czwartek, 22 września 2011

Kara główna (o szacunku dla…)

Tekst ten publikowałem pierwszy raz w marcu 2009 roku i odniesienia w nim zawarte dotyczą tamtego czasu. Dziś obiecałem Ezekielowi, że spór o zasadność kary śmierci w ogóle jestem gotów toczyć. O karę w ogóle a nie o karę dla Troya Davisa, o którym Ezekiel dziś pisał. W komentarzu wyjaśniłem mu, a on zgodził się ze mną, że w tej konkretnej sprawie wiemy za mało. Pozostając przy swoim. On przy przekonaniu że wątpliwości przemawiają przeciw karze głównej ja zaś przy tym, iż nie sądzę, że ci, co wyrok wydali, zrobili to bez poczucia pewności i odpowiedzialności. I przy tym też, że wątpliwości są i będą zawsze. Nawet w przypadkach takich, jak te dotyczące skazanych w Norymberdze.

A, że tekst poniższy podczas któregoś z moich „porzuceń” Salonu24 definitywnie usunąłem, mogę go spokojnie znów wkleić bez poczucia, że jest „odgrzewany”.

***

Z dużym zdziwieniem konstatować mi przyszło całkowite pominiecie przez koleżeństwo szanowne ogłoszonego i wczoraj upublicznionego raportu Amnesty International a dotyczącego stosowania na świecie kary śmierci. Spodziewałem się raczej dyskusji gromadzącej zarazem wielu uczestników jak i rozgrzanej emocjami dyskutantów. Choć z drugiej strony jedna z konkluzji raportu niejako uzasadnia i usprawiedliwia owo milczenie. Liczba państw, w których kara śmierci jest stosowana, maleje a za tym musi iść i to zjawisko, że już nawet nie jej groza ale wręcz istnienie w powszechnej świadomości się zamazuje. Jednak, jakkolwiek takie tłumaczenie braku reakcji ze strony dyskutantów jest ze wszech miar zrozumiałe, pominięcie w dyskusji tak istotnej sprawy i dotyczącego jej dokumentu stanowi dla ludzi, którzy go firmują, niewątpliwy i niezasłużony despekt. Bo o tym dyskutować warto. I dlatego, że temat ze wszech miar godny jest dyskusji i dlatego też, że , choć coraz rzadziej, nawet na naszym gruncie, od czasu do czasu staje się tematem żywym. Zaś przy powadze problemu dyskusje improwizowane wypadają przeważnie nieprzekonująco, by nie powiedzieć wręcz kompromitująco.

„Śmierć to niewyobrażalnie okrutna, nieludzka i upodlająca kara”.

To słowa zawarte w raporcie AI. Znakomite do tego by zacząć dyskusję nad formą wymierzania (rzeczywistym lub domniemanym) niegodziwcom sprawiedliwości zwanej niegdyś „karą główną”. Oczywiście nie dlatego, że była z jakąś, mogącą być wręcz uznaną za regułę orzecznictwa, częstotliwością stosowana lecz dla powagi spraw, dla których ją rezerwowano. Znakomite też i z powodu, który pomoże mi zastanowić się nad wagą i powagą najczęściej używanych w dyskusji, pro i conta, argumentów.

Czy istotnie kara śmierci jest upadlająca? Czy rzeczywiście uwłacza godności człowieka i nie szanuje jego życia. W zasadzie można się z tym zgodzić. Ale z czynionym na wstępie zastrzeżeniem, że bardziej przesądza o tym praktyka jej stosowania niż istota samej kary. Ale o owej praktyce dalej. Dlaczego użyłem wcześniej zwrotu „w zasadzie”, sugerującego że nie zawsze i że nie do końca. Zastrzeżenie moje jest zdecydowanie większego kalibru. Bo zgodzić się, że uwłacza i że nie szanuje życia można tylko wówczas, gdy szacunek do ludzkiego życia będzie się rozumieć wyłącznie przez pryzmat życia sprawcy crimenu, za który ową karę główną chce się zastosować. Tu uwaga istotna. O tym, za co jest stosowana obecnie też kilka słów dalej, przy wspomnianej wcześniej praktyce. Na razie skupię się na sytuacji teoretycznej, w której kara orzekana jest w sytuacjach wyjątkowych, odwołujących się tylko do zbrodni morderstwa (nie zabójstwa- to ważne rozróżnienie) oraz zbrodni stanu. Wracając zaś do owego szacunku dla życia, z żalem, a czasem wręcz z bólem, zauważam, że dla używających tego argumentu nieistniejącym wydaje się problem szacunku dla życia ofiary. Jakoś nagle kolejność wydarzeń, które do orzeczenia kary głównej prowadzą, w ich rozumowaniu wymazuje wszystko, co zaszło przed momentem orzeczenia i wynikającego z niego wyegzekwowania kary. Humanizm zaczyna się w momencie troski o to drugie życie czyniąc w domyśle takie, kupieckie nieco, założenie, że tej pierwszej śmierci i tak już nic nie odwróci. Wbrew intencjom owych humanistów broniących życia możliwego jeszcze do obrony powstaje sytuacja, w której na szale wagi kładzie się życie ofiary i życie mordercy uznając, że to drugie warte jest obrony. I, również wbrew intencjom ale zgodnie z logiką, powstaje przekonanie, że wywartościowano życie mordercy wyżej życia ofiary.

Tu zaś pojawia się problem najtrudniejszy. Na ile można w takim razie wycenić życie odebrane, tak by każdy, kto od systemu sprawiedliwości domaga się sprawiedliwego ferowania wyroków, nie miał uczucia, że sprawiedliwości nie stało się zadość. Na lat 10, 25, może na resztę życia? Czasem spotykałem się z głosami, że to kary znacznie surowsze od kary śmierci bo zwierają pierwiastek okrucieństwa w postaci ciągłej świadomości dokonanego czynu pozostawianej ukaranemu na każdy ranek, wieczór i czas pomiędzy nimi aż do jego naturalnego końca. Ale jeśli tak jest to protestujący przeciwko karom upadlającym i uwłaczającym człowieczeństwu i tych kar nie powinni akceptować! Ale wracając do owej ceny. Czy jest ktoś, kto potrafi wskazać uczciwą miarę wartości życia odebranego człowiekowi przez zbrodniarza? Ile warte jest życie dziecka zakatowanego w złości? Ile warte jest życie młodej dziewczyny zabrane w napadzie żądzy? Ile wreszcie waży życie staruszki zabitej przez chciwość? Ja potrafię wskazać tylko jedną cenę, co do której nigdy nie będzie wątpliwości, że nie jest rażąco niedoszacowania. Ta cena to inne życie. Nie do końca uczciwa, bo życie zbrodniarza nigdy nie stoi na równi z życiem ofiary ale ta różnica jest wtedy najmniejsza.

Kolejnym zarzutem stawianym autorytetowi państwa przez przeciwników kary śmierci jest ten, że jest ona jakoby zemstą. Zinstytucjonalizowaną ale jednak zemstą za mord. I tu znów wrócę do wspominanej sekwencji wydarzeń prowadzących do egzekucji owej kary. Wbrew pozorom ów ciąg nie zaczyna się ani w momencie ogłoszenia wyroku ani nawet w chwili popełnienia zbrodni. Jego początkiem jest przyjęcie w ustawodawstwie takiej sankcji. Rzecz ma się więc tak, że najpierw jest ostrzeżenie czego robić nie wolno i co spotka lekceważących ten zakaz a dopiero później to wszystko co zmusza przenieść owo narzędzie obrony przed złem z zapisu mającego charakter warunkowy na sytuację zaistniała naprawdę. To nie jest żaden lincz w majestacie prawa.

Wreszcie argument wykorzystywany tak przez zwolenników jak i przeciwników kary głównej. I, w moim odczuciu, sprowadzający od razu dyskusję nad tą sprawą w ślepy zaułek, w którym utknięcie można nawet uznać, za intelektualną kompromitacje ludzi tym argumentem szermujących (bez względu na to czy są pro czy contra). Chodzi o to czy owa kara spełnia swoją rolę. I nie w ujęciu czy ukarany zostaje ukarany. To byłoby podejście przeze mnie i rozumiane i docenione. W dyskusji owej najczęściej rolą owej kary ma być odstraszanie innych, potencjalnych sprawców czynów karą główną zagrożonych. I takie podejście właśnie uważam za kompromitujące. Gdyż jest z samego założenia przejawem widzenia owej kary w sposób skrajnie barbarzyński. W taki, w jaki należy patrzeć na tych wszystkich, którzy stosowali ja w formie represji, mówiąc eufemistycznie, jako działania o charakterze profilaktycznym, wyprzedającym bunty czy inne formy oporu. Poczynając od kurhanów z głów pokonanych wrogów usypywanych przez monarchów Międzyrzecza, przez rzezie mongolskie aż po czerwone plakaty na słupach ogłoszeniowych Warszawy za okupacji. To, co wspomniałem, może i odstraszało, ale nie miało nic wspólnego ze sprawiedliwością i jej wymierzaniem. Kara główna, jak zresztą każda inna kara, jest wyłączną relacją między czynem, ustanowioną zapisem w prawie sankcja za ów czyn i, czasem, ewentualną łaskawością sądu, choć to ostatnie też pewnie może budzić zastrzeżenia ale jest konieczne. O czym nieco dalej. Niczym więcej! Jeśli ktoś próbuje w wymiar sprawiedliwości mieszać czy to dydaktykę czy inżynierię społeczną jest barbarzyńcą. I czasy, w których działa nie mają nic do rzeczy.

Kolejny argument to omylność wymiaru sprawiedliwości przy absolutnej niemożności odwrócenia wykonanej kary. Argument sensowny acz w sposób przewrotny. Bo na ogólnym poziomie dyskusji prowadzący do wniosku, że każda kara, za jego sprawą powinna przestać być wykonywana. Bo z każdym orzeczeniem związane jest ryzyko pomyłki i każda jest (!) nieodwracalna. Jeśli ktoś mi powie, że można odwrócić karę długoletniego wiezienia to uznam go za Boga. Można ją w jakiś sposób zrekompensować. Tak, jak można zrekompensować karę główną. Każdą inaczej. W sposób bardziej lub mniej satysfakcjonujący skazanego (lub jego spadkobierców). Ale uczynić nie zaszłą wykonanej kary się NIE DA! Zaś wykluczanie stosowania jakiejkolwiek kary z tego powodu, że boimy się omyłek podważa istotę wymiaru sprawiedliwości niejako fundamentalnie. To przecież tak, jak by zakazać operacji na otwartym sercu bo część z nich się nie udaje wskutek braku umiejętności albo i błędów lekarzy. I nie jest to porównanie za daleko idące bo przecież wymiar sprawiedliwości to taki lekarz społeczeństwa. Przyjmując, że sądzą ludzie o wiedzy nabytej w tym celu i akceptowanie ich wyroków jest podstawą zdrowego wymiaru sprawiedliwości. Tak jak danie im marginesu błędu.

Powodem upadku nie jest bowiem teoria tylko praktyka. Polecam to, co znajdzie czytelnik u mej szanownej koleżanki faxe*. Zagrożeniem są beztroscy prokuratorzy chcący się wykazać, awansować czy inaczej zabłysnąć, zawaleni sprawami sędziowie, bezsensowne procedury (kpk na przykład) czyniące ze sprawiedliwości pośmiewisko. W takiej atmosferze byłbym ostatnim, który domagałby się przywrócenia u nas kary śmierci. Raz, że mógłbym spodziewać się dodatkowych komplikacji wynikających ze zwykłego strachu sędziów przed popełnieniem błędu albo, na antypodach takiej postawy, istnych trybunałów ludowych napędzanych entuzjazmem sędziów dla nowych możliwości.

Powodem wszystkich zastrzeżeń IA, nie powinna być, tak jak jest w raporcie, idea kary ale jej zohydzenie praktyką. Tak naprawdę problemem jest to, że stosuje się ją często wówczas, gdy w żadnym wypadku nawet nie powinno się o niej pomyśleć. Ale to znów powrót niejako do wcześniejszych dywagacji o barbarzyńcach i do owego przekleństwa „odstraszającej roli” kary. Problemem jest też to, jak ową karę się stosuje. A stosuje się ja w sposób, który albo przesycony jest okrucieństwem utrwalonym w zwyczaju (irańskie kamienowanie) albo źle pojętym humanitaryzmem (krzesło elektryczne, śmiertelny zastrzyk). Źle pojętym, gdyż sprowadzającym powagę kary do pozycji niemal weterynaryjnego zabiegu. Dawniej wykonanie kary otoczone było sporą liczba atrybutów podkreślających jej powagę i ceremonialność. Ustawianie szafotów w centralnych punktach, zatrudnianie do wykonywania kary fachowców, oprawa egzekucji, często publiczne wyznanie win przez gotującego się na śmierć skazańca. Nikt, kto to wszystko widział nie pomyślał nigdy, że zetknął się z czymś, wobec czego można nie mieć szacunku.

Oczywiście z główną konkluzją raportu nie mogę się nie zgodzić. I pewnie niewielu by się znalazło przechodzących obok niego obojętnie. Przeraża to, że ilość wykonanych wyroków w porównaniu z poprzednim badaniem wzrosła dwukrotnie. Przeraża dlatego, że przed samym sobą czuję się w obowiązku współczucia wobec nieszczęśników, których na gardle ukarano. Przeraża i z tego powodu, że pewnie większość z owych skazanych za nic nie mieści się wśród ludzi, wobec których zastosowanie kary głównej uważałbym za zasadne. Przeraża wreszcie z przyczyny najważniejszej. Uświadamia mi przecież to, że żyję w coraz bardziej drapieżnym świecie. I ta ostatnia konkluzja, w zależności od tego jak ją sobie przetłumaczyć, jest do przyjęcia zarówno przez przeciwników orzekania i egzekwowania kary głównej jak i zwolenników tego rozwiązania.

http://polskatimes.pl/aktualnosci/97912,amnesty-international-doroczny-raport-w-sprawie-kary-smierci,id,t.html

http://wyborcza.pl/1,75248,6421380,Dwukrotnie_wiecej_kar_smierci_w_2008_r_.html

* odwołanie do pierwszych tekstów faxe, które opisywały jej walkę z patologiami wymiaru sprawiedliwości.

wtorek, 13 września 2011

Platforma z perspektywy Biłgoraja

Rzecz znam wyłącznie z ręki drugiej choć nie byle jakiej bo RAZ-a samego.* Chodzi o autobiograficzną opowieść biłgorajskiego pajaca na temat jego pobywania w Platformie i z Platformą. Dla Ziemkiewicza to przejaw narcyzmu a ocena ta wynika z faktu, że, jak wskazuje recenzent, jedyną postacią pozytywną we wspomnianym „ruchu obywatelskim” jest nie kto inny tylko ów clown z Lubelszczyzny.

Ja to widzę inaczej. Jeśli jest tak, jak to RAZ przedstawia, mamy do czynienia z książką demaskatorską i zarazem wyjątkowo samokrytyczną. Postacie przedstawione tam (przynajmniej te wymienione w cytowanych fragmentach recenzji Ziemkiewicza) to zaiste osobliwości charakteropatyczne, których w życiu, dajmy na to w ciemnej ulicy spotkać nikt by zapewne nie chciał. Ludzie o skłonności do alkoholu, mizogini okazujący to bez samokontroli. Słowem coś na kształt towarzyskiego „rynsztoka” tak chętnie umieszczanego w modnych ostatnio powieściach retro takich autorów jak Marek Krajewski czy Konrad T. Lewandowski. Tyle, że tamto to literatura. Ci, którzy w tym opisanym „rynsztoku” się taplają, robią to bo im autor takie role przydzielił.

Nasz biłgorajski trefnić zawsze uchodził za króla życia. Z kogoś, kto obracał się w towarzystwie, które sam sobie wybierał. który robił to, co jemu pasowało. To nie los więc cisnął go w ramiona ludzi, o których teraz tak szczerze i tak niepochlebnie pisze. Wybrał ich świadom z kim się wiąże.

Nie wiem czy wyjaśnił był błazen co, jakaż to siła której nie był w stanie się chyba oprzeć, pchnęła go ku tym, jak teraz ich pokazuje, typom na pograniczu czy to idiotyzmu czy to degeneracji. Jeśli sam dokonał takiego wyboru to wniosek z tego taki, że najwidoczniej lubi podobne klimaty.

I lubi też, jak widać, od czasu do czasu, jak to w podobnym środowisku się mawia, „podp*****lić kumpli”. Robi to zamaszyście i bez skrępowania.

Oczywiście można dziwić się z tego ekshibicjonizmu „wschodzącej siły politycznej” naszej polityki. Słabości, która przecież nijak nie pasuje do tej pozy „jedynego sprawiedliwego i normalnego” w polityce. Bo czy ktoś normalny przyznałby się sam z siebie, ze tyle lat tak świetnie czuł się w towarzystwie takiej menażerii jak ta, która tak barwnie opisał?

Ja myślę, że to kwestia specyficznych upodobań. Przypomina mi się czytane niegdyś wyznanie Urbana, który w jakimś wywiadzie opowiedział radośnie anegdotkę ze swoim udziałem. Będąc w jakimś towarzystwie, które podczas wiejskiej wycieczki wpadło na pomysł upamiętnienia tego faktu na kliszy dostał specjalne zadanie. Ktoś, kto miał pomysł, by w gronie umieszczonym na fotografii znalazła się też wypożyczona od jakiegoś gospodarza czy nawet zakupiona w celu konsumpcyjnym świnka, zleciła Urbanowi, by wspomógł zwierzę w trudnej dla niektórych sztuce cierpliwego oczekiwania aż „ptaszek zaraz wyleci”. Miało to wyglądać tak, ze Urban leżał za świnką, którą dyscyplinował trzymając za tylne nogi. Jakkolwiek zwierzę ostatecznie nie zdołało zbiec, na co przez cały czas miało wyraźna ochotę, to swe napięcie wynikłe z zaistniałej sytuacji, rozładowało… wypróżniając się na twarz przyszłego rzecznika junty jaruzelskiej. O czym ten opowiadał z ukontentowaniem.

Są więc ludzie, którzy potrafią się czuć doskonale nie tylko wśród tak osobliwego towarzystwa ale i w znacznie gorszych warunkach. I jeszcze czerpać z tego radość. W końcu wytrzymał z nimi nasz kryształ największy wśród pajaców długie pięć lat.

Inna rzecz, że się im zdążył nieźle poprzyglądać i teraz cieszy ich konterfektami co niektóre oczy. Jak w sam raz na wybory. A oni? Muszą się czuć jak banda kryptoonanistów, którzy z entuzjazmem dopuścili do konfidencji nowego kolegę a teraz mają żal że wszystko nagrywał i po czasie puścił w obieg. Choć, jak podejrzewam, będą trzymać fason do końca.



* http://wsieci.rp.pl/opinie/horyzonty/Rafal-Ziemkiewicz-o-krzywym-zwierciadle-Janusza-Palikota

Gazeta z Czerskiej – miedzy Trybuną a Sturmerem


Nad problemem pochylił się już Chinaski ale rzecz na tyle jest ciekawa, że trudno to ot tak porzucić jeśli wcześniej nabrało się chęci. Tym bardziej, że w mojej ocenie (to ważne stwierdzenie zważywszy na wrażliwość koncernu medialnego) właśnie „Gazeta z Czerskiej”, świadomie lub nie, postanowiła dać dowód tego, że jednak mogą mieć rację ci, którym serwowany przez nią „wyborczy” koktajl z faktów i ideologii kojarzy się z organem prasowym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z lat wczesnych pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Czasy były wtedy takie, że jak się koniecznie chciało psa uderzyć, to najłatwiej było to uczynić swastyką. Ci, co mogli to oglądać „na żywca” jak i ci, co z powodów naukowych czy też hobbystycznych zajrzeli do archiwalnych wydań wspomnianego organu pamiętają „przezabawne” i jakże konsekwentnie powtarzalne konterfekty satyryczne różnych wrogów ludu, czy to Adenauerów przeróżnych czy też „zaplutych karłowe reakcji” z literkami AK na ramieniu, których rachityczne, budzące obrzydzenie sylwetki z jakichś paranormalnych powodów najczęściej rzucały cień masywnego i przerażającego typa w charakterystycznym hełmie albo przypominającej siodło czapce.

Prawdę mówiąc wartość artystyczna tamtych dzieł była przeważnie wątpliwa. Dokładnie taka sama jak czasów, w których powstawała. Ale przecież nie o artyzm wtedy chodziło.

Tak jak zapewne i teraz. Choć stwierdzić o co chodzi do końca nie czuje się na siłach. Bo sensu w tym nie widzę żadnego. O ile oczywiście miałbym brać na poważnie wszelkie zapewnienia a i oburzenia dotyczące tego jak redakcja z Czerskiej i jej szef postrzegają demokrację i przypisane do niej wolności oraz jak reagują gdy ktoś zasugeruje, że postrzegają nie tak, jak to się powinno postrzegać.

Trudno dopatrzyć się sensu w coraz bardziej nonsensownych działaniach „Gazety” związanych z debiutem dziennika „Gazety Polskiej”. Nonsensownych od samego początku zważywszy, że obie redakcje grają na różnych boiskach. I to w najszerszym możliwym rozumieniu. Raz, że nie ma chyba zbyt wielkich szans by między oboma tytułami miał czy choćby mógł nastąpić jakikolwiek przepływ czytelników. Target przedziela gruba ściana. Dwa, że formaty obu wydawnictw są różne a spółka „Agora” chyba już dała sobie spokój z atakiem na rynek tabloidów.

Jedyne co pozostaje, co się narzuca na podstawie „powitalnych tyrad” z Czerskiej pod adresem nowego tytułu, to chyba tylko, jak mi się wydaje, niepojęta niechęć do wolności słowa. Bo jak dotąd trudno znaleźć jakiś konkretny zarzut podniesiony przez „Wyborczą” przeciw „Gazecie Polskiej Codziennej”

Tekst Siedleckiej bez wątpliwości takich zarzutów nie przynosi. Przynosi natomiast co innego. Zawoalowaną mocno próbę sugestii, że rodzi się oto nasza mutacja „Sturmera”. Tak mi się zdało podczas lektury. Przyznam szczerze, że jakkolwiek w polskich mediach widziałem wiele przykładów poświęcenia rozumu w służbie polityki, w tym zaś przypadku polityki redakcyjnej, ale czegoś takiego przypomnieć sobie nie umiem. Nie umiem więc dokonać poważnej analizy tekstu. Jeśli już to raczej takiej domorosłej analizy stanu umysłu pani autorki. Bez wątpliwości opisana przez nią reakcja i skojarzenia przytoczone w związku z klipem reklamowym nowej gazety normalne nie są. Powiem wprost. Jeśli kobieta na widok efeba zaczyna myśleć o „Mein Kampf”, zwartych szeregach, koszulach w ponurym kolorze, znak to, że ma nierówno pod deklem. Bo w takiej sytuacji, jeśli jest zdrowa na umyśle, skojarzenia powinna mieć diametralnie inne. Nie miejsce tu teraz na to, by roztrząsać jakie. Wyobrażenie na temat stanu umysłu autorki tekstu w „Wyborczej” może tez dać i ten fragment, w którym pisze ona „Ale to jeszcze małe piwo. Klip robi tak silne wrażenie, że nie zdziwiłabym się, gdyby zainspirował kolejnego, nie do końca zrównoważonego człowieka do ataku na siedzibę którejkolwiek partii czy komitetu wyborczego.”*

To już chyba kłopoty autorki z pamięcią. Bo chyba nie sądzi pani Siedlecka, że za przywołanym wydarzeniem stała gazeta, która jeszcze wówczas nie istniała i klip, którego tamten „niezrównoważony człowiek” nie miał najmniejszych szans obejrzeć. I poddać się temu „wrażeniu”, które tak silnie odczuwa Siedlecka patrząc na efeba. To kolejny powód by się nad umysłem pani redaktor pochylić. Bo w kim normalnym młody chłopak budzi chęć mordu?

Wracając zaś do tej zawartej w sugestii Siedleckiej zabawy czasowym kontinuum. W odróżnieniu od „Gazety Polskiej Codziennej” i tego klipu co to smród się od niego rozchodzi jak autorka sugeruje, jej tytuł prasowy jak najbardziej istniał. I miał na temperaturę życia politycznego wpływ niebywały. taki, jakiego zapewne Sakiewicz ze współpracownikami nie uzyska nigdy, bez względu na to ile będzie miał tytułów i ilu nie zawaha się użyć. Jeśli więc już ryzykujemy obstawianie czyja wina był ten „„niezrównoważony człowiek”, ja raczej bym obstawiał „Trybunę” niż „Sturmera”.

Na koniec taka uwaga do „reprezentantów prawnych” wydawnictwa „Agora coś tam coś tam”. Jeśli nie podoba się wam czy waszym klientom jak wam ktoś to czy owo wciska, starajcie się pilnować, by „nie czynić drugiemu co tobie niemiłe”. Bo z tym Sturmerem, co to się u was (jak mi wyszło w czytaniu) jako cień „Gazety Polskiej” pojawia, działacie tak jakbyście (cytując Alcmana) „źdźbło w oku innych widzieli a belki w swej d***e nie zauważali.

* http://wyborcza.pl/1,75968,10268633,Pieniadze_czasem_smierdza.html#ixzz1XoH0hpsR

poniedziałek, 12 września 2011

„Zapomnieliście?!” (POlityka historyczna)

Ze świetnej, moim zdaniem najzabawniejszej książki Toma Sharpe’a „Nieprzystojne obnażenie” („Indecent Exposure”) pamiętam taką scenę, w której szalony policjant, por Verkamp, pod nieobecność swego szefa postanawia wprowadzić swoje porządki w Piemburgu (południowoafrykański Pietermarienburg). Polega to na aresztowaniu wszystkich podejrzanych o probrytyjskie sympatie. Kiedy jeden z podkomendnych zwraca mu uwagę, że aresztowani to sama elita miasta z burmistrzem na czele, Verkamp zadaje pytanie, na które jest tylko jedna odpowiedź. „Czy już zapomniałeś co oni (Brytyjczycy) robili z naszymi kobietami?”. Policjant natychmiast, jak należy w takich sytuacjach, zaprzecza. Nie, nie zapomniał! Choć po prawdzie nie miał on jeszcze żadnej kobiety a jego przodkowie (rzecz dzieje się w czasach dość nieokreślonych ale zdecydowanie po II wielkiej wojnie) do Kraju Przylądkowego przybyli zdecydowanie po tym gdy Transwal i Orania w sposób dość burzliwy przestały już istnieć.

Przypomniałem sobie ów fragment, a w zasadzie pobrzmiewał mi w uszach gdy Premier Tusk zdradzał ze zjazdowej czy tam kongresowej trybuny rzeczywistą strategię czy tam taktykę (wszak różnie się mówi o poziomie decyzyjnym, który on reprezentuje) wyborczą jego partii. Niby była „Polska w budowie”, za którą Premier serdecznie i szczerze przepraszał, niby obiecywał że teraz „Możemy zrobić więcej” ale tak naprawdę cała nadzieja i cała jego siła zabrzmiała w tym „Czy już zapomnieliście co oni (PiS) robili z naszymi kobietami?!!!!!”

Tak to pamiętam. I to jeszcze, że ten ryk, w formie i treści wcale nie był wedle mego odczucia wyciem samca, który właśnie oznaczył teren i rzuca stado, by go broniło. Raczej kogoś, kto przeliczył się w odległości i zamaszyście nadział się na jakąś niedocenioną, zlekceważoną przeszkodę swymi nabrzmiałymi jajami. Wiem, może zbyt obrazowo. Ale zasłużył na to.

Zasłużył na to by go obśmiać w dwój i trójnasób. Zasłużył jak każdy, kto najpierw zwątpi w siebie a później poczuje strach. Bo jeśli ci, z którymi się potyka to zauważa, to już tych jaj obitych nie odpuszczą.

Czy zwątpił? A jak w ogóle można w to wątpić, że zwątpił?! Jak można nie zauważać głębokiej niewiary w to, że on i jego ekipa może cokolwiek pozytywnego zaoferować. To znaczy pozytywnego i realnego. Bo tak jak on oferować to w istocie nie umie nikt. Czy słyszałeś człowieku, obywatelu kiedyś podobną ofertę do tej trzygodzinnej bez pokrycia sprzed czterech lat? Zatem przestał wierzyć, że może stanąć przed ludem i powiedzieć „Patrzraj ludzie, to ja! To my!” Bo z czym? Z tą kupą gruzu na której ten jego obiecywany teraz sztandar w bieli i czerwieni wyglądałby jak na gruzach Warszawy?

Zatem nie zostało mu nic tylko znów wrócić do historii. Jemu, co tłumaczył nam na zmianę że liczy się przyszłość a jak trzeba było kasę odkładaną na przyszłość zwinąć bo hajs jakoś się szybko skończył, że liczy się dla odmiany tu i teraz. O historii ani słowa! Bo historia to groby, trupy, nekrofile, dinozaury… Słowem kiła i mogiła. W dowolnej kolejności.

I nagle bach!!!!!! Nagle okazuje się, że nie wybierzemy przyszłości czy tam nawet tu i teraz jak się nie wybierzemy z taką nagłą wycieczką w przeszłość. W ciemne wieki, w których on musiał barankowi w dupę siarki zadać żeby tego potwora rozerwać na strzępy. I został nam po tym wielkim wybuchu, zwanym wybuchem społecznego entuzjazmu nasz szewczyk za króla.

Tyle, że takie wycieczki kosztują. Choćby to, ze się nam szewczyk szewczykiem przypomniał i tym, że w zasadzie on jest spec od jednego. Od napychania siarki w dupę. I niepomny na to, że świat się zmienił, że słonko ponoć zajaśniało,że wymyślono od tamtego czasu bardziej cywilizowane metody eksterminacji smokow (to takie bajkowe dinozaury), gdy przyszło co do czego, wymyślił, że znów tę siewkę w tę dupę… A to bajka przecież! Bo nie było chyba jednak żadnego smoka ani baranka a w jakiej dupie grzebał szewczyk… A kogo to teraz interesuje?

Tak nam więc wyszła nagle na wierzch ta POlityka historyczna, co dotąd byłą ze wszech miar szkodliwa, jałowa a nawet zatruwająca.

***

Z rozbawieniem zauważam jak nagle próbuje się cofnąć czas o cale cztery lata. Jak przypomina się jak „strasznie” wtedy było i jak eksperci przeróżni zastanawiają się jak można (jak ON miałby) ponownie uruchomić energię tych młodych. Rzecz w tym, że tamci już nie tacy młodzi jak wtedy. Mądrzejsi o cztery lata doświadczeń z brudną polityką. Brudną, ale bez dwóch zdań kojarzoną z NIM. Bo przecież to ON ją zdominował. Tak przecież przez lata mówiono. A znowu ci młodzi co teraz są młodzi za cholerę nie pamiętają co Brytyjczycy robili z ich kobietami. I niech ON zgadnie czemu nie pamiętają. Jeśli nie wie to mu powiem. Bo nie pamiętają tego nawet ci, co jakoby na własne oczy widzieli!

Został tylko szewczyk, spec od siarki i od… No właśnie.

Tak to jest z tą pamięcią i z tą historią. Jak się ją kopnie, to ona potrafi oddać. Wracając w błazeńskiej czapie. Tak jak wróciła gdy straszył z tej sceny zjazdowej czy tam kongresowej.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Utracony instynkt wyborcy (polemika)

Trudno zaprzeczyć, że nasza polityka to skumulowana patologia. Może będę nudny ale znów jako przykład przytoczę wojnę, w znacznej mierze domową, o to jak wielkim bohaterstwem było albo nie było recenzowanie wyborczego klipu związku zawodowego wiejskiej nomenklatury.

Do rangi casus belli podniesiony został problem, który nikogo obecnie nie powinien zaprzątnąć na więcej niż na trzy do pięciu sekund bez względu na to czy wyskoczyłby z nim poseł Hofman, prezes Kaczyński, Tusk prezes rady czy tam wszystkie gazety lub czasopisma oraz zaprzyjaźnione stacje razem. Więcej. Nawet gdyby sam Bóg z nieba zstąpił i klarować zaczął wyborcy, że ten klip to kicha i dowód zdziczenia to ja, a za mną każdy normalny wyborca, upadłszy najpierw jak należy na kolana, odrzec powinienem tymi słowy: „Boże Wszczechmogący, w Trójcy Jedyny Prawdziwy! A co mi tam jakaś piosenka i to, co kto o niej myśli? Tyle jest spraw poważnych, że to akurat to mi zwisa i powiewa!”. No może z tym „zwisa” i z tym „powiewa” bym się zastanawiał bo hit ludowców i hit Hofmana nie są warte wiecznego potępienia.

Cała ta okładanka ma miejsce na miesiąc przed wyborami. I zdaje się być znakiem firmowym stanu nie tylko naszej klasy politycznej ale, co równie a może i bardziej smutne, znacznej części wyborców. Niestety, tych wyborców, którzy zdają się uważać za najbardziej wyrobionych i politycznie uświadomionych.

Tedy na miesiąc przed wyborami pasjonujemy się najpierw diskopolo PSL, później diskopolo taktu i rozwagi Hofmana wreszcie dorodnym burakiem cukrowym w rękach Kłopotek Brothers. A nikt w tym czasie jakoś szczególnie nie docieka i nie zmusza swych potencjalnych wybrańców by skupili się na esencji tego, co wypełniać powinno kampanie wyborcze. na wyborczych programach i przyszłych zamierzeniach. W tej sytuacji zdaje się pobrzmiewać echo opinii kolegi grudq’a sugerującego, że wyborcę należy wychować. Choć ciśnie mi się na język uwaga, że to, to pasowało raczej w poprzedniej epoce, zdaje się że marzenia kolegi i, jak mniemam, naszej klasy politycznej są bliższe realizacji niżbym chciał.

Tak bliskie, że nikt na ten przykład, absolutnie nikt z wyborców PO nie uznał za idiotyzm równoczesnego przekonywania, że się Polska zmieniła tak, że nic w niej nie jest już takie samo w zasadzie a jedynym, co zmiany nie wymaga (wedle pani Kidawy – Błońskiej, będącej wówczas akurat „ustami” PO) jest program partii napisany zanim cokolwiek PO zaczęła zmieniać. Słowem program to taki kawałek papieru bez znaczenia.

Ziemia się wtedy nie zatrzęsła bo faktycznie wyborcy już są „wychowani”. Są niczym te grudq’owe oddziały, które mu płoszę i sieję im zwątpienie.

Oczywiście nikt nie broni robić wyborcom za „mięso armatnie” jeśli taka ich wola. Ale ich autonomiczna zgoda na to jest według mnie przejawem utraty wyborczego instynktu samozachowawczego. I zgody na to, by funkcjonowanie sfery publicznej postawić na głowie. Bo tym właśnie jest zapomnienie, że to nie politycy tylko obywatele są podmiotem polityki. Politycy są tylko takim mniej lub bardziej funkcjonalnym gadżetem, na który wymienili sobie owi obywatele inny, mniej wydolny gadżet, któremu łeb odrąbali 30 stycznia 1649 albo 21 stycznia 1793. Tak akurat ludziom pasowało po prostu.

Ja wiem, że czasem są sprawy, które wyobraźnię i wiedzę wyborcy przerastają. Ale jeśli ktoś wtedy rzecz próbuje rozwiązać tłumacząc „nie pojmiesz ale ja to za ciebie załatwię” jest wrogiem, nie powiem demokracji bo ona to też gadżet tylko, jest wrogiem prawdziwym tych tak chętnie wyręczanych. Nie wychowuj polityku! Przekonuj. Tobie nie jest potrzebny ani jeden wojak w wyimaginowanym szeregu. Tobie nie jest potrzebny wyborca oddany. Tobie jest potrzebny wyborca przekonany i świadomy.

Przede wszystkim po to, by już kolega grudeq nie musiał się bać, że się tłumy zwolenników mogą rozpierzchnąć. W pospolite ruszenie omamione nagła wizja cudownego tryumfu równie łatwo wlać nadzieję jak poczucie zwątpienia. W karny szereg „armii nowego modelu” to drugie trudniej bo ona nie maszeruje na wizji ale na kalkulacji. Tu dodam, że poziom owej kalkulacji jest wypadkową skuteczności i uczciwości przekonujących. A jeszcze bardziej mądrości i właśnie instynktu przekonywanych. To taka uwaga do tych, co by mi chcieli z populistami wyjechać.

Niech kto mi powie, że poza emocjami klasa polityczna oferuje „swoim” i potencjalnym wyborcom coś więcej. Nie! Nawet „zmieniający Polskę” „technokraci” z PO są w stanie pokazać póki co „pełnego nadziei” kierowcę, który snuje marzenia że starczy się trochę pomęczyć i z górki będzie. Zaś PSL, póki mu Hofman nie zafundował pomysłu na event z cukrowym burakiem, w kampanii nie istniał. A opozycja to w zasadzie same emocje.

Do dziś za szczyt politycznej mądrości uchodzi pamiętne zdanie: „"Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie, zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojego kraju". Nikt jakoś nie pomyślał jak bardzo jest one bezsensowne. W tym oddzielaniu oczywistej jedności, którą dla każdego powinno stanowić „ja” i „mój kraj”. Ile byśmy patriotyzmu nie wlali w opisywanie pobudek kierujących naszymi publicznymi i prywatnymi działaniami to nie jest on w stanie zmienić faktu, że robimy to po prostu dla siebie.

Ktoś, kto tę świadomość porzuca, rezygnuje z niej by się grudq’owi dać „wychowywać” i w szereg karnie stawiać, kpem jest a pociecha z niego, tak dla grudq’a jak i dla Polski z niego żadna. Choćby mu żadne rosemanny zapewne za nic zwątpienia w głowie zasiać nie były w stanie.

Popytajcie tu i ówdzie a usłyszycie, że strzec się trzeba istot, które wyzbyły się instynktu samozachowawczego. Bo to rzadko objaw dość przydatnej uległości. Częściej zaś wścieklizn

wtorek, 23 sierpnia 2011

Koronny argument

Przeczytałem list przytoczony na blogu Czarka Krysztopy. A w nim argument, który w innej konfiguracji jest koronnym i najtrudniejszym do obalenia w dyskusji pro life. Nie, nie chodzi teraz o najbardziej potoczne rozumienie tego określenia.

Chodzi mi o argument, który pojawia się w dyskusjach na temat kary śmierci. Ten odwołujący się do możliwości orzeczenia jej wskutek sądowej pomyłki. Jak się potocznie uważa, mamy wówczas do czynienia z jedyną sytuacją, w której skutków orzeczonej kary nie da się cofnąć i zrekompensować. Oczywiście to bzdura ale przyjmijmy, że faktycznie. Oto taki abolicjonista rzuca ów argument i weź zbij go człowieku… W wielu przypadkach na tym kończy się dyskusja. No bo co powiedzieć? Że pomyłki się zdarzają? Że trudno? Że Bóg potrafi oddzielić „ziarno od plew”? Nie sądzę by cokolwiek przekonało tych, którzy ów argument zastosują.

Można by sądzić, że to argument uniwersalny. Przypomnę fragment cytowanego przez Cezarego listu: „W Polsce nie ma żadnego kompromisu, tylko legalne uśmiercanie dzieci chorych, albo i nie. Lekarz może się pomylić w interpretacji badania USG i co wtedy? „*

Właśnie, co wtedy? Wystarczy „przykro mi”? A może akurat w tym przypadku rekompensata istnieje?

Siła tego argumentu w tym przypadku nie działa. Smutne to. Smutne to, że coś, co każe nam odstąpić od pozbawienia życia zbrodniarza bo może się co do jego winy mylimy, nie powstrzymuje nas rozkawałkować nienarodzonej istoty podejrzewanej o fizyczny czy psychiczny defekt. Nie powstrzymuje w społeczeństwie, które skądinąd oszalało na punkcie „uprzyjaźniania” świata żyjącym już osobom ułomnym na ciele lub umyśle. Taka zadziwiająca niekonsekwencja.

Niekonsekwencja budząca grozę już u swych korzeni, w miejscu, w którym choroba czy niepełnosprawność, afirmowana później, jest u zarania okolicznością usprawiedliwiającą czynienie z kształtującej się istoty ludzkiej skrawków rozszarpanego mięsa.

A jeśli się mylicie? jeśli ten lekaż, mówiący o „żyjącym warzywie” popełnia bład? Ileż błędów każdego dnia popełniają lekarze. W sytuacjach bardziej błahych, czasami wręcz kuriozalnych.** Nie macie dyskomfortu, że opowiadając się za tym jesteście tacy sami jak ci, którzy Bogu oddaja ostateczny sąd w sprawie winy czy jej braku u straconego zbrodniarza?

Wiem, na to macie koronny argument. Wiecie kiedy człowiek staje się człowiekiem. Najczęściej wtedy, gdy to wam pasuje. Teraz wam pasuje tak, za jakiś czas będzie pasowało siak. Przekonacie mnie, że nie?

Skoro tacy mądrzy jesteście, czemu nie przychodzi wam do głowy, że ten zbrodniarz, wyczyniający rzeczy, których nie byłaby w stanie wymyślcie nawet wasza wyobraźnia, to istota, która właśnie przestała być człowiekiem? W swym nieludzkim postępowaniu. Mając tak, jak tamta, co „jeszcze się nie stała”, ten i ów narząd właściwy człowiekowi. Skoro proces „stawania się” istotą ludzka jest płynny to czemu nie przyjąć tej płynności, relatywności i w drugą stronę?

W ogóle w tej dyskusji argumentacja kuleje. Ot choćby ten argument, że odmawiając aborcji z gwałtu każe się zgwałconej żyć z "nieznośną" świadomością istnienia „owocu gwałtu”. Więc by nie musiała, zabija się ów „owoc”. Karząc go w sposób niewspółmierny. Szczególnie do sposobu, w jaki karze się sprawcę.

No świetnie. A jeśli by ta zgwałcona nie mogła żyć ze świadomością dalszego istnienia sprawcy gwałtu? Rzecz jasna nie ma opcji podobnej do tej poprzedniej.

Co zatem, jeśli się mylicie? Już nawet nie w tym czy starczy ułomności dla noża ale w tym, kiedy człowiek jest a kiedy nie jest człowiekiem.



* link za blogiem Czarka: http://wyborcza.pl/1,95892,9871691,Jestem_polozna_i_nie_chce_zabijac___list.html#ixzz1Vr76YHFV

** Mąż mojej koleżaniki, po wypadku i zrobionym prześwietleniu kręgosłupa szyjnego poinformowany został, że ma przerwany rdzeń kręgowy. Zdziwił się, gdy po kilku godzinach zaczał ruszac palcami. Zrobiono zdjęcie i okazało się, że to był tylko obrzęk. Pierwsza dioagnoza wynikała zas z tego, że... zdjęcie zrobiono mu w kolnierzu ortopedycznym przyjmując metalowy elemnent za oczywista przerwę w tkance nerwowej.

piątek, 22 lipca 2011

Czy dla „Obywateli do Senatu” Polska Jest Najważniejsza?

Przyznam, że zaintrygował mnie pan Eckard wczorajszym tekstem, w którym wieści parlamentarne tsunami, mające zdemolować obecną scenę polityczną. Zdemolować tak bardzo, że nie podniesie się ona bez konstruktorskiego talentu pana Rafała Dutkiewicza, prezydenta miasta Wrocławia i autora sensownej skądinąd inicjatywy „Obywatele do Senatu”. Pana Dutkiewicza cenię bardzo ale ze smutkiem konstatuję nadchodzącą klęskę jego kolejnego pomysłu. Nie pierwszego zresztą, który miał mu otworzyć drogę na najlepsze salony Rzeczpospolitej.

Nie chodzi nawet o to, że przewidywania pana Eckarta są funta kłaków warte. Tego akurat nie powiem choć zastanawiam się skąd weźmie on nagle wykonawców szczwanego planu, zważywszy na partyjne sita segregujące teraz kandydatów i odrzucające tych, którzy są lub mogą być niezadowoleni albo wręcz sfrustrowani. To będzie, jak mniemam „sejm wyjątkowego zadowolenia”. Przynajmniej ze swych liderów i partyjnych kierownictw. Tak więc, choć pomysł zawojowania również sejmu metodą „koni trojańskich” jako taki nie jest pozbawiony sensu, to akurat w realiach nowego sejmu absolutnie nie do zrealizowania.

Ale nie to sprawia, że z żalem przewiduję kolejna katastrofę koncepcji Dutkiewicza. I będzie ona spowodowana dokładnie tymi samymi przyczynami, które legły u podstaw upadku inicjatywy „Polska XXI”. I entuzjazm pana Eckarda jest najlepszym dowodem na to, że tak właśnie będzie.

Bolączka naszej polityki od początku egzystowania jej w warunkach demokracji jest „krótka ławka” politycznych liderów i ich zaplecza. Mamy więc scenę polityczną ilustrująca powiedzenie, ze gdzie trzech Polaków tam pięć partii politycznych. Nawet śledzący nasze partyjne podwórko dość pilnie obserwator ma prawo gubić się w aktualnych szyldach i przynależnościach. A równocześnie trudno uwierzyć, że coś innego niż biologia jest w stanie tasować personalne układy na tej scenie. „Polska XXI” przejechała się na imporcie „wiecznych liderów”. I tym może się skończyć pomysł „zdobycia” sejmu przez poukrywanych jakoby po różnych partiach sympatyków Dutkiewicza.

Rzecz w tym, że jeśli ktokolwiek pójdzie na współpracę z „frondą burmistrzów” to wcale nie dlatego, że jest takim szczerym demokratą i brzydzi go partyjne „zawłaszczanie” legislatywy, egzekutywy i wszystkiego innego. Gdyby byli tacy „obrzydliwi” to żadna siła by ich na partyjne listy nie zaciągnęła. Tedy nie ma co liczyć na „konie trojańskie”.

Ale w tekście Eckarda martwi mnie co innego. Wbrew treści nie odbieram go jako przejawu entuzjazmu dla nowej inicjatywy. Dla mnie znacznie bardziej czytelny jest ukryty w nim inny komunikat. Oto pojawia się nowa szansa by ci, którzy póki co nie znaleźli się na żadnej liście, która mogliby teoretycznie „rozsadzać od środka” już po wejściu do sejmu, jakoś utrzymali się w polityce. To będzie taniec wokół Dutkiewicza i innych liderów inicjatywy wykonywany przez polityczny „salon odrzuconych”. W tytule wskazałem główny „rezerwuar” tego rodzaju kadr dla „nowej” siły politycznej. Bo wydaje mi się, że jest to szansa utrzymania się w polityce większa, niż ta, którą z wielkim zapałem zamordowała pani Kluzik. Czy im się uda zawłaszczyć pomysł Prezydenta Wrocławia. Choć mam nadzieję, że nie, to obecność pana Misiaka wśród potencjalnych realizatorów pomysłu włodarzy naszych metropolii nie wróży najlepiej. Bo skoro Misiak to czemu nie Eckard?

A jak Misiak i Eckard to po cholerę na to głosować? Skoro można na PO czy PJN?

Oczywiście nie ma złudzeń, że mój głos dotrze do pana Dutkiewicza. I nic nie pomoże nawoływanie by pędził jak najdalej od siebie „starych wyjadaczy” wywalonych z PO czy wyautowanych z PiS. Bo gdyby to był dobry materiał to nikt by GOP ani nie wywalał ani nie autował! Jeśli więc „Obywatele do Senatu” chcą coś sensownego zdziałać to może dla nich nie koniecznie hasłem przewodnim powinno być „Polska Jest Najważniejsza”. Bo to plagiat, który chyba wszystkim kojarzy się teraz nie najlepiej.