czwartek, 20 listopada 2014

Pan Prezydent żyruje



Pan Prezydent wsparł wczoraj mocno istniejący u nas system demokracji, ganiąc przy tym a nawet oskarżając o szaleństwo tych, którzy jakość demokracji i jej procedur poddają w wątpliwość.
Rzekł pan Bronisław Komorowski „- Chciałbym zaapelować o uspokojenie debaty wokół kłopotów ze sprawnym policzeniem głosów w wyborach samorządowych. (...) Głosy będą skutecznie i uczciwie policzone, mimo że widać, iż system informatyczny zawiódł.”

Dla wielu był to głos zamykający dyskusję nad uczciwością bądź nieuczciwością ostatnich wyborów.
A ja się pytam (się pytam, bo kogo niby miałbym?) skąd Pan Prezydent to wie, że „będą” i „uczciwie”?

Pan Bronisław Komorowski, tak sądzę, wie tyle samo o przebiegu wyborów co ja. Tak sądzę bo gdyby wiedział więcej, dopiero byłoby ciekawie. Skąd, od kiedy…? Tak więc Pan Komorowski wie na przykład, tak jak ja wiem, że jakiś tam Kowalski z żoną zagłosowali na Nowaka, a w wywieszonym protokole Nowak miał 0 głosów. Pan Komorowski, tak jak i ja, słyszał pewnie, że jakaś pani X na warszawskiej Pradze w jednej komisji uzyskała 30 głosów a już na zbiorczym protokole z wszystkich komisji miała już tylko 15. Pan Komorowski słyszał, tak jak i ja słyszałem, że według PKW po zliczeniu 80% głosów w Kieleckiem PSL ma 49% choć nie wie tego jeszcze komisja wojewódzka w Kielcach.

Dla mnie te przykłady są podstawa poważnych wątpliwości a Pan Prezydent twierdzi, że „głosy będą skutecznie i uczciwie policzone”.

Oczywiście może być też i tak, że Pan Prezydent wcale nie wie, nie słyszał ani o tych brakujących głosach, ani też o tym nieznanym źródle informacji PKW o wyniku z Kielc. 

Tylko wówczas, jeśli faktycznie nie słyszał, na jakiej podstawie twierdzi, przekonuje obywateli, że „głosy będą skutecznie i uczciwie policzone”?

środa, 19 listopada 2014

Ludzie z „pierwszej strony książeczki” czyli demokracja



Inspiracją dla tego tekstu był osobliwy „dialog” z facebooka.  Pod udostępnioną przez to medium a wcześniej opublikowaną przez TVP Info wypowiedzią Janusza Piechocińskiego, w której pan wicepremier stwierdził „– Mamy ewidentną kompromitację – informatyków, którzy pracowali na rzecz PKW, ale nie mamy kompromitacji demokracji”* komentatorka napisała „hahahha Pan właśnie zalicza kompromitację mózgu albo jego brak”.

Niestety ta zdiagnozowana przypadłość dotyka nie tylko szefa naszej gospodarki i paru innych istotnych dziedzin życia. Z mieszaniną rozbawienia, zażenowania i niedowierzania słucham tłumaczeń różnych, zapraszanych głownie do TVN24, specjalistów i komentatorów, starających się wyjaśnić fenomen  skali 30-50 procent głosów nieważnych w niektórych okręgach wyborczych. 

Zdaniem tych specjalistów za te nieważne głosy i za nadreprezentację głosów na PSL, ujawnioną po rzekomym zliczeniu głosów z większości okręgów, odpowiada to, że głupi wyborcy, którym dano do ręki pokaźne książeczki, w których oni zauważyli tylko pierwszą stronę i na niej stawiali krzyżyk. Los zdecydował, że tam akurat byli kandydaci PSL. I na tym polega słodka tajemnica „ cudu przy urnie”.

Tak na marginesie, o ile pamiętam, książeczki bywały już wcześniej, problemów w tej skali natomiast, dla odmiany, jakoś nie pamiętam. Choć czasy były inne, jakby bardziej prymitywne i dzikie.

Ale załóżmy, że faktycznie wyborcy to debile i kiedy dostają w łapę broszurę, nie wpada im do głowy, że po coś te pozostałe, dość liczne strony, poza pierwszą, umieszczono. W związku z tym pojawia się problem „polityków z pierwszej strony”. Którzy może sprawują dziś władzę i decydują o naszym życiu nie dlatego, ze ktoś chciał by to robili ale dlatego, że byli na pierwszej stronie.

Wiem, że w najbliższym czasie szykują się protesty wobec wała, który nasze państwo właśnie ostentacyjnie pokazuje obywatelom. Na stronach tych akcji częstym pytaniem jest, czy te działania zostały zgłoszone.

I mnie tak naszło czy jest sens komukolwiek to zgłaszać. No bo jaką mamy pewność, że ci, którym wypadałoby to zgłosić, nie są właśnie beneficjentami „pierwszej strony”? I na tym polega ich legitymacja!

Bohaterami tego tekstu nie są wcale takie potencjalne „pomyłki demokracji”, umieszczone psim swędem na początku dość grubych broszurek. Ani też te hipotetyczne debile, którym nikt nie zamierza jakoś, mimo wszystko, odbierać praw wyborczych i możliwości decydowania w sprawach fundamentalnych.

Są nimi ci durnie, z powagą i ze spokojem objaśniający obywatelom w mediach, w TVN-ach różnych, że nasza demokracja zależy od kolejności w spisie treści drukowanych co jakiś czas, na okoliczność kolejnych „świąt demokracji” opasłych tomików.


„Mama” Kopacz się złości czyli strategia PO



Jak ćwierkają wróble, które co raz przelatują tam, gdzie zbierają się decyzyjne gremia PO, pierwszym i być może najdonioślejszym wnioskiem z prawdopodobnej przegranej w najefektowniejszej elekcji nowoczesnej Europy będzie porzucenie przez Ewę Kopacz wizerunku „Naszej Mamy Kochanej” i natychmiastowe rzucenie się z pazurami na „Kaczora”.
Cieszy mnie ta strategia partii rządzącej. Cieszy z kilku powodów.

Pierwszy, najmniej istotny ale najbardziej radosny to dowód na to, że z „Miśka” Kamińskiego jest dupa a nie spindoktor. Radość  z porażki tego (wedle jego własnych słów, wygłoszonych po expose Kopacz) „Mickiewicza III RP” to może uczucie niskie, ale nie wstyd mi ani je odczuwać ani się do niego przyznać.

Powód drugi to danie przez PO argumentu w odwiecznej dyskusji o tym, „czy nowa twarz Kaczyńskiego to rzeczywista przemiana czy też poza”. Teraz będziemy mogli podyskutować o tym samym w kontekście „Mamy Ewy”.

Powód trzeci to danie przez Platformę, nie pierwszego zresztą, argumentu tym, którzy (tak jak ja) uważają, że za podziały w społeczeństwie co najmniej w tym samym stopniu co PiS odpowiada PO. W świetle zapowiadanej „strategii na wybory” klip Ewy Kopacz, „zamykającej spory” będzie niezłą rozrywką.

Powód czwarty, odwołujący się do dwóch poprzednich, to dość kłopotliwe dla PO odwrócenie narracji, która miała dominować w ramach „efektu Kopacz”. To może część elektoratu zdezorientować a w efekcie zniechęcić. Oczywiście wiem, ze jest to najtwardsze jądro, które nie zdziwi się a wręcz podchwyci każde hasło z centrali. Nawet jak im „Mama” Kopacz każe się powiesić, co najwyżej zapytają czy sznurki maja mieć swoje czy dostana państwowe. Paru może się wyłamać jeśli się okaże, ze to pierwsze.

Całkiem poważnie zaś oceniając refleksje partii rządzącej nad  tą ostatnią niedzielą można wyciągnąć wniosek, że w zakresie gotowości do walki w 2015 panuje tam całkowita rozsypka. I nie chodzi tylko o brak pomysłu na tę tak zwaną „spójna narrację” ale też chyba tam wszystko opiera się na wierze, ze CBOS wie najlepiej czego a w zasadzie kogo chcą Polacy. 

Mnie to oczywiście nie martwi ale na miejscu pan i panów z PO martwiłbym się niezmiernie. Wszak na potrzeby kampanii otwarto kilka pól walki czy tam dyskusji, na których to polach PO może znaleźć sporo kłód pod nogami. A widać, ze na to ani mentalnie ani merytorycznie przygotowana nie jest.

Niech więc „Mama” się złości.

wtorek, 18 listopada 2014

Demokracja w stanie zatwardzenia (unieważnić wybory!)



Swego czasu (a było to przed drugą wieka wojną, gdy nie było jeszcze Antify, feministek i Greenpeace co bez wątpienia stymulowało odważniejsze poczucie humoru) zapytano sławnego Franca Fiszera jak sprawić, by świat był lepszy.

- Trzeba rozstrzelać 100 tysięcy szubrawców – odparł bez namysłu
- A znajdzie się aż tylu? – naiwnie wyraził wątpliwość pytający.
- Jakby co, dobierze się z uczciwych – rozwiał jego nadzieję filozof-naturszczyk

Oczywiście nie nawołuję do rozstrzeliwania kogokolwiek (ta Antifa,  te feministki, to Grenpeace…). Zresztą nie zawsze potrzeba aż tak drastycznych rozwiązań. Czytałem kiedyś wspomnienia sportowca, który w latach 70 czy też 80 poprzedniego wieku grał w pierwszoligowej drużynie siatkarskiej. Oczywiści drużyna była „sponsorowana” przez zakład pracy, w tym przypadku jakąś kopalnię. A zawodnicy w kadrach figurowali jako górnicy przodowi. Żyjąc całkiem nieźle z górniczych wynagrodzeń i przywilejów oraz różnych dodatkowych pramii. Tyle, że nie za bardzo potrafili odpłacić za te wszystkie benefity przegrywając mecz za meczem. Kiedy w jakichś wyjątkowo drażliwych derbach przegrywali już dwa sety, do trenera zadzwonił zniecierpliwiony dyrektor kopalni. Bez ogródek polecił trenerowi.

- Proszę powiedzieć chłopakom, że jutro na przodek…

Trener powiedział a duch, który z miejsca wstąpił w górników- siatkarzy poniósł ich natychmiast do zwycięstwa w trzech kolejnych setach i w całym meczu.

Wniosek z tego taki, że w sytuacjach kryzysowych najlepsze są drastyczne rozwiązania i fantazja.
To, że nasza demokracja przeżywa kryzys, nie ulega wątpliwości. Obrazowo można powiedzieć, że już drugi dzień jest w stanie zatwardzenia i jeśli wreszcie ktoś nie pospieszy z lewatywą, trwać tak może jeszcze długo.

Nie, nie mam na myśli straszenia sławnych już chyba na całą Polskę „leśnych dziadków” z PKW stawianiem pod ścianą (ta Antifa,  te feministki, to Grenpeace…). Raczej myślę o jakimś cywilizowanym skróceniu tych mąk, którym są poddawani za każdym razem, gdy pokazuje ich telewizja, wychodzących mozolnie by opowiadać kolejne bzdury nie znajdujące potwierdzenia w rzeczywistości. Cywilizowanym ale drastycznym. Na tyle, by już nigdy żaden inny skład PKW i podległe mu Krajowe Biuro Wyborcze nie odważyli się organizować jakichkolwiek wyborów nie sprawdziwszy, czy da się je przeprowadzić bez jakiejkolwiek kompromitacji. Tłumaczenie, że to najtrudniejsze do przeprowadzenia wybory aż korci, by tłumaczącemu wyrwać język rozpalonymi kleszczami. Wszak równie „najtrudniejsze” były poprzednimi razami i na podstawie tamtych można było się wiele nauczyć.

Takim wyjściem byłoby żądanie unieważnienia tych wyborów. Bo takiej sytuacji po prostu nie wolno tolerować!

Oczywiście wiem, że nie ma nikogo, kto skutecznie albo choć słyszalnie zgłosiłby taki postulat. PiS wybory wygrał więc nie ma (tak pewnie to widzi) interesu. PO też nie a ni PSL. Te partie też w jakiś sposób  (bardziej chyba odczuwalny niż PiS) wygrały. Poza tym PO i PSL nie mogą domagać się czegoś, co w 7 roku ich rządów byłoby niewątpliwym wzmocnieniem, takim turbodoładowaniem kompromitacji rządzonego przez nich państwa, którą możemy właśnie oglądać.

Może SLD i TR ale ich nikt by nie słuchał, podejrzewając, że to taki dramatyczny gest desperata, który już skoczył z dachu ale właśnie się w trakcie rozmyślił.

Ja bym jednak takie rozwiązanie polecał. Dla dobra państwa i obywateli. Państwo nie może sobie pozwolić na to, by tak się kompromitować i na tę kompromitację nie reagować.  Obywatele nie mogą pozwolić, by tak ich traktowano.

Polecałbym to szczególnie PiS-owi. Po pierwsze, drugie i tysięczne tak po prostu trzeba by postąpić.
Po tysiąc pierwsze, że ten wymiar zwycięstwa, który był w tej elekcji dla partii najważniejszy, może zapisać na konto. Tego co ma już nie straci a może zyskać dodatkowo. Po tysiąc drugie, że byłby to cios w sam splot słoneczny obecnej władzy. Bo anulowanie wyborów w środku tej cywilizowanej Europy to kompromitacja ludzi, którzy nam to państwo od lat urządzaj.

Poza tym musiałaby się władza tłumaczyć ze zmarnowanych milionów, wydanych na wybory.

poniedziałek, 17 listopada 2014

PiS wygrał, państwo przegrało

Nie, nie chodzi mi w tytule o to, co już artykułuje spora część komentatorów, całym sercem nastawionych na kolejne zwycięstwo partii rządzącej.  Dla nich jest jasnym, że demokracja jest prawie jak futbol. Co jakiś czas robi się wybory ale wygrywać zawsze mają Niemcy. To znaczy w tym akurat przypadku PO. Inne rozwiązanie w grę nie wchodzi bo… bo nie i już.

Przegrana a w zasadzie wręcz klęska państwa przejawia się w organizacji. Kiedy czyta się porozrzucane w necie relacje, dotyczące kulisów naszego ostatniego święta demokracji, włos jeży się na głowie. I nie chodzi tylko o owe żałosne „problemy z systemem”. Te „źle wydrukowane karty”, to tułanie się komisji od Annasza do Kajfasza…

Jeśli napiszę, że z tego wszystkiego obecna władza powinna się natychmiast tłumaczyć i zdziwię się do tego, że jakoś nie widać by się poczuwała do winy, spodziewam się ze strony zwolenników, sympatyków i fanatyków tej władzy co najmniej pytania dlaczego się ma tłumaczyć. A dlatego szanowni zwolennicy, sympatycy i fanatycy, że jakoś nie dotarła do mnie informacja, że PKW stało się w tak zwanym międzyczasie podmiotem prywatnym, będącym sobie sterem i żeglarzem. Ani też, że wpisano ją do konstytucji jako szóstą, siódma czy którą tam władzę po monteskiuszowsku niezależną od egzekutywy.

Jeśli ktoś odpowiada za ten cały bardak, to właśnie egzekutywa. Jeśli ktoś zapyta kto konkretnie, zapraszam na stronę sejmowej wyszukiwarki aktów prawnych, gdzie w metryceUstawy z dnia 5 stycznia 2011 r. - Kodeks wyborczy jako organ wydający umieszczono Sejm a jako „organy zobowiązane” Prezesa Rady Ministrów i cały komunik różnych ministrów.* Odpowiedzialnych za zapewnienie warunków do właściwego przeprowadzania wyborów. Warunków finansowych i technicznych. Nie wiem na ile prawdziwe są zawodzenia dziadków z PKW, że przecież prosili, uprzedzali…

Nie zapewnienie właściwego przebiegu wyborów wytłumaczyć się nie da w żaden sposób. Nie dałoby się nawet wtedy, gdyby był to pierwszy taki przypadek. A że nie jest…

Kiedy słyszy się pokpiwania z głosów, podnoszących wątpliwości co do prawidłowości i uczciwości tych i poprzednich wyborów, aż korci zapytać tych kpiarzy czy przypadkiem nie mylą czasów i szerokości geograficznych. Wszak mamy XXI wiek i sam środek cywilizacji europejskiej. A w zasadzie żaden tam środek tylko jej szczyt!

Ale przejdźmy do wyników. Dzięki zaawansowaniu technologicznemu ciągle opartych na sondażach i na „szczątkowych danych”. Te drugie są jak na razie bardzo ciekawe bo wychodzi z nich, że o pierwsze miejsce PiS ściga się wcale nie z PO tylko z PSL-em. Wedle tych danych PSL wręcz wygrało w kilku sejmikach. Ja oczywiście wiem, że to wynika z faktu, że pierwsze docierają wyniki ze wsi i skoryguje się to gdy wreszcie „odwiesi się” serwery i zaczną spływać większe miasta.

Jeśli wynik IPSOS-u potwierdzi się, zwycięstwo PiS będzie oczywiste. Nie wiem czy dla wszystkich zaskakujące ale dla mnie owszem. Wygrać z Hofmanem u szyi to wyczyn!

Zabawne są komentarze ciągle jeszcze nie wierzących w porażkę PO. Wielu z nich neguje sukces PiS zwracając uwagę, że w sejmikach wygrała jakaś tam „koalicja” i że ta „koalicja” władze utrzyma. Zaś wynik bezwzględny nie ma znaczenia. Ot, takie tam liczby…

Przypominają mi się komentarze, jak domyślam się, dokładnie tych samych osób po wyborach do europarlamentu. Tam, w ich mniemaniu „jakieś tam liczby” miały znaczenie decydujące a to, że PO straciło prawie połowę reprezentacji i miało dokładnie tylu samo deputowanych co główny konkurent miało znaczenie drugorzędne.

I na koniec uwaga do newsu, którym jakoś tam media próbują może nie „przykryć” (bo się nie da) ale przynajmniej „niuansować” konieczność przekazywania komunikatu o sukcesie PiS. Chodzi o „sprawę” Sobieniowskiego, którego PiS nie wpuścił do swej siedziby w czasie wieczoru wyborczego. Przyznam, że wysłanie tego akurat pracownika (jakoś ciężko mi napisać o nim „dziennikarz”) do siedziby PiS traktuje już nie jako dowód „zaprzyjaźnienia” z PO ale głębszych relacji intymnych. Przy okazji to dowód na to, że TVN za nic nie dopuszczał możliwości przegranej PO i pan Sobienowiski, naigrywający się z „9, oczywistej, wielkiej klęski PiS” miał być tych relacji intymnych swoistym zwieńczeniem. Wyszedł żałosny coitus interruptus.

Z drugiej strony… Gdyby w PiS wiedzieli jak się to skończy, widok Sobieniowskiego, który by się pewnie popłakał, byłby pewnie dodatkowym bonusem.

piątek, 14 listopada 2014

Między drobnym kantem a PRL-em



Na początek anegdotka, którą już kiedyś przy jakiejś okazji przywołałem. Działo się to w czasach poprzedniego systemu, pewnie gdzieś w mrokach stalinizmu. Odbywał się jakiś zjazd pisarzów z demoludu i człowiek, tu będący bohaterem, doskonale choć nieświadomie ilustrującym pewien specyficzny format ludzki,  tułał się po kuluarach lekko już siny na twarzy. Nagle zobaczył stojącego tam, pewnie na „papierosku” Słonimskiego więc podszedł i zapytał w języku Puszkina gdzie może się odlać (pewnie tak tego nie powiedział ale nie wiem jak to w języku Puszkina mówili radzieccy pisarze). Słonimski zapytał z kim ma do czynienia a usłyszawszy, że z szefem związku pisarzów radzieckich zamaszyście ogarnął przestrzeń wyciągniętym ramieniem i odrzekł 

- Pan? Wszędzie!

Część czytelników może zgodzi się ze mną a inni pewnie zaprotestują, ale według mojej oceny, na liście upublicznionej przez marszałka Sikorskiego najbardziej bezczelnym numerem jest ten autorstwa pana Ireneusza Rasia. Posła Platformy Obywatelskiej i małopolskiego barona tej partii.

Przekrętu panów Hofmana, Kamińskiego i Rogackiego bronić się oczywiście nie da i w dodatku nie wypada. Nikt zresztą tego nie robi. Jak najsłuszniej spotkało ich za niego to, co spotkało i czeka to, co pewnie nieuniknione, ale jednak był to wyskok drobnych cwaniaczków, którzy, jak początkujący i niebyt lotni cinkciarze, powtarzają sztos, o którym gdzieś tam usłyszeli. Powtarzają z całą świadomością tego, że dopuszczają się przekrętu i starają się lepiej lub gorzej (dzięki swym uroczym, czarującym małżonkom zdecydowanie gorzej!) ukryć, zamaskować swój „wałek” udziałem w czymś tam.

Pan Raś to zupełnie inna bajka. On, inaczej nawet niż ten biedak z anegdoty, ten jakby nie było, szef radzieckich pisarzów spotykający Słonimskiego, zdaje się wiedzieć doskonale, że jemu wolno wszędzie. I zdaje się absolutnie nie wahać.

Nie ma co roztrząsać bezczelności pana posła, który nie miał skrupułów by pojechać oglądać sobie zimowe igrzyska na koszt podatnika. Nie miał więc nie ma co uderzać do jego poczucia czegoś tam. Raczej należy domagać się nazwiska tego, kto taki numer zaaprobował i podpisał panu Rasiowi zgodę na wyjazd za publiczne pieniądze. Tak, to nazwisko warto poznać!

Kiedy patrzy się na opisane w marszałkowym zestawieniu cele wyjazdów posłów, każdy jakoś tam się broni. Mniej lub bardziej ale wydaje się być związanym z tym, czym posłowie zajmują się lub powinni zajmować jako posłowie. Przy tym uzasadnienie „obserwacja udziału w igrzyskach członków polskiej reprezentacji olimpijskiej” wygląda jak mało subtelny żart. Co ja mówię żart. Jak kpina!

Wbrew pozorom nie zmienię zdania o tej pozycji z listy nawet jeśli okaże się, że ów zapraszający Rasia PKOl ( w osobie sekretarza generalnego komitetu) zwrócił Sejmowi koszty owej „obserwacji”. Takie „zwroty” ponoć miały miejsce przy innych przejazdach i pobytach. Nie zmienię bo jednak Raś popisał się bezczelnością występując o sfinansowanie wyjazdu publicznymi środkami. No chyba, że nie chciał ani on ani nikt i go zmusili albo wylosowali. Poza tym, jeśli PKOl te koszty poniósł, będziemy pytać już o coś zupełnie innego. O to, czy ową korzyść w postaci pokrycia kosztów wyjazdu pan poseł umieścił, zgodnie z art. 35a ust 3 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, w stosownym rejestrze. Co więcej od takiego prezentu pewnie trzeba uiścić stosowny podatek. 

Zaś prokurator powinien w takiej sytuacji czym prędzej zapukać do drzwi PKOl-u by sprawdzić na jakiej podstawie ta organizacja funduje takie wyjazdy i wedle jakiego klucza.

Mam nadzieję, że nie znajdzie się nikt, kto zechce mnie przekonywać iż „obserwacja udziału w igrzyskach członków polskiej reprezentacji olimpijskiej” mieści się w zakresie obowiązków Posła na Sejm RP i nie podlega obostrzeniom zapisanym w przywołanym przepisie.

Tu taka uwaga, że jeśli Ras zgłosił i uiścił, odszczekam swe uwagi.

Jeśli tego nie zrobił, mam prawo domyślać się, że stoi za tym przekonanie Rasia, że mu wolno wszędzie. Że czymś naturalnym jest, iż za jego wywczasy płacić ma podatnik. Czy to z budżetu parlamentu czy też z kasy przekazanej PKOL-owi.

Przekonanie, że wolno bo się jest Rasiem, baronem i kim tam jeszcze Raś nie jest, to oczywiste nawiązanie do PRL-u. Który to PRL ( zamiennie z tradycjami nazistowskimi) członkowie kierownictwa PO i najbardziej fanatyczni wyznawcy tej partii tak ochoczo przypisują konkurencji. To te „dacze” budowane swego czasu zamiast tego osiedla, którego nie widać na horyzoncie, szynka zza „żółtej firanki” i takie tam. A przede wszystkim to, że chyba mało komu (gazety i TVN-y jakoś tak rachitycznie na to reagują albo wcale) coś takiego w ogóle wydaje się niestosowne. 25 lat po, ja się zdawało, bezpowrotnym zerwaniu „żółtych firanek”.

 ps. Czy kto wie czemu w miejscu, w którym wczoraj był wykaz już go nie ma? I czy jest gdzieś indziej?