środa, 11 sierpnia 2010

Lokalizacja- opowieść warszawska (smoleński pomnik)

Od razu zaznaczam, że nie jest to tekst konkursowy (chodzi o konkurs ogłoszony przez Igora Janke w Salonie24). Choć przyznam, że pomysł na niego przyszedł mi do głowy gdy to, o czym będzie, zdało mi się świetnym materiałem, by taki tekst na konkurs o Warszawie napisać. Tyle, że ja akurat nie byłbym w stanie bo miasto znam za mało. A potrzeba by kogoś, kto zna je w sposób nie tylko dobry ale i specyficzny. Kogoś, kto zna te wszystkie miejsca, które w Warszawie uchodzą za podłe albo niebezpieczne. Słowem takie, których z własnej woli nikt raczej nie chciałby odwiedzać. Wycieczka po nich byłaby ekscytująca nie tylko dlatego, że gwarantowałyby wpompowanie do krwiobiegu sporej dawki adrenaliny. Pozwoliłaby tez poznać najbardziej odpowiednie lokalizacje dla pomnika smoleńskiej katastrofy. Odpowiednie oczywiście dla bardzo specyficznej grupy ludzi.

To ci, o których subtelnej naturze napisałem nie dawno osobny tekst. Ci, u których stwierdzam pewien element wilczej natury. Ten, który nie pozwala puścić jak już coś uchwycą zębami. Im bardzie mówią oni o „fanatykach od krzyża” tym bardzie mówią o sobie. O tym, co w ich głowach i duszach siedzi. O ile mają dusze…
Pomysł tematu (choć jeszcze wtedy tak naprawdę nie wiedziałem czy cokolwiek o tym napisze bo sprawa zdarzeń wokół krzyża z Krakowskiego Przedmieścia na tyle mnie przygnębia, że w ogóle mi się odechciewa pisać) podsunął mi nieświadomie pan Szostkiewicz z „Polityki” który wczoraj, w TVN24 twórczo rozwinął płynące już nie tylko z Kancelarii Prezydenckiej ale i z ust samego gospodarza Pałacu zapowiedzi, że oczywiście upamiętnić trzeba i upamiętnienie naturalnie będzie. Pan Szostkiewicz z miejsca wypowiedział się za tym, by to upamiętnienie nie było w formie pomnika. Nie wiem czemu akurat nie tak. Nie bardzo chciało mi się słuchać bo miałem pilna i czasochłonną robotę a i do takiego gadania określony stosunek jednak od razu odebrałem sygnał, że szczęki, zaciśnięte wtedy, gdy upubliczniono wawelski pochówek, nie puściły ani na milimetr. Oczywiście uścisk, jak wspomniana już kiedyś przeze mnie nienawiść i wszystko inne chyba u tego gatunku ludzi, jest bardzo subtelny. Do sposobów „niepomnikowego” uczczenia wrócę jeszcze pod koniec bo o wiele ciekawiej swój szczękościsk zaprezentował w dzisiejszej „Rzeczpospolitej” Jan Hartman. On, dla odmiany tak radykalny jak Szostkiewicz nie jest, przynajmniej w publicznej wypowiedzi.

Hartman zgadza się, że ofiary trzeba, jak się wyraził „jakoś” upamiętnić. „Jakoś” to stwierdzenie mało konkretne choć Hartman akurat pomnika, na dodatek „okazałego artystycznie” nie wyklucza. Konkretny jest za to w sprawie lokalizacji choć tak po prawdzie konkretny nieco na opak. Nie wskazuje (choć sugeruje), gdzie pomnik miałby stanąć lecz wyjaśnia, gdzie stanąć nie powinien. Pisze pan Hartman tak:

„Ważne jest jednak, aby taki monument nie stanął przed Pałacem Prezydenckim. Tam bowiem nabrałby znaczenia politycznego. Takie usytuowanie pomnika oznaczałoby, że w demokratycznym kraju instytucja władzy centralnej, a taką jest Pałac Prezydencki, w sposób symboliczny w swoim otoczeniu daje przewagę jednej partii politycznej i jednemu prezydentowi.” I jeszcze, że „Nie możemy na to pozwolić choćby z tego względu, że narusza to równowagę demokratycznego państwa prawa”*

W pierwszej chwili po przeczytaniu tego wywodu zastanawiałem się jak sprawić, by takich dylematów panu Hartmanowi oszczędzić. Przyszło mi do głowy, że aby tę naruszona równowagę jakoś do pionu przywrócić trzeba by przede wszystkim w ostatnich wyborach jednak na Prezydenta wybrać Jerzego Szmajdzińskiego. W ten sposób wspomniana przez Hartmana „przewaga jednego prezydenta” z miejsca zostałaby zniwelowana. Ponadto część zdecydowanie w katastrofie smoleńskiej nadreprezentowanych ofiar związanych z PiS-em należałoby pośmiertnie z tejże partii wywalić i przyjąć proporcjonalnie do PO i SLD. No i ludowcom też , że się kolokwialnie wyrażę, coś odpalić. Można by tez na przyszłość przyjąć jakiś zapis ustawowy a może i konstytucyjny, który nakazywałby każdej prezydenckiej wyprawie, mającej zamiar ulec katastrofie, przyjęcie takiej organizacji, by aktualnemu Prezydentowi koniecznie towarzyszył jakiś były, reprezentujący opcję odmienną a w składzie delegacji musiałyby być zachowane wszelkie możliwe parytety.

No i oczywiście lokalizacja pomnika. Na początku zaproponowałem, by postawić go gdzieś, gdzie pies z kulawą nogą się nie pofatyguje. Bo daleko albo bo strach… I jeszcze jedno. Nie pamiętam kto sugerował by nie było żadnych nazwisk. Pewnie te ze Smoleńska jakoś źle by się prezentowały. Sugeruję więc na monumencie umieszczenie takich nazwisk jak Olbrychski, Polański, Bartoszewski, Janda, Kora z Sipowiczem i jeszcze kilku, których wstydzić się nie będziemy przed światem.

Wracając zaś do pana Szostkiewicza i jego dylematu to najpewniej dałoby się „uczczeni” załatwić jakimś bankietem dla śmietanki towarzyskiej albo jeszcze lepiej meczem politycy- gwiazdy ekranu. Choć mógłby być kłopot z odróżnieniem kto z której drużyny.

A na koniec poważna refleksja, która za cholerę nie może jakoś przebić się do głów takich ludzi jak Hartman i Szostkiewicz. Prosta, bo oparta nie na jakichś skomplikowanych umysłowych kombinacjach lecz na zwykłej obserwacji i wnioskach z niej. To umieją nawet niezbyt rozwinięte organizmy. Polegająca tylko na tym, żeby pan Hartman i pan Szostkiewicz sami sobie odpowiedzieli czemu 10 kwietnia i w następne dni, mimo, iż nikt nie zapraszał, nie sugerował, ani, że ci, którzy powinni słowem w tej sprawie się nie odezwali, ludzie z całej Polski ciągnęli akurat na Krakowskie Przedmieście, pod Pałac Prezydencki. Czemu ja, będąc wtedy, 11 kwietnia w Warszawie przejazdem i mając na to, by się nad ofiarami pochylić, tylko kilka chwil, nie zastanawiałem się, gdzie to zrobić najwłaściwiej.

Powinni też próbować zgadnąć (a wcale to nie trudne) gdzie będą przychodzić przy kolejnych okazjach ludzie, gdy będzie wypadało po raz kolejny wspomnieć ofiary 10 kwietnia 2010 r. Bez względu na to czy pozwolą ustawić pomnik na Placu Zbawiciela, na wylotówce na Kalwarię czy też w Łomiankach. Bez względu na to.

I bez względu na ten ich ciągły szczękościsk.

* http://www.rp.pl/artykul/520767_Hartman__Rowni_wobec_smierci.html

wtorek, 10 sierpnia 2010

Już chyba zacząłem sądzić, że Premier Donald Tusk to taka postać wymyślona. Jak jaki Batman i Jocker w jednym. No bo tu Polska się wali, za jednym razem w przenośni i rzeczywistości a on nic. I nagle masz. Okazało się, że jest, że jednak naprawdę istnieje.

Gdyby tylko to. Pokazał się wyluzowany, uśmiechnięty. Jak nic zaraz wsiądzie i pojedzie czarować tym uśmiechem Bogatynię by im tam było jeśli nie lepiej to przynajmniej weselej.

A skoro już przy „weselej” jesteśmy to nikt chyba nie ma wątpliwości co stoi za tym nagłym, zakrawającym na cud nieomal zmaterializowaniem się Premiera w ludzkiej postaci. Jasnym jest, że to swoje ponowne przyjście na ziemię zawdzięcza pan Tusk temu młodziakowi z wczoraj. Jakoś tak Taboret, Trotuar, coś w tym klimacie. W każdym razie młodziak musiał wczoraj niezłą uciechę sprawić Premierowi, gdzieżby ten do wczoraj był. Pewnie teraz młodziak może liczyć, że tam o nim nie zapomną gdy na lata zapewnią nam wieczną szczęśliwość pod swoimi rządami. Tak więc chachać się musiał wczoraj pan Tusk i przy tym uznać, że już nie trzeba się chować i czuć jak w oblężeniu. Dotąd nie miał wyjścia bo te kilka staruszek tak groźnie się prezentowało. W każdym razie Krakowskie Przedmieście od wczoraj jest odzyskane więc dzisiaj Premier mógł się wreszcie wyłonić i zrelaksowany wreszcie zabrać głos. A jak już zabrał to z miejsca było jasne, że klimat „zdobywców krzyża” bez dwóch zdań przypadł mu do gustu. W końcu jaki gust taki klimat…

Rzekł więc pan Premier, że w sprawie krzyża „Wczoraj obserwowałem te zdarzenia i nie widzę powodu, żeby stwierdzić, że dzieją się tam rzeczy straszliwe”. Dodał też „W tej sytuacji proponuję maksimum zdrowego rozsądku, odrobinę poczucia humoru i dystansu do samych siebie”*. Jednym słowem chłopaki od krzyża z puszek i bez wątpienia tego maksymalnego dystansu to właśnie to, co Premier lubi najbardziej.

Czytając to, co o gościach z „dystansem” i „poczuciem humoru” przychodzących na Krakowskie Przedmieście mam wrażenie, że potrafię odtworzyć ten typ poczucia humoru, który jest szczególnie bliski i tym gościom z „dystansem” i naszemu Premierowi. Kiedyś doskonale zilustrowali go autorzy mego literackiego ulubieńca, Wilq-a Superbohatera. W jednym z epizodów swemu kumplowi Entombetowi ( to taka, delikatnie mówiąc, mocno soft wersja Nergala) skarżył się na to, co mu najbardziej przeszkadza w ich wspólnym kumplu, Alcmanie ( to taka postać na której musieli wzorować się rodzice Wojewódzkiego gdy go świadomie poczynali). Otóż tym czymś szczególnie uciążliwym było poczucie humoru Alcmana. Cala jego finezja sprowadzała się do tego, że starczyło w obecności Alcmana powiedzieć słowo „dupa” a ten zaraz dosłownie zwijał się ze śmiechu. Wczorajsza „obserwacja tych zdarzeń” i dzisiejszy świetny humor nagle odnalezionego Premiera każą sądzić, że wczoraj tam pod Pałacem ludzie z Trawnikiem na czele przyszli premierowi powiedzieć „dupa”. By go rozweselić. Tak przecież mało ma ostatnio powodów do radości.

* http://www.tvn24.pl/-1,1668685,0,1,premier-do-krzyza-z-poczuciem-humoru,wiadomosc.html

Specustawa specfachowców od specsytuacji. (POwódź)

Przyznam szczerze, że pewne rzeczy traktuje jako oczywiste i przez to (co jest, jak się okazuje, błędem) nie odczuwam potrzeby ich weryfikacji. Ciągle zakładam, że logika jest czymś tak elementarnym w porządkowaniu świata, który ludzkość wzięła w posiadanie. Oczywiście czasem zdarza mi się czytywać o wyczynach kolejnych laureatów „nagrody Darwina” ale ten dorobek traktuję jako oczywisty margines. Wszytko, zgodnie z logiką, ma przecież swój kraniec. Poza tym oczywiście co z natury rzeczy logice się wymyka…

Z tego też powodu, że jestem admiratorem, ba, czasami nawet ocierającym się o bałwochwalcze uwielbienie miłośnikiem logiki jako nieodłącznego elementu każdego prawie rozumnego działania, wczoraj całkowicie nie byłem w stanie pojąc zasłyszanych w różnych, mniej lub bardziej zaprzyjaźnionych stacjach informacji o tym, że rząd ma nowelizować dopiero co przyjęta „specustawę” odnosząca się, między innymi, do pomocy, jakiej ofiarą pomocy będzie udzielać państwo. By pojąc o co chodzi z tym, wedle mnie, alogicznym komunikatem, zacząłem szukać wyjaśnienie sprawy. Zanim dokopałem się do samej ustawy (no bo kto tam w goglach ustaw szuka) znalazłem po drodze dość liczne wypowiedzi i omówienia. W pierwszej znalezionej zaś pan Minister Graś zapowiedział, że „- Nasze centrum legislacyjne analizuje w tej chwili zapisy ustawy. Jeśli konieczna będzie nowelizacja, rząd praktycznie jutro będzie gotowy, żeby ją przeprowadzić”. Wszytko to pod tytułem „Graś: rząd przyjrzy się specustawie powodziowej. "Nikt nie zostanie bez pomocy"**. Ten kawałek o dokonywanej przez jakieś tam „centrum legislacyjne” analizie a jeszcze bardziej o „przyglądaniu się” ustawie przez Grasia i resztę rządu z nadzieją, że ona się jednak nada byłby znakomita ilustracją tego, jak władza troszczy się a nawet trzyma rękę na pulsie. Byłoby gdyby nie sama ustawa. Ja tam nie wiem ile trzeba się jej przyglądać bo mnie w minutę wyszło, że i Graś i reszta rządu i całe „centrum legislacyjne” może spokojnie oszczędzić sobie czasu. Artykuł 1 ust. 1 ustawy z dnia 24 czerwca 2010 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z usuwaniem skutków powodzi z maja i czerwca 2010 r.1 (Dz.U. Nr 123 poz. 835 z 2010 r.) brzmi: Przepisy ustawy stosuje się w sprawach związanych z usuwaniem skutków powodzi z maja i czerwca 2010 r*. Nie mam pojęcia czy Graś, jego pryncypał i „centrum legislacyjne” mają nadzieje, że od tego ich przyglądania zmieni się jednoznacznie brzmiąca nazwa ustawy i zawarte w niej, oczywiste dla każdego, kto posiadł elementarna umiejętność czytania ze zrozumieniem zapisy. Maj i czerwiec 2010 r. to maj i czerwiec 2010 r. Inaczej do jasnej choinki nie zinterpretuje tego nawet nasz Trybunał Konstytucyjny choć on chyba nad wyraz bywa elastyczny.

Czemu więc pan Graś i „centrum legislacyjne” z takim zapałem się przygląda? Może zastanawia się nad tym jak to się stało, że taki legislacyjny potworek w ogóle się tam mógł narodzić. Ale to mało prawdopodobne. Tam przecież tkwią sami fachowcy. Ci co to niegdyś obecnej ekipie po brzegi wypchali ustawami szuflady. Bardziej prawdopodobne jest to, ze Graś i „centrum” tkwią z oczami nad ustawą i próbują dojść jak Bóg mógł im zrobić cos takiego. Ja mógł zesłać te nawałnicę Bogatyni skoro rząd uznał, że powódź może być tylko w maju!

Żeby dojść przyczyny takiego rozporządzenia prawem do uzyskania pomocy państwa w sytuacji nadzwyczajnej poczytałem nieco i znalazłem w sieci cos, w rodzaju istnej „obrony sycylijskiej” (nie wiem czy ona skuteczna czy nie bo w szachach znam tylko ruchy i zasady zaś sama obronę tylko ze słyszenia. Tu raczej wyrusa pytajcie…) legislacyjnej twórczości rządu w postaci ustawy z czerwca***. Pokusiła się o nią pani radca Małgorzata Zamorska, która wyjaśniła, że „W momencie tworzenia tego aktu znane były już wstępne skutki powodzi, można było przynajmniej częściowo oszacować straty. Gdyby rząd chciał stworzyć tzw. ustawę blankietową, która mówiłaby o tym, że przy każdej powodzi, czy innej klęsce żywiołowej, państwo pomaga poszkodowanym, naraziłby budżet państwa na zbyt duże ryzyko uszczupleń finansowych”.
Proszę zwrócić uwagę na dwa momenty tej wypowiedzi. „Ustawa blankietowa” oraz „uszczuplenia finansowe”. Na to pierwsze z tego powodu, że pani radca nie ogranicza się tylko do tłumaczenia rządu. Sugeruje też, co można zrobić. Wedle niej „chcąc pomóc powodzianom z sierpnia, rząd powinien przygotować nową ustawę, albo znowelizować tę z czerwca 2010 r. Jak dodała, mogłyby to być tzw. ustawa ramowa, w której znalazłyby się upoważnienia dla Rady Ministrów lub szefów konkretnych resortów, by w przyszłości mogli oni wydawać rozporządzenia w sprawie wsparcia dla osób czy firm poszkodowanych w powodzi.” Czym się różni „ustawa blankietowa” od „ustawy ramowej”? Prawnikiem nie jestem ale znalazłem w sieci omówienia innych „ustaw blankietowych”****, z których wynika, że to dokładnie to samo. Przynajmniej biorąc pod uwagę słowa pani Zamorskiej.

Przejdźmy więc do tej drugiej kwestii, która wskazała pani zamorska. Tu akurat nie mam wątpliwości, że pani radca świetnie diagnozuje przyczynę. Od dość dawna działanie ekipy Tuska to osobliwy surfing przez rzeczywistość. Myślę, że i tym razem panowie „specjaliści” po prostu założyli, że ślizgną się jakoś bezboleśnie przez problem. Ich ocena ryzyka oparta była na założeniu, że przecież nie żyjemy w jakimś tam Bangladeszu, w którym co trzy tygodnie gdzieś tam coś tam wylewa i sprawę trzeba załatwić generalnie i kompleksowo czy to dla Sandomierza, czy to dla Bogatyni czy też dla każdej innej Koziej Wólki którą w każdej chwili woda czy ogień może zmieść z powierzchni ziemi. I nie musiałby pan Graś trudzić swoich spracowanych oczodołów nadaremnie. Tym bardziej, że „ciemny lud” po katach szemra na tyle głośno iż i po salonach z cała pewnością musi się to roznosić, o Tusku- Premierze co to jak jaki Jonasz ściąga na nas co rusz jakąś kolejną katastrofę. Ja tam nie twierdzę, że ściąga i ze Jonasz. Ale do choinki jasnej macie panowie Graś et consortes jakiś niefart, jakiegoś pecha i w ocenę ryzyka tej czy innej katastrofy dawno powinniście się już nauczyć to włączać. Dla waszego dobra, dobra gra sinych gałek ocznych, jeśli dobro ludzi z Bogatyni czy innych Kozich Wólek nie za specjalnie was przejmuje.

* http://www.mg.gov.pl/files/upload/11113/ustawa%20RCL%2024.06.2010.pdf
** http://www.wprost.pl/ar/205138/Gras-rzad-przyjrzy-sie-specustawie-powodziowej-Nikt-nie-zostanie-bez-pomocy/
*** http://wyborcza.pl/1,91446,8231955,Zamorska__pomoc_panstwa_obejmuje_tylko_powodzian_z.html#ixzz0wBbsHM00
**** http://www.rp.pl/artykul/360183,380546_Ustawa_o_Sluzbie_Celnej_to_akt_blankietowy.html

niedziela, 8 sierpnia 2010

„Oświeceni 2010”

Od kilku dni, gdy tylko wchodzę do netu, bez przerwy wyszukuję i czytam relację o tym, co obecnie dzieję się na Krakowskim Przedmieściu. Dziś szczególnie z uwagi na pojawienie się nowego, „działającego w imieniu wszystkich przeciwników lokalizacji krzyża "Smoleńskiego" przed Pałacem Prezydenckim” zjawiska, którego zdjęcia zdążyły już obiec sieć.

Właściwie powinienem zastanowić się czy te wszystkie relacje o agresji i obscenie, których mają dopuszczać się przybywający przez Pałac „przeciwnicy lokalizacji krzyża” to nie jakieś „sajens fikszyn”. Przecież słowa o tym nie uświadczy się w oficjalnych serwisach. Tych samych, które z taką lubością opisują fanatyków ze zdefiniowanej właśnie „sekty Kaczyńskiego”. A jeśli tam nie ma to przecież to fikcja oczywista!

Kiedy czytam relacje to przede wszystkim podziwiam odwagę i determinację tych, którzy tam zostali. I żałuję, że nie jestem w stanie teraz pomóc.
Ale zaraz po tym przychodzi złość na wszystkich, którzy mają obowiązek albo powinność stanąć w obronie tych ludzi. Jak by ich nie odbierali.

Przeciwko nim zbiera się coś, co trudno mi nazwać. To nie są zwierzęta bo te, jeśli nie są chore albo zmuszone przez okoliczności, rzadko wykazują się taką bezinteresowną agresją. Taką skrajną głupotą nie wykazują się nigdy.
Że nie są to ludzie chyba dodawać nie muszę ani tym bardziej uzasadniać.
Rozumiem, że media nie pędzą tam, nie robią relacji na żywo i tylko współczuję obecnym tam, bo wspominanym przez zdających relację, kamerzystom różnych, zaprzyjaźnionych z panem Wajdą stacji bo w cholerę się nakasują przez te wszystkie noce.

Pod Pałacem stanęli naprzeciw siebie zwolennicy ciemności i „Oświeceni 2010”. I dlatego nie ma o tym w telewizorze. No bo jeśli tacy są co „Oświeceni” to nie tylko nie powinno się ich pokazywać opinii publicznej. Wręcz nie wolno tego robić! Bo jak to, co będzie można zobaczyć, zakoresponduje ze strachem takiej pani Wójcik, co to piekło widzi raczej po drugiej stronie czy z „błyskotliwą analizą” brytyjskiego historyka, który dopatruje się wywrotowców raczej w garstce pod krzyżem?
Nie wiem co zdarzy się jutro. Domyślam się, że przygotowują się na to również i ci, co „Oświeconych 2010” w akcji będą transmitować. Przygotowują się pilnie bo nie jest łatwo wyjaśnić rację jakiegoś pokazującego się z gnatem po**ba tłukącego czy tam szarpiącego się ze straszą kobietą*.

„Oświeceni 2010” powinni zostać koniecznie uwiecznieni dla potomności. Powinna na to pójść ogromna dotacja Polskiego Instytutu Kinematografii. Tak, by każdy Polak mógł zobaczyć jak będzie wyglądała Polska gdy wszystkich już tutaj uda się jak należy oświecić. My matki zobaczyły swych oświeconych synów i córki. By każdy wiedział nie tylko jak jest „tu i teraz” ale jak będzie jeśli na to „tu i teraz” będzie się pozwalać.

To ci „Oświeceni” będą kiedyś dyktować nam warunki jeśli teraz nikt nie pojmie, że to właśnie nam grozi. Jeśli chcecie tego to powieście sobie fotkę „reprezentanta wszystkich przeciwników lokalizacji krzyża "Smoleńskiego" przed Pałacem Prezydenckim” i się w nią wpatrujcie. Nie będziecie zaskoczeni kiedy zaroją się wreszcie od podobnych nasze ulice. Będziecie wiedzieć też kiedy nasza Ojczyzna będzie już dostatecznie oświecona.
* http://rebelya.pl/discussion/5145/?Focus=135877

sobota, 7 sierpnia 2010

Polityka- wersja demo.

Od dość dawna mam wrażenie, dla znacznej większości uczestników i obserwatorów politycznej debaty, parafrazując hasło Jarosława Kaczyńskiego z ostatnich wyborów, Polska jest najważniejsza w dość osobliwy sposób. Żeby wyjaśnić ten sposób pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że uprawianie oraz mniej lub bardziej świadomy odbiór polityki sprowadzone zostały do pojmowania tego pojęcia w jakiejś odmianie demo, w której pewne funkcje i związane z nimi użyteczności zostały ograniczone lub wyłączone. Żeby było prościej i może bardziej wyraziście. Bez zapuszczania się w jakieś niezrozumiałe dla wielu i często niebezpieczne meandry.

Polityka w wersji demo, jak sądzę, musiała spodobać się po obu stronach barykady. Chyba najoczywistszym tego dowodem są reakcje „konsumentów” polityki.

Z jednej strony mamy coś, co pewnie w innych okolicznościach mocno by mnie zdumiało. Gdy Donald Tusk, w sposób godny, proszę mi wybaczyć porównanie ale nic bardziej adekwatnego do głowy mi przyjść nie chciało, orwellowskiego knura Napoleona redefiniował ostatnio etos swój i swojej partii, jego zwolennicy łyknęli to niczym przysłowiowe głodne pelikany. Gdy powiedział „Reformy mają tylko wtedy sens, gdy przy elementarnej odpowiedzialności za budżet dają ludziom satysfakcję z życia tu i teraz, a nie satysfakcję doktrynerom albo wyłącznie przyszłym generacjom.”*

nie słyszałem z ich strony jakichś wyraźnie słyszanych głosów rozczarowania ani oburzenia a już tym bardziej przypominania że przecież mieli razem „zmieniać Polskę”. Nie wiem co stało się z tymi trzema latami przekonywania, że będziemy „modernizować” i wszystkim temu podobnym. Wydaje się, że czas ten posłużył właśnie temu, by przekonać wyznawców, że jednak wersja demo jest zdecydowanie lepsza.

Jak jest po drugiej stronie sam odczułem na własnej skórze. Nie będę pisać o politykach bo tu da się tylko powiedzieć, że ze smutkiem oglądałem oddanie walkowerem kolejnych szans danych przez los a jeszcze bardziej rzez samego Tuska. Można powiedzieć, że przyniósł opozycji swą głowę na tacy a ta… Ta nie zauważyła! Łatwiej będzie mi to, o czym jest ten tekst, pokazać na przykładzie konfliktu z częścią komentatorów podzielających (jak mimo wszystko sądzę) moje polityczne zapatrywania, w który niechcący i nie wiedząc nawet, wpakowałem się gdy dałem do zrozumienia, że od opozycji, a przynajmniej jej istotniejszej części oczekuję, że zajmie się rzeczywistą walką polityczną a nie tylko bitwa o symbole. Polemika (jeśli oczywiście była) w większości spirala się na scenariuszu oczekiwania na krach Polski pod rządami PO, który wywoła gniew ludu, odbierze władzę rządzącym obecnie i odda opozycji.

I w tych dwóch schematach zachowań tkwi istota polityki w wersji, o jakiej piszę w tytule. Widać ją doskonale w tuskowej polityce „narodowego byletrwania” z założonymi rękami bo i z pełnym brzuchem. Póki co, pełnym… Widać ją też w radosnym zacieraniu rąk że oto stoimy nad przepaścią i już, już wyciągamy nogę by zrobić ten krok.

Obie postawy są równie idiotyczne. Tym bardziej im bardziej kibicują im ludzie, którzy swoje „tu i teraz” dopiero zaczynają i będą je mieć również za lat kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt. W warunkach takich, jakie będą skutkiem tego tuskowego, tak ślicznie i uczenie powiedzianego „mam w dupie to, co będzie później” godnego skrajnych populistów.

Czemu zatem tak to wygląda? Polityka w wersji demo, co pokazuje zarówno akceptacja „tu i teraz” jak i radosne czekanie na katastrofę przedefiniowuje część pojęć istotnych w uprawianiu tej profesji. Na pewno robi to z dotychczasowym znaczeniem pojęcia „celu”. Dziś niewątpliwie tym celem, a więc momentem, w którym wyświetla się komunikat „Misja ukończona” jest samo zdobycie władzy i jej utrzymanie. Zapomina się (lub „zapomina”) o tym, że tak naprawdę władza jest nie celem a mechanizmem, narzędziem służącym realizacji celów obądź dochodzenia do nich. Ze nie powinno się jej zdobywać dla niej samej.

Oczywiście polityków rozumiem. Im tak jest łatwiej a takie spojrzenie ich pracę (bo to przecież ich praca) czyni pozbawioną wielu kłopotliwych sytuacji. Jak choćby opowiadania się przed wyborcami ze spraw obiecanych.

Nie pojmuje natomiast tak zwanych „świadomych wyborców”. Przecież ich świadomość jest na tyle wystarczająca by zdali sobie sprawę, że po tym „teraz” będzie też jakieś „kiedyś” w którym jak nie oni to ich dzieci będą musiały jakoś żyć. I że przez to, czemu dziś tak klaszczą lub co przyjmują bez większego sprzeciwu to „kiedyś” wyglądać będzie jak kabaretowy skecz, w którym „władza” i „obywatele” prowadzą dialog:

Obywatele – Są emerytury?

Władza – Nie ma!

O – Są jakieś inne świadczenia socjalne?

W – Nie ma!

O – Jest wzrost gospodarczy?

W – Nie ma!

O są nowe miejsca pracy?

W – Nie ma!

O – To co jest?

W – Ja jestem! **

Opisany przeze mnie sposób uprawiania polityki zmusza do tego by na Polskę, co „jest najważniejsza” patrzeć w sposób specyficzny. Jak na zdobywaną na przeciwniku przez drużynę skautów chorągiewkę lub na przejętą w toku gry piłkę. Zdobycie ich kończy grę.

Game over!!!!1

PS. Może uznacie że jestem stronniczy ale cytat z Tuska to dla mnie najbardziej kapitulancki, najmniej ambitny i najgłupiej wyrażony sposób przyznania się do porażki przez polskiego przywódcę w ostatnim dwudziestoleciu.

* http://wyborcza.pl/1,75478,8215658,Tu_i_teraz_Tuska.html

** wzorowane oczywiście na fragmencie programu TEY-a (chyba to jeszcze był TEY…) „Z tyłu sklepu” i na starym dowcipie.

piątek, 6 sierpnia 2010

Dwa prezenty na inaugurację.

Dziś oficjalnie swoje obowiązki obejmie trzeci prezydent RP po naszym ostatnim odzyskaniu niepodległości. Świadomie popełniam „błąd w liczeniu”, który może ściągnie na mnie kilka złośliwych uwag a którego za błąd wcale nie uważam. Po prostu nie uznaję werdyktów ustalanych „pod zielonym stolikiem” za dokonywane w niepodległej Polsce. Ale ja nie o rachowaniu ani ustalaniu kryteriów niepodległości. Ja o prezentach, które dziś, przy okazji swej inauguracji nowy Prezydent odbierze.
Pierwszy prezent niezmiernie raduje mnie (choć zarazem wścieka mnie jako oczywista kpina z uczciwości i liczących na nią obywateli) bo pokazuje jak dalece potrafię przewidywać rozwój sytuacji. Miałem wszak niezmierna uciechę gdy Donald Tusk grzmiał na wszystkich, którzy poddawali w wątpliwość możliwość dojścia uczciwości partii rządzącej poprzez ekipę śledczych w większości osobiście zainteresowanych tym, żeby tę uczciwość wykazać. Pan Tusk tłumaczył wtedy nam, prostym i głupim Polakom, że nikomu bardziej niż jemu nie zależy na RZETELNYM I UCZIWYM wyjaśnieniu sprawy. Że to będzie oczywisty „test moralności” Platformy. No to go mamy. Rzecz by można „jaka Platforma taka moralność”. Gdybym miał jeszcze resztki wiary w to o czym Tusk wtedy mówił lecąc niemal noblistą i przekonując ze „wójt wama to mówi to i wierzcie”, dziś mówiłbym o utracie dziewictwa i sugerowałbym aby kulawy na wszystkie sto kończyn raport wnieść ceremonialnie na uroczystość jak kiedyś było w zwyczaju dokumentować noc poślubną wynoszonym do gapiów prześcieradłem. Raduje mnie ten obrót rzeczy bo nie spodziewałem się że Tusk słowa dotrzyma więc chciałem, by poszli na Maksa, pokazali „miastu i światu” że mają obywateli, zasady i całą tę moralność głęboko w dupie i jeszcze zapytali zaczepnie „No i co nam zrobicie?”. I mam co chciałem!

Przyznać trzeba, że przy tej okazji prezent a właściwie skarb prawdziwy trafi i na prowincję. Oto kandydat na Prezydenta Zabrza w pełnio potwierdził swe predyspozycje i z czystym sumieniem polecam go zabrzanom prosząc by go wybrali. Pokazał ze jest mistrzem zamiatania a ta umiejętność w naszych zaniedbanych i brudnych miastach i miasteczkach bardzo się przydaje. Oto więc Zabrzanie objawił się wam kandydat co jest jak pan Proper i WCPiker w jednym!

I prezent drugi dla III Prezydenta wolnej RP. Prezent, który jak najpowabniej mnie zasmuca. Jak donoszą (znakomicie mi się słowo dobrało) niektóre media w oparciu o zasłyszane, anonimowe wypowiedzi, jakaś cześć posłów opozycji nie wybiera się na dzisiejsze uroczystości. I, mając, przyznam otwarcie, gdzieś ich motywacje, uważam, że postąpią karygodnie jeśli faktycznie tak zrobią. Jakkolwiek zapewne podzielam ich ocenę osoby III Prezydenta i sam osobiście nie mam zamiaru w żaden sposób w jego uroczystym wyniesieniu uczestniczyć to jednak chciałbym zwrócić uwagę na subtelna różnice między mną i zapowiadającymi bojkot parlamentarzystami. Ja jestem nikt. Anonimowy niemal rosemann, który prywatnie, na własny użytek może sobie nie lubić pana Komorowskiego. Oni zresztą też, na własny, prywatny użytek mogą to samo. Ale na własny, prywatny. Tam, podczas tej inauguracji mają być służbowo, wykonując obowiązki posłów czy tam senatorów. Po to miedzy innymi zostali wybrani i za to biorą pieniądze.

Poza tym tak po ludzku nie powinni tego robić. A już na pewno nie z powodów, które „zakulisowo” zdradzają. Jeśli faktycznie boli ich jak inni ( w tym Prezydent jeszcze elekt) traktowali Prezydenta Kaczyńskiego to pierwszym czego powinni się wystrzegać jest powtarzanie tego, co tamci okazywali poprzedniej głowie państwa. Inaczej będzie to zwykła hipokryzja i danie oczywistego świadectwa, że takie postępowanie jest w porządku..Jeśli wobec Komorowskiego to i wobec Kaczyńskiego. Wbrew publicznie wygłaszanym tyradom. Jeśli nie potrafią się szanowni parlamentarzyści zdobyć na autentyczny szacunek dla obecnej głowy państwa to niech to uczynią z szacunku dla poprzedniej. W ten nie chcę wątpić.

Ile bym się nie zarzekał że „to nie mój Prezydent” to prawo i realia układają to inaczej. I mając jasność tej sytuacji chciałbym tę świadomość dzielić WSZYSTKIMI przedstawicielami Narodu.

A że nie odpuszczę Prezydentowi jako i on nie odpuszczał to takie moje prawo człowieka ułomnego i pozbawionego wielkoduszności. Jako i on…

czwartek, 5 sierpnia 2010

„Gdzie jest opozycja?” czyli mechanizmy demokracji.

Tytułowe pytanie stawia w miejscu najmniej odpowiednim osoba niezbyt chyba uprawniona do tego (Gadomski w „GW”) w kontekście, do którego nie chcę się odnosić choć warto byłoby. Choćby po to by wyjaśnić czemu miejsce i osoba budzą moje wątpliwości.

Jednak samo pytanie jest znakomitym pretekstem do tego, aby dokonać bilansu naszej demokracji ostatnich lat jak i elementów, które ją tworzą. Oczywiście tam, gdzie zostało zadane, zadane zostało by sugerować winę wspomnianej opozycji za całe zło, nad którym pan Gadomski się rozwodzi. I w tym właśnie sęk, że akurat ten pan i jego koledzy sami zrobili wiele by te opozycje wcisnąć tam, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach, orientujący się choć trochę w demokratycznych regułach, za nic by jej nie szukał. Stąd pan Gadomski ma teraz problem bo nie tak szuka…

Jeśli się wróci do początki tej naszej najnowszej politycznej historii czyli do sejmowego expose Donalda Tuska to trudno nie przyznać, że jesteśmy od tamtej wizji bardzo daleko właściwie w każdej kwestii, która została wtedy zasygnalizowana. W wielu z nich jest to zrozumiałe w innych można dyskutować. W jednej nie da się natomiast w żaden sposób powiedzieć inaczej jak tylko tak, iż zrobiono wiele byśmy przez zapewne dziesiątki lat do obiecanego stanu nie doszli.

Mało komu, szczególnie zaś rozentuzjazmowanym, wtedy jeszcze prawie bezstronnym dziennikarzom, umknął moment, w którym Donald Tusk obiecywał zmianę stylu prowadzonej polityki oraz relacji na politycznej scenie. Nazwał to, nieco tandetnie, „polityka miłości”. Dziś trudno nie zauważyć, że wspomniana miłość to dokładnie to samo uczucie, o którym mówił cytowany przeze mnie nie raz Nadszyszkownik Kilkujadek z filmowej opowieści Machulskiego o świecie krasnali. Tej, której Kilkujadek obiecywał stosować tak długo Az my, ludzie i ich, czyli ekipę Kilkujadka obdarzymy miłością. Temu schematowi pozostają wierni do dziś a jeśli ktoś ma wątpliwości to zapraszam do oglądania wystąpień Premiera Tuska i jego ludzi. Szczególnie w tych sytuacjach, które dotyczą spraw kłopotliwych albo trudnych.

Uczciwy i wnikliwy obserwator naszej sceny politycznej, a w zasadzie każdy, kto nie podziela poglądów marka Kondrata na to „wszystko co najważniejsze” i czasem popatrzy na jakieś tam wiadomości musi przyznać, że tak złego okresu w ostatnim dwudziestoleciu nie mięliśmy. Były problemy polityczne i gospodarcze ale poziom emocji i podział społeczeństwa nigdy nie przybrał takich rozmiarów. Kłócących się polityków miewaliśmy i trudno żeby było inaczej. Na tym polega demokracja by się różnili. Za to im płacimy! Czym innym jednak jest spór merytoryczny a czym innym wojna o wszystko jako metoda uprawiania polityki. Wreszcie najgorsze jest to, że w ten konflikt zostało wciągnięte w roli aktywnego uczestnika społeczeństwo. Zdaje sobie sprawę, że stało się to za przyczyna przystępności sporu, położonych przez wywołujących konflikt akcentów. Gdyby przyszło się społeczeństwu spierać, dajmy na to, o JOW czy podatek liniowy to nikt by nie musiał tego nazywać wojną a nawet nie byłby w stanie określić jako bójkę.

Oczywiście zakładam, że rządzący w swym rządzeniu zajmują się problemami na miarę tych wspomnianych przed chwilą. I od biedy mogliby wokół nich budować publiczną dysputę. Skoro jej nie dostrzegam znaczy, że nie organizują. Zamiast tego, z cała świadomością, wciągają ludzi w zadymę, która będzie nam się czkawka odbijać przez najbliższe X lat.

Oczywiście można (i tak się zresztą dzieje) winę za taka sytuację zrzucać na partie i polityków opozycji. Ale każdy, kto tak robi powinien mieć świadomość, że w ten sposób wcale nie dowodzi czy to słabości czy nawet beznadziejności opozycji a cos wręcz przeciwnego. Choć zapewne tego właśnie stara się dowieść. Czemu aż tak to widzę? Bo uważam, że jeśli rządzący przyznają się do tego, że, jak to się dziś zwykło mówić, narrację politycznej dyskusji narzuca opozycja, wniosek jest jeden. Rządzący powinni czym prędzej stać się opozycja bo do rządzenia nie maja ani kompetencji ani charakteru ani determinacji.

Gorzej jest, jeśli to jednak rządzący odpowiadają za to, czym politycy się zajmują a społeczeństwo żyje i przybiera to właśnie taki kształt jak u nas. Nie oznacza to nic innego jak permanentna konieczność narzucania w debacie tematów całkowicie nieistotnych z braku naprawdę poważnej. Z tego wniosek jest dokładnie taki sam jak ten akapit wyżej.

Tak więc bez względu na polityczne sympatie, oceniając minione trzy lata i ten, trwający obecnie nie da się ukryć, że cały czas kręcimy się wokół tematów, które nas, obywateli może i powinny tak mocno absorbować ale z cała pewnością nie za sprawa polityków. Oni powinni je dostrzegać o tyle, by wszelkie konflikty mądrze wygaszać. To powyższe stwierdzenie ma bardzo istotne znaczenie bo wprost wskazuje czyją to jest rolą. Bo znów musimy przyznać, że bardzo szeroko pojmowane instrumenty do tego by taką właśnie rolę odgrywać posiadają ci, co rządzą a nie ci, co stanowią opozycję.

Tak to określają zasady demokracji i wynikające z nich unormowania. I nie ma co tu udawać, że jest inaczej.

Natomiast my, czyli władza, poczynając od pierwszej aż po „czwartą” oraz znaczna część obywateli, w ostatnich latach widzimy to na opak i radośnie takie widzenie akceptujemy. Każdy kolejny raz gdy uważana za mistrzynię dziennikarskiego fachu zaczyna swe fachowe dociekania od stwierdzenia „Jarosław Kaczyński stwierdził…” dziwię się, że po tym nikt pani Stokrotce mej ulubionej nie powiedział, że w obecnej sytuacji to, co powiedział Jarosław Kaczyński istotne jest tylko wówczas, gdy powiedział coś w reakcji na to, co powiedział Donald Tusk. Takie są ich role. I o tym nie wolno zapominać także teraz, gdy co rusz ktoś publicznie zadaje pytanie czemu Kaczyński nie pójdzie pod krzyż uspokajać zebranych tam ludzi. Bo jasne jest, że za uspokajanie ludzi honorarium bierze pan Tusk ze swoją ekipa. I zanim takie pytanie skieruje się do Kaczyńskiego, wypadałoby obskoczyć jakąś cześć tej ekipy zaczynając oczywiście od pana Premiera.

Zdaje sobie sprawę, że tego się nie doczekam. Ale tak się składa, że ja na to nie czekam. Swoje zdanie na temat merytorycznej i politycznej wartości obecnej ekipy mam od dość długiego czasu a wszystko co się dzieje upewnia mnie tylko w tym, że mam racje. Natomiast tym, którzy jeszcze wierzą albo nawet są co do tego przekonani polecam jeszcze raz przyjrzenie się scenom z Krakowskiego Przedmieścia. Jeśli komuś taki styl rządzenia, który do takich scen prowadzi odpowiada to proszę bardzo. Proszę sobie cenić i chwalić do upadłego. Ale proszę nie oczekiwać mego zrozumienia.
Rządzić to odpowiadać. Trudno znaleźć w czasie naszej dwudziestoletniej wolności ekipę, która bardziej od tej unikałaby brania na siebie odpowiedzialności za cokolwiek. Do rangi sztuki podniosła natomiast umiejętność obarczania odpowiedzialnością za wszystko innych. Ima częściej top robi tym bardziej udowadnia, że jest beznadziejna.

I jeszcze pozostała mi odpowiedź na tytułowe pytanie. Opozycja jest tam, gdzie być powinna. Gdziekolwiek zresztą jest (chyba, że byłaby akurat na jakimś nowym „dworze Katarzyny II) jest w miejscu właściwym. Taka jest logika demokracji. Pytanie zdecydowanie istotniejsze, które w tej i chyba każdej chwili zdecydowanie bardziej wypadałoby zadać brzmi „Gdzie jest rząd?”.

No właśnie…