Mój dzisiejszy dzień wolny od pracy, choć zaczął się od „pań wkręcających żarówkę” i „łokcia tenisisty”, skontrapunktowało spotkanie, co zdarza mi się raz, dwa razy w roku. I zawsze poprawia mi humor. Tak więc jestem ewidentnie „do przodu”. Jak sądzę…
Spotkałem przypadkiem całkiem kolegę ze studiów, który obecnie „robi w nauce”. Zaczęło się dziś od takich chichotów nad rzeczywistością jako to choćby faktem wyczekiwania na benzynę po 9 zł. To on mi ową prognozę podał co mnie zaskoczyło dość bo raz że ja z niepokojem czekam już na ostatecznie potwierdzoną, taką po 5 zł a dwa, że zasiał taki defetyzm choć swym usytuowaniem towarzysko- zawodowym raczej powinien szeptać mi z przekonaniem, że będzie po 4 zł a te 5 to przez Libię, plamy na słońcu i wszystko inne niezależne zupełnie od naszej światłej władzy. Ale on zawsze był taki jakiś inny...
W każdym razie szybko, z racji naszego studiowania a teraz jego profesji, zahaczyło się o „Złote żniwa”, które on, w oparciu o opinie swych kolegów- fachowców, z błotem zmieszał fachowo (profesorze Sadurski szanowny) ale na kilka chwil tylko. Bo od żniw, ich koloru oraz zrozumiałych (tak szczerze uważam) pretensji Narodu Wybranego jakoś tak ciekawsze wydało się nam dywagowanie o Polakach.
A jak o Polakach to wyszło nam, że nie da się tak w próżni. Boć Polacy to żadne ciała niebieskie co sobie latają czy choćby spadają swobodnie. Bez dwóch zdań i bez wysiłku żadnego są otoczeni atmosferą… Złą czy dobrą to rzecz inna. W każdym razie jakoś się tam sytuują. „Gallia est omnis divisa in partes tres, quarum unam incolunt…” rzec by można za boskim Cezarem pokazując palcem nasze miejsce. Nasze…
Tak właśnie nad tym naszym miejscem się zadumaliśmy i powściekaliśmy się zdumieni. Jakoś, nie całkiem świadomie chyba, zadumaliśmy się tak obok świetnego felietonu Zaręby z dzisiejszej „Rzeczpospolitej”* w którym niby to postponuje on bezlitośnie Czechów ale wychodzi z tego taka laurka dla tych „śmiejących się bestii” co niewątpliwie jednak mają jaja. Na tych jajach, będących w posiadaniu narodów ościennych trochę się z kolegą skupiliśmy jako na wątku wprowadzającym do tematu głównego. I warto się było skupić. Nie w sposób jakiś kolankowy oczywiście! Co to, to nie! Z pełną świadomością tego, że jaja owe w posiadaniu niektórych naszych sąsiadów nie są, że się tak wyrażę, nam za bardzo na rękę. Ale nie da się ich nie zauważyć a i zlekceważyć takoż. O czeskich jajach (jako o „czeskim błędzie”) opowiada Zaręba i do niego odeślę bo gdzie mi do niego. Sam wspomnę te marne parę milionów mających jaja Litwinów, co nam pokazują „faka” od lat nie zważając na to, że nas z dziesięć razy więcej i do tego obnosimy się po Europie z naszą „mocarstwowością regionalną”. Obok zaraz Łotysze z jajami, nawet na nas nie oglądając się jakbyśmy wcale nie byli „liderem regionu” i takiego samego „faka” pokazują Ruskim. Tym samym co to ich od cholery a każdy z atomową rakietą „Iskander” za pazuchą i co to nam dla odmiany za ich premiera „warto zapłacić każdą cenę” wedle naszych elit. Na południe od nas Węgrzy też trzymają fason odkopując się dzielnie zaczadzonej nieco zapateryzmem Wspólnocie co to widzi źdźbło choć belka jej uwadze kiedyś uszła. Na naszych flankach najbliżsi nasi sąsiedzi dopieszczają z zapałem swą pamięć historyczną niepomni jakoś tego, że się ona brała w sporej części z rzezi nieludzkich. I że może wypadało się jakoś od niej odwrócić. Owszem, odwracają się, ale od tego, czego raczej nie tylko dopieszczać ale i pokazywać nikomu by nie chcieli. Wkopując sprytnie w jaki kąt.
I pośrodku my. Nie w próżni ale całym swym narodowym jestestwem jakby jakie ciało obce. Będące czymś w rodzaju narodowej antymaterii. Reagującej zawsze wedle jakichś dziwnych praw fizyki przekory. Tam, gdzie inni idą w przód, my patrzymy do tyłu. Gdzie oni się pochylą my tylko podeptać umiemy z głową zadartą głupio nosem do góry. A naszym odpowiednikiem tych imponujących i budzących szacunek „faków” jest obyczaj klękania z łbami pochylanymi pokornie.
„To jakaś choroba” orzekliśmy z kolegą jak jakie konsylium badające tę naszą narodową alogiczność. Bo jakoś nam odwagi chyba zabrakło by ten stan uznać za normalny, trwały i nie dający szans na poprawę. Tak naprawdę orzekliśmy ostrzej znacznie. Wyszło nam bowiem, że coś musiało nas po****olić! I jakoś łatwo nam ta diagnoza wyszła boć wcale nie o kondycji Narodu deliberowaliśmy. O Narodzie to było na sam początek gdyśmy ze zgroza jako Naród nad tymi dziewięcioma złotymi za litr paliwa się rozwodzili. I Naród z nas wyszedł w naszym przeczuciu, że coś jest nie tak, jak być powinno. Zaś ta diagnoza dotyczy tych, co nas jako to niegdyś Mojżesz Naród Wybrany do ziemi obiecanej mają zawieść. I w tym problem że jakoś nam chyba z nimi nie po drodze. Bo co kogo mijamy to jakiś taki fajniejszy się zdaje i z dumną gębą się obnosi. Tak, że momentami tym Czechem, Litwinem czy innym mającym jaja być by się chciało. Ale nie można. Nie wolno nawet. Kiedyś z tej choroby przecież wyjść musimy.
* http://blog.rp.pl/zaremba/2011/03/09/czeski-blad/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naród. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 marca 2011
czwartek, 13 stycznia 2011
Licencja na zabijanie (Naród pod potworną presją)
Od razu zaznaczam, że tekst w swej konstrukcji może zdawać się a nawet (czego nie mogę wykluczyć) istotnie być absurdalny. Nic przecież wydaje się nie łączyć dwóch spraw, którymi bez reszty żyje teraz, przynajmniej w sferze publicznej, cały Naród. Może tak ma być, ze naród ma żyć akurat tymi sprawami. I dzięki nim być pod potworną presją.
Pomysł na ten tekst wziął się z inspiracji dwiema publikacjami. Bez dwóch zdań nie mających w sferze ściśle merytorycznej ze sobą nic wspólnego. Pierwszy to „banalność przyczyn”, wstępniak Jarosława Kurskiego z dzisiejszej „Wyborczej”* zaś drugi to wywiad Piotra Zychowicza z Aliną Skibińską, historykiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, oraz polskim przedstawicielem amerykańskiego Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, zatytułowany tak cholernie pozbawiająco jakichkolwiek nadziei na historię suto oklejoną w niuanse**. „Chłopi mordowali Żydów z chciwości” oznajmia nagłówek rozmowy. Tu taka dygresja, która wypowiedziałaby moja mama, pochodząca ze schłopiałej mazowieckiej szlachty i nie lubiąca generalizacji sprowadzających się do „jazdy po wieśniakach”. Dygresja- pytanie o to czemu w tytule „chłopi” skoro nie tylko oni ponoć jak wynika z publikacji?
Ale to nie przy tej okazji. Przede wszystkim wróćmy do rozważania co łączy te dwa teksty i co różni te dwie sprawy. Łączy je, choć może ktoś uzna, że naciągam, wpajanie nam przekonania, ze jesteśmy narodem mającym skłonność do irracjonalnego katrupienia, w tym samokatrupienia. I że do tego właściwie niewiele nam trzeba. Choć czy niewiele?
Jeśli miałbym zastanowić się nad sensem wstępniaka Kurskiego to kluczowe są dla mnie następujące zdania Redaktora:
„Piloci "nie byli samobójcami", ale dlaczego zachowywali się tak, jakby stracili instynkt samozachowawczy?” i „Odpowiedź jest przerażająca. Piloci prowadzili maszynę pod potworną presją ("bo się wkurzy"), z przełożonym - dowódcą sił powietrznych - za plecami.”
Wzięcie w cudzysłów frazy „nie byli samobójcami” wskazuje, że nie do końca "nie byli" albo i wcale autor się z tym nie zgadza. Czyli, że jednak byli. A byli bo była ta „potworna presja”. „Bo się wkurzy”. Ja tam nie wiem co ukształtowało odporność psychiczną pana Jarosława Kurskiego czyniąc go tak mało odpornym na jakiekolwiek presje skoro „bo się wkurzy” jest dla niego „potworne”. Na tyle by się po prostu roztrzaskać o ziemię razem z setką ludzi. Pewnie dla pana Kurskiego normalne jest, że lepiej się zabic albo kogoś zabić niż sprawić, by ktoś się wkurzył.
Tak wiec śmiem sądzić, że pan Kurski a i pewnie jego szef (skoro zgodził się by to zdanie z wstępniaka zdobiło jego gazetę) i jego koledzy uznają, że taki rodzaj presji tłumaczy bezsensowne zabójstwo dokonane na setce ludzi. I że nazwanie czegoś, co jest bardziej spekulacją niż udokumentowanym faktem (a nawet wersją pełną sprzeczności skoro „wywierającemu presję Błasikowi” sugeruje się i to, że nie wspomógł decyzyjnie Protasiuka***) „potworną presją” mocno obniża próg, za którym racjonalizuje się rzeczy niewytłumaczalne albo i niewyobrażalne.
I tu przeskoczę do materiału pani Piotra Zychowicza i Aliny Skibińskiej. Odnoszącego się do kwestii ocierającej się (statystycznie jedynie ale statystyka okazuje się w pewnych przypadkach matką nauk) o zabójstwo ca 200 tysięcy ludzi. Tylu akurat się „zgubiło” statystyce. Mógłbym złośliwie podsumować panią Skibińska (a i pana Grossa bo ta liczba z niego i za nim…) że jak coś w naturze ginie to jedynym wytłumaczeniem jest że to Polak zwinął albo zatłukł. Pisałem kiedyś o moim nieletnim kuzynie, który takim mechanizmem właśnie wrabiał w swoje przewiny swego psa…
Ale nie o to mi chodzi by teraz łapać panią Skibińska na nadinterpretacjach i nadużyciach. Jak już powiedziałem, jest coś, co te dwa teksty łączy. Dość dziwnie bo taką potężna ścianą ustawiona tak bezwzględnie niesymetrycznie. I tak cholernie niebezpiecznie.
Chodzi mi o tę „potworną presję” Kurskiego sprowadzającą się do cytowanych słów „bo się wkurzy" i stwierdzenia, że za plecami mieli przełożonego. A to na tle rozniecanej, między innymi i przez organ pana Jarosława Kurskiego, coraz bardziej naładowanej emocjami dyskusji o tym, jak Polacy nie stanęli na wysokości zadania i bądź to „milczeli” bądź też to i owo „czynili” w obliczu Holocaustu. Czyli też robili to, co nie było właściwe a i zapewne irracjonalne. No bo jak to tak okradać ludzi albo nawet ich zabijać? Faktycznie, jak?!
Ale tu przypomnę znów uwagę Rymkiewicza, który raczył skomentować głosy o „szaleństwie” Powstania Warszawskiego uwagą, że było ono elementem dużo większego szaleństwa, może i szaloną ale odpowiedzią na szaleństwo dla nikogo niewyobrażalne. To głos o widzenie właściwych proporcji.
I z miejsca zapytam (choć nie sądzę, że mi odpowie kto z nich) i pana Grossa i panią Skibińską i pana Kurskiego wreszcie czy jeśli Błasik za plecami Protasiuka jest „potworną presją” tłumaczącą zachowania irracjonalne to czy za taką presję nie da się przyjąć znajdujących się w znacznej liczbie (mocno przekraczającej jednego Błasika nawet jeśli przydamy mu też i „pierwszego pasażera”) za plecami tych potwornych Polaków z lat 1942- 45 elementów całego nazistowskiego aparatu represji?
Oczekiwanie konsekwencji od ludzi pokroju Kurskiego to chyba syzyfowa praca. Bo czy jest on na tyle odważny by, mając w oczach Protasiuka walącego w ziemie przez oddech Błasika na plecach, powiedzieć „Cóż… to normalne te 200 tysięcy brakujących w statystyce ocalałych. Przecież byliśmy wtedy pod „potworną presją”. Chyba nawet większa niż Protasiuk nad Smoleńskiem”. I wszystko nagle jest jasne.
A my pozostajemy dla współczesnych a i pewnie dla potomności taką ciekawostką, przypominająca nieco Naród Wybrany, budujący znaczną, by nie rzec lwią, cześć swej narodowej tożsamości na swej Megakrzywdzie. Tyle, że my budowalibyśmy swą tożsamość dla odmiany na permanentnej presji, pod która jesteśmy. I która usprawiedliwiała by nasze wszelkie słabości albo i niegodziwości.. Będąc taką „licencją na zabijanie” in blanco. I determinując to i owo. Z czasem i genetycznie. Wysysane z mlekiem matki.
Nas koniec jeszcze taka uwaga do wszystkich, którzy chcą mnie zjeść. Nie racjonalizuję zbrodni ani skłonności do niej. Ostrzegam tylko by nie zacierać proporcji. Bo z tego różne nonsensy mogą się powykluwać.
* http://wyborcza.pl/1,75968,8940341,Banalnosc_przyczyn.html
** http://www.rp.pl/artykul/9133,592972-Skibinska--Chlopi-mordowali-Zydow-z-chciwosci.html
*** Ta uwaga dotyczy zawartego w opinii psychologów stwierdzenia, że „Brak reakcji ze strony A. Błasika wpłynął na decyzje Protasiuka odnośnie zejścia poniżej wysokości przyjętej wcześniej” http://wyborcza.pl/1,75248,8938880,__Wyladowac_za_wszelka_cene___O_psychologii_pilotow.html#ixzz1AqfkGomv
Pomysł na ten tekst wziął się z inspiracji dwiema publikacjami. Bez dwóch zdań nie mających w sferze ściśle merytorycznej ze sobą nic wspólnego. Pierwszy to „banalność przyczyn”, wstępniak Jarosława Kurskiego z dzisiejszej „Wyborczej”* zaś drugi to wywiad Piotra Zychowicza z Aliną Skibińską, historykiem Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, oraz polskim przedstawicielem amerykańskiego Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, zatytułowany tak cholernie pozbawiająco jakichkolwiek nadziei na historię suto oklejoną w niuanse**. „Chłopi mordowali Żydów z chciwości” oznajmia nagłówek rozmowy. Tu taka dygresja, która wypowiedziałaby moja mama, pochodząca ze schłopiałej mazowieckiej szlachty i nie lubiąca generalizacji sprowadzających się do „jazdy po wieśniakach”. Dygresja- pytanie o to czemu w tytule „chłopi” skoro nie tylko oni ponoć jak wynika z publikacji?
Ale to nie przy tej okazji. Przede wszystkim wróćmy do rozważania co łączy te dwa teksty i co różni te dwie sprawy. Łączy je, choć może ktoś uzna, że naciągam, wpajanie nam przekonania, ze jesteśmy narodem mającym skłonność do irracjonalnego katrupienia, w tym samokatrupienia. I że do tego właściwie niewiele nam trzeba. Choć czy niewiele?
Jeśli miałbym zastanowić się nad sensem wstępniaka Kurskiego to kluczowe są dla mnie następujące zdania Redaktora:
„Piloci "nie byli samobójcami", ale dlaczego zachowywali się tak, jakby stracili instynkt samozachowawczy?” i „Odpowiedź jest przerażająca. Piloci prowadzili maszynę pod potworną presją ("bo się wkurzy"), z przełożonym - dowódcą sił powietrznych - za plecami.”
Wzięcie w cudzysłów frazy „nie byli samobójcami” wskazuje, że nie do końca "nie byli" albo i wcale autor się z tym nie zgadza. Czyli, że jednak byli. A byli bo była ta „potworna presja”. „Bo się wkurzy”. Ja tam nie wiem co ukształtowało odporność psychiczną pana Jarosława Kurskiego czyniąc go tak mało odpornym na jakiekolwiek presje skoro „bo się wkurzy” jest dla niego „potworne”. Na tyle by się po prostu roztrzaskać o ziemię razem z setką ludzi. Pewnie dla pana Kurskiego normalne jest, że lepiej się zabic albo kogoś zabić niż sprawić, by ktoś się wkurzył.
Tak wiec śmiem sądzić, że pan Kurski a i pewnie jego szef (skoro zgodził się by to zdanie z wstępniaka zdobiło jego gazetę) i jego koledzy uznają, że taki rodzaj presji tłumaczy bezsensowne zabójstwo dokonane na setce ludzi. I że nazwanie czegoś, co jest bardziej spekulacją niż udokumentowanym faktem (a nawet wersją pełną sprzeczności skoro „wywierającemu presję Błasikowi” sugeruje się i to, że nie wspomógł decyzyjnie Protasiuka***) „potworną presją” mocno obniża próg, za którym racjonalizuje się rzeczy niewytłumaczalne albo i niewyobrażalne.
I tu przeskoczę do materiału pani Piotra Zychowicza i Aliny Skibińskiej. Odnoszącego się do kwestii ocierającej się (statystycznie jedynie ale statystyka okazuje się w pewnych przypadkach matką nauk) o zabójstwo ca 200 tysięcy ludzi. Tylu akurat się „zgubiło” statystyce. Mógłbym złośliwie podsumować panią Skibińska (a i pana Grossa bo ta liczba z niego i za nim…) że jak coś w naturze ginie to jedynym wytłumaczeniem jest że to Polak zwinął albo zatłukł. Pisałem kiedyś o moim nieletnim kuzynie, który takim mechanizmem właśnie wrabiał w swoje przewiny swego psa…
Ale nie o to mi chodzi by teraz łapać panią Skibińska na nadinterpretacjach i nadużyciach. Jak już powiedziałem, jest coś, co te dwa teksty łączy. Dość dziwnie bo taką potężna ścianą ustawiona tak bezwzględnie niesymetrycznie. I tak cholernie niebezpiecznie.
Chodzi mi o tę „potworną presję” Kurskiego sprowadzającą się do cytowanych słów „bo się wkurzy" i stwierdzenia, że za plecami mieli przełożonego. A to na tle rozniecanej, między innymi i przez organ pana Jarosława Kurskiego, coraz bardziej naładowanej emocjami dyskusji o tym, jak Polacy nie stanęli na wysokości zadania i bądź to „milczeli” bądź też to i owo „czynili” w obliczu Holocaustu. Czyli też robili to, co nie było właściwe a i zapewne irracjonalne. No bo jak to tak okradać ludzi albo nawet ich zabijać? Faktycznie, jak?!
Ale tu przypomnę znów uwagę Rymkiewicza, który raczył skomentować głosy o „szaleństwie” Powstania Warszawskiego uwagą, że było ono elementem dużo większego szaleństwa, może i szaloną ale odpowiedzią na szaleństwo dla nikogo niewyobrażalne. To głos o widzenie właściwych proporcji.
I z miejsca zapytam (choć nie sądzę, że mi odpowie kto z nich) i pana Grossa i panią Skibińską i pana Kurskiego wreszcie czy jeśli Błasik za plecami Protasiuka jest „potworną presją” tłumaczącą zachowania irracjonalne to czy za taką presję nie da się przyjąć znajdujących się w znacznej liczbie (mocno przekraczającej jednego Błasika nawet jeśli przydamy mu też i „pierwszego pasażera”) za plecami tych potwornych Polaków z lat 1942- 45 elementów całego nazistowskiego aparatu represji?
Oczekiwanie konsekwencji od ludzi pokroju Kurskiego to chyba syzyfowa praca. Bo czy jest on na tyle odważny by, mając w oczach Protasiuka walącego w ziemie przez oddech Błasika na plecach, powiedzieć „Cóż… to normalne te 200 tysięcy brakujących w statystyce ocalałych. Przecież byliśmy wtedy pod „potworną presją”. Chyba nawet większa niż Protasiuk nad Smoleńskiem”. I wszystko nagle jest jasne.
A my pozostajemy dla współczesnych a i pewnie dla potomności taką ciekawostką, przypominająca nieco Naród Wybrany, budujący znaczną, by nie rzec lwią, cześć swej narodowej tożsamości na swej Megakrzywdzie. Tyle, że my budowalibyśmy swą tożsamość dla odmiany na permanentnej presji, pod która jesteśmy. I która usprawiedliwiała by nasze wszelkie słabości albo i niegodziwości.. Będąc taką „licencją na zabijanie” in blanco. I determinując to i owo. Z czasem i genetycznie. Wysysane z mlekiem matki.
Nas koniec jeszcze taka uwaga do wszystkich, którzy chcą mnie zjeść. Nie racjonalizuję zbrodni ani skłonności do niej. Ostrzegam tylko by nie zacierać proporcji. Bo z tego różne nonsensy mogą się powykluwać.
* http://wyborcza.pl/1,75968,8940341,Banalnosc_przyczyn.html
** http://www.rp.pl/artykul/9133,592972-Skibinska--Chlopi-mordowali-Zydow-z-chciwosci.html
*** Ta uwaga dotyczy zawartego w opinii psychologów stwierdzenia, że „Brak reakcji ze strony A. Błasika wpłynął na decyzje Protasiuka odnośnie zejścia poniżej wysokości przyjętej wcześniej” http://wyborcza.pl/1,75248,8938880,__Wyladowac_za_wszelka_cene___O_psychologii_pilotow.html#ixzz1AqfkGomv
czwartek, 11 listopada 2010
Artykuł XVII- Naród w iluzji rzeczpospolitej
O narodzie, Ludzie czy też Demosie napisać obiecałem niejako w jednym z ostatnich tekstów. Właściwie nie o nim w ogóle bo temat to na ogromną literacka spuściznę a nie na jedną notkę przy czym nawet i tak ledwie parę aspektów tematu udałoby się tknąć. Ja zaś spróbuję odnieść się do kilku spostrzeżeń, które zainspirował jeden z rozdziałów ostatniej książki Rymkiewicza „Samuel Zborowski”. Chodzi o tę część, w której autor odnosi się do XVII „artykułu henrycjańskiego” jak nazywa go (a i pozostałe szesnaście) staromodnie Rymkiewicz. O tę, która, jak myślę, była jednym z głównych powodów takiego a nie innego przyjęcia książki nawet przez tych recenzentów, którzy z natury rzeczy nie byli do niego nastawieni, parafrazując jednego z głównych adwersarzy, „zoologicznie”. Chodzi o zachwyt autora nad zapisem, który ongiś szlachta wraz z innymi zapisami kazała zaprzysięgać swoim kolejnym władcom. Ten konkretnie, w którym stało: "A ieślibyśmy (czego Boże uchoway) co przeciw prawom, wolnościom, artykułom, kondycyom wykroczyli, abo czego nie wypełnili: tedy obywatele Koronne oboyga narodu, od posłuszeństwa y wiary Nam powinney, wolne czyniemy."*
Może problem, jaki z książką Rymkiewicza (nie napisze z jej zrozumieniem bom jeszcze nie skończył lektury tedy twierdzić nie mam prawa ani tego że lepiej czy właściwiej ani że gorzej od nich, wspomnianych recenzentów go rozumiem) tkwi w tym, że jednak autor dopuścił się pewnego nadużycia i skrócił sobie ów zapis. Choć z drugiej strony gdyby tego nie zrobił rzecz byłaby jasna a autor obroniony. Tak się składa, że w całości zapisu zdecydowanie mocniej tkwi akcent kładziony nie na owo nieposłuszeństwo poddanych lecz na wiarołomstwo władcy.
To, na co ja, a jak mniemam i sam Rymkiewicz zwraca uwagę zawiera się natomiast w użytych przeze mnie w poprzednim zdaniu dwóch pojęciach. I nad nimi a nie nad rymkiewiczowym pisaniem się chcę skupić. Chodzi o pojęcia „poddany” i „władca”. Już wtedy, w Rzeczpospolitej (!!!!) wieku XVI zdecydowanie traciły one swą wcześniejszą ostrość i przewartościowywały swe znaczenie. I jeśli ktoś w oparciu o ten nieostry klucz pojęciowy wysuwa dziś zarzut że pisząc dobrze o tamtym „narodzie” gloryfikuje się anarchię ten pewnie a raczej na pewno nie może jasno patrzeć na to co dzieje się z naszym państwem pod rządami współczesnego nam systemu rządów.
Gdyby prześledzić to, w jaki sposób dziś patrzy się na system sprawowania władzy to trudno nie zauważyć, że w tym wszystkim najmniej uwagi poświęca się temu w jakiej kondycji jest ów element systemu, który o jego wydolności decyduje w stopniu największym. Gdybym tu przerwał i zapytał czytelnika o czym czy om kim myślę, sądzę, że odpowiedź mogłaby nastręczyć kłopotów i nie od razu paść w formie poprawnej. Tak się teraz rozkłada akcenty.
Ot choćby kiedy człowiek rządzący Państwem o marnej infrastrukturze, zapchanym na drogach, oblężonym kolejkami do szpitali i trapionym dziesiątkami innych niezałatwialnych bolączek mówi, w formie wyborczego hasła, „nie robimy polityki lecz budujemy…” i tu wymienia co budujemy. To hasło, przez speców od marketingu zapewne uznane za świetne, jest niczym innym jak jawną obrazą inteligencji tych, do których z tym hasłem ów rządzący startuje. By ich do siebie przekonać. Pomyślmy oto nad sensem prawdy wypowiadanej w 2010 roku przez człowieka, który w polityce miesza od lat 20. Gdyby tę jego dwudziestoletnią obecność w polityce próbować ocenić jego rzeczywistym dorobkiem to nie da się ukryć, że jednak zdecydowanie bardziej on „robi politykę” niż „buduje”. Dlaczego więc tak mówi? Bo wie, że może sobie na to pozwolić bezkarnie. Bo wie, że nikt go z jego rzeczywistego dorobku nie rozliczy. Bo nikomu nie będzie się chciało. Ot co.
A czemu tego nie zrobi? A bo nie umie, a bo nie chce a bo … W tym właśnie rzecz. W postępującym paraliżu tej funkcji Narodu, Ludu czy też Demosu, która jest niewątpliwie jego największym skarbem i, jeśli coś takiego jak Naród, Lud czy Demos rzeczywiście istnieje, największym darem przekazanym mu w dziejowym procesie ucierania się tego, co nazwano ludowładztwem. Chodzi mi o atrofię rzeczywistego poczucia bycia suwerenem.
Kiedy zbliża się kolejny, mniejszy lub większy paroksyzm ludowładztwa największą troską przy tej okazji wyrażaną przez tych, co z powodów zawodowych lub z uwagi na swą wrodzoną wrażliwość nie potrafią o tym elemencie demokracji zapomnieć, jest to, jak bardzo Naród, Lud czy Demos zamanifestuje, że ma w dupie bycie suwerenem. W takich okolicznościach zresztą pojawiają się też paradne propozycje zapobieżenia temu, by suwerenowi taki stosunek do bycia suwerenem zbytnio w krew nie wszedł. Chce się brać więc suwerena za pysk i jak za jakie wirtualne wędzidło siłą przyciągać do wypełniania tej sprawowanej okresowo, czynnej roli suwerena. Toż taki pomysł sam w sobie pokazuje w jakim poważaniu ma się tego suwerena i jego władzę.
Zmuszanie suwerena… To zaiste najlepszy punkt wyjścia by tamtą, zanarchizowaną ponoć Rzeczpospolitą porównać z tą naszą, która jest w samym oku tego cyklonu, co z takim impetem nawiewa do nas wszelkie najwłaściwsze wzorce tego wszystkiego czego wzorców tak jako nowoczesne społeczeństwo łakniemy. Ponoć łakniemy. Z tą Rzeczpospolita co jest teraz takim prężnym pawiem i papugą… Ładnie wykoncypowałem? :) Ale nie zbaczajmy teraz konceptami ładnymi na mielizny, z których nigdzie dopłynąć nie zdołamy.
Wróćmy więc do porównania tamtej anarchii z dzisiejszym porządkiem. Czy istotnie tamta anarchia taką straszną była? Jak na tamte czasy chyba nie. Gdzie nam do buntów i masakr, które „lepszych” od nas w wymyślaniu i krzewieniu politycznej nowoczesności „w domu i zagrodzie” nurtowały. Czy to myśmy Hugenotów wyrzynali, „kawalerów” po wrzosowiskach pędzili albo przez 30 lat z Europy robili cmentarz? Gdzie nam z naszymi wojnami kokoszymi i rokoszami do tamtych anarchii? Nasze anarchie o jednym tylko świadczyły. O tym mianowicie, że nam się obywatel (w tamtym rzecz jasna rozumieniu) politycznie wyrobił i wiedział o co idzie w polityce. Tak sam z siebie lub z innego obywatela. Albo się z nim zgadzając albo zgoła przeciwnie. I jak im wyszło, że są jakoś „wkręcani” to potrafili nawet krwi utoczyć.
Dziś obywatel, co ponoć jest suwerenem pełną gębą i z żadnym elekcyjnym pomazańcem swej suwerenności nie dzieli utoczyć jest w stanie jedynie kulkę z tego, co sobie z nosa wydłubie ślęcząc przed telewizorem. Z niego bierze sobie bowiem to co ten jego zanarchizowany praszczur brał ze swej głowy. Na więcej ani intelektualnie ani swymi chęciami gotów nie jest. I z tej niechęci i tego braku gotowości jest nieomal na poziomie istoty, z którą kontakt nawiązać można jedynie przy użyciu jakichś prymitywnych piktogramów i krótkich słownych komunikatów. Stąd takie teraz zapotrzebowanie na różnych magików co proste sztuczki suwerenowi- idiocie będą w ramach jego suwerennych rządów sprzedawać. Sprzedawać bez obaw, że szablą przez łeb zaliczą. Takie to ryzyko jak się nam od czasu wygolonych czubów i wylanych brzuchów tak w imbecylizmie suweren posunął. I tyle z tego, że siedzi zadowolony i myśli, że ta rzeczywistość to tak naprawdę. I nie odróżnia postaci fikcyjnej od realnej. Ojciec Mateusz i Premier za jedno mu są. A ten pierwszy nadto jakby milszy.
* http://www.trybunal.gov.pl/wszechnica/akty/art_henr.htm
Może problem, jaki z książką Rymkiewicza (nie napisze z jej zrozumieniem bom jeszcze nie skończył lektury tedy twierdzić nie mam prawa ani tego że lepiej czy właściwiej ani że gorzej od nich, wspomnianych recenzentów go rozumiem) tkwi w tym, że jednak autor dopuścił się pewnego nadużycia i skrócił sobie ów zapis. Choć z drugiej strony gdyby tego nie zrobił rzecz byłaby jasna a autor obroniony. Tak się składa, że w całości zapisu zdecydowanie mocniej tkwi akcent kładziony nie na owo nieposłuszeństwo poddanych lecz na wiarołomstwo władcy.
To, na co ja, a jak mniemam i sam Rymkiewicz zwraca uwagę zawiera się natomiast w użytych przeze mnie w poprzednim zdaniu dwóch pojęciach. I nad nimi a nie nad rymkiewiczowym pisaniem się chcę skupić. Chodzi o pojęcia „poddany” i „władca”. Już wtedy, w Rzeczpospolitej (!!!!) wieku XVI zdecydowanie traciły one swą wcześniejszą ostrość i przewartościowywały swe znaczenie. I jeśli ktoś w oparciu o ten nieostry klucz pojęciowy wysuwa dziś zarzut że pisząc dobrze o tamtym „narodzie” gloryfikuje się anarchię ten pewnie a raczej na pewno nie może jasno patrzeć na to co dzieje się z naszym państwem pod rządami współczesnego nam systemu rządów.
Gdyby prześledzić to, w jaki sposób dziś patrzy się na system sprawowania władzy to trudno nie zauważyć, że w tym wszystkim najmniej uwagi poświęca się temu w jakiej kondycji jest ów element systemu, który o jego wydolności decyduje w stopniu największym. Gdybym tu przerwał i zapytał czytelnika o czym czy om kim myślę, sądzę, że odpowiedź mogłaby nastręczyć kłopotów i nie od razu paść w formie poprawnej. Tak się teraz rozkłada akcenty.
Ot choćby kiedy człowiek rządzący Państwem o marnej infrastrukturze, zapchanym na drogach, oblężonym kolejkami do szpitali i trapionym dziesiątkami innych niezałatwialnych bolączek mówi, w formie wyborczego hasła, „nie robimy polityki lecz budujemy…” i tu wymienia co budujemy. To hasło, przez speców od marketingu zapewne uznane za świetne, jest niczym innym jak jawną obrazą inteligencji tych, do których z tym hasłem ów rządzący startuje. By ich do siebie przekonać. Pomyślmy oto nad sensem prawdy wypowiadanej w 2010 roku przez człowieka, który w polityce miesza od lat 20. Gdyby tę jego dwudziestoletnią obecność w polityce próbować ocenić jego rzeczywistym dorobkiem to nie da się ukryć, że jednak zdecydowanie bardziej on „robi politykę” niż „buduje”. Dlaczego więc tak mówi? Bo wie, że może sobie na to pozwolić bezkarnie. Bo wie, że nikt go z jego rzeczywistego dorobku nie rozliczy. Bo nikomu nie będzie się chciało. Ot co.
A czemu tego nie zrobi? A bo nie umie, a bo nie chce a bo … W tym właśnie rzecz. W postępującym paraliżu tej funkcji Narodu, Ludu czy też Demosu, która jest niewątpliwie jego największym skarbem i, jeśli coś takiego jak Naród, Lud czy Demos rzeczywiście istnieje, największym darem przekazanym mu w dziejowym procesie ucierania się tego, co nazwano ludowładztwem. Chodzi mi o atrofię rzeczywistego poczucia bycia suwerenem.
Kiedy zbliża się kolejny, mniejszy lub większy paroksyzm ludowładztwa największą troską przy tej okazji wyrażaną przez tych, co z powodów zawodowych lub z uwagi na swą wrodzoną wrażliwość nie potrafią o tym elemencie demokracji zapomnieć, jest to, jak bardzo Naród, Lud czy Demos zamanifestuje, że ma w dupie bycie suwerenem. W takich okolicznościach zresztą pojawiają się też paradne propozycje zapobieżenia temu, by suwerenowi taki stosunek do bycia suwerenem zbytnio w krew nie wszedł. Chce się brać więc suwerena za pysk i jak za jakie wirtualne wędzidło siłą przyciągać do wypełniania tej sprawowanej okresowo, czynnej roli suwerena. Toż taki pomysł sam w sobie pokazuje w jakim poważaniu ma się tego suwerena i jego władzę.
Zmuszanie suwerena… To zaiste najlepszy punkt wyjścia by tamtą, zanarchizowaną ponoć Rzeczpospolitą porównać z tą naszą, która jest w samym oku tego cyklonu, co z takim impetem nawiewa do nas wszelkie najwłaściwsze wzorce tego wszystkiego czego wzorców tak jako nowoczesne społeczeństwo łakniemy. Ponoć łakniemy. Z tą Rzeczpospolita co jest teraz takim prężnym pawiem i papugą… Ładnie wykoncypowałem? :) Ale nie zbaczajmy teraz konceptami ładnymi na mielizny, z których nigdzie dopłynąć nie zdołamy.
Wróćmy więc do porównania tamtej anarchii z dzisiejszym porządkiem. Czy istotnie tamta anarchia taką straszną była? Jak na tamte czasy chyba nie. Gdzie nam do buntów i masakr, które „lepszych” od nas w wymyślaniu i krzewieniu politycznej nowoczesności „w domu i zagrodzie” nurtowały. Czy to myśmy Hugenotów wyrzynali, „kawalerów” po wrzosowiskach pędzili albo przez 30 lat z Europy robili cmentarz? Gdzie nam z naszymi wojnami kokoszymi i rokoszami do tamtych anarchii? Nasze anarchie o jednym tylko świadczyły. O tym mianowicie, że nam się obywatel (w tamtym rzecz jasna rozumieniu) politycznie wyrobił i wiedział o co idzie w polityce. Tak sam z siebie lub z innego obywatela. Albo się z nim zgadzając albo zgoła przeciwnie. I jak im wyszło, że są jakoś „wkręcani” to potrafili nawet krwi utoczyć.
Dziś obywatel, co ponoć jest suwerenem pełną gębą i z żadnym elekcyjnym pomazańcem swej suwerenności nie dzieli utoczyć jest w stanie jedynie kulkę z tego, co sobie z nosa wydłubie ślęcząc przed telewizorem. Z niego bierze sobie bowiem to co ten jego zanarchizowany praszczur brał ze swej głowy. Na więcej ani intelektualnie ani swymi chęciami gotów nie jest. I z tej niechęci i tego braku gotowości jest nieomal na poziomie istoty, z którą kontakt nawiązać można jedynie przy użyciu jakichś prymitywnych piktogramów i krótkich słownych komunikatów. Stąd takie teraz zapotrzebowanie na różnych magików co proste sztuczki suwerenowi- idiocie będą w ramach jego suwerennych rządów sprzedawać. Sprzedawać bez obaw, że szablą przez łeb zaliczą. Takie to ryzyko jak się nam od czasu wygolonych czubów i wylanych brzuchów tak w imbecylizmie suweren posunął. I tyle z tego, że siedzi zadowolony i myśli, że ta rzeczywistość to tak naprawdę. I nie odróżnia postaci fikcyjnej od realnej. Ojciec Mateusz i Premier za jedno mu są. A ten pierwszy nadto jakby milszy.
* http://www.trybunal.gov.pl/wszechnica/akty/art_henr.htm
Etykiety:
demokracja,
Naród
niedziela, 17 października 2010
Reset (marsz przez pustynię)
Gdybym miał dar prawie wszechmocy (prawie, bo takiej bez ograniczeń bałbym się mieć) podzieliłbym pokolenia Polaków na tych, którzy żyją już tyle, że pamiętają i tych, którzy od niedawna dopiero patrzą na to, co będą pamiętać. Tych pierwszych, co grzeszą uczynkiem na oczach tych drugich, którzy z uczynków borą sobie lekcje jak czynić gdy przyjdzie ich czas, otoczyłbym wysokim murem, przez który nikt i prawie nic się nie przedrze tym drugim wykasowałbym pamięć. Tak do cna. Tak, że zdezorientowani chadzali by wzdłuż muru zastanawiając się kim są i gdzie iść powinni. I znajdowaliby tam przerzucane prze tych drugich liściki, grypsy, które miałyby zawierać podpowiedź. W sprawie tego, kim są i tego gdzie iść powinni. A byłyby to podpowiedzi sprzeczne. Inaczej by być nie mogło bo sprzeczność dziś to taka niewypowiadana nazwa państwa, co zwie się Polską. A życie też ponoć jest sprzeczne.
Zbieraliby oni te kartki, co zwierałyby wskazówki pokazujące i wszystkie kierunki świata i wszelkie, prawdopodobne wyjaśnienia tego zagubienia w tych wszystkich kierunkach. I tyle by wiedzieli z nich, że dalej nic nie wiedzą. A nawet więcej bo jeszcze nie wiedzą i tego, które z tych listów kłamią a które mówią prawdę. I ruszyli by czytać w archiwach i wszystkich możliwych źródłach pomni tego, że jedno źródło to żadne źródło i zamiast iść łatwą drogą polegającą na zawierzeniu temu, kto składniej lub głośniej artykułuje swe racje, doszliby do sedna sami. I byłoby to sedno najprawdziwsze z prawdziwych. Bo przez nich znalezione. Oni nie mieliby żadnego interesu w tym, by samych siebie prowadzić na manowce. Chyba, że rzeczywiście Naród nam głupieje. A wtedy te manowce to chyba cel rzeczywiście najodpowiedniejszy.
Ten i ów mówią, że jedyną nadzieją, by naprawdę dojść, albo wrócić do Polski, ziemi nie tak dawno obiecywanej, jest powtórzyć manewr Mojżesza co czterdziestu lat potrzebował by przejść kilkaset kilometrów. Że tylko tak da się uratować Naród, co się mentalnie wyrzyna w wojnie domowej ze szczerą chęcią nie zawierania pokoju nigdy, nie brania jeńców i dobijania własnych rannych. Że dwóch pokoleń a nie kadencji nam trzeba będzie by zakopać ten rów, co przez naszą narodowość mentalność wyryto dzieląc nas na plemiona. Prawdziwe, nieprawdziwe, oświecone i ciemne…
Ale źle to widzą. Bo nic nam tułanie się po pustyni nie pomoże. Choćby te czterdzieści lat albo i nawet dwa świeże pokolenia na to przeznaczyć. Bo problem nie w tych pokoleniach ani też w czasie, co się go na tułaczkę zechce przeznaczyć. Problem w Mojżeszu. I jeszcze większy w mapach wyrysowanych, co je ten Mojżesz dzierżył będzie w dłoniach mówiąc, by pokolenia za nim szły. W nich będzie wyrysowana taka ziemia obiecana, jakiej sobie ów Mojżesz zażyczy i dla jej wizji pokolenia za sobą porwie na pustynię. A i tego nie da się wykluczyć, że każde plemię będzie miało swego Mojżesza i gdy już minie te dwa pokolenia to wyjdą one dokładnie w tym samym miejscu i to samo sobie zaczną czynić co teraz czynią ich potencjalni ojcowie i dziadowie. I całe to wyjście z ziemi egipskiej, domu niewoli na nic się nie zda poza tym, że sobie pokolenia nieco kości rozprostują i sił żywotnych do dalszej rzezi nieco spacerem przydadzą.
Czy ktoś widział polityka, który mając poparcie stwierdza nagle, że jego obecność źle służy społeczeństwu? Czy ktoś widział polityka, co mogąc przez lata karmić się jakimś społecznym zapleczem mówi „nie mam już nic do powiedzenia” i odchodzi? Nie pytam licząc na odpowiedź bo te przecząca doskonale znam. Wiem, że nasze narodowe loty ku katastrofie zauważaliśmy w momencie zetknięcia się z gruntem. I tak będzie i teraz. Bez względu na to ilu Mojżeszów stanie do castingu na prowadzenie przez piachy. Bo będą to ci Mojżeszowie co teraz są jak nie wodzami głównymi to chociaż marszałkami niepoślednimi w tych armiach co nie ustają się wyrzynać.
Dlatego na wszelki wypadek trzeba ten mur zbudować a jeśli jego byłoby mało to dla wodzów i marszałków zbudować drugi pas wzmocniony choćby zasiekiem.
A w głowach tych, co jeszcze są do uratowania zrobić reset co o tamtych Mojżeszach pamięć wymiarze i zmusi do samodzielnego przygotowania wędrówki.
Zbieraliby oni te kartki, co zwierałyby wskazówki pokazujące i wszystkie kierunki świata i wszelkie, prawdopodobne wyjaśnienia tego zagubienia w tych wszystkich kierunkach. I tyle by wiedzieli z nich, że dalej nic nie wiedzą. A nawet więcej bo jeszcze nie wiedzą i tego, które z tych listów kłamią a które mówią prawdę. I ruszyli by czytać w archiwach i wszystkich możliwych źródłach pomni tego, że jedno źródło to żadne źródło i zamiast iść łatwą drogą polegającą na zawierzeniu temu, kto składniej lub głośniej artykułuje swe racje, doszliby do sedna sami. I byłoby to sedno najprawdziwsze z prawdziwych. Bo przez nich znalezione. Oni nie mieliby żadnego interesu w tym, by samych siebie prowadzić na manowce. Chyba, że rzeczywiście Naród nam głupieje. A wtedy te manowce to chyba cel rzeczywiście najodpowiedniejszy.
Ten i ów mówią, że jedyną nadzieją, by naprawdę dojść, albo wrócić do Polski, ziemi nie tak dawno obiecywanej, jest powtórzyć manewr Mojżesza co czterdziestu lat potrzebował by przejść kilkaset kilometrów. Że tylko tak da się uratować Naród, co się mentalnie wyrzyna w wojnie domowej ze szczerą chęcią nie zawierania pokoju nigdy, nie brania jeńców i dobijania własnych rannych. Że dwóch pokoleń a nie kadencji nam trzeba będzie by zakopać ten rów, co przez naszą narodowość mentalność wyryto dzieląc nas na plemiona. Prawdziwe, nieprawdziwe, oświecone i ciemne…
Ale źle to widzą. Bo nic nam tułanie się po pustyni nie pomoże. Choćby te czterdzieści lat albo i nawet dwa świeże pokolenia na to przeznaczyć. Bo problem nie w tych pokoleniach ani też w czasie, co się go na tułaczkę zechce przeznaczyć. Problem w Mojżeszu. I jeszcze większy w mapach wyrysowanych, co je ten Mojżesz dzierżył będzie w dłoniach mówiąc, by pokolenia za nim szły. W nich będzie wyrysowana taka ziemia obiecana, jakiej sobie ów Mojżesz zażyczy i dla jej wizji pokolenia za sobą porwie na pustynię. A i tego nie da się wykluczyć, że każde plemię będzie miało swego Mojżesza i gdy już minie te dwa pokolenia to wyjdą one dokładnie w tym samym miejscu i to samo sobie zaczną czynić co teraz czynią ich potencjalni ojcowie i dziadowie. I całe to wyjście z ziemi egipskiej, domu niewoli na nic się nie zda poza tym, że sobie pokolenia nieco kości rozprostują i sił żywotnych do dalszej rzezi nieco spacerem przydadzą.
Czy ktoś widział polityka, który mając poparcie stwierdza nagle, że jego obecność źle służy społeczeństwu? Czy ktoś widział polityka, co mogąc przez lata karmić się jakimś społecznym zapleczem mówi „nie mam już nic do powiedzenia” i odchodzi? Nie pytam licząc na odpowiedź bo te przecząca doskonale znam. Wiem, że nasze narodowe loty ku katastrofie zauważaliśmy w momencie zetknięcia się z gruntem. I tak będzie i teraz. Bez względu na to ilu Mojżeszów stanie do castingu na prowadzenie przez piachy. Bo będą to ci Mojżeszowie co teraz są jak nie wodzami głównymi to chociaż marszałkami niepoślednimi w tych armiach co nie ustają się wyrzynać.
Dlatego na wszelki wypadek trzeba ten mur zbudować a jeśli jego byłoby mało to dla wodzów i marszałków zbudować drugi pas wzmocniony choćby zasiekiem.
A w głowach tych, co jeszcze są do uratowania zrobić reset co o tamtych Mojżeszach pamięć wymiarze i zmusi do samodzielnego przygotowania wędrówki.
Etykiety:
Naród,
Polacy,
przyszłość
Subskrybuj:
Posty (Atom)