czwartek, 14 kwietnia 2011

Jarosław Kaczyński jako składnik powietrza

Z dzieciństwa pamiętam pewną burzliwą, dość rozciągniętą w czasie interakcję. Miała ona miejsce przez kilka kolejnych moich letnich pobytów na wsi i ogniskowała się wokół dziecięcego wózka. Był to mój wózek okresu niemowlęctwa więc oczywistym było, że w jakiś tam sposób rościłem sobie do niego prawo. Tyle, że z niewiadomych dla mnie powodów zapałała miłością do niego młodsza o rok ode mnie kuzynka. I dzień w dzień przyłaziła by w mojej obecności pakować się do tego wózka. Ja natomiast, czymkolwiek bym się akurat nie zajmował, rzucałem wszystko i biegłem by bronić swego i brutalnie eksmitować dziewczę. To były bezlitosne starcia. Takie z drapaniem i ciągnięciem za włosy. I trwały bez większych zmian do dnia, w którym ja wyjechałem a owa kuzynka nie miała świadomości tego zdarzenia. Jak dzień wcześniej, przybiegła więc i zajęła swe bojowe stanowisko i… i po chwili oczekiwania, nagle straciła całkowite interesowanie tym, co zdawało się stanowić oczywisty sens jej życia. Zabrakło bowiem istotnego elementu. Mnie, gotowego toczyć z nią boje.

Prawda że idiotyczne? Nawet jeśli weźmie się poprawkę na to, że byliśmy dziećmi.

Prawda, że coś to przypomina?

Gdyby próbować zdefiniować najistotniejszy składnik naszej polityki, trudno byłoby zaprzeczyć, że jest nim Jarosław Kaczyński. Gdyby próbować określić sens politycznego bytu nie tylko co istotniejszych politycznych tuzów ale i całych formacji politycznych, trudno zaprzeczyć, ze jest nim Jarosław Kaczyński. Można odnieść wrażenie, że niektórzy idą spać i budzą się z imieniem Kaczyńskiego na ustach, z nim konsumują chleb nasz powszechny, ze świadomością jego obecności kochają i nienawidzą.

Najciekawsze jest to, że wcale nie myślę o tych politykach, którzy są stronnikami czy też wyznawcami Kaczyńskiego. Choć trudno stwierdzić, że oni są bezwzględnie wolni od tej obsesji czy też zależności. Ale to raczej zrozumiałe.

Osobliwe natomiast jest to, że ta życiodajna symbioza w większym stopniu dotyczy zaprzysięgłych przeciwników rzeczonego. Choć niejeden z nich jest określany publicznie jako polityczna osobowość o naprawdę nietuzinkowym wymiarze. Cóż z tego wymiaru jednak jeśli żaden niemal z nich nie potrafi funkcjonować inaczej niż tylko jakby był z Kaczyńskim połączony jakąś dającą życie pępowiną.

Żyjemy w kraju, który ciągle, mimo dziesiątków już lat nieskrępowanego ponoć rozwoju, jest na dorobku. Łatwiej ciągle jeszcze wymieniać sprawy, które nadal pozostają do załatwienia, niż te, z którymi już się uporaliśmy. Właściwie jest ta nasza Polska prawdziwym samograjem dla wszelkich wizjonerów, dla politycznych fajterów gotowych podejmować śmiałe wyzwania. Chciałoby się powiedzieć, że naprawdę w politycznym sensie zaiste żyć nie umierać.

Cóż z tego, że mamy polityczne brylanty oraz cala masę wyzwań, w których można się realizować i spełniać. Cóż z tego? Przecież niemal 100% aktywności pierwszej linii naszej politycznej elity zajmuje pielęgnowanie uzależnienia od Jarosława Kaczyńskiego! Dociekanie powiedział, co zrobił a nawet usiłowanie odgadnięcia cóż ów Kaczyński Jarosław myśli. I, jak mi się wydaje, bezowocne próby pojęcia tego, na czym tak się koncentrują.

Gdyby dotyczyło to tylko polityków byłoby jeszcze znośnie. Wszak i ja i pewnie każdy potrafi wyobrazić sobie życie bez jakiejkolwiek obecności w nim choćby i jednego polityka. Ale to uzależnienie dotyka również media poprzez ludzi, którzy je tworzą i obsługują i niemal cala kulturę za pośrednictwem tych, którzy są jej solą i esencją.

Trudno więc dziwić się, że to, co tak łatwo i tak masowo dotyka nasze elity, jest zaraźliwe i dla sporej grupy szarej masy obywateli.

Rzec by więc można, że w sporej liczbie żyjemy dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu. Jakby stanowił wręcz najistotniejszy składnik tego gazu, którym oddychamy.

Z tego powodu nasze życie jest czasem jak coś pomiędzy snem a niezłym hajem. W nim zdarzają się rzeczy zabawne ale najczęściej ocierające się o surrealizm. Oto pan Szeinfeld i pan Tomczykiewicz nagle, bez wysiłku liczą deficyt państwa, który zrobiłby Kaczyński choć jakoś nie udaje im się wyliczyć wiarygodnie deficytu, za który sami odpowiadają. Oto „człowiekiem roku” zostaje kobieta, o której świat i pies z kulawą nogą już zdawał się nie pamiętać, bo „odważyła się powstrzymać” Kaczyńskiego. Oto nagle żonie zmarłego poety zaczyna przeszkadzać „mieszanie poezji do polityki” choć była, jest i będzie ta poezja mieszana od zawsze i na zawsze. Wystarczył cytat Kaczyńskiego.

Kaczyński staje się pop kulturalnym fenomenem. Na facebooku najłatwiej zgromadzić tysiące „lubień tego” i „przyjaciół” gdy się powie „nie” Kaczyńskiemu. Czegokolwiek by owo „nie” dotyczyło. Kaczyński jest Hitlerem-Stalinem-Fidelem-Saddamem-Ossamą w jednej osobie. Robi wrażenie, prawda?! Jest też, oczywiście kompletnym idiotą choć ten osąd źle świadczy raczej o wygłaszających go. Bo jeśli boją się idioty i są od niego tak uzależnienie to kim są oni sami?

Nie tak dawno sugerowałem, że pomniejszając wymiar swoich wrogów, pomniejszamy siebie. Gdy nimi gardzimy, sugerujemy, że sami jesteśmy jej godni. Szczególnie wtedy gdy tak trudno nam pozbyć się tej obsesji, z jaką gotowi jesteśmy śledzić każdy gest, wyłapywać każde słowo, które wypowie. Wszak świat daje nam tyle możliwości alternatywnych zainteresowań i przepięknych pokus. Jeśli nie potrafimy dla nich zdradzić tej naszej obsesji to jest ona chyba jakimś rodzajem chorej… miłości. I choć mówią, że rzecz załatwi jego odejście to jest to oczywista bzdura. Dla nich to żadne rozwiązanie zważywszy na obecne doświadczenia. Nikt przecież jeszcze nie nauczył się nie oddychać.

Ja na ten przykład tak, jak mają oni, miałem gdzieś w okolicach 7 roku życia. Z tym, że dotyczyło to kogoś zupełnie innego. Miała też 7 lat, była bosko piękna, o oczach czarnych jak węgle. Jakiś czas też była dla mnie jak powietrze. Ale bez przesady…

Porozmawiajmy o wartościach

Pamiętam wiele niegdysiejszych głosów, utyskujących na brak w społecznej świadomości potrzeby poważnej dyskusji o wartościach. Najdokładniej da się to zilustrować chyba często ostatnio spotykanym w dyskusjach schematem „nowoczesnego patriotyzmu” sprowadzającym się do wiernego spłacania ojczyźnie zobowiązań podatkowych. Oczywiście kulawy to patriotyzm choć ta niepełnosprawność wyraża się paradoksalnie w nieograniczonym jego uniwersalizmie. Oto ten sam szczery patriota może być patrioto zarówno polskim, chińskim, bułgarskim, macedońskim, belgijskim et caetera. W zależności od właściwości służb podatkowych, adekwatnych w sprawie. Wszak świat stoi przed nami otworem. I dobrze ze stoi acz przy takim myślenie dla poczucia tożsamości patriotów podatników nieco kłopotliwie bez dwóch zdań. Skwitować by się to dało w ten sposób, że cała troską obywatela jest pełen gar (oczywiście symboliczny gar bo uosabiający hipotekę, samochód w kredycie, „społeczną” szkołę dla dzieciaków i wczasy na Seszelach) a jedyną powinnością jest przełknąć i przyjąć do wiadomości wysokość należności.

Ostatnimi czasy moglibyśmy właściwie czuć się mocno usatysfakcjonowani zwrotem w publicznym postrzeganiu rzeczywistości. Wszak od jakiegoś czasu osią sporu nie jest nic innego tylko wartości. Właściwie może nie do końca. Właściwie to odnoszę wrażenie, że tak by tę dyskusję chciała widzieć strona rządząca. Z powodów oczywistych, o których pewnie wspomnę nieco dalej.

Rzecz jednak w tym, że, wedle mnie przynajmniej, czas na takie dyskusje (zawłaszczające całość dyskursu bo tak na marginesie toczą się zawsze) nadchodzi najczęściej w sytuacjach, które da się opisać dwojako. Albo wtedy, gdy wszyscy są już nażarci po podniebienie i nie mają większej troski jak akademickie utyskiwania nad marnością nażartego świata albo wówczas, gdy wszystko się wali.

Paradoksalnie dzisiejszą naszą dyskusję o wartościach można umiejscowić równocześnie w obu wspomnianych sytuacjach. Wszak z jednej strony mamy ponoć tych, co mieszkają w zamkniętych osiedlach, jeżdżą leksusami z kratką (czepiam się bo leksus to jednak leksus a kratka to symbol zaradności ale nosi mnie jak widzę te jaguary czy porsze panamery „upiększone” „ciężarowa homologacją” to mnie nosi i zmusza by zadać jednak pytanie czy skoro już go na tę panamerę stać to nie mógłby dopłacić i nie tworzyć kolejnego oksymoronu?) i kupują w Biedronce tylko wtedy, gdy manifestują politycznie zaś z drugiej tych, co są sfrustrowani, zamieszkali we wsiach i blokowiskach, stłoczeni w miejskiej komunikacji (i pełni przy tym wqrwu, że ona znów drożeje) a do Biedronki nie chodzą tylko wtedy, gdy manifestują politycznie w osiedlowym sklepiku.

Statystycznie, uśredniając, jedni i drudzy przesadzają. tedy można przypuszczać, że kłótnie o wartości należałoby odłożyć na takie czasy, gdy wszyscy wreszcie pojedziemy na jednym wózku. Wypchanym po brzegi albo też mającym wyłącznie dno.

Opisy rzeczywistości, przywołane powyżej, w każdym elemencie są zafałszowane. Choćby z tego powodu, że nikt tak naprawdę nie jest w stanie powiedzieć co mówi a już z cała pewnością myśli „cała Polska”. I nie zmieni tego nawet zbliżający się sukces wyborczy którejś politycznej siły. Prawdą jest przecież, że nam demokracja zaczyna oscylować w kierunku marginesu. Ja nie twierdzę, że to źle. Wręcz przeciwnie. Większą wartość dla mnie ma 10% głosujących ale świadomy tego, co robią niż 100% zmuszonych dl tego aktu manifestowani swej suwerenności hegemona.

W każdym razie szczęściem naszych, wszystkich bez wyjątku, polityków jest to, że mogą sobie teraz gawędzić o wartościach. Nieszczęściem obywateli jest to, że dają się w tę dysputę wciągać. Nie rozstrzygam przez kogo bo moja wizja będzie być może niepełna czy nawet fałszywa. Nieszczęściem z tego powodu, że albo nie osiągnęliśmy tego stopnia nażarcia, który by do tego uprawniał albo też osiągnęliśmy to drugie stadium. Albo po prostu nasi przedstawiciele idą na łatwiznę.

Łatwiej wszak deliberować o zdradzie niż o wskaźnikach. Zdrada jest subiektywna a wskaźniki co najwyżej zafałszowane. I nawet jeśli się wie, że za zdradę można rozliczyć ostrzej to za wskaźniki pewniej i łatwiej. I dlatego, będąc całym sercem za tym, by nie zapominać o wartościach, skupić się teraz jednak na naszym garnku. W taki sposób ustawia się tę wojnę totalną, która bez dwóch zdań wkrótce do nas zawita, na takim poziomie percepcji, który trafi do bardzo szerokiej grupy potencjalnych wyborców. Można nad tym utyskiwać i szukać winnych tego stany rzecz ale tak jest i już. Jeśli moje zapewnienia do niektórych nie trafiają spróbuję to zilustrować dowcipem.

Spotkało się dwóch przyjaciół w sile wieku a może nawet i w smudze cienia.

- Co tam u ciebie? – pyta jeden.

- Mam w domu ciche dni – odpowiada drugi.

- Co się stało? – pierwszy jest zdziwiony bo zna kolegę raczej z innej strony

-Eee…. – jakoś powściągliwie próbuje się prześliznąć po temacie.

- No powiedz – nalega pierwszy.

- Było tak. Chciałem poprosić żonę, by mi sól podała bo niedosoliła najzwyczajniej. I nie wiem czemu, nagle jakoś, zamiast tamtego, powiedziało mi się „kawał życia mi zołzo jedna zmarnowałaś!”.

Nie wiem czy to odniesienie do wielu naszych historycznych wstrząsów jest jasne i czytelne. Jeśli nie to trudno. Ale ostrzegam, że prędzej wnerwić się można gwałtownie tym, że jest nie słone niż refleksją nad marnowanym latami żywotem. Ale jak już pójdzie, to po całości…

środa, 13 kwietnia 2011

Czy Kaczyński powinien czytać Ludluma?

Wiem, że tytułowe pytanie od razu nasuwa określone podejrzenie. Ale wcale nie chodzi mi o to, że w ten sposób miałby Prezes uodpornić się przykładowo na knowanie różnych służb specjalnych. Nie w tym rzecz. Zresztą przykład najbardziej znanego wielbiciela literackiej twórczości wspomnianego tytułem pisarza, pana Chlebowskiego Zbigniewa pokazuje, że na nic to się nie przydaje i już wkrótce może być tak, że po tym jednoosobowym fanklubie pisarstwa Ludluma na zawsze ślad zaginie.

Chodzi mi o to, co bodaj pierwszy raz ujawniło się to gdy Prezes Kaczyński wspomniał „innych szatanów” którzy „byli tam czynni”. Ileż śmiechu i kpin to wywołało. I nie zmienił tego nawet fakt ujawnienia się dwóch jednostek bardziej oczytanych i świadomych literacko, w osobach neokoma Sierakowskiego i reżysera Klaty wyjaśniających, że to cytata z Ujejskiego. Niewiele to pomogło bo kto zacz ów Ujejski dla wielu rechocących pozostało tajemnica chyba do dziś.

Okazało się ostatnio, że nawet lekkie obniżenie przez Kaczyńskiego stopnia trudności i podparcie się Herbertem, którego „każdy Polak” znać powinien (a przynajmniej nie powinien się przyznawać, że nie zna…), sytuacji nie poprawiło. A właściwie pogorszyło. Gdyż tym razem nikt nie rechotał natomiast podniósł się powszechny głos oburzenia. Obejmujący tak szerokie spektrum naszych elit, że aż strach pytać i myśleć co owe elity robiły w szkole oraz w czasie wolnym od zbawiania Polski i dźwigania jej na coraz wyższe poziomy. Oczywiście można założyć, że ta żałosna dosłowność, z jaką wzięli się do pełnego oburzenia komentowania słów Prezesa, wynikła z tej prostej przyczyny, że na tym poziomie rozumieć je było naszym elitom najwygodniej. Niech będzie. Ale mimo to jakiejś finezji można od elit oczekiwać. W końcu po coś tymi elitami są. I, jak dotąd sadziłem, z jakichś uzasadnionych powodów.

Bo i nie do końca jednak jest prawdą, że tym razem absolutnie bez jakichkolwiek rechotów. Przyznaję, rechotałem. Ale trudno, żeby inaczej. Rechotałem gdy w odpowiedzi na ów sławny już cytat z Herberta pan poseł PO Rybicki stwierdził, że „ zarzucając premierowi Tuskowi i prezydentowi Komorowskiemu zdradę, Jarosław Kaczyński…”. Rechotałem bo mi się dowcip przypomniał o esbeku wyciągającym z tramwaju gościa, który miał czelność stwierdzić, że rząd jest do dupy

- Ale ja myślałem o rządzie chilijskim! – wyjaśnia zatrzymany obywatel.

- Już my najlepiej wiemy który rząd jest do dupy – nie daje się zbyć funkcjonariusz.

Tak mi się więc zdało, że na zasadzie „uderz w stół”, pan poseł Rybicki też najlepiej wie o kim jest mowa gdy mówi się o zdradzie i zdrajcach.

Stąd mi właśnie przyszło do głowy, że być może literackie odniesienia, którymi posługuje się Kaczyński, są nie tylko mało skuteczne, kłopotliwa ale czasami wręcz nieetyczne. Bo niby tylko kilka słów a taki poseł Rybicki od razu zalicza taką obsuwę. A to przecież nie wpływa dobrze na publiczną ocenę naszej władzy rodzaju wszelakiego przez obywateli.

Dlatego, skoro jasnym jest, że literackie gusta Kaczyńskiego i jego oponentów tak radykalnie się rozmijają, są dwie możliwości uniknięcia podobnych zgrzytów. Pierwsza możliwość, absolutnie teoretyczna, czyli sięgniecie przez elity po nieco ambitniejszą literaturę. Jest to możliwe tylko teoretycznie zarówno dlatego, że oponenci prędzej by sobie oczy wykłuli niż dostosowali gust czytelniczy do Prezesa a po drugie po co mają się narażać na męczarnie, ból głowy i takie tam…

Nie pozostaje więc nic innego jak obniżenie poziomu przez Prezesa Kaczyńskiego. Niech nadrobi zalęgłości ze wspomnianego Ludluma czy też Harlana Cobena, którego w gustownych kąpielówkach zwykł czytywać Premier (choć nie do końca pewnym jest czy z obawy o brak zrozumienia u partyjnych kolegów nie ukrył tylko w tej okładce jakiegoś poważnego, politycznego albo i filozoficznego traktatu). Wtedy ewentualne odwołania, którymi mógłby się posługiwać nie będą wywoływały reakcji podobnej do kija wepchniętego mrówkom do chałupy. Oszczędzą też Prezesowi (mam taką nadzieję choć przecież nie pewność) zarzutów o faszyzm, rasizm i wszystkie inne „izmy” jakie ludzkość do dziś wymyśliła czy tam wynalazła.

Zakończyć chciałem takim koncyliacyjnym stwierdzeniem, że to rozwiązanie pozwoli podnieść jakość naszej debaty politycznej. Ale nie będę się przecież ośmieszał. Raz, że jaki to znowu może być „poziom debaty” jeśli wyznacza go literacka spuścizna mistrzów sensacji i kryminału a dwa, że nie mam przecież gwarancji, iż i wówczas nie pojawią się zabawne interpretacji. Przecież to całkiem możliwe. I wtedy musiałbym, nie daj Bóg, sugerować, by poziom debaty oprzeć jednak na fragmentach „Elementarza” Falskiego. No bo to, to już chyba każdy zrozumie! Tak mi się przynajmniej wydaje.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Tu jest Polska (Krakowskie Przedmieście…)

Niedziela 10 kwietnia. Znakomita perspektywa do obserwacji świata zamknięta między reprezentacyjnym deptakiem a powiatową mieściną na wschód od cywilizacji. Między rankiem a popołudniem przeskok z „serca Polski”, tej lepszej Polski jeśli wierzyć tym, których szczególnie uwiera „dzielenie ludzi” o ile to nie oni akurat dzielą, a ucieleśnieniem „Polski wykluczonej”. Zwanej też często Polską B. Jest coś takiego. Mówię tak z cała świadomością tego, bo niektórym zdaje się widocznie w jakimś porywie euforii, że jak rozkopano drogę na Łomianki czy tam Wawer to już cała Polska jest „wielkim placem budowy”. Nie jest. Ale to taka uwaga na zupełnym poboczu tego, o czym chcę mówić.

Bo ten „alfabet Polsk” wymyślony nie wiadomo po co, pewnie jako dość proste (by nie rzec prymitywne) narzędzie socjologicznych opisów i analiz, takie najoczywistsze spełnienie znajduje w opisie ludzkiej mentalności. By było jasne, nie chcę w ten sposób powiedzieć że w głowach moich rodaków istnieje jakaś lepsza „Polska A” i te gorsze Polski oznakowane innymi literami alfabetu. To nie ja tak to widzę. Ja raczej widzę je różne i bardziej niż wartościowanie interesuje mnie ich zrozumienie, uzasadnienie i obrona.

Oficjalny opis stanu rzeczy, czyli stanu umysłów w dniu 10 kwietnia roku bieżącego jest taki, że oto rosemann, jako odprysk tej Polski B, C, D czy którą tam zechcecie mi przypisać, przylazł był w porozumieniu i zbezcześcił kawał trotuaru, którym wszak zwykła się przechadzać dla przyjemności Polska A wyłącznie. Takie to życie podłe po prostu. Ta reszta Polsk nie ma czego tam szukać bo za wysokie progi… Bo choć wódka w „Przekąskach…” tylko cztery zyle to przecież nikt tam na jednego nie idzie. Raczej na „jednego” i do rana. A i przecież Polska B nie rozsiądzie się w Starbucksie by się napić szpanerskiej kawy za równowartość dwóch- trzech obiadów w prowincjonalnym mlecznym barze z rządową dotacją. Tedy po co się pcha ta Polska pustych kieszeni i pustych głów w sam środek wielkiego świata, co nawet dla swoich ma przed drzwiami tych modniejszych , bardziej wziętych więc i bardziej obleganych lokali ma takich gości od selekcji na jakąś Polskę A+ i resztę Polski… Resztę Polski A.

To proste Polsko A szanowna. Pcha się tam bo jest u siebie. Pcha się tam bo może ma i pusto w głowach ale, w odróżnieniu od was, Polsko A szanowna, tyle choć ma, iż wie, że tam, i wszędzie indziej w granicach oznaczonych dość gustownymi, biało czerwonymi słupkami z dumnym ptakiem na tarczy, jest u siebie. I że nie występuje, skoro jest przecież u siebie, w roli petenta.

Można mieć zastrzeżenia do tych czy innych słów i stwierdzeń. Szczególnie gdy ma się problem z ich rozumieniem. Masz więc prawo, Polsko A twierdzić, że ten czy inny „postawił się poza demokratycznym porządkiem”. Masz takie prawo nawet jeśli zdaje ci się, że rozumiesz co oceniasz. Masz prawo być kiepska w interpretacjach poetyckich tekstów bo nikt nie ma prawa, żądać od ciebie jakiejś określonej a w zasadzie jakiejkolwiek wrażliwości. Masz prawo uważać kogoś innego za szaleńca, stawiać pod znakiem zapytania jego intelektualne kompetencje, uczciwość i przyzwoitość.

Dokładnie na tej samej zasadzie ktoś inny, mało ważne czy z Polski B, C, D czy jakiejś innej, ma temu i owemu prawo wytknąć to i owo takimi słowami, jaki uzna do tego za właściwe. I może to robić bez potrzeby udowadniania tak długo póki jemu samemu ty Polsko A szanowna, bogata w wyszukane słownictwo, nie przedstawisz dowodów na swoje ułożone w kwieciste słowa i okrągłe zdania twierdzenia że ten jest taki a ów owaki.

Tak to działa Polsko A. Tak to działa i nie może być inaczej. Za rzuconych przez Ciebie „moherów”, „talibów”, „prymitywów”, „idiotów” dostaniesz w zamian „zdrajców” i parę innych, równie miłych słów. I nie oburzaj się, gdy to do ciebie, Polsko A, spacerująca czy tam grillująca na Krakowskim Przedmieściu, ta reszta alfabetu przyjedzie by ci udzielić odpowiedzi. Nie oburzaj się jeśli chcesz uniknąć stanu schizofrenicznego rozjechania się twoich fundamentalnych przekonań z doraźną, opartą na emocjach oceną sytuacji. Bo albo szczerze wierzysz w i rozumiesz znaczenie fundamentu na którym zbudowane jest NASZE państwo albo w ogóle szkoda gadać. Szkoda gada z tobą bo nie jesteś do rozmowy ani trochę przygotowana.

Kiedy Polska B, C, D czy cała reszta alfabetu melduje się, w większym czy mniejszym gronie, melduje się w „salonie Warszawy”, zamiatanym od pewnego czasu z kwiatów i zniczy jakby ktoś miał na tym tle psychozę natręctw, to nie po to by tobie, Polsko A zrobić na złość i zmusić ciebie, pachnącą jak ze „Złotych tarasów” i „Wysokich obcasów”, do gwałtownego zatkania noska. Twoje absmaki i rozterki estetyczne ma serdecznie w dupie na szeroko rozumianej zasadzie wzajemności. Kiedy chce tam być, to jest i nie ma zamiaru pytać ciebie, czy jej wolno. Bo tam jest Polska. Bez literek. tak jak w Siedlcach, Braniewie, Krośnie, Gryficach, Kotomierzu, Prabutach, Małym Pułkowie, Rzędzianach.

Jeśli to jest zbyt trudne do pojęcia to nic na to nie poradzę. Mogę co najwyżej komuś takiemu, kto nie pojmuje a jednak czepia się i lezie w oczy, zasugerować tylko jedno. By wypie****. I wtedy będziemy prawie kwita.

„[…] każdą cenę…”

Smutny i skandaliczny początek niedzielnego zgromadzenia na Krakowskim Przedmieściu od razu przywołał mi na myśl słowa doradcy prezydenta Komorowskiego, Tomasza Nałęcza, wedle którego „za gest Putina w Katyniu warto było zapłacić każdą cenę”. Z pozoru trudno dopatrzyć się tu jakiegokolwiek związku ale, jak postaram się pokazać, nie tylko jest ale nadto większy niż może się wydawać.

Słowa, które przytoczyłem, pan Nałęcz wypowiedział swego czasu w programie Moniki Olejnik w Radiu Zet, odpierając zarzuty dotyczące rozdzielanie wizyt w Katyniu Prezydenta Kaczyńskiego i Premiera Tuska. Wedle pana Nałęcza, obecność Prezydenta mogła uniemożliwić ów putinowski „gest”, za który, jak uważa pan Nałęcz, tę „każdą cenę” warto było uiścić. Cóż za tę „każdą cenę” mieliśmy dostać? Coś, co miało nic nie oznaczać (wybacz mi potencjalny krytyku ale jeśli naprawdę uważasz, że Putinowi jest z powodu katyńskiej zbrodni przykro albo nawet wstyd to ja uważam, że jesteś idiotą albo przynajmniej naiwniakiem), nic naprawdę nie znaczyć (co po roku „ocieplania stosunków” wiemy ile znaczy dzięki smutnemu doświadczeniu choćby i ostatnich dni). Teatralny, tani gest, za który my byliśmy gotowi na „każdą cenę”. Perkal i paciorki jak w transakcji wyżartych, chytrych kolonizatorów i naiwnych, poczciwych dzikusów radośnie dających się wyj****! I przekonanych przy tym szczerze, że to właśnie oni są tą czynną stroną.

Cóż to ma wspólnego z niedzielnym porankiem, tuż przed 8.41? Szamotanina przy barierkach, kompania ZOMO… proszę wybaczyć ale ten truchtający w kierunku zebranych ludzi pododdział, widziany z mojej perspektywy jako szyk czarnych ramion i białych hełmów z szybką, nie tylko mi się tak skojarzył. Odniosłem nawet wrażenie, że zdecydowanej większości zebranych. Część transparentów z treścią, która i mnie poruszyła raczej negatywnymi odczuciami. Tam nie powinno ich być…

To był kolejny, najbardziej chyba symboliczny przejaw tego, o czym najczęściej mówiło się w podsumowaniach minionej niedzieli. Pęknięcia, co miało się przecież zrosnąć jak jakaś zbiorowa blizna po smoleńskiej ranie a zmieniło się w przepaść. Oczywiście wiem, że każdy ma swego winnego wykopania tego dołu przez środek Narodu. Wielu jest zaiste takich, którym można wytknąć ochoczą i pełną zaangażowania pracę nad tą architektoniczną osobliwością. A ja nie o tym. Raczej o czymś przeciwnym.

Zdumiewa mnie bowiem to, że ci sami niemal (a może wręcz ci sami) ludzie potrafią klarować nam, że gotowi są płacić „każdą cenę” za bezwartościową pantomimę wschodniego satrapy, nie potrafili się przemóc i z podobną gotowością pochylić się nad tym pęknięciem, które skalą i konsekwencjami przerasta o lata świetlne skutki tego, że jakiś tam ruski, choćby i największy rangą urzędnik, wyjawi nam po latach, kto wtedy strzelał. Bo przecież bez tego nie wiedzielibyśmy! No naprawdę…!

Tak więc ci sami, którzy z takim nabożeństwem kupują ten perkal i paciorki z Moskwy, nie pomyśleli chyba nawet przez chwilę by być gotowymi zapłacić „każdą cenę” za ratowanie Narodu przed tym pęknięciem i ocalenie tej wspólnoty, nagle, na chwilę objawionej rok temu w jeden tydzień kwietnia. Nie wiem, czy potrzebna była „każda cena”. I nie dowiem się, bo przecież nasi fachowcy od perkalu i paciorków nawet nie sprawdzili, czy trzeba było aż „każdej”.

Mam podejrzenie, że starczyło by mniej, znacznie mniej. Też coś w rodzaju perkalu i paciorków. Przynajmniej z ich punktu widzenia. Myślę, że ten nie postawiony pomnik, zwykły kawał kamienia przecież, który ciągle dzieli i wywołuje takie emocje, to wcale nie jest „każda cena” za to, co w zamian można było próbować ratować. Wydaj mi się, że to cena absolutnie niewygórowana. Chyba dużo trudniejsze byłoby dodanie do niego mniej lub bardziej udanej szczerości z jaką obdarowano by nim oczekujących takiego właśnie gestu.

Zwykłym a właściwie wręcz nadzwyczajnym pieprzeniem będzie powtarzanie kitu o „konserwatorskiej ochronie” a przejawy nagłej amnezji przeróżnych „bohaterów sierpnia” co jakoś nie mogą sobie przypomnieć czy był pewien człowiek w stoczni czy też objawił się z nagła gdzieś koło 89 to zwykłe s…syństwo. Kawał marmuru w „historycznej substancji”, upstrzonej przecież całkiem sporą liczbą niedawnych ingerencji, nie byłby żadną zbrodnią nawet bez tej wartości dodanej, której potencjalnie można było oczekiwać. A jeśli okazałoby się, że to zadziałało i odwróciło tę smutną historię, która tak nas teraz zżera, to czy cena byłaby wysoka? Przecież za to warto byłoby i 96 marmurowych brył w tamtą „substancję” wpakować! I bez dwóch zdań głupcami (jeśli tego nie dostrzegają) albo szubrawcami (jeśli to widzą ale mają gdzieś) są ci, dla których najwyraźniej ważniejsza jest „historyczna substancja” na Krakowskim i w wawelskiej krypcie niż zdrowa i niepodzielona substancja Narodu.

Oczywiście spodziewam się argumentów, że to nic by przecież nie zmieniło. Że wywołałoby istną kaskadę dalszych roszczeń. A ja mam inne zdanie. I wobec niezaistnienia tego zdarzenia, które stanowi podstawę naszych sprzecznych ocen, tak ta moja jak i ta, często wypowiadana publicznie, przeciwna opinia, są równie nieuprawnione. Ta, wypowiadana często publicznie opinia nadto, jako nie dająca się w żaden sposób weryfikować, jest zwyczajnie nieprzyzwoita. I tak samo przy tym poważna jak na przykład ewentualne twierdzenia o mamach adwersarzy mojej opinii, które to rodzicielki nie prowadziły się źle tylko przez to, iż nie miały ku temu okazji lub warunków. Dokładnie tak samo poważna.

Gdyby jednak spróbowano tego, o czym mówię, i wyszłoby tak, jak teraz mówią niektórzy, to co innego. Pierwszy bym zmieszał z błotem takie nadmierne łakomstwo. Ale nie spróbowano! I to zamyka dyskusję. Przynajmniej powinno zamknąć dyskusję osób szanujących siebie i mających się za przyzwoite.

Tej skromnej ceny nie zapłacono przecież i nawet w zamiarze to nie było. Widać nic ponad handelek perkalem i paciorkami nie jest w stanie urodzić się w tych głowach. Nic ponad tę „każdą cenę” za nic.

(tekst pisany 11 kwietnia)

sobota, 9 kwietnia 2011

Żal z urzędu, zrozumienie z dystansu…

Przyznam, że czasem wstyd mi tej złości, którą odczuwam w zetknięciu z medialną wersją uczuć i emocji związanych z tragedią sprzed roku. Mały widocznie i bardzo, bardzo daleki od doskonałości ze mnie człowiek skoro tak trudno mi dopatrywać się w upublicznianych właśnie relacjach opisujących reakcje i przeżycia różnych osób publicznych w dniach kwietnia 2010 czegoś innego ponad chęć wyjścia naprzeciw przekonaniu, że teraz tak wypada. Mały ze mnie człowiek skoro czepiam się tego, że tak późno wpadli na to, że „tak wypada”.

Jedna z czołowych gazet uraczyła nas prawdziwym serialem będącym opisem rozterek, załamań, płaczów nieomal ludzi, którzy przez ten miniony rok w świadomości bardzo wielu obywateli zdołali zapisać się jako, przepraszam za cytat, „wyjątkowo nieczułe sukinsyny”. Potrafiące na przykład pytania dotyczące upamiętnienia ofiar i samej tragedii kwitować czymś w rodzaju mało przyjaznego szczeknięcia. Mające dziwne upodobanie do tego, co dla człowieka o normalnej (w moim, ułomnym bez dwóch zdań pojęciu) wrażliwości jest niczym innym jak zwykłym chamstwem i skrajnym zbydlęceniem. Nie mające oporów by ze swymi pretensjami pąkować się niemal w środek pogrzebowego konduktu.

I teraz nagle odkrywają przed publicznością swoje krwawiące wówczas serca, nie bacząc momentami na to, że czasem bywają w swym ekshibicjonizmie zabawni co z tym krwawienie współgra tak sobie. Tak jak choćby ten najwyższy urzędnik, który wreszcie ujawnił prawdę o tamtym żenującym wyścigu na smoleński pas. Okazało się, że został po prostu porwany przez jakiegoś bezimiennego ruskiego trepa i bał się chyba temu trepowi wyjaśnić kim naprawdę jest. Dziś (jeszcze nie zapoznałem się i nie wiem czy zapoznam się, nie bardzo mam ochotę…) wywnętrza się ponoć urzędnik najwyższy. We fragmencie, który znalazłem, wskazuje, że chyba bardziej od tej setki żywotów zmienionych jedną chwilą w trudną do rozpoznania masę przejął go los ojczyzny tak nagle osieroconej. Więc się z miejsca zaopiekował… Ciekawe czy dalej jest jakiś fragment rozmowy z Metropolitą o pochówku dowodzący rzeczywistej skali empatii urzędnika najwyższego?

W tym , niesprawiedliwie bez dwóch zdań ocenianej przez mnie – człeka małego i marnego, bólu naszych urzędników najwyższych rozpostartym na całe szerokości szpalt jest jedno, co mnie, człeka marnego i małego cieszy mimo baraku złudzeń wobec intencji. To mianowicie, że jakoś i ten niezauważany wtedy „deficyt upamiętnienia” objawił się na tyle, że już i nie wyklucza się choćby i monumentu, przed którym tak odkopywano się ten rok. Pewnie w jakiejś zaleconej pokrętnie terapii na ten ból, co dziś te szpalty zapełnia. Widać już nie jest tak źle. I chyba i jątrzyć nie będzie. A jak nie będzie to i gangreną nie grozi…

Nie zaprzeczę, że teraz ja jątrzę dla odmiany. Ale cóż… taka zmiana ról. Ci, co przez rok gardłowali, że się zawłaszcza, teraz, tuż przed rocznicą, sprawiają wrażenie mających teraz wręcz monopol na pamięć i cierpienie.

Może rzeczywiście powinienem raczej, miast dziwić się, podziwiać ich za to, że tak dzielnie potrafili ten swój ból schować za trudną dla mnie nawet do wyobrażenia racjonalnością, z jaką potrafili klarować gdzie wypada chodzić „z pochodniami”, palić znicze i kiedy należy „dać sobie spokój” albo wykazać się „dystansem” i „poczuciem humoru”. Naprawdę są godni podziwy gdy się pamięta, że przecież mają „swoich” Arama, Sebastiana, Grzegorza…

Przyznam szczerze, że daleki byłem od zamiaru jątrzenia, rozdrapywania… Ja i tak nie jestem w stanie w pełni pojąć tego, co wtedy się stało. A już tym bardziej rzeczywistego bólu dotkniętych tą tragedią najbardziej. Moja żałoba jest w znacznym stopniu symboliczna i faktycznie skończy się we wtorek. Bo dalej byłaby czymś niezrozumiałym i dla mnie samego. Zamiast niej będzie trzeźwe przyglądanie się w tej sprawie ręką najwyższych urzędników. Póki nie uznam, że nic już one nie ukrywają i niczym nie manipulują. To mnie będzie interesować a swój „odroczony ból” niech sobie wsadzą gdzieś.

Nie napisałbym tego, co napisałem, gdyby nie fragment opisu i dialog wyczytany w miejscu, z które pewnie co niektórzy mnie nie pochwalą. O reakcji polsko- rosyjskiego małżeństwa na to, co działo się między 10 a 18 kwietnia 2010 roku.

"- Kim on jest, żeby go chować między królami? - wrzeszczał do telewizora Dariusz. A później skwitował: - Ten pogrzeb jest jak PiS. Megalomański.

Ljuba dusiła łzy, gdy żołnierze Wojska Polskiego wynosili trumnę Lecha Kaczyńskiego z Bazyliki Mariackiej przy akompaniamencie chóru wykonującego "Matkę Najświętszą" Henryka Mikołaja Góreckiego. Klisza z rosyjskiej telewizji informacyjnej: tłum żałobników na Rynku Głównym w Krakowie. Biało-czerwone flagi przepasane kirami. Śpiewają "Boże coś Polskę"

- Kiedyś was za to bili - zauważyła Ljuba.
- Ale na co ten patos? Nie mogę na to patrzeć - odburknął Dariusz.
Ljubie łamał się głos: - To twój prezydent, ty durak.”*


Tak, szanowny Polaku, mający uczucie absmaku. Polaku od „zimnego Lecha”, „Przekąsek i zakąsek”. Dokładnie tak… TO TWÓJ PREZYDENT DURNIU!!!!!

* http://www.tvn24.pl/-1,1698541,0,1,to-twoj-prezydent--ty-durak,wiadomosc.html

piątek, 8 kwietnia 2011

Bez tytułu…

(Rolexowi)

Historia często zmuszona jest manipulować czasem i znaczeniami. Pisząc „historia” upraszczam bo w jej imię robią to jacyś bardziej lub mniej uprawnieni do tego ludzie. To zresztą nie jedyne imię pozwalające czegoś tam nadużywać. Choćby coś takiego jak państwo. Państwo ma wolę, uważa, nie widzi potrzeby, opowiada się lub nie… Choć pewnie w jakimś metafizycznym wymiarze skręca się i bluzga najgorszymi słowy gdy musi znosić te wszystkie „swoje” opinie i stanowiska. Ale wróćmy do historii. jedną z jej specjalności są wydumane cezury czasowe. W wielu przypadkach wydumane z braku alternatywy albo innego pomysłu. Czasem przeciwnie, z nadmiaru pomysłów i możliwości. Tak to się więc Średniowiecze kończyło wraz z Lutrem, Gutenbergiem, z Mehmedem II stojącym na wziętych właśnie murach Konstantynopola, z plującymi krwią z przeżartych szkorbutem dziąseł hiszpańskimi odkrywcami Ameryki. Choć żaden z nich nie był chyba szczególnie zainteresowany ustanawianiem granic epoki. A nawet gdyby ktoś mu to próbował uświadomić, on miałby to serdecznie gdzieś. Historia to potwór wbrew wszelkim symptomom i wyobrażeniom, żywy. Dziejący się często z hukiem. I w tym huku nie oglądający się na interpretacje.

I w zasadzie o historii najuczciwiej można powiedzieć, że zdarzyła się, dzieje i będzie się działa. Niczym taki potężny serpent przesuwający się na naszych oczach i pozostawiający głęboki, trudny do zignorowania ślad.

Kwestia ustanawianie cezur ma w sobie chyba od zawsze jakąś tendencję do manipulacji. Przepuszczania przez takie czy inne, zawsze jednak wygodne dla inicjatora procesu filtry. Z tym, że ich użycie rzadko jest procesem nieinwazyjnym.

Bez wątpienia jest a i znajdzie się jeszcze wielu takich, dla których dla opisania dnia 10 kwietnia 2011 roku najwłaściwszym słowem będzie „nareszcie”. Nie twierdze, ze w każdym takim przypadku będzie to wynikiem jakiejś bezwzględnie złej woli i chęci zamanifestowania braku szacunku czy zrozumienia dla czyjegoś bólu czy trudniejszego do zdefiniowania ogólnego braku mechanizmu empatii. Może być i tak, że chodzić będzie jedynie o chęć nieskrępowanej możliwości spaceru Krakowskim Przedmieściem, jak to jest choćby u pana Skalskiego czy zamiar skupienia się na godniejszych okazjach do wieszania flagi, co werbalizuje pani Wielowiejska. Chęć jakiegoś usankcjonowania tego „nareszcie” widać choćby i w wystąpieniach kościelnych hierarchów. Nie pojmuje tej ich chęci bo w sprawach z pogranicza świata znanego mi i tego, w którego istnienie wierzę, są bez wątpienia bieglejsi ode mnie. I wiedzieć powinni, że ostatnim czego można oczekiwać to odczuwanie na komendę.

Prawdą oczywistą jest to, że nikt nie utnie odczuwanego bólu tylko przez to, że minęła jakaś tam liczba kilkuset, kilkudziesięciu i jeszcze kilku dni. I nie myślę tu tylko o bólu tych, którym ten ból, jako niechciana prerogatywa każdej takiej straty, przynależy bez wątpienia i niepodważalnie. Maja prawo do nie go i ci, którzy się nim obarczyli z własnego wyboru. Tego po prostu nie da się zrobić administracyjną decyzją ani pasterskim listem. Takie sposoby są zawsze zabiegami niebezpiecznie inwazyjnymi. Wciskającymi się swą kaleką racjonalnością w indywidualne odczuwanie. W coś niepojętego, niemierzalnego i wytłumaczalnego w sposób bardzo ograniczony, by nie rzec płytki i kaleki.

Jedyne, co bez ryzyka trzęsienia ziemi da się zderzyć z tą tajemnicą, ukrytą w ludzkich duszach to zrozumienie i współczucie.

Wiele miesięcy przedtem, zanim w Smoleńsku „niebo upadło na ziemie” widziałem zdarzenie, które od dłuższego czasu mam przed oczami za każdym razem gdy wysłuchuję argumentów przeciw zniczom i kwiatom w „niewłaściwym miejscu”. Rzecz działa się w centrum średniej wielkości miasta, niegdyś wojewódzkiego, dziś powiatowego. U zbiegu reprezentacyjnego deptaka i centralnego placu, na wyrost nieco zwanego rynkiem, na chodniku przystanęły dwie kobiety i ustawiły dwa zapalone, niezbyt duże znicze. Chwilę stały, wymieniły ze dwa, trzy zdania i poszły, każda w swoją stronę. Zaintrygowany zapukałem mojej ówczesnej Beatryczy, która była przewodniczką mej pierwszej i jedynej wizyty w tym mieście, cóż znaczyło to zaobserwowane wydarzenie. Trudno dziwić się chyba, że zapytałem choć wiedziony byłem zwykłą, może zasługującą teraz na jakieś tam poczucie wstydu, ciekawością. Okazało się, że starsza z kobiet, to matka dziewczynki, która lat sporo wcześniej została uprowadzona i zamordowana w drodze do szkoły. W tym miejscu, na tym zbiegu ulicy i placu, na wyrost nieco zwanego rynkiem, matka ostatni raz widziała córkę żywą bo tu ją wtedy pożegnała gdy rozstawały się podążając do szkoły i pracy. Kim była druga z kobiet nikt nie wie. Łącznie z matką przychodzącą w miejsce najbardziej kojarzące się jej z największą tragedią, największą stratą i największą życiową miłością. Któregoś kolejnego dnia otwierającego następny rok rozpamiętywania, po prostu pojawiła się obok dotkniętej bólem matki. I tak pojawia się od tamtego czasu rok po roku. Świat, może poza ich osobistym światem, od tego ich stania w milczeniu i od tych dwóch lampek zapalonych być może w miejscu mało do tego odpowiednim, jakoś się nie zawalił i nic nie wskazuje by w przyszłości miał zamiar. Światu chyba też to nie za bardzo przeszkadza. Pewnie i tam, w tym miasteczku są jacyś Skalscy, którzy akurat dokładnie tego dnia chcieliby akurat dokładnie w tamtym miejscu postawić swe zażywające spaceru stopy. Ale widać to są jacyś bardziej ludzcy Skalscy. Tacy, którzy drugiego człowieka potrafią ocenić i przez pryzmat naturalnych dla istoty ludzkiej słabości. także tych dostrzeganych w sobie.

Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałem, będzie przez część czytających odebrane jako służąca czemuś czy komuś propaganda. maja prawo tak sądzić. Ja natomiast mam nadzieję, że przeczyta to jakaś cześć tych, którzy nie potrafią wyobrazić sobie ciszy na Krakowskim Przedmieściu 10 kwietnia roku 2011. Ciszy kilkutysięcznego tłumu. I nie myślę wcale wyłącznie o tych, którzy ciszę tę gotowi byliby zakłócić urągając tym, którzy czuli potrzebę by się tam zebrać. Także o tych, dla których będzie to okazja, by wyrazić swą opinię o tych, którzy po 10 kwietnia roku 2010 pozostali wśród żywych. Myślę też o tych, a może głownie o tych, którzy arbitralnie i autorytatywnie będą próbować wmówić, że to już „koniec”, że „starczy” i że „nareszcie”. Ktoś kiedyś, po latach może tak to zobaczy ale przez to tylko, że zbyt to będzie odległe by miał szanse zobaczyć ile jeszcze nam zostało tych autentycznych, „żywych zasobników z bólem” które przecież, w poniedziałkowy poranek 12 kwietnia roku 2011 nie ulęgną nagłej dematerializacji. To nie jest koniec historii. Ona sunie, żłobiąc ślad…