za to rozliczy przyszłość. I to akurat się stanie.

czwartek, 13 stycznia 2011

Śledztwo, konwencja, Rosja i MAK.

Jak pamiętamy wszyscy od początku niemal wyjaśniania (czy też „wyjaśniania”) przyczyn katastrofy polskiego TU154 w Smoleńsku nasi decydenci stali twardo na stanowisku, że nie mięliśmy wyjścia. Po pierwsze nie mięliśmy wyjścia innego jak tylko zgodzić się na przyjęcie jako podstawy działania służb zajmujących się badaniem przyczyn zdarzenia konwencji chicagowskiej a za tym na to, by wyjaśnianie przyczyn i okoliczności katastrofy znalazło się w rękach, jak to określa konwencja, „państwa miejsca zdarzenia”.

Wersja, że od dnia 10 kwietnia 2010 roku czynności wyjaśniające przyczyny i okoliczności katastrofy prowadzi, ogólnie rzecz biorąc, „strona rosyjska” obowiązywała w zasadzie do dziś nie podlegając dyskusji (poza dość nielicznymi głosami osób bardziej świadomych w materii). Cóż zatem stało się, że nagle ta wersja przestaje obowiązywać? O ile przestaje.

Na pewno taką wolę widzenia sprawy chciała by przyjąć Rosja. Świadczy o tym wypowiedź szefa rosyjskiej dyplomacji Sergieja Ławrowa, który rzecz skwitował krótko:
„- Prowadził je (śledztwo) MAK, który jest niezależną organizacją międzynarodową. Toteż jeśli koledzy w Polsce piszą, że to rosyjskie śledztwo, to nie jest tak”
I dodał, że „Spekulowanie na katastrofie polskiego Tu-154M pod Smoleńskiem jest nieetyczne i bluźniercze”*

Ta wypowiedź to bardzo ciekawy by nie rzec znamienny przyczynek do upublicznionej wczoraj opinii MAK. Z jednej strony zachowujący pozory poparcia dla przedstawionych konkluzji lecz bez wątpienia będący ostentacyjnym dość wycofywaniem się „rakiem” z dość kompromitującej sytuacji.

Właściwie można by panu Ławrowowi a jeszcze bardziej chyba twórcom takiej struktury organizacyjnej, w której działa MAK, pogratulować sprytu i dalekowzroczności. Gdyby nie ona to teraz przyszłoby zwijać nam albo im, Rosjanom tak zamaszyście porozwijane czerwone dywany na których ostatnimi czasy praktykowano „ocieplenie stosunków” i „nowe otwarcie”.

Przy stanowisku pana Ławrowa nie będzie to potrzebne bo przecież…
I tu pojawia się problem. Bo nie ma tak łatwo. Załącznik 13** do konwencji chicagowskiej, jeśli już przyjmie się (a „się przyjęło”!), że to ona musi (!) być podstawą prawną procedur wyjaśniania takich zdarzeń jak to w Smoleńsku, nie pozostawia wątpliwości, że za procedury związane z badaniem zdarzenia odpowiada „państwo miejsca zdarzenia”. Tak stanowi zapis pkt 5.1 tego załącznika. Tu przy okazji taka ciekawostka zawarta w tymże punkcie, wedle której „Może ono jednak przekazać, w całości lub w części, prowadzenie badania innemu państwu na podstawie dwustronnej umowy. W każdym przypadku.”. W każdym…

Tak wiec mamy zapis wedle którego za wszystko odpowiada „państwo miejsca zdarzenia”. Nadto w pkt 5.5 „Państwo prowadzące badanie wyznacza kierującego/ą badaniem, który/a niezwłocznie przystępuje do tych badań.”

Jeśli więc na miejscu zdarzenia pojawiła się jakaś tam pani Anodina ze swoją ferajną i zaczęła to i owo w rumowisku robić to albo robiła to zgodnie z tym pkt 5.5 jako „wyznaczona” przez „państwo miejsca zdarzenia” albo tez robiła to… bezprawnie. Jeśli to drugie, co sugeruje, choć nie wprost, pan Ławrow twierdzący, że nie Rosja… to i tak ma on i jego Rosja problem. W tymże załączniku 13 , w pkt 3.2 „Państwo miejsca zdarzenia podejmuje wszystkie niezbędne środki w celu zabezpieczenia dowodów rzeczowych i zapewnienia niezawodnej ochrony statku powietrznego oraz wszystkiego, co się na nim znajduje, przez czas potrzebny do przeprowadzenia badania. [...]. Ochrona polega na zabezpieczeniu przed dalszym uszkodzeniem, dostępem osób postronnych, kradzieżą i zepsuciem.” Zatem jeśli pani Anodina buszowała we wraku bez wiedzy i zgody Rosji to i tak odpowiedzialność ojczyzny pana Ławrowa za ten pożałowania godny fakt jest niewątpliwa. Jeśli więc już nie za treść „wypłodu” MAK (od czego pan minister stara się najwidoczniej zdystansować reprezentowane przez siebie państwo) to za fakt niedopełnienia spoczywającego na Rosji ( bez wątpliwości przecież „państwa miejsca zdarzenia!) obowiązku zabezpieczanie miejsca zdarzenia i wszelkich znajdujących się tam dowodów przed… jakimś tam MAK.

Słowa Ławrowa prowokują jeszcze jedno pytanie. Do tych wszystkich naszych polityków, „specjalistów i ekspertów”, którzy przez cały czas wykluczali lub wręcz wyśmiewali możliwość przeprowadzenia badania przyczyn zdarzenia przez „podmiot międzynarodowy”. Ciskając w nas „kawałkami” tejże konwencji. A tu okazuje się, że nie tylko było możliwe ale i zostało wprowadzone w życie! Przypomnijmy słowa pana ministra: „Prowadził je (śledztwo) MAK, który jest niezależną organizacją międzynarodową” (!!!!!)

Oznacza to, że… nie było problemu. Przynajmniej jeśli chodzi o interpretację przepisów przez „państwo miejsca zdarzenia”.

Jeśli krzyk, wywołany raportem MAK zostanie tu i ówdzie usłyszany albo i podchwycony nie zdziwię się, kiedy pan Ławrow zapyta „MAK, a co to jest MAK?”. I wtedy sprawa będzie jasna. Przynajmniej z punktu widzenia Rosji. Której i tak nikt nie podskoczy (bo i nie podskoczył przecież dotąd!) za pozostawienie wraku i rumowiska „jakiejś tam” Anodinie. Czy w ogóle za pozostawienie wraku i rumowiska choć obowiązkiem „państwo miejsca zdarzenia” było zadbani o nie. I zostaniemy tylko my. Nie mając pojęcia co się stało i oglądając (w zależności od taktyki speców od PiaRu) bądź to nieprzejednane w przekonaniu dobrze wypełnionego obowiązku lub ewidentnie „palące głupa” oblicze naszego Prezesa rady Ministrów Donalda Tuska.

* http://www.tvn24.pl/0,1689349,0,1,lawrow-to-nie-bylo-rosyjskie-sledztwo,wiadomosc.html

** http://www.ulc.gov.pl/_download/prawo/prawo_miedzynarodowe/zal13_10.pdf

Licencja na zabijanie (Naród pod potworną presją)

Od razu zaznaczam, że tekst w swej konstrukcji może zdawać się a nawet (czego nie mogę wykluczyć) istotnie być absurdalny. Nic przecież wydaje się nie łączyć dwóch spraw, którymi bez reszty żyje teraz, przynajmniej w sferze publicznej, cały Naród. Może tak ma być, ze naród ma żyć akurat tymi sprawami. I dzięki nim być pod potworną presją.

Pomysł na ten tekst wziął się z inspiracji dwiema publikacjami. Bez dwóch zdań nie mających w sferze ściśle merytorycznej ze sobą nic wspólnego. Pierwszy to „banalność przyczyn”, wstępniak Jarosława Kurskiego z dzisiejszej „Wyborczej”* zaś drugi to wywiad Piotra Zychowicza z Aliną Skibińską, historykiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, oraz polskim przedstawicielem amerykańskiego Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, zatytułowany tak cholernie pozbawiająco jakichkolwiek nadziei na historię suto oklejoną w niuanse**. „Chłopi mordowali Żydów z chciwości” oznajmia nagłówek rozmowy. Tu taka dygresja, która wypowiedziałaby moja mama, pochodząca ze schłopiałej mazowieckiej szlachty i nie lubiąca generalizacji sprowadzających się do „jazdy po wieśniakach”. Dygresja- pytanie o to czemu w tytule „chłopi” skoro nie tylko oni ponoć jak wynika z publikacji?

Ale to nie przy tej okazji. Przede wszystkim wróćmy do rozważania co łączy te dwa teksty i co różni te dwie sprawy. Łączy je, choć może ktoś uzna, że naciągam, wpajanie nam przekonania, ze jesteśmy narodem mającym skłonność do irracjonalnego katrupienia, w tym samokatrupienia. I że do tego właściwie niewiele nam trzeba. Choć czy niewiele?

Jeśli miałbym zastanowić się nad sensem wstępniaka Kurskiego to kluczowe są dla mnie następujące zdania Redaktora:

Piloci "nie byli samobójcami", ale dlaczego zachowywali się tak, jakby stracili instynkt samozachowawczy?” i „Odpowiedź jest przerażająca. Piloci prowadzili maszynę pod potworną presją ("bo się wkurzy"), z przełożonym - dowódcą sił powietrznych - za plecami.”

Wzięcie w cudzysłów frazy „nie byli samobójcami” wskazuje, że nie do końca "nie byli" albo i wcale autor się z tym nie zgadza. Czyli, że jednak byli. A byli bo była ta „potworna presja”. „Bo się wkurzy”. Ja tam nie wiem co ukształtowało odporność psychiczną pana Jarosława Kurskiego czyniąc go tak mało odpornym na jakiekolwiek presje skoro „bo się wkurzy” jest dla niego „potworne”. Na tyle by się po prostu roztrzaskać o ziemię razem z setką ludzi. Pewnie dla pana Kurskiego normalne jest, że lepiej się zabic albo kogoś zabić niż sprawić, by ktoś się wkurzył.

Tak wiec śmiem sądzić, że pan Kurski a i pewnie jego szef (skoro zgodził się by to zdanie z wstępniaka zdobiło jego gazetę) i jego koledzy uznają, że taki rodzaj presji tłumaczy bezsensowne zabójstwo dokonane na setce ludzi. I że nazwanie czegoś, co jest bardziej spekulacją niż udokumentowanym faktem (a nawet wersją pełną sprzeczności skoro „wywierającemu presję Błasikowi” sugeruje się i to, że nie wspomógł decyzyjnie Protasiuka***) „potworną presją” mocno obniża próg, za którym racjonalizuje się rzeczy niewytłumaczalne albo i niewyobrażalne.

I tu przeskoczę do materiału pani Piotra Zychowicza i Aliny Skibińskiej. Odnoszącego się do kwestii ocierającej się (statystycznie jedynie ale statystyka okazuje się w pewnych przypadkach matką nauk) o zabójstwo ca 200 tysięcy ludzi. Tylu akurat się „zgubiło” statystyce. Mógłbym złośliwie podsumować panią Skibińska (a i pana Grossa bo ta liczba z niego i za nim…) że jak coś w naturze ginie to jedynym wytłumaczeniem jest że to Polak zwinął albo zatłukł. Pisałem kiedyś o moim nieletnim kuzynie, który takim mechanizmem właśnie wrabiał w swoje przewiny swego psa…

Ale nie o to mi chodzi by teraz łapać panią Skibińska na nadinterpretacjach i nadużyciach. Jak już powiedziałem, jest coś, co te dwa teksty łączy. Dość dziwnie bo taką potężna ścianą ustawiona tak bezwzględnie niesymetrycznie. I tak cholernie niebezpiecznie.

Chodzi mi o tę „potworną presję” Kurskiego sprowadzającą się do cytowanych słów „bo się wkurzy" i stwierdzenia, że za plecami mieli przełożonego. A to na tle rozniecanej, między innymi i przez organ pana Jarosława Kurskiego, coraz bardziej naładowanej emocjami dyskusji o tym, jak Polacy nie stanęli na wysokości zadania i bądź to „milczeli” bądź też to i owo „czynili” w obliczu Holocaustu. Czyli też robili to, co nie było właściwe a i zapewne irracjonalne. No bo jak to tak okradać ludzi albo nawet ich zabijać? Faktycznie, jak?!

Ale tu przypomnę znów uwagę Rymkiewicza, który raczył skomentować głosy o „szaleństwie” Powstania Warszawskiego uwagą, że było ono elementem dużo większego szaleństwa, może i szaloną ale odpowiedzią na szaleństwo dla nikogo niewyobrażalne. To głos o widzenie właściwych proporcji.

I z miejsca zapytam (choć nie sądzę, że mi odpowie kto z nich) i pana Grossa i panią Skibińską i pana Kurskiego wreszcie czy jeśli Błasik za plecami Protasiuka jest „potworną presją” tłumaczącą zachowania irracjonalne to czy za taką presję nie da się przyjąć znajdujących się w znacznej liczbie (mocno przekraczającej jednego Błasika nawet jeśli przydamy mu też i „pierwszego pasażera”) za plecami tych potwornych Polaków z lat 1942- 45 elementów całego nazistowskiego aparatu represji?

Oczekiwanie konsekwencji od ludzi pokroju Kurskiego to chyba syzyfowa praca. Bo czy jest on na tyle odważny by, mając w oczach Protasiuka walącego w ziemie przez oddech Błasika na plecach, powiedzieć „Cóż… to normalne te 200 tysięcy brakujących w statystyce ocalałych. Przecież byliśmy wtedy pod „potworną presją”. Chyba nawet większa niż Protasiuk nad Smoleńskiem”. I wszystko nagle jest jasne.

A my pozostajemy dla współczesnych a i pewnie dla potomności taką ciekawostką, przypominająca nieco Naród Wybrany, budujący znaczną, by nie rzec lwią, cześć swej narodowej tożsamości na swej Megakrzywdzie. Tyle, że my budowalibyśmy swą tożsamość dla odmiany na permanentnej presji, pod która jesteśmy. I która usprawiedliwiała by nasze wszelkie słabości albo i niegodziwości.. Będąc taką „licencją na zabijanie” in blanco. I determinując to i owo. Z czasem i genetycznie. Wysysane z mlekiem matki.

Nas koniec jeszcze taka uwaga do wszystkich, którzy chcą mnie zjeść. Nie racjonalizuję zbrodni ani skłonności do niej. Ostrzegam tylko by nie zacierać proporcji. Bo z tego różne nonsensy mogą się powykluwać.

* http://wyborcza.pl/1,75968,8940341,Banalnosc_przyczyn.html

** http://www.rp.pl/artykul/9133,592972-Skibinska--Chlopi-mordowali-Zydow-z-chciwosci.html
*** Ta uwaga dotyczy zawartego w opinii psychologów stwierdzenia, że „Brak reakcji ze strony A. Błasika wpłynął na decyzje Protasiuka odnośnie zejścia poniżej wysokości przyjętej wcześniej” http://wyborcza.pl/1,75248,8938880,__Wyladowac_za_wszelka_cene___O_psychologii_pilotow.html#ixzz1AqfkGomv

środa, 12 stycznia 2011

Upokorzenie Tuska przez MAK vs dożynanie Kaczyńskiego

Trzęsie się świat od komentarzy na temat raportu MAK-u ale trzęsie się niesłusznie. I dla mnie zupełnie niezrozumiale. Niesłusznie gw1990* ogłasza, że ktoś mu strzelił w oblicze a kolega Grylicki** (komu on tam kolega to nie wiem) uściśla komu tak konkretniej strzelono. Myli się i gw1990 i Grylicki (kolega czyjś tam) przy czym ten drugi nieco mniej. Nie z jakiejś mądrości szczególnej lecz z przypadkowego albo tendencyjnego zawężenia kręgu „w pysk strzelonych”.
Tak naprawdę nie ma o co krzyczeć. A już na pewno nie ma powodu by dramatyzować jak Grześ dramatyzuje. No chyba, że przeszedł był właśnie na stronę, po której nigdy bym się go nie spodziewał. Na tamtą stronę… Tak jak nie spodziewałem się niczego innego w wykonaniu MAK niż to, co MAK wykonał.
I jeśli w wykonaniu MAK-u mieliśmy do czynienia z jakimś spektakularnym „strzeleniem” kogoś w coś to wyłącznie ze strzeleniem w coś pana Premiera Donalda Tuska.
Naprawdę nie wiem co stało za ostatnimi wydarzeniami między MAK-iem a polskim rządem. I w tym problem, że bez tej wiedzy można się tylko domyślać. Tego, że albo faktycznie naiwny jak osesek pakujący paluch do gniazdka z 230V pan Tusk dostał potężną, bolesną i kompromitująca bombę w nos albo że wiadomo było co ma być tylko MAK, z jakichś powodów, skrewił taki piękny scenariusz na „dwóch wielkich aktorów”.
Jedynym, poza prawdą oczywiście, poszkodowanym po dzisiejszej konferencji Anodiny i sp. jest nasz „mąż stanu” w swej ostatniej, bezkompromisowej wobec Rosjan odmianie. Odmianie, która była albo szarżą bezgranicznej naiwności, jeśli liczył pan Tusk, że pani Anodina choć otworzy kopertę z jego pobożnymi życzeniami nazwanymi butnie „zastrzeżeniami” albo takim dość kiepskim w efekcie spektaklem dla tej części Polaków, która nie hołduje zwyczajom pelikanów łykających wszystko jak leci bez specjalnego wgłębiania się nad istotą łykanej rzeczy. Jeśli to drugie to pani generał z Moskwy z tym swoim pośpiechem wyświadczyła mu niedźwiedzią przysługę i dopisała do jego roli epizod świecenia oczami w roli chłystka spuszczonego koncertowo przez jakąś tam w skali rosyjskiej podrzędną ekipę czynowników. By wiedział, że wyżej du** nie podskoczy. A Władimirowi to nawet i tyle nie!
Grzesiu i (czyjś tam kolega) Grylicki mylą się fundamentalnie. Mylą się bo obaj przyjmują fundamentalne postawy. W których nie biorą pod uwagę tego, że inaczej być nie mogło. Nikt, kto śledził sprawę nie powinien mieć nadziei na nic innego.
Jeśli ktoś w tej sprawie został poszkodowany szczegółami opowiastki ekipy MAK-u to przede wszystkim rodzina gen. Błasika (która roznieść powinna pana Millera, panią Kopacz, pana Klicha i jeszcze paru innych w drzazgi i trzy du**) oraz pan Tusk. Pan Tusk dlatego, że MAK pokazał dobitnie i publicznie gdzie ma te jego wszystkie zastrzeżenia i to jego „bohaterskie” „nie do przyjęcia” wypiszczane znienacka po miesiącach tańczenia tak, jak Rosjanom pasowało. Choć on hipotetycznie tylko z tej krzywdy jakieś blizny wyniesie, bo znając poziom naszego dziennikarstwa zdziwię się jeśli pod jego adresem padnie teraz choć jedno sensowne pytanie. Takie choćby jak to o wyjaśnienie udziału jakiegokolwiek polskiego reprezentanta przy badaniu, które bezspornie wykazało obecność w ciele generała jakichś śladów alkoholu. I następne o to kiedy na zbity ryj z rządu wyleci pani Kopacz, która „zabezpieczyła” obecność polskich patologów przy sekcjach jeśli tam żadnego polaka nie było. Ale, jak zaznaczyłem, nie liczę wcale na takie pytania Mo „jeść trzeba” prawda panowie żurnaliści?!
Żurnaliści swą akcję zaczęli od innej strony. „Wyborcza” w oczekiwaniu na raport MAK opublikowała tuż pod winietą „zajawkę” jutrzejszego dożynania Kaczyńskiego Jarosława na okoliczność dzielenia Polski na kawałki. Oto w zapowiedzi „Dużego formatu” fragment wypowiedzi pana ambasadora Bahra z rozmowy z T. Torańską. Fragment będzie teraz dość obszerny:

„Ktoś przekazał mi prośbę premiera, żebym Kaczyńskiego zaprosił do namiotu, gdzie odbywały się rozmowy Tuska z Putinem. Wszedłem do autobusu. Powiedziałem Kaczyńskiemu o zaproszeniu. Że na niego czekają, ze to ważne, by z nimi porozmawiał. Odmówił. […] Jeszcze raz poszedłem do Kaczyńskiego. Tuskowi bardzo zależało, by wśród Rosjan nie powstało wrażenie istnienia dwóch Polsk. Mnie także na tym zależało. Dla mnie to, że nasze rozbicie przenieśliśmy do drugiego kraju, i to w takim specyficznym miejscu jak Katyń, było nie do zniesienia.”***

Nie sądzę, żeby to tak specjalnie wyszło „Wyborczej”. Jeśli miałbym to oceniać biorąc pod uwagę „ethos” tej gazety i tego środowiska to bez dwóch zdań jest to taki, mały póki co, linczyk Kaczyńskiego, który, wedle Bahra zapewne i pewnie ekipy z Czerskiej przeniósł „dwie Polski do drugiego kraju” i w dodatku jest cham zwykły bo w dodatku na niego „w namiocie czekali”.
Tyle, że ta zbitka z dzisiejszym „wynikiem prac MAK” pozwala uznać tę zapowiedź za mało subtelny żart z pana Premiera Tuska. Nie wiem co przeciętny Polak, zainteresowany choć trochę sprawą pomyśli gdy usłyszy o „przenoszeniu podziałów do drugiego kraju”. Szczególnie jeśli pamięta jak tańczyli panowie przy tym by albo uniemożliwić albo wyprzedzić wizytę Kaczyńskiego w Katyniu. I jeszcze to stwierdzenie pana Bahra, że go nagle zabolało „wrażenie, które odniosą Rosjanie”. To wrażenie Rosjanie odnosili wystarczająco długo by na ślepo właściwie i bez ryzyka żadnego wrobić naszych mądralów z ekipy Tuska w cała tę awanturę. Taką ze Skutnik śmiertelnym…
Awanturę, która chyba powoli zaczyna się odbijać panu Tuskowi i jego otoczeniu już nawet nie czkawką ale potężnym, cuchnącym beknięciem. Finalizującym te miesiące oblizywania się smakiem owoców tego, co się stało w Smoleńsku.
Jeśli ktoś ma ponieść koszt tej dzisiejszej bajki pani Anodiny to przede wszystkim pan Tusk. Nie gw1990 ani czyjś tam kolega Grylicki ze swą zdolnością jasnowidzenia i darem poznania niedostępnej dla innych „takiej prawdy”.

* http://wszolek.salon24.pl/267273,mak-strzelil-nam-w-pysk
** http://jangrylicki.salon24.pl/267355,gw1990-mak-strzelil-w-pysk-wam
*** „Co widział ambasador Bahr pod Smoleńskiem”, „Gazeta Wyborcza”, 12.01.2011 r., str 1.

wtorek, 11 stycznia 2011

Nie płaczcie po IPN-ie!

Los IPN na dobrą sprawę zdaje się być przesądzony. Choć nie wiadomo co się z nim ostatecznie stanie. Może nie przetrwa a może pozostanie ale z cała pewnością nie będzie to już ta sama instytucja. I pewnie wielu skomentuje to krótkim „I świetnie!”.

Trudno jednak nie podejrzewać, że jakiekolwiek działania, służące czy to oczywistemu rozwaleniu czy też „reformowaniu” instytucji odbywać się będą przy wtórze potężnej pyskówki. I trudno dziwić się, że tak będzie. Tak, jak i trudno wreszcie nie zauważyć, że ci, których opinia odnośnie działań IPN-u jest krytyczna, by nie rzec druzgocąca, są teraz wyraźnie na fali. I pewnie to ich punkt widzenia weźmie górę gdy do jakiejś wstępnej czy nawet końcowej oceny tego, co w IPN- ie było, będzie musiało dojść.

Ciekawy dwugłos „w temacie” IPN można aktualnie znaleźć w prasie. Pierwszy z głosów, wart raczej odnotowania niż omówienia, publikuje „Dziennik”*. To opinia Lecha Wałęsy. Jak to zwykle bywa z opiniami Wałęsy, kuriozalna, by nie rzec, skrajnie głupia. Mogą mi zwracać specjaliści od „ą” i „ę” uwagę, że ów jest bohater, że ikona, że sratatata łamane przez sratatata. Jeśli bohater i ikona to jak może wygadywać takie idiotyzmy jak ten, że „IPN zrobił więcej złego niż SB”.

„Oskarżać mnie, pomawiać, rozgłaszać spreparowane prowokacje przygotowane przez komunistów po całym świecie, pisać książki paszkwile, było można, a ustosunkować się do prowokacji i podrabiaczy, którzy się przyznali do tego procederu (...), nie można.

Taki był i jest IPN, więcej złego zrobił niż SB. Uwiarygodnił SB, uwierzył im i ich podróbkom

Dlatego [zdaniem Lecha Wałęsy] jak najszybciej należy rozgonić i powołać odpowiedzialnych poważnych wykonawców".

[Były prezydent] uważa, że wszystko co powstało w IPN jest niewiarygodne, "niechlujne zawodowo i mało fachowe.

Takie są fakty i tak ten twórczy okres IPN oceni historia.”




Taka ocena mogła być wygłoszona tylko przez kogoś, kto w latach 70 i 80 opalał się gdzieś na plażach Lazurowego Wybrzeża czy Kalifornii a nie był w samym centrum wydarzeń, z których niektóre znaczone były bólem albo krwią. Albo kogoś, kogo SB traktowało wyjątkowo łagodnie jak na tamten system i tamte wydarzenia. Wreszcie może po prostu przez skończonego idiotę. Ponieważ wiem, że Lech Wałęsa wtedy na Lazurowym Wybrzeżu ani w Kalifornii nie był a przyjęcie przeze mnie stanowiska, wedle którego SB była wobec niego jakoś wyjątkowo łagodna sprowadzi na mnie niewątpliwie gromy piewców bohaterskości i bycia ikoną nie pozostaje mi nic innego jak uznać, że to po prostu bredzenie skończonego idioty. Nie ma wyjścia. I tyle.

Znacznie ciekawsze i, co tu ukrywać, zabawniejsze, są rozważania o IPN-ie, jego dorobku oraz jego wartości autorstwa pana Adama Leszczyńskiego, tu w podwójnej roli, publicysty „Gazety Wyborczej” sprawozdającego relację z konferencji poświęconej dorobkowi IPN oraz czynnie uczestniczącego, jako jednego z referujących, we wspomnianym evencie przez tenże IPN zorganizowanym**.

Zarówno osoba pana Leszczyńskiego jak też innych zaproszonych przez z nagła ujawniającą skrajny masochizm instytucję recenzentów nie mogła zaowocować niczym innym niż to, co pan Leszczyński tak pięknie podsumował post fatum:
„Obrońcy IPN-u często twierdzą, że ma on bogaty dorobek badawczy. […] Teraz wiemy już, ile jest naprawdę wart” .

Tu warto by zauważyć, że dla pana Leszczyńskiego i większości pozostałych recenzentów IPN mógł się doprawdy nie fatygować. No bo po co skoro pan Leszczyński, jak mniemam o dorobku IPN miał wyrobione zdanie nie tylko „teraz” ale i wcześniej najpewniej. Słowa „najpewniej” nie trzeba używać przy innym recenzencie, panu Sławomirze Nowinowskim z Uniwersytetu Łódzkiego, i innych, nie podanych z nazwiska, którzy, jak podał pan Leszczyński, „nie chcieli mieć nic wspólnego z IPN-em”

„Dr Sławomir Nowinowski z Uniwersytetu Łódzkiego powiedział w referacie publicznie, o co chodziło: z powodu politycznego uwikłania IPN-u w kręgach akademickich od początku panowała opinia, "że przyzwoity człowiek nie powinien mieć z nim nic wspólnego".

Jak rozumiem, tak jednoznaczna ocena nie przeszkodziła panu Nowinowskiemu (a i pewnie panu Leszczyńskiemu i reszcie „nie chcącej mieć nic wspólnego”) być „do bólu obiektywnym” w tej sprawie.

Pominę opinię pana Leszczyńskiego o obronie IPN w wykonaniu prof. Andrzeja Nowaka z UJ bo sam pan Leszczyński woli mówić o konkretach. A tych było całe mnóstwo:

- "szybko dały o sobie znać dysfunkcja biurokracji, kompetencyjny chaos, podatność na polityczne naciski"

- "brak refleksji ideologicznej, zamiast tego - ekscytacja źródłami" historyków, którzy, mając dostęp do archiwów tajnej policji,”

- „brak refleksji nad źródłami, którym historycy z IPN-u często ufają bezkrytycznie”


Jak wiadomo refleksja to impuls wewnętrzny i o jego obecności albo nieobecności trudno mówić komentując zachowanie, działanie innych. Chyba, że się posiada dar boży polegający na absolutnej pewności jaką refleksję mieć się nad takim materiałem powinno. Widać panowie krytycy IPN-u zostali wspomnianym darem przez Boga uraczeni.

Dość zabawny ze strony reprezentujących Uniwersytety uczonych – recenzentów jest zarzut przyczynkarstwa, któremu oddaja się w ich mniemaniu czy też rzeczywiście historycy Instytutu. Tu odwołam się do własnych doświadczeń z uniwersyteckimi uczonymi historykami, gdy zdarzało mi się jako studentowi a później absolwentowi historii bywać na przeróżnych konferencjach. Przyczynkarstwo to to, czym głownie zajmują się historycy (i pewnie nie tylko oni) zatrudnieni po uniwersyteckich wydziałach historycznych. Brak mi w materiale pana Leszczyńskiego statystyki pokazującej porównanie aktywności wydawniczej historyków IPN i ich kolegów pracujących na uniwersytetach. Jednak czuję, że w tym drugim przypadku wcale nie jest jakoś tak bardziej różowo. Nie tak dawno na łamach „Rzeczpospolitej” pojawił się materiał Renaty Czeladko pokazujący dość przygnębiające dane dotyczące zarówno niewielkiego udziału polskich publikacji naukowych w światowym obiegu jak też ich niewielkiej ogólnej liczebności***. Przytoczę dane, wedle których najpracowitsze naukowo środowisko Uniwersytetu Jagiellońskiego, może pochwalić się dorobkiem ledwie przekraczającym rocznie połowę książki na łeb statystycznego uczonego. Zaś Uniwersytet Łódzki, z którego przybyła na ów lincz IPN-u najliczniejsza chyba ekipa bezlitosnych krytyków, ma średnią 0,14 książki na jednego zatrudnionego uczonego. Może być więc i tak, że „przyganiał kocioł garnkowi” i panom uczonym, co tak zjechali IPN za przyczynkarstwo nie pozostanie nic innego jak tylko przyczynkarstwem właśnie bronić się przed zarzutem naukowego lenistwa.

Dla mnie jednym z najzabawniejszych jest zarzut o to, że, jak twierdzi dr Błażej Brzostek, właśnie z Uniwersytetu Warszawskiego, IPN propaguje „anachroniczną i nieprawdziwą” wizję społeczeństwa w Polsce Ludowej, w którym władza i społeczeństwo są sobie przeciwstawieni i w której zło „ władzy” sprowadzone jest do tego, że sprawowali ją „irracjonalnie źli ludzie, zbrodniarze zaczadzeni ideologią, ludzie obcy, wyalienowani z narodu”.

Ja nie wiem jak na tę kwestię zapatruje się dr Brzostek i jakie ma dowody bratania się władzy z ludem ale coś takiego jak „sklepy za żółtymi firankami” czy „pociągi przyjaźni” dla „młodego aktywu” nie są bynajmniej wymysłem IPN-u. Pewnie dla pana doktora dowodem na wyjątkową więź między władzą a społeczeństwem jest łaskawość „ludzkiej i swojackiej” władzy okazywana a to w Poznaniu, a to na wybrzeżu a to w Radomiu i ten wciskany nam kiedyś obrazek Jaruzelskiego w areszcie domowym w 1970 i gmerającego sobie pistoletem przy skroni w 1981.

I wreszcie pana Leszczyńskiego cup de grace wprost w serce tego pokracznego tworu, jakim jest IPN. Autor zaznacza:

„[...] Nie wspominam już o ewidentnym zaangażowaniu IPN-u w sprawę lustracji, bo to sprawy znane.”

I pewnie w jego mniemaniu straszne. Tak bardzo, że pan Leszczyński nie dostrzegł, że zaangażowanie w lustrację to jedno z zadań dla którego ta instytucja właściwie została powołana.

Złości mnie jednostronność wyroku gromadki cytowanej w materiale pana Leszczyńskiego i z tego powodu, że przebija z niego bezczelna i pyszna pewność tego, iż „wiedzą lepiej” panowie uczeni o czym pisać powinien tłum zatrudnionych w IPN historyków. Żadna tam martyrologia lecz zapewne wartościowe naukowo tematy (sadząc z podanych przykładów) podobne to tłuczonych w czasach poprzedniej epoki. O plonie buraków w woj. lubelskim w 1953, o „sprawie Hollanda” o… O tym, o czym pisano już wiele razy. Jakby nie widział pan Leszczyński że ta martyrologiczna „nadprodukcja” jest efektem dziesiątek lat milczenia właśnie na TEN temat. I jakby nie czuł, że jest to efekt pośpiechu i chęci zdążenia przed tym, zanim komuś do głowy nie przyjdzie by wyrok pana Leszczyńskiego i jego kolegów wcielić w życie. Bo, jak woła jeden ze śródtytułów „ IPN do renowacji”. Zawierającego pytanie „Czy jest więc jeszcze zbawienie dla instytutu?”

Nie ma. Co by pan Leszczyński i jego uczeni koledzy nie powiedzieli to nie ma. Choć pisze pan Leszczyński:

„Bo to właśnie potrzebne jest IPN-owi: otwarcie - na nowe tematy, nowe idee i nowe sposoby pisania o przeszłości.”

Nie mam wątpliwości, że chodzi dokładnie o to, by IPN został taką sama instytucja jak był tylko tym razem już „naszą”. Nie „uwikłaną” w jakąś tam PiS-owską wizję „lustracji i polityki historycznej” lecz … No właśnie. W co uwikłaną?

Tak więc nie ma co płakać po IPN. Bo on będzie. I pewnie nie raz nas jeszcze zadziwi.

*http://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/316962,ipn-zrobil-wiecej-zlego-niz-sb.html

** http://wyborcza.pl/1,76842,8922040,Czy_IPN_moze_byc_zbawiony_.html#ixzz1AiWNzpZZ

***http://www.rp.pl/temat/337506.html i http://www.rp.pl/artykul/15,591288.html

Sztandar Proroka na Pałacu Kultury. (przepowiednia)

Tekst ma wiele inspiracji. To ważne bo, choć tytuł brzmi jednoznacznie, dotyka wielu kwestii. I ta zaakcentowana w tytule wcale nie dominuje nad pozostałymi. Raczej je puentuje jak ostatnia karta zamykająca konkretnym układem przypadkową dotąd kombinację.

Zaczęło się od wywiadu Aleksandry Rybińskiej z francuskim filozofem Rémi Brague zatytułowanego „Na drodze do barbarzyństwa”* oraz od recenzji filmu „Hadewijch” zamieszczonej w „Wyborczej” z ostatniego piątku**. Oba teksty traktują o kryzysie duchowości w kulturze chrześcijańskiej Europy za tło mając drapieżną ekspansywność islamu.

Właściwie (miałem ochotę napisać „z pozoru”) wydaje się, że dotyczyć one mogą wszystkich ale nie nas. No bo niby skąd ten sztandar tak tryumfalnie powiewający nam nad głowami? Przecież my nawet takich skłonności nie mamy!

Jest to racja ale z pewnym zastrzeżeniem. Ono bierze się ze znalezionej również w „Rzeczpospolitej” prognozy demograficznej zapowiadającej, że w dość bliskiej perspektywie liczba Polaków zmniejszy się aż o 3 miliony. I zapewne spadek nie zakończy się tylko na tym. Cóż to ma jednak wspólnego z wyznawcami Proroka? Z pozoru nic. Zostawmy ich na moment i popatrzmy na siebie. Z nami będzie się działo źle nie tylko w związku ze spadkiem urodzin. Wpływ na to będzie miała również bieżąca polityka jak też zaniedbania obciążające konta poprzednich ekip. Nie będę wymieniał bo nawet nie wiem dobrze, czy którąś miałbym podstawy wykluczyć.

Tu kolejna inspiracja, odnosząca się do „tu i teraz”. Informacja o zawieszeniu, z braku funduszy większości programów aktywizacji zawodowej prowadzonych przez Urzędy Pracy. Ja wiem, że większość z nich była o kant du** bo najczęściej sprowadzała się do nauki pisania CV albo szkoliła w całym kraju specjalistów w jakiejś jednej dziedzinie z miejsca fundując szkolonym przesycony rynek pracy w nowej branży. Ale to jednak znak czasu pokazujący że „żadnych złudzeń” panie i panowie… Do tego jeszcze radosne pohukiwania w związku z „otwarciem dla nas nowych rynków pracy”. Pohukiwania o tyle niezrozumiałe, że nakładające się na dwa „ukryte” komunikaty. Pierwszy taki, że znów zmniejszy się nam liczba „jeleni” utrzymujących tradycyjny, „solidarny” system emerytalny. Oni „tymi ręcami” będą budować bardziej jasną przyszłość weteranów pracy w krajach, do których rzuci ich los i radosna beztroska naszych decydentów. Drugi jest taki, że… trzeba uciekać stąd bo tu nas nic nie czeka. No może nie nic. Ale nic dobrego.

Ta kretyńska radość naszych „szpeców” od infrastruktur i gospodarek po każdym wyekspediowaniu z Polski kolejnych transportów rąk do pracy znikających natychmiast z naszego zasobu kapitału na przyszłość budzi we mnie ataki nieposkromionej agresji. Słownej na szczęście tylko…

Ten brak na rachunku i zainicjowany świeżo zwrot w, jak to górnolotnie ten i ów mówi, filozofii naszego systemu emerytalnego ku natychmiastowemu przelewaniu z jednego gara w drugi sprawi, że nam „nie styknie”. I to zapewne prędzej niż nastąpi prognozowany ubytek w naszej narodowej demografii.

Co do tych naszych problemów mają wyznawcy Proroka? Z pozoru nic. Tak, jak z pozoru nic nie mieli do podobnych problemów Niemców czy mieszkańców Beneluksu. Po czasie okazało się, że jednak mają. Więc czemu by nie u nas? Bo jesteśmy nauczeni doświadczeniem tamtych? I nie popełnimy błędu? Nie łudźmy się! Raz, że w powtarzaniu błędów osiągnęliśmy absolutne mistrzostwo świata czyniąc z tego jeden z naszych sportów narodowych. Dwa… a jakie mamy wyjście?

Kiedy wyjdzie nam, że jakoś musimy uzupełnić ten ujemny bilans w naszym socjalno- emerytalnym perpetuum mobile będziemy pewni o kilka lat bliżej standardów prawdziwie europejskich. Takich, w których przeciętny Polak wolał będzie umrzeć niż ubrudzić sobie ręce określonym rodzajem działalności zarobkowej. Już teraz mamy takich co „za tyle robić nie będą”. Na nasze nieszczęście podobnie bliżej standardów prawdziwie europejskich będą też zapewne nasze bliskie, potencjalne rezerwuary mogące rozwiązać problemy naszej kulącej się demografii. Nie sądzę byśmy mogli liczyć, że nam przyjdą odwalać brudna robotę za psie pieniądze obywatele bratniej Ukrainy, Białorusi czy jacyś inni europejczycy- chrześcijanie. Tu od razu taka uwaga, że nic nie mam do religijnych niechrześcijan (bo niewierzący to poruszanej kwestii jednak nie problem skąd by nie byli) poza tym, że ich nadmiar zaburzy spokojny stan homogenizacji społeczeństwa.

Nie ma więc innego wyjścia jak przyjąć, że bogata wreszcie i wymierająca z nudów i lenistwa Polska (o ile taka kiedyś się objawi) będzie musiała sięgnąć po tanie, muzułmańskie ręce do pracy. Po różnych nosiwodów i czyścicieli ulic. Nikt inny na to nie pójdzie.

Problem z tą brudnoroboczą diasporą będzie taki, że, odmiennie do upasionych dobrobytem Polaków, będą się mnożyć jak króliki. W którymś pokoleniu staną się obywatelami Rzeczpospolitej i jako tacy skorzystają z prawa do swobody kultu. I będą jak najbardziej w prawie!

Nie wiem w jakiej perspektywie czasowej, jeśli ten scenariusz zrealizuje się w rzeczywistości, wyznawców Proroka będzie nad Wisła więcej niż nas, ich starszych braci w wierze. Ale wynik dodawania i odejmowania jest bezlitosny. Tak jednoznacznie, że w końcu na pałacu Kultury może załopotać tryumfalnie zielony sztandar Proroka.

Może się mylę, może nie będzie tak, jak napisałem. Ale, biorąc pod uwagę wszystkie przesłanki, nie da się powiedzieć, że tak nie będzie, że mylę się fundamentalnie. W końcu matematyka nie będzie się oglądać ani na nasze chęci ani też na nasze przywiązanie do rzymskiego Kościoła. Swoje dodawanie i odejmowani i tak przeprowadzi.

* http://www.rp.pl/artykul/9133,589904_Brague--Na-drodze-do-barbarzynstwa-.html
** http://wyborcza.pl/1,75475,8913252,Oddajcie_mi_mojego_Jezusa.html