Przechodząc dziś obok jednego z kiosków z gazetami zauważyłem informację, że między dwiema głównymi siłami politycznymi jest już ponoć tylko dwa punkty procentowe różnicy. Jeśli wziąć pod uwagę margines błędu statystycznego, można założyć, że różnica jest żadna a jeśli do tego pamięta się mantrę specjalistów, iż opozycyjna partia jest „tradycyjnie niedoszacowana w badaniach” wszystko wygląda naprawdę ciekawie.
Partia rządząca „odrabia straty sondażowe” właściwie już tylko w tych badaniach, które co jakiś czas robione są na zamówienie redakcji z Czerskiej. A czasem i tam oddaje tyły. Ja wiem, że teraz nastąpi coś, co w dzieciństwie nazywało się nieco dosadnym, określeniem „hop, siup, zmiana d**p” czyli kąśliwe uwagi, zawierające sakramentalne pytanie od kiedy to „pisiory” zaczęły wierzyć w badania. Odpowiem równie błyskotliwie: od wtedy, kiedy „platfusy” wierzyć przestały. Za „platfusy” przepraszam jeśli ktoś się poczuł…
Zresztą, to, co chcę powiedzieć i napisać, nie sjest adresowane ani do „platfusów” ani do takich przeciętnych „pisiorów”. Pisze do ludzi, którzy wiele mogą. I w tym, że mogą właśnie rzecz. Pisze do polityków, których ta zmiana tendencji cieszy i do tych ich sojuszników, którzy za kształtowanie pozytywnej (oczywiście w oczach przeciwników jak najbardziej „negatywnej”) atmosfery wokół tej części opozycji odpowiadają.
Do was się zwracam, Panie i Panowie. Nie schrzańcie tego!
Pisze to z myślą o zbliżającym się starciu kulminacyjnym w tej odsłonie wojny o dusze i umysły Polaków, których jeszcze cokolwiek z polityki i życia publicznego interesuje. Chodzi mi o 10 kwietnia i jego okolice.
Nie mam najmniejszych złudzeń, że ci, którym obecnie „spada” zrobią wszystko, by właśnie wtedy podjąć wzmożone działania by te tendencję odwrócić. I nie mam złudzeń, że będzie to wojna totalna, taka bez brania jeńców. Przynajmniej oni tak by to chcieli widzieć. I choć nie wiem co zrobią, zdaję sobie sprawę z tego, że mogą posunąć się do granicy wytrzymałości przyzwoitego człowieka. Jeśli posłuchać ich wypowiedzi, to gdzieś między zdaniami wychwycić można sugestie o jakichś „palonych kukłach”. A więc wiadomo, na co się nastawiają. W końcu nie mają przecież wyjścia. Tu idzie o ich „być albo nie być”. A jak wiadomo, zdecydowanie wola „być”, choćby nawet miało to przyjąć dotychczasową formę „wystarczy być”.
Do was zwracam się z apelem, by tę swoją granicę wytrzymałości umieścić w miejscu niedosięgłym dla nich. Sami wiecie, do czego są zdolni więc nie reagujcie emocjami. Powiedzcie sobie po prostu „nie warto”. Jeśli będzie trzeba, zaciśnijcie zęby. I sprawcie, by całe to ich napinanie i wszystko inne stało się niczym innym tylko czymś w rodzaju publicznego samogwałtu w ich wykonaniu. Niech obywatele widzą wówczas tylko ich powykrzywiane twarze, niech słyszą wojenną retorykę tylko z ich ust. Niech dla nikogo nie będzie dylematu, kto ponosi winę za sprofanowanie dnia pamięci.
Wiem, że plany uroczystości są już w realizacji. Nie wiem jak dalece dadzą się jeszcze korygować. Ale wiem na pewno, że bez ograniczeń da się „korygować” nastroje tych, którzy w ten dzień i dni następne będą chcieli manifestować swą pamięć i swój gniew. I tego ostatniego trochę się obawiam. Bo ten rodzaj emocji jest trudny do opanowania. Za to łatwy do zmanipulowania. Dlatego tych, którzy za organizację odpowiadają ostrzegam przed wszelkimi nieznanymi im i nagle objawionymi „radykałami”. I pozwolę sobie zasugerować, by skupić się w jak największym stopniu na celebrowaniu żałoby i unikaniu bieżącej polityki. Tak, by bez dwóch zdań, politykę zostawić na te dni wyłącznie w ich rękach. By w końcu zaczęła palić ich w ręce. By przeciętny obywatel, nie tylko ten, który cokolwiek wie o polityce i ma jakiś wyrobiony jej obraz, sam mógł zobaczyć kto tak naprawdę jest tym „złym”. Tym bardziej, że nawet „zaprzyjaźnionym stacjom” ostatnio jakoś z trudem wychodzi to manifestowanie przyjaźni. Bo przecież „sorry Winnetou ale biznes jest biznes” i nikt go nie zaryzykuje tylko dlatego by było dalej tak „przepięknie” jak jest teraz.
I z tak poharatanymi i pozbawionymi części „zaprzyjaźnionych” sojuszników później skończyć wojnę wtedy już będzie łatwiej. Bo przecież chyba o to chodzi?
Więc proszę was, Panie i Panowie. Nie zepsujcie!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wybory 2011. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 24 lutego 2011
niedziela, 20 lutego 2011
Koalicji PiS-SLD nie będzie!
Oczywiście nie wiem czy będzie czy nie. Nie jest to w każdym razie wykluczone. Właściwie chciałbym myśleć, że nie a i logika wskazuje, że nie powinno coś takiego mieć miejsca. Szczególnie wobec głębokich przemyśleń „ulubionego premiera” szefa Sojuszu, pana Leszka Millera. Ten to były wysoki aparatczyk obciążonej zbrodniami wobec narodu organizacji nazywającej się PZPR jako jeden z warunków takiego mariażu wskazuje obowiązek przejścia przez potencjalnego koalicjanta „kwarantanny”. Mówi to gość, który pewnie jeszcze dziś dostałby „piany na pysku” na samo wspomnienie o koniczności objęcia „kwarantanną” „socjaldemokratów” o komuszym rodowodzie. I tu właśnie najbardziej zbliżam się do pana Millera stanowiskiem. Tak jak on ma zastrzeżenia do takiej koalicji bo nie chce „z Kaczyńskim do łóżka” tak ja raczej już bym nie chciał za bardzo Millera na jakimkolwiek eksponowanym stanowisku. Choć czas jego rządów, z zastrzeżeniem efektu końcowego, uważam za dość udany.
W każdym razie pan Napieralski oświadcza, że mu się do władzy nie spieszy co jednoznacznie oznacza, że o władzy myśli. Póki co tak na okrągło, w rodzaju „ Jeśli z arytmetyki sejmowej będzie wynikało, że nie da się zbudować koalicji bez nas […] to nie będziemy się uchylać przed odpowiedzialnością”.*
Wbrew tej przywołanej przeze mnie na początku logice dużo bliżej partii pana Napieralskiego do koalicji z PiS. Nie do PiS w ogóle- takie twierdzenie byłoby absurdem, ale do tej kolacji. Oczywiście znajdą się tacy, co zaczną zaraz twierdzić, że byłaby to koalicja partii programowo bliskich sobie. Jakiś element prawdy pewnie by w tym był ale ja, mówiąc o „bliskości” mam na myśli kryteria znacznie szersze niż tylko program. Jak możemy od lat zauważyć, kwestie programowe jakoś wielkiej roli w naszej polityce nie odgrywają.
Czemu zatem twierdzę, że, gdyby nie cień Millera, już dziś Napieralski mógłby posyłać heroldów do Jarosława Kaczyńskiego? A przez to, że namieszano w głowach zarówno Napieralskiemu jak i jego wyborcom. I zrobiły to media, ten demon psujący nam od lat politykę. To one zaczęły lansować koncepcję Napieralskiego- premiera, z którą wielu (nie wiem jak sam Napieralski) zaczęło się chyba oswajać. I powoli, jak mniemam, utwierdza się w przekonaniu, że wszystko poniżej premiera będzie porażką Napieralskiego. On musi czuć to ciśnienie. I nawet przy zachowaniu zimnej krwi zapewne spróbuje to negocjować. Od tego wyjdzie
Wiadomo, że tego od PO nie dostanie. I nie chodzi tu nawet o to, że PO umie lepiej to stanowisko „zagospodarować”, bo wiemy, że nie umie. Właśnie znalazłem w necie informację jak pan Tusk obiecywaną, „wiosenną ofensywę legislacyjną” z zapowiadanej „powodzi” przykrawa do liczącego kilkanaście pozycji „strumyczka”**. Ale to, co dla SLD staje się powoli oczywistym symbolem sukcesu, dla PO byłoby oczywistym dowodem porażki. Tak wiec tu akurat Napieralski zbytnio nie ponegocjuje. Oczywiście może zdarzyć się tak, że Napieralski, za podszeptem Millera, pozwoli się ubrać w buty Pawlaka. Tyle, ze to dla niego i dla jego partii bardzo ryzykowne. Rezygnacja z możliwości kontrolowania kształtu polityki rządu może być przecież odebrana jako nic innego tylko żyrowanie dalszej nieudolności PO. Ja niedawno pisałem, że w ogóle dla „porzucających” Platformę potencjalnych wyborców może być niestrawnym wchodzenie przez ich nowych wybrańców w koalicję z tą partią. No bo dla nich będzie to oczywisty kant, w którym nie chcąc popierać PO, poprą ją wbrew swej woli.
Rzecz w tym, że cale powoływanie się na logikę w przypadku naszej polityki warte jest tyle co nic. Od długiego czasu tę logikę wyrugowały emocje i dla Napieralskiego może nie być innego wyjścia. No poza pozostaniem w opozycji, które mogłoby błyskawicznie sprowadzić na SLD „erozję poparcia”. Dlatego Napieralski jest teraz w kropce. Bo z jednaj strony ma ryzyko wejścia w koalicję z PO, które to rozwiązanie może postawić pod znakiem zapytania konsekwencję słów i działań z okresu przed wyborami i z kampanii. Nie mam wątpliwości, że tę oprze Sojusz na krytyce PO. To nakazuje… logika. Z drugiej strony PiS kwarantanny nie ma zamiaru przechodzić a więc też nie wchodzi w grę.
Jednak w polityce nie takie zwroty widziano.
Ważne jest i to, że nie tylko Napieralski jest w kropce. W gorszej sytuacji są liderzy partii, z którymi Sojusz stoczy bój o władzę. Bo „romans” z Napieralskim to nie będzie ani coś dla wyborców miłego ani, jeśli dojdzie do skutku, żadna sielanka.
Ktoś zauważył, że łatwiej będzie z pozycji numer jeden zrezygnować Kaczyńskiemu. To prawda. W przypadku Tuska byłoby to oczywiste przyznanie się do klęski. Bez względu na to ile stanowisk ministerialnych w przyszłym rządzie obsadzi on swymi ludźmi. Kaczyński jest w tej lepszej sytuacji, że on już z niczego się nie musi tłumaczyć. Tyle razy był odsądzany od czci i wiary, że wynurzenia jakiegoś, dajmy na to, pana Krzemińskiego, wołającego ponownie że „to koniec Pis-u” mało kogo przejmą i zainteresują.
Jakoś tak trudno przejść do puenty. Bo w niej trzeba przyznać, że w obecnej sytuacji wydaje się, że klucz do władzy jakimś zrządzeniem losu spoczął w kieszeni pana Napieralskiego. Czy sięgnie po niego i komu go poda to się zobaczy.
Przyznam, że przez moment, wczoraj czy przed dwoma dniami, zadrżałem w starciu z informacjami dotyczącymi najnowszych badań poparcia. Najpierw usłyszałem gdzieś buńczuczną zapowiedź błazna z Biłgoraja, że on, PJN i SLD podzielą się po równo sześćdziesięcioma procentami poparcia wyborców a następnego dnia znalazłem gdzieś tytuł bodaj „Sensacyjny wzrost poparcia dla Palikota w sondażach”. Okazało się na szczęście, że w obecnych warunkach sensacją jest wzrost przewidywanego wyniku jego partyjki z jednego do trzech procent. I tak niech zostanie.
* http://www.rp.pl/artykul/61991,614558-Przeplyne-miedzy-rafami.html (niestety, całość tylko w wersji papierowej lub za pieniądze)
** http://www.rp.pl/artykul/615262_I-po-rzadowej-ofensywie-.html
W każdym razie pan Napieralski oświadcza, że mu się do władzy nie spieszy co jednoznacznie oznacza, że o władzy myśli. Póki co tak na okrągło, w rodzaju „ Jeśli z arytmetyki sejmowej będzie wynikało, że nie da się zbudować koalicji bez nas […] to nie będziemy się uchylać przed odpowiedzialnością”.*
Wbrew tej przywołanej przeze mnie na początku logice dużo bliżej partii pana Napieralskiego do koalicji z PiS. Nie do PiS w ogóle- takie twierdzenie byłoby absurdem, ale do tej kolacji. Oczywiście znajdą się tacy, co zaczną zaraz twierdzić, że byłaby to koalicja partii programowo bliskich sobie. Jakiś element prawdy pewnie by w tym był ale ja, mówiąc o „bliskości” mam na myśli kryteria znacznie szersze niż tylko program. Jak możemy od lat zauważyć, kwestie programowe jakoś wielkiej roli w naszej polityce nie odgrywają.
Czemu zatem twierdzę, że, gdyby nie cień Millera, już dziś Napieralski mógłby posyłać heroldów do Jarosława Kaczyńskiego? A przez to, że namieszano w głowach zarówno Napieralskiemu jak i jego wyborcom. I zrobiły to media, ten demon psujący nam od lat politykę. To one zaczęły lansować koncepcję Napieralskiego- premiera, z którą wielu (nie wiem jak sam Napieralski) zaczęło się chyba oswajać. I powoli, jak mniemam, utwierdza się w przekonaniu, że wszystko poniżej premiera będzie porażką Napieralskiego. On musi czuć to ciśnienie. I nawet przy zachowaniu zimnej krwi zapewne spróbuje to negocjować. Od tego wyjdzie
Wiadomo, że tego od PO nie dostanie. I nie chodzi tu nawet o to, że PO umie lepiej to stanowisko „zagospodarować”, bo wiemy, że nie umie. Właśnie znalazłem w necie informację jak pan Tusk obiecywaną, „wiosenną ofensywę legislacyjną” z zapowiadanej „powodzi” przykrawa do liczącego kilkanaście pozycji „strumyczka”**. Ale to, co dla SLD staje się powoli oczywistym symbolem sukcesu, dla PO byłoby oczywistym dowodem porażki. Tak wiec tu akurat Napieralski zbytnio nie ponegocjuje. Oczywiście może zdarzyć się tak, że Napieralski, za podszeptem Millera, pozwoli się ubrać w buty Pawlaka. Tyle, ze to dla niego i dla jego partii bardzo ryzykowne. Rezygnacja z możliwości kontrolowania kształtu polityki rządu może być przecież odebrana jako nic innego tylko żyrowanie dalszej nieudolności PO. Ja niedawno pisałem, że w ogóle dla „porzucających” Platformę potencjalnych wyborców może być niestrawnym wchodzenie przez ich nowych wybrańców w koalicję z tą partią. No bo dla nich będzie to oczywisty kant, w którym nie chcąc popierać PO, poprą ją wbrew swej woli.
Rzecz w tym, że cale powoływanie się na logikę w przypadku naszej polityki warte jest tyle co nic. Od długiego czasu tę logikę wyrugowały emocje i dla Napieralskiego może nie być innego wyjścia. No poza pozostaniem w opozycji, które mogłoby błyskawicznie sprowadzić na SLD „erozję poparcia”. Dlatego Napieralski jest teraz w kropce. Bo z jednaj strony ma ryzyko wejścia w koalicję z PO, które to rozwiązanie może postawić pod znakiem zapytania konsekwencję słów i działań z okresu przed wyborami i z kampanii. Nie mam wątpliwości, że tę oprze Sojusz na krytyce PO. To nakazuje… logika. Z drugiej strony PiS kwarantanny nie ma zamiaru przechodzić a więc też nie wchodzi w grę.
Jednak w polityce nie takie zwroty widziano.
Ważne jest i to, że nie tylko Napieralski jest w kropce. W gorszej sytuacji są liderzy partii, z którymi Sojusz stoczy bój o władzę. Bo „romans” z Napieralskim to nie będzie ani coś dla wyborców miłego ani, jeśli dojdzie do skutku, żadna sielanka.
Ktoś zauważył, że łatwiej będzie z pozycji numer jeden zrezygnować Kaczyńskiemu. To prawda. W przypadku Tuska byłoby to oczywiste przyznanie się do klęski. Bez względu na to ile stanowisk ministerialnych w przyszłym rządzie obsadzi on swymi ludźmi. Kaczyński jest w tej lepszej sytuacji, że on już z niczego się nie musi tłumaczyć. Tyle razy był odsądzany od czci i wiary, że wynurzenia jakiegoś, dajmy na to, pana Krzemińskiego, wołającego ponownie że „to koniec Pis-u” mało kogo przejmą i zainteresują.
Jakoś tak trudno przejść do puenty. Bo w niej trzeba przyznać, że w obecnej sytuacji wydaje się, że klucz do władzy jakimś zrządzeniem losu spoczął w kieszeni pana Napieralskiego. Czy sięgnie po niego i komu go poda to się zobaczy.
Przyznam, że przez moment, wczoraj czy przed dwoma dniami, zadrżałem w starciu z informacjami dotyczącymi najnowszych badań poparcia. Najpierw usłyszałem gdzieś buńczuczną zapowiedź błazna z Biłgoraja, że on, PJN i SLD podzielą się po równo sześćdziesięcioma procentami poparcia wyborców a następnego dnia znalazłem gdzieś tytuł bodaj „Sensacyjny wzrost poparcia dla Palikota w sondażach”. Okazało się na szczęście, że w obecnych warunkach sensacją jest wzrost przewidywanego wyniku jego partyjki z jednego do trzech procent. I tak niech zostanie.
* http://www.rp.pl/artykul/61991,614558-Przeplyne-miedzy-rafami.html (niestety, całość tylko w wersji papierowej lub za pieniądze)
** http://www.rp.pl/artykul/615262_I-po-rzadowej-ofensywie-.html
Etykiety:
koalicja,
SLD,
Wybory 2011
wtorek, 15 lutego 2011
Wybory bez Smoleńska- rzecz o konsekwencji.
Nie będzie o wyborach minionych lecz tych, które nas czekają. I o pogłosce (jak to bywa, jest ona „ustaleniem” gazety, w tym akurat przypadku „Rzeczpospolitej”*) wedle której do 10 kwietnia a może i po nim Prawo i Sprawiedliwość ma w kampanii wyborczej ograniczać temat katastrofy smoleńskiej. Choć specjaliści zdają się potwierdzać, że jest to właściwy kierunek, ja mam wątpliwości. I to poważne.
Biorą się one przede wszystkim z tego, że przy takim postawieniu sprawy mam problem z pojmowaniem ostatniego półrocza i słów, które w tym czasie ludzie PiS-u wypowiadali. Można powiedzieć, że dla mnie PiS z ostatniego półrocza stać się powinien, w świetle tych zapowiedzi, „czarną dziurą”, bytem niepojętym.
Pamiętam przecież to, co zaszło po wyborach i wywołało emocje, których i mnie nie udało się poskromić. Pamiętam, że na smoleńskim fundamencie opierał się cały zwrot wizerunkowy, jakiego Jarosław Kaczyński i jego otoczenie dokonali w opozycji do tego, co proponowali ludzie odpowiedzialni za kampanię prezydencką Prezesa. I co czuli wówczas tacy jak ja, przekonani, że „jeszcze nie tym razem ale już blisko”.
Narrację, którą zaproponował Kaczyński i jego otoczenie po rozprawie z „opozycją wewnętrzną” i wypączkowaniu jej w formie PJN-u, „kupowałem” a właściwie „kupuję” z oporami i niemałym wysiłkiem. I tylko na tej zasadzie, że trafia do mnie ta wersja, wedle której Smoleńsk jest rzeczą ogromnej wagi, której poniechać nie wolno a pominięcie go w tamtej kampanii było grzechem fundamentalnym.
Jeśli zdecydowałem się tak to widzieć to zastrzegam, że „kupić” wersji, że „mamy o Smoleńsku nie mówić” nie będę być może w stanie oraz przyjąć jej za sensowną i, tym bardziej za logiczną. Bo dramatyczne wydarzenia „tąpnięcia” PiS-u czyni ona absurdalnymi i pozbawionymi sensu. Stając się woda na młyn (qrka, brzmi jak bym pisał o „odwetowcach z Bonn”…) tych, którzy po pierwsze podkreślają nieszczerość słów i czynowe Jarosława Kaczyńskiego a po drugie twierdzą, że przez niego i bliskich mu polityków Smoleńsk jest traktowany instrumentalnie.
Ta nieszczerość. o która może być oskarżony lider PiS to nie tylko kwestia kolejnej „zmiany twarzy” na bardziej łagodną. Zmiany, której pewnie zbyt wielu wyborców nieprzekonanych i tak nie weźmie poważnie a wyborcom przekonanym może ona nieco „zabełtać” w głowach. Pamiętam dyskusję o tym, że tak naprawdę mniej wiarygodny PiS był w poprzedniej kampanii właśnie z powodu zaniechania sprawy Smoleńska.
Zarzut, który można postawić dotyczy też i słów samego Prezesa, który powoływał się na sławne „proszki” wzbraniając się przed oddaniem sprawiedliwości twórcom tamtej kampanii. A przy tym i ludzi, którzy, jeśli Prezes faktycznie miał poprzednio ograniczona percepcje, wtedy przekonali go, że było źle, a teraz próbują mów wmówić, że dokładnie to samo to będzie dobrze. Kupy się to zaiste nijak nie trzyma.
Ja, przyznam, konsekwencję lubię. Do tego stopnia, że potrafię nawet cenić kogoś, kto wedle mej oceny postępuje niewłaściwie ale konsekwentnie i bez oznak chwiejności. Jej brak zaś poczytuję za oznakę braku pewności albo skłonność do niezbyt pięknego kombinatorstwa.
Czy zatem przywołane doniesienia „Rzeczpospolitej” odbieram jako sygnał negatywny. Absolutnie nie. Przede wszystkim dlatego, że jednak nikt z nazwiska przy takim twierdzeniu nie figuruje. Przywołany przez „Rzeczpospolitą pan poseł Jarosław Zieliński zauważył jedynie, ze PiS ma Polakom coś do powiedzenia nie tylko w kwestii katastrofy ale też i w innych.
„– PiS nie jest partią jednego, smoleńskiego tematu, jak próbuje się nam wmówić […] – Będziemy więc przedstawiać opinii publicznej naszą opinię na temat sytuacji w różnych dziedzinach życia i wskazywać, co zostało zrobione źle.”*
Ale nawet gdyby tak było, że mamy do czynienia z kombinowaniem, kalkulowaną „zmiana twarzy” i wyborczą zagrywką to i w tym doszukiwałbym się pozytywów. W każdym razie jednego, którego brak był dla mnie powodem sporego zawodu po 4 lipca. gdyby bowiem okazało się że Jarosław Kaczyński czy też jego otoczenie w taki sposób szuka nowych sposobów na kampanię, znaczy, że… myśli poważnie o wygranej i o nią a nie o jakiś tam dwudziestoprocentowy, sejmowy byt zamierza walczyć.
Być może to, o czym pisze „Rzeczpospolita” to faktycznie jakieś nowe przymiarki do kampanii, wynikające z nagłego załamania pozycji Platformy. I nadziei na to, że gdzieś pomiędzy Marcinem Mellerem, byłym wyborcą PO a obecnym elektoratem PiS są jeszcze do wzięcia jakieś pokłady poparcia.
Co z tego wyjdzie nie wiem. I z mą oceną wstrzymuje się do momentu, w którym się dowiem. To wygodne, ale trudno, bym nie postawił na wygodę osądu w sytuacji, w której wszystko opiera się jednak na jakichś „anonimowych posłach” i ich twierdzeniach. ja od lat mam problemy nawet z tym, co posłowie mówią otwarcie i całkiem nie anonimowo więc proszę się mej ostrożności nie dziwić. Ale jakby co, zaznaczam, że… nie miałbym nic przeciwko temu. Konsekwentnie od czasów minionej kampanii.
* http://www.rp.pl/artykul/15,612464_Ani-slowa-o-Smolensku.html
Biorą się one przede wszystkim z tego, że przy takim postawieniu sprawy mam problem z pojmowaniem ostatniego półrocza i słów, które w tym czasie ludzie PiS-u wypowiadali. Można powiedzieć, że dla mnie PiS z ostatniego półrocza stać się powinien, w świetle tych zapowiedzi, „czarną dziurą”, bytem niepojętym.
Pamiętam przecież to, co zaszło po wyborach i wywołało emocje, których i mnie nie udało się poskromić. Pamiętam, że na smoleńskim fundamencie opierał się cały zwrot wizerunkowy, jakiego Jarosław Kaczyński i jego otoczenie dokonali w opozycji do tego, co proponowali ludzie odpowiedzialni za kampanię prezydencką Prezesa. I co czuli wówczas tacy jak ja, przekonani, że „jeszcze nie tym razem ale już blisko”.
Narrację, którą zaproponował Kaczyński i jego otoczenie po rozprawie z „opozycją wewnętrzną” i wypączkowaniu jej w formie PJN-u, „kupowałem” a właściwie „kupuję” z oporami i niemałym wysiłkiem. I tylko na tej zasadzie, że trafia do mnie ta wersja, wedle której Smoleńsk jest rzeczą ogromnej wagi, której poniechać nie wolno a pominięcie go w tamtej kampanii było grzechem fundamentalnym.
Jeśli zdecydowałem się tak to widzieć to zastrzegam, że „kupić” wersji, że „mamy o Smoleńsku nie mówić” nie będę być może w stanie oraz przyjąć jej za sensowną i, tym bardziej za logiczną. Bo dramatyczne wydarzenia „tąpnięcia” PiS-u czyni ona absurdalnymi i pozbawionymi sensu. Stając się woda na młyn (qrka, brzmi jak bym pisał o „odwetowcach z Bonn”…) tych, którzy po pierwsze podkreślają nieszczerość słów i czynowe Jarosława Kaczyńskiego a po drugie twierdzą, że przez niego i bliskich mu polityków Smoleńsk jest traktowany instrumentalnie.
Ta nieszczerość. o która może być oskarżony lider PiS to nie tylko kwestia kolejnej „zmiany twarzy” na bardziej łagodną. Zmiany, której pewnie zbyt wielu wyborców nieprzekonanych i tak nie weźmie poważnie a wyborcom przekonanym może ona nieco „zabełtać” w głowach. Pamiętam dyskusję o tym, że tak naprawdę mniej wiarygodny PiS był w poprzedniej kampanii właśnie z powodu zaniechania sprawy Smoleńska.
Zarzut, który można postawić dotyczy też i słów samego Prezesa, który powoływał się na sławne „proszki” wzbraniając się przed oddaniem sprawiedliwości twórcom tamtej kampanii. A przy tym i ludzi, którzy, jeśli Prezes faktycznie miał poprzednio ograniczona percepcje, wtedy przekonali go, że było źle, a teraz próbują mów wmówić, że dokładnie to samo to będzie dobrze. Kupy się to zaiste nijak nie trzyma.
Ja, przyznam, konsekwencję lubię. Do tego stopnia, że potrafię nawet cenić kogoś, kto wedle mej oceny postępuje niewłaściwie ale konsekwentnie i bez oznak chwiejności. Jej brak zaś poczytuję za oznakę braku pewności albo skłonność do niezbyt pięknego kombinatorstwa.
Czy zatem przywołane doniesienia „Rzeczpospolitej” odbieram jako sygnał negatywny. Absolutnie nie. Przede wszystkim dlatego, że jednak nikt z nazwiska przy takim twierdzeniu nie figuruje. Przywołany przez „Rzeczpospolitą pan poseł Jarosław Zieliński zauważył jedynie, ze PiS ma Polakom coś do powiedzenia nie tylko w kwestii katastrofy ale też i w innych.
„– PiS nie jest partią jednego, smoleńskiego tematu, jak próbuje się nam wmówić […] – Będziemy więc przedstawiać opinii publicznej naszą opinię na temat sytuacji w różnych dziedzinach życia i wskazywać, co zostało zrobione źle.”*
Ale nawet gdyby tak było, że mamy do czynienia z kombinowaniem, kalkulowaną „zmiana twarzy” i wyborczą zagrywką to i w tym doszukiwałbym się pozytywów. W każdym razie jednego, którego brak był dla mnie powodem sporego zawodu po 4 lipca. gdyby bowiem okazało się że Jarosław Kaczyński czy też jego otoczenie w taki sposób szuka nowych sposobów na kampanię, znaczy, że… myśli poważnie o wygranej i o nią a nie o jakiś tam dwudziestoprocentowy, sejmowy byt zamierza walczyć.
Być może to, o czym pisze „Rzeczpospolita” to faktycznie jakieś nowe przymiarki do kampanii, wynikające z nagłego załamania pozycji Platformy. I nadziei na to, że gdzieś pomiędzy Marcinem Mellerem, byłym wyborcą PO a obecnym elektoratem PiS są jeszcze do wzięcia jakieś pokłady poparcia.
Co z tego wyjdzie nie wiem. I z mą oceną wstrzymuje się do momentu, w którym się dowiem. To wygodne, ale trudno, bym nie postawił na wygodę osądu w sytuacji, w której wszystko opiera się jednak na jakichś „anonimowych posłach” i ich twierdzeniach. ja od lat mam problemy nawet z tym, co posłowie mówią otwarcie i całkiem nie anonimowo więc proszę się mej ostrożności nie dziwić. Ale jakby co, zaznaczam, że… nie miałbym nic przeciwko temu. Konsekwentnie od czasów minionej kampanii.
* http://www.rp.pl/artykul/15,612464_Ani-slowa-o-Smolensku.html
Etykiety:
PiS,
Wybory 2011
poniedziałek, 24 stycznia 2011
„Żywy stąd nie wyjdzie …” (wybory 2011)
Tytuł miał brzmieć „Tratwa Meduzy” ale musiałbym znaczną część tekstu poświecić na objaśnienie tego skojarzenia. Ufny w inteligencję czytelników pozwolę sobie zdjąć z siebie ten obowiązek.
„- Nie wiem co o tym sądzisz ale jak tak dalej będzie to trzeba pomyśleć nad wyjazdem z tego kraju”
- Z naszego…
- Jeśli chcesz to możesz mówić że twój ale za mnie nie mów”
To fragment mojej rozmowy z moją przyjaciółką. By było jasne nie miała ona miejsca w czasach gdy większości zrobiło się duszno od rządów PiS lecz w ostatnia niedzielę. Nie bez przypadku rozmawialiśmy właśnie o tym, że nie da się żyć. Według niej nie da się i nic nie wskazuje by to się zmieniło.
O wyborach nie rozmawialiśmy. To w ogóle jest teraz problem by z kimś pogadać o zbliżającej się elekcji. Nikt nie chce. I nie chce nawet powiedzieć czemu. Mogę domyślać się tylko, że pierwszym powodem jest obawa o konieczność przyznania się do swoich minionych preferencji wyborczych i na dodatek wytłumaczenia się z nich. Dla wielu byłoby to zadanie ponad siły. Druga przyczyna jest obawa. Taka bardziej ogólna, wykraczająca poza problem dobrego (właściwego) i złego wyboru. Sprowadzająca się do coraz mocniejszego przekonania, że dobrego po prostu nie ma.
Myślę, że umoszczone na naszej scenie politycznej siły jak również te, które się moszczą z zapałem zdają sobie sprawę z poziomu pesymizmu potencjalnych wyborców. szczególnie zaś tych, który mogliby w ostatecznym rozrachunku odegrać rolę „języczków u wagi” czyli tak zwanego „wyborcy niezdecydowanego”. O głos tego wyborcy stoczona zostanie wojna jakiej być może jeszcze przy żadnych wyborach nie oglądaliśmy.
„Wybory? Stary, to będzie rzeźnia! Ja się na to raczej nie piszę…” – dobiegło mnie również wczoraj zza stolika usytuowanego po sąsiedzku gdy konsumowałem swój niedzielny obiad „na mieście”. Te trafną w moim przekonaniu wróżbę wygłosił człowiek, którego określiłbym jako młodego, wykształconego i nieźle sytuowanego przedstawiciela klasy średniej.
Będzie „rzeźnia”. Bo czemu miałoby jej nie być? Właściwie można przypuszczać, że najmniejszą chęć by „zabijać i dać się zabić” w jesiennym starciu wykaże lewica. Raz, że „na ten moment” nie może jeszcze liczyć na cud, który uczyniłby ją siłą z pierwszego szeregu. Jej największym atutem jest właśnie to, że wystarczy jej czekać oraz być łagodną jako bijący w oczy kontrast dla tych, którzy na ten luksus pozwolić sobie nie mogą. Poza tym od jakiegoś czasu przyzwyczajeni jesteśmy, że dla niej wynik rzędu kilkunastu procent to „niezaprzeczalny sukces”. Nadto w ostatnim czasie w tym ugrupowaniu jedyne rzezie wszczynali kolejni pretendenci do roli Brutusów. Po „sukcesie” Brutusa-Olejniczaka w wyborach warszawskich pewnie długo nikt następny Napieralskiemu nie zagrozi.
Pozostali nie mają wyjścia. Głowni rywale, dość niespodziewanie, znaleźli się na tym samym wózeczku. W obu przypadkach przegranej mogą nie znieść dotychczasowi wyborcy. Poza „żelaznym elektoratem” oczywiście. Ten zniesie wszystko gotów nawet na „budowę arki”. W gorszej sytuacji znalazła się dość niespodziewanie chyba partia rządząca bo jest obecnie na fali opadającej a takie coś powoduje i nagłą nerwowość, która nie służy zimnemu kalkulowaniu i kumuluje porażki. Tym bardziej prawdopodobne, że coraz trudniej będzie jej znaleźć jakiś racjonalny motyw przewodni kampanii. W tej samej rozmowie przy stoliku po sąsiedzku jeden z dyskutantów zastrzegł jak bardzo zdenerwuje się gdy mu znów wyjadą z tym jak to strasznie było za PiS.
A z PiS nie jest lepiej. Teoretycznie jest w bardziej komfortowej sytuacji takiego politycznego Małysza co to lepiej się czuje gdy goni przeciwnika niż gdy mu ucieka. Tylko, pozostając w klimacie sportowym, zdaje się że źle posmarowało. Ciekawy i przemawiający do mnie był punkt widzenia Ziemkiewicza, wedle którego PiS stracił z oczu wyborców bo robi sobie swoją, wewnętrzna kampanię w której elektoratem jest Prezes. I to jego ten i ów stara się przekonać, że jest najlepszym wyborem. Zanim się więc partia obejrzy i opamięta może być po sprawie.
Oczywiście czekam na obiecywane propozycje ale z doświadczenia wiem, że wystarczy jakaś „wrzutka” ze strony PO i znów wszystko będzie się kręcić wokół „zamachu w Smoleńsku”. Z korzyścią dla PO. Bo można się z tym serdecznie i fundamentalnie nie zgadzać ale smoleńska narracja przeciętnemu wyborcy już bokiem wychodzi. Razem z rządami PO. Taki paradoks do przemyślenia dla tego i owego.
Nie ma wątpliwości, że jak lwy i wilki zarazem w tej kampanii powalczą PJN i ruch zaparcia Palikota ( proszę mi wybaczyć ale nie umiem o tym poważnie skoro musze patrzeć co dnia na idiotyczny plakat Wodza ze skrzydełkami). Jeśli miałbym wróżyć to więcej spokoju wróżyłbym ugrupowaniu secesjonistów z PiS. Oni powinni wiedzieć, że jeśli już, są raczej melodią przyszłości i nastawić się, że teraz nawet i mogą „wziąć po dupie”. Jeśli tego nie kalkulują to cóż… małą maja wyobraźnię. Jeśli nie nastawią rodzących się struktur na to, że jeszcze nie teraz, to zawiedzone i oblizujące się smakiem oczekiwanych konfitur struktury rozpełzną się.
Ruch jest w sytuacji znacznie gorszej. Zbudowany na magii „dynamiki i sukcesu” po prostu nie może sukcesu nie odnieść! Bo magia wyparuje jak „suchy lód”- w okamgnieniu. Ta PiaRowska wydmuszka jest w stanie napełnić się jakąś treścią tylko pod wpływem sukcesu. Nawet naciąganego i dętego. Palikot postawił na takie zaplecze, dla którego nie ma czegoś takiego jak „dalsza perspektywa”. To fani zdradzający jedną wielbioną gwiazdę z następną, jeden ulubiony serial z kolejnym, jedną dziewczynę z fajniejszą. To gracze, którzy lubią przeskakiwać szybko albo jeszcze szybciej na następny poziom. jak ktoś ich zechce zmusić by pe takli się jeszcze jakiś czas na tym samym to mu „faka” pokażą i tyle.
Został jeszcze PSL. Właśnie… Został. I zostanie.
A nas czeka wiele ciężkich tygodni. Proszę więc uzbroić się w cierpliwość i przyjąć do wiadomości, że nikt nie będzie brał jeńców. I żywy stąd nie wyjdzie…
„- Nie wiem co o tym sądzisz ale jak tak dalej będzie to trzeba pomyśleć nad wyjazdem z tego kraju”
- Z naszego…
- Jeśli chcesz to możesz mówić że twój ale za mnie nie mów”
To fragment mojej rozmowy z moją przyjaciółką. By było jasne nie miała ona miejsca w czasach gdy większości zrobiło się duszno od rządów PiS lecz w ostatnia niedzielę. Nie bez przypadku rozmawialiśmy właśnie o tym, że nie da się żyć. Według niej nie da się i nic nie wskazuje by to się zmieniło.
O wyborach nie rozmawialiśmy. To w ogóle jest teraz problem by z kimś pogadać o zbliżającej się elekcji. Nikt nie chce. I nie chce nawet powiedzieć czemu. Mogę domyślać się tylko, że pierwszym powodem jest obawa o konieczność przyznania się do swoich minionych preferencji wyborczych i na dodatek wytłumaczenia się z nich. Dla wielu byłoby to zadanie ponad siły. Druga przyczyna jest obawa. Taka bardziej ogólna, wykraczająca poza problem dobrego (właściwego) i złego wyboru. Sprowadzająca się do coraz mocniejszego przekonania, że dobrego po prostu nie ma.
Myślę, że umoszczone na naszej scenie politycznej siły jak również te, które się moszczą z zapałem zdają sobie sprawę z poziomu pesymizmu potencjalnych wyborców. szczególnie zaś tych, który mogliby w ostatecznym rozrachunku odegrać rolę „języczków u wagi” czyli tak zwanego „wyborcy niezdecydowanego”. O głos tego wyborcy stoczona zostanie wojna jakiej być może jeszcze przy żadnych wyborach nie oglądaliśmy.
„Wybory? Stary, to będzie rzeźnia! Ja się na to raczej nie piszę…” – dobiegło mnie również wczoraj zza stolika usytuowanego po sąsiedzku gdy konsumowałem swój niedzielny obiad „na mieście”. Te trafną w moim przekonaniu wróżbę wygłosił człowiek, którego określiłbym jako młodego, wykształconego i nieźle sytuowanego przedstawiciela klasy średniej.
Będzie „rzeźnia”. Bo czemu miałoby jej nie być? Właściwie można przypuszczać, że najmniejszą chęć by „zabijać i dać się zabić” w jesiennym starciu wykaże lewica. Raz, że „na ten moment” nie może jeszcze liczyć na cud, który uczyniłby ją siłą z pierwszego szeregu. Jej największym atutem jest właśnie to, że wystarczy jej czekać oraz być łagodną jako bijący w oczy kontrast dla tych, którzy na ten luksus pozwolić sobie nie mogą. Poza tym od jakiegoś czasu przyzwyczajeni jesteśmy, że dla niej wynik rzędu kilkunastu procent to „niezaprzeczalny sukces”. Nadto w ostatnim czasie w tym ugrupowaniu jedyne rzezie wszczynali kolejni pretendenci do roli Brutusów. Po „sukcesie” Brutusa-Olejniczaka w wyborach warszawskich pewnie długo nikt następny Napieralskiemu nie zagrozi.
Pozostali nie mają wyjścia. Głowni rywale, dość niespodziewanie, znaleźli się na tym samym wózeczku. W obu przypadkach przegranej mogą nie znieść dotychczasowi wyborcy. Poza „żelaznym elektoratem” oczywiście. Ten zniesie wszystko gotów nawet na „budowę arki”. W gorszej sytuacji znalazła się dość niespodziewanie chyba partia rządząca bo jest obecnie na fali opadającej a takie coś powoduje i nagłą nerwowość, która nie służy zimnemu kalkulowaniu i kumuluje porażki. Tym bardziej prawdopodobne, że coraz trudniej będzie jej znaleźć jakiś racjonalny motyw przewodni kampanii. W tej samej rozmowie przy stoliku po sąsiedzku jeden z dyskutantów zastrzegł jak bardzo zdenerwuje się gdy mu znów wyjadą z tym jak to strasznie było za PiS.
A z PiS nie jest lepiej. Teoretycznie jest w bardziej komfortowej sytuacji takiego politycznego Małysza co to lepiej się czuje gdy goni przeciwnika niż gdy mu ucieka. Tylko, pozostając w klimacie sportowym, zdaje się że źle posmarowało. Ciekawy i przemawiający do mnie był punkt widzenia Ziemkiewicza, wedle którego PiS stracił z oczu wyborców bo robi sobie swoją, wewnętrzna kampanię w której elektoratem jest Prezes. I to jego ten i ów stara się przekonać, że jest najlepszym wyborem. Zanim się więc partia obejrzy i opamięta może być po sprawie.
Oczywiście czekam na obiecywane propozycje ale z doświadczenia wiem, że wystarczy jakaś „wrzutka” ze strony PO i znów wszystko będzie się kręcić wokół „zamachu w Smoleńsku”. Z korzyścią dla PO. Bo można się z tym serdecznie i fundamentalnie nie zgadzać ale smoleńska narracja przeciętnemu wyborcy już bokiem wychodzi. Razem z rządami PO. Taki paradoks do przemyślenia dla tego i owego.
Nie ma wątpliwości, że jak lwy i wilki zarazem w tej kampanii powalczą PJN i ruch zaparcia Palikota ( proszę mi wybaczyć ale nie umiem o tym poważnie skoro musze patrzeć co dnia na idiotyczny plakat Wodza ze skrzydełkami). Jeśli miałbym wróżyć to więcej spokoju wróżyłbym ugrupowaniu secesjonistów z PiS. Oni powinni wiedzieć, że jeśli już, są raczej melodią przyszłości i nastawić się, że teraz nawet i mogą „wziąć po dupie”. Jeśli tego nie kalkulują to cóż… małą maja wyobraźnię. Jeśli nie nastawią rodzących się struktur na to, że jeszcze nie teraz, to zawiedzone i oblizujące się smakiem oczekiwanych konfitur struktury rozpełzną się.
Ruch jest w sytuacji znacznie gorszej. Zbudowany na magii „dynamiki i sukcesu” po prostu nie może sukcesu nie odnieść! Bo magia wyparuje jak „suchy lód”- w okamgnieniu. Ta PiaRowska wydmuszka jest w stanie napełnić się jakąś treścią tylko pod wpływem sukcesu. Nawet naciąganego i dętego. Palikot postawił na takie zaplecze, dla którego nie ma czegoś takiego jak „dalsza perspektywa”. To fani zdradzający jedną wielbioną gwiazdę z następną, jeden ulubiony serial z kolejnym, jedną dziewczynę z fajniejszą. To gracze, którzy lubią przeskakiwać szybko albo jeszcze szybciej na następny poziom. jak ktoś ich zechce zmusić by pe takli się jeszcze jakiś czas na tym samym to mu „faka” pokażą i tyle.
Został jeszcze PSL. Właśnie… Został. I zostanie.
A nas czeka wiele ciężkich tygodni. Proszę więc uzbroić się w cierpliwość i przyjąć do wiadomości, że nikt nie będzie brał jeńców. I żywy stąd nie wyjdzie…
Subskrybuj:
Posty (Atom)