czwartek, 23 września 2010

„Nic nie szkodzi księże biskupie” (ekspiacja)

„Chcemy przeprosić za wszystkie akty profanacji dokonanej wobec krzyża, znaku ofiarnej miłości. Chcemy przeprosić za egoizm i niechęć, a nawet nienawiść do innych”* – powiedział ksiądz arcybiskup a ja przyznaje, że głupio mi się zrobiło.
Raz, że nic a niech nie rozumiem księdza biskupa.

Dwa, że jak próbuję zrozumieć, to mi wychodzi, że jeśli biskup przeprasza za to, za co, jak mówi, przeprasza to znaczy, że bierze na siebie tę winę co się objawiła laniem pod krzyżem, wplataniem w czyjąś modlitwę słów na „ka”, „cha” i kilka innych, lżeniem i wyśmiewaniem tych, co próbowali się modlić bez słów na te litery. I wychodzi mi, ze wtedy, gdy biskupa nie było ni słowem ni uczynkiem to myślą i duchem był wtedy z tymi, co tę nową modlitwę pod krzyż przynieśli. Wraz z tą pełną dystansu zabawą, która tak do gustu niektórym wielki przypadła. Może właśnie przez to? A teraz rzecz przemyślał i wyszło mu, że nie powinien… Głupio mi, że taka myśl mi w ogóle do głowy przychodzi.

Trzy wreszcie dlatego, że jak już tamtą możliwość odrzuciłem jako niedorzeczną to to tylko mi pozostało myśleć, że ksiądz biskup przeprasza za tych, co uparli się mówić „Ojcze Nasz” i „Zdrowaś Mario” albo i cały różaniec, pod tym krzyżem co stanął niesłusznie, z jednej strony zakłócając widok a z drugiej radosną zabawę, co jak niektórzy widzieli była pełna światłego radosnego dystansu. I za tych co z tamtymi zabawy nie umiejącymi pojąć i uszanować jakoś czuli wspólnotę i może nawet gniew poczuli widząc z czym tam ich samych ksiądz biskup zostawił gdy tak karygodnie wypowiadali Imię Boże zagłuszając te radosne słowa na „ka” „cha” i parę innych liter.
I głupio mi, że przez to Imię Boże bez zgody, bez kwitu biskupa z imprimatur na to stosownym, imię było wymawiane publicznie i nadaremnie, teraz ksiądz biskup się musi ukorzyć. A to takie niekomfortowe. Na pewno nie tak komfortowe jak to, w którym biskup skrył się gdy ci jemu nieposłuszni w komforcie deszczu, wiatru i „dziwnej miłości” światłych bliźnich manifestowali nieposłuszeństwo wobec biskupa. I przecież musi się teraz ukorzyć, by ktoś nie pomyślał sobie że i on jak krzyż widzi to dłonią znak krzyża czyni. Że nie patrzy najpierw czy miejsce odpowiednie, czy nie wchodzi w paradę jakiejś pełnej radosnego dystansu manifestacji.

Głupio mi i temu, że teraz ksiądz biskup gotów jest czynić ekspiację dając zrozumieć mającym dystans i uradowanym, że źle robiono gdy im Nadodrze stawano mówiąc „Zdrowaś Mario” i że to nie powinno się powtórzyć. I nie powtórzy się pewnie. Bo jeśli tego wymaga „dobro wspólne” to co na przeciwko tego krzyż? I za niego gorąco przepraszamy. Ustami naszego biskupa co się zaprawdę nagle odnalazł ale za to jak umiał się znaleźć. Niezawodnie. Jak, nie przymierzając, jaki Europejczyk prawdziwy albo i w Nowym Wspaniałym Świecie bywały. Tam chyba najlepiej wiedzą co znaczy „dobro wspólne” i jak się krzyż ma do niego.

Tedy za mnie też powie ksiądz biskup swoje „przepraszam” pokorne i gorące.
A wtedy z tego lepszego, nowoczesnego świata, co się po różnych „Przekąskach i zakąskach” porozsiadał może i u usłyszy głośne, chóralne i szczere „Nic nie szkodzi księże biskupie”. Wszak po tych „Przekąskach i zakąskach” byle kto nie siedzi tylko Europa sama. Prawie taka albo i bardziej europejska niż sam ksiądz biskup ze swoim „przepraszam”. Więc w lot zrozumie, że biskup to naprawdę Europa a nie żadna tam ciemna masa co to jak widzi dwa patyki złączone to rękę jak głupek ostatni odruchowo pakuje do czoła. I jeszcze temu odpowie „nie szkodzi” że w lot pojmie, ze to do niej swe „imprimatur” biskup adresuje i jak już się zabawi i razem z tą wirującą pod nogami ziemią za progiem „Przekąsek i zakąsek” poczuje i nacisk w dole brzucha to jak w dym może pędzić się odlać pod sam ołtarz. A i pawia może dorzucić…

Wstyd mi i przez to, że pomyślałem, że księdzu biskupowi się w głowie pomieszało. Że myli zupełnie porządki i za największy i najistotniejszy uznaje chaos. Ze z pisma mu wyszło, iż jak nam kto po gębie zatrzaska to się na razy wystawiać to mało. Ze trzeba nam samemu wytrzaskać się po gębie w dwójnasób. Choć przecież Chrystus tak nie mówił. Ale co on tam wiedział? Czy bywał w „Przekąskach i zakąskach”? Gdzież tam. W jego ciemnych czasach takich mądrych i rozwijających ciało, umysł i ducha nikt nie wymyślił. Co najwyżej jakąś ciemna Kanę Galilejską w której ku wstydowi i napitku zabrakło. A w „Przekąskach zakąskach” nigdy. Czy to dzień czy noc.

Wstyd mi też za to, że we mnie nie ma tyle miłości bliźniego co w biskupie. Nie ma go ani tyle by tym szczającym na krzyż i tym co do modlitwy bluzgi wklejają powiedzieć wybaczcie, że wam w tym przeszkadzam. Ani też na tyle, by biskupa próbować zrozumieć, zamiast uznać, że nigdzie nie napisano że jak kto w purpurę odziany to nijak durniem być nie może. I wreszcie za to, że jak już pomyślałem, że kolor przed głupotą nie chroni to mam zamiar o wybaczenie boga prosić a nie wołać o nie czy to do biskupa czy też w czeluść „Przekąsek i zakąsek”.

* http://wiadomosci.onet.pl/kraj/arcybiskup-przeprasza-za-profanacje-krzyza,1,3700712,wiadomosc.html

środa, 22 września 2010

Janusz, Janusz pokaż rogi czyli król Chichot.


Zacznę od wyjaśnienia, że tytułowi Janusz i król chichot nie są tą sama osobą. Kim, a właściwie czym jest wspomniany król napisze na sam koniec. To wygodne rozwiązanie, choćby i z tego powodu, że zwiększa szanse na to, iż potencjalny czytelnik nie porzuci lektury gdzieś w środku. Nawet jeśli będzie ekstra nudna.
A to, może się zdarzyć choćby i z tego powodu (pomijając ewentualny brak biegłości czy finezji autora), że nie pierwszy będę, który poruszy temat, który od wczoraj zebrał już dość spora literaturę. Co prawda przede wszystkim tutaj, bo media głównego nurtu milczą w rzeczonej sprawie jakby je kto zaklął, ale przecież tutaj właśnie piszę.

Na początek powiem, że tonu, który w omówieniach sprawy Palikot vs. IPN (tak ją nazwijmy) nie podzielam. Póki nie pojawia się jakieś obszerniejsze materiały nie można w żadnym razie twierdzić, że poseł lubelski ma na sumieniu jakieś kompromitujące go sprawki czynione wespół z SB nieboszczką. To, co dotąd ujawniono w jednym przypadku świadczy o tym tylko, że kiedyś tam zabrakło mu jaj po prostu a w drugim jest świadectwem pewnej rutynowej procedury.

Pamiętam z czasów mych studiów (koniec kat 80 – tych i PRL-u zarazem) jak jeden z kolegów wybrał się do Francji. Gdy dostawał paszport usłyszał też (od jednego ze „smutnych panów” choć ten akurat udawał wesołego) radę by tam, na miejscu rozglądał się, przyglądał… Po powrocie, gdy wybrał się oddać paszport, bo tego ówczesne prawo wymagało, tenże wesoły pan „smutny” zapytał co tam w tej Francji kumpel zauważył. Odparł że nic ciekawego. Podpisać też musiał, że za nic, pod żadnym pozorem i pewnie jeszcze pod jaka karą straszliwą, nie przyznam że z panem „smutnym” rozmawiał. Wiem, że to miało miejsce bo zaraz po wyjściu od pana „smutnego” opowiadał nam o tym.
Nie wiem co opowiedział Palikot zanim papierek podpisał lub zaraz po tym więc nie będę oceniał. Może zdradzał kolegów, może sekrety najtajniejsze własnej jedynie duszy a może nic zgoła. Tyle wiem.

Papier drugi to sprawa nieco inna. Choć też właściwie nie od razu przekreślająca gościa. Wielu przed nim , w tym samym czasie co on a i po nim zrobiło to co on. Można im wyrzucać to czy owo z tchórzostwem na czele ale ostatni jestem co to zrobi. Bo nie byłem ani przy nich gdy podpisywali ani, co istotniejsze, na ich miejscu więc prawa nie mam oceniać. Tak jak nie byłem i przy panu Januszu.

Tyle, że nie oceniałbym i jego, gdyby pan Janusz P. pozostał „jednym z tych którzy”. Tyle, że natura jego taka, że „jednym z…” a nic być nie chciał ani nie umiał. Gnało go w górę i w górę. A na górze byle kim być ani nie można ani się nie da. I gdyby pan Janusz P. zdecydował, że zamiast „byle kim” będzie sobą, w najlepszy możliwy sposób to byłoby pewnie OK. Tyle, że najpewniej o sobie pan Janusz P. mniemanie ma niewiele lepsze niż spora część obywateli i na „byciu sobą” wielkiej kariery nie spodziewał się chyba zrobić. Zaczął więc przy „sobie” nieco majstrować podrasowując to i owo, rzec można, wieloaspektowo. I wyszedł z tego filozof wybitny, mecenas kultury, filantrop (pod tekstem dowód tego znaleziony przez Kobietę Moją Kochaną). Gdyby raczył na tym poprzestać pewnie w ostatecznym rozrachunku byłoby dla niego i nieźle. W każdym razie lepiej niż jest teraz. Jednak sądząc z prezentowanych tu i ówdzie u innych publicystów fragmentów dotychczasowych „opera omnia” pana Janusza P. zdecydował on chyba jednak, że będzie też bohaterem walk z komunizmem. Modne to zresztą ostatnio jakby. No i napisał co napisał.

Ale i to nie byłoby takim wielkim znów grzechem. Ostatecznie czym jest te dwa papierki podważające nie za wielką „konspiracyjna legendę” przy sławnym coming out pana Boniego co to dla niego przecież obecny premier w tamtą pamiętną noc czerwcową „przewracał rząd”? I Boni jakoś żyje, chodzi, oddycha a nawet, choć zdać by się jeszcze nie tak dawne mogło niemożliwe, współrządzi i reformuje. Mógł więc też na podobnych zasadach współrządzić i reformować i Janusz P.

Tyle, że on za swą misję przyjął coś innego niż współrządzenie i reformowanie. On zaczął wystawiać rachunki innym. Takim, których nie cenił i niezbyt lubił. Delikatnie mówiąc. Ale i to mu pewnie by uszło jakoś płazem gdyby nie był zapomniał, że ta zawarta w „opera omnia” legenda to w istocie legenda jedynie i gdyby pamiętał jak to z nim samym było. Ale zapomniał i nie pamiętał. I pozwolił sobie o czyjejś odwadze coś tam powiedzieć i jakąś tam, prawdziwą czy fałszywą lojalkę wyśmiać. I tu rzecz się w taką fajną pętelkę właśnie zawiązała.

Obecne milczenie Janusza P. w sprawie ujawnionych rewelacji to jak dotąd najrozsądniejsza z tych wszystkich rzeczy które on zrobiła a ja o nich wiem. Bo poza tym milczeniem mógł albo potwierdzić albo zaprzeczyć. Ta pierwsza opcja nie byłaby jeszcze taka najgorsza. Bo choć wyszedłby i na kłamcę i na tchórza to po pierwsze los Boniego pokazuje że kłamcy i tchórze nie mają się najgorzej a poza tym kto znowu by się tym zdziwił i przejął? Ale nie byłby jednak bohaterem podziemia. I od nowa by trzeba pisać te już napisane „opera omnia”.

Opcja druga jest za to najmniej wygodna. Wyobraźmy sobie, że oto Janusz P. zaczyna coś o spisku mówić i stwierdza, że lojalka jest sfałszowana. I oto mamy qui pro quo przezabawne i niesamowite gdy ten, co nie raz naśmiewał się z „jedynej sfałszowanej przez SB lojalki” nagle melduje, że znalazł drugą. W swoich własnych papierach! No cyrk oczywisty!

Cyrk tym większy, że Janusz P. zapowiedział był ostatnio, że ruch będzie czynił i że premierem a w każdym razie najmniej wicepremierem zostać zamierza. I to jego zamierzanie- przymierzanie do nowych, co i rusz poważniejszych twarzy zakłóca wyłażąca niespodziewanie gęba stara. Taka bardziej groteskowa. A my gubiąc się chcielibyśmy prosić Janusza P. by choć raz pokazał tę najprawdziwszą, Janusz, Janusz pokaż…

I tu pojawia się tytułowy król Chichot. Nie jest to, jak napisałem na wstępie, żadna osoba, nie wiadomo co to jest w zasadzie. Ale jeśli będzie ktoś chciał zobaczyć jak wygląda to powiem mu gdzie tego króla Chichota szukać. Od teraz będzie on sunął po ziemi za Januszem P. każdego dnia, gdy ten będzie próbował przekonywać nas, że jest poważnym politykiem. A przecież od jakiegoś czasu zapowiada, że będzie nas o tym przekonywał.

wtorek, 21 września 2010

Wszechmocny Tusk i piekielna alternatywa.

Idąc dziś do pracy spotkałem krzew gorejący. Wiem. Głupi to żart. Miałem na myśli dogorywający pod sprawnym kierownictwem pana Lisa tygodnik „Wprost” który przemówił do mnie. Przemówił do mnie z okładki tytułem „Tusk nawet nie ma z kim przegrać”.
To zawarte w tytule stwierdzenie jest pewnie dla całej oświeconej redakcji a już na pewno dla zasłużonego w walce o elektryfi… o oświecenie także społeczeństwa redaktora naczelnego odkryciem radosnym. Wreszcie ta Polska będzie wyglądała tak, jak ja oświeceni redaktorzy widzieli rozbijając się po różnych Paryżach, Nowych Jorkach czy Amsterdamach.

Jednak zanim zostaniemy całkiem i bezpowrotnie oświeceni przy malejącym niestety z tygodnia na tydzień udziale redakcji gorejącego… znaczy dogorywającego tygodnika „Wprost” ale za to przy znaczącym pana redaktora Lisa, który udziela się na swoje szczęście jeszcze na innych miejscówkach, przypomnę pewne tradycyjne, a więc mało oświecone powiedzenie. „Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni”.

Właściwie trudno dziwić się radosnemu stwierdzeniu redakcji gorejącego tygodnika. Wszak z pozoru zapowiada się to, o co, jak prawdziwa forpoczta osobno a w końcu razem bili się szanowni od lat. I wygląda na to, że w końcu się o to dobili.
Tyle, że jak na oświeconych koleżeństwo z gorejącego tygodnika i wszystkich tygodników, dzienników, rozgłośni i redakcji myślących podobnie, wykazują się szanowni niewielką wyobraźnią. Taką która narzuca nam oświeconą przyszłość z panem Tuskiem. Na zawsze. Jakby był on jakim Dżugaszwilim, Ho Szi Minem albo Kim Dzong Ilem. Rządzącym wiecznie bo nieśmiertelnym.

No bo skoro nie ma z kim przegrywać to będzie wygrywać, wygrywać i wygrywać. A jak już nie będzie to pewnie w miejsce Polski powstanie jaka czarna dziura no bo bez niego być nie może!

Wbrew optymistom wszelkim, których optymizm zawiesił się swym błogostanem w momencie naszego wejścia do Unii Europejskiej, wiemy już, że samo przebywanie w tej rodzinie całkowitego spokoju i bezpieczeństwa nie zapewnia. Ateńska ulica pokazuje, że różnie może z tym być. Może być i tak, że jakieś tam nasze, niekoniecznie rodzinne sprawy, rozwiązywać będziemy w stanie wyjątkowych emocji. I nie zmieni tego czarowanie- zaklinanie oświeconych skoro dyskusje o tym, czy „ludzie się ruszą czy się nie ruszą” słyszę coraz częściej i wyraźniej w towarzystwach, w których zwyczaju rozmów o polityce dotąd nie zauważałem.

W każdym razie to, że „Tusk nie ma z kim przegrać” powinno odkrywców tej prawdy a już szczególnie samego Tuska raczej mocno martwić. Bo jakby co i tak przegra ale z czymś, czego nie życzę nawet jemu. Skoro nie ma dla Tuska na scenie politycznej żadnej alternatywy to ta alternatywa, jeśli dojdzie do jakiegoś kryzysu, sama się znajdzie i, niestety, nie na politycznej scenie, lecz na ulicy. I będzie to alternatywa piekielna.

Od czterech dni nie mam wątpliwości, że historyczne wykształcenie pana Donalda Tuska nie powinno być przeceniane. Sądzę jednak, że na tyle jeszcze pamięta (choć skoro zapomniał co zdarzyło się 17 września 1939 roku to może powinienem te nadzieje porzucić) jak wyglądały te historyczne momenty w których alternatywą stawała się ulica.

Przyznam szczerze, że miewam takie momenty że chciałbym móc popatrzeć jak facet, który głównym mechanizmem swego politycznego trwania w miejscu, które po wielu wysiłkach i rozczarowaniach wreszcie zdobył, uczynił granie społecznymi emocjami, pozna też najbardziej pikantny smak tych emocji. Bo w starciu z nimi nie ma co liczyć na jakąś kurtuazję czy choćby na finezję. To będzie raczej dość toporne. Nomen omen…

Bezalternatywność Tuska to w rzeczywistości zła wiadomość. I to zła chyba dla wszystkich. Dla samego Tuska, który z pozoru mógłby mrozić sobie szampany na ładnych kadencji do przodu, dla oświeconych jego wielbicieli, którym wydaje się, że właśnie jako państwo osiągamy stan wiecznej nirwany i dla całej reszty bo jak to bywa, jak zaczynają rąbać to iskry lecą i nie wybierają.

Wracając więc do krzewu… znaczy do redakcji dogorywającego tygodnika, do tych wszystkich innych zaprzyjaźnionych stacji, gazet i czasopism, to chciałbym do szanownych Państwa zaapelować. Skoro jest, jak piszecie to zróbcie coś! Zamiast wkładać taki wysiłek w to, by faktycznie nie dać społeczeństwu alternatywy innej niż ta piekielna, sygnalizowana trochę wyżej, zacznijcie się państwo zachowywać jak normalne media. Nie jak jakiś nowy RSW „Prasa, Książka, Ruch” do spóły z Radiokomitetem. Bo jak się, nie daj Bóg, zacznie ta alternatywa piekielna to jak myślicie, gdzie będziecie? Ja tam jeszcze mogę mieć nadzieję, ze co najwyżej przypadkiem mogę dostać raz czy dwa po ryju i pójdę spokojnie nucą sobie słowa Grabaża „wisi mi kto wisi na latarni, a kto o nią się opiera” ale wam, Państwo szanowni, raczej takie jak to moje wiszenie nie zagraża. Jeśli już to nieco inne. Bo tak to jest z tą bezalternatywnością gdy się ją wspiera myślą, mową uczynkiem i zaniedbaniem

poniedziałek, 20 września 2010

Państwo (o wiarołomnych ogrodnikach)

Państwo to twór kulawy i koncepcja nieszczęsna. Jego kalectwo najbardziej widać gdy ten i ów zawraca się do tych czy owych ze słowami „wolą państwa jest…” a ono nie może w tym momencie przemówić i wyjaśnić, co tak naprawdę jest jego wolą i co ten czy ów ze swoją wolą ubieraną w jego autorytet może sobie zrobić. Dokładniej zaś gdzie może ją sobie wsadzić. Oczywiście tak było od zarania wszelkich państwowości bo państwo wymyślono na kształt pałkarza, który miał trzymać za mordę rozłażącą się i nazbyt rozzuchwalona hołotę co miała słuchać i robić to co ten i ów… Ups! Co państwo mu kazało.

W końcu jeden mądry przyznał „państwo to ja” i wszystko było jasne. Oczywiście do czasu bo później, jak człowiek się zrobił bardzie światły okazało się, że nie „ja” tylko „my”. I tak już zostało. I teraz różni „my”… Ale dość tej historii.
Do czego zmierzał ten wstęp? Jak wszystko, co gdzieś zmierza, zmierzał do końca. A końcem miała być konkluzja, że Państwo w zasadzie to wielkie nic. Taka bańka w środku pusta, czekająca by ją wypełnić jakąś treścią. Czasem wypełnia się ją a jeszcze częściej zostawia się te bańkę by robiła wrażenie tym, że jest i że ją widać już na pierwszy rzut oka choć nic jej w środek nie włożono.

Rozważania o państwie, choć wydawać by się mogło, że bezsensowne , skoro bywa i tak, że nie jest ono wypełnione żadną treścią, mają sens. Choćby dlatego, że w dyskusji o bytach zbiorowych i ich woli już dawno akcent przesunął się z Narodu na Państwo. Z jakości, która treść ma zawsze, czasem nawet o nią nieproszona na tę, która jest pusta i przez to możliwa do wypełniania od razu i czym się tylko zechce.

Zdecydowanie wygodniejszej. Tak więc jeśli się chce o czymś dyskutować na poziome trwania i w tym trwaniu moszczenia sobie (a często wręcz wykopywania sobie na tych, co też nie szczędzą obcasów) właściwego miejsca z dobrymi widokami to trzeba mówić o Państwie. O Narodzie nikt gadać nie chce…

A z tym państwem to jest tak, że choć naw rośnie i rozkwita przynajmniej wszędzie tam gdzie zwykło się mówić o rozwoju i rozkwicie, to jakoś nie cieszy ten rozwój i rozkwit tych, co pod nie mniej lub bardziej właściwy nawóz sypią. I o to mi chodzi. Bo jak ogrodnik ma gdzieś oddany sobie ogród znaczy to, że ogród musi zmarnieć. I nie pomogą tu żadne płacze i modły (to z Osieckiej…).

Zdawać by się mogło, że naturalna ścieżka kariery, w tym i kariery polityka powinna przebiegać tak: najpierw człowiek stara się być jak najlepszy na tym najniższym dostępnym sobie szczeblu i równocześnie poukładać sobie jak należy sprawy osobiste. Czyli dom zbudować, drzewo posadzić i takie tam a obok tego najlepiej robić to, co na samym dole akurat robić trzeba. Później, jak już w tym i w tym się sprawdzi, daje mu się jakieś mocno lokalne, ale odpowiedzialne funkcje i zadania. Gdzieś po drodze pozwolić mu wypada powójtować, burmistrzyć czy prezydencić jakiej gminie czy mieścinie. I tak stopień po stopniu aż na sam koniec (z tym „koniec” podkreślonym bardzo mocno) powołuje się go by służył Państwu jako poseł, senator, minister. I to powinno być ukoronowaniem politycznej drogi. By było wiadomo, że nie przypadkiem i jakimś celu ja, mój dom, moja ulica, moje miasto są kawałkami czegoś, co nazywa się Państwem. Wydaje się, przynajmniej mi, że tak właśnie być powinno i że jest to oczywiste.

Ale nie jest tak.

Od czasu jak nasz polityczny horyzont opanowało widmo wyborów municypalnych widać, że jest zdecydowanie inaczej. Jakoś tak na tyle pokracznie, że nie poważę się opisać tego żadnym schematem. Oto na przykład facet, którego to jego partia (co ważne partia, która niemal bez żadnych ograniczeń trzyma państwo w swych rękach) postawiła w roli broniącego jej honoru wobec bardzo brzydkich zarzutów, i którego w roli tego anioła stróża tej partii, co trzyma państwo bez ograniczeń, pokazywały przez ponad rok wszystkie telewizje, publiczne i zaprzyjaźnione i przez które nazwisko faceta zna cała Polska od przedszkolaka, przez żigolaka do prawie umarlaka, ten facet koronuje swoją niewątpliwą karierę w sposób dla mnie nielogiczny. Bo jakby nie było gość, którego kojarzy niemal każdy w 40 milionowym narodzie, karierę zrobił. Jak ktoś ma wątpliwości to zapraszam, niech staje się rozpoznawalnym. Ale wróćmy do faceta. Oto ten facet te swoje piętnaście minut sławy postanawia przekuć w… prezydenturę. Nie! Nie w prezydenturę Rzeczypospolitej! W prezydenturę Zabrza. Kto nie mieszka a tylko był w Zabrzu na chwilę ten wie skąd to moje zdumienie. Nie ujmuję nic (przynajmniej się staram) temu nieznanemu mi miastu co ma jeden peron ale za to nie ma choćby jednej skrytki na bagaż, co wygląda jakby miało piętnaście tysięcy mieszkańców i położone było na peryferii Mazowsza (nie ujmując nic i Mazowszu…) ale za to ma piękny Pałac Muzyki i Tańca. Jak jaka Warszawa prawie. Tak z perspektywy mnie, przybysza na kilka godzin, wygląda owo „coś”, co jest marzeniem faceta, który zaistniał właśnie na niwie ogólnokrajowej, osiągalnym tylko dlatego, że zaistniał na niwie ogólnokrajowej. No chyba że ta muzyka i taniec tak go pociągają…

I nie jest to jedyny przypadek. Szykuje się nam desant cały tych, którzy uznali, że skoro już się w pracy dla państwa tak świetnie sprawili i sprawdzili to teraz czas by te swoje sprawdzone kompetencje chcą łaskawie oddać a to Skierniewicom a to Radomiowi. Wczoraj usłyszałem jedną panią, która już ta drogą poszła i teraz twierdzi, że ona chętnie by porządziła Księstwem Warszawskim ale rządzi tym, co ma. I w tym pewnie sęk i cała odpowiedź na te dziwną i z pozoru nonsensowną woltę pana, co go zna 40 milionów Polaków. Tu, gdzie teraz on jest, jest po to by służyć a tam będzie rządził tym, co będzie miał. „rządził” i „miał”.

Tak się zakręciliśmy w tym naszym „ludowładztwie” że prawdziwa władza jest teraz w Rykach, Koluszkach i innych Myszykiszkach. Tak przynajmniej dają do zrozumienia nasi wybrańcy do „organów przedstawicielskich”. Widać więc że i te „organy” i „przedstawiciele” to po prostu iluzja. Na która my ciągle się nabieramy a która wreszcie zauważyli „przedstawiciele”. I choć tyle dobrego, że wykazali się inteligencją i byli w stanie to i owo zauważyć i pojąć.

No a co z państwem? Ono oczywiście jest. I będzie. Jest jak taki sznurek co podtrzymuje grubasowi spodnie i na tym cała rola w życiu grubasa się ogranicza. Ale jest i tego grubasa jednak uwiera i co więcej bez niego grubas nie istnieje. Przynajmniej w sensie społecznym.

Co z państwem…? Ono jest. Choć czasem, jak pojedzie na urlop do jakiej Grecji to w zasadzie nie wiadomo czy jest. A jeśli jednak jest to czy tu czy w tej Grecji? Nie tak dawno nagle nam państwo, co było jedno (a przynajmniej ja tak sądziłem) wypączkowało triumwirat. I teraz potrafi być w kilku miejscach jednocześnie. Czasem i tak potrafi, że w jednym miejscu jest bardziej niż w drugim. Większością kwalifikowaną dwóch trzecich.

I daje sobie świetnie radę. Przynajmniej tak mówi. I kiedyś pewnie bym się zastanawiał czy ma rację czy nie. Teraz raczej zastanawiam się czy daje rade tak jak Zabrze czy nieco mniej.

niedziela, 19 września 2010

Świętość przestrzeni publicznej- Krakowskie Przedmieście 60a

Nie będzie to tekst o pryncypiach, o generaliach ale o pewnym istotnym szczególe. Mającym w sprawie pełnej kwestii pryncypialnych i generalnych znaczenie w zasadzie techniczne. Ale na tyle w swej technicznej istocie materialnym, że trudno go nie wspomnieć i z niego nie wywieść kilku pytań. I o mojej spostrzegawczości a nawet upodobaniach estetycznych. O tym ostatnim tylko o tyle, że czasem przez nią różne ciekawe rzeczy wpadają mi w oczy. Czasem i takie, które w danym momencie nie bardzo pasują do rzeczywistości. Przynajmniej tej, która byłaby wygodna dla tych, którzy mają złudzenie, że w pełni nad rzeczywistością panują i wedle swojej woli mogą ją kształtować. Jakby była ona jakąś masą plastyczną, którą wystarczy wymiętosić i wygląda ona tak, jak by się chciało.

W sprawie, o której chcę napisać zbiegają się, zupełnie przypadkiem, dwie sprawy. Jedna ogólnopaństwowa, taka, w którą angażuje się cala masa pierwszoplanowych polityków i druga, w której zaangażowałem się ja i grupka osób porwanych przez intuicję.

Pierwsza z tych spraw, budząca masę emocji nie tylko wśród ważnych polityków ale i zwykłych obywateli, to sprawa upamiętnienia monumentem ofiar katastrofy smoleńskiej a ściślej jego lokalizacji. Problem z lokalizacją dotyczy głownie tego, że cześć osób domagających się wystawienia pomnika za najlepsze miejsce uznają tę część Krakowskiego Przedmieścia, która w czasie kwietniowych dni stała się miejscem pielgrzymek tych obywateli, którzy chcieli uczcić pamięć ofiar.

W odpowiedzi słyszą argument, z pozoru mocny i zrozumiały, o nienaruszalności historycznej substancji tej części miasta, będącej, jak się chętnie podkreśla, częścią zasobu umieszczonego na liście wiwatowego dziedzictwa UNESCO. Substancji, która zostałaby czy to zdewastowana czy też może zbezczeszczona przez hipotetyczny monument o którego artystycznych walorach na tę chwilę nie da się nic (NIC!) powiedzieć.

Przyjmijmy, że faktycznie umieszczanie w tej części miasta elementów, które nie stanowią części wspomnianej historycznej substancji jest niedopuszczalne. Że ma ono na zawsze pozostać w takiej postaci, w jakiej zachowało się od wieków. Przyznam, ze biorąc pod uwagę losy tej części Warszawy trudno mi było powstrzymać ironiczny uśmieszek przy pisaniu poprzedniego zdania.

W każdym razie właśnie usłyszałem opinię pani Hanny Gronkiewicz Waltz, która argument o nienaruszalności powtórzyła odbijając argument w postaci pomnika kardynała Wyszyńskiego ustawionego na Krakowskim Przedmieściu na tyle dawno, że od tego czasu można by przyjąć, że status quo jest faktem. I to ona, ta opinia, spowodowała u mnie, choć wydać się to może dziwne, taki mentalny powrót do dnia 10 września tego roku gdy wybrałem się do stolicy na znakomitą imprezę wymyśloną i zorganizowaną przez intuicję. Tu właśnie wielka polityka przypadkiem skrzyżowała się ze ścieżką małego rosemanna. Bardzo istotnym w tej mojej małej historii, włażącej w drogę dziejącej się historii wielkiej, jest to, ze jestem osobą nie lubiącą zbytnio narzucać swojej obecności. Przez to wspomnianego 10 września straciłem okazję by poznać osobiście wielu zacnych publicystów piszących Salonie. Zdecydowałem, że zaznaczę swą obecność tylko swoją obecnością. Zamiast więc od razu dosiąść się do towarzystwa zebranego w „Telimenie” przeszedłem się Krakowskim Przedmieściem aż ku staromiejskiemu Rynkowi. Poszedłbym pewnie i na Rynek Nowego Miasta bo to miejsce w warszawie najbardziej mi się podoba i najlepiej mi się kojarzy. Ale to już temat na inną opowieść. W każdym razie idąc Krakowskim Przedmieściem rozglądałem się, trochę by zobaczyć jak wielki odzew wywołał pomysł intuicji a trochę dlatego, że z reguły rozglądam się. Z różnym skutkiem.

Tym razem moją uwagę przykuł obiektywnie całkiem gustowny ale dość dziwnie wyglądający akurat w swojej lokalizacji obiekt. Położony w najbardziej reprezentacyjnej części „historycznej substancji” pod adresem Krakowskie Przedmieście 60a. Mający z tym historycznym miejscem tyle wspólnego, że pisze jego historię dopiero od kilku lat. Ale za to z dużym rozmachem, co sam zauważyłem obserwując nagrywanie w jako gościnnym otoczeniu przez TVN programu pana Marcina Mellera z udziałem „mistrzów”. Wtedy, przez taką sobie uwagę, zidentyfikowałem z „mistrzów” tylko pana Sawkę. Ale pan Meller, pan Sawka i TVN (choć tu akurat może ostrożniej bo ta obecność wymagała jakiejś świadomości miejsca, która powinna przecież powrócić w dyskusjach o „nienaruszalności substancji”) w tym przypadku dla sprawy mają znaczenie mocno marginalne. Przytłacza ich wielkość tamto, na pierwszy rzut oka dyskretnie maskujące się i nie rzucające się w oczy otoczenie które ich gościło. Na tyle nie rzucające się, że mimo wielu spacerów Traktem Królewskim dopiero teraz, we wrześniu je zauważyłem. Mówię o obiekcie funkcjonującym pod nazwą „Skwer Cafe”. Obiekt, który swą architektoniczną koncepcją może i wpasowuje się w przestrzeń ale któremu w żaden sposób nie da się przypisać żadnego nawiązania do historycznej substancji tego miejsca. Jest to architektura modernistyczna, która dokładnie tak samo pasuje do tego miejsca jak do każdego innego na świecie. Fakt, że nie rujnuje ona, a chyba tak jest skoro to powstało i później nie zostało zburzone by „substancja” pozostała nienaruszona, historycznego, chronionego przez UNESCO, charakteru tej części Warszawy każe mi podejrzewać, że troska pani Waltz, warszawskiego konserwatora i wszystkich powtarzających argument o „zamkniętym” charakterze” Krakowskiego Przedmieścia jest troską nieszczerą. Bo jaki by nie był ewentualny monument poświęcony ofiarom to w żadnym wypadku nie może być w tym miejscu intruzem większym niż ten obiekt działający pod numerem 60a.

Kiedyś napisałem, że głowiną przyczyną całego zamieszania wokół pamięci, krzyża i katastrofy jest przede wszystkim to, że politycy, w tej sprawie mający moc podejmowania decyzji, działają niekonsekwentnie a często nielogicznie. Przypominałem kwestię dziwnego statusu krzyża, który przy niezmiennym stanie prawnym stał na Krakowskim Przedmieściu do pewnego momentu „legalnie” (skoro nikt jego legalności nie podważał ani słowem ani działaniem) by nagle, już po wygranych wyborach „legalnym” przestać być. W sprawie „nienaruszalności substancji historycznej” rzecz wydaje się mieć podobnie. Oto pani Prezydent tak konsekwentnie z tym hipotetycznym ciągle „źdźbłem” walczy nie dostrzegając tak imponującej „belki” w tym samym miejscu. Belki oddanej do użytku już za jej kadencji na obecnym stanowisku w grudniu 2008 roku.

http://bi.gazeta.pl/im/9/6031/z6031809X,Skwer-na-Krakowskim-Przedmiesciu.jpg



Tu więcej zdjęć obiektu: http://bryla.gazetadom.pl/bryla/1,85301,6038843.html

piątek, 17 września 2010

„A wy mówicie…” – list do purpuratów.

Nauczono mnie kiedyś, gdy jako dziecko, najbardziej otwarty byłem na to by chłonąć wszystko, co w przyszłości miałoby być dla mnie drogowskazem, że dobry pasterz gotów jest porzucić stado tylko po to, by po skałach, przez ciernie iść szukając zagubionej owcy by ją stadu przywrócić. Tak napisano, tak słyszałem i w to uwierzyłem.

Wytłumaczono mi wtedy też, że to nie jest zwykły kawałek drzewa gdy patrzyłem (i pytałem czemu), jak z nabożeństwem spalono stary, będący w istocie już tylko próchnem krzyż przydrożny i jak wyzbierano dokładnie popiół z niego by wrzucić w fundament nowego stawianego w jego miejsce.

Pokazano mi kiedyś, gdy byłem w tym wieku, gdy naturalnym jest nie mieć żadnego autorytetu poza sobą, co znaczy prawdziwa odwaga. Było to wtedy gdy w głowie miałem odpowiedź na wszystko a obok niej brakło miejsca dla Boga, gdy wokół mnie byli niemal sami tak samo pewni wszystkiego jak ja. I tego, że wszystko można jakoś wyjaśnić. W wielkiej sali akademickiej stołówki, pełnej niemal wyłącznie ówczesnych agnostyków, ateistów a i zapewne przyszłych Dawkinsów jakichś, zobaczyłem chłopaka, który nie zważając na wywołane przez siebie i to swoje zachowanie uśmieszki i chichoty uczynił znak krzyża zanim zaczął jeść. I po tym już łatwiej mi było pojąć tamto wystawianie się na razy i tamtą gotowość na śmierć prawdziwych kapłanów z czasów tamtego systemu.

Powiedziano mi też, bym modlił się zawsze i wszędzie tam, gdzie najdzie mnie tak myśl i taka potrzeba. I posłuszny tej nauce często, idąc ulicą polecam bożej opiece żywych i zmarłych. I nie mam poczucia wstydu czyniąc na ulicy znak krzyża gdy mija mnie kapłan idący z wiatykiem do chorych.

Powiedzieli mi też najbliżsi, wiedząc jakie czasy idą i jacy z nimi przyjdą ludzie, bym starał się postępować zawsze tak, jak należy, jak powinien zachowywać się przyzwoity człowiek. Nie oglądając się na to, czy mi się to opłacić, czy zyskam na tym czy stracę, czy będą mnie chwalić czy wyśmiewać. Jeszcze dali mi krzyżyk mówiąc bym nigdy go nie zdejmował. I powiedzieli też, że „In hoc signo” droga prowadzi wprost do Niego.

Często słyszałem w świątyni, jak kapłan mówił, że słabych nie wolno zostawiać samych, że być przy nich i z nimi jest naszym obowiązkiem. Ze naszą powinnością jest nieść im pomoc gdy jej potrzebują. Nas wszystkich bez względu na imię, dumne tytuły i kolory sukni, w które się odziewamy.

A Wy mówicie dzisiaj ze złością o „niewielkiej grupce” co ośmiela się mówić do waszej dumy, co dawno już zastąpiła nakazaną wam pokorę, per „księżyna” i w głowie wam nie postanie ze tam do tych „zagubionych owiec” jest tak blisko i po drodze żadnych skał ani cierni. I nie widziałem was tam, nie ruszacie się choć do tych owiec nie macie daleko. Choć i tam jest wasze miejsce tak samo jak na ambonie, z której tak łatwo wam mówić co wypada a czego nie.

I mówicie o o jakichś rachunkach, dodawania, odejmowaniach i dzieleniach, w które wypada lub nie wstawiać znak krzyża nie zważając i na to, że dla jednych z krzyżem sprawa jest prostsza i oczywistsza niż jakieś szarady i skomplikowane matematyczne algorytmy a dla drugich wasze słowa znaczą tyle co i ten krzyż, czyli nic. A ja ze zdumieniem patrzę jak bardzo widzicie tych drugich i jak mało tych pierwszych choć wedle mnie powinno być odwrotnie.

Mówicie i to, że w tym czy tamtym miejscu modlić się nie wypada choć zaraz z dziwnym zdumieniem patrzycie, że, zgodnie przecież z tamtym waszym zdaniem i przekonaniem, ten i ów daje sobie prawo by modlitwę z różnych miejsc wyrzucać.
I mówicie też, że dobrze się stało, gdy krzyż zabrano i schowano tak, jak zabierano i chowano kiedyś. A ja zastanawiam się co powiecie, jak mi z szyi zerwą ten mój, dany przez rodziców.

I zamknąć chcecie usta tym, co wbrew waszej purpurze, widzą i nazywają rzeczy wedle zasady, by mówić TAK, TAK, NIE, NIE, nie podzielając waszej „mądrości” przejawiającej się w tchórzliwym milczeniu.

Więc gdy was słucham, myślę, co byłoby, gdyby takich nauczyciel, jak Wy, i mieli ci, co byli na początku. I przychodzi mi do głowy, że przy was Szymon- Piotr dumny byłby ze swego rozsądku po tym jak trzykroć się zaparł a Paweł na zawsze pozostałby Szawłem.

[Pisane w odpowiedzi na publiczne wypowiedzi biskupów w wiadomej sprawie.]

czwartek, 16 września 2010

Wynurzenia damskiego boksera czyli Tusk- łaskawca

Inni pewnie napiszą o tym lepiej ode mnie ale trudno nie zabrać głosu, gdy właśnie odkryto kolejne działanie obecnej ekipy „nacechowane bardzo głębokim poczuciem godności”*. To cytat szefa tej ekipy wyposażonej w specyficzne, choć może i głębokie, poczucie godności. Słowa te pan Premier, bo o nim mowa, wypowiedział pytany o sprawę smoleńską. I o działania (przez niektórych nazywane zaniechaniami) jakie podjęto (czy się ich dopuszczono) by śledztwo dobiło do końca. Kiedy próbuje sobie przypomnieć cóż takiego NACECHOWANEGO GŁĘBOKIM POCZUCIEM GODNOŚCI ma na swoim koncie ten pełen pychy gość i jego „godna inaczej” ekipa nieodmiennie do głowy przychodzi mi pamiętny występ „poligloty” Grasia przepraszającego ruskich za ten portfel zwinięty szczątkom. I dokładnie taka jest cała ta godność pana Tuska. Godność damskiego boksera opowiadającego tu i ówdzie o sowim znakomitym „prawym prostym” ale pomijającego ten istotny szczegół, że ma odwagę tej swojej „zabójczej broni” używać tylko w stosunku do tych, którzy niczym choćby zbliżonym nie dysponują.

Głównym motywem wynurzeń naszego „capo di tutti capi” (to określenie wstawiłem świadomie i jak mi się wydaje, dość celnie) jest stwierdzenie, że „stać go na to by nie oddawać”. Mówiąc dosadnie pan Premier wyjaśnia, że nie musi glanować Kaczyńskiego gdy ten mówi to czy inne nieprzychylne słowo pod adresem pana Premiera i jego podręcznych. Trudno mi się z Tuskiem nie zgodzić. On nie musi oddawać. Robią to za niego chętnie i stadnie różni tacy z „zaprzyjaźnionych stacji” oraz gazet i czasopism. Nie musi tak samo jak nie musi taki ważny bandzior, który od oddawania ma specjalną ekipę chłopaków.

Kiedy słucham o pokątnym „załatwieniu” sprawy krzyża to w pogardzie mam ten brak odwagi gościa, który z każdym otwarciem ust próbuje mnie, Polskę i świat przekonać, że jest kimś wyjątkowym. Takim macho polityki potrafiącym wszystko (i wszystkich) w mig załatwić. Owszem, jest. Jest wyjątkowym, ale tchórzem nie potrafiącym choćby ze śladową odwagą stanąć przeciw problemom czy przeciw ludziom. Robią to zawsze za niego jakieś „chłopaki”. Często nieznane i anonimowe. Jak ten, co wydzwaniał do krakowskiej kurii w sprawie pochówku, jak ci, co się tak sprawnie dzisiaj uwinęli. A może by nam pan Premier m jednak zdradził te nazwiska wspomnianych zaradnych? Wiedzielibyśmy przynajmniej kto w tej pokracznej ekipie lepiej lub gorzej ale coś tam potrafi zrobić. To by było też takie potencjalne nazwisko „nowej nadziei PO” . A i panu Donaldowi by się ona przydała jak go znów ręka zaświerzbi by jakiemuś swemu kolejnemu „trumvirowi” kosę znienacka wsadzić w plecy. Swoim starym zwyczajem. Żeby z wprawy nie wyjść.

Trudno też szanować inteligencję szanownego pana Premiera co to przy jej wlewaniu sam Bóg miał się ponoć szczególnie przyłożyć. Gdy czytam jak mówi „wydaje się, że opinie, które rząd polski prezentuje ws. Smoleńska, są kategoryczne i zdecydowane i przynoszą efekty, o jakie nam chodzi” to mam nieodparte wrażenie, że faktycznie jemu i jego rządowi o cos tam chodzi ale na pewno nie o to co jest w interesie państwa i społeczeństwa. Mam natomiast wątpliwość co do dalszych słów, wedle których to wszystko służyć ma „możliwie szybkiemu wyjaśnieniu przyczyn katastrofy”. Kiedy zestawie to tuskowe „kategoryczne i zdecydowane i przynoszą efekty” z gnijącym na betonie smoleńskiego lotniska truchłem będącym rozsypującą się pozostałością po naszym (NASZYM tchórzu!!!!!) wojskowym samolocie, z ekipą wysyłanych i nie mogących być ostatecznie wysłanymi archeologów, z ciągłym i ciągle ignorowanym żebraniem u ruskich o dokumenty to mam ochotę zapytać tego „dotkniętego przez Boga” gościa czy on w ogóle wie co znaczy słowo „kategorycznie” i słowo „zdecydowanie”. O efekty pytał nie będę bo nie mam złudzeń, że rozumiemy je podobnie.

Może sobie pan Tusk, do tej pustej gadki o godności dodawać i coś takiego: „Nikt mnie nie namówi, żeby działania wokół katastrofy zamieniły się w ring, pojedynek, kto komu dołoży. Jarosław Kaczyński chce awantury, ja nie, on będzie robił wszystko, żeby ona trwała, ja, żeby wygasała”. I tu się zgodzę, że nikt pana Tuska na ring nie będzie w stanie zaciągnąć. Na ringu, na oczach widzów trzeba przestrzegać jakichś zasad. Wiadomo jednak, a dzieje wszelkich PO-wskich „tenorów” i „trumvirów” są dowodem najlepszym, że „przestrzeganie zasad” w walce nie jest tym, co pan Tusk lubi najbardziej. Więc żaden tam ring. Raczej kopniak w krocze, cios w tył głowy i z kolana w zęby. Byle skutecznie. W ringu dostać może każdy. Metoda tuskowa gwarantuje, że okładana będzie tylko jedna strona. I, co już wspomniane, zrobią to za niego jakieś „chłopaki”

To drugie zdanie, mające w zamierzeniu pokazać pana Tuska w roli dobrotliwego, unikającego konfrontacji baranka, całkiem opacznie świadczy przeciw niemu. Choć zrozumienie tego jest dla pana Tuska zapewne zbyt wielkim wysiłkiem. Myślę, że nawet najbardziej zapamiętały admirator tego chodzącego nieporozumienia musi przyznać, że wraz z nastaniem jego czasów rozpoczęło się w Polsce pasmo konfliktów, jakich trudno by w reszcie dwudziestolecia wcześniej szukać. Wniosek z tego taki, że to robienie wszystkiego żeby wygasła [awantura] jakoś nie za specjalnie Tuskowi wychodzi. Bo albo z niego kłamczuszek, który tylko mówi ale z premedytacją nic nie robi albo taki polityczny impotencik, którzy może i robi „wszystko” i ze wszystkich sił tylko że to jego wszystko to w istocie całe nic. Bo zwyczajnie przerasta to jego możliwości.

I owo „całe nic” to na dobrą sprawę świetna puenta dla tego tekstu. Bo „całe nic” to chyba po prostu prawdziwe imię gościa znanego bardziej powszechnie jako Prezes Rady Ministrów Rzeczpospolitej Polskiej Donald Tusk. Jak łatwo opisać nic tak imponującym ciągiem znaków…

* Inspiracja i cytaty: http://www.tvn24.pl/-1,1673736,0,1,tusk-stac-mnie-na-to--zeby-nie-oddawac,wiadomosc.html