wtorek, 24 sierpnia 2010

Diabelska alternatywa (PO „ukrzyżowane”)

Od jakiegoś czasu coraz częściej czy to z ust polityków PO czy mniej lub bardziej z nimi zaprzyjaźnionych mediów słychać coraz bardziej niecierpliwe i natarczywe sugestie, że sprawa krzyża spod Pałacu na Krakowskim Przedmieściu powinna zostać załatwiona „w obecności Jarosława Kaczyńskiego”. Biorąc pod uwagę wcześniejsze stanowisko tychże samych ust i mediów można by zapytać cóż się w statusie krzyża, będącego dotąd ponoć wyłączną własnością pana Komorowskiego, Episkopatu i bliżej nie określonych harcerzy i w całej sprawie zmieniło ze czyni się te koncesje na rzecz kogoś, kto dotąd „bezprawnie zawłaszczał”. Taki obrót rzeczy czyni wszak owo dotąd karygodne „zawłaszczanie” czymś jak najbardziej sankcjonowanym. Takie podejście i taka zmiana optyki to istna lekcja braku poszanowania dla legalizmu i nasi szanowni legaliści z PO muszą mieć istotny powód by na coś takiego pójść a nawet domagać się tego. Cóż legło u podstaw tej zmiany stanowiska?

Na samym początku, przynajmniej dla ludzi z otoczenia Tuska, wszystko wydawało się proste i oczywiste. Największym zagrożeniem, choć na miły Bóg, nie wiem dla czego zagrożeniem, miał być kult Lecha Kaczyńskiego rodzący się już w momencie gdy na Krakowskie Przedmieście zaczęli przychodzić pierwsi ludzie chcący oddać cześć ofiarom katastrofy. Pierwszym sygnałem tej bezsensownej wojny (bezsensownej bo wiara w to, że Lech Kaczyński nagle wstanie z martwych i zagrozi wyborczym planom PO to oczywisty idiotyzm) był telefon jakiegoś anonimowego (mam szczerą nadzieje że anonimowego do czasu) palanta, który zadzwonił do krakowskiej Kurii z awantura po upublicznieniu decyzji o wawelskim pochówku. Od tego momentu zapewne do teraz ludzie PO sądzili, ze walczą z mitem, który swe źródło ma w woli lidera PiS i jego otoczenia. W głowach im nie postało, że może on mieć swe źródło w woli i oczekiwaniach ludzi, którzy z PiS identyfikują się w sposób dość szczególny. Taki, w którym PiS jest raczej pewnym instrumentem niż wartością samą w sobie. Myślę, że przebieg tego, co zwykło się w pewnych środowiskach określać jako „awanturę o krzyż” wynikło właśnie z tego braku zrozumienie przez ludzi Tuska z kim tak naprawdę mają do czynienia. Przeniesienie przez nich modelu uwielbienia pewnych środowisk skupionych wokół „obozu światłości” na tamtą grupę stało się ostatecznie i powodem eskalacji konfliktu jak też niezauważonym przez nich do dziś otwarciem frontu w miejscu w którym akurat PiS-u nie było. A już największym błędem było zlekceważenie przeciwnika.

Efektem całego tego niezrozumienia jest to, że dziś PO (wspierane przez działających z niepojętych dla mnie pobudek hierarchów Kościoła) toczy wojnę nie wiadomo o co i nie wiedząc z kim tak naprawdę. Bo przecież nie z PiS. Świadczy przecież o tym to wspomniane na początku nawoływanie by Jarosław Kaczyński stanął „po słusznej stronie” i również zaangażował się w flekowanie ludzi stojących pod krzyżem.

To, co w sprawie zdarzeń na Krakowskim Przedmieściu oglądamy, głownie w mediach, jest znakomitą ilustracją prawdziwości powiedzenia że jeśli Bóg chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera. Pierwszym przejawem braku rozumu pana Tuska i jego podręcznych było wypowiadanie wojny nieżyjącemu więc niegroźnemu Lechowi Kaczyńskiemu. Ktoś może zwrócić uwagę, że Lech Kaczyński jednak dla PO był groźny. A owszem, był i jest. Ale wyłącznie Kaczyński poniewierany i odsądzany w stylu biłgorajskim od czci i wiary. Hołubiony i uczczony jak się tylko dało stawał się wręcz sojusznikiem wielkodusznej i potrafiącej wznieść się ponad wszelkie zaszłości władzy. Zamiast tego władza, metodą słonia w składzie porcelany, zgromadziła przed pałacem nieugiętych, próbowała się z nimi szarpać o krzyż, próbowała upokorzyć ich tabliczką wielkości znaczka pocztowego nie wiadomo ku czyjej pamięci wstydliwie czy raczej z pogardą wmurowaną w ścianę. Do tego dochodzi cała masa głupich wypowiedzi. Jak choćby ta wczorajsza odpowiedź pana Niesiołowskiego na ofertę rozmów o kompromisie złożoną przez ludzi spod krzyża. Żałośnie i beznadziejnie wyszedł mówiący z pogardą o, jakby nie patrzeć na nich, obywatelach Polski ponoć demokratyczny polityk, który swą polityczna drogę zaczynał od planów wysadzania pomnika, napadów na kasjerki i kradzieży maszyn do pisania. Jeśli dla niego ci ludzie są niegodni szacunku to kim jest on sam?

Na początku wydawało się, że gra PO jest jasna. Że ma do wyboru albo wynieść Lecha Kaczyńskiego na cokoły i karty podręczników historii albo odesłać go do lamusa niepamięci. Złudzenie tego, że druga opcja jest możliwa doprowadziło PO do całkiem innego wyboru. Wyboru , w którym obie możliwości oznaczać będą a raczej już oznaczają porażkę tego środowiska. Tyle, że porażkę albo z zachowaniem śladowych resztek honoru (powiedzmy, że jest to jeszcze możliwe) albo porażkę w nimbie awanturnictwa i pogardy dla obywateli. Ta diabelska alternatywa to kompletny odwrót ku pokornemu uznaniu, że Kaczyński i pozostałe ofiary 10 kwietnia zasługują na bezwarunkowe uczczenie i tym samym przejście do historii albo przejście przez „rozdających karty” ludzi PO do historii en masse jako banda durniów, którzy z niejasnych powodów (bo pewien jestem że nigdzie na świecie postępowania Tuska i jego trzódki nikt by nie zrozumiał) dopuścili do rozpętania awantury, której nikt mający choćby śladowe resztki rozsądku chcieć nie mógł. Oczywiście na kartach historii nikt ich nie nazwie durniami. Raczej poleci po nazwiskach. I w związku z tym wcale się nie dziwię, że tak chętnie teraz zapraszają do swego grona Jarosława Kaczyńskiego.

Co po Jarosławie? (o zapowiadanej sukcesji)

Pytanie to pierwszy, choć nie w taki sposób, zadał Futrzak gdy spierał się z rapohem o strategie wyborcza PiS-u. Gdy polemizował z opinia, że Jarosław Kaczyński sam w sobie jest polityczna jakością, której przypisywanie jakiejś konkretnej treści wcale nie jest potrzebne. Może i tak jest skoro rapoh i wielu innych tak widzi rolę Kaczyńskiego na scenie politycznej. Jeśli tak jest rzeczywiście to mamy do czynienia zarazem z potężnym atutem i równie wielkim problemem partii, która, jak ostatnio zauważył Igor Janke, stworzył i ciągle osobiście kształtuje Prezes Kaczyński.

Zdaje sobie sprawę, że tamto pytanie Futrzaka, zwracające uwagę na to, że nawet Kaczyński nie został uszczęśliwiony darem nieśmiertelności o czym jego współpracownicy i admiratorzy nie powinni zapominać, bez żadnej intencji a tylko przez przypadek zbytnio koresponduje z jedną z ostatnich wypowiedzi biłgorajskiego błazna. Jednak mówić o tym, że scena polityczna istnieć będzie również i wówczas, gdy nie będzie na niej Jarosława Kaczyńskiego można a nawet trzeba. Powinni o tym myśleć (choć nie koniecznie głośno) również współpracownicy Prezesa. Przede wszystkim oni. Jeśli faktycznie wierzą w to, że jedyna alternatywa dla złych rządów obecnej władzy jest największa partia opozycyjna.

Wiem, że w obecnej sytuacji oczekuję od polityków PiS rzeczy bardzo trudnej. Przykład Migalskiego pokazuje, że w ten sposób łatwo otrzeć się o polityczne samobójstwo a przynajmniej samookaleczenie. Niemniej coś chyba się dzieje w tej sprawie. Myślę o zbieżności wywiadu jednego z potencjalnych następców Prezesa z publikacją wieszcząca przejęcie przez niego schedy po Kaczyńskim jeszcze w tym roku.
Trudno powiedzieć ile w tym jest prawdy. Mam nadzieje że niewiele albo zgoła nic. Jakkolwiek nie dziwi mnie wskazanie tego nazwiska bo przy obecnym kursie obranym przez partię jest ono czymś logicznym i oczywistym. Tyle, że, jak już kiedyś pisałem, obecny kurs partii niezbyt mi się wydaje właściwy. Zaś kandydatura wydaje mi się wyjątkowo niewłaściwa.

Trudno zaprzeczyć, ze Zbigniew Ziobro miał niebagatelny wkład w powstanie tego etosu Prawa i Sprawiedliwości, który przywiódł partie do władzy. On też stał w pierwszym szeregu tych, dzięki którym PiS odniósł tamte dwa spektakularne sukcesy. I tyle. Dalej to już kwestia do dyskusji albo i gorącego sporu.

Gdybym miał najkrócej opisać mój stosunek do młodego polityka PiS powiedziałbym, że dla mnie jest jak członek elity Platformy Obywatelskiej. Po prostu nie lubię go pomijając racjonalna ocenę. Do oceny przejdę za chwilę teraz zaś wyjaśnię skąd brak sympatii. Nie lubię go bo nie lubię gości, który z taka łatwością, by nie rzec radością, sprawiają, że ktoś inny ponosi koszty ich bezsensownych i idiotycznych działań.

Dla mnie Zbigniew Ziobro na zawsze pozostanie typkiem z przyklejonym uśmieszkiem wpatrzonym z samouwielbieniem w obiektyw kamery podczas konferencji prasowej. Nie ważne czy tej, podczas której masakrował swą partię sądząc, że zadaje cios doktorowi G czy też tej, gdy demonstrował „gwóźdź”. Zawsze to był ten sam głupi uśmiech chłopca nie mającego pojęcia co tak naprawdę robi. I można by tak jeszcze długo.
Czy Ziobro jest fighterem czy zwykłym efekciarzem nie mam pojęcia. I nie ma to znaczenia bo nie mam najmniejszych wątpliwości że cokolwiek robi, gra przede wszystkim na siebie. Kto pamięta jego dziwne spotkanie z Dornem gdy ten drugi właśnie dla PiS-u przestawał istnieć ten bez trudu potrafi wyobrazić sobie jak zbudowana jest lojalność tego człowieka.

I smutne jest to, że obecna (mam nadzieje, że chwilowa) słabość PiS-u i (mam nadzieję, że przejściowa) jego Prezesa podparta jest jak na razie takim scenariuszem zapasowym jak ten, o którym przebąkują media.

Nikt tyle nie zrobił by pogrążyć PiS wówczas, gdy partia ta była u władzy. Nikt też nie jest najbardziej nieodpowiednią osoba do tego by na czele tej partii stanąć gdyby konieczne było zapełnienie luki po odejściu Jarosława Kaczyńskiego.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że PiS ciągle potrzebny jest na naszej scenie politycznej. Ale na pewno nie PiS mający twarz siedzącego przed kamerami, w otoczeniu prokuratorów, promieniejącego samouwielbieniem Zbigniewa Ziobry.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Władza, przystawki, opozycja…

Nie było mnie dość długo (przynajmniej jak na dotychczasową moją praktykę) i, zauważając iż ominęły mnie „wielkie rzeczy”… chwalę sobie tę nieobecność.
Wbrew sugestiom mogącym narzucać się w oparciu o tytuł będzie głownie o PO. A w zasadzie mogłoby być wyłącznie o PO. Listu Migalskiego nie czytałem. Nawet nie wiedziałem o nim a teraz też nie odczuwam potrzeby zapoznawania się z nim bo nie sądzę bym czegoś nowego się z niego mógł dowiedzieć. To, że dramatycznie marnowana jest szansa na odwrócenie choćby sondażowej tendencji (nie mówiąc już o wyborczej) pisałem gdy Migalski jeszcze chyba świętował tamte ponad 40%.

Wbrew pozorom to, co dzieje się u konkurencji wcale nie musi i zapewne nie jest dobre dla partii rządzącej. Choć jeszcze odwraca uwagę od tygla, w jaki PO zmieniła się po ostatnim przegrupowaniu spowodowanym zdobyciem Pałacu, to w końcu z tygla zacznie się wylewać na tyle obficie, że nie da się tego nie zauważyć i przemilczeć. Ciekawe sygnały da się zresztą zauważyć już teraz, obserwując ruchy pp Prezydenta, Marszałka oraz prężenie się biłgorajskiego błazna.

U zarania naszej obecnej niepodległości jedna z gazet zamieściła dość proroczy (wtedy i teraz) żart rysunkowy przedstawiający stojącego na trybunie oficjela, który komunikuje: „A do opozycji oddelegowaliśmy najbardziej zaufanych towarzyszy”. Z dużą ostrożnością ale ośmielam się wieścić, że te wspominane wyżej ruchy w PO to właśnie takie „oddelegowanie”. I z punktu widzenia Platformy byłoby to działania jak najbardziej racjonalne. Skoro jest nisza do opanowania to czemu tego nie zrobić?
Nie wiem czy szanowne koleżeństwo zechciało poświęcić nieco czasu na zapoznanie się z wywiadem udzielonym „Rzepie” przez Schetynę. Choć nie wprost ale znaleźć tam można nadzieję, że jemu albo jego partii uda się jakoś, nazwijmy to „uporządkować” opozycję. Temu zapewne służyć ma wielka serdeczność Marszałka wobec pisowskich „liberałów”. Co z tym dalej zechce pan Schetyna zrobić nie mam pojęcia. Pewnie klucz do tego trzyma Tusk zamierzający wyrwać dotychczasowemu kompanowi zęby poprzez marginalizację Schetyny w PO. Tymczasem jeden z „konserwatywnych sztandarów Platformy”, pan Komorowski właśnie wydaje się rozrabiać zaczyn „nowej lewicy”. Jakby to idiotycznie nie brzmiało. Oczywiście byłbym naiwny gdybym sądzili, że jest to jego projekt autorski. Za bardzo przystaję te jego leniwe na razie ruchy do buńczucznych zapowiedzi biłgorajskiego błazna, który faktycznie może pokusić się o przejęcie pogranicza centrum i lewej strony.

W efekcie może nam się przeformować scena polityczna którą zdominują polityczne twory kierowane przez „oddelegowanych zaufanych towarzyszy”.
Ten scenariusz, może i fantastyczny, powinien dać do myślenia tym, którzy ciągle jeszcze gotowi są zabić za choćby pól słowa krytyki tego, co robi kierownictwo PiS. Być może wieszczenie możliwości wypchnięcia tej partii z politycznej pierwszej ligi jest przedwczesne bo przecież ma ona „żelazny elektorat” ale twierdzenie, że nigdy nie zdoła ona odzyskać władzy jest coraz bardziej prawdopodobne. Tkwienie w miejscu, w którym ten elektorat wystarcza sprawi, że za jakiś czas poza nim nic już do „zagospodarowania” nie zostanie.

Strach przed „monopartią” powinien już teraz mobilizować. Tym bardziej, że już teraz zagrożenia da się łatwo identyfikować. Perspektywa zdominowania całej sceny przez twory „platformopochodne” to jednak zagrożenie zdecydowanie poważniejsze. Niesie ono nie dominację a faktyczny monopol. Taki, jaki kiedyś miała nieboszczka Partia ze swymi „stronnictwami sojuszniczymi”. Bo taka konfiguracja, której powstanie wydaje mi się możliwe, nie wynika przecież z ducha demokracji tkwiącego czy to w Schetynie, Komorowskim czy biłgorajskim pajacu lecz z kalkulacji. Kalkulacji, wedle której tak będzie bezpieczniej i wygodniej.

Oczywiście nie wszystkim. Tylko im.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

„Metoda wyzbyta szacunku dla mogiły” czyli skrucha „Wyborczej”

Jeśli ktokolwiek w ogóle pomyślał, że „Gazeta Wyborcza” kiedykolwiek pokaja się za swą rolę w rozpaleniu „wawelskiej awantury” to zapewne odkładał to niewątpliwie historyczne wydarzenie o tysiąc lat. Sam przyznam, że nie sądziłem w ogóle by było to możliwe. A tu masz! Nie tylko nie tysiąc lat ale nawet rok nie minął jak redakcja, i to piórem niebylejakiem bo samego redaktora prawienaczelnego Kurskiego, przyznała, że takich rzeczy robić nie wypada. Ba, nie wolno! Jest więc w tekście stwierdzenie fundamentalne, że ci, co wtedy głośno wystąpili, zrobili to „metodą głęboko sprzeczną z polską tradycją szacunku dla mogił, ktokolwiek by w nich spoczywał”*. Gani więc redaktor Kurski tych, którzy poważyli się, jak uważa, sprofanować grób bez ogródek postępowanie takie nazywając, mocno, bardzo mocno samokrytycznie, hańbą. Podpierając się nadto Herbertem!
Ktoś, kto przeczytał poprzedni akapit przetrze zapewne oczy, przeczyta go jeszcze raz i popędzi na stronę gazety by samemu się o tym przekonać. Ułatwiam to linkiem na dole ale z miejsca ostrzegam przed rozczarowaniem. Redaktor Kurski nie pisze wcale o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu ani o tych, co wtedy ten pochówek zakłócali. Pisze o zdarzeniach z ostatnich dni z podwarszawskiego Ossowa, gdzie miał być odsłonięty monument poświęcony poległym najeźdźcom z roku 1920. To o ich pochówek tak zatroskał się redaktor szanowny z tytułu, który nie tak znowu dawno, w każdym razie nie na tyle, by wszyscy zapomnieli, stawał na drodze konduktu ze świeżą trumną. I to trumną nie żadnego agresora tylko głowy naszego państwa.
Interpretacja jest moja. Wynikająca z tego prostego faktu, iż pan Kurski mówi ogólnie o tradycji i zasadach zachowania. Jak się domyślam, pan Kurski nie twierdzi i nigdy nie stwierdzi, że te słowa o hańbie, o szanowaniu grobów dotyczą wyłącznie mogił tych, co nas najechali. Nie stwierdzi zapewne też, że dotyczą wszystkich innych grobów z wyjątkiem jednego, tego z wawelskiej katedry. Nie stwierdzi tak bo dalby dowód spraw dziwnych, które w jego głowie wówczas dziać by się musiały. A skoro nie powiedział i nie powie to mam prawo sądzić, że oburzenie Kurskiego ma charakter generalny i tak samo odnosi się do „hańby” ossowskiej jak i tej „wawelskiej”, w której jego gazeta miała znaczący udział. I jeśli do jakiegoś ogólnego wstydu się pan redaktor poczuwa to i do tego, który czuć bezwzględnie powinien, również.
Pocieszać to może oczywiście w takim samym stopniu, w jakim intencją pana Kurskiego było wyrażenie skruchy za to, co kierowane przez niego medium wyrabiało podczas kwietniowego pogrzebu. Za nic mając powagę sytuacji, pochówek i szacunek dla grobu.

* http://wyborcza.pl/1,75968,8254976,Prawdziwy_Polak_na_rosyjskiej_mogile.html#ixzz0wkedanjo

niedziela, 15 sierpnia 2010

Polska 2010 – dwadzieścia lat braku wyobraźni.

Pewnie mało kto umieszczony w ostatnim „PlusMinus”, dodatku do sobotniej „Rzeczpospolitej” tekst „Niebezpieczne związki”* uznałby za tekst choćby tamtego numeru (jak zawsze ciekawych tekstów było tam najmniej kilka) nie mówiąc o tym że mógłby być tekstem dnia a choćby i tygodnia. Ot, zdawałby się, coś do lokalnego pitawala, choć trudno zaprzeczyć, że na tyle mroczne i zawikłane by pisać o tym w ogólnopolskiej gazecie. Można by rzec, że historia, jakich wiele. I że te pitawale co i rusz wzbogaca jakaś „zakręcona” i „niewytłumaczalna” afera. I w tym właśnie rzecz. Im więcej tu czy tam takich „lokalnych” spraw, w których rekami i umysłami państwowych funkcjonariuszy kompromituje się państwo, tym mocniej narzuca się pytanie czemu tak właśnie się dzieje. Co sprawia, że pewne, zdawałoby się, oczywiste państwowe mechanizmy, w realiach naszego, od dwudziestu lat cieszącego się wolnością państwa, nie mogą zaskoczyć. Choć logika zdaje się wykluczać coś takiego jak „niemożność zaskoczenia”.

Rzecz w tym, że logika to dziedzina dla kogoś, kto decyduje się twardo ze światem kooperować migając w nim partnera, z którym się trzeba liczyć. Nie zaś liczyć na to, że będzie się nam poddawał jakby był uczyniony z jakiejś plastycznej masy. Tylko ja wziąć pod palce i gnieść wedle własnego widzimisię.
Nie dalej jak wczoraj z Kobietą Moją Kochaną zadumaliśmy się nad tym, czemu ten brak logiki determinujący zatrzęsienie mniej lub bardziej wstydliwych przyczynków do kolejnych pitawalów ma u swych korzeni jedna okoliczność. Z niej zaś wypływają wszystkie inne, pomniejsze okoliczności.

Gdy zasugerowałem, że błędem założycielskim wolnej Rzeczpospolitej byli jej ojcowie a właściwie ich proweniencja odparła, że i dla niej jest to oczywiste. Jeśli czytelnik z poprzedniego zdania domyśla się jakiejś kolejnej historii, tym razem do pitawala nad pitawalami, opisującego ciemną stronę tego, co wiąże się z naszymi elitami to jest w błędzie. Tak już mam, że póki dowodu nie zobaczę zamiast zlej woli raczej braku umiejętności skłonny jestem się doszukiwać. Nie chodzi mi więc o nic innego jak o to, że rolę twórców naszej niepodległości wzięli na siebie ludzie w większości będący z upodobania lub wykształcenia humanistami. Z pozoru jest to sytuacja wymarzona bo nikt jak oni nie jest do takich dzieł przygotowany teoretycznie. Oni nie tylko znają ale są w stanie dowolnie modyfikować i przykrawać do swych wyobrażeń o rzeczywistości najlepsze i najsłuszniej wyglądające idee. Tyle, że na przeszkodzie temu, by stały się one rzeczywistością stoi z jednej strony natura świata, który woli się rządzić bardziej własnymi prawami niż nakazami największych nawet umysłów z drugiej zaś to, że te umysły są równie mało plastyczne.
Gdybyż było nam dane, jak ongiś Amerykanom, gdy tworzyli zręby swojej wolności, znaleźć się na łasce kupców, rolników i jakiegoś znawcy elektryczności. Niestety oni u nas byli w zdecydowanej mniejszości. I to szkoda bo gdyby proporcje odwrócić to może nie musielibyśmy oglądać takiego zmasowania absurdu jakiego dziwnie dużo przychodzi nam doświadczać.

Nasze humanistyczne umysły, gdy przyszło im wykreować etos Rzeczpospolitej, zdecydowały, że zamiast stawiać ją na jakimś trwałym i niezmiennym fundamencie kazały jej latać w chmurach. I na tym ten tytułowy brak wyobraźni właśnie polega. Dziś wiadomo, że chmury te często okazują się oparami absurdu. Gdyby wskazać cóż dla „ojców założycieli” posłużyło za główny budulec dla tego dzieła, które wznosili naszymi rękami to narzuca się podejrzenie graniczące z pewnością, że mając do wybory tyle zacnych substancji jako to sprawiedliwość, etyka, sklejone na dodatek rozsądkiem, wybrali estetykę. I, trywializując to, co się stało, za słowa sprawcze należy uznać cos w rodzaju: „żeby było ładnie”. I nic więcej nam nie jest potrzebne.
I tak to się dzieje. W każdej niemal sprawie najwięcej do powiedzenia mają artyści. Często w dość szerokim rozumieniu tego słowa. A oni do powiedzenia zazwyczaj maja niewiele mądrego. Choć mówią przeważnie dość ładnie.

Przykładem choćby „narodotwórcza rola” poznańskiego Teatru Ósmego Dnia, który stał się czymś w rodzaju „sumienia narodu”. Najczęściej „sumienia” zbrzydzonego. Zbrzydzonego IPN-em, „teczkami”, ostatnio zaś połajankami kierowanymi do biłgorajskiego pajaca. Za wychowanie Polaków w duchu czystego, indywidualnego egoizmu i hedonizmu, z którym żadne powstanie na pewno nam już nie grozi, wziął się pan Kondrat mając za podręczna pannę Peszek. O panu Olbrychskim w ogóle szkoda mówić bo on to taki prawdziwy koktajl z Edisona i Einsteina w kwestii naszego ducha narodowego co to może się przed czeskim chować bo tak pan Daniel od Hitlera usłyszał.
Cóż ma to wszystko wspólnego ze wspomnianą na początku historią białoruskiego biznesmena, który broni się przed polskim sądem. Broni się przed sadem jakoby wolnego państwa, który zdaje się robić wszystko, by go wydać reżymowi Łukaszenki. Jeśli czytelnik chce znać szczegóły to powinien tekst przeczytać bo gdybym nawet próbował streszczać to uznałoby mnie niechybnie za sensata i bajarza oczywistego.
Tekst ten jednak na konkretnym przykładzie pokazuje bezsens myślenia życzeniowego, na którym kiedyś tam postanowiono zbudować trwała państwowość. Bezsens przekonania, że jak się powie niech będzie pięknie” to po tym od razu i raz na zawsze będzie. W myśleniu tym jest tyle mądrości co w przekonaniu, że jak się pójdzie pogłaskać wilka to on nam kark i podgardle nastawi. Wilk to wilk i nim pozostanie ile by się nad nim nie zachwycać.

To, że od samej woli naszych „ojców” zło nie zamieniło się w dobro wie chyba każdy, poza nimi samymi. I poza stadem ich admiratorów. Co zaniedbano to zaniedbano. Wielu zaniedbań zapewne już nigdy naprawić się nie da. Tym bardziej, że ojcowie uparcie i wbrew logice wciąż tego wilka głaskać usiłują.
Nadzieja w tym, że ich to głaskanie tak w krew wejdzie że wszystko inne pozostawią kupcom, rolnikom, inżynierom.

* http://www.rp.pl/artykul/61991,521982_Niebezpieczne_zwiazki.html (tekst dostępny w wersji papierowej lub za opłatą)

piątek, 13 sierpnia 2010

Paralela ( o przyzwoitym załatwianiu spraw)

Tylko na pierwszy rzut oka między wczorajszym odsłonięciem tablicy a zakończeniem prac komisji hazardowej nie zachodzi ściślejszy związek poza czasowym. Tak odmiennych kwestii zadają się obie sprawy dotyczyć. Tyle, że oba przypadki łączy paralela niewątpliwa, w dodatku u zarania jednej i drugiej spraw z naciskiem podkreślana przez Donalda Tuska.

Kiedy na jaw wyszły, jak to ostatecznie zapisane chyba zostało, „naganne zachowania” prominentnych polityków PO, którzy zachowywali się jakby byli pikolakami na posyłki niesympatycznie wyglądających facetów od hazardu Premier zapowiedział, że wszystko będzie należycie wyjaśnione. Wyraził się wówczas, że i jemu i jego partii szczególnie musi na tym zależeć bo jest to oczywisty test przyzwoitości Platformy Obywatelskiej.

Kiedy doszło do smoleńskiej katastrofy nie musiał nawet tego mówić. Doniosłość tego, co zdarzyło się pod Smoleńskiem sama z siebie sprawiała, iż nie mogło być wątpliwości, ze tutaj margines błędu rządzących jest niemal równy zeru. Tu już nie chodziło o „test przyzwoitości” ale o wiarygodność całego państwa mającego dzisiaj twarz Donalda Tuska i Platformy Obywatelskiej.
Jak było dalej ze śledztwem wiadomo. Nie muszę chyba precyzować, ż mam na myśli i jedno i drugie.

Trudno nie odnieść wrażenia, że z działań, podejmowanych w obu sprawach zdecydowana większość nakierowana była wcale nie na rzetelne wyjaśnienie jednej czy drugiej ale na uparte odsuwanie od siebie odpowiedzialności. O ile w sprawie Smoleńska było to łatwe bo wystarczyło zasłonić się Rosjanami to w drugiej trzeba było iść na chama. I to od samego początku. Od momentu, gdy powoływano komisję, której skład gwarantował przyjęcie każdej tezy wygodnej dla PO i Donalda Tuska. Pewien jestem, że gdyby pan Sekuła otrzymał „sugestię” by obalić założenia kopernikańskiego przewrotu to jeszcze tego samego dnia, powagą komisji, słońce musiałoby zacząć zaiwaniać dookoła ziemi. Jak by to zrobiło to już jego sprawa.

Dość ciekawe w sprawie smoleńskiej jest to, że sam już zaczynam mieć wątpliwości kto dla kogo w niej gra. Oczywiście Rosjanie robią wiele by wyszło na to, że to oni w całej tej katastrofie są najbardziej pokrzywdzeni. Nie dość że nieba Polakom przed, w trakcie i po niej przychylili a teraz serce mają na dłoni to jeszcze się muszą tłumaczyć. Ale ta ich naturalna postawa polegająca na mieszaniu w śledztwie na tyle na ile się da jeszcze bardziej pasuje Tuskowi i jego ekipie. Mechanizm jest prosty skoro wpadł na niego dawno temu mój kuzyn, mający wtedy chyba cztery lata. Był dzieckiem dość żywym a przez to dokonującym chcący i niechcący całej masy działań zagrożonych kara lania. Kiedy więc dostał od rodziców psa, przy pierwszej sytuacji kwalifikującej się do lania, zapytany o sprawcę odparł „piesek”. I dalej już poszło póki nie przesadził obciążając nieszczęsne zwierzę odpowiedzialnością za coś, co ewidentnie wymagało posiadania przeciwstawnych kciuków. Kciuków w ogóle. Dostał wtedy nie tylko za to ale i za wcześniejsze oskarżenia co i w tej, opisywanej przeze mnie państwowej historii daje jakąś nadzieję na sprawiedliwość. W każdym razie Tusk i jego ludzie bez wahania mogą każdy poślizg w tym ważnym jak jasna cholera śledztwie zrzucać na pies.. znaczy na Rosjan.

Wracając zaś do paraleli na ironię losu zakrawa, że dwie sprawy, które miały być sprawdzianami przyzwoitości Tuska i rządzącej partii załatwiane są w tym samym czasie i w tak samo kompromitujący sposób. Komisja hazardowa kończy się przyjęciem dokumentu, który (sądząc z medialnych przekazów) obraża inteligencję każdej myślącej istoty poza trójką PO-wskich feldfebli z Sekułą na czele i dolepionego do nich Stefaniuka. Jeszcze bardziej od treści (bo papier ponoć wszystko zniesie) kompromituje sposób, który wyjaśnia czemu przyzwoita Platforma tak mocno dbała by w sprawie swej przyzwoitości sama sobie być sędzią.

Próba zakończenia publicznego żywota pamięci o tragedii smoleńskiej jeszcze bardziej daje świadectwo tej przyzwoitości o której tak lubi mówić pan Tusk. Szkoda, że i jemu i PO zapału starcza wyłącznie na mówienie o przyzwoitości a nie po prostu na bycie przyzwoitymi. Rzucona jak ochłap i to w dodatku tak chyłkiem i cudzymi rękami ta tak zwana „tablica upamiętniająca” a w rzeczywistości „słup graniczny” pokazujący gdzie kończy się zarazem i cierpliwość oraz skłonność władzy do ustępstw jak też, co oczywiście przede wszystkim, ta pana Tuska i jego ludzi zapowiadana przyzwoitość.
Skoro więc o to chodziło w tej wczorajszej szopce, nazwanej „tu i tam” uroczystością, by pokazać jak bardzo „przyzwoita” jest tak mocno udowadniająca od dłuższego czasu swą nieprzyzwoitość partia rządząca to całą tę tablicę powinna była bardziej przemyśleć. Według mnie trzeba było znacznie większego rozmiaru bo powinny się tam zmieścić wykute ku pamięci przyszłych pokoleń wnioski pana Sekuły i jego pomagierów pokazujące jak przyzwoitymi ludźmi byli Zbycho i Miro. Ich trzeba upamiętnić skoro ma być o przyzwoitości a nie jakieś tam 96 osób, które już przecież ani nie pomogą ani nie zaszkodzą bo ich nie ma. A Miro i Zbycho są i będą. No i, co istotniejsze, jest Platforma jest Tusk i jest ta wykazana takim wysiłkiem wielu ludzi „przyzwoitość”.

czwartek, 12 sierpnia 2010

„Pokolenie Woodstock” czyli fin de siecle.

Aprobata, z jaką czy to pan Tusk, czy jeszcze bardziej pan Kutz oraz część polityków lewicy odniosła się do „pokojowych manifestacji” przeciwników krzyża ma w sobie albo wyzbytą całkiem z racjonalizmu choć z pozoru zimną kalkulację, albo głupotę bezdenną albo wreszcie jakiś przebłysk paranoi. Nie można też wykluczyć, ze po trochu wszystkiego o czym wyżej wspomniałem.

Kalkulacja opiera się zapewne na pełnym zadowolenia stwierdzeniu „dobra nasza” i zapisaniu tego poniedziałkowego tłumu po stronie swoich aktywów. Sprowadza się do dość topornej arytmetyki w podliczaniu i ocenianiu tego, co działo się pod Pałacem.
Bezdenną głupotą jest cala ta radość najmocniej wyrażona właśnie przez Kutza, która „Polsce wymierającej” przeciwstawiła nową „Polskę rodzącą się”. Radość też wynikająca z rachowania jedynie. I wynikającego z Rego rachunku przekonania, że „nas jest więcej”. „Nas” w wieku, który pozwala sądzić, że „my” będzie w stanie na lata zdominować Polskę i polityczną dysputę. Jednak w tych „nas” tak radośnie dostrzeżonych przez Kutza od liczebności dużo bardziej istotna jest chyba jakość. Jeśli Kutz, Wenderlich czy Senyszyn liczą, ze w przyszłości sprawy w Polsce załatwiać będzie trzeba na zasadzie „taranu” to istotnie mają czym się radować. Jednak źle to wróży a oni źle życzą Polsce.

Jakość zbierających się czy to na Krakowskim Przedmieściu czy w innych miejscach przedstawicieli „pokolenia Woodstock”, jak ich raczył ochrzcić Kutz, widać było czy to w relacjach medialnych oraz bez trudu znaleźć można w Internecie. O tej jakości będzie jeszcze nieco dalej. Póki co warto przyjrzeć się motywacjom i wynikającemu z nich modus operandi tych, którzy tak ujęli pana Kutza. Bez wątpienia ich działania nastawione są na ośmieszenie i wyszydzenie myślących inaczej niż oni i nie podzielających tych wartości co oni. Wyszydzenie oraz przeszkodzenie tamtym w okazywaniu swych uczuć i emocji. Trudno takie myślenie nazwać pozytywnym. Ono determinuje parcie ku konfrontacji.

Pan organizator poniedziałkowego „cyrku” nie wpadł na pomysł, by swą akcję zorganizować w innym miejscu tylko akurat tam, gdzie musiało dojść do negatywnej w odbiorze interakcji z myślącymi odmiennie. Czytałem też o przebiegu zgromadzenia mającego uczcić 10 sierpnia smoleńskie ofiary w Bydgoszczy. Tam też akurat wtedy pojawili się „walczący o neutralność przestrzeni publicznej” przedstawiciele „pokolenia Woodstock”. Jakoś nie przyszło im do głowy by tę walkę prowadzić choćby dzień czy kilka godzin wcześniej albo później i w innym miejscu lecz przyszło, by walczyć wtedy, gdy mogło to zakłócić skupienie tych innych.

Do czego zmierzam? Staram się pokazać, ze cala radość tych, którzy tak się radują, że mają za sojuszników Tarasa i jego trzódkę, zwaną „pokoleniem Woodstock” jest przedwczesna i absolutnie nie adekwatna do rzeczywistego zysku. Te zwołujące się na Facebooku zbieraniny nie pokazały dotąd w żadnej sytuacji swej pozytywnej, zdolnej do budowania twarzy. Brylują w inicjatywach wynikających z negacji i sprzeciwu. Od razu proszę by mi tu z WOŚP się nie wpychać bo tę im akurat gotową podał ktoś z całkiem innego pokolenia i innego Woodstock.

Radość z pozyskania kogoś o umysłowości Tarasa jest uzasadniona, o ile za priorytet z założenia przyjmuje się nie budowanie lecz burzenie. Wówczas istotnie niezawodnie przydać się może horda spod znaku „zimnego Lecha” ze swym etosem zabawy, „beki”, tęsknoty za widokiem „cycków”. Jednak politykom uniesionym radością z tego, co widać było pod Pałacem, politykom w rodzaju Tuska, Napieralskiego czy Arłukowicza zasugeruję by spojrzeli na to z nieco innego punktu widzenia. Niech pomyślą, że to właśnie ci goście będą mieli zapewnić im i, niestety, mi, „spokojną starość” i „godziwe emerytury”. Kutza tu nie wymieniam bo ten „ślizgnął” się i bierze to ode mnie. Czy wspomniani panowie mają pewność, że i wtedy, gdy będzie chodzić o nich, „pokolenie Woodstock” nie będzie miało „beki”? Jesteśmy na najlepszej drodze ku temu. Tylko proszę się cieszyć częściej i głośniej!

Czemu wcześniej pozwoliłem sobie wreszcie określić reakcję prominentnych sojuszników młodych zwolenników „beki” z Krakowskiego Przedmieścia jako paranoiczną? Większość z tych prominentów to ludzie, którzy kiedyś nie posiadali się z oburzenia gdy tu i ówdzie buczeniem lub gwizdami witano a to Bartoszewskiego a to Niesiołowskiego czy wreszcie samego Komorowskiego. To buczenie i gwizdy pod tamtym adresem uważali za niedopuszczalne a robienie „beki” i „cyrku” z krzyża i modlitwy uznają za happening i istny Hyde Park. Dla mnie to oczywiste bluźnierstwo gdy ludzie mieniący się wychowanymi w tradycji związanej z chrześcijaństwem dopuszczają lżenie krzyża a za niedopuszczalne uznają podobne reakcje wobec jakichś tam śmiertelników. Ci, którzy mienią się wychowanymi w innej tradycji nie bluźnią a raczej dowodzą, że tym wychowaniem mogło być bardzo różnie.

A wszystkim kontemplującym „radosne wyrażanie emocji” przez ewidentnie „nasze” „pokolenie Woodstock” w postaci „beki” pod krzyżem dedykuję parafrazę Mrożka:
„Pokolenie Woodstock jeszcze wam pokaże!”

Panie i Panowie! Nadchodzi fin de siecle. Witajcie w ciężkich czasach.