wtorek, 17 grudnia 2013

Elity (wbrew pozorom nie o muzyce)



Kawałek Kultu „Prosto” usłyszałem pierwszy raz 9 listopada w warszawskiej Stodole, gdy Kazik Staszewski z zespołem kończył kolejną „pomarańczową trasę”. Przyznam, że utwór wydał mi się mało przebojowy i nawet zaskoczyło mnie, że publiczność przywitała go z takim entuzjazmem.
Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie jest, że ta piosenka od kilku tygodni nieodmiennie jest „numerem jeden” listy przebojów III programu Polskiego Radia. To znaczy…
Ja to rozumiem. Dziwi mnie trochę, że w kraju, w którym poziom nudności na samą myśl o polityce i politykach wzrasta nieomal w postępie geometrycznym, piosenka tak zaangażowana politycznie może nie tylko kogokolwiek obejść ale zrobić taką karierę.
Oczywiście pierwsze miejsce na liście przebojów to zbyt mało, by o tym pisać. Ale już zastanawiać się nad tym, skąd się ono bierze i co znaczy warto. Tym bardziej, że taka dyskusja sama się narzuca w świetle kolejnych zdarzeń z ostatnich dni.
Dość trafnie wpisuje się w tekst wspomnianego protest songu wypowiedź Adama Hofmana na temat swego kolegi (kłopot jest z tym statusem bo jak jeden przestał to drugi zawisł) z partii, Tomasza Kaczmarka i tych, którzy go krytykują. „Jeśli jednak taki człowiek, w takim stylu był w stanie uwieść dużą część elit jako agent CBA, to trochę tu jest jak u Gogola - z kogo się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie”.* Samemu mi przyszło coś podobnego do głowy gdy towarzystwo czy tam elita zaczęła po „Agencie Tomku” jeździć z pozycji swej nienagannej kultury i moralności. Tyle, pan Hofman, mówiąc „taki człowiek” pakuje do wora z „elitami” także swojego kolegę a swym dzisiejszym dobrym samopoczuciem również siebie.
I to jest właśnie dramat, z którego rodzą się takie punkty widzenia, jak ten spisany i wyśpiewany przez Kazimierza Staszewskiego. Świadomość, że „Polskę” Tuska i wazeliny, w której pływa zastąpić może „Polska” chłoptasiów w rodzaju „pożyczalskiego” Adasia Hofmana i Tomasza Kaczmarka, który jak wstanie to „krzesłem przyj***e”, może sprawić, że się człowiekowi z miejsca Polski odechciewa. Bo na taką, jakiej by chciał, przy takich elitach nie ma chyba co liczyć. W temacie elit taka jakby pustynia Gobi. Z rzadka ujawniająca zasługującą na zainteresowanie florę i faunę.
Oburzą się niektórzy na tę „Polskę Hofmana i Kaczmarka” i zapytają jak mogę aż tak wypaczać jedną z wizji państwa, która może być wkrótce realizowana.  Obserwując szybkość, z jaką Adam Hofman powrócił do wpływów i zaszczytów twierdzę, że to bardziej pokazuje twarz tej, być może wkrótce mogącej się zmaterializować Polski niż jakiekolwiek partyjne dokumenty i polityczne deklaracje.
Nie po drodze mi z Polską, której gębę swymi postępkami przyprawiają Tusk, Kopacz, Graś i kto się tam jeszcze ze swym obliczem dopcha. Nie chcę by trafiła ona w łapy wyliniałego sekretarza KC Millera ani tym bardziej „zaćpanej hołoty”. Nie ufam „cudownie nawróconemu” po latach Gowinowi.  Nie po drodze mi jednak także z Polską dosiadaną przez Adama Hofmana.
Ostatnie badania opinii, nieodmiennie wywołujące dziwne w sumie emocjonalne reakcje zwolenników tej czy innej strony sceny, tak naprawdę pokazują, że najdynamiczniej rośnie w siłę partia tych, którzy właśnie tak oceniają scenę polityczną. Można mówić, że nieobecni nie mają racji i jest w tym jakaś prawda. Znacznie bardziej gorzka jest ta, że obecni nie maja jej jeszcze bardziej.
Idę prosto, to jest powód do troski
Idę prosto, pi****le obie wasze Polski
Idę prosto, nie zbaczam ni w lewo ni w prawo
Idę prosto, to dawno już nie jest zabawą
Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych
Idę prosto, dopóki nie padnę**



piątek, 13 grudnia 2013

Major Bąbel się gniewa (okruchy ze Stanu)



Być może już niedługo trudno będzie snuć wspomnienia ze Stanu. Nie, wcale nie dlatego, że zatrze się on w pamięci albo zabraknie świadków. To jeszcze przez jakiś czas nam nie grozi. 

Jeśli będzie trudniej to najpewniej z uwagi na urażone uczucia niektórych. Specyficzne uczucia specyficznych „niektórych”.

Na stronie „Wyborczej” można było dziś, na Rocznicę przeczytać materiał o jednym urażonym, który poskarżył się na Borusewicza.* Poczuł się urażony stwierdzeniem, że w grudniu 1980 r. chciał aresztować ówczesnego opozycjonistę by zasłużyć na awans i nagrodę. Major SB, o ksywie Bąbel (milusia ksywa, mógł być „krwawy” albo coś w tym guście) twierdzi, że to nie prawda gdyż on robił, co robił bo chciał jak najlepiej, najsumienniej wykonywać swoją pracę, do której co rano jeździł SKM-ką tak, jak stoczniowcy jeździli do stoczni. Budować pociągi, spychacze i statki…**

Oczywiście nie wątpię, że w SB, poza karierowiczami - szmaciarzami, gotowymi dla kasy, pozycji czy innych apanaży i profitów sprzedać rodzone dziatki, byli też psychopaci odczuwający zwyczajną albo i nadzwyczajną satysfakcję z tego co robią. Nie tylko mogło tak być ale zapewne tak było. Nie o to jednak mi chodzi.

Chodzi mi o to, że dożyliśmy czasów, w których różne Bąble i inni psychopaci nie tylko nie wstydzą się przyznać, że byli tymi Bąblami, radośnie zasuwającymi co dnia do ubeckiej roboty, ale obnoszą się dumnie z tym, że robili za siepaczy. To źle świadczy nie o nich bo już bycie Bąblem wyklucza ich z jakichkolwiek dyskusji o wstydzie czy przyzwoitości. Jakby kto miał jedno czy drugie nie tylko nie byłby dumny ale przede wszystkim nie robiłby za Bąbla. 

Czasów takich dożyliśmy wcale nie dlatego, że cykl życiowy Bąbli i innych takich przewiduje okres intensywnej i gwałtownej aktywności, dla innych, bywało, dość bolesnej i następujący po nim długi dość okres hibernacji, z którego właśnie Bąble się teraz budzą.

Czasów takich dożyliśmy dlatego, że w toku przeróżnych procesów, dziejących się przez ostatnich ponad 20 lat zbyt mało albo zgoła wcale nie akcentowaliśmy, że bycie Bąblem to powód do wstydu. Takiego wstydu, który nigdy nie idzie w niepamięć.

Pozwoliliśmy, choć po prawdzie nikt mnie na przykład o to pozwolenie nie prosił, by tak bardzo zrelatywizować ocenę, że dziś taki Bąbel może bez wstydu i bezkarnie porównywać się z tymi, których prześladował bo jeździł z nimi tą sama SKM-ką. Jakby to był jaki konfesjonał oczyszczający z niegodziwości Bąbli różnych, którzy jeździli, gdzie jeździli ze wszystkimi konsekwencjami tych swoich podróży.

Jeśli będzie musiał Borsuk przepraszać Bąbla, który w 1980 czy to sam po Borsuka przyszedł czy tam wysłał po niego suki pełne psów, będzie to chichot historii. Pisanej przez lata tak koślawo, ze faktycznie Babel A.D. 2013 ma prawo czuć się ofiarą i tamtych czasów i niektórych dzisiejszych ich ocen.

Miejsce, w którym o krzywdzie Bąbla i jego gniewie napisano też przypadkowe nie jest.

** „Stańcie przed lustrami” – Róże Europy

środa, 4 grudnia 2013

TW i grawitacja (Cieszewski, Sekielski i inni)



„Lustrować to my ale nie nas” rzucił niby żartem pan Jarosław Kuźniar gdy rano podsumował skrót informacji, zawierający, a jakże, informację o „odkryciu” pana Tomasza Sekielskiego. Ten żarcik, nie żarcik to świetne motto, pozwalające dywagować na ten temat w kontekście innym, trafniejszym, niż chciałby pewnie pan Kuźniar ze swym bon motem i pan Sekielski ze swym „odkryciem”
 Napisałem „odkryciem” bo dziś kwestia technik „odkrywkowej” wspomnianego redaktora jest jedną z mocniej wybijających się z tak zwanej „narracji” w tej sprawie.

Narracji, która w sumie jest absurdalna i na taki rozgłos nie zasługuje. Przynajmniej u ludzi myślących racjonalnie a nie emocjonalnie.

Program Sekielskiego oglądałem bo się na niego naciąłem przypadkiem robić coś tam i mając telewizor jako wytwarzające lekki szum tło. Pierwsze wrażenie było takie, że aż zakląłem ni to ze zdumienia ni to z podziwu. Tu taka uwaga, że w zasadzie klnę tylko za kierownicą auta, gdy wlokę się na przykład za rowerzystą korkującym jezdnię kiedy obok przebiega pachnąca nowością, wybudowana za grube miliony rowerowa ścieżka.

W tym przypadku zakląłem nie z jakichś powodów związanych z cyklingiem. Zakląłem bo program redaktora Sekielskiego jako żywo przypomniał mi te, które w latach 80-tych poprzedniego wieku pokazywały jak w domach działaczy Solidarności znajdowano „materiały szpiegowskie CIA”. Ale to nie „mroczna”, PRL-owska forma, wywołującą uczucia bliskie tym, które wzbudziła widziana w EMPiK-u butelka „gumy arabskiej” choć o przeciwnym zabarwieniu, sprawia, że nad efektem pracy pana Sekielskiego pochylić się trzeba bardzo krytycznie.
Nie przeczę, sprawa posła Piotrowicza nie wygląda ładnie. I, niestety nie wygląda głównie za sprawą kiepskiej pamięci i wynikających z niej pokrętnych tłumaczeń posła. Myślę, że w tej sprawie usłyszę jakieś bardziej konkretne i wyglądające poważniej stanowisko czy to posła czy to jego partii, oparte na pełnej wiedzy o tamtych zdarzeniach. Tłumaczeń posła radośnie wykrzykującego, że pod aktami nie ma jego podpisu (póki się nie znalazł) i sugerującego, że w egzekutywie był bez swej woli i wiedzy (stojące w sprzeczności z oświadczeniami na potrzeby wydziału paszportowego) na dziś nie kupuję.
Ale, co dla mnie ciekawe choć łatwe do wyjaśnienia w rzeczywistości, w której myśli się nie tym co trzeba, ta sprawa została usunięta w cień przez sprawę prof. Cieszewskiego, który był jakoby tajnym współpracownikiem SB a teraz jest ekspertem Macierewicza. Napisałem „jakoby” bo widziałem tylko kilka „przebitek” z programu Sekielskiego. Napisałem „ekspert” bo tak go, jak się okazuje niesłusznie, tytułowano. Tu taka uszczypliwość pod adresem tych, którzy teraz prostują, że przecież nigdy nie był tym ekspertem. Do wczoraj nikt potrzeby prostowania nie widział.
Ale nie w tym rzecz. Skupienie się na Cieszewskim i, na razie, odpuszczenie Piotrowiczowi, jest wywołane głównie tym, że wkład Cieszewskiego jest dość znany a rola Piotrowicza do wczoraj kojarzona przez niewielu. I to cios w Cieszewskiego bardziej powinien ponoć zaboleć Macierewicza i tych, których nazywa się jego „wyznawcami”. To pokazuje, że ów cios wyprowadza się siłą emocji i ma uderzać w emocje. I tak naprawdę mierzony jest w konkretne miejsce czyli w samo serce. A raczej serca.
W rzeczywistości w kwestii, w której głos Cieszewskiego ma znaczenie, jego przeszłość nie ma znaczenia najmniejszego. To, czy pomagał SB czy nie dał się złamać na prawa fizyki i nauk wpływ ma żaden. I próba poważnienia jego fachowości w ten sposób jest merytorycznie bez sensu. Ujmę to obrazowo. Spadając z wysokości współpracownik i ktoś nieskalany taką kartą z przeszłości poddawani będą dokładnie tym samym siłom. I, mniej więcej, spadną w tym samym czasie. Jeśli kto twierdzi inaczej, niech się produkuje poniżej. Chętnie popatrzę.

Wydłubywanie papierów na Cieszewskiego w kontekście jego stwierdzeń sensu nie ma żadnego. Jest w jakiś sposób obliczone na, bardzo osobliwie i chyba niezbyt celnie ocenianą, mentalność tych, którzy efektom prac zespołu Macierewicza przyglądają się z uwagą. Na obraz tej mentalności wykreowany w umysłach ich przeciwników.

Działanie Sekielskiego a jeszcze bardziej jego odbiór pokazują, że adwersarze Macierewicza nie są w stanie z nim polemizować merytorycznie. Widać to było już wtedy, gdy o fachowości profesorów najwięcej miał do powiedzenia Daniel Olbrychski i teraz, gdy wiarygodność metody Cieszewskiego ma być uzależniona od tego czy donosił czy nie.

Poza tym, że rozumowanie Sekielskiego (zakładając, że miał czyste intencje) jest głupie i każe widzieć dziennikarza przez pryzmat jakiegoś jego ograniczenia, niesie ono be zwątpienia nie przewidzianego, nie zakładanego efektu. Który jest nie tylko możliwy ale wręcz już pobrzmiewa w niektórych reakcjach. Sprowadza się on do tego, że fachowość uczonych będziemy oceniać zaczynając od tej właśnie kwestii. To zaś może otworzyć puszkę Pandory i wylać z niej treści, których nasz domorosły Epimeteus ani ci, co się jego odkryć tak kurczowo chwycili, nie przewidział choć powinien. Wcześniejsze doświadczenia pokazują, że Cieszewski, nawet jeśli zarzuty mu postawione okażą się prawdziwe, może być zwykłą „drobnicą” w ławicy znacznie grubszych ryb, które mechanizm Sekielskiego być może już wkrótce zagarnie w sieć. Tego pewnie mało kto by chciał. Przynajmniej z tej, na razie ukrytej, ławicy. I spośród tych, którzy wiedzą, nie powiedzą…

Nie mam pojęcia czy prywatnie ma pan Sekielski w zwyczaju lustrować pod kątem ewentualnej współpracy z SB swego dentystę, mechanika samochodowego i panią z warzywniaka. Jeśli nie, źle to świadczy o jego intencjach. Jeśli bowiem nie ma znaczenia ona przy borowaniu zęba pana Sekielskiego, przy regulowaniu gaźnika czy wybieraniu cebuli, to nie powinna mieć przy stosowaniu technik analizy zdjęć satelitarnych a jeśli ma, to współczuję Sekielskiemu. Którego, co widać i słychać w wielu miejscach, o taki lustracyjny fundamentalizm chyba nikt nie podejrzewał.

A Europa…

Przyznam szczerze, że reakcja tak zwanych „czynników europejskich” na nagłe zmiękczenie stanowiska władz Ukrainy w sprawie stowarzyszenia z Unią Europejską to rozczarowanie większe niż  sławny i zarazem niesławny „tłitt”  Radosława Sikorskiego. Tu od razu taka uwaga, że nazwisko naszego Ministra Spraw Zagranicznych przywołuję nie tylko z chęci dokopania mu. Choć nie ukrywam, że również, bo zasłużył na to po stokroć. Nawet w tej sprawie.
Oświadczenie pani Ashton, że o umowie nie ma co rozmawiać a jeszcze bardziej coś w rodzaju niezbyt przychylnego zdumienia na informację, że przedstawiciele rządu Ukrainy wybierają się do Brukseli (i, symultanicznie, do Moskwy) czyni uprawnionymi sugestię, że wyłączenie się naszego wschodniego sąsiada z kręgu zaplanowanych i świadomych wpływów Unii Europejskiej nie zabolało a raczej ucieszyło brukselską biurokrację.
I to już jest coś, co nie tylko nie ładnie wygląda ale staje się groźne. Bo w jakimś stopniu usuwa grunt spod nóg tym, którzy na Majdanie i w innych miejscach Kijowa nie tylko gardłują ale i bardziej czynnie optują za integracją ze zjednoczoną Europą. A bez gruntu pod stopami dużo trudniej. Teraz i na przyszłość.
To, w moim odczuciu nie tylko Polaka ale też obywatela Unii jest i niebywałe i niedopuszczalne. Jest nie tylko nieeleganckim odepchnięciem nie do końca chcianego zalotnika ale wręcz wpychaniem go w inne ramiona.
Jeśli Unia pozwoli spacyfikować Majdan, ci, którzy tam zostaną spacyfikowani najpewniej takiej Europie już nie zaufają. Jaką droga pójdą? Nie wiem. Wielu nie mają do wyboru.
I tu wróćmy do pana Sikorskiego. Kiedy wybuchł spór wokół jego dyplomatycznych kompetencji, wywołany jego durnym komunikatem w sieci a wczoraj dodatkowo podgrzany gdy Sikorski oświadczył, że przecież mówi to samo co Kliczko (nie rozumie chyba tej subtelnej różnicy ról), obrońcy szefa MSZ przywoływali rolę, jaka miał odgrywać Sikorski w sprawie „partnerstwa wschodniego” a w szczególności miejsca Ukrainy w tym projekcie. Przedstawiany był wręcz jako adwokat sprawy ukraińskiej w Brukseli.
Sposób, w jaki w sprawie ukraińskiej reaguje teraz Bruksela pozwala sądzić, że ze swej roli wywiązał się pan Sikorski tak sobie. Mówiąc baaaardzo delikatnie. Myślę, że się nasz Minister zwyczajnie pogubił. Po kilku dniach obnoszenia się ze swą dyplomacją (na obnoszeniu się ona tak naprawdę się kończyła) pan Sikorski wreszcie ruszył siedzenie z siedzenia i ruszył… Tyle, że ruszył chyba nie w tę stronę co powinien. Skoro najpierw zapewniał, że nic po nim w Kijowie, po co do tego Kijowa się udaje? Skoro miał być przewodnikiem w marszu Ukrainy na zachód, czemu nie ma go tam, gdzie, po dotarciu na zachód garstka przedstawicieli Ukrainy zastała zamknięte drzwi?
Nie wiem czy już można mówić kto z tej „rebelii Majdanu” wyjdzie zwycięsko. Pewnie do końca nikt. Trochę ugrali ci, co stali tam, na tym podwyższeniu przemawiając do tłumów. To jakoś tam w przyszłości musi zaprocentować. Ostał się Janukowycz i większość jego podręcznych wzmocniona smutną prawdą, że „żadnych złudzeń panowie” i tym, że Gazpromowi jakby nieco rura zmiękła. Wygrał Putin choć pewnie jeszcze nie przestał czuć nieprzyjemnego mrowienia. Wygrał Kaczyński, którego zdjęcie z Majdanu można było oglądać w zestawieniu z Tuskiem układającym klocki.
Trudno powiedzieć, ze wygrała Unia, która pokazała, że w mniejszym stopniu wie czego chce niż Janukowycz, Putin, ktokolwiek.




wtorek, 3 grudnia 2013

Nie pojedziemy do Soczi



Kiedy dziś przez media przemknęła pogłoska, ze Rosjanie mogą wkroczyć zbrojnie na Krym, przyznam, że nie umiałem sensowni przejść nad tym do porządku. Chyba w ogóle trudno byłoby komukolwiek  w 2013 r. przejść do porządku nad możliwością wkroczenia wojsk radz… rosyjskich gdziekolwiek.
Być może takie scenariusze pojawiły się, bo najpierw „beton” z lokalnego, krymskiego parlamentu zaapelował do Janukowycza by był on twardy i gotów do stosowania „wszelkich środków koniecznych do przywrócenia porządku publicznego” łącznie z wprowadzeniem stanu wyjątkowego a niedługo po tym jeden renegat z Sewastopola wprost i na piśmie zwrócił się do Putina o „bratnią pomoc”.
Pierwsze z pytań, jakie nasuwają się w związku z tą plotką i z tym, że renegatów, „betonu” oraz mieszanek jednego z drugim na Ukrainie bez wątpienia nie brakuje jest takie czy w 2013 r. możliwa jest „bratnia pomoc” w takiej formie, jakiej ów zdrajca z Sewastopola sobie by życzył.
Odpowiedź na nie jest mocno związana z odpowiedzią na pytanie co stałoby się, gdyby ruskie tanki zanurzyły gąsienice w piasku odeskich plaż. Czy przyszłoby Władimirowi Władimirowiczowi Putinowi zapłacić czymś więcej niż tylko koniecznością rezygnacji z możliwości podziwiania jak Kamil Stoch przeskakuje na dużej skoczni Gregora Schlierenzauera a Justyna Kowalczyk rzutem na taśmę gromi Marit Bioergen?
Oczywiście najfajniejszą odpowiedzią powinno być, że dwie godziny później ruscy ambasadorowie w Waszyngtonie, Londynie, Pekinie, Berlinie, Tokio odbiorą listy z ultimatum rządów rezydujących w tych stolicach pod adresem tego z Kremla a dwa dni później na tanki z odeskich plaż spadnie ogień z aeroplanów.
Tyle, że od wielu, bardzo wielu dziesiątek lat wiemy, że o ile ruskim tankom niewiele potrzeba, aeroplany z zachodu w swych instrukcjach obsługi mają różne bezpieczniki, które ich startu nie przyspieszają. Najskuteczniejszy to „polityczny realizm” sprowadzający się do pytania „czy nam się to opłaca?”
„Nam” w Berlinie, Paryżu, Rzymie.
„Nam” w Berlinie, Paryżu, Rzymie odeski piasek może wydać się całkowicie nieistotny. I absolutnie nie wart ruszania obrosłych dobrobytem tyłków z ciepłych, grzanych ruskim gazem mieszkań przy Piccadilly, Piazza Venezia, Friedrichstraße . Może okazać się, że jedyne, co spotkałoby Putina to faktycznie dyskomfort rezygnacji z możliwości podziwiania jak Kamil Stoch przeskakuje na dużej skoczni Gregora Schlierenzauera a Justyna Kowalczyk rzutem na taśmę gromi Marit Bioergen. I jeszcze to, że Nikita Michałkow na jakiś czas mógłby stracić szansę odebrania kolejnego Oscara.
Kto czytał „Drugi najazd Marsjan”  Arkadego i Borysa Strugackich, pamięta pewnie dialog narratora tej mikropowieści, emerytowanego prowincjonalnego nauczyciela Apollina z zięciem, Charonem, byłym bo przegranym członkiem ruchu oporu przeciwko Marsjanom, którzy zajęli ziemię by od jej mieszkańców pozyskiwać soki żołądkowe. Zacytuję najciekawszy fragment monologu oportunisty z dramatyczną puentą.
„Charonie — powiedziałem z wielka łagodnością — chłopcze mój! Postaraj się  choćby na chwilę zejść z obłoków na tę grzeszną ziemię. Postaraj się zrozumieć, że najbardziej ze wszystkiego na świecie potrzebny jest człowiekowi spokój i pewność jutra. Przecież nie stało się nic strasznego. Mówisz, że człowiek zamieni się teraz w fabrykę soków żołądkowych. To tylko czysty werbalizm, Charonie. W rzeczywistości zaszło cos wręcz przeciwnego. Człowiek w nowych warunkach egzystencji znalazł świetny sposób wykorzystania swych rezerw fizjologicznych, aby umocnić swoją sytuacje w świecie. Nazywacie niewolnictwem coś, co każdy rozumny człowiek uważa za normalną transakcję handlową, która winna przynosić wzajemne korzyści.”
Mottem tej mikropowieści jest coś w rodzaju westchnienia autorów. „Ach, ten przeklęty konformistyczny świat”. Nic nie wskazuje, by to się zmieniło.