poniedziałek, 19 stycznia 2015

Jak górnicy zdradzili Polskę



Kiedy zaczął się protest w Kompanii Węglowej, sympatia społeczeństwa wyraźnie się podzieliła. Jedyny ujawniony sondaż w tej sprawie wskazywał że zdecydowana większość Polaków (w każdym razie tych ankietowanych) była po stronie górników ale byli też tacy, którzy kibicowali pani Ewie Kopacz i jej ekipie oczekując, że „żadna ich złotówka” nie zostanie więcej wydana na nierentowną gałąź przemysłu. Zdawać by się mogło że te stanowiska nijak nie są w stanie zbliżyć się do siebie.
Kiedy przedstawicielom reprezentujących górników związków zawodowych udało się po pełnych napięcia dniach podpisać z rządem porozumienie, ta niemożliwa rzecz nieomal stała się faktem. I jedni i drudzy, sądząc z wypowiedzi na gorąco, uznali, że porozumienie godzi w interes Polaki.
O ile zwolennicy twardego kursu wobec górników konsekwentnie pozostali przy swoim, zdanie zmieniła część komentatorów trzymających wcześniej kciuki za protestujących. Zaczęto mówić o sprzedaniu się związkowców za gwarancje zachowania wygodnego dla nich status quo, o niewykorzystaniu przez górników szansy na to, by „zmienić Polskę” czy wręcz o zdradzie.
Trochę rozumiem te emocjonalne reakcje bo faktycznie wszystko zdawało się zmierzać do ogólnopolskiej, antyrządowej rewolty. Nie pamiętam po 1989 r. podobnie napiętej atmosfery. Nawet (tu taka „wrzutka” do ogródka zapiekłych antykaczystów) za czasów „duchoty” lat 2005 – 2007.  Skończyło się zaś na tej mitycznej czternastce i węglowym deputacie.
Narracja tych najbardziej „zdradzonych” przez górników opiera się na stwierdzeniu „myśmy was poparli a wyście załatwili tylko swoje”.
Może jest coś na rzeczy. Może faktycznie w interesie Polski było walczyć do końca. Tyle, że tak naprawdę, gdyby nie kompromis, sprowadzałoby się to na jakimś tam końcu górników, kopalń i górniczych miast jedynie.
Chcąc być uczciwym trzeba przyznać, że wówczas, gdy górnicy zjeżdżali pod ziemię zaczynając okupację i zapowiadając nawet akcje głodowe, ci, którzy mieli nadzieję na „polski majdan”, swe poparcie wyrażali głownie jeśli nie jedynie werbalnie. Tłukąc zapamiętale w klawiatury komputerów siedząc na „fejsie”, twitterze a w rzeczywistości w wygodzie swoich domów. No i będąc „za górnikami” jeśli akurat padł na nich los odpowiadania ankieterowi we wspomnianym sondażu.
Zatem czemu mieliby górnicy rezygnować z doraźnego być może tylko zapewnienia bezpiecznego bytu swoim rodzinom w imię uczynienia zadość naszym oczekiwaniom skoro my dla tych naszych oczekiwań nie byliśmy skłonni choćby ruszyć naszych dup wygodnie pousadzanych przed telewizorami czy ekranami monitorów?
W tym oczekiwaniu rewolty byliśmy całkowicie bierni. Przekonani chyba, że od wyciągania gorących kartofli z ognia to są właśnie ci z Brzeszczy czy z Bytomia.
Zdaję sobie sprawę, że to, co mnie zainteresowało w tym zakończonym niedawno konflikcie, dla innych pozostało chyba na drugim planie. A może nawet na tak odległym, że nie dało się zupełnie zauważyć. Tam, gdzie inni widzieli walkę polityczną i ekonomiczną, mnie zastanawiało głównie to, jaka jest kondycja naszej solidarności. Tej pisanej z małej litery i nie potrafiącej się już chyba objawić w postaci pisanej wielką literą i specjalna czcionką.
Tak mi się wydaje, że gdyby górnicy splunęli na rządowe kompromisy i w efekcie stracili te swoje nie tylko czternaste ale i pierwsze, drugie, trzecie i dwunaste pensje, my dalej siedzielibyśmy w swoich fotelach i tylko co najwyżej łatwiej by nam przychodziło znajdowanie coraz dosadniejszych słów oburzenia. Na żaden kolejny „sierpień” w styczniu 2015 r. stać by nas nie było. I nie byłoby żadnej trzeciej czy tam nawet czwartej „Solidarności” mimo tej naszej solidarności tak bardzo manifestowanej.
Na koniec, dla  przeciwwagi pesymistycznej wymowie tekstu dowcip. Kilka razy już przez mnie wykorzystany ale doskonale ilustrujący naszą rolę w śląskim konflikcie.
Indianie schwytali „bladą twarz” i przywiązali do pala męczarni odkładając na później zwyczajowe sprawienie nieszczęśnika. Kowboj, bo ta profesja parał się nieszczęśnik, świadom beznadziejności sytuacji, nagle usłyszał wewnętrzny głos. „Napnij mięśnie a więzy opadną”. Uczynił jak mu ów głos proponował i faktycznie zaraz był wolny. Ale tylko z więzów. „Rozejrzyj się a znajdziesz tam po lewej porzucony przez kogoś tomahawk”. Spojrzał w lewo i rzeczywiście. „Weź go i idź do największego namiotu w wiosce”. Wziął toporek i poszedł gdzie mu wewnętrzny głos kazał. W namiocie siedział jakiś gość. „To ich wódz” – poinformował go wewnętrzny głos. „Załatw go tomahawkiem”. Kowboj nie zastanawiał się długo i za chwile stał nad zwłokami wodza plemienia, które go pochwyciło i zamierzało zgładzić. „No teraz to masz przerąbane” po namyśle stwierdził wewnętrzny głos.
Dokładnie tak skończyć się mogła ta nasza solidarność ze Śląskiem gdyby przy opisanej przeze mnie wcześniej naszej postawie górnicy faktycznie nas posłuchali.

sobota, 17 stycznia 2015

Po co to wszystko? (macocha wszystkich Polaków)



„Możemy dziś oznajmić 47 tys. górników, że niespokojny czas się skończył” – oznajmiła  pani Ewa Kopacz kończąc, jak mniemam, jedną z najbardziej irracjonalnych politycznych akcji i awantur jakie pamiętam w krótkiej historii III Rzeczpospolitej.

Jeśli ktoś po ostatnich dniach skłonny jest wierzyć w szczerość słów pani Premier  jak i w to, że pani Premier w ogóle wie co mówi, musi odczuwać teraz wielka ochotę zapytania jej po co w ogóle ten „niespokojny czas” zaczynała.

Nie wiem i pewnie mało kto wie jaka jest treść porozumienia, podpisanego przez ekipę Kopacz ale skąpe relacje pozwalają sądzić, że idzie ono mocno pod prąd wcześniejszych zapewnień pani Kopacz i polityków koalicji, wieszczących, że jak się nie zamknie czy tam nie wygasi kilku kopalń to pół Śląska po prostu musi iść na bruk. Kopalń się nie wygasi, nikt na bruk nie pójdzie tylko pani Kopacz i cała reszta „obrońców” Polski chwyconej za kark przez górników wyjdzie na skończonych idiotów albo krętaczy.

Oczywiście oficjalny przekaz będzie taki że jest to sukces wszystkich. I górników i pani Premier i reszty Narodu. Oczywiście to bzdura.

Dyskutować będziemy ile skorzystają górnicy, czy faktycznie podatnicy będą na tym stratni. O sukcesie rządu nie ma natomiast sensu bredzić.

Do dziś spór między rządem i górnikami mógł budzić sympatię dla działań Ewy Kopacz ze strony tej części społeczeństwa, która brzydzi się jakimikolwiek socjalnymi koncesjami. Nie przypadkiem pojawił się w dyskusji zabawnie dziś wyglądający wątek „polskiej Margaret Thatcher”. Dziś kres tego naszego „taczeryzmu” można opisać powiedzeniem „Cnotę stracił, rubla nie zarobił”.

„Taczeryzm” w wydaniu Kopacz okazał się lichej jakości i w dodatku mocno kieszonkowego formatu. A dla odmiany przeciwnik pokazał siłę, której „taczeryści” bez wątpienia nawet przez moment nie dopuszczali do głów.  Stąd ta dzisiejsza rejterada.

Rejterada z punktu widzenia wizerunkowego fatalna, zmierzająca donikąd.

Górnicy i ci, którzy wczoraj byli z górnikami szacunku dla władzy nie nabrali. Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Z punktu widzenia sytuacji społecznej dzisiejszy „sukces” Kopacz może wygenerować kolejne podobne.

Ci, którzy wierzyli, że nam się rodzi „Żelazna Dama”, która z karku podatnika pościąga wszelkie pasożyty… Właściwie chciałbym widzieć ich miny.

Oczywiście ortodoksyjni zwolennicy rządu i tak będą rozpływać się nad wielkością pani Premier i nad jej mądrością. Ale to nie ma znaczenia.  Dla nich Kopacz nie musi być z żelaza. Może być z czegokolwiek.

Co innego ci, którzy zwolennikami Kopacz stali się ostatnio, zachęceni  właśnie twardym kursem w sporze z górnikami. Muszą być teraz nie tyle rozczarowani co wkurzeni. Jeśli faktycznie ta sprawa przyciągnęła ich do grona zwolenników obecnej władzy, wyszli właśnie na idiotów. A to oni byli właśnie tym „rublem”, którego ta tracona właśnie „cnota” ekipy miała zapewnić.

W tym wszystkim istotne są pytania, na które odpowiedzi bez wątpienia nie uzyskamy. O to choćby kto z otoczenia Ewy Kopacz wpadł na pomysł tego piarowego strzału Platformie w kolano i o to, jakie korzyści ów pomysł w zamyśle autora miał przynieść.

Brak jakichkolwiek racjonalnych z punktu widzenia polityki przesłanek sprawia, że jakby poważniej brzmią te wszystkie sugestie wskazujące, ze gdzieś tam jest jakieś drugie, trzecie i Bóg wie które jeszcze dno.

Pani Ewa Kopacz robi zaś wszystko, by ze skrojonego dla niej wizerunku „mamy wszystkich Polaków” zmienić się w budzącą niechęć macochę.

Przy okazji tego, jak go nazwała pani Kopacz, „niespokojnego czasu” miałem wielką przyjemność przyglądać bardzo ciekawe starcie w sieci. Chodzi mi o twitterową (określoną przez „Wyborczą” jako antyrządową) akcję „wygaszone” i kontrakcję rządu i jej zwolenników pod nazwą „wybudowane”.

Starcie również przegrane przez rząd. Bardziej emocjonalnie niż merytorycznie. Ci, którzy postanowili dać odpór zamieszczanym w sieci wizerunkom szkieletów pozostałych po naszym przemyśle chyba nie wiedzą prostej sprawy. Którą zilustruję obrazowo. Żadne zdjęcie szczęśliwych dzieci nie ma szans z wizerunkiem dziecka cierpiącego. W tym przypadku tysiąc kolorowych „Orlików” nie zrównoważy jednej ruiny.

piątek, 16 stycznia 2015

Ta wredna i chciwa „panna s”



Przeczytałem gdzieś taką sugestię, teorię spiskową w zasadzie, wedle której cała awantura z górnikami a w właściwie ze Śląskiem (choć miało być chyba faktycznie tylko z górnikami) to taka PiaRowa ustawka, która pokazać miała, że z Ewy Kopacz to chłop na schwał, za którym, bardziej niż za mundurem (górniczym na przykład), cały naród sznurem. Nie wiem oczywiście jak to tam naprawdę jest choć jakoś logicznie kupy się ta teoria trzyma.

Niewiele pewnie z tego wyszło bo jeśli była faktycznie taka intryga, opierać się miała chyba na tym, że się na tych górników napuści całą resztę Polaków i w efekcie przez następne dziesięciolecia będą się ci byli już wtedy górnicy tłumaczyć tej reszcie Polaków jak w ogóle mogli na niej, tej reszcie tak bez litości pasożytować.

Wnoszę to z przekazu medialnego, który skupił się głównie na 14 pensji pasożytów i udowadnianiu, iż nie godzi się, żeby jakiś górnik śmiał zarabiać więcej niż pracownik banku w Warszawie. Wszak jakaś logika tych, co to tak ochoczo artykułowali, nijak nie dopuszcza żeby jakiś brudny i spocony fizol z prowincji zarabiał więcej niż gostek, co to wie jaki krawat założyć do konkretnej koszuli. I jeszcze wie jak ten krawat zawiązać a po założeniu na przykład gumiaka dostałby chyba z wrażenia gangreny!

Przez chwilę sądziłem, że ten plan może się udać bo tak, jak ten głupol, który o tym górniku i o tym bankierze pisał, myśli niemało Polaków. Szczególnie tych, którzy pracują akurat w bankach w Warszawie.

No ale potem firmującej ten szczwany plan pani Ewie szyki pomieszał Franek. Szwajcarski ściśle mówiąc. I nagle ten pachnący bankowiec z idealnie zawiązanym krawatem znalazł się, jak to się brzydko ale bardzo obrazowo mówi, w dupie nie mniejszej niż ci, których restrukturyzować czy tam wygaszać chce pani Ewa i jego warszawska optyka pewnie się zmieniła.

Niejeden z nich, tych z warszawskich banków, co zachłysnęli się kiedyś życiem i życie sobie poukładali za tego franka, pomyślał, że w sumie fajnie by było, jakby państwo coś tam z tym jego kredytem we frankach zrobiło. I na oczekiwania górników, że państwo coś tam z ich problemami zrobi patrzył już jakby z innej pozycji. Bardziej empatycznej.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

Sprawa franka i tych, którzy się swego czasu nie niego dali skusić to oczywiście taka całkiem poboczna dygresja, oparta jedynie na moich domysłach. Być może nie mających żadnego związku z twardą rzeczywistością. W której ci od franków będą płakać, płacić i dalej twardo uważać tych górników za oczywistych pasożytów.

Pisać chciałem o czymś zupełnie innym. Co w jakiś tam sposób ta moja hipotetyczna bliskość górnika i bankowca z Warszawy jak najbardziej ilustruje.

W tym co dzieje się na Śląsku taką najbardziej przyziemną tragedią jest oczywiście los tych, którym zamkną kopalnie, los miast, które bez kopalni stracą rację bytu. To taka tragedia konkretna i i niejako dająca się bez problemu zmierzyć.

Jednak w tle widoczna jest, mam nadzieję że dla wielu choć pisze się o tym jakby z rzadka, inna, równie groźna. Odwołująca się do tej hipotetycznej ustawki, do sposobu, w jaki „władza” stara się rozgrywać sprawę i w jaki pomagają jej w tym niektóre media.

Odnoszę wrażenie, że w tej sprawie a wcześniej w awanturze kolejnych ministrów z nauczycielami i lekarzami wrogiem nie byli tak naprawdę nauczyciele, lekarze czy górnicy ale solidarność między ludźmi. Pisana małą literą więc niejako rozumiana szerzej niż kiedyś „panna S”, którą przywołałem w tytule.

Szczucie na nauczycieli i później na lekarzy zdawało się być skuteczne. Mało kto albo zgoła nikt nie miał zamiaru „umierać” za te rozpasane w swych oczekiwaniach grupy zawodowe. Przy górnikach rzecz wygląda inaczej. Nagle obok nich stanęli kolejarze, hutnicy, policjanci i kto żyw. Bo Bytom to nie jakaś tam szkoła czy zakład podstawowej opieki zdrowotnej, który minister może od ręki zastąpić SOR-em w szpitalu. Można go zastąpić Glasgow, Londynem, Dublinem, Hanowerem a nawet Reykiavikiem ale chyba nie o to chodzi i chyba powiedzieć tego nie miałby odwagi powiedzieć nawet chłop z jajami, za jakiego miała uchodzić pani Kopacz.

Ten aspekt wojen czy tez kolejnych kampanii w wojnie, którą zaczęła obecna ekipa, choć nie łączą się z nimi tak twarde rezultaty jak utrata pracy, dezorganizacja życia całych zbiorowości czy wręcz podcięcie podstaw egzystencji, w moim odczuciu jest równie groźny. Jest on nie jak atak bezwzględnego wirusa na konkretny organ organizmu społecznego tylko na jego układ immunologiczny.

Bo nim jest poczucie wspólnoty i solidarności. Kiedy jej zabraknie albo gdy psujom z PO uda się ja zniszczyć, okaże się, że przez te 25 lat historii zatoczyliśmy idealne koło. Z miejsca, w którym od solidarności zaczęły się zmiany do miejsca, w którym zmiany zabiły solidarność.

Może coś bym jeszcze mógł napisać ale poprzednie zdanie to esencja. Reszta to już byłaby woda do jej rozcieńczenia.

środa, 14 stycznia 2015

Goła d*** Mahometa



Zacznę od prośby do admina, by zbyt pochopnie nie karał mnie a właściwie mojego tekstu za dosadność tytułu. W niej bowiem zawiera się rzecz  poważniejsza niż na pierwszy, drugi i jeszcze kilka następnych rzutów okiem wygląda. W sumie nie tyle nawet poważna co wręcz monumentalna. I postaram się to pokazać.

 Nie mam wątpliwości, że dzieją się teraz rzeczy istotniejsze niż nawet dość bliskie retrospekcje ale wrócę jeszcze do Paryża sprzed kilku dni. Inspiracją tekstu, co pewnie wielu zaskoczy, była wczorajsza rozmowa pani Moniki Olejnik z Adamem Hofmanem. Przyznam szczerze, że pamiętam z niej urywki jedynie bo dużo bardziej wciągnęło mnie i pochłonęło bez reszty poszukiwanie sensu zapraszania przez pierwszą diwę naszego dziennikarstwa ostatniej (tak pewnie wielu w tym i ja, uważa) ofermy polskiej polityki AD 2014. Było to chyba coś w rodzaju kuszenia św. Antoniego na miarę naszej sceny czy tam mainstreamu. Miał się skuszony Ant… znaczy Adam najpewniej stać kolejnym Dornem w wersji z bardzo niepełnym wyposażeniem,  nibyGiertychem a w każdym razie prawieMarcinkiewiczem. Będącym na podorędziu gdy będzie akurat trzeba charknąć na Kaczyńskiego. Tym razem (nie, wcale nie zaskakując mnie) Hofman nie dał się skusić. Choć pani Monika nie ustawała, żeby mu czarno na białym, ze wszystkimi kropkami nad i wykazać, że tak naprawdę to go wykończył Kaczyński.

No i w pewnej chwili pani Monika spróbowała choć poszczuć Hofmana na jego następcę, obecnego rzecznika PiS Mastalerka. Zapytała pana Adama o jego opinię na temat opinii Mastalerka o tym co stało się w Paryżu. Nie, nie chodzi o zamach na redakcję „Charlie Ebdo” lecz o światowy zjazd przywódców z tym zamachem związany. Przypomnę, że Mastalerek uznał, że było to głupie. Hofman nota bene stwierdził to samo wywołując u pani Olejnik wzmożone wydzielanie piany i okrzyk, że „cały świat to oglądał”. Dużo wysiłku kosztuje mnie teraz powstrzymanie się od jakiegoś komentarza o specyfice upodobań „całego świata” przejawiających się frekwencją przed ekranami.

I tu zostawimy Hofmana, Olejnik i Mastalerka. Zostańmy natomiast przy stwierdzeniu tego ostatniego, że masowy spęd przywódców całego świata przy okazji rzeczonego aktu terroru był głupi. Z dwóch powodów był głupi ale ja akurat pominę to, że idiotą jest każdy, kto na dźwięk strzelaniny biegnie tam, skąd on dochodzi. Zajmę się wyższym, znacznie wyższym poziomem tej głupoty.

Zamach na „Charlie Ebdo” oczywiście nie był pierwszym w historii świata ani nawet Europy zamachem terrorystycznym. Nie był też najbardziej tragiczny. W zamachu na londyńskie metro zginęło ponad 50 osób, w Madrycie terroryści zabili prawie 200 pasażerów zaś ofiary WTC w Nowym Jorku liczy się w tysiącach. Do żadnego z tych miast światowi przywódcy nie popędzili w takich liczbie i tak ostentacyjnie. Nie obfotografowywali się też masowo informując „jestem…”. No właśnie, kim?

To, że nie Londyn, nie Madryt ani Nowy Jork tylko Paryż stał się miejscem tej demonstracji o skali, jakiej chyba wcześniej nie widziano, wynika więc nie ze skali ale ze znaczenia tragedii. Wychodzi na to, że za ofiarami tragedii w Paryżu stoją jakieś wyjątkowe wartości, których nie da się odnaleźć a przynajmniej nie w takiej skali w tych wcześniejszych tragediach.

Kiedy ktoś upublicznia swoją podobiznę z informacją „Jestem Charlie” co to może oznaczać? Bo przecież nie to, że Donald Tusk, Paweł Graś, Gerard Depardieu, Helen Miren, i pewnie pół cywilizowanego świata z nieznanego powodu nagle zmieniło sobie imię. Kryje się za tym, tak mniemam, jakiś sens, jakieś konkretne znaczenie. Jak mi się wydaje to, że ów ktoś jest „tym Czarlim”, który mimo serii kul żyje, twardo trzyma ten swój ołówek i wbrew przekonaniu morderców zaraz… No właśnie. Wychodzi na to, że zaraz narysuje tę goła d*** Mahometa. I będzie tych gołych d** Mahometa tyle, że nie starczy na nie wszystkich kałachów jakie są w rękach wszystkich islamskich ekstremistów. 

Można oczywiście widzieć w tym jakiś głębszy czy nawet bardzo głęboki sens. Choćby to, że wysyp tych gołych d*** byłby chyba jedyną wojną, której z naszą cywilizacją nie będą w stanie w żadnej skali wygrać brodaci wyznawcy Proroka. Jedyną. Wszystkie inne wygrają. A czemu to już temat na inną notkę.

 Jednak znalezienie w tym sensu jest o niebo trudniejsze kiedy się wie, że  nikt wcześniej tak ostentacyjnie i tak publicznie nie był Richardem, Elizabeth, Carrie, Evą, Marią Nurią, Anką Valerią, Wiesławem i tysiące innych. Na ich pogrzeby zjechali się oczywiście wielcy ale nigdy nie poczuli potrzeby chwycenia się pod ramiona i manifestacyjnego przemarszu, na który miałby patrzeć z otwartymi ustami cały świat i Monika Olejnik.

I ja w zasadzie nie dziwię się nawet tym wielkim. Gdyby każdego zabitego w terrorystycznym zamachu chcieli czcić takim samym marszem, pewnie na nic innego nie mieliby już czasu tylko chodziliby, chodzili aż ich by nagniotki i łokcie rozbolały. Wielu pewnie pomyśli, że nie byłoby to nawet takie złe.
Skoro więc nie chodzili po Londynie, Madrycie czy Nowym Jorku, znaczy, że to właśnie w Paryżu bestie zamachnęły się na największą wartość naszej cywilizacji. Nie było nią nic, co reprezentowali ci wszyscy ludzie, zwykli, mniej zwykli i całkiem niezwykli, którzy jechali metrem, pociągiem czy windą. W Londynie, Madrycie, Nowym Jorku. Tylko to, co oferowali nam „Charli Ebdo”.

I tak mi z tego wychodzi, że największą wartością albo też osiągnięciem naszej kultury czy tam cywilizacji jest ta narysowana gola d*** Mahometa. I to już wygląda mi naprawdę głupio.