środa, 1 października 2014

A Kopacz… i wtedy….



Nie będę odnosił się do expose pani Kopacz. Odnoszą się inni i starczy mi ich rozważań nad tym, czy ta gruba (w sensie znaczenia rzecz jasna bo przecież gdzież bym śmiał…) persona „partii miłości”, nawołując po latach do „zdejmowania klątwy nienawiści” mówi szczerze czy też mówi jak zawsze.
Dużo bardziej zainteresowały mnie dziś, i nie ukrywam, rozbawiły komentarze, które w zasadzie przekonują, że już jesteśmy po wyborach w 2015 r. Jesteśmy, bo przecież pani Ewa Kopacz zapowiedziała całą masę przedsięwzięć, które zrealizuje do 2020 r. zatem niechybnie wygra bo jakże miałyby się takie fajne przedsięwzięcia zmarnować.

Argumentacja kolegów, którzy taką logikę przykładają do wystąpienia pani Kopacz wymaga pewnej uwagi. Gdyby faktycznie z takiej przesłanki wyciągać aż takie wnioski, od lat Polską rządziłby chyba Adam Hofman. Ambitnie, ofensywnie i konkretnie zdobywający w swych wypowiedziach władzę przy każdej okazji*

No ale dość śmiechu w tak poważnej sprawie. Bo ta perspektywa, którą dla siebie zarysowała pani Ewa Kopacz to rzecz poważna.

Oczywiście i dla mnie i dla Polski i oczywiście dla opozycji.

Myślę jednak, że jeszcze bardziej niż  dla mnie, dla Polski i dla opozycji jest to rzecz poważna dla Grzegorza Schetyny na przykład albo też dla Cezarego Grabarczyka. Nie wiem czy wiedzieli do kiedy pani Kopacz zamiaruje rządzić, a jeśli wiedzieli to czy zaakceptowali ramy czasowe, w których widzi siebie Ewa Kopacz na czele Platformy Obywatelskiej. Bo tak to widzę, że ten, czy ta, która zamierza rządzić Polską, zamierza tym bardziej rządzić Platformą Obywatelską.

Jeśli nie wiedzieli i nie zaakceptowali to może być z tym, co wspomniani wyżej koledzy ogłosili jako rzecz pewną i przesądzona, spory problem.

Oczywiście można mniemać że takich rzeczy, takich zapowiedzi nie robi się zapominając o skutecznej wewnątrzpartyjnej komunikacji. Tyle, że jak ostatnio ćwierkają wróbelki od samego rana, z komunikacją problem jest już nawet nie tylko wewnątrz partii ale i między najbardziej dotąd sobie bliskimi parteigenossen Platformy. I wprost trzeba przypominać „Donaldzie”, kto dziś jest czy też zaraz będzie premierem.

Jeśli panowie, których wspomniałem przed chwilą jako ewentualnych chętnych do schedy po Donaldzie Tusku, myślą o przejęciu Platformy, nie mogą sobie pozwolić, by wyglądająca lub tylko pozująca dziś na „naturalną następczynię” dotychczasowego hegemona PO faktycznie urzeczywistniła ten zwerbalizowany i tak ciepło przez niektórych przyjęty zamysł. Bo jeśli zechcą poczekać, oddając w 2015 r. partię Ewie Kopacz, mogą o partii zapomnieć.

A ja akurat bym jeszcze skóry na Grzegorzu… to jest na niedźwiedziu nie dzielił. I to uwaga mniej do kolegów komentatorów a bardziej do ogłaszającej do kiedy coś tam zrobi pani Ewy Kopacz.  



wtorek, 30 września 2014

Jeden wyrok, jeden Jurek, jedna Kurka



Gdyby chcieć na podstawie  komentarzy do wczorajszego wyroku w Złotoryi, w sprawie WOŚP przeciwko Piotrowi Wielguckiemu wywiedzieć się jak ten głośny proces zakończył, wyszłoby, odmiennie niż w tytule, że mamy do czynienia z dwiema oddzielnymi sprawami, w których dwóch różnych Jurków oskarżyło dwie różne Kurki. I jedna Matka Kurka dostała procesowe baty oraz została rozjechana przez Jurka Owsiaka, który dowiódł, że jest transparentny niczym morska meduza, przedstawił sto ton niezbitych dowodów na tę transparentność a na koniec splunął na wdeptane w ziemię truchło adwersarza i odjechał niczym Clint Eastwood na rumaku w kierunku zachodzącego słońca. Druga Matka Kurka zaś sklepała mentalnie michę Jurkowi Owsiakowi wraz z przyległościami po czym zaprezentowała się zebranym z podniesionymi rękami niczym Manny Pacquiao.

Nie powiem która z tych wersji jest prawdziwa bo nie wiem. Wiem że prawda jest jedna ale nie mam pojęcia której z zaprezentowanych wyżej wersji jest do niej bliżej.  I nie wynika to tylko z mojej  niefrasobliwości, niezrozumienia doniosłości sprawy, która zakończyła się czy też dopiero zaczyna na wokandzie złotoryjskiego sądu. Z czego wynika będzie na sam koniec.

Nie kpię wcale z tej przywołanej przed chwilą doniosłości. Tak, jak szybko przeszła mi ochota naśmiewania się z histeryków, w których pozamieniali się niektórzy z kolegów blogerów, stojący murem za Jurkiem Owsiakiem i dziwiący się dziś w potoku łez, że te „mury runa, runa runą…” Nie będę ich wymieniał z nicków ale z tego miejsca dziękuję za tysiąćsiedemsetosiemdziesiąt powtórzeń zwrotu „ciężar dowodu” oraz za tytułową inspirację. Wracam do doniosłości. Rzecz cała, mówię to poważnie, jest doniosła, bo dotyczy sprawy, która kiedyś łączyła prawie wszystkich a dziś ciągle większość Polaków. Dać jej upaść czy choćby pogrążyć się w mętnej wodzie niedomówień byłoby zbrodnią. Której, jeśli się dokona, nie popełni Matka Kurka tylko Jerzy Owsiak a może raczej jego durny prawnik.

Kto zechciał i wysłuchał (na vlogu Owsiaka*)  uzasadnienia wyroku przez przewodniczącego składu orzekającego, sędziego Michała Misiaka zwrócić musiał uwagę na fragment, w którym sędzia odnosi się do postępowania dowodowego. W szczególności zaś do odmowy przedstawienia dokumentów rachunkowych, będącej, jak to wprost zostało powiedziane, zlekceważeniem postanowienia sądu. Lekceważenie sądu nigdy dobrze nie wygląda. Czy dopuszcza się go (hipotetycznie) Adam Hofman, sam Jarosław Kaczyński czy dla odmiany (faktycznie) Jerzy Owsiak czy też cała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I nie tłumaczy tego (oczywiście nie mam najmniejszych złudzeń, że dla bardzo wielu jednak tłumaczy) przedmowa Jerzego Owsiaka do relacji z ogłoszenia wyroku, w której, uzasadniając odmowę, wyjaśnia, że jako strona w sprawie WOŚP zgodziła się przekazać wspomniane dokumenty, ale POD WARUNKIEM, równoczesnego powołania biegłego w zakresie księgowości czy też rachunkowości. Rzecz w tym, że po pierwsze to jednak sprawa sądu jak sobie poradzi z oceną dowodów (jak mniemam sędzia Misiak wie na czym się zna a „znowuż” na prawie zna się na tyle, że o instytucji biegłego i możliwości powołania go przez sąd pewnie słyszał i bez podpowiedzi Jerzego Owsiaka) a po drugie, tu sobie pozwolę na złośliwość, warunki sądowi (czy szerzej, wymiarowi sprawiedliwości) zwykli stawiać dyktatorzy i świadkowie koronni. Tak przy okazji równie ciekawe a może nawet ciekawsze od warunków stawianych sądowi przez WOŚP jest przytoczone przez sędziego zdarzenie z początku procesu, gdy WOŚP (a raczej osoby ją reprezentujące) przywiozła do sądu stosy kartonów,  pełnych ponoć  stosownych dokumentów po czym… odmówiła udostępnienia ich sądowi. To jest prawdziwa, choć zupełnie pozbawiona sensu facecja!

Zatem cień na orkiestrę rzucił nie sędzia Misiak, jak sugerują najbardziej radykalni zwolennicy poglądu, że wygrał Eastwoo… znaczy Owsiak, i wcale nie Piotr Wielgucki, którego reputacja, w ocenie bardzo, bardzo wielu wyklucza rzucanie cienia na cokolwiek i kogokolwiek tylko zupełnie niepojęty upór (nie mam w tej chwili podstaw sądzić, że cokolwiek innego) Owsiaka i jego doradców.

W ich interesie było, jest i będzie bronienie czci i dobrej opinii Wielkiej Orkiestry. O ile oczywiście da się to obronić. Piszę tak, bo w Złotoryi zrobiono pierwszy, milowy krok w stronę całkiem poważnych wątpliwości w tej sprawie.
Być może, choć zestawiając potencjały trudno w to w ogóle uwierzyć, Owsiak i jego ludzie zapłacili za pychę i za lekkomyślność. Pychą było i jest przekonanie, że ich nie obowiązuje prawo i związane z nim procedury (stawianie warunków wobec postanowienia sądu) a lekkomyślnością zlekceważenie Piotra Wielguckiego. Którego trudno lubić, czasem ciężko czytać ale któremu nie wolno odmawiać i talentu i determinacji. Piszę to z pozycji osoby, która osobiście miała okazję poznać ciężar charakteru Matki Kurki. I równocześnie z pozycji kogoś, komu w sprawie Kurka vs Owsiak narzucono wersję Wilguckiego. Piszę „narzucono” bo to ta wersja krążyła w necie, w odróżnieniu od wersji przeciwników Matki Kurki. W dodatku była wersją przygotowaną starannie i pracowicie. To nie było nic w rodzaju rzuconych sądowi przed oczy pudeł z niewiadomoczym.

Może prawda jest taka, że w tej sprawie wygrał talent propagandowy Wielguckiego a prawda wyjdzie na jaw dopiero w Legnicy czy gdzie tam ma okręg sąd ze Złotoryi. Prawda, którą zaakceptuje ta część Polaki, co jest od wczoraj w szoku, histerii i żałobie. Zobaczymy. Albo i nie…
Jednak ewidentna (skoro są media mainstreamowe, którzy rzecz nazywają pi imieniu a te, które widzą rzecz inaczej muszą kasować komentarze) porażka propagandowa gościa, który na jedno skinienie ma F16, okręt podwodny i tyle czasu antenowego, ile tylko zechce, z gościem, który ma tylko siebie jest czymś niepojętym i niebywałym. Może to porównanie zbyt daleko idące ale to tak, jakby Goliat dostał od Dawida w łeb kamulcem. I to w momencie, gdy prezentował swą muskulaturę białogłowom, które przybyły podziwiać jego zwycięstwo nad jakimś przybłędą.

A na koniec taka ciekawostka z odmętów mojej pamięci. Kiedy Matka Kurka, po awanturach w Salonie 24  szedł „na swoje”, zakładając „Kontrowersj.net” jednym z pierwszych, którzy życzyli mu sukcesu, zwracając się do niego „Panie Piotrze”, był Walter Chełstowski, kiedyś (a może i dziś) blisko będący z Owsiakiem.

No ale wtedy Wielgucki był tak „antykaczystowski”, że mu Skoczylas lekko przez dziurkę w pasku przechodził ze swą odmianą tej obsesji.

poniedziałek, 29 września 2014

Maciek, agent dołu czyli teroria gier

Nie będzie to, wbrew pozorom, tekst o przekonaniach Macieja Maleńczuka ani też o nim jako człowieku. On, a w zasadzie to, co myśli i mówi w jednej kwestii, stanowi tylko dość niespodziewany przyczynek do dyskusji, która rozgrzała ostatnio ten kawałek przestrzeni publicznej, w którym mówi się o zasadach i wartościach.

O samym Maleńczuku miałbym zresztą do powiedzenia niewiele. Choć i tak pewnie mówiąc to moje niewiele, wzbudzę jakiś tam sprzeciw. Bo dla sporej części „świadomego społeczeństwa” Maleńczuk nie jest kimś, o kim w ogóle warto mówić.

Mam więc z Maleńczukiem nieco jak z Peszek. Której pewnej przysługi nigdy nie zapomnę, którą za pierwszą płytę uwielbiam ale która potrafi gadać jak potłuczona a ja tego słuchać nie mogę. Kilka kawałków Maleńczuka, ostatnio na przykład „Sługi za szlugi” z płyty Yugopolis, mogę słuchać i słuchać. Natomiast staram się puszczać mimo uszu jego wypowiedzi pozamuzyczne. I nie jest ważne czy dla „Do Rzeczy” mówi, że homoseksualizm jest wstrętny czy też gdy dla „Wyborczej” nazywa Polaków faszystami.

Jednak w tym ostatnim wywiadzie, chyba zupełnie bezwiednie i w nieco innej przestrzeni, zasygnalizował pewien mechanizm, który pasuje do innych (choć pewnie tak naprawdę do wszystkich) czasów i został wykorzystany wobec innych ludzi. Dziś zaś bywa tak czy siak nazywany lub interpretowany.

Mówiąc o swej niechęci do religii, a w szczególności do katolicyzmu i katolików (im poświęci, jak zapowiada, kolejną płytę) powiedział między innymi „Mój Szatan to jest Woland, w zasadzie porządny gość - cyniczny, ale porządny. Ich Szatan to jest jakiś sukinsyn.”*

Przyszło mi na myśl nie tylko to, że Maleńczuk nie pojmuje, że istotą najbardziej perfidnego zła i, jak wierzę, stojącego za nim Szatana, jest to, że potrafi ono przybierać postać już to „mniejszego zła”, już to całkiem miłych okoliczności. Że Wolandem staje się ono, gdy ma do czynienia z takim Maćkiem, który lubi „cynicznych ale porządnych” gości. Sukinsynem zaś jest dla klienta mniej wymagającego.

Przyszło mi też na myśl, że gdyby kiedyś, w minionych czasach, Maciek był „tym Maćkiem”, którym jest dziś, znanym na salonach, odpytywanym przez redakcje i w ogóle (za Wiki**) „osobowością telewizyjną”, system nie posłałby go „za odmowę” do „więźnia” lecz… posłałby do niego jakiegoś swojego Wolanda. Który dla Maćka byłby „cyniczny, ale porządny”. Pewnie opowiedziałby czasem Maćkowi jakiś antysystemowy, pieprzny przy tym dowcip, wypiliby, wypalili czy tam powąchali morze tego, w czym tam Maciek gustuje, użalił się, że „w resorcie” większość to idioci i w dodatku świnie. W rewanżu Maciek pożaliłby się na parę świń, z jakimi z kolei on ma do czynienia w swoim środowisku przytaczając niezbite dowody na trafność swoich sądów.
W efekcie Woland dostałby to co chciał. To, po co by go do Maćka wysłali.

Maciek zaś żyłby pewnie w przekonaniu, że na swój sposób zagrał z systemem, że razem z Wolandem wyfasował systemowi kopniaka w sam splot.

Tak to jest z tymi wszystkimi „grami”, które były, są i będą podejmowane w kooperacji ze „złym”. Kimkolwiek on jest. I ktokolwiek z nim gra.

Jakby się ów zły nie wydawał sympatyczny, szarmancki i przy tym cyniczny, w typie „słodkiego drania”, nic nie zmieni faktu, że jest on zły.

Poprzedni system, a być może i ten oraz każdy inny, miał całe stada sukinsynów od zdzierania paznokci i innych rozrywek dla nie łapiących niuansów. Miał też swoich Wolandów co to i w brydża umieli zagrać, „Kulturę” z Paryża znali na wyrywki a na widok krwi omdlewali. I potrafili nie do takiego Maćka uderzyć i zagadać.

Słowem „dla każdego coś miłego”. Problem w tym, że jakby to „miłe” nie było miłe, zawsze pozostanie złe. Nie zawsze dla tego, kto „miłego” doświadcza, mając przekonanie, że „nikomu nie zaszkodził” ale jednak złe.

Tak więc niech się Maciek (i wszyscy inni przed nim i po nim) nie łudzi. Jak już do nich przyjdzie Szatan, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, czy na tę okoliczność wbije się w smoking, opanuje stosowne słownictwo i pod pachę wciśnie coś Noama Chomsky’ego, lub ostatnią „Krytykę” czy też odpuści sobie higienę osobistą i zaprezentuje się w pełnej krasie, z kopytami i rogami. To tylko kwestia, mówiąc handlowo, targetu.

Przyjdzie po duszę. A oddania czy raczej sprzedaży jej (zostając przy handlowej nomenklaturze) nic, absolutnie nic nie usprawiedliwi.

* http://wyborcza.pl/magazyn/1,140804,16675190,Malenczuk__Uglaskali_mnie.html
** http://pl.wikipedia.org/wiki/Maciej_Male%C5%84czuk

niedziela, 31 sierpnia 2014

Bóg kocha Tuska



Nie mam rzecz jasna zamiaru wdawać się w jakieś głębokie teologiczne rozważania ani nawet przekonywać, że boska miłość dotyczy zarówno ludzi zacnych, co na nią całkowicie zasługują jak też kłamców, krętaczy i manipulantów, co zawsze jeszcze mają szansę poprawy.

Chodzi mi o łaskawość losu czy też właśnie opatrzności, na którą wciąż może liczyć Donald Tusk. Trudno znaleźć w naszej a pewnie nie tylko naszej polityce większego farciarza, który tyle razy wywijał się zasadzkom, , zdałoby się  nie do ominięcia, i mógł cieszyć się przychylnością fortuny. Owszem, można założyć, że to kwestia jego przymiotów. Ale wtedy musielibyśmy przyznać, że miały one jakiś wpływ na to, że się Wladimir Władimirowicz Putin wprosił na Ukrainę. A sądzimy chyba inaczej.

Wczorajsze wyniesienie Tuska nieomal na szczyt unijnej hierarchii  to oczywiście jego wielki sukces, wynik jego determinacji, pracy a pewnie i przebiegłości.

Mówi się też, że to zasługa i sukces Polski. Czy za sługa, trudno mi powiedzieć bo nic na ten temat nie wiem a czy sukces to się dopiero okaże. 

Oczywiście uważam, że przyjęcie przez Tuska stanowiska szefa Rady Europejskiej to dobra wiadomość. I, odmiennie od ocen większości bliskich mi poglądami komentatorów, nie uważam tak dlatego, że Polska bez Tuska z założenia jest czymś lepszym. To pewnie też ale oczekuję, że potrafi Tusk wykorzystać osiągniętą pozycję pro publico bono. Funkcja, jaką uzyskał, jest kulminacją jego kariery i nie ma już on motywacji, by postępować jak dotąd czyli skupiać się na grach i intrygach. Nie musi dzielić bo tam, gdzie jest rządzić i tak nigdy nie będzie.

Myślę więc, że osiągając ten historyczny sukces, zechce się też pozytywnie zapisać w historii. Mimo tego, że najbardziej dziś zadowoleni z nominacji są szefowie w Berlinie, Moskwie i Londynie.
Przyznam, że jeśli coś mnie w kadrowych decyzjach Unii naprawdę martwi, to zdecydowanie postawienie na czele unijnej dyplomacji miłośniczki Władimira Władimirowicza.

Wracając zaś na krajowe podwórko nie podzielam euforii przeciwników Tuska i Platformy, przekonanych, jak Karol Karski, że to koniec PO.

Być może partia Donalda Tuska bez niego zapadnie się w niebyt. Nie wierzę, że po latach czyszczenia przez Tuska partii z indywidualności, potrafi go ona zastąpić tym, co po nim zostało. Gdyby jednak odważyła się zaryzykować i już teraz zdyskontować sukces swego wodza rozwiązując Sejm i decydując się na przyspieszone wybory, mogłaby się uratować. Dziś przekaz brzmiałby „patrzcie, jacy jesteśmy świetni i poważani na świecie”. Za rok, pod kierownictwem kogokolwiek spośród osób zgłaszanych dziś na giełdzie będą mogli iść chyba raczej z hasłem „patrzcie jacy jesteśmy beznadziejni”.

Oczywiście może być tak, że nie doceniliśmy Tuska i swoje przenosiny do Brukseli, przy których nieźle się nachodził i, sądząc z językowych postępów, nasiedział, przygotował starannie także jeśli chodzi o sukcesję. Ale nie wierzę w to. Tak samo jak i w to, że odejście Tuska partia zniesie bez najmniejszych wstrząsów. 

Ale to dopiero przed nami.

I jeszcze coś.

Napisałem, że stanowisko szefa Rady Europejskiej to kulminacja kariery Tuska. Jednak sądzę ze nie jej koniec. Nie wiem czy ktoś już podsunął podobną sugestie, ale tytułowa boska przychylność może sprawić, że wróci do nas Donald Tusk i to na białym koniu. Notkę zamierzałem początkowo zatytułować Donald Tusk, następny prezydent RP”. Terminy są dla Tuska na tyle korzystne, że kiedy będzie kończył całkiem możliwą drugą kadencję na powierzonym mu właśnie stanowisku, u nas opróżni się akurat Duży Pałac. I nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek był w stanie łatwiej porwać większość Polaków od „najbardziej szanowanego na świecie polskiego polityka”. Dokładnie tak, jak nikt nie jest w stanie dziś na Śląsku zagrozić w kolejnych wyborach Jerzemu Buzkowi. Który dla głosujących na niego nie jest tym Buzkiem, który jako premier zapracował na niemal powszechną niechęć rodaków lecz tym Buzkiem, którego Europa zrobiła na jakiś czas szefem swego parlamentu.
Zanim zatem zechcecie szanowni czytelnicy pomachać Donaldowi Tuskowi na pożegnanie, zastanówcie się, czy po latach nie będziecie machać chustkami przy jego powrocie.

Wszak nikt nie pokazał bardziej niż on, że na uśmiech fortuny może od jakiegoś czasu liczyć przy każdej okazji.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Za i przeciw kandydaturze Gilowskiej



Podobnie jak Jadwiga Staniszkis uważam od jakiegoś czasu, że najlepszym w tym momencie kandydatem Prawa i Sprawiedliwości na Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej jest Zyta Gilowska.
Oczywiście nie jest to kandydatura idealna. Tyle, że idealnym kandydatem nie dysponuje nikt, łącznie z panią Anna Komorowską i tymi co to „ty wiesz a ja się domyślam”.

Zdaję sobie sprawę, że Gilowską będą atakować głownie wypominając jej „obniżenie podatków bogatym”. I na dobra sprawę na tym, poza problemami zdrowotnymi pani Zyty, kończą się potencjalne „minusy” kandydatury. Jeśli ktoś zna jakieś to proszę pod tekstem. Już widzę zresztą oblicza tych bogatych, słuchających jak ich „partia pierwszego wyboru” uczyni z tego i, pośrednio z nich, największą w ewentualnej kampanii „zbrodnię stanu”. 

Ale nie dlatego, że jakaś część elektoratu PO stanie przed pewnym dysonansem uważam Gilowską za kandydatkę najlepszą. To jest kandydatura, którą w ogóle ciężko będzie zwalczać. Bo niby jak? Oczywiście od „estetycznych inaczej” z PO trudno oczekiwać, że, pomni bezmiaru swych grzechów, obciachów i żenad, ugryzą się w język i nie zechcą wypomnieć jej pamiętnego „nepotyzmu”. Właściwie, oceniając pukający w dno od spodu poziom piaru Platformy, pewien jestem, że się nie ugryzą.

Można rzecz jasna przyjąć opcję „straszenia PiS-em”. Tyle, że robiąc z Gilowskiej uosobienie tej partii zrobi się jej (i pani Zycie i jej partii) oczywistą przysługę.

A zresztą ataki na Gilowską to rzecz niezręczna. Stan zgenderyzowania społeczeństwa nie jest chyba jeszcze tak daleko posunięty, by brak szacunku wobec kobiety mógł ujść bezkarnie. A Platforma (i nie tylko ona oczywiście) pokazała już nie raz, że szacunek wobec konkurentów to nie jest to, czym może się szczycić czy choćby pochwalić.

Z panią Zytą sławetna debata „Kaczyński kontra kultura dyskusji Platformy Obywatelskiej” nie mogłaby się zdarzyć. Chyba nawet ówczesny „spindoktor” pan Sławomir Nowak nie miałby w sobie tyle cynizmu, bezczelności czy tam odwagi, by przed kamerami napuścić partyjnych kiboli na Gilowską. Po czymś takim, sadzę, trudno byłoby liczyć na pamiętny rechot akceptacji. Myślę, że w takim przypadku elektorat PO czułby się jak koń w polskim filmie.*

W jakimś sensie agituję za tą kandydaturą, bo zżera mnie ciekawość tego platformerskiego „psa”, który będzie musiał podchodzić do Zyty jak do jeża. Taki dylemat gościa, co to chciałby być brutalem i subtelnym kochankiem w jednym a z reguły wychodzi na buca i pajaca „łosz end goł”.
Poza tym chyba każdy, nawet  i sam Bronisław Komorowski przyzna, że paznokieć pani Zyty ma więcej charyzmy niż obecny Prezydent wraz z cała swoją Kancelarią i komitetem poparcia. Co zresztą nie dziwi zważywszy, że szczytem charyzmy Komorowskiego był dowcip rzucony „od niechcenia” Obamie.

Jak bardzo przerasta Gilowska Komorowskiego wiedzą i wykształceniem nawet nie będę próbował ilustrować bo nie znajduję proporcji, które byłyby zbliżone do rzeczywistości a do tego łatwe do objaśnienia i zrozumienia. Po prostu przerasta.

Czy Gilowska mogłaby wygrać? Nie wiem. I jeśli nie zostanie wystawiona, nie dowiem się. A ja już tak mam, że lubię wiedzieć.

Zatem zamiast robić jakieś „prawybory” niech Prezes postawi na najlepszego „konia” w swoim stadzie. W końcu chodzi o zwycięstwo w wyborach a nie o to, by mu się koniki pomniejsze kopały między sobą.

* Pod koniec epizodu zatytułowanego „Nie będę walczył z dinozaurem jak jakiś debil” z 14 zeszytu Wilq Superbohater, w odpowiedzi na propozycję przyjaciela Alcmana, sugerującego by do przesłuchania schwytanego dinozaura zastosować metodę „dobrego i złego dinozaura” w stylu Providenta („Ty będziesz ta miła panią, co przywozi kaskę na opłacenie kolonii dla dziecka a ja tym kolesiem, co to później przychodzi z wiertarką do przewiercania kolan”) odpowiada „Czuje się jak koń w polskim filmie”. „Zmęczony?” pyta Alcman. „Zażenowany” odpowiada Superbohater odchodząc.