Nie dziwię się temu, co tak poruszyło wczoraj opinię publiczną. Dziwię się raczej, że tę opinie publiczna poruszyło. Bo to takie oczywiste jeśli popatrzy się na te nerwowe ruchy.
Jeśli miałbym się czemuś dziwić to właśnie tym nerwowym ruchom. Świadczącym nie o pełnej świadomości sytuacji ale raczej tę sytuację kreującym.
I jeszcze dziwię się, że w rzeczywistości roku 2011 są ludzie potrafiący jak najpoważniej dokonywać takich porównań, w których pojawia się Piłsudski i to wcale nie jako niedościgły wzór.
Od wczoraj na paskach różnych (najczęściej zaprzyjaźnionych) telewizji przesuwa się dla wielu szokująca wiadomość, że Premier nie wyklucza a nawet uważa za prawdopodobną możliwość wyborczej wygranej partii jego głównego adwersarza. Zapewne intencją polityka było zaprezentowanie się jako człowiek, który trzeźwo osądza otaczająca go rzeczywistość i potrafi wyciągać z niej wnioski. Niby słusznie ale jednak…
Zacznijmy od rzeczy fundamentalnej. Od tego, czemu to ów szef opozycji miałby wygrać wybory. Gdyby prześledzić fabułę wszelkich powieści Premiera, których ostatnio namnożyło się jak syryjskich chomików, to należałoby uznać, ze szef opozycji przegra bo szefowi rządu wszystko wychodzi jak ta lala. Właściwie prawie wszystko bo nie poradził sobie ze spiskiem biurokratów, którzy, na złość Premierowi chcącemu racjonalizować, wzięli i się masowo pozatrudniali.
Ciężka dola Premiera przypomina mi anegdotę o Temistoklesie spieszącym się na Agorę, gdzie miał się odbyć rutynowy ostracyzm. Zaczepił go niepiśmienny ale zaopatrzony w obywatelskie prawa chłopak i poprosił, by ten napisał mu na skorupce imię „Temistokles”. Nierozpoznany, wybitny polityk ateński spełnił prośbę ale zaraz zapytał jaki jest powód takiego wyboru. Młodzieniec odpowiedział, że wszędzie i od wszystkich słyszy jaki ten Temistokles jest wspaniały i ma już tego dość.
Słowem Kaczyński może wygrać bo Taki wspaniały ten Tusk że się obywatelom może zachcieć rzygać od tych słodkości i dostatków.
Poważnie zaś mówiąc, jeśli miałbym oceniać trzeźwo ostatnie posunięcia samego Tuska oraz tych, którzy uparli się dociągnąć do mety jak ongiś sędziowie i widzowie Pietra Dorando podczas maratonu w Londynie, to mi wychodzi z tego głęboka niewiara szefa rządu w swoje osiągnięcia oraz w to, że, jeśli rzeczywiście są, potrafią się same obronić.
Pamiętam choćby, gdy obecny Premier nie miał jeszcze powodów, by spać niespokojnie, przypominał nie jeden raz zauważoną przez kogoś prawidłowość, wedle której ten, kto ma telewizję publiczną, przegrywa wybory. Mamy rok wyborczy i telewizję w rękach partii Premiera. Nadto zdobytą w sposób, który jemu samemu zamknąć musi usta przed krytykami odnoszącymi się do „zawala szczania mediów”.
Mamy wreszcie niekończący się serial prasowy no i ostatnie przekonywanie artystów.
Coś chyba jest na rzeczy w tym, o czym mówiła prof. Staniszkis gdy widziała w oczach Premiera strach. Jak wiadomo strach do najlepszych doradców nie należy.
Wbrew pozorom nie jest tak, że społeczeństwo jest niewolnikiem mediów. W jakimś stopniu z pewnością ale o ile odnosi się to do wielu spraw, wątpliwe, by dotyczyło też tego, co politycy sądzą o swoich osiągnięciach i sukcesach. Złudnym więc może być przekonanie, że im więcej pogadanek pokazujących przeróżne osiągi wygłosi się w gazetach i telewizjach tym bardziej Naród będzie zakochany. Nie będzie.
Nie będzie choćby dlatego, że się Narodowi te pogadanki jakoś rozjeżdżają z tym, co spotykają na co dzień tak samo, jak im się różne „Magdy M” i „Brzydule” rozjeżdżają z ich osobistym, takim zdecydowanie bardziej szarym życiem.
Można oczywiście przyjąć, że taktyka tłumaczenia obywatelom co się z takim wysiłkiem i takim staraniem udało im dać w prezencie, jest taktyką poprawną. Bo przecież obywatel świadomy to wartość zdecydowanie pełniejsza niż obywatel świadomości pozbawiony. Tyle, że wartością najpewniejszą jest obywatel świadomy bez konieczności żadnych pogadanek serwowanych mu ze wszelkich możliwych źródeł.
W moim odczuciu ta taktyka, wyglądająca na pierwszy rzut oka tak, że oto się Premier wkurzył, pod nosem powiedział sobie „no dobra, skoro, qurna, nie pojmujecie to wam wyłożę jak krowie na rowie” i ruszył by wyjaśniać, to coś zupełnie innego.
Pamiętam sprzed kilku lat scenkę podpatrzoną w uniwersalnym dla takich sytuacji sztafażu polskiej służby zdrowia. W długaśnej kolejce do rejestracji doszło do kłótni o to, jak zracjonalizować tę procedurę. Kłótnia podzieliła kolejkę na jednego pana i cała resztę przy czym tak naprawdę 90% wymiany zdań nie polegała na forsowaniu rozmaitych pomysłów bo w takiej proporcji ów pan nie miał oczywiście szans, lecz na tłumaczeniu tego pana całej reszcie, że on chciał, żeby było lepiej. Szkoda mi było tego zacięcia gościa, marnowanego na coś, co do niczego nie prowadziło poza coraz większą niechęcią pozostałych.
I tak mi teraz wygląda Premier, który w okolicznościach zbliżających się wyborów ewakuuje się z realnej polityki na rzecz wirtualnego bytu medialnego. I w dodatku robi to w skali, która stoi w krzyczącej wręcz opozycji do jego wcześniejszej powściągliwości. Wręcz nachalnie.
Wiem, że obroną Tuska może być wskazanie, że takie są reguły roku wyborczego. Tyle, że wszystko powinno się podawać w strawnych proporcjach. Jak wiadomo człowiek to istota, która ma w sobie, zapewnie jeszcze nie odkryty, gen przekory i im częściej słyszy o tym, jaki ktoś jest wspaniały, mądry i sprawny tym bardziej myśli sobie na to „a takiego!”
W przypadku Tuska ten kontrast między tym, co było i w tym, co jest uderza szczególnie jeśli pamięta się jego dawną manierę odpowiadania półgębkiem, z ledwie skrywaną irytacją na głosy krytyki kierowane pod adresem jego partii, rządu i jego samego.
To nagłe otwarcie na media, mające wymiar istnej pielgrzymki po redakcjach, wygląda raczej na coś innego niż jakaś przemyślana, przedwyborcza strategia informacyjna. To raczej taka próba zaklęcia rzeczywistości, która nagle, z powodów najwyraźniej niepojętych dla Premiera, zaczęła wymykać się władzy spod kontroli. Takie gwałtowne bieganie po znajomych i tłumaczenie, że „to nie tak jak myślisz”. Tak zachowuje się ktoś, kto przestaje być racjonalny i liczy już tylko na cud.
Jeśli więc pan Tusk twierdzi, iż nie wyklucza takiej możliwości, że opozycja wygra wybory, to ja odbieram te słowa jako strach przed tym, że tak się faktycznie może stać i przekonanie, że jakiś ktoś, obywatele, wyborcy itd., na to nie pozwoli. Zaś to, że z tym strachem się tak ostentacyjnie obnosi, pokazuje, jak ten strach jest potężny. Że to suma wszystkich strachów, które na siebie tymi czterema latami sprowadził.
Z całą świadomością nie skomentowałem spotkania Premiera z artystami. Raz, że inni już to zrobili, jak mniemam, znacznie lepiej. Dwa, że to tylko słowa.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO Tusk dorobek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PO Tusk dorobek. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 marca 2011
czwartek, 27 stycznia 2011
„Duszno”- fotoplastykon (10 lat PO w stronniczych obrazach)
Pamięć ludzka jest zawodna. Przejawia się to najczęściej wypieraniem tych wspomnień, które mogłyby przynieść nam wstyd albo nawet jakiś stopień obrzydzenia do naszych zaszłych postępków albo tez gloryfikowaniem czynów, które nie do końca na to zasługują.
Pamięć ludzka nie jest tez kryształowo uczciwa. Innym potrafi zapamiętać głownie to, czego wstydzą, co chcą ukryć i sami ochoczo wyrzucają to z pamięci. Ale może dzięki temu w ogóle da się zapisać historię z jakąś tam zawartością prawdy.
Obchodzone jakoś tak chyłkiem i bez jakiegoś choćby śladowego patosu (dziwne, skoro mamy do czynienia z dziełem „brylantu” danego nam przez Boga raz w tysiącleciu) dziesięciolecie istnienia dominującej na naszej scenie partii zapamiętałem w formie tworzącego jakiś przypadkowy bo nie koniecznie logiczny czy nawet chronologiczny ciąg układu obrazków, upchniętego w jakąś część mej pamięci.
Zaczęło się od entuzjazmu, którego kulminacją było trzech facetów nad tłumem w trójmiejskiej (do dziś nie mam pojęcia czy to Gdańsk czy granica z Sopotem…) Olivii. Dałem się nieco, choć bez zbytniej przesady, ponieść nadziei. Ale już przyglądając się upychaniu mających wziąć kurs na Olivię autokarów sporo z tej odrobiny straciłem widząc kto się upycha a jeszcze bardziej kto upycha.
Następny obrazek pochodzi też z imprezy masowej. Miało już wtedy być „przepięknie” i w ramach upiększania naszej demokracji odbyły się wewnątrzpartyjne „prawybory”. Pamiętam je w postaci tłumu, w którym znaczna część „prawybierających” chwiała się na nogach i pachniała… dniem wczorajszym. I efekt w postaci mego ulubionego politycznego triku (bez względu na to, kto go robi) uznanie „prawyborów” za niebyłe.
Zaraz po tym do głowy przychodzi mi przepiękna walka Bogusława Sonika w Parlamencie Europejskim o kształt „deklaracji oświęcimskiej”. Tym piękniejsza, że inne zdanie na temat naszej postawy miał uważany za „giganta” i „europejski autorytet”, z którym liczą sie wszyscy, Bronisław Geremek kładący znacząco palec na ustach i sugerujący byśmy milczeli bo po co iść pod prąd „wielkim” i ich jeszcze zdenerwować. A Sonik wygrał. Inna sprawa, że później dostał osobliwe podziękowanie za to od własnej partii.
Kolejna scena to zawód i brak zrozumienia gdy panowie z PO z zaciśniętymi ustami kończyli negocjacje w sprawie PO-PiS-u. Nie pojmowałem i do dziś nie pojmuję tych zaciśniętych ust Rokity zważywszy na zaproponowane warunki i… na to gdzie teraz Rokita jest. A właściwie gdzie go nie ma.
Dalej pamiętam, zakopane teraz głęboko, z żalem zapewne, że nie da się tego wymazać w ogóle, słowa Donalda Tuska wyjaśniające do czego mogą Polakom przydać się pochodnie. te same, które dziś wedle niego mogą jedynie cos podpalić. Widać wtedy, za czasów PiS pochodnie bywały jakieś inne. Takie bezpieczniejsze niż dziś, gdy rządzi PO.
Kolejny obrazek to cos, co wbrew powszechnemu przekonaniu, w tyle pozostawia amatorszczyznę Lipińskiego i Mojzesowicza nagabujących Beger i obiecujących jakieś tam profity. Mam na myśli deal, który, choć dla PO nie był udany, i tak kosztował państwo wywalone w błoto miliony jeśli nie miliardy publicznych pieniędzy. Pieniędzy, za które PO umyśliła sobie kupić (sobie! za publiczne!) lukratywne stanowisko. Wiem, że i to udało się jakoś zapluć i zamazać. A ja pamiętam ten deal z Giertychem gdy w zamian za idiotyczne „prorodzinne” becikowe dla wszystkich PO próbowała załatwić sobie poparcie dla zmiany prawa pozwalającego ominąć w Warszawie zarząd komisaryczny i przejąć władzę jeszcze przed upływem kadencji samorządu. Okazało się, że liberalna PO puściła się (mogłem właściwie napisać sprostytuowała się albo i nawet sqr***a) za bezdurno bo o ile Giertych swoje ugrał to ona już nie. A kasa w błoto i tak leci dzięki liberalnemu stosunkowi PO do tego i owego…
Wreszcie scena z Tomaszem Lipińskim. „Jeszcze będzie przepięknie”. I zaraz scena z chamską publicznością PO podczas debaty. Takie to „przepięknie” wtedy się rodziło. „Przepięknie” w postaci języka gorzelnika z Biłgoraja, speca od muszek z Łodzi i reżysera z Katowic.
Przepiękne było przewrotne zdecydowanie Tuska, który w sobotę „usuwał” Grada i rozmyślał się w środę.
Iście cudowny był „sprawdzian naszej uczciwości” czyli zamaszyste zamiatanie afery hazardowej przez Sekułę, Urbaniaka i Neumanna.
I bieganie wiceszefa tajnych służb w swej prywatnej sprawie do sądu z materiałami operacyjnymi pod pachą.
Przepiękne było „budujmy drogi” przed wyborami i wycinanie kolejnych odcinków planowanych dróg zaraz po nich.
Przepiękna była „polityka miłości” zakończona strzałami w Łodzi i wizyta z kwiatkami i batalionem ochroniarzy blokujących cały kwartał.
I wreszcie epilog. W chronologii będący gdzieś pomiędzy ale dla mnie będący końcem filmu. Kontrapunkt miedzy tłumami na Krakowskim Przedmieściu i tym, jak teraz jeden Polak potrafi nienawidzić drugiego. nawet nie znając go. To jest prawdziwa kwota rachunku za te dziesięć lat, które upływają.
Wiem, że dla wielu ta ekipa i jej szef to ewenement bo ma być pierwszym, który wygra drugą kadencję. Tym dla których to jest kryterium oceny proponuję by przerzucili głosy na przykład na koszykarzy Asseco Prokom Gdynia. Ci to dopiero zaliczyli kadencji!
Gdyby spytać „świadomego wyborcę PO” z jakiego powodu jest tym wyborcom to… Po co zadawać głupie pytania. I fundować komuś zator mózgu.
Na koniec jeszcze jeden obrazek. Korespondujący z moim wczorajszym tekstem o „sprawie Radwańskich” pokazującym panującą obecnie atmosferę. Duszną dość, choć pewnie „oddział geriatryczny” przy Prezydencie RP, który poprzednio głośno się na duszności skarżył, teraz odczuwa inaczej. Oto w 2007, gdy PO, już po zwycięstwie, kompletowała ekipę mającą nam zafundować obiecane „przepięknie”, pojawiły się głosy, że jedno ze stanowisk w rządzie zajmie pewien polityk z jakimś tam konkretnym, rządowym doświadczeniem lecz nie należący do PO. I nagle sprawa stała się niebyłą. Przeczytałem w lokalnej prasie ( w lokalnej „Wyborczej” bo polityk był z mego miasta) że stało się tak bo „jak dowiedzieliśmy się kim był, to nam włosy na głowie dęba stanęły”. Tak skomentował to jeden z działaczy Platformy. Cóż ten nieszczęśnik miał na sumieniu takiego, że aż tak ostro w PO zareagowano? Był esbeckim TW a może miał PZPR-owski rodowód albo tez brał udział w antysemickich nagonkach 1968 roku? A może choć wprowadził stan wojenny? Nie! Gdyby tylko to, nikt by mu poprzek kariery pewnie nie stawał. On miał na sumieniu to, że… był wiceministrem w rządzie Jana Olszewskiego!
Już wtedy ja, choć ze mnie tylko urzędnik niskiego szczebla i rząd Olszewskiego tylko w telewizji miałem okazję oglądać, poczułem jak mi duszno. I, kurcze, ciągle czuję…
Pamięć ludzka nie jest tez kryształowo uczciwa. Innym potrafi zapamiętać głownie to, czego wstydzą, co chcą ukryć i sami ochoczo wyrzucają to z pamięci. Ale może dzięki temu w ogóle da się zapisać historię z jakąś tam zawartością prawdy.
Obchodzone jakoś tak chyłkiem i bez jakiegoś choćby śladowego patosu (dziwne, skoro mamy do czynienia z dziełem „brylantu” danego nam przez Boga raz w tysiącleciu) dziesięciolecie istnienia dominującej na naszej scenie partii zapamiętałem w formie tworzącego jakiś przypadkowy bo nie koniecznie logiczny czy nawet chronologiczny ciąg układu obrazków, upchniętego w jakąś część mej pamięci.
Zaczęło się od entuzjazmu, którego kulminacją było trzech facetów nad tłumem w trójmiejskiej (do dziś nie mam pojęcia czy to Gdańsk czy granica z Sopotem…) Olivii. Dałem się nieco, choć bez zbytniej przesady, ponieść nadziei. Ale już przyglądając się upychaniu mających wziąć kurs na Olivię autokarów sporo z tej odrobiny straciłem widząc kto się upycha a jeszcze bardziej kto upycha.
Następny obrazek pochodzi też z imprezy masowej. Miało już wtedy być „przepięknie” i w ramach upiększania naszej demokracji odbyły się wewnątrzpartyjne „prawybory”. Pamiętam je w postaci tłumu, w którym znaczna część „prawybierających” chwiała się na nogach i pachniała… dniem wczorajszym. I efekt w postaci mego ulubionego politycznego triku (bez względu na to, kto go robi) uznanie „prawyborów” za niebyłe.
Zaraz po tym do głowy przychodzi mi przepiękna walka Bogusława Sonika w Parlamencie Europejskim o kształt „deklaracji oświęcimskiej”. Tym piękniejsza, że inne zdanie na temat naszej postawy miał uważany za „giganta” i „europejski autorytet”, z którym liczą sie wszyscy, Bronisław Geremek kładący znacząco palec na ustach i sugerujący byśmy milczeli bo po co iść pod prąd „wielkim” i ich jeszcze zdenerwować. A Sonik wygrał. Inna sprawa, że później dostał osobliwe podziękowanie za to od własnej partii.
Kolejna scena to zawód i brak zrozumienia gdy panowie z PO z zaciśniętymi ustami kończyli negocjacje w sprawie PO-PiS-u. Nie pojmowałem i do dziś nie pojmuję tych zaciśniętych ust Rokity zważywszy na zaproponowane warunki i… na to gdzie teraz Rokita jest. A właściwie gdzie go nie ma.
Dalej pamiętam, zakopane teraz głęboko, z żalem zapewne, że nie da się tego wymazać w ogóle, słowa Donalda Tuska wyjaśniające do czego mogą Polakom przydać się pochodnie. te same, które dziś wedle niego mogą jedynie cos podpalić. Widać wtedy, za czasów PiS pochodnie bywały jakieś inne. Takie bezpieczniejsze niż dziś, gdy rządzi PO.
Kolejny obrazek to cos, co wbrew powszechnemu przekonaniu, w tyle pozostawia amatorszczyznę Lipińskiego i Mojzesowicza nagabujących Beger i obiecujących jakieś tam profity. Mam na myśli deal, który, choć dla PO nie był udany, i tak kosztował państwo wywalone w błoto miliony jeśli nie miliardy publicznych pieniędzy. Pieniędzy, za które PO umyśliła sobie kupić (sobie! za publiczne!) lukratywne stanowisko. Wiem, że i to udało się jakoś zapluć i zamazać. A ja pamiętam ten deal z Giertychem gdy w zamian za idiotyczne „prorodzinne” becikowe dla wszystkich PO próbowała załatwić sobie poparcie dla zmiany prawa pozwalającego ominąć w Warszawie zarząd komisaryczny i przejąć władzę jeszcze przed upływem kadencji samorządu. Okazało się, że liberalna PO puściła się (mogłem właściwie napisać sprostytuowała się albo i nawet sqr***a) za bezdurno bo o ile Giertych swoje ugrał to ona już nie. A kasa w błoto i tak leci dzięki liberalnemu stosunkowi PO do tego i owego…
Wreszcie scena z Tomaszem Lipińskim. „Jeszcze będzie przepięknie”. I zaraz scena z chamską publicznością PO podczas debaty. Takie to „przepięknie” wtedy się rodziło. „Przepięknie” w postaci języka gorzelnika z Biłgoraja, speca od muszek z Łodzi i reżysera z Katowic.
Przepiękne było przewrotne zdecydowanie Tuska, który w sobotę „usuwał” Grada i rozmyślał się w środę.
Iście cudowny był „sprawdzian naszej uczciwości” czyli zamaszyste zamiatanie afery hazardowej przez Sekułę, Urbaniaka i Neumanna.
I bieganie wiceszefa tajnych służb w swej prywatnej sprawie do sądu z materiałami operacyjnymi pod pachą.
Przepiękne było „budujmy drogi” przed wyborami i wycinanie kolejnych odcinków planowanych dróg zaraz po nich.
Przepiękna była „polityka miłości” zakończona strzałami w Łodzi i wizyta z kwiatkami i batalionem ochroniarzy blokujących cały kwartał.
I wreszcie epilog. W chronologii będący gdzieś pomiędzy ale dla mnie będący końcem filmu. Kontrapunkt miedzy tłumami na Krakowskim Przedmieściu i tym, jak teraz jeden Polak potrafi nienawidzić drugiego. nawet nie znając go. To jest prawdziwa kwota rachunku za te dziesięć lat, które upływają.
Wiem, że dla wielu ta ekipa i jej szef to ewenement bo ma być pierwszym, który wygra drugą kadencję. Tym dla których to jest kryterium oceny proponuję by przerzucili głosy na przykład na koszykarzy Asseco Prokom Gdynia. Ci to dopiero zaliczyli kadencji!
Gdyby spytać „świadomego wyborcę PO” z jakiego powodu jest tym wyborcom to… Po co zadawać głupie pytania. I fundować komuś zator mózgu.
Na koniec jeszcze jeden obrazek. Korespondujący z moim wczorajszym tekstem o „sprawie Radwańskich” pokazującym panującą obecnie atmosferę. Duszną dość, choć pewnie „oddział geriatryczny” przy Prezydencie RP, który poprzednio głośno się na duszności skarżył, teraz odczuwa inaczej. Oto w 2007, gdy PO, już po zwycięstwie, kompletowała ekipę mającą nam zafundować obiecane „przepięknie”, pojawiły się głosy, że jedno ze stanowisk w rządzie zajmie pewien polityk z jakimś tam konkretnym, rządowym doświadczeniem lecz nie należący do PO. I nagle sprawa stała się niebyłą. Przeczytałem w lokalnej prasie ( w lokalnej „Wyborczej” bo polityk był z mego miasta) że stało się tak bo „jak dowiedzieliśmy się kim był, to nam włosy na głowie dęba stanęły”. Tak skomentował to jeden z działaczy Platformy. Cóż ten nieszczęśnik miał na sumieniu takiego, że aż tak ostro w PO zareagowano? Był esbeckim TW a może miał PZPR-owski rodowód albo tez brał udział w antysemickich nagonkach 1968 roku? A może choć wprowadził stan wojenny? Nie! Gdyby tylko to, nikt by mu poprzek kariery pewnie nie stawał. On miał na sumieniu to, że… był wiceministrem w rządzie Jana Olszewskiego!
Już wtedy ja, choć ze mnie tylko urzędnik niskiego szczebla i rząd Olszewskiego tylko w telewizji miałem okazję oglądać, poczułem jak mi duszno. I, kurcze, ciągle czuję…
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Głosuj na PO… PO co?! (opowieść przewrotna)
Dwa tylko powody mogłyby sprawić, że człowiek racjonalny w najbliższych wyborach poprze rządzące obecnie ugrupowanie kierowane przez obecnego Premiera Donalda Tuska. Pierwszy to ten, że po jednej kadencji świadomy wyborca dokonuje rozliczenia rządzących i wychodzi mu, że ci jak należy wywiązali się ze złożonych przed objęciem władzy obietnic. Drugi jest taki, że rządzący skutecznie i, co istotne, racjonalnie oraz wiarygodnie przekonają wyborców, że ewentualna alternatywa wyborcza to istny kataklizm przy którym oni, nawet zakładając ich wszelkie niedociągnięcia i niedoskonałości, jawią się jako prawdziwy oddech normalności i fachowości.
Rasowy polityk, taki polityczny „frajter”, gotowy wgryźć się zębami w ziemie by osiągnąć wyznaczone samemu sobie cele, bez namysłu wybrałby ten pierwszy sposób. Bo tak naprawdę tylko on jest w stanie przemówić do mądrego wyborcy.
Załóżmy więc przez chwilę, że właśnie na to za kilka miesięcy postawi ekipa Donalda Tuska. Szczerze przekonana zarówno do tego, co zrobiła, robi i chce robić jak i do tego, że na jej czele stoi ktoś na miarę Mieszka I i Kazimierza Wielkiego w jednym. Zbierze do kupki swe niezaprzeczalne osiągnięcia i uczyni z nich motyw przewodni kampanii. No dobra, dość kpin :). Bo co może zaproponować obywatelom? Stadion Narodowy? Orliki? Nie sądzę by to wystarczyło Narodowi jako dowód wybitnych kompetencji i wybitnej sprawności. Raczej jako powód do irytacji. Może więc efekty kolejnych „ofensyw legislacyjnych”? Bez żartów! Przecież jak się im z bliska przyjrzeć to przypominają one raczej sławne z frontu wschodniego II Wojny Światowej „wycofywanie się na z góry upatrzone pozycje”. Weźmy choćby takie „ustawy zdrowotne”. Były chyba elementami wszystkich kolejnych „ofensyw” i teraz można raczej sądzić, że pomogła by im raczej jakaś „wojna 30- letnia” niż kolejna „ofensywa” przeprowadzona przez rząd. Ostanie zdarzenia i wypowiedzi polityków przekonują raczej, że lepiej mieć nadzieję, iż rząd już do żadnej ofensywy się nie sposobi.
Prawdę mówiąc poza sławetnym i obśmianym tu i ówdzie pomysłem Ostachowicza z „500 budowami na 500 dni” rządowi i partii rządzącej nigdy za bardzo nie zależało by się czymkolwiek zbytnio chwalić. Perypetie niektórych dziennikarzy czy organizacji społecznych dowodzą nawet czegoś przeciwnego. Tego, że ekipa kilku rzeczy za nic nie chce nikomu pokazać ani ujawnić. Taka skromna…
Myślę, że przekonałem nawet najzatwardzialszych optymistów, że tą drogą pan Tusk i jego ekipa raczej nie pójdzie.
Pozostaje więc koncepcja druga. Nie bez podstaw przekonany jestem, że ta droga leży rządzącym politykom znacznie bardziej. I pewnie nie tylko ja. Nie tylko ja wszak oglądałem twórcze wcielanie w życie tego właśnie pomysłu na dialog polityczny przez minione… No tak. To już ponad pięć lat! Pięć lat wyjątkowej konsekwencji.
Ale dajmy spokój historii. Takie grzebanie się w tym, co minione nie jest ani modne ani za dobrze widziane. Bo przecież liczy się przyszłość. Albo, jak kto woli, „tu i teraz”. A „tu i teraz” można usłyszeć choćby coś takiego:
- Jeżeli zrobimy reformy i w wyniku tych reform do władzy dojdzie pan Kaczyński, to zapewniam, że żadnych reform nie będzie - oświadczył w TVN24 Stefan Niesiołowski (PO). Przyznał, że rząd wstrzymuje się od niektórych zmian ze względu na ich polityczne koszty. To komentarz do rad, jakie skierował do rządu prof. Leszek Balcerowicz. - Balcerowicz wskazał drogę, która w gruncie rzeczy prowadzi do scenariusza rozruchów ulicznych *
Tak więc nie będzie reform. Bo reformy to Kaczyński a Kaczyński to brak reform. Logiczne i spójne. No i do tego jeszcze reformy to Balcerowicz a Balcerowicz to uliczne rozruchy.
Prawdę mówiąc finezja pana Niesiołowskiego trzasnęła mną dosłownie o podłogę. Sam bym na takie proste tłumaczenia nie wpadł. Nawet gdyby przyszło szukać mi ich na potrzeby sześciolatków. Pewnie wyborców PO pan Niesiołowski ceni ciutkę niżej.
Do rozumowania pana Niesiołowskiego wrócimy jeszcze pod koniec bo z nich wynika puenta wymarzona. Póki co spróbujmy podumać jak bardzo nada się PO drugi sposób wyborczej narracji. Ten oparty wyłącznie na straszeniu Kaczyńskim i PiS-em.
Śmiem twierdzić, że ten, jak pewnie większość mogłaby sądzić, „samograj” jest dla PO dość niewygodny albo i niebezpieczny. Kampania wyborcza będzie dość długa i dość gorąca. Wymagać będzie raczej konkretnego przekazu niż ogólników. Na konkrety dotyczące dokonać, jak wcześniej napisałem, nie mamy co liczyć. Ale możemy oczekiwać, że PO zechce skonkretyzować zarzuty wobec PiS. Pal licho, że jak dotąd trochę z tym kłopotu. No bo ten dorsz i ten laptop. Choć w tym drugim przypadku jednak umorzono… Może być kłopot.
Ale co tam. Załóżmy, że jakoś sobie mniej czy bardziej składnie te zbrodnie PiS-u panowie i panie z PO uciułają. I wyjdą z tym przekazem do obywateli. Wyobraźmy sobie to tak:
Idzie jakiś obywatel, z wyglądu jak najbardziej podchodzący pod profil wyborcy PO (coś takiego pewnie jest). Startuje do niego takie wyborcze komando PO. Startuje z przekazem:
- Proszę zagłosować na PO. Jeśli kocha pan Polskę!
- No… kocham.
- To zagłosuje pan?
- A czemu?
Chwila konsternacji bo panom i paniom z PO wydawało się, że tyle starczy. Ale konsternacja mija szybko.
- A temu, że jak na nas pan nie zgłosuje, wygra Kaczyński.
- Taaaaa…? – mówi wyborca i czeka na kończącą agitację „melbę Ciapiega”, która wyprze z jego głowy wszelkie wątpliwości.
- No i wtedy będzie koniec Polski! – próbują panowie i panie z PO.
- Ot tak?! – wyborca zaczyna podejrzewać, że panowie i panie z PO mają go za idiotę – Zapadnie się z nagła?
- Noooo… Nie zapadnie. Ale PiS przecież, jak rządził (tu proszę o uwagę czytelnika bo to moment najistotniejszy!!!!) to zrobił to. I to też! No i jeszcze to! A zaraz po tym to i tamto!!! I, co pewnie pan pamięta, ze jeszcze to!!! No i o tym nie można zapomnieć!!!!
Na policzkach panów i pań z PO wystękują już nie tylko rumieniec ale takie sine plamy oznaczające lekkie niedotlenienie. No bo cały czas tak na wydechu…
Potencjalny wyborca patrzy na nich zaskoczony. Drapie się przez chwilę w głowę.
- Tyle zrobili? – pyta a panowie i panie z PO kiwają głową.
- Przez dwa lata? – upewnia się potencjalny wyborca. Panowie i panie z PO kiwają głowami jeszcze energiczniej.
Potencjalny wyborca myśli chwilę. Kręci głową.
- To oni nieźli byli! Aż tyle… W dwa lata… No, no, no…
I odchodzi. A panowie i panie z PO nie mają pojęcia co w sercu i głowie wynosi z tej agit – pogadanki.
Tak, panowie i panie z PO. Jak będziecie wyliczać wszystkie „zbrodnie” PiS to pamiętajcie, że w pewnym momencie wasz dorobek może się przy nich okazać dość mikry. Tym bardziej, że znaczna jego cześć zdaje się być wśród „NAJPILNIEJ STRZEŻONYCH TAJEMNIC III RZECZPOSPOLITEJ”! I jako taka nigdy zapewne nie dostąpi szczęścia bycia ujrzaną ludzkim okiem obywatela- wyborcy.
No dobra, pożartowaliśmy sobie. Teraz poważnie w kwestii tytułowej. Wróćmy szanowny racjonalny i myślący wyborco do słów pana posła PO Niesiołowskiego Stefana. Jeśli traktować je poważnie (a czemu ich tak nie traktować?) to możemy z nich wysnuć jasny wniosek, że reform, które fachowcy, inni niż z PO, uznają za konieczne, nie będzie nigdy! Bo z tej wypowiedzi wynika, że póki istnieje Kaczyński PO nie będzie robić żadnych reform. Tego wymaga wszak wedle Niesiołowskiego, dobro Polski i jej obywateli. A ponieważ na bycie lub nie bycie Kaczyńskiego ani Niesiołowski ani cala PO nie ma wpływu można uznać, że w pewnych, niesprzyjających mocno okolicznościach, w których Kaczyński będzie, będzie i za nic nie będzie chciał nie być, reform PO nie zrobi nigdy! A jak wiemy są one zapewne konieczne. Tedy po co głosować na PO skoro ona wprost przyznaje, że tego, co powinna, robić nie zamierza?
Zamiast marnować głos na stado Niesiołowskich z ich dziwną determinantą może lepiej wreszcie poszukać kogoś, kto swego działania nie uzależnia od tego, czy jest Kaczyński czy go nie ma. Zrób to świadomy i racjonalny wyborco. Nie głosuj na PO. Bo po co?
* http://www.tvn24.pl/-1,1688930,0,1,balcerowicz-wskazuje-droge-do-rozruchow-ulicznych,wiadomosc.html
Rasowy polityk, taki polityczny „frajter”, gotowy wgryźć się zębami w ziemie by osiągnąć wyznaczone samemu sobie cele, bez namysłu wybrałby ten pierwszy sposób. Bo tak naprawdę tylko on jest w stanie przemówić do mądrego wyborcy.
Załóżmy więc przez chwilę, że właśnie na to za kilka miesięcy postawi ekipa Donalda Tuska. Szczerze przekonana zarówno do tego, co zrobiła, robi i chce robić jak i do tego, że na jej czele stoi ktoś na miarę Mieszka I i Kazimierza Wielkiego w jednym. Zbierze do kupki swe niezaprzeczalne osiągnięcia i uczyni z nich motyw przewodni kampanii. No dobra, dość kpin :). Bo co może zaproponować obywatelom? Stadion Narodowy? Orliki? Nie sądzę by to wystarczyło Narodowi jako dowód wybitnych kompetencji i wybitnej sprawności. Raczej jako powód do irytacji. Może więc efekty kolejnych „ofensyw legislacyjnych”? Bez żartów! Przecież jak się im z bliska przyjrzeć to przypominają one raczej sławne z frontu wschodniego II Wojny Światowej „wycofywanie się na z góry upatrzone pozycje”. Weźmy choćby takie „ustawy zdrowotne”. Były chyba elementami wszystkich kolejnych „ofensyw” i teraz można raczej sądzić, że pomogła by im raczej jakaś „wojna 30- letnia” niż kolejna „ofensywa” przeprowadzona przez rząd. Ostanie zdarzenia i wypowiedzi polityków przekonują raczej, że lepiej mieć nadzieję, iż rząd już do żadnej ofensywy się nie sposobi.
Prawdę mówiąc poza sławetnym i obśmianym tu i ówdzie pomysłem Ostachowicza z „500 budowami na 500 dni” rządowi i partii rządzącej nigdy za bardzo nie zależało by się czymkolwiek zbytnio chwalić. Perypetie niektórych dziennikarzy czy organizacji społecznych dowodzą nawet czegoś przeciwnego. Tego, że ekipa kilku rzeczy za nic nie chce nikomu pokazać ani ujawnić. Taka skromna…
Myślę, że przekonałem nawet najzatwardzialszych optymistów, że tą drogą pan Tusk i jego ekipa raczej nie pójdzie.
Pozostaje więc koncepcja druga. Nie bez podstaw przekonany jestem, że ta droga leży rządzącym politykom znacznie bardziej. I pewnie nie tylko ja. Nie tylko ja wszak oglądałem twórcze wcielanie w życie tego właśnie pomysłu na dialog polityczny przez minione… No tak. To już ponad pięć lat! Pięć lat wyjątkowej konsekwencji.
Ale dajmy spokój historii. Takie grzebanie się w tym, co minione nie jest ani modne ani za dobrze widziane. Bo przecież liczy się przyszłość. Albo, jak kto woli, „tu i teraz”. A „tu i teraz” można usłyszeć choćby coś takiego:
- Jeżeli zrobimy reformy i w wyniku tych reform do władzy dojdzie pan Kaczyński, to zapewniam, że żadnych reform nie będzie - oświadczył w TVN24 Stefan Niesiołowski (PO). Przyznał, że rząd wstrzymuje się od niektórych zmian ze względu na ich polityczne koszty. To komentarz do rad, jakie skierował do rządu prof. Leszek Balcerowicz. - Balcerowicz wskazał drogę, która w gruncie rzeczy prowadzi do scenariusza rozruchów ulicznych *
Tak więc nie będzie reform. Bo reformy to Kaczyński a Kaczyński to brak reform. Logiczne i spójne. No i do tego jeszcze reformy to Balcerowicz a Balcerowicz to uliczne rozruchy.
Prawdę mówiąc finezja pana Niesiołowskiego trzasnęła mną dosłownie o podłogę. Sam bym na takie proste tłumaczenia nie wpadł. Nawet gdyby przyszło szukać mi ich na potrzeby sześciolatków. Pewnie wyborców PO pan Niesiołowski ceni ciutkę niżej.
Do rozumowania pana Niesiołowskiego wrócimy jeszcze pod koniec bo z nich wynika puenta wymarzona. Póki co spróbujmy podumać jak bardzo nada się PO drugi sposób wyborczej narracji. Ten oparty wyłącznie na straszeniu Kaczyńskim i PiS-em.
Śmiem twierdzić, że ten, jak pewnie większość mogłaby sądzić, „samograj” jest dla PO dość niewygodny albo i niebezpieczny. Kampania wyborcza będzie dość długa i dość gorąca. Wymagać będzie raczej konkretnego przekazu niż ogólników. Na konkrety dotyczące dokonać, jak wcześniej napisałem, nie mamy co liczyć. Ale możemy oczekiwać, że PO zechce skonkretyzować zarzuty wobec PiS. Pal licho, że jak dotąd trochę z tym kłopotu. No bo ten dorsz i ten laptop. Choć w tym drugim przypadku jednak umorzono… Może być kłopot.
Ale co tam. Załóżmy, że jakoś sobie mniej czy bardziej składnie te zbrodnie PiS-u panowie i panie z PO uciułają. I wyjdą z tym przekazem do obywateli. Wyobraźmy sobie to tak:
Idzie jakiś obywatel, z wyglądu jak najbardziej podchodzący pod profil wyborcy PO (coś takiego pewnie jest). Startuje do niego takie wyborcze komando PO. Startuje z przekazem:
- Proszę zagłosować na PO. Jeśli kocha pan Polskę!
- No… kocham.
- To zagłosuje pan?
- A czemu?
Chwila konsternacji bo panom i paniom z PO wydawało się, że tyle starczy. Ale konsternacja mija szybko.
- A temu, że jak na nas pan nie zgłosuje, wygra Kaczyński.
- Taaaaa…? – mówi wyborca i czeka na kończącą agitację „melbę Ciapiega”, która wyprze z jego głowy wszelkie wątpliwości.
- No i wtedy będzie koniec Polski! – próbują panowie i panie z PO.
- Ot tak?! – wyborca zaczyna podejrzewać, że panowie i panie z PO mają go za idiotę – Zapadnie się z nagła?
- Noooo… Nie zapadnie. Ale PiS przecież, jak rządził (tu proszę o uwagę czytelnika bo to moment najistotniejszy!!!!) to zrobił to. I to też! No i jeszcze to! A zaraz po tym to i tamto!!! I, co pewnie pan pamięta, ze jeszcze to!!! No i o tym nie można zapomnieć!!!!
Na policzkach panów i pań z PO wystękują już nie tylko rumieniec ale takie sine plamy oznaczające lekkie niedotlenienie. No bo cały czas tak na wydechu…
Potencjalny wyborca patrzy na nich zaskoczony. Drapie się przez chwilę w głowę.
- Tyle zrobili? – pyta a panowie i panie z PO kiwają głową.
- Przez dwa lata? – upewnia się potencjalny wyborca. Panowie i panie z PO kiwają głowami jeszcze energiczniej.
Potencjalny wyborca myśli chwilę. Kręci głową.
- To oni nieźli byli! Aż tyle… W dwa lata… No, no, no…
I odchodzi. A panowie i panie z PO nie mają pojęcia co w sercu i głowie wynosi z tej agit – pogadanki.
Tak, panowie i panie z PO. Jak będziecie wyliczać wszystkie „zbrodnie” PiS to pamiętajcie, że w pewnym momencie wasz dorobek może się przy nich okazać dość mikry. Tym bardziej, że znaczna jego cześć zdaje się być wśród „NAJPILNIEJ STRZEŻONYCH TAJEMNIC III RZECZPOSPOLITEJ”! I jako taka nigdy zapewne nie dostąpi szczęścia bycia ujrzaną ludzkim okiem obywatela- wyborcy.
No dobra, pożartowaliśmy sobie. Teraz poważnie w kwestii tytułowej. Wróćmy szanowny racjonalny i myślący wyborco do słów pana posła PO Niesiołowskiego Stefana. Jeśli traktować je poważnie (a czemu ich tak nie traktować?) to możemy z nich wysnuć jasny wniosek, że reform, które fachowcy, inni niż z PO, uznają za konieczne, nie będzie nigdy! Bo z tej wypowiedzi wynika, że póki istnieje Kaczyński PO nie będzie robić żadnych reform. Tego wymaga wszak wedle Niesiołowskiego, dobro Polski i jej obywateli. A ponieważ na bycie lub nie bycie Kaczyńskiego ani Niesiołowski ani cala PO nie ma wpływu można uznać, że w pewnych, niesprzyjających mocno okolicznościach, w których Kaczyński będzie, będzie i za nic nie będzie chciał nie być, reform PO nie zrobi nigdy! A jak wiemy są one zapewne konieczne. Tedy po co głosować na PO skoro ona wprost przyznaje, że tego, co powinna, robić nie zamierza?
Zamiast marnować głos na stado Niesiołowskich z ich dziwną determinantą może lepiej wreszcie poszukać kogoś, kto swego działania nie uzależnia od tego, czy jest Kaczyński czy go nie ma. Zrób to świadomy i racjonalny wyborco. Nie głosuj na PO. Bo po co?
* http://www.tvn24.pl/-1,1688930,0,1,balcerowicz-wskazuje-droge-do-rozruchow-ulicznych,wiadomosc.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)