niedziela, 22 czerwca 2014

„Murzyn” odpowiada „białemu człowiekowi” Sikorskiemu



Rzeczywistość tak przyspieszyła, że z komentowaniem jej poradzą sobie już chyba tylko prorządowi publicyści.

To poprzednie zdanie to taka moja złośliwostka, spłodzona zamiast planowanego tekstu, który miał być komentarzem do zapytania Redakcji Salonu24 „A co Wy uważacie o wystąpieniu Moniki Olejnik i reakcjach na nie w mediach?” zadanego w zatytułowanym bardzo wymownie tekście „Prorządowi publicyści odcinają się od Moniki Olejnik”*

Ja sądzę, szanowna Redakcji, że określenie „przyrządowi publicyści” wyczerpuje skalę obelg, jakich można użyć pod adresem kogoś, kto uważa się za niezależnego dziennikarza. To takie walnięcie na odlew w gębę. I za to szanownej redakcji dziękuję. Za trafność. Dziękuję tym mocniej, że 25 lat temu, gdy kiełkowała ta nasza „wolność”, którą dziś świętujemy, byłem święcie przekonany, że czasy „przyrządowych publicystów” na zawsze się już skończyły.

Oczywiście, wracając do przyspieszenia, od którego już niektórym chce się rzygać, trudno zaprzeczyć, że ci „przyrządowi publicyści” mogą okazać się użyteczni. Chyba tylko oni potrafią objaśnić na okrągło, z podkreśleniem patriotyzmu wykupujących i pominięciem aspektu transparentności finansowania kampanii wyborczych, jak należy oceniać i komentować fakt „wykupienia udziałów Religi w elektoracie” przez sztab Tuska w 2005 r.

Myślę też, że twórczo rozwiną kwestię „murzyńskości”**, przywołaną w „prywatnej rozmowie” przez naszego pierwszego światowca, Sikorskiego. Czekam niecierpliwie.

Bez tej wykładni „przyrządowych publicystów” tkwię w błędnym przekonaniu, że „płytką dumę i niską ocenę” zawdzięczamy tym, którzy dziś nami rządzą i tym, którzy robią dziś za wspomnianych „przyrządowych publicystów”. To oni od lat szafowali argumentem że za to czy tamto „będziemy się wstydzić przed cała Europą”. Sieć jest pełna i takich wypowiedzi i komentarzy pisanych w tym duchu przez bezrefleksyjnych wielbicieli Tuska, Sikorskiego i całej reszty.

Wypowiedź Sikorskiego, który ma chyba jakiś problem z ludźmi o czarnej skórze, że przypomnę jego żart o „polskich korzeniach” Obamy, skomentować mogę bardzo krótko. 

„Biały człowieku” Sikorski! To nie ja, „Murzyn” wedle ciebie, mam problem z dumą i samooceną. Myślę, że więcej „murzyńskości” znajdzie pan w swoim, godnym Bokassy, zamiłowaniu do zaszczytów, luksusu i w swej chęci brylowania w wielkim świecie kosztem tego, co jest twoim obowiązkiem.

ps. Tak na marginesie apel do ludzkości. Ludzie! Skończcie już te męki Platformy i jej „polityków”. Właśnie po raz kolejny słucham jak Szeinfeld by „nie wyjmować wypowiedzi Sikorskiego z kontekstu”. Nosz qurna!!!!

czwartek, 19 czerwca 2014

ABW przyszło pomóc „Wprost” w publikacji a Donald był z nami!



Ci, którzy przed konferencją Tuska próbowali przewidywać scenariusze, siedzą pewnie teraz bez ruchu i zastanawiają się jak sobie poradzą z podniesieniem szczęk z poziomu podłogi.

Premier Tusk jest bowiem nie tylko najbardziej w Polsce zainteresowany publikacją taśm posiadanych przez „Wprost” ale deklaruje nawet „daleko idącą pomoc” w tym przedsięwzięciu. 

Domyślam się więc, że agenci ABW pojawili się w siedzibie redakcji bo obawiali się, że „Wprost” będzie zbyt wolno ujawniać te bulwersujące nagrania, ze może sobie nie poradzić. A że Latkowski nie zrozumiał? Bo albo głupi albo nie przygotowany na taką łaskawość Donalda Franciszka Tuska.
Wygląda też na to, że Donald Franciszek Tusk był wczoraj z nami. Siedząc przed telewizorem i z niedowierzaniem kręcąc głowa, że coś takiego w tym państwie jest możliwe. Pewnie palce miał z nerwów obgryzione do krwi. W końcu, jak przyznał, nie wytrzymał i zadzwonił tu i tam, by zapytać czy to naprawdę konieczne.

Podlegli mu szefowie podległej mu ABW i podległej mu policji wyjaśnili, pewnie płacząc nad gwałcona wolnością, że nic nie mogą zrobić. Bo prokurator…

Jeśli to kupicie pismaki, znaczy, żeście albo głupi jak szpulka nici albo wasza zdolność kredytowa warta jest szpulki nici.

Ps. Kiedy słucham jak Tusk wyjaśnia, że jak prokuratura zleci, to nic a nic się nie da zrobić, zastanawiam się, czy nie mógłby znaleźć się jakiś prokurator, który zleciłby Tuskowi by ten wypindalał.

środa, 18 czerwca 2014

V RP w natarciu!



Tak się nam obecna ekipa rozbujała ze swą „troską o sytuację państwa”, że człowiek normalnie na spacer wyjść nie może z przekonaniem, że rzeczywistość może poczekać!

Nie wiem czy akcja w redakcji „Wprost” to taka skrywana dotąd rutyna, zapisana w charakterze „bohatera ostatniej akcji” Sienkiewicza czy też zbyt emocjonalna reakcja na dzisiejsze opublikowanie zdecydowanie większych fragmentów rozmowy „dwóch patriotów zatroskanych o Polskę”. Doprawdy nie wiem co tak naszą władzę zdenerwowało. Wszak obaj „bohaterowie” twardo stali na stanowisku, że im wypowiedź „wyjęto z kontekstu”. Więc redakcja, wychodząc naprzeciw ich reklamacjom, ów kontekst zaprezentowała.

 I co?

I wygląda to jeszcze gorzej. Bo teraz pojawiają się dodatkowo „wytrychy”, bo Belka „no raczej” ma, ku wyraźnemu zaskoczeniu ministra od spraw wewnętrznych i od służb, dostęp do ustawy. Niestety (jak sądzi Cytrycki), „nie ma tam wszystkiego” i Belka potrzebuje sygnału Tuska, że może „wstawić różne rzeczy” aby „obejść RPP” no i wreszcie nadzieja Sienkiewicza, „że w ekstremalnych sytuacjach można wykonać jakąś gigantyczną operację na tam 10 miesięcy przed wyborami, może osiem jak się ma wielkie szczęście”. Sienkiewicz nie pozostawia wątpliwości, że tą gigantyczną operacją, ratującą sytuację finansową państwa a raczej du** partii rządzącej mogłyby być oszczędności wprowadzone przez jego partię bo „liczenie na to, że się jakaś Platforma, która jest dość dziwnym tworem, zepnie się w roku wyborczym, to jest po prostu proszenie się o kłopoty.”

W efekcie mamy inną „wielką akcję” czyli wejście służb do wiadomej redakcji. Trudno nie mieć wrażenia, że mamy właśnie do czynienia z ujawnieniem się V RP z jej jakże stanowczymi metodami. Może źle pamiętam ale takiego grubego numeru nie wykonała nawet totalitarna, by nie powiedzieć faszystowska IV RP.

Każda RP miała swoje  mity założycielskie i momenty, o które się przewracała. IV RP padać zaczęła chyba wtedy, gdy Ziobro radośnie prezentował nagrania z wyprowadzanym w kajdankach dr G.  W przypadku V RP może być tak, że mit założycielski, urodzony w „Sowie i przyjaciołach” dzieli naprawdę niewiele od tego potknięcia przy próbie deptania gwarancji zapisanych w prawie prasowym.

Prawdę mówiąc trudno nawet wyobrazić sobie jak dziś potoczy się wieczór w „zaprzyjaźnionej stacji”, która musi teraz być w niezłym rozkroku. Grożącym poważnymi obrażeniami okolic, które decydują o tym czy jest się mężczyzną czy wałachem.

Kto nagrywał i co z tego?



Oficjalna, tak zwana narracja, którą w sprawie afery taśmowej stara się mediom i opinii publicznej narzucić Platforma Obywatelska sprowadza się do tego, by dyskusję skupić wyłącznie na tym kto nagrywał i w jakim celu. I uczynić z Belki i Sienkiewicza zasługujące na szczery żal ofiary przestępstwa. Nieomal gwałtu na nich. To, że się podczas tego „gwałtu” zachowywały nie do końca godnie to jedyne, co można by om zarzucić.

Jest to oczywiście poznawczo ciekawe. Taki probierz samodzielnego myślenia odbiorców tego przekazu. Być może ta taktyka jest też skuteczna. W oglądanym przeze mnie fragmencie rozmowy „Jeden na jeden” Rymanowskiego z Piechocińskim wicepremier opowiedział jak to Tusk pokazał mu jakieś ściśle tajne materiały w sprawie o których „rzecz jasna nie mogę mówić”. „Czy włosy stanęły panu na głowie?” zapytał całkiem poważnie Rymanowski. Trudno zgadnąć czego a właściwie kogo się spodziewał jako ewentualnego autora nagrań. Pewnie tych Marsjan sugerowanych żartem na początku afery.

Rzecz w tym, że tak naprawdę to, kto nagrywał ma znaczenie głownie o tyle, o ile chodzi teraz o zaspokojenie naszej rozgrzanej do czerwoności ciekawości. I tyle. Przynajmniej jeśli chodzi o główny obieg informacji. Bo na pewnym poziomie wiedzieć to po prostu trzeba. Natomiast czy nagrań dokonało FSB, chcący dorobić do napiwków kelnerzy „Sowy i przyjaciół” i innych przybytków gastronomii klasy hi-end czy też przechodzący przypadkiem mimo uczeń trzeciej klasy gimnazjum, któremu akurat przyszło do głowy sprawdzić  możliwości nowego ajfona, kompromitacja  naszych służb i „koordynującego” je Sienkiewicza w, nazwijmy rzecz „aspektem technicznym sprawy”, jest bezsporna. Kwestią do dyskusji pozostaje, czy bardziej służby i Sienkiewicza kompromituje, jeśli nagrywali ich zagraniczni rywale- profesjonaliści, gdy zrobił to jakiś prywaciarz węszący oczywisty zysk i zaopatrzony w sprzęt ze sklepu dla „detektywów”  czy też ten hipotetyczny gimnazjalista. Każda z opcji ma swoje atuty w tym porównaniu. Tyle, że to byłaby kwestia niuansów w szczytowych rejestrach skali kompromitacji.

Natomiast bez względu na to, czy okaże się, że nagrywał pan Ziutek z „Sowy i przyjaciół” czy Mosad, nagrane zostało to, co słyszeliśmy. I tyle. Dla treści nagrań jej autor nie ma najmniejszego znaczenia. Znaczenie miałoby ewentualne skupienie się na autentyczności nagrań i podważenie jej. Tyle, że w tym przypadku sprawa jest jasna. Skupił się i Sienkiewicz i Belka i rzecz została postawiona jasno. W formie „przeprosin za styl”.

Dziś u Hankego w „Trójce” słusznie zauważył Lisicki (a Gdula go poparł) niebezpieczeństwo zagadania  tego o czym była mowa tym, kto nagrał.

To, że problem widzi i Lisicki i Gdula jest pocieszające. Daje na dzieję, że nie dadzą z siebie i przy okazji z nas zrobić frajerów gdy już Sienkiewicz zakończy swa „ostatnią misję” i przed kamerami przedefiluje szpaler „zamachowców”.

Rozbijanie sprawy na to „kto nagrał” i „co nagrał” to rzecz, która w zasadzie ukazuje tylko, że poza rozliczeniem ekipy i „niezależnego” Belki za jakże elastyczne podejście do zasad demokracji, konstytucji, kompetencji banku centralnego i tego czym i czyim jest państwo, właściwe jest też poważne zastanowienie się czym i po co są nasze służby.

wtorek, 17 czerwca 2014

43% w CEBOS-ie czyli czyj kłopocik

W rozmowie, co to, jak wiemy, była bardzo patriotyczna i dotyczyła  walki o to, by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatnio, znaleźć można szereg smaczków. Są one, niemal bez wyjątku, jak uprzedzają nas różni znawcy, spécialité de lamaison, tej „kuchni politycznej”, do której lepiej nie wchodzić, by się nie zbrzydzić i należy ograniczyć się jedynie do konsumpcji finalnych produktów.
Kiedy oglądałem powtórkę z konferencji prasowej Donalda Tuska, który, jak zwracają uwagę niektórzy, pozwolił dziennikarzom pofolgować sobie i zadać mu nie zwyczajowe dwa- trzy pytania a wręcz kilkanaście, brała mnie złość za niewykorzystaną przez nich okazję. Nie wiem jak oni spożytkowali ten czas, którego do przygotowania „strategii” potrzebował Premier. Wyglądało, że przez dwa dni nie zdążyli wczytać się dokładnie a już bez wątpienia nie zrozumieli czytanego tekstu.  Nie mogłem zrozumieć, czemu, po tym, jak „na bezczelnego” uraczył ich Tusk opowiastką o „trosce o państwo” i „walce z kryzysem” nikt, ale to nikt nie zapytał czemu to walczyć z kryzysem należy „nie później niż osiem miesięcy przed wyborami”. Nikt nie usiłował też dociekać jak walkę z kryzysem stymuluje to, że „Kowalskima w dupie tego orlika, podobnie ma tę autostradę w dupie” ani nie poprosił o objaśnienie tajemniczego wskaźnika makroekonomicznego „43% PiS w CEBOS-e”.
A skoro już przy tych „43% w CEBOS-ie” jesteśmy, okazuje się, że jest to wskaźnik istotniejszy, niż się na pierwszy rzut oka wydaje i niż co niektórzy sądzą. Szczytem jego interpretacji czy nawet nadinterpretacji, przynajmniej w głównym nurcie medialnym, były brutalne pytania Moniki Olejnik pod adresem Sienkiewicza czy aby nie układał się on z Markiem Belką by poprzez dodruk pieniędzy przez bank centralny nie sfinansować utrzymania przy władzy partii panówSienkiewicza i Tuska.
Jeśli jednak wczytać się w stenogram, jest tam to ujęte jakby nieco szerzej. Pan minister objaśnia szefa NBP, że ten przywołany przez mnie wcześniej „wskaźnik makroekonomiczny” w postaci 43% dla PiS „…się skończy katastrofą, ponieważ zwycięstwo PiS-u oznacza ucieczkę inwestorów, pogorszenie się warunków finansowych...”. Następnie dodaje dość intrygująco „...i parę innych kłopocików, ale to już takich wewnątrzpolskich.”
Podział „kłopocików” na „wewnątrzpolskie” i inne natychmiast powinna budzić pytania o zasięg tych innych oraz o to, czyje byłyby to „kłopociki” jeśli nie nasze „wewnątrzpolskie”.
Takie postawienie sprawy uprawnia pytanie czy aby na pewno pan Sienkiewicz, „troszczył się” w rozmowie z Markiem Belką o interes tego państwa, które sugerował nam Donald Tusk.
Ktoś może oczywiście sugerować jakieś „oczywiste” i „ekonomiczne” wyjaśnienia charakteru owych „kłopocików” ale nie kupuję tego, bo stoję na, mylnym być może, stanowisku, że ewentualna wygrana PiS a już tym bardziej „43% dla PiS w CEBOS-ie” nie jest kategorią ekonomiczną.
W związku z powyższym nie jest dla mnie takie oczywiste, jak usiłowano to tłumaczyć, czemu panu Belce Podoba mi się ten sposób stawiania sprawy. Bo on dotyczy Polski, a nie tylko tak zwanej gospodarki, czy jakiegoś tam...”
Jeśli już chcemy patrzeć na obu panów jako przepełnionych troską, ograniczenie jej tylko do Polski jest dla nich bardzo krzywdzące. „Kłopociki już takie wewnątrzpolskie” to ich martwią jakby w drugiej kolejności.
Cytaty za:

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Premier techniczny czyli wszystko w rękach...



Pan Donald Tusk dał nam dziś do zrozumienia, że nie ma naszego płaszcza i, najpewniej, nigdy już go nie dostaniemy, gdyż to  byłoby aktem złej woli.

- Proponuję, żeby się panowie, którzy dzisiaj zażądali dymisji rządu, żeby się zastanowili, czy chcą stanąć ramię w ramię z tymi, którzy dali im narzędzia do głoszenia tego typu postulatów. Będę przestrzegał przed rzucaniem się w nurt tej rzeki, który wyznaczył ktoś o złej woli.

Nie mam pojęcia czyje ramię ma na myśli pan Tusk i kto w jego pojęciu wyznaczył ten „nurt rzeki”. Jeśli wziąć pod uwagę to, że nie wiadomo jak na razie kompletnie kto nagrał i kto ujawnił, przypisywanie temu nieznanemu komuś złej, dobrej czy jakiejkolwiek innej woli to jakby mówienie po próżnicy. Ale w jego sytuacji Tuskowi wolno. Ten, kto się broni ma prawo toczyć pianę, udawać obłęd czy kłamać  w żywe oczy. Wolno mu też sugerować, że to nie jego ręka, zaś ręka podniesiona na jego władze to ręka podniesiona na Polskę. Bo Polska to on.

Zostawmy więc Tuska i zastanówmy się, co dalej. Dziś rano co niektórzy gromili Kaczyńskiego za to, że wyprzedził swą konferencją wystąpienie Tuska. Nie wiem czego oczekiwano od Tuska ale pewnie zawiódł te oczekiwania. Zapowiedź Kaczyńskiego pokazuje, że akurat on nie miał  w stosunku do Tuska żadnych oczekiwań ani złudzeń. Miał bardzo konkretny plan i konkretną propozycję, adresowana do wszystkich, poza partią Tuska i Sienkiewicza.

Konkretną ale czy realną? Czy da się w obecnych warunkach przeprowadzić konstruktywne wotum nieufności?

Tu, wbrew pozorom największym problemem nie jest wcale PSL w którym najpewniej najpierw Kłopotek zagra w kilku telewizyjnych ujęciach „jedynego sprawiedliwego” i „Rejtana III RP” a później najprawdopodobniej wszyscy karnie podniosą rączki jak trzeba. Jak zawsze. Myślę, że PSL akurat mniej bałoby się przyspieszonych wyborów niż niektóre byty sejmowe znacznie bardziej „oburzone” „zamachem stanu Belka-Sienkiewicz”. Tacy „ruchersi” na przykład. W ich przypadku poparcie wniosku o rząd techniczny i w konsekwencji przyspieszone wybory byłoby popieraniem przyspieszenia wigilii przez karpie (że polecę Millerem). Co prawda Palikot zdaje się być pryncypialnym ale czy trzyma on jeszcze swą „zaćpaną hołotę” (że polecę Millerem) w ryzach nie mam pojęcia. Ręki, co ja mówię ręki, palca bym za to nie dał!  Przecież większość z nich nigdy już, po hipotetycznym rozwiązaniu Sejmu nie zobaczy sali posiedzeń inaczej niż tylko z perspektywy ewentualnej wycieczki poi Sejmie i Senacie!

Nie wiem czy podobnie nie byłoby z resztówką Solidarnej Polski i resztą sejmowego planktonu.
I tu dochodzimy do istoty tego, co może być dalszym ciągiem.

Nie będę zgadywał ani strzelał, kto mógłby być „technicznym” i kto miałby go wyznaczyć. To zresztą krok nieco dalszy. Który może w ogóle się nie wydarzy. Bo wcześniej musi być ewentualna większość.

Dalszym ciągiem będzie więc chyba właśnie walka o to, by przejąć kontrolę nad tą drobnicą, która teraz pewnie zastanawia się, co może zyskać i co stracić. Kto ma więcej atutów? Z pozoru urzędujący premier i stojące za nim siły państwa stoją na znacznie lepszej pozycji. Tyle, że teraz najpoważniejszym problemem Tuska jest utrzymać w ryzach własną formację. Ta chyba nie ma powodów czuć się spokojnie. Po eurowyborach wie, że kołderka będzie krótsza i nie wszystkich przykryje. Zatem wszystko, co może obiecywać Tusk, trzymać musi dla swoich, którym już teraz z prostych rachunków musi wychodzić, że nie dla każdego starczy jakby co.  Dla nich jakiekolwiek koncesje na rzecz kogoś obcego będą „wyprzedażą resztek rodowych sreber”.

Szefowie PiS i SLD, bo jeśli nie zabraknie im rozwagi i determinacji, to oni będą cała rzecz rozgrywać, tych ograniczeń nie mają.  Mogą sobie pozwolić na obietnice, bo po pierwsze im akurat rośnie i chyba nadal będzie rosnąć. Poza tym w ich przypadku każda oferta to zapowiedź „udziału w zyskach”.

Jak to się potoczy, nie wiem. Z jednej strony trudno zaprzeczyć, że Tusk jest w defensywie. Z drugiej zaś trudno nie zgodzić się, że Tusk jest rzadkim egzemplarzem piskorza. Jeśli wywinie się teraz, będzie wywijał się jeszcze długo.