Taki serial mi wyszedł ostatnio. Trylogia właściwie z panem Radosławem Sikorskim w roli głównej. W tekście poprzednim zauważyłem pewną, poczyniona ostatnio nielogiczność, zarówno z punktu widzenia interesów partii rządzącej jak też, co zdecydowanie bardziej istotne i chyba niedopuszczalne, naszego państwa. Oto w moim odczuciu absolutnie bezsensownie na czele ekipy sposobiącej Platformę Obywatelska do zbliżających się wyborów postanowiono (zgaduje kto) usadowić właśnie urzędującego aktualnie Ministra Spraw Zagranicznych. Bezsensem wedle mej oceny jest to, że tę odpowiedzialną i bez dwóch zdań pracochłonna funkcję powierzono Sikorskiemu w tym samym niemal czasie gdy rządząca ekipa (z tymże Sikorskim) szykuje się do objęcia prezydencji w Unii. Prezydencji będącej bez dwóch zdań zadaniem w głownie dla naszej dyplomacji (którą, jakby ktoś nie pamiętał, kieruje pan Sikorski). Mamy wiec do czynienia z modelowa próba wciśnięcia temu wysokiemu urzędnikowi zbyt wielu srok do garści. Owo „zbyt wielu” piszę jako efekt wielomiesięcznej kontemplacji indolencji pana Ministra na niwie dyplomatycznej. I to indolencji w warunkach „normalnych” dla prowadzenia polityki zagranicznej.
Skąd więc to wyróżnienie pana Sikorskiego?
Albo jest to nadmierna wiara Platformy w kompetencje pana Ministra. Jest to możliwe bo ciągle jeszcze, mimo wszystko, uchodzi on za „cudowne dziecię” obecnej ekipy i „wielką nadzieję” partii rządzącej. Mimo wszystko…
Może to być też skutek „efektu Nowaka”. Może jest tak, że nikt z PO- wskiej czołówki nie wyraził zainteresowania tym ryzykownym zadaniem i padło na pana Radosława, który, jako neofita, odmówić nie śmiał. Pewne elementy tej teorii jeszcze nam się później przydadzą…
Może być wreszcie i tak, że jak mawiała babcia Kowalska, tłumacząc irracjonalne czy tam niezrozumiałe zachowanie swoich indyków( mój tekst z sierpnia 2008 r. pt „Michał Boni i indyki babci Kowalskiej” – absolutnie nie do znalezienia obecnie :)…), to wszystko z czystej głupoty.
Może i tak.
Jednak ja mam pewnie podejrzenia, czyniące to wszystko ciągiem działań i decyzji racjonalnych wręcz do bólu.
Nie wiem na ile w tym racji ale słychać czasem ostatnio głosy komentatorów i tak zwanych „znawców”, iż w osobie pana Ministra Sikorskiego upatrywać należy następcy obecnego przywódcy. W partii i wszędzie indziej gdzie obecny przywódca aspirował. ponieważ ta opinia nie została dotąd w żaden sposób ani potwierdzona ani wyartykułowana przez obecnego przywódcę, możliwym jest, że usłyszał on ja tak jak i ja, z ust komentatorów i tak zwanych „znawców”. I zareagował na nią tak, jak dotąd reagował w stosunku do kolejnych „pewnych następców”. Czyli pozbywając się problemu. Czasem zaś pozbywając się problemu wraz z „potencjalnym następcą”. Rzec by można iż historia Platformy Obywatelskiej to pole bitwy, na którym bieleją kości kolejnych konkurentów obecnego przywódcy.
Jeśli podążam właściwym tropem, rzecz ma się następująco. Oto Donald Tusk, który właśnie sparzył się nieco na relacjach z niedoszłym „dozorca żyrandola, dziś zaś pełna gęba Prezydentem RP, postanowił na przyszłość dmuchać na zimne. I gdy tylko ujawnił się jakiś tam polityczny potencjał pana Radosława, zdecydował go spacyfikować. Oczywiście skrajną głupota byłoby na kilka miesięcy przed wyborami rozpętywać choćby nawet malusią „noc długich noży”. Tedy postanowił załatwić pana Radosława własnymi rękami owegoż samego „delfina”. Wrobił go w dwa potężne zadania, które w kumulacji są nie do wykonania nawet dla kogoś i sto razy sprawniejszego od pana Radosława. Na którymś musi się więc pan Minister pośliznąć i wywinąć takiego orła, że aż zadudni. Wlepiając panu Radosławowi odpowiedzialność za kampanie PO wręczył mu obecny przywódca coś w rodzaju niezawodnych, baśniowych „kijów samobijów”. I te już, już, wyłomocą panu Ministrowi grzbiet.
Dziś wszak wiadomo, że każdy wynik PO będzie porażką. Szczególnie jeśli się zechce go tak właśnie przedstawić. No chyba żeby pan Sikorski (w co najszczerzej wątpię) okazał się „cudotwórca II” i poprawił wynik z poprzedniej parlamentarnej elekcji. tylko wtedy by uratował twarz ( tę drugą twarz…). W innych przypadkach zawsze „zamoczy”. Jeśli uzyska wynik gorszy, ale wygra, dostanie mu się za to, że nie będzie PO rządzić samodzielnie. Jeśli wygra minimalnie i będzie musiała żebrać o koalicje, zapłaci za to właśnie upokorzenie. Jeśli wreszcie zajmie choćby i zaszczytne, ale drugie miejsce, wiadomo…
Plan genialny!
Oczywiście można próbować tłumaczyć, że jest to strategia bardzo spójna, polegająca na uczynieniu z prezydencji „lokomotywy” kampanii. Nie bądźmy naiwni. Przeciętnego Polaka polityka zagraniczna obchodzi pewnie mniej niż ginąca Wielka Rafa Koralowa. I bez dwóch zdań wqrwi się jak mu ktoś przy rosnącej drożyźnie i inflacji, przy benzynie za sześć zyla zacznie klarować jaką to jesteśmy straszliwą potęgą na niwie stosunków międzynarodowych.
Tak to pan Radosław, obarczony zadaniem wykonalnym (bo nikt dziś nie da złamanego szeląga za wynik PO) będzie kolejną, najbardziej chyba spektakularna ofiara „dożynania watah”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorski. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 kwietnia 2011
Tak jakoś przypadkiem i mimochodem, chyba absolutnie wbrew intencjom najbardziej zainteresowanego, na pierwszy plan dyskusji politycznej wręcz wpycha się obecnie polityka zagraniczna naszego kraju.
Napisałem „wbrew intencjom” bo wpycha się w sposób i w formie, które mogą budzić spore wątpliwości co do profesjonalizmu osób, za tę kwestię odpowiadających. I tego, kto to wszystko osobiście ma w swej pieczy. Albo mieć powinien...
Po części owemu „profesjonalizmowi” naszej dyplomacji poświęciłem tekst wczorajszy znajdując dla naszego arcydyplomaty dość adekwatne określenie „damskiego boksera”. Oczywiście wzięło się ono z próby obarczenia odpowiedzialnością za poważny dyplomatyczny zgrzyt, jaki pojawił się ostatnio w stosunkach polsko - rosyjskich dwóch kobiet, które tym tylko podpadły panu arcydyplomacie, że w sposób uznany przez siebie za właściwy załatwiły sprawę, której nie umieli lub nie chcieli załatwić w żaden sposób podwładni arcydyplomaty.
Wiem, że w tej kwestii wielu, łącznie z arcydyplomatą, uważa zdecydowanie inaczej, czyli, że doszło do straszliwej prowokacji, w dodatku autorstwa osób trzecich, które z wiadomą tablicą i z inicjatywą wdów mają tyle tylko wspólnego, że im się nie podoba, iż została zdjęta i to w sposób, w jaki uczyniła to strona rosyjska.
Na chwilę pozwolę sobie odejść od zasadniczego tematu bo sprawa tablicy przypomina mi w pewnym. bardzo istotnym aspekcie, sprawę krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Znów mamy do czynienia z sytuacją, kiedy w atmosferze skandalu „przywraca się porządek prawny” choć można to było zrobić w sposób, który, owszem, byłby zapewne w jakiejś mierze politycznie kosztowny, ale nie budziłby tylu wątpliwości i pytań. Tak, jak w sprawie krzyża pytałem i pytam czemu „niezgodnie z prawem” krzyż zaczął funkcjonować dopiero po zwycięskich dla Komorowskiego wyborach prezydenckich, tak i teraz chciałbym wiedzieć czemu sprawa kontrowersji związanych z tablicą wyszła na jaw dopiero wraz z tą dyplomatyczną kompromitacją na dzień przed kolejnym „ocieplaniem stosunków”.
To, co w tytule ironicznie nazwałem, nawiązując do cholernie skutecznej „dyplomacji kanonierek” z przełomu XIX i XX wieku, jest właśnie miarą absolutnej beznadziei naszej dyplomacji. I rzeczywistej miary jej szefa. O prawdziwym formacie tego polityka a i pełnej tego formatu świadomości również wśród polityków jego własnej partii świadczy i to, że w czasie, w którym powinien on być wyjątkowo zajęty i skupiony na pracach swojego resortu, zostaje oddelegowany do „roboty partyjnej”. Czy nie jest dziwne, mało rozsądne albo nawet głupie, że w przededniu objęcia przez Polskę unijnej prezydencji szefa dyplomacji czyni się odpowiedzialnym za nadchodząca kampanię wyborczą? Oczywiście w żadnym wypadku! O ile ma się o jego kompetencjach takie zdanie, jakie mam ja. I uważa się, iż to, czy będzie on ślęczał nad prezydencją czy nie będzie, znaczenie ma żadne.
Trudno w związku z tym dziwić się wrażeniu, że faktycznie o kształcie naszej polityki zagranicznej w większym stopniu decydują hipotetyczne dwie wdowy i wiertarka niż konstytucyjny minister i sztab jego podwładnych.
Trudno tez dziwić się dość nieporadnym „wrzutkom medialnym” w rodzaju tej, która znalazłem dzisiaj na stronie „Dziennika”. Pod srogo brzmiącym tytułem „Dyplomatyczne rozgrywki o władzę nad rurociągiem północnym”anonsowanym na dodatek na stronie głównej jeszcze bardziej obiecująco „Delikatna gra Polski o kontrolę nad Gazociągiem Północnym”
i bardzo dość sugestywnym wprowadzeniem do materiału, z których wynika ni mniej ni więcej sugestia, że Polska jest o krok od przejęcia jakiejś części kontroli nad powstającym właśnie gazociągiem, mamy coś zdecydowanie mniej obiecującego. To mianowicie, że zgodnie z obowiązującym prawem unijnym (które jest jakie jest i żadnej dyplomacji tu nie potrzeba) obecni współwłaściciele i inwestorzy czyli Gazprom i EON nie będą mogli zarządzać już oddaną inwestycją (prawo nie pozwala by operator gazociągu był równocześnie producentem surowca) oraz to, że… będziemy wiedzieć ile gazu popłynie „Nord Stream”. Jak można przeczytać w materiale „W ten sposób polski rząd wiedziałby dokładnie, kiedy i w jakim zakresie wykorzystywany jest Nord Stream, ile Rosjanie wysyłają gazu do Niemiec tą drogą i czy przerzucają eksport z przebiegającego przez Polskę gazociągujamalskiego na północny.”*
Ten sukces polskiej dyplomacji, czyli uzyskanie wiedzy, że powstanie gazociągu północnego zmniejszy przesył rosyjskiego gazu przez Polskę, jest oczywisty dla każdego od momentu, gdy ów projekt został ujawniony. I jeśli faktycznie MSZ dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę, to jest chyba ostatnim uświadomionym.
To wszystko składa się na kilka smutnych wniosków. Pierwszy taki, że nasze upubliczniane co rusz nadzieje, związane z unijną prezydencja, najpewniej zostaną mocno zawiedzione. Drugi jest taki, że stanie się na nasze własne życzenie bo nie mamy nie tylko pomysłu ale i potrzeby stworzenia jakiejś sensownej koncepcji prezydencji. Trzeci wreszcie jest taki, że i tak nie ma to żadnego znaczenia bo prezydencja jest taką „nagrodą pocieszenia” mającą umilić niektórym fakt, że w rzeczywistości unijnej tak naprawdę nie mają wiele do powiedzenia.
A w takiej sytuacji faktycznie nie ma żadnego znaczenia, że naszą politykę zagraniczną w większym stopniu kształtują dwie zrozpaczone wdowy i wiertarka udarowa oraz to, że się „właściwego” ministra przesuwa z „odcinka zagranicznego” do tego, w czym jest sprawdzony. Do dożynania watah.
* http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/332152,dyplomatyczne-rozgrywki-o-wladze-nad-rurociagiem-polnocnym.html
Napisałem „wbrew intencjom” bo wpycha się w sposób i w formie, które mogą budzić spore wątpliwości co do profesjonalizmu osób, za tę kwestię odpowiadających. I tego, kto to wszystko osobiście ma w swej pieczy. Albo mieć powinien...
Po części owemu „profesjonalizmowi” naszej dyplomacji poświęciłem tekst wczorajszy znajdując dla naszego arcydyplomaty dość adekwatne określenie „damskiego boksera”. Oczywiście wzięło się ono z próby obarczenia odpowiedzialnością za poważny dyplomatyczny zgrzyt, jaki pojawił się ostatnio w stosunkach polsko - rosyjskich dwóch kobiet, które tym tylko podpadły panu arcydyplomacie, że w sposób uznany przez siebie za właściwy załatwiły sprawę, której nie umieli lub nie chcieli załatwić w żaden sposób podwładni arcydyplomaty.
Wiem, że w tej kwestii wielu, łącznie z arcydyplomatą, uważa zdecydowanie inaczej, czyli, że doszło do straszliwej prowokacji, w dodatku autorstwa osób trzecich, które z wiadomą tablicą i z inicjatywą wdów mają tyle tylko wspólnego, że im się nie podoba, iż została zdjęta i to w sposób, w jaki uczyniła to strona rosyjska.
Na chwilę pozwolę sobie odejść od zasadniczego tematu bo sprawa tablicy przypomina mi w pewnym. bardzo istotnym aspekcie, sprawę krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Znów mamy do czynienia z sytuacją, kiedy w atmosferze skandalu „przywraca się porządek prawny” choć można to było zrobić w sposób, który, owszem, byłby zapewne w jakiejś mierze politycznie kosztowny, ale nie budziłby tylu wątpliwości i pytań. Tak, jak w sprawie krzyża pytałem i pytam czemu „niezgodnie z prawem” krzyż zaczął funkcjonować dopiero po zwycięskich dla Komorowskiego wyborach prezydenckich, tak i teraz chciałbym wiedzieć czemu sprawa kontrowersji związanych z tablicą wyszła na jaw dopiero wraz z tą dyplomatyczną kompromitacją na dzień przed kolejnym „ocieplaniem stosunków”.
To, co w tytule ironicznie nazwałem, nawiązując do cholernie skutecznej „dyplomacji kanonierek” z przełomu XIX i XX wieku, jest właśnie miarą absolutnej beznadziei naszej dyplomacji. I rzeczywistej miary jej szefa. O prawdziwym formacie tego polityka a i pełnej tego formatu świadomości również wśród polityków jego własnej partii świadczy i to, że w czasie, w którym powinien on być wyjątkowo zajęty i skupiony na pracach swojego resortu, zostaje oddelegowany do „roboty partyjnej”. Czy nie jest dziwne, mało rozsądne albo nawet głupie, że w przededniu objęcia przez Polskę unijnej prezydencji szefa dyplomacji czyni się odpowiedzialnym za nadchodząca kampanię wyborczą? Oczywiście w żadnym wypadku! O ile ma się o jego kompetencjach takie zdanie, jakie mam ja. I uważa się, iż to, czy będzie on ślęczał nad prezydencją czy nie będzie, znaczenie ma żadne.
Trudno w związku z tym dziwić się wrażeniu, że faktycznie o kształcie naszej polityki zagranicznej w większym stopniu decydują hipotetyczne dwie wdowy i wiertarka niż konstytucyjny minister i sztab jego podwładnych.
Trudno tez dziwić się dość nieporadnym „wrzutkom medialnym” w rodzaju tej, która znalazłem dzisiaj na stronie „Dziennika”. Pod srogo brzmiącym tytułem „Dyplomatyczne rozgrywki o władzę nad rurociągiem północnym”anonsowanym na dodatek na stronie głównej jeszcze bardziej obiecująco „Delikatna gra Polski o kontrolę nad Gazociągiem Północnym”
i bardzo dość sugestywnym wprowadzeniem do materiału, z których wynika ni mniej ni więcej sugestia, że Polska jest o krok od przejęcia jakiejś części kontroli nad powstającym właśnie gazociągiem, mamy coś zdecydowanie mniej obiecującego. To mianowicie, że zgodnie z obowiązującym prawem unijnym (które jest jakie jest i żadnej dyplomacji tu nie potrzeba) obecni współwłaściciele i inwestorzy czyli Gazprom i EON nie będą mogli zarządzać już oddaną inwestycją (prawo nie pozwala by operator gazociągu był równocześnie producentem surowca) oraz to, że… będziemy wiedzieć ile gazu popłynie „Nord Stream”. Jak można przeczytać w materiale „W ten sposób polski rząd wiedziałby dokładnie, kiedy i w jakim zakresie wykorzystywany jest Nord Stream, ile Rosjanie wysyłają gazu do Niemiec tą drogą i czy przerzucają eksport z przebiegającego przez Polskę gazociągujamalskiego na północny.”*
Ten sukces polskiej dyplomacji, czyli uzyskanie wiedzy, że powstanie gazociągu północnego zmniejszy przesył rosyjskiego gazu przez Polskę, jest oczywisty dla każdego od momentu, gdy ów projekt został ujawniony. I jeśli faktycznie MSZ dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę, to jest chyba ostatnim uświadomionym.
To wszystko składa się na kilka smutnych wniosków. Pierwszy taki, że nasze upubliczniane co rusz nadzieje, związane z unijną prezydencja, najpewniej zostaną mocno zawiedzione. Drugi jest taki, że stanie się na nasze własne życzenie bo nie mamy nie tylko pomysłu ale i potrzeby stworzenia jakiejś sensownej koncepcji prezydencji. Trzeci wreszcie jest taki, że i tak nie ma to żadnego znaczenia bo prezydencja jest taką „nagrodą pocieszenia” mającą umilić niektórym fakt, że w rzeczywistości unijnej tak naprawdę nie mają wiele do powiedzenia.
A w takiej sytuacji faktycznie nie ma żadnego znaczenia, że naszą politykę zagraniczną w większym stopniu kształtują dwie zrozpaczone wdowy i wiertarka udarowa oraz to, że się „właściwego” ministra przesuwa z „odcinka zagranicznego” do tego, w czym jest sprawdzony. Do dożynania watah.
* http://gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/332152,dyplomatyczne-rozgrywki-o-wladze-nad-rurociagiem-polnocnym.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)