niedziela, 23 czerwca 2013

„Złote tarasy” – ostatni bastion

Zupełnym przypadkiem udało mi się wkroczyć na teren, gdzie dyskryminacja płci idzie pod prąd temu, co prezentuje tak zwany powszechny przekaz. Planując wyjazd do Babich Dołów (nazywanych od jakiegoś czasu  Gdynią – Kosakowem) postanowiłem zaopatrzyć się w towar pierwszej potrzeby czyli gumowe buty na wypadek słoty. W poprzednich latach przekonałem się jak rozsądne jest posiadanie takowych. A raczej jak nierozsądny jest ich brak. Wychodzi jednak na to, że o ile panie niemal w każdym sklepie obuwniczym i nie tylko obuwniczym mogą kupić sobie botki, kaloszki i takie tam w licznych fasonach i rozmaitych kolorach, o tyle ja musiałbym pewnie pofatygować się do jakiegoś sklepu specjalistycznego. Dla myśliwych, strzelców wyborowych czy wędkarzy. Nie jest to zapewne w porządku ale nie o tym chciałem. Ta dyskryminacja to taka wartość dodana moich kaloszowych peregrynacji.
Podczas mojej kaloszowej odysei odwiedziłem w swoim miasteczku dwie funkcjonujące w nim galerie handlowe. Teoretycznie powinno to być dla mnie zetknięciem z dość oderwanym od rzeczywistego życia światem z marzeń i snów przeciętnego obywatela III RP. Tak było bez wątpienia jakiś czas temu. Otwieranie kolejnych obiektów stawało się przecież wydarzeniem z pogranicza kultury i mistyki. Było, może i karykaturalnym, ale jednak otwieraniem przed przeciętnym obywatelem okna na świat. Mającym w sobie jakąś tam cząstkę zwyczajnego okrucieństwa, przejawiającą się w tym, że obywatel III RP mógł sobie pooglądać rzeczy, których nigdy sobie nie kupi. Pozostając w poetyce ostatnich dni, mógł dotknąć garnituru Hugo Bossa by osobiście przekonać się czy będzie w nim wygodnie Premierowi, mógł przez szybę popatrzeć na zegarki, które pan Nowak miewał na nadgarstku. Te ostatnie zresztą najbardziej chyba mogły zawrócić w głowie bo od Rzeszowa po Koszalin salony wypchane były Breitlingami, Schaffhausenami, Zenithami, Piguetami za kilkanaście, kilkadziesiąt a czasem i kilkaset tysięcy złotych. Jakiś czas potem znikać zaczęły kolejno topowe marki, zastępowane takimi, na które od biedy „klasa średnia” zdoła uciułać jak sobie parę razy odmówi sushi. A później…
Ci, którzy byli lub bywają w „Złotych tarasach”, odwiedzają poznański „Stary browar”, „Galerię krakowską” czy „Manufakturę” mogą jeszcze mieć wrażenie, że nic się nie zmieniło. Bo tam faktycznie to wrażenie, że już już a polecimy wszyscy w konsumpcyjny kosmos ciągle jest bardzo silne. Tak jak i potrzeba wiary, że tak właśnie jest. Odnoszę wrażenie, że gdybym spytał moich znajomych, którzy ostatnimi czasy byli lub wkrótce wybierają się do stolicy jakie miejsce zamierzają przy tej okazji odwiedzić to wspomniane targowisko próżności znalazłoby się w ścisłej czołówce wskazań. I nie uważam, by był to powód do wstydu. Sam, gdy mam w Warszawie chwilę na przesiadkę a jest ona za krótka by popędzić na rynek Nowego Miasta, przebiegam piętra na „Złotych tarasach”. Skraca to czas i pozwala popatrzeć na interesujących ludzi.
Ale, jak już powiedziałem, „Złote tarasy” i tych kilka miejsc wymienionych wyżej to coraz bardziej wyjątki niż reguła. Poza nimi na wielkich metrażach coraz mniej luksusu a coraz więcej niewykorzystanych powierzchni.
Otwarta w moim miasteczku (200 tysięcy mieszkańców) druga galeria nigdy nie była w stanie wynająć całej powierzchni. Na tej, którą jest wykorzystana, można spotkać, obok przyzwoitych marek czy firm, też takie miejsca, które są w stanie bardzo zasmucić. Jak napisałem, udałem się w poszukiwaniu zwyczajnych „gumiaków” więc odpuściłem sobie punkty Gino Rossiego, Kazara czy też Prima Mody albo Venezii. Odwiedziłem markety CCC i Deichmanna. Ale jeśli ktoś pomyślał, że to tam odczułem smutek, myli się. Fakt, że oferowane tam produkty to tania masówka ale mająca jakieś tam ostatki przyzwoitości w postaci choćby naturalnej skóry i dosyć znanych firm. Znalazłem jednak miejsce, nazwy nie podam, w którym sprzedawano ordynarny skaj i plastik uformowane w coś, przy czym nawet ortopedyczne wyroby Dr Scholla wyglądają jak buty od Januszkiewicza. Ceny, przystępne, powodują, że jest sporo nieszczęśników, którzy zakładają to na nogi. Choć na dobrą sprawę handel i używanie powinny chyba być zabronione prawem.
Po wyjściu z tego miejsca pomyślałem, że za jakiś czas na te wspomniane wolne acz ponoć prestiżowe powierzchnie mogą wprowadzić się second handy przywracając właściwe proporcje obrazowi naszej rzeczywistości. Składającej się głownie z tych, których na niewiele stać.
Powoli kończą się czasy, gdy zwykły obywatel mógł sobie poprzebywać w wielkim świecie o ile wybrał się do galerii. Wielki świat pootwiera sobie butiki w innych lokalizacjach a zwykły obywatel bał się będzie do nich zbliżyć nie myśląc nawet o tym, żeby wejść do środka. Oczywiście ten koniec potrwa bo dla przeciętnego obywatela wielki świat to bardzo obszerny termin. Mieszczą się w nim także marki, które w rzeczywistości są, przyzwoitą rzecz jasna, konfekcyjną masówką.
Gdy i one zaczną znikać, obywatel, jeśli będzie go stać, pojedzie sobie do stolicy i pochodzi po „Złotych tarasach” jakby chodził uliczkami Paryża czy Londynu. Ale to też będzie ginący świat.
ps. Oczywiście „gumiaczków” dla siebie nie znalazłem.

sobota, 22 czerwca 2013

Dress code czyli szafa Czombego



Jest całkiem prawdopodobne, że główną przyczyną upadku Donalda Tuska stanie się szafa. I to wcale nie ta, w której zdaniem co niektórych ukrywa się za każdym razem, gdy do podjęcia są jakieś trudne i niepopularne decyzje. Nie wiem jak to odbierają inni ale ja mam z tego powodu dość mieszane uczucia. Z jednej strony oczywiście może cieszyć każdy powód, który pozbawi władzy kogoś, kto jak nikt inny odpowiada za nie mogącą się od lat zakończyć „zimna wojnę domową”. Z drugiej zaś jakoś trudno pogodzić się z tym, że ten, zdaniem niektórych, diabeł wcielony miałby upaść przez taką duperelę jak kilka marynarek i parę kiecek dla żony. To drugie, pomijając rzecz jasna „wcielanego diabła”, podzielają zresztą coraz bardziej osamotnieni obrończy urzędującego premiera i jego szafiarskich wyczynów.
Ich linia obrony sprowadza się do przekonywania, że owszem, można mieć takie i owakie obiekcje ale zasadniczo Premier nie powinien wyglądać przy swoich kolegach jak jakiś wieśniak. Tym bardziej nie może tak wyglądać jego małżonka, która od czasu do czasu musi przecież wyglądać w imieniu całej Polski. Ostatnio zresztą w dość interesujący sposób mogłem się na ten temat wypowiedzieć na portalu u panów Lisa i Machały. Interesujące było głownie to, że mogłem udzielić odpowiedzi ankietowej co sądzę o ubieraniu państwa Premierostwa z państwowej kasy a zobaczyć wyników ankiety już niestety nie mogłem.
Ale wróćmy do zasadniczego tematu. Może faktycznie publiczna rola Donalda Tuska i pani Tusk jak najbardziej uzasadnia takie wydatki jak te, o których teraz tyle i tak głośno się mówi.
Pewnie najłatwiej byłoby użyć mi argumentu, że ja też w jakimś zakresie reprezentuję państwo polskie. Oczywiście nie tak szeroko jak nasze państwo reprezentują państwo Tusk. Z tego powodu mojego wynagrodzenia nie ma w ogóle co porównywać do zarobków szefa państwa. I wcale nie mam o to pretensji bo to przecież coś oczywistego. Oczywiste dla mnie jest też i to, że do reprezentowania państwa muszę sobie garderobę zapewnić sam. I jakoś sobie radzę w ramach tych moich mniejszych poborów.
Mnie jednak w dyskusji z obrońcami Tuska przychodzi do głowy zupełnie co innego. Ci, którym jeszcze chce się bronić ujawnionych wydatków Premiera, zwracają uwagę na to, że w sferach, w których z racji obowiązków obraca się Premier Donald Tusk, funkcjonuje określony dress code i musi się on do niego stosować. To zaś, że płacimy mu dziadowskie pieniądze w porównaniu z tymi, jakie płaci się szefom państw w takiej Francji, we Włoszech czy w Wielkiej Brytanii sprawia, że musiałby prezentować się niczym jakiś uboższy krewny. A tego byśmy chyba nie chcieli. Dlatego, choć niechętnie, powinniśmy mu tę wystawną garderobę finansować.
To z pozoru logiczne tłumaczenie jest jednak według mnie obarczone poważnym błędem. Sprowadzającym się do dość istotnego kłamstwa czy mistyfikacji. Taką mistyfikacją jest przecież sztafaż, w którym Premier prezentuje się na arenie międzynarodowej a na który przecież go nie stać. Domyślam się, że garnitury i dodatki jego europejskich kolegów są w tym przedziale cenowym, który jest dla nich dostępny. Co więcej jest on dostępny także dla jakiejś istotnej części reprezentowanych przez nich obywateli. W przypadku Tuska, odzianego w garnitur, na który go nie stać, w towarzystwie małżonki w sukni czy też kostiumie, których też nie jest w stanie sam jej kupić, reprezentuje naród mający w większości dokładnie ten sam problem. Zdecydowanej większości Polaków nawet nie przyszłoby do głowy wejść do salonu, w którym ubiera się naszego biednego Premiera. Po prostu znają oni znacznie tańsze sposoby wywołania u siebie zawrotów głowy. Konkludując więc pozwolę sobie zauważyć, że jeśli gros Polaków przy większości mieszkańców unii wygląda jak wspomniane wcześniej „wieśniaki” to i ich Premier mógłby zachować podobne proporcje paradując w „Vistuli” a nie stroić się jak przysłowiowy stróż w Boże Ciało.
Najwyraźniej jednak wybrał inną drogę, która, oczywiście w zdecydowanie mniejszej skali, przypomina mi postępowanie afrykańskich kacyków i dyktatorków objeżdżających swe targane chorobami i głodem włości w rols royce’ach ze złotymi klamkami. Jego szafa, wypchana wbrew rzeczywistości to taka miękka odmiana tych klamek. Taka „szafa Czombego”.

wtorek, 18 czerwca 2013

Casus Ala Capone i zbrodnia TVN-u

Rozumiem tych, których irytuje nieustanne w ostatnim czasie wałkowanie tematu wydatkowania przez partię rządzącą niemałych pieniędzy na wino, kobiety i śpiew gdy tymczasem niezauważone i przemilczane bywają „wałki” na niewspółmiernie większe kwoty. Faktycznie proporcje oburzenia są wyraźnie zachwiane. Rozumiem jednak i to, że przeciętny obywatel może nie chwytać zawiłości prawidłowej konstrukcji mostu drogowego czy niuansów specyfikacji istotnych warunków zamówienia. W lot jednak chwyta gdy dowiaduje się, że właśnie wzbogacił się o garnitur Zegny, noszony na zasłużonych torsach swoich demokratycznych przedstawicieli. I ma zdecydowanie coś przeciwko temu. I jeśli za cokolwiek wścieka się na tych przedstawicieli to prędzej za te Zegnę niż ten most drogowy.

Warto tu przytoczyć najbardziej znaną historię, w której o losie pewnego nieciekawego typa zdecydowały nie jego najgrubsze występki a jakieś tam drobiazgi wynikłe z bałaganu w papierach. Niewątpliwy zbrodniarz, Al Capone pod celą znalazł się ponoć za przewały podatkowe. Co w żaden sposób nie zmieniało faktu, że na pobyt w celi zasłużył po stokroć i z wielu powodów.

O tym, że tak to działa przekonałem się przy całkiem przypadkowym zetknięciu z jednym z flagowców TVN-u, prowadzonym wczoraj przez pana Miecugowa. Miałem to niewątpliwe szczęście, że „wskoczyłem” do kanału stacji akurat wówczas, gdy z prowadzącym połączyła się jakaś pani z Warszawy, której imienia nie pomnę. Owa pani, wieku. jak mniemam w oparciu o skąpe przesłanki, rudeckiego i takich samych przekonań dodzwoniła się z koszmarną awanturą. „Przestańcie wreszcie szczuć na polityków!” zakrzyczała na wstępie a ja pomyślałem, że pewnie od kilku lat próbuje się dodzwonić i nareszcie jej się udało. Z dalszych krzyków wyszło jednak, że to świeża sprawa, dotycząca właśnie rozpowszechnianych przez (czujesz czytelniku!) TVN i „Newsweek” nieprawdziwych informacji o garniturach, winie i całej reszcie.

Miała właściwie pani owa prawo do zdenerwowania i do stawianych zarzutów. Cały wczorajszy a i przedwczorajszy dzień upłynął wszak pod znakiem nieustających dementi. Pan poseł Niesiołowski wyjaśnił w swoim niemożliwym do podrobienia stylu, że żadne tam wino i cygara tylko paluszki i ciasteczka. Pewnie zapomniał o lizakach czupa czups. Tak jak i zapomniał wyjaśnić czemu te paluszki i ciasteczka (no i te ewentualne czupa czups) kupowano akurat w sklepie „Wina i cygara”. Pozostali wyjaśniali, że boisko to znakomite miejsce do prowadzenia politycznych dyskusji, że żadne tam cygara lecz tylko wino serwowane na spotkaniach, że żadne tam wino tylko słodycze. Nie zdziwię się jak jakiś kolejny „wtajemniczony” przyzna, że cygarety to owszem ale wino?! Nigdy! Że Platforma w robocie nie pije. Co będzie wszak jak najsłuszniejszym stanowiskiem.

Wracając zaś do pani, która była tak oburzona wściekłym szczuciem przez TVN i „Newsweek” na odstrzelonych w celach statutowych w drogie gajery i wystylizowanych w celach nie mniej statutowych polityków PO, zakończyła ona mocnym akcentem. Zapowiedziała bowiem, że jak nie skończą szczuć, to ona będzie protestować.

„Daj Boże dożyć!” – wrzasnąłem w ekstazie modląc się nieomal by jednak TVN i „Newsweek” nie przestawały szczuć. Wyobraziłem sobie tłum la pasjonarii w wieku rozmaitem, protestujący pod siedzibami TVN-u i „Newsweeka” (kto wie czy nie z pochodniami) przeciwko opluwaniu przez wspomniane redakcje Platformy Obywatelskiej i uznałem, że byłby to najdonioślejszy akt bożej sprawiedliwości ostatnich wielu lat.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Na żywo z balkonu Kiszczaka



Oglądam właśnie jak TVN transmituje prawdę historyczną z balkonu domu Kiszczaka na Mazurach. Można uznać, że to mało odpowiednie miejsce do głoszenia jakiejkolwiek prawdy. Jednak jakoś to idzie. Z troską a nawet z ledwie ukrytą życzliwością i współczuciem. Także z ciekawymi, by nie powiedzieć nawet, że  sensacyjnymi szczegółami. Sam Kiszczak ogranicza się do prezentowania blizn po bajpasach, jakby mu je zrobiono pod Lenino. Albo też źli lidzie z „Wujka”. Poza tym rzuca pojedyncze słowa lub z rzadka zdania. Bardziej rozmowna jest żona Kiszczaka. Ma pretensję, że tak zmaltretowano jej męża, który jest bohaterem. Nie mogła się zdecydować czy polskim czy też narodowym. Stanęło na polskim a ja pomyślałem, że to po to by nikt nie dopowiadał sobie narodu, któremu bohatersko się poświecił. Najciekawsze jest ruszenie przez dziennikarza, który większość programu zdaje się być wzruszonym ciężkim stanem staruszka, którzy być może jest narodowym lub polskim bohaterem, sprawy śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka. Sam Kiszczak bredzi, że sprawców ukarano. Nie dopytano jednak kogo ma na myśli i czy przypadkiem nie chodzi mu o sanitariuszy pogotowia, którzy faktycznie odsiedzieli wyroki. Prawdziwą rewelacja jest jednak wypowiedz piewczyni bohaterstwa męża, pani Kiszczakowej. Opowiada ona o tym, jak Przemyk wyskoczył czy tez wystartował (nie pamiętam w tej chwili) z pięściami. „Więc go ucięto” wyjaśniła. Opowiada to tak, jakby „ucinanie” było naturalną procedurą, przewidzianą przez praworządność systemu, który jej „polski bohater” współtworzył i którym kierował. Jakby taka norma postępowania była dla niej czymś oczywistym i dopuszczalnym.
Dalej już mi się słuchać TVN-owskiego relatywizowania zbrodni nie chciało. Tłumaczenia jak powinno się udowadniać i jak należy szanować wyroki oraz na czym polega przedawnienie. Obezwładniło mnie, że można było wyemitować słowa tej kobiety, która tysiąckroć zasługuje na to, by ja nazywać małżonką psa. W ten bardziej dosadny sposób.
Przepraszam tu wszystkie psy, które chcąc nie chcąc uszczęśliwiłem taką koligacją.

Donald ubiera się u Prady (Pośle Tomczyk! Do prokuratora!)

Rzecz nie w tym, że się ubiera dobrze i drogo. Rzecz w tym, że nie za swoje. Oczywiście ktoś mógłby, jak mógł na ten przykład pan Tomasz Lis, objaśnić, że to w zasadzie w porządku, bo czemu najwyższy urzędnik państwa miałby wyglądać jak łachmaniarz? W zasadzie dobrze, że nie wygląda, ale ciągle powraca pytanie, czemu nie za swoje. Czy skoro ów pierwszy urzędnik może czy tam mógłby być odziewany z pieniędzy publicznych a w każdym razie pochodzących ze ściągniętych z obywateli podatków (nie wiadomo czy dotacja dla partii w chwili przekazania jeszcze jest czy już nie jest pieniądzem publicznym) to czemu na podobne traktowanie nie miałyby liczyć także i pozostali urzędnicy? W interesie państwa bez wątpienia nie jest aby którykolwiek jego przedstawiciel wyglądał jak ostatni łachmaniarz. Czemu zatem tylko szef wszystkich urzędników miałby mieć ten przywilej, zarabiając kilkakrotnie więcej od reszty armii urzędników? Skoro oni mogą czy wręcz muszą za swoje to chyba on też…
Skoro jednak oni nie mogą a on owszem (i to jak!) czy nie jest tak, że osiąga on nadzwyczajną korzyść i to niemałej wysokości. Zresztą nie tylko za sprawą odzienia. To, że szanowna małżonka może być na koszt partii a pośrednio i państwa obwożona po tak zwanym „mateczniku Platformy” czy też stolicy jest również wymierną korzyścią. O całej reszcie nie wspomnę.
Piszę o tym niejako w nawiązaniu do nie tak dawnego zgłoszenia prokuraturze przez posła Platformy Obywatelskiej, Cezarego Tomczyka możliwości popełnienia przez Jarosława Kaczyńskiego przestępstwa pominięcia w składanym oświadczeniu uzyskanych korzyści majątkowych. Mam szczerą nadzieję, że poseł Tomczyk poprzednio wykazał się troską, której nie da się przypisać żadnych barw partyjnych a jedynie troskę o przejrzystość polityki i uczciwość polityków. Również o uczciwość swoich partyjnych kolegów.
W związku z powyższym pozwoliłem sobie na adres posła wystosować zapytanie dotyczące jego ewentualnych kroków dotyczących możliwości uzyskania przez Donalda Tuska, jego rodzinę i innych polityków PO korzyści majątkowych na kwoty porównywalne z tą, o jakiej zawiadomił prokuraturę odnośnie Kaczyńskiego, i pominięcia ich w stosownych dokumentach, które politycy są zobowiązani składać. W przypadku uzyskania od posła odpowiedzi nie omieszkam się nią podzielić. W przypadku baraku odpowiedzi też zresztą nie będę tego ukrywał.

sobota, 15 czerwca 2013

Platforma, wino, kobiety i śpiew



Kiedy rozpoczęło się grzebanie w partyjnych finansach wydawało się, że na długo ten temat zdominuje sprawa pieniędzy przepływających między główną partia opozycyjna a mediami, określającymi się jako niezależne. Tu taka uwaga, że przy całej sympatii dla nich chyba niektóre powinny szafować ostrożniej z tym terminem. Ale, wracając do finansów, okazało się, że wystarczy prześwietlić głównego konkurenta, który akurat cieszy się władzą raz zdobytą, a ten straszny PiS z miejsca zaczyna wyglądać inaczej. Może i jak demon zła ale jednak trzymający klasę a kasę wydający jak najbardziej w związku z założonymi celami.
W przypadku Platformy to, co budzi największe wątpliwości da się określić jednym określeniem – ŻENADA. Lista zawiera takie niezbędne dla partii i państwa wydatki jak choćby markowa odzież znakomitych marek w rodzaju Zegny, Kenzo czy Burbery’s ( koło 250 tys). Do tego styliści, których indagowany w tej sprawie skarbnik partii, Łukasz Pawełek zaliczył do „wydatków na obsługę wizerunkową, w tym kosztów reprezentacji”. Te „koszty reprezentacji skasowały blisko 100 tysięcy. Ale jeszcze ciekawsze „koszty reprezentacji” poniosła Platforma Obywatelska w sklepach z winami i cygarami (ok. 100 tys.). Przy tych kosztach rezerwacja boiska do piłki nożnej za 6 tysięcy, na, jak wyjaśnia Pawełek, realizację celów statutowych partii (ciekawe których?) to prawdziwy szczegół. Patria też ponosi koszty wożenia partyjnym autem po Trójmieście rodziny Donalda Tuska. „Śledczych”, którzy przerzucili partyjne rachunki najbardziej jednak zastanowiła dość drobna w porównaniu ze wspominanymi przed chwilą kwota 2,5 tys. zł. Przekazana firmie prowadzącej klub ze striptizem. To miały być koszty cateringu wieczoru wyborczego. Specjalnością lokalu było ponoć sushi podawane na zastawie z nagiej pani.*
Wylania się z tego obraz partii obywatelskiej, która jest w istocie zbieraniną wyfiokowianych, wypomadowanych żigolaków z grubym cygarem w gębie, zażerających się modnym żarciem za publiczne pieniądze.
Rzecz cala można by podsumować komentarzem Konrada Piaseckiego, umieszczonym na Twitterze. „Od biedy rozumiem, że z partyjnej kasy kupuje się szefowi garnitury. Ale cygara? Wino? Nocny klub? To już wolę opłacanie dziennikarzy.”**
Może z konkluzja ostatniego zdania trudno zgodzić się w 100% ale nie da się ukryć, że tak zdecydowanie bardziej trzyma się klasę.
Ja oczywiście wiem, że to informacja o znaczeniu drugo a może i trzeciorzędnym. Jednak jest to interesujący przyczynek do dyskusji o stanie państwa i rządzących nim elit. Obecna rządzi nami ledwie (w skali naszej historii) od 7 lat a zaczyna traktować państwo jak czerwoni po 30 latach swoich rządów. Podobne „zlanie się” interesów państwa i partii, rozumianej jako jej prominentni działacze, miało miejsce za towarzysza Gierka. Większość pewnie kojarzy dowcip o daczy Gierka, o która pyta go zaskoczony przepychem Breżniew. „Widzisz tę fabrykę?” pyta Pierwszy Sekretarz wskazując horyzont.  „Nie” odpowiada Gensek, którego oczy od wpatrywania się rozbolały. „No właśnie”.
Nie wiem co by pokazał Donald Tusk gdyby go zapytać skąd ma taki zgrabny gajer za 5 – 15 tysięcy. Za tyle „chodzą” te od Bossa czy od Zegny.
W tej historii jest też jeszcze coś nie mniej a może i nawet bardziej zaskakującego. No bo jakie to zaskoczenie, że się chłopaki z Platformy bawią na całego? Zaskakujące jest to, że cała rzecz to wynik śledztwa tygodnika Tomasza Lisa. Tego samego, u którego na portalu bodaj przed wczoraj opis wydatków PiS i PO anonsował tytuł krzyczący o rozpasaniu partii Kaczyńskiego.
Może to kolejny znak czasu, wynikający z faktu, że jakaś żyłka w panalisowej konstrukcji cierpliwości i pobłażliwości dla Tuska i PO właśnie pękła i już tak miło nie będzie. Jeszcze dziś w „Na Temat” komentarze dzielą między siebie po równo ci, których już bierze cholera i ci, którzy grają ciągle zdartą płytą o tym, że trzeba sprawdzić poprzedników.** Jakby nie zauważyli, że już sprawdzono i sushi z gołej baby nie znaleziono. Co najwyżej dorsza za 8 zeta. Ale jak Lis zdradzi do końca a Kuba się wreszcie spakuje może być tak, że to sushi, garniaki i cygara mogą drożej kosztować pana Tuska niż oszczędził nie wyjmując prywatnego portfela. Może stać się tak, że zapleczem jego partii stanie się istna pustynia Gobi.

Niestrudzeni pogromcy pomników (Radom AD 20213)



Pisałem już kiedyś o tym zjawisku i o ile mnie pamięć nie myli, tytuł poprzedniego tekstu był dość podobny. Tamten tekst jest nie dostępny więc problemu nie ma. Przypominając sobie za ni sprawę planów czy też budowy pomnika Lecha Kaczyńskiego w jednej z podwarszawskich miejscowości nie zdziwiłem się, kiedy dwaj lokalni politycy PO z Radomia, nazywający się Mateusz Tyczyński i Konrad Frysztak wnieśli w imieniu swojej partii „twórczy wkład” w powstanie radomskiego pomnika pary prezydenckiej. Regułą jest bowiem, że gdziekolwiek myśli się lub działa na rzecz upamiętnienia poprzedniego Prezydenta, muszą pojawić się jacyś szmaciarze z Platformy Obywatelskiej by w maksymalnie złośliwy sposób dołożyć swoją „cegiełkę” do przedsięwzięcia.
Nie będę odnosił się bezpośrednio do Tyczyńskiego i Frysztaka. Dotąd o nich nie słyszałem i, da Bóg, pewnie więcej o nich nie usłyszę. I jakoś nie wyobrażam sobie bym z tego powodu strasznie cierpiał.
Za sprawą takich typków i ich chorej pomysłowości, która wykorzystana dla sensownych celów może by nawet zapobiegła pikowaniu ich partii i, jak mam nadzieję, ich politycznych karier, odczuwam, przeciwnie do ich intencji i zamiarów, żywotność pamięci Lecha Kaczyńskiego. Przyznam, że sama w sobie stanowi ona, ta zapiekłość, może i specyficzny, jednak jakże żywy pomnik poprzedniego Prezydenta. Pokazujący jego format przez pryzmat  emocji, których troglodyci z Platformy Obywatelskiej nie potrafią opanować. Aż chce się im zwrócić uwagę, że skala ich nienawiści potwierdza tylko jego wielkość. Świadczy o niej i to, że anonimowe typki, w rodzaju choćby Tyczyńskiego i Frysztaka z Radomia, które wcześniej nie potrafiły w żaden inny sposób zaistnieć, niejako za jego wstawiennictwem maja swoje pięć minut sławy. Parszywej ale zawsze. Chciałem narzekać na czasy ale w sumie od dawna tak było, że ważna była sama sława a nie jej przyczyny. Tak więc radomscy „pogromcy pomników” pewnie teraz rozdają znajomym wycinki dokumentujące i specyficzną błyskotliwość, będącą koktajlem zacietrzewienia i głupoty dumni, że nazwisk im nie przekręcono.
Głupota, wspomniana przed chwilą przejawia się w braku refleksji i tych dwóch (a może nie tylko, wszak są oni jakąś tam komórką PO w mieście) z Radomia na temat tradycji, do jakiej ich działania nawiązują.
Przy okazji sprawy poprzedniej, dotyczącej pomnika w Wołominie przypomniałem metody, z jakimi za poprzedniego ustroju walczyło się z symbolami i niewygodnymi pomnikami. Metod było tak wiele jak teraz argumentów wspomnianych wcześniej szmaciarzy z PO i ich suflerów. Gdy wyczerpane zostają groźby donosu do prokuratury zawsze można rzucić argument, że pomnik „dzieli” i szczuć na siebie obywateli.