niedziela, 17 lutego 2013

Smoleńska fizyka, smoleńska geometria



Chodził ten tekst za mną od momentu, w którym przeczytałem jak świetnie sobie radzi pan Lasek „rozprawiając się” z wysuwanymi pod adresem zespołu, który odpowiada za tak zwany „raport Millera”, wątpliwościami co do rzetelności i fachowości działań i wynikających z nich konkluzji. Rzecz dotyczyła rozbieżności między podaną w raporcie wysokością na jakiej skrzydło Tupolewa miało uderzyć w brzozę i podaną do wiadomości przez prokuraturę wysokością, na której uderzona brzoza została złamana. Wydawało się, że pan lasek może mieć z tym kłopot ale ze zdumiewającym spokojem uznał on, że obie informacje nie są ze sobą sprzeczne i wprowadził do obiegu nowy termin, „miejsce pierwszego kontaktu samolotu z brzozą”. Nie ma oczywiście w dokumentach żadnych dany, które by wskazywały na to, iż „kontaktów” samolotu z brzozą było więcej niż jeden. Zatem zacząłem zastanawiać się nad sobą, panem Laskiem i nad fizyką w ogóle.
Jako młodzian niedojrzały uczęszczałem w liceum do klasy matematyczno- fizycznej. Przyznaję, że nie zawsze „się zaciągałem” ale nadrabiałem i nadal staram się nadrabiać wynikające z tego braki wyobraźnią. I tak mi wyszło, że z fizycznego punktu widzenia jasnym jest, że drzewo lamie się w miejscu uderzenia. Zrozumiałe też byłoby, gdyby, na przykład z powodu osłabionej w konkretnym miejscu bardziej niż w innych, na przykład chorobą struktury drewna, złamanie nastąpiło poniżej miejsca kontaktu. Ale nijak mi nie pasuje, by po uderzeniu pień łamał się powyżej. Liczyłem na to, że pan Lasek jakoś zmierzy się z tym problemem w sposób dla mnie zrozumiały. Wszak to ostatnie tourne temu właśnie miało służyć by takie oporne na wiedze matołki jak ja mogły pojąć jak było i nie dawać się wodzić za nos szarlatanom wszelakim. Może jestem zbyt oporny i nie jestem dla pana Laska tak zwaną „grupa docelową”. O tym zresztą jeszcze będzie.
Może też jest tak, że pan Lasek wyprzedza pewne zdarzenia. I w głębi swej roztropności woli nie twierdzić niczego na tyle kategorycznie, że jakby co, trzeba by się z tego później rakiem wycofywać. Tak, jak z tego Błasika w kokpicie, którego teraz panowie specjaliści nawet gotowi są z kabiny pilotów eksmitować.
Pisząc wyżej „jakby co” miałem na myśli problemy z inną nauką ścisłą. Chodzi o geometrię. Jak wiadomo geometria Komisji i geometria prokuratury mocno się teraz rozmijają. Z pozoru rzecz nie do wybrnięcia nawet poprzez jakieś tam „miejsca pierwszego kontaktu”. I w związku z tym można by oczekiwać, że ekspert Lasek straci ochotę do „rozprawiania się” i do publicznych występów w ogóle.
Okazuje się jednak, że zawsze jest jednak to „jakby co”. Oto, mimo, że mamy już dwa wyniki pomiaru kikuta brzozy, do Smoleńska jadą kolejni „specjaliści”. I tylko pozostaje czekać z niepokojem czy nie przywiozą jeszcze innego wyniku niż te, które już mamy. Choć nie mam wątpliwości, że jadą po to, by im te pięć metrów Millera wreszcie wyszło.
Tak myślę, bo w końcu mierzenie drzewa nie stanowi jakiegoś tam wyzwania intelektualnego nawet dla dzieci ze szkoły podstawowej. I kolejna wyprawa w takim celu, jeśli czegoś dowodzi, to tylko tego, że albo mamy do czynienia z ekspertami, którym sprawia poważny problem obsługą miary stolarskiej czy tam centymetra krawieckiego albo też mamy do czynienia z osobliwą geometrią, w której ta sama wielkość może swobodnie być oznaczana jako 5,1 albo 6,66.
Wcześniej napisałem, że nie stanowię dla pana Laska tak zwanej „grupy docelowej”. To stwierdzanie i cały w ogóle tekst zainspirowany został notką wyrusa*, w której on również dziwi się temu, jak ostentacyjnie nasi „eksperci” obnoszą się ze swymi brakami z podstawówki. I tam wyjaśnia, czemu, choć powinno, nie ma to większego znaczenia i z góry odpowiada na pytania, które w związku z tym powinny narzucać się zarówno dziennikarzom jak też każdemu, kto z powodzeniem zakończył kurs szkoły podstawowej. Przeczytajcie.

sobota, 16 lutego 2013

Czterech palantów i Żalek



Czy jakakolwiek inicjatywa, w którą zaangażują się wspólnie Giertych, Marcinkiewicz, Niesiołowski i Kamiński ma jakąkolwiek szansę wykrojenia sobie na prawicy jakiegoś „postawu czerwonego płótna”  szczerze wątpię. Tym bardziej wątpię, że wszyscy ci panowie do serc i w dalszej kolejności najpewniej kies konserwatywnego konsumenta naszej polityki postanowili się dobrać przy wyraźnym wsparciu mainstreamu. I tego politycznego, symbolizowanego przez otoczenie Tuska i tego medialnego, reprezentowanego przez wygodne fotele w studiu TVN24.
To, w jaki sposób uderza się do konserwatywnego adresata ma ogromne znaczenie. Myślę, że bez względu na to, kto by nie próbował, towarzystwo Tuska i Walterów najwłaściwsza rekomendacją nie jest. To, ze uderzają akurat te nazwiska sprawia, że potrzeba już nie Tuska, Waltera czy nawet Michnika ale cudu po prostu.
Jeśli popatrzeć na zestaw nazwisk, które firmują obok wymienionych Instytut Myśli Państwowej, nowy prawicowy think tank, nietrudno zauważyć, ze przeważają tam osoby, które chyba nie za bardzo dziś dysponują własnymi środowiskami, które mogliby wnieść w aporcie. Większość z nich jest tam, skąd się wywodzi, widziana raczej jako renegaci. I jeśli coś dziwi to mniej sama inicjatywa, która jest mniej lub bardziej rozpaczliwym sposobem powrotu do życia publicznego przez Giertycha, Kamińskiego, Marcinkiewicza czy Moczulskiego to tych kilka nazwisk na doczepkę, nie wywołujących jakichś skrajnie negatywnych emocji. Bosak, Żalek… Ten pierwszy dziwi bo w obecnej sytuacji raczej widziałbym go z młodymi narodowcami a nie u boku Giertycha. Ten drugi bo zastanawia, czy to już ten moment, w którym się skrzydło urwie Platformie jakby właśnie przywaliła w jaką brzozę na wysokości 666 cm.
Myślę, że nowa inicjatywa, jak by z nią naprawdę nie było, nie obroni się przed oskarżeniami o bysie „konserwą” koncesjonowaną. I trudno się dziwić, zważywszy na to, jak mocno w świadomości tego docelowego adresata liderzy ostatnio podążyli ku centrum. I to takiemu, które z konserwatyzmem ma coraz mniej wspólnego. Rzec by można złośliwie, że wspólnego ma chyba już tylko Żalka.
Mnie nieco rozbawił pompatyczny szyld, pod jakim panowie postanowili obwieścić swój come back. Rozbawił bo zaraz przyjrzałem się towarzystwu. Niesiołowski, którego procesy myślowe są  nieprzewidywalne, Marcinkiewicz, znany najbardziej chyba z tego, że swego czasu zaczął do myślenia używać czegoś innego niż głowa, Kamiński, któremu  przypisuje się intensywne myślenie ale głownie o sobie i Giertych co się nie do końca wytłumaczył z niegdysiejszego myślenia w kategorii bardziej rodziny niż spraw publicznych.
Z „deklaracji programowej” podpasowało mi taki fragment: „Instytut Myśli Państwowej to inicjatywa ponadpartyjna, o szerszych niż polityka celach i zadaniach. Niektórych ważnych spraw nie da się zrealizować siłami jednej, dużej nawet partii politycznej”*
Wynika z tego, że mamy do czynienia z inicjatywą, która w założeniu służyć ma łączeniu jakichś tam środowisk, międzypartyjnej współpracy. Jednym słowem kolejna inicjatywa integracyjna.
Czemu mi pasuje. Nie, nie dlatego, że integracyjna. W ten aspekt w ogóle nie wierzę. Tak się składa, że akurat dziś poczytałem sobie Mazurka i Zalewskiego we „W Sieci”. Zwrócili oni tam uwagę, że na prawicy jest taka tradycja, iż im bardziej rozbijacka jest jakaś pojawiająca się inicjatywa, tym chętniej czy to w nazwę czy to w program wpisuje sobie wspomniana integrację. Zatem najpewniej tej tradycji staje się właśnie zadość.

czwartek, 14 lutego 2013

Arabska wiosna w III RP



„Dzwonię do ciebie, bo nie mogę rozmawiać…”
Pamiętasz szanowny czytelniku tę kwestię z „Misia” Barei?  Rzadko zdarzają się w prawdziwym życiu podobne perełki, będące równie absurdalnymi próbami wyjaśnienie czegoś tam.
„- W środę odbędzie się posiedzenie Rady Ministrów i tam poinformuję ministrów, a następnie państwa, o zmianach w rządzie - bo ich będzie więcej - w związku z odejściem pana ministra Arabskiego - powiedział premier.”*
Mało powiedzieć, że interesujące jest to, że „w związku z odejściem pana ministra Arabskiego” trzeba aż odwoływać konstytucyjnych ministrów. Owszem, odcisnął ów pan Arabski niezatarte piętno na losach naszej ojczyzny. Piętno to, jak mniemam pozostanie kiedy po panu arabskim pozostaną tylko fotografie w albumach jego dalekich zstępnych. Ale czy to wystarczający powód, by jego odejściu miało towarzyszyć zaraz trzęsienie ziemi? Niby tylko polityczne ale jednak zawsze. Może zamiast marudzić powinienem się cieszyć, że nie będzie przy okazji innych plag egipskich. I cieszę się oczywiście.
Ale skłamałbym, gdybym twierdził, ze nie zżera mnie ciekawość jaki związek miała, ma czy będzie miała ta grupka przegnanych precz za Arabskim z raju przy Alejach Ujazdowskich i pod innymi reprezentacyjnymi adresami. I jak się ten związek ma do ich pójścia precz.
Oczywiście zżera mnie ta ciekawość nie dla samego jej zaspokojenia. To tak, jak z gościem, który pierwszy raz w życiu ujrzy automobil. Patrzy na niego nie tylko zachwycony zjawiskiem ale też szybko w tym swoim patrzeniu wynajduje cel bardziej konkretny. Na przykład dojście czemu to cudo tak warczy czy tam burczy albo jak to robi, że mu z tyłka, czy tam raczej z tyłu dym leci.
Zatem ja też zaciekawiłem się tłumaczeniem pana Tuska z jakiegoś poważniejszego niż tylko proste zaspokojenie ciekawości powodu. Nie twierdzę, że panu Premierowi dym z tyłka zaczął lecieć  a ja dociekam czemu. Nie, nie dlatego. Jakby tak poszedł ogień to może byłby to istotny powód ale jak na razie nie poszedł.
Interesuje mnie to dlatego, że chciałbym dojść mechanizmu, istoty takiego, dość niebanalnego sposobu rozwiązywania z pozoru prostego problemu. Problemu, który ktoś inny załatwiłby tak, że umówiłby Arabskiego w jakiś tam poniedziałek na czternastą, po czym szybko pchnąłby jakąś tam panię Krysię z sekretariatu po nieprzesadnie drogi bukiet kwiatków i kartkę z EMPiKu pod która obowiązkowo każdy w Kancelarii musiałby co miłego napisać. I jeszcze wpisałby dedykację pod swoim zdjęciem w publikacji „Polska2020” i zadzwonił do Dużego Pałacu z pytaniem czy jaki krzyż się nie znajdzie przy okazji. I tyle.
Zatem chcę znać technikę, która sprawia, że jak odchodzi Arabski to i leci pól ekipy. Bo jakby ten chwyt znać, można by przy kolejnej okazji pożegnać i cala resztę.
Bo tak naprawdę tylko taki scenariusz byłby dopiero zadowalający. Teraz po podniecamy się tym, że nam pan Tusk „najlepszych” na jakiś gorszy sort (jak może być inaczej skoro to CI są najlepsi) wymieni.
Ale póki co te łzy wylane przez wypędzonych w ramach tej naszej „Arabskiej wiosny” też coś tam są warte. Można powiedzieć bez ryzyka, że zasłużyli na nie swą ciężką, wieloletnia pracą.


środa, 13 lutego 2013

Chamski tekst o panu Lasku



Nie należę do zbyt zapamiętałych a przez to zbytnio zorientowanych obywatelskich śledczych, zajmujących się sprawą tragedii smoleńskiej. Mam w sobie zbyt mało samozaparcia i cierpliwości a przede wszystkim nie posiadam żadnej z kompetencji, która decydować powinna o tym, że na tematy związane z wypadkami lotniczymi czy choćby z TYM przypadkiem samolotu państwowego wypowiadam się raczej z poziomu emocji a nie fachowości.
Czasem jednak przy tym moim dyletantyzmie szlag mnie trafia gdy słucham wypowiedzi osób uznanych za ekspertów. Może jestem nieobiektywny bo trafia mnie z zasady wtedy, gdy słucham ekspertów strony rządowej.
Jest tak przede wszystkim dlatego, że mają oni niestety większe możliwości pojawiania się w mediach papierowych i elektronicznych a przez to większą szanse, ze coś tam niepotrzebnego ujawnia albo coś głupiego chlapną.
Nie przeczę, że może to równie często zdarzać się ekspertom drugiej strony ale zbyt leniwy jestem by grzebać w jakichś tam niszach i wydłubywać jakieś tam nieścisłości.
Wróćmy więc do tych znanych i lubianych przez media głównego obiegu ekspertów rządowych. A właściwie do konkretnego eksperta nad ekspertami, pana Macieja laska. Przyznam, że ów ekspert imponuje mi niezmiernie. Przede wszystkim zimną krwią. Jakby mu ktoś brutalnie wyłyżeczkował w czaszce ośrodek odpowiadający za emocje. Słuchając go cierpię z nim bo zawsze wtedy sprawia wrażenie, jakby, zanim stanął przed mikrofonami i kamerami, napełnił usta krawieckimi szpilkami.
Ostatnie zdarzenia, szczególnie zaś podanie przez wojskową prokuraturę parametrów brzozy, co to roztrzaskały nam samolot, Prezydenta wraz z kancelarią i połowę generalicji mogłyby wyprowadzić z równowagi każdego, kto przez tyle lat opowiadał bajki o tym jak to dokładnie mierzył swego czasu ów kikut przy okazji szczegółowego badania wraku aeroplanu. Jeśli mylę się wspominając zapewnienia panów z komisji Millera, ze owszem, brzozę widzieli, mierzyli i pewnie jeszcze smakowali czy dobra, proszę mnie poprawić. Przypominam to, bo dziś pan Lasek, łyknąwszy zwyczajowo swoja porcję krawieckich szpilek, ze spokojem przechodzi do porządku nad trzema czy tam dwoma metrami różnicy. Nie przejmuje się błędem bo w ogóle chyba dla niego nie ma związku między „miejscem złamania” a „miejscem pierwszego kontaktu struktury samolotu z przeszkodą terenową”.
Oczywiście może pan lasek mieć rację, że najbardziej istotny jest ten „pierwszy kontakt” z brzozą ale po jego słowach bardziej mnie obchodzi ewentualny drugi i następne, ile ich tam jeszcze było.
Interesują mnie one bardzo, bo doskonale wiem, jak potraktowany został przez „główny obieg” inny ekspert, akurat nie na żołdzie rządu symulujący to czy tamto z brzozą w roli głównej.
Z panem Laskiem jest o tyle ciekawie, że poza swą zimną krwią i szpilkami w ustach ma on jeszcze niebagatelną wyobraźnię. Dla niego brzoza nieskończenie wysoka to taka, której nie ma choć ja bym raczej sądził, ze to raczej coś w rodzaju tej fasolki, po której można się wspinać do krainy olbrzymów. Przy takiej wyobraźni faktycznie można pozostać spokojnym mówić, że podawano już przeróżne wysokości brzozy czyli 5,1 m, sławne 6,66 m czy wojskowe 7 m.
Tekst mi się kończy i pewnie ktoś zapyta gdzie jest to coś chamskiego pod adresem głównego bohatera. Otóż napisałem tyle słów tylko w tym celu, by na sam koniec  zastanowić się, czy ów ekspert przechodzący ze spokojem nad rozbieżnościami w rozmiarze sławetnej brzozy byłby równie spokojny gdyby chodziło o rozmiar pewnego fragmentu jego anatomii pojawiające się w publicznym obiegu. Z tendencją do coraz dokładniejszego pomiaru.
Ciekawe czy też byłby oporny z przeliczaniem od nowa trajektorii?

wtorek, 12 lutego 2013

Lody, lody!!!!



Pamiętam z dzieciństwa pana, który od czasu do czasu zajeżdżał do mojej wsi, leżącej na przedpolu Festung Breslau… Ktoś mi tu powie, że to żart zbyt gruby i pomyli się bardzo. Bo ten Breslau- twierdza objawił mi się w dzieciństwie z nagła, gdy we wsi pojawiała się ekipa meliorantów, którzy popsuli nasze ukochane stawy położone pośrodku udrażniając nurt rowów i zabierając przy okazji nasze zimowe ślizgawki. Jednak sprawili nam krótka frajdę wydobywając z mułem rynsztunek, którym można by uzbroić pewnie z pułk Volkssturmu. Jakiś czas, póki nam rodzice nie wyperswadowali biegania w zardzewiałych ciężkich hełmach na głowach, byliśmy chyba najlepiej uzbrojoną bandą dzieciaków na północ od zwrotnika Raka. Ale ja nie o tym.
Otóż od czasu do czasu do wsi przyjeżdżał taki pan syrenką czy tam trabantem. W każdym razie taką dymiącą pykawką z dwusuwem. Oczywiście nie po to przyjeżdżał by dymić i pykać. To nie byłaby żadna atrakcja. Atrakcją to było jak przyjeżdżały ople i mercedesy z przedstawicielami dawnej rasy panów by fotografować swoje niegdysiejsze włości skąd ich wypędzono niczym pierwszych ludzi z raju. Atrakcyjność wspomnianego pana polegała na tym, że pojawiał się we wsi ku radości dziatwy i (choć pewnie rzadko), ku utrapieniu dorosłych. Był bowiem przedsiębiorcą zaginionej profesji zwanym lodziarzem. Młodszym wyjaśnię, że nie chodzi o żadne z tych skojarzeń, które mogą im przychodzić do głowy. Po prostu był taka archaiczną wersją koktajlbaru o odwróconej filozofii działania czyli nie czekającym aż klient się pojawi tylko samemu szukającym klienta.
Kiedy wjeżdżał do wsi, rzadko kiedy umykał uwadze zainteresowanych ale nie przeszkadzało mu to po przybyciu do jej centrum ogłaszać się dość nachalnie klaksonem swej pykawki. W tym momencie ze wszystkich kierunków, tych głównych i tych pośrednich, pędzili do niego starsi i młodsi by kupić smakujące budyniem, żółte i okrągłe lody Bambino, z czasem zastąpione mlecznymi lub czekoladowymi kostkami Domino.
Kto nie miał akurat pieniędzy, radził sobie inaczej. Ów domokrążca czy tam komiwojażer branży cukierniczej przyjmował chętnie także i jajka. Co było właśnie powodem utrapienia dorosłych bo opętana słodkim amokiem dziatwa w zdobywaniu takich właśnie środków płatniczych była bardzo pomysłowa i chyba niewielką przesadą byłoby powiedzieć, że wyciskała nieomal tę mamonę drobiowi z kuprów.
Tak, był pan lodziarz najpierwszą atrakcją spośród wszystkich, którym zdarzało się od czasu zbłądzić na te moje przedpola Wrocławia. Nie mogę się oprzeć by dodać, ze zaraz za nim był pan szmaciarz, który przyjeżdżał platformą zaprzęgniętą w konie i za surowce wtórne sprzedawał dorosłym emaliowane garnki a dzieciakom czerwone lizaki na patyku w kształcie wiewiórek lub kogutków.
Na wstępie zapomniałem napisać że będzie to tekst polityczny. I nie dziwię się jeśli ktoś dotrze tu, przeczytawszy wstęp i zapyta się w duchu cóż do cholery może być politycznego w tym gościu jeżdżącym po prowincji z atrakcyjnym towarem. Skojarzenia, moi drodzy.
Kiedy czytam, że teraz znów rusza w podróż po Polsce nasz najsławniejszy domokrążca by tu i owdzie zajechać z worami wypchanymi dobrem wszelakim.
Tylko czekać jak w kolejnych wioskach i przysiółkach rozlegnie się klakson i zabrzmi nieśmiertelne „Looody!” albo „Szmaaaa kupuję szmaaaaa…”
Oczywiście nie będzie pykawki ani tych koni z głowami spuszczonymi nisko z wysiłku. To w końcu już inna epoka. Ale kto wie czy radość nie będzie taka sama. No i, co by nie mówić, lody tez pewnie będą.