czwartek, 24 października 2013

Barbarzyńcy w dobrej wierze



Wiem, że w ocenie przyjętej przez sejm ustawy, która pozwoli przymusowo leczyć w ośrodkach zamkniętych osoby po wyrokach za ciężkie przestępstwa na tle seksualnym trudne czy wręcz niemożliwe jest pogodzenie zdrowego rozsądku z uczciwą oceną wspomnianego aktu prawnego. Rozsądek podpowiada, iż dobrze się stało, że w ten sposób gwarantujemy społeczeństwu większe bezpieczeństwo i najpewniej lepsze samopoczucie. Wszyscy a politycy w szczególności powinni starać się o to z całej mocy bo nikt nigdy nie może być pewien, że jego dziecko, partner czy krewny zawsze „przecież siedzi z tyłu”.
Tyle, że w moim odczuciu cała ustawa oparta jest, być może w różnych porcjach, na tchórzostwie i oszustwie. We wstępie do niej znajduje się objaśnienie, jakich sytuacji ma ona dotyczyć. Odnosi się do osób, które:
1. zostały prawomocnie skazane za przestępstwo popełnione z użyciem przemocy na karę pozbawienia wolności bez warunkowego zawieszenia jej wykonania,
2. w trakcie postępowania wykonawczego stwierdzono u nich zaburzenia psychiczne w postaci upośledzenia umysłowego, zaburzenia osobowości lub zaburzenia a preferencji  seksualnych,
3. stwierdzone u nich zaburzenia psychiczne mają taki charakter lub nasilenie, że zachodzi co najmniej wysokie prawdopodobieństwo popełnienia czynu zabronionego z użyciem przemocy lub groźbą jej użycia przeciwko życiu, zdrowiu lub wolności seksualnej i obyczajności, zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi co najmniej 10 lat.*
Jednym słowem, rozumiejąc rzecz literalnie, dotyczy osób, które zostały skazane za ciężkie przestępstwo czy przestępstwa seksualne jako osoby zdrowe a dopiero w trakcie postępowania wykonawczego czyli odbywania kary stwierdzono u nich zaburzenia psychiczne. To stwierdzenie to właśnie dowód tchórzostwa i to podwójnego. Bo sprowadzającego się do ukrycia faktu, że sądzi się u nas i skazuje osoby chore. A do tego przyzwalającego na tchórzliwe zachowanie sędziów, bojących się chyba uznawać tych przestępców za osoby chore. To pewnie ani rodzinom ani poinformowanej przez media o szczegółach takiej sprawie gawiedzi nie spodobałoby się więc lepiej skazać kogoś jako zdrowego a następnie, już w trakcie postępowania wykonawczego stwierdzić u niego zaburzenia psychiczne.
Oszustwem natomiast jest cała koncepcja tego „stwierdzenia w trakcie”. Nie mam wątpliwości, że twórcy tej legislacji od samego początku zdawali sobie sprawę, że nie chodzi o żadne „stwierdzenie w trakcie”. Ono samo w sobie jest kuriozalne gdyż sugeruje, że zdrowemu gwałcicielowi czy seryjnemu zabójcy na tle seksualnym odwali dopiero wtedy jak się go prawomocnym wyrokiem zamknie na lata w pierdlu. Albo, że nasi psychiatrzy dopiero wtedy są w stanie stwierdzić czy on wariat czy nie. Zatem oszukano nas a i my chętnie się oszukujemy, że tak, że dopiero wtedy zachorował jak już dostał wyrok. Dzięki czemu sędzia nie będzie odczuwał zbytniej potrzeby dociekania w postępowaniu przed sądem czy ma do czynienia z zimnym zbrodniarzem czy osobą chorą. Nie będzie narażony na gniew rodzin załamanych tym, że morderca bliskiej im osoby zamiast odbywać karę trafi na terapię. Nie będzie musiał się pocić tłumacząc do kamer i mikrofonów czemu nie dał zwyrodnialcowi zgnić w celi. Wreszcie nawet nie będzie musiał przejmować się tym, że da takiemu zbrodniarzowi 25 lat, które niejednemu uda się przesiedzieć, a nie dożywocie. No bo czym ryzykuje skoro „w trakcie się stwierdzi” i nawet po tych 25 latach będzie się mogło spokojnie spać.
Jest to bez wątpienia działanie, które może w jakiś sposób demoralizować system wymiaru sprawiedliwości. Bo to, że dziś zastanawiamy się nad tym co począć z dewiantami, którzy lada moment opuszczą nam więzienia i pojawią się w miastach, wsiach i przysiółkach, jest wspólnym efektem radosnej twórczości naszych prawodawców i ich biegłych w prawie doradców.
Cała sprawa przypomina mi sytuacje, gdy w naszym humanitarnym państwie gdzieś tam ktoś tam szczególnie okrutnie zabije dziecko czy na przykład młodą dziewczynę. Nagle powraca temat kary śmierci. A ja, choć nigdy nie ukrywałem, że jestem zwolennikiem „kary głównej” skowyczę „nieeee!!!!” bo nie tak się rozmawia o sprawiedliwości i jej wymierzaniu. To jest raczej rozmowa o zwyczajnym linczu wywołanym nagłymi emocjami.
Myślę, że te ponad 400 głosów za ustawą, która półgębkiem sugeruje, że niektórych sadzamy do więzienia choć powinniśmy leczyć, to efekt powiązania ze sobą kilku nośnych haseł. Krzywdzone dzieci, przestępstwa seksualne, seryjnie mordercy i gwałciciele. Jak się to ze sobą do kupy zestawi to dziwić może chyba już tylko to, że nie uchwalono tymi ponad 400 głosami ustawy o utylizacji osób po wyrokach za ciężkie przestępstwa na tle seksualnym.
Prawda jest natomiast taka, że z dobrych intencji i chęci naszych posłów narodził się stwór barbarzyński, który spokojnie dałby się zastąpić rzetelnie, odpowiedzialnie i przede wszystkim odważanie prowadzonym postępowaniem przygotowawczym i sądowym, w którym bez wątpliwości można by stwierdzić, czy ma się do czynienia ze zdeprawowanym bydlakiem, któremu dajemy dożywocie bez prawa do wcześniejszego zwolnienia czy wariatem, którego oddaje się lekarzom-specjalistom będąc pewnym, że tak długo będzie zamknięty na terapii, póki ci lekarze nie uznają z cała odpowiedzialnością, że nie zagraża już nikomu albo póki nie opuści tego padołu będąc wariatem do końca.
Żadne wymyślanie tego „stwierdzania w trakcie” nie jest potrzebne. Nam rzecz jasna. Nasi „obrońcy naszych interesów” takich rzecz potrzebują bezwzględnie. Wystarczy wszak podnieść rączkę i wdzięczny naród już wie, gdzie szukać swego dobroczyńcy.


środa, 23 października 2013

Ludzie to idioci czyli Ministerstwo Cyfryzacji

Jakiś, dość już długi czas temu przeglądałem w jakiejś księgarni książkę, opisującą jak dalece alogiczni w swoich zachowaniach potrafią być ludzie. Często, by nie rzec przeważnie, tacy, którzy zarządzają dużymi zespołami pracowników. Opisano tam historię jednej z korporacji, która swym pracownikom biurowym zakupiła mobilne komputery, by mogli wykonywać swoją pracę także poza siedzibą firmy. Ponieważ jednak ktoś zasugerował, że pracownicy mogą zabierać sprzęt do domu i tam wykorzystywać go do celów prywatnych, polecono by pracownikom laptopy poprzykręcać do biurek.
Książka, opisująca dziesiątki podobnych „rozwiązań” zawierała też konkluzję, objaśniająca co jest ich źródłem. „Dzieje się tak dlatego, że ludzie to w sporej liczbie idioci” stwierdzili autorzy.
Właśnie doświadczam czegoś podobnego. Obecnie 80% swego czasu pracy spędzam w wyjazdach służbowych. Praca ta wymaga ciągłego dostępu do sieci. Ponieważ zamówienie rządowe na sprzęt do tej pracy zaowocowało kupnem ciężkich „cegieł” (choć na rynku pełno jest cieniutkich i lekkich ultrabooków, które ważąc co najmniej trzy razy mniej, stworzone są właśnie do tego, czego potrzebuję), pracuję głownie na własnym netbooku. Lekkim, poręcznym…Tyle, że nie mam wówczas dostępu do służbowej skrzynki, którą mam skonfigurowaną na komputerze służbowym. W efekcie co drugi dzień dzwonię do firmy z prośbą, by włączano mój laptop i przesyłano mi wiadomości, które, po odczytaniu tematów i nadawców, uznałem za pilne, na prywatny adres. Podaję też z reguły prywatny adres jako kontaktowy obok służbowego. Tyle, że nie zawsze i nie do wszystkich to dociera.
Wczoraj umówiłem się z pewnym człowiekiem, partnerem w pewnym przedsięwzięciu, który ode mnie się właśnie dowiedział, że dziś ja (i nie tylko) miałem korzystać z przesłanych przez niego dokumentów, iż prześle pilnie potrzebne materiały dziś rano. Ponieważ z lat poprzednich miałem doświadczenie, że prośba o kontakt także na prywatny adres spływała po nim bez najmniejszych efektów, zabrałem ze sobą ciężki służbowy komputer chcąc odebrać wiadomość i rozesłać ją pilnie dalej. Na moje nieszczęście akurat wczoraj byłem w firmie.
Jakież było moje zdziwienie gdy okazało się, że „autluk” odmawia przyjmowania i wysyłania wiadomości więc niczego raczej nie dostanę. Zadzwoniłem do firmy i tam informatyk wyjaśnił mi, że minister cyfryzacji nakazał zablokowanie odbioru służbowej poczty poza siedzibą firmy więc ta opcja jest niedostępna.
I tu właśnie dochodzimy do tej konkluzji z książki, której nie zwerbalizują aż tak ostro. Raczej zastanowię się czy pan Boni w ogóle wie co to poczta elektroniczna, do czego służy, jakie daje możliwości i takie tam. Czy zna też zasady działania wspomnianego Outloocka na którym odebraną już pocztę, nawet jakby była tajna specjalnego znaczenia, mogę sobie dowolnie czytać nawet jakby mnie z kompem na Marsa wysłali.
W każdym razie, gdyby nie fakt, że w firmie będę mógł być dopiero w przyszłym tygodniu, już jutro popędziłbym do niej zostawić mój „mobilny” komputer, z którego koleżeństwo znów będą mi mogli a w zasadzie musieli przesyłać pocztę elektroniczną nie wchodząc w mentalny konflikt z Ministerstwem Cyfryzacji. Dla pewności, by mi jeszcze kiedyś nie przyszło do głowy powtarzać błędu i zabierać komputera ze sobą w celu, dla którego go zakupiono, poproszę chyba, by go i mi do biurka przyśrubowano.

wtorek, 22 października 2013

Ciekawostki…



Czekając na dość prawdopodobny sukces filmu mistrza Wajdy w oskarowej batalii znalazłem inne „polonicum” tym razem hollywoodzkie „pełną gębą”. Jak podaje Onet, szykuje się wielki powrót zapomnianej gwiazdy.*„Haley Joel Osment postanowił zakończyć przerwę od aktorstwa, którą zrobił sobie z powodu zajęć w nowojorskiej szkole Tisch School of the Arts. Aktor planuje zagrać w dwóch projektach: u Kevina Smitha i Maxa Landisa.” podaje portal. Informując dalej o szczegółach planów znanego przede wszystkim z „Szóstego zmysłu” objaśnia, że „Film Kevina Smitha, zatytułowany "Tusk", będzie horrorem.
Nie będę ani cytował komentarzy spod wspomnianego tekstu ani omawiał ich poetyki. Kto się nie domyśla, niech sobie „wygugla”.
To taka anegdotka na początek, nie mająca wiele wspólnego z tytułowymi ciekawostkami. Żeby rozrzedzić nieco duszną czy wręcz mroczną atmosferę, która nam się sama reżyseruje, bez udziału żadnego Kevina Smitha.
Zainteresowały mnie dwie informacje. Pierwsza, sprzed kilku dni, dotyczyła możliwości wszczęcia przeciwko prof. Rondzie postępowania dyscyplinarnego na jego macierzystej uczelni, Akademii Górniczo- Hutniczej w Krakowie. Taką informację przekazał rektor tej uczelni, prof. Tadeusz Słomka. Ten sam, który w pamiętnym oświadczeniu, podpisanym wspólnie z rektorem Uniwersytetu Warszawskiego, poinformował opinię publiczną, że działalność Rońdy nie ma nic wspólnego z jego uczelnią.
I tu mnie naszła taka myśl, pozostająca obok kwestii, czy Rońda zachował się ładnie czy wręcz przeciwnie. Pomyślałem mianowicie czy pan rektor Słomka nie pakuje się przypadkiem „między grzybki i buraczki”. Bo skoro działalność Rońdy nie ma z AGH nic w wspólnego, a to dokładnie raczył Słomka nie tak dawno upublicznić na piśmie opatrując wszystko własnoręcznym podpisem, to co do niej AGH i rektorowi? W moim odczuciu oświadczenie z punktu widzenia i uczelni i jej rektora sprawę zamknęło. Dziś gotowość Słomki by się z Rońdą rozprawić traktuję jako zdecydowanie nadgorliwość czy wręcz służalczość wobec władz.
Drugą ciekawostką, zwróciła na nią zresztą nie tak dawno 1maud w Salonie24, jest zadziwiające umocowanie w sprawie smoleńskiej tragedii pana Pawła Artymowicza, astrofizyka zatrudnionego przez jeden z uniwersytetów w Ameryce Północnej. Jest on kimś na kształt alter ego wszystkich uczonych-wolontariuszy, którzy zgodzili się pracować dla zespołu Macierewicza. O ile oni muszą bazować na materiałach z internetu, „znajdowanych na wycieraczce” czy kupowanych za własne pieniądze, pan Artymowicz, znany skądinąd jako You Know Who, nie ukrywa, że spora część jego wiedzy ma korzenie w wojskowej prokuraturze. Nie oglądałem ostatniego (ani przedostatniego, ani przedprzedostatniego ani… nie pamiętam kiedy oglądałem…) programu pana Lisa, ale jeśli wierzyć relacji, występujący w nim astrofizyk miał wskazać, kto stoi za ostatnim „upadkiem Rońdy”. „Kto dał profesorowi Rońdzie fałszywki? Kto poinstruował go, że należy kłamać? Pan Macierewicz. Zeznał to profesor Rońda w prokuraturze wojskowej.”***
Swoją drogą zacytowana wypowiedź brylującego w zwalczających „smoleńską religię” mediach wyjątkowo źle świadczy czy to o jego skromności czy w ogóle o inteligencji. Stawiając na to pierwsze sądzę, że tak bardzo zasmakował w byciu „najlepiej poinformowanym”, że zwyczajnie nie zauważa, że ktoś taki jak on zwyczajnie nie może wiedzieć tego co wie. A jeśli już wie to za nic nie powinien wskazywać skąd wie, co wie.
To, że Artymowicz nic sobie nie robi z popularnej na większości ulic i podwórek zasady by nie wchodzić w układy z prokuratorami a jak już by się z tym nie obnosić, rodzi tylko jedno pytanie. Po co jest ten Artymowicz, opowiadający o zasobach prokuratorskich szuflad. Od tego przecież prokuratorzy (nie twierdze oczywiście, że wszyscy…) maja Kublik i Czuchnowskiego. Taki Artymowicz znacznie wiarygodniej by wyglądał, gdyby choć udawał, że to, co mówi, to wynik jego badań i eksperymentów myślowych. W wersji „prokuratorskiego przekaźnika” już tak mądrze nie wygląda. A prokuratura swoją drogą też nie wygląda. Ja nie mówię, że zaraz tam mądrze…

sobota, 19 października 2013

Wyjście ze smoleńskiej pętli



Ostatnie zdarzenia wokół śledztwa smoleńskiego paradoksalnie dają szansę na przegrupowanie sił i przewartościowanie taktyki. Ktoś może uznać, że bredzę ale mam na myśli działania podejmowane w tej sprawie przez Prawo i Sprawiedliwość. No bo jaka szansa skoro mamy kompromitację Rońdy a z nim Macierewicza? Słowem całkowitą wtopę PiS i radość wrogich sił, w szczególności mediów zaprzyjaźnionych z kim innym.
Już samo to stanowi jakąś tam szansę. Od dość dawna widać, że Smoleńsk, który miał być „gwoździem do trumny” obecnej władzy jest raczej najskuteczniejszym „batem na PiS”. Który wyciągany jest wtedy, gdy nic innego już nie skutkuje.
Sprawa Rońdy czy też z Rońdą pokazała a przynajmniej powinna pokazać tym wszystkim, którzy dotąd traktowali cały przekaz płynący od Macierewicza i jego zespołu jako prawdę absolutną, że przy tak delikatnej materii zawsze trzeba być ostrożnym. Oczywiście wiem, że to wołanie na puszczy i na takie refleksje nie ma co liczyć. Ewentualnym obrońcom Antoniego Macierewicza chciałbym zwrócić uwagę na jeden, jakże istotny by nie powiedzieć symptomatyczny szczegół. Gdyby teraz nagle któryś z ekspertów zespołu parlamentarnego przyznał, że swoje badani prowadził w oparciu o założenia wzięte z powietrza czy innego równie niewłaściwego miejsca, do Macierewicza trudno byłoby mieć pretensję gdyż nie jest on specjalistą w dziedzinach, w których fachowcami są eksperci i sam z siebie szans na weryfikację ich stwierdzeń nie ma żadnych. Co innego gdy okazuje się, że nie istnieje jeden z dowodów materialnych, traktowanych jako istotny argument w twej sprawie. To, czy jest czy nie ma mógł zweryfikować każdy, nie tylko Macierewicz. A, że nie zrobił? To jego kompromitacja w stopniu niewiele mniejszym niż Rońdy. W tym rzecz.  W tym, że teraz łatwo będzie bagatelizować czy deprecjonować wszystko, co zespół Macierewicza wyartykułuje. To zaś sprawia, że traci rację bytu jego istnienie.
Oczywiście nie mam wątpliwości, że Macierewicz, o ile się go nie zatrzyma, będzie w sprawie Smoleńska nadal wykazywał aktywność a nawet nadaktywność. On znalazł się w matni, z której chyba trudno mu byłoby wyjść. Smoleńsk jest w tej chwili jego być albo nie być. Dla PiS natomiast nie jest. Nie powinien być. Szczególnie w sytuacji, gdy partia nie jest, jak już napisałem, w stanie tej sprawy prowadzić czy wykorzystać bez poważnych strat. Na które, jak widać, pozwolić sobie nie może.
I tu ktoś zapyta gdzie ta szansa skoro partia znów w defensywie a, dla odmiany, Macierewicz ze swej ofensywy nie zrezygnuje choćby już nawet nie krew ale bebechy miała kosztować?
Szansa w ostatniej ofensywie zespołu Laska i zaprezentowanym, nieznanym wcześniej nikomu materiale dowodowym. Jeśli ktoś ocenia, że to okoliczność raczej dla PiS niekorzystna, mówiąc delikatnie, nie widzi wszystkich wariantów dalszego ciągu tej sprawy.
Bo, gdyby oczywiście wcześniej pozbywając się „stratega” Hofmana i jego durnych pomysłów na kolejne „Wietnamy”, PiS umiejętnie rzecz rozegrał, mógłby upiec na świeżo rozpalonym grillu dwie pożywne porcje. Być może nawet mogące zapewnić w jakiejś przyszłości kolejne przybranie na wadze.
Korzystając z „przysługi” Laska i jego ekipy, wyjmujących kolejne, nieznane dotąd materiały niczym króliki z kapelusza, mógłby PiS ogłosić, że w związku z procederem ukrywania przez państwowe instytucje istotnego materiału dowodowego nawet przed tymi, którzy formalnie powinni mieć do niego dostęp, nie widzi innej możliwości jak tylko wrócić do sprawy zaraz po tym, jak się władza zmieni. Po czym zakończyć działalność zespołu parlamentarnego, wręczyć kwiaty ekspertom i panu Antoniemu Macierewiczowi prosząc przy tym tego ostatniego, by sobie po wysiłku włożonym w całe przedsięwzięcie jakiś czas odpoczął.
Nie byłoby go wiec w pierwszym szeregu gdy przyjdzie rywalizować o zdecydowanie wyższe stawki niż ta przegrana ostatnio. Bo choć niektórzy mówią, że społeczeństwo ze strachu przed Kaczyńskim się wyleczyło to kto wie, czy właśnie postać Macierewicza nie jest najprostszą droga powrotu tej przypadłości. Choć jest pan Antoni człowiekiem po wielekroć zasłużonym, przysłużyć się ewentualnemu zwycięstwu swej partii nie jest w stanie absolutnie. I nawet jeśli on tego nie rozumie, rozumieć powinien ktoś, kto w tym interesie ma coś do powiedzenia. Na tyle, by faktycznie mógł Macierewicz odpocząć. Choćby jakiś czas.
Drugą korzyścią byłoby odebranie medialnego „pewniaka” w walce z PiS-em specjalistom od „debeściaków” zatrudnionym w zaprzyjaźnionych stacjach i redakcjach. Nie to, żebym wierzył, że z nagła zamilczą. Nie zamilczą ale pretekstów będą mieć mniej. Ot, jakiś przeciek z wojskowej prokuratury, na którym jednak tak, jak na przykład na blefie eksperta, pojechać się nie będzie dało.
Oczywiście nic z tego nie wyniknie i nikt nic nie zrobi. Właśnie przeczytałem opinię Girzyńskiego, że oczywiste nieporozumienie Hofman to „najlepszy rzecznik jakiego miał PiS”. Współczuję wiec PiS serdecznie i życzę by kiedyś miało więcej szczęścia. No chyba, ze gustuje w „Wietnamach”.
Spyta ktoś po co to pisze skoro sensu to i tak nie ma. Sam nie wiem…

czwartek, 17 października 2013

Bantustan czyli najbardziej obciachowa partia III Rzeczypospolitej



Taka historia sprzed lat mi się przypomniała. Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły podstawowej, mocno udzielałem się w harcerstwie będąc, jak mawiał Tubka Starszy* harcerzem rasowym. Wszystko zmieniło się gdy poszedłem do liceum bo raz, że zaczął się „karnawał Solidarności” w którym nic już nie było ani proste ani oczywiste a po drugie na tym szczeblu zamiast harcerstwa działała HaeSPeeS (HSPS) czyli Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej a w niej być rasowym chyba się po prostu nie dało. W takich oto „okolicznościach przyrody” wpadł któregoś dnia do mojej klasy jeden z matematyków, mający w zakresie „czynności dodatkowych” opiekę nad „czerwonym harcerstwem” i zapytał, kto chce się do HSPS-u zapisać. Nie zgłosił się nikt więc lekko zdenerwowany spytał, kto wcześniej był w harcerstwie. Tak gdzieś 85% klasy podniosło ręce. Wkurzył się.
- Co to ma w ogóle być?! Harcerze ot tak znikać nie mogą! – wykrzyknął. I zapisał wszystkich. Nawet tych, którzy ręki nie podnieśli. Nic się dalej nie działo ale statystykę robiliśmy jak trzeba. Ku chwale „socjalistycznej biało-czerwonej” dla której „myśli i czyny i uczuć żar”.
Przypomniałem sobie tę historyjkę czytając kolejny odcinek historyjki jak najbardziej aktualnej. Opowiadającej o „wyborach wewnętrznych” w Platformie Obywatelskiej. Ten cudzysłów, jak wskazuje wspomniana lektura, jest jak najbardziej na rzeczy.
Ktoś zapyta co zdarzenia z mej młodości czy tam dzieciństwa mają wspólnego z „polityczną rywalizacją" we wnętrzu czy tam wręcz wnętrznościach partii rządzącej? Z pozoru niewiele albo i zgoła nic. Ale w obu przypadkach chodzi o jakąś tam liczbę ludzi i statystykę. W mojej historii akurat o ludzi, którzy się zawieruszyli karygodnie i niezrozumiale a w tej obecnej o ludzi, którzy cudownym sposobem się pojawiają.
Natomiast tym, co różni obie opowiastki to to, że mnie do HSPS-u zapisano raz i raz mną nadęto statystykę a w PO jest to zjawisko może i rzadkie ale cykliczne. Niczym trudne do przeoczenia czy raczej zignorowania kwitnienie Amorhophallus titanum. No i moja działa się, jakby nie było, w PRL-u a ta…
I to jest dla mnie jakiś tam fenomen. Bo jak go nie nazywać, mamy niewątpliwie do czynienia z procederem, którzy byłby może nawet nie do zaakceptowania ale choć do zrozumienia w jakimś tam bantustanie, gdzie szefem partii byłby jakiś tam Czombe czy inny Mugabe ale nie w „najdynamiczniejszym kraju Unii Europejskiej”, budzącym ponoć zazdrość nawet w samej Wielkiej Brytanii. Jeśli na dodatek przejmiemy się treścią listu, jaki do Czomb… do szefa partii wysłała Bożena Sławiak, tejże partii posłanka na Sejm, ów bantustan mocno osadzony jest w Średniowieczu, gdzie wierność wasali kupuje się za grunt czy tam dobra ziemskie. Zaś najbardziej imponującą częścią tego fenomenu jest to, że cykliczne kwitnienie Amorhophallus titanum zwanego Platformą Obywatelską nijak nie odstręcza od niej tłumów artystów, karolaków różnych i nechrebeckich, intelektualistów żakowskich, markowskich czy czapińskich oraz reszty oczytanych dziewczynek i chłopczyków, uważających, że ocieranie się o to przynosi splendor i dobrze świadczy. Oni wszyscy jakoby coś tam w głowach mają…
Oczywiście można się sprzeczać co do tego obciachu. Bo na przykład PiS… czy PSL, albo  choć SLD. Otóż nie. Można PiS-owi zarzucić obłęd, złowrogość, faszyzm nawet czy komunizm wedle upodobania. PSL to stado wyrachowanych spryciarzy, najlepiej wiedzących do czego służy widelec i łyżka no a wreszcie czerwoni to mistrzowie mimikry potrafiący  przekonać nawet, że komuch z maturą, „lubiejący” sobie wypić do przygania, może być na przykład najlepiej wykształconym politykiem-socjaldemokratą o nienagannej kulturze bycia. Ale to wszystko są zarzuty poważne. Nie to, bez najmniejszych wątpliwości, co zapisywanie tatka, dziatka, bratka, pięciu nieboszczyków, przechodzącej przypadkiem mimo zakonnicy i psa sąsiadki do tego czy innego koła żeby tylko zostać „baronem” Platformy Obywatelskiej w Wólce Parchatej. Na drugą czy trzecią kadencję. I to jest obciach że oni się tego nawet nie wstydzą. Nic a nic! To przecież nawet Nitrasa zbrzydziło! No a to nie takie łatwe…


* Jedna z istotnych choć nie pierwszoplanowych postaci z książki „Osobliwe przypadki Cymeona Maksymalnego” Mistrza  Edmunda Niziurskiego.