piątek, 13 lipca 2012

Od Palikota do Gowina czyli „opozycja”


„Rodacy! Nie dajcie się nabrać temu cwaniakowi jak ja się dałem!”

Z dużym rozbawieniem obserwuję dezorientację, jaką wywołują dość zadziwiające ruchy w partii rządzącej. Jak wiadomo rekolekcji w Łagiewnikach nie było, funduszu nie będzie i nie będzie się klękać a równocześnie nic tak rządzącej partii nie urosło jak znaczenie konserwatystów i ich lidera. Gdzieś nawet przeczytałem, że jest Gowin „numerem dwa” w Platformie.
Jak napisałem jest to dość zabawne bo jak inaczej odbierać sytuację, gdy tego samego dnia i o tej samej porze czytałem w dwóch poważnych miejscach w necie o tym samym i w jednym wyczytałem, że „Tusk stawia na Gowina i konserwatystów” a w drugim wielki znak wieńczył pytanie „Czy PO grozi rozłam?”
Zanim zdecydowałem się umieścić to zaczynające tekst motto, które na koniec oczywiście objaśnię, zastanawiałem się nad przypomnieniem przywoływanego już kiedyś rysunku, na którym jeden gość wyjaśniał drugiemu: „A do opozycji oddelegowaliśmy najbardziej zaufanych towarzyszy”. Byłoby adekwatne bo taki to „rozłam” co najwyżej grozi Platformie. Nie pierwszy zresztą.
Śmiem sądzić, że to, co się sugeruje czy tam szepce półgębkiem o Gowinie jest takim samym pompowaniem „zaufanego towarzysza” jak niegdyś Palikota.
W tamtej sytuacji zdawać się musiało, że największym zagrożeniem dla władzy PO, po rządach PiS i pierwszej kadencji Tuska, jest klasyczne odbicie  „wahadła”. Zapobiegła temu „lewica” „filozofa z Biłgoraja”. Tak skutecznie, że pewnie przez najbliższe dziesięciolecie żadna lewica nawet stać koło władzy nie będzie nie mówiąc o jej sprawowaniu. Jeśli popatrzeć na badania, wychodzi z nich, że na lewo od PO jest coś około 20% elektoratu. To, co musi niepokoić, to coraz groźniej sumujące się poparcie dla drugiego skrzydła naszej sceny.
I myślę, że właśnie tu tkwi „pomysł na Gowina”.
Śmiały dość bo Gowin charyzmy ma mniej chyba nawet od Ziobry. A żądzy władzy tyle, co Marek Suski. Jednak pewnie, wejdzie w buty Żeligowskiego i powie w końcu „No, jak buntować się to buntować… Tylko czy mogę mieć rozkaz na piśmie?”. Albo prościej „Nie chcem ale muszem”
Nie mam pojęcia czy „odejście” nastąpi już teraz, na tle „dyscypliny w sprawach światopoglądowych”. Gdyby tak się stało, byłby to oczywisty falstart. W końcu nie przypadkiem jest ta opisywana na początku konsternacja i te uwagi o „Gowinie- numerze drugim”. Myślę, że raczej będzie jeszcze trzeba pompować „lidera”. Zresztą „powołanie zespołu wewnątrz Platformy” w sprawie in vitro pokazuje, że tak właśnie będzie.
Smutne jest to, że te numery Platformy udają się. I ten też ma na to szansę. O ile „pączkowanie prawic” proweniencji PiS-owskiej jest dowodem słabnięcia tej opcji, ten sam proceder w PO poza skutecznością grozi czymś poważniejszym. Grozi nam sprowadzeniem wielopartyjności do sztafażu pokrywającego monopol jednej grupy. Nie partii, nie opcji ale konkretnej grupy, która rządzi i musi rządzić. W swym mniemaniu musi. Bo wie co mogłoby się stać, gdyby przestała.
Zatem nie śmiałbym się z tej możliwości, ze nasza „różnorodna” scena polityczna za niedługo może rozciągać się od „lewaków” Palikota aż po „konserwatystów” Gowina.
Motto tekstu to wpis, który znalazł Melchior Wańkowicz w księdze, którą podsunął mu po bardzo burzliwym targowaniu na bazarze bodaj w Marakeszu arabski kupiec. Chwalił się, że ma podziękowania od „hrabiego Cydzika”. Zatem jako obserwator naszej sceny politycznej powiem jak napisał ów Cydzik: „Rodacy! Nie dajcie się nabrać temu cwaniakowi!”. Kogo mam na myśli chyba nie muszę dodawać.


czwartek, 12 lipca 2012

Paranoja rosemanna (Furtka to brama na oścież)


Przeczytałem kilka dni temu tekst-list-anonim, zamieszczony na blogu Matki Kurki. Frapujący dość. Intrygujący zaś,  jeśli prawdziwy. Pewnie zastałbym przy ty „frapującym” i nie wynika to wcale z mej osobistej niechęci do właściciela bloga. Bo za nią nie idzie absolutnie brak uczciwej oceny zarówno osiągniętej pozycji  jak i umiejętności  tego autora.
By nie było to, co przeczytałem i innym polecam, tylko „frapujące”, trzeba by albo podeprzeć zafrapowanego rosemanna jakimś namacalnym konkretem albo… czasem zdarza się, że pojawia się coś jak błysk, tyle, że nie przed oczami a w tyle głowy. Nie jest to nic namacalnego alb też jest namacalne ale nie do końca tak dosłownie.
Tekst umieszczony u matki Kurki zawiera między innymi zapowiedź rewizji oficjalnej wersji przyczyn smoleńskiej tragedii. Rewizji będącej takim tycim odstępstwem od „kursu i ścieżki”, którą podążała oficjalna narracja.
I zaraz pod tekstem pojawia się takie coś. Choć z pozoru nic takiego. jeszcze nie ten wspomniany błysk z tyłu głowy. Jeden z komentatorów, podpisany jako  cmss, odnosząc się właśnie do tej zapowiedzi umieścił taka odpowiedź:
Na ile się orientuję, w interpretacji oficjalnej po prostu nie ma możliwości jakiejkolwiek zmiany. Furtka to brama na oścież. *
Pozwoliłem sobie podkreślić tę arcymądrą konkluzję komentatora bo z ust i z głowy mi ja wyjęto. Nie może być inaczej by ktokolwiek oficjalnie odważył sie choćby spojrzeć zezem na konstrukcję zbudowana pod kierunkiem pana Millera. Jest ona jak domek misternie układany z kart. jak się z niego, czyli z niej wyjmie choćby jeden element, mówiąc, że nie pasuje, poleci wszystko. Choćby dlatego, że teraz wszystkie pasują o czym zostaliśmy przekonani po stokroć.
 I każdy, kto coś tam w sprawie tragedii smoleńskiej myśli, wie dobrze, że powiedzieć teraz oficjalnie „tu w tym kawałku jest nie tak” sprawi, że „nie tak” będzie już w całokształcie. Taka logika i już. Skądinąd słuszna jeśli wziąć pod uwagę terror wciskanego nam „monolitu wersji oficjalnej”
Zatem bez wątpienia „furtka to brama na oścież”.
Do pewnego było to takim błyskotliwym bon motem.
Błysnęło gdy wysłuchałem nagrania rozmowy pani Kublik z M. Żyliczem, członkiem „komisji Millera”. Ekspert oczywiście pozostaje „wierny” temu, pod czym się dotąd podpisywał ale w ramach tej „wiary” w pewnym momencie nie tylko „uchyla furtkę” ale wręcz ją wykopuje z zawiasów. Pytany o to, co zrobić z tym, że 18 % badanej populacji wierzy w możliwość zamachu w Smoleńsku a 33% nie wierzy że prawda zostanie wyjaśniona. „Gdybym ja był doradcą naszego rządu, to bym doradził jedyną, prostą i skuteczną metodę ucięcia wszelkich tych kłamstw. Mianowicie wznowić „komisję Millera albo powołać nową komisję, w tej komisji… z tej komisji wydzielić kilku potrzebnych do tego ekspertów do wyjaśnienia tych kwestii, które zostały spor… są sporne o tyle, że zostały tam ustalenia komisji zakwestionowane przez „komisję Macierewicza”. I ta komisja wznowiona czy też nowa, bo nowa też jest potrzeba bo będą inne wypadki może, powinna zaprosić ekspertów polonijnych, którzy dla „komisji Macierewicza” przygotowali swoje ekspertyzy i swoje tezy, żeby przedstawili je komisji i skonfrontowali swoje poglądy z materiałami, dokumentami i dowodami, które posiada komisja. Jeżeli zmienią swoje tezy, to bardzo dobrze, jeżeli nie zmienią, a także jeżeli nie odpowiedzą na to zaproszenie… nie spotkają się z komisją, to pozostaje nam jeszcze możliwość postarania się jednak o to, żeby te ich tezy, te ich argumenty zostały komisji w jakiś sposób udostępnione”**
„Dobrze gada!” powie ktoś, słuchając tego, co zacytowałem. Z pozoru dobrze. Ale postaw się „ktosiu” szanowny w takiej sytuacji.
Jest ów pan znakomitym lekarzem, członkiem konsylium, które właśnie postawiło diagnozę i ustaliło metodę leczenia kogoś bliskiego Ci, kto ciężko zachorzał. I nagle, gdy konsylium już szykuje lancety a operatorzy myją sumiennie i dokładnie ręce, pojawiają się głosy różnych, ze lepsza laparoskopia, bańki na plecy, przykładanie chleba ugniecionego z pajęczyną albo lewatywę z mydlin. Są i tacy, co wprost mówią, że starczy, by pacjent o północy stanął na jednej nodze na rozstajach dróg. Mówią z przekonaniem, nagłaśniają swe opinie. I nagle słyszysz, że 18% twoich bliskich wierzy, że operatorzy zaszlachtują pacjenta a 33% nie wierzy w skuteczność terapii. A  ów ekspert sugeruje, by zwoływać ponownie konsylium, gdzie zaprosi się tych od baniek i od lewatywy by wysłuchać ich tez i argumentów.
Uznałbyś „ktosiu” szanowny, że ekspert oszalał albo… też byś uznał, że z terapią jest coś nie tak. Może przeszedłbyś na „jasną stronę”. Właśnie tą furtką otwartą nieświadomie kopniakiem na oścież.
Zanim zaczniesz mi sugerować, że oponentów Żylicza uznałem za szarlatanów, wyjaśniam, ze to ON ich tak ocenia. Wszak to ON mówił wyraźnie o kłamstwach! I z tymi, jak uznał, kłamcami chce się spotykać?!  Widocznie nie do końca wierzy…
Oczywiście Żylicz nie oszalał. I w swoje tezy wierzy jeszcze bez zastrzeżeń. Jak i w to, że zrobili wszystko, co powinni. Przestał jednak wierzyć w to, że przekonają o tym wszystkich. Chyba nawet obawia się, ze przekonanych zacznie ubywać. I jakoś tam wierzy w cud. I tym cudem ma być „postaranie się jednak o to, żeby te ich tezy, te ich argumenty zostały komisji w jakiś sposób udostępnione”. W formie Biniendy i  Szuladzińskiego, którzy stawią się po to, by ich „zwalcować”.
Pamiętam, jak kiedyś inni byli pewni, że Miodowicz zwalcuje Wałęsę…
Mam paranoję, nie… :)
Przeczytajcie tekst u Kurki i posłuchajcie eksperta. Też dostaniecie…


wtorek, 10 lipca 2012

Prokuratorzy III RP- wyższe stadium świadomości…

Przypomniał mi się dowcip o najwyższym stadium świadomości komunistycznej. Towarzysz Stalin został poinformowany, że społeczeństwo osiągnęło właśnie wspomniany poziom więc postanowił przekonać się o tym naocznie. Być może ten wiekopomny moment nastąpił wówczas, gdy Stalin akurat zaczynał mieć już psychozę i przekonanie że wszyscy go oszukują albo i robią gorsze rzeczy. W każdym razie kazał zwołać na Plac Czerwony ilu się da radzieckich komunistów i przemówił do nich z trybuny wiadomego mauzoleom.
- Towarzysze! (oklaski). Nadszedł moment (burzliwe oklaski) by okazać swą gotowość (niemilknące oklaski) poświęcenia się (owacje) w służbie (burzliwe owacje) ojczyzny proletariatu (niemilknące owacje) i idei komunizmu (owacje i oklaski). Dlatego oczekuję (burzliwe owacje i oklaski) od każdego komunisty ( niemilknące owacje i oklaski), że tu, w tej chwili ( skandowanie „Stalin, Stalin”) weźmie i się powiesi (niemilknące skandowanie „Stalin, Stalin”). 
W skandującym tłumie nieco zdumiony i rozczarowany Stalin dostrzega jednak człowieka, który z jakiegoś powodu milczy podnosząc rękę. Uciszył wódz tłum ruchem dłoni i pyta zauważonego o co chodzi.
- A sznurki mamy mieć własne czy dostaniemy państwowe? – pyta jedyny, który najwidoczniej nie osiągnął wymaganego poziomu świadomości.
Dowcip przyszedł mi do głowy, gdy przeczytałem tytuł notki europosła Wojciechowskiego „Dworak i inni do prokuratora - składam zawiadomienie”*. Niech mi pan Wojciechowski wybaczy bo nie mam nic złego na myśli, ale jawi mi się właśnie jako ów jeden jedyny z niższego poziomu uświadomienia.
Jak wiadomo, z czasów IV RP pozostało do dziś powtarzane choć nie poparte dowodami przekonanie, że ówcześnie prokuratorzy, cokolwiek czynili, robili na polityczne zamówienie lub pod wpływem politycznych nacisków.
Było to oczywiście coś fatalnego, karygodnego i wymagającego natychmiastowych zmian. Ponieważ przyczyna fatalnego stanu rzeczy był złowrogi wpływ polityków, władza, która nastąpiła zaraz po tej złej, uniezależniła prokuratorów od politycznych wpływów i nacisków. I zaraz po tym…
Trudno ukryć, że tak złej prasy i passy jak teraz, za drugiej odsłony III RP, prokuratura nie miała nawet za czasów tak zwanego „kaczyzmu”. Najjaskrawszą ilustracją stanu prokuratury są masowe przecieki ze smoleńskiego śledztwa (po których w siedzibie prokuratury stanąc powinien posąg temidy, która miast wagi dzierżyć powinna durszlak), nieudany bunt wojskowych prokuratorów w obronie swojej nadniezależności od Prokuratora Generalnego, zakończony usiłowaniem zabójstwa własnego policzka przez jednego z nich. Ostatnim stadium upadku niezależnej prokuratury czasów III RP są ostatnie decyzje o umorzeniach najistotniejszych śledztw.
O skali kompromitacji świadczy chyba najwymowniej zjednoczenie się w ich ocenie postaci tak dalekich od siebie ideowo jak Ryszard Kalisz i Ryszard Czarnecki. Ten drugi trafnie zauważył, odnosząc się do braku zarzutów wobec kogokolwiek poza Bielawnym, że podczas śmiertelnego wypadku na budowie „zwijani są majster i kierownik a tu zginęło 96 osób”**.
Ten tekst nie służy dołączeniu się do chóru. Raczej zastanowieniu się czemu tak się dzieje. czemu ta prokuratura, wobec której poza panem Tuskiem*** żaden polityk nie ma stosownych narzędzi nacisku, radzi sobie tak, jakby każdy prokurator miał swego politruka a w centrali ulokowano wręcz stosowne politbiuro.
Nie mam na to dowodów, więc nie wątpię, że nikt na prokuratorów dzisiaj żadnej presji nie wywiera. Nikt nie dopuszcza się nacisków mających skłonić nadzorujących śledztwa do takich a nie innych decyzji.
Nie wątpię też jednak, że punkt widzenia, wedle którego może się zabić setka osób, wśród nich Głowa Państwa, masa istotnych polityków i urzędników oraz trzon dowództwa armii a nikomu nawet nie da się palcem pogrozić za to, jest jak najbardziej polityczny.
 I musi się rodzić pytanie skąd tak, skoro nie naciskają, nie wywierają presji. A odpowiedź jest na samym początku tekstu. Myślę, że to efekt osiągnięcia przez prokuratorów  najwyższego poziomu świadomości. Takiego, który już nie wymaga pytania kogokolwiek ani oczekiwania aż ktoś naciśnie właściwe miejsce wymuszając kierunek.
I to powinien wiedzieć Pan Wojciechowski skladajać w prokuraturze zawiadomienie, które najpewniej po jego wyjściu zostanie walnięte do kosz... znaczy umorzone.

*** Premier trzyma w szachu szefa prokuratorów bo zatwierdza lub nie jego roczne sprawozdanie. Zatem narzędzie ma.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Puszka z Rajmundem…

Powiem tak. Z punktu widzenia niektórych póki coś jest „pisowskie” jest świetnym narzędziem do chłostania. Kiedy nagle staje się „lisowskie” już tak świetnie do ręki nie pasuje. Taka osobliwa odmiana teorii względności Franca Fiszera. Kto nie wie, w oryginale było o nosie w…
Publikacja w tygodniku Lisa, poświęcona ojcu braci Kaczyńskich, merytorycznie znaczenie ma żadne. Dziwi co najwyżej osiągnięcie przez ciągle jeszcze usiłujący być pierwszoligowym tygodnik poziomu  miejscowej (mam na myśli Salon 24) „łowczyni grzechu prenatalnego”. Do czego zmierza publikacja trudno zgadnąć. Oczywiście jeśli się nie założy, że antykaczyńska obsesja redaktora naczelnego przekroczyła masę krytyczną. Nie wykluczam, ze właśnie w tym tkwi źródło tego tekstu. Ale jego znaczenie, wbrew temu co pisałem wcześniej, jest naprawdę wielkie.
Bez wątpienia mimowolnie, bp przecież nie z dobroci serca czy w efekcie jakiegoś skrajnie pozytywnego „wielkiego planu”, pismo Lisa zdjęło z prawicy klątwę „Dziadka z Wermachtu”. Jedno z piętn, które dotąd nie znajdowało żadnego skutecznego antidotum. Po chryi z Wojewódzkim i Figurskim to kolejny krok oddawania pola, na którym dotąd prawica brała w d**e bez prawa do wydania choćby jęku.  Tak, jak dzięki obu trefnisiom nie da się już powiedzieć, że ksenofobia połączona z zamiłowaniem do chamskich, knajpiany witzów to domena małomiasteczkowych „grubych karków”, co serce mają raczej po prawej stronie, tak teraz nie można mówić, że do gmerania w rodzinnych grobach konieczne są ręce Jacka Kurskiego. Oto „obóz postępu” (powiedzmy, że dość umiarkowanego) doczekał się własnych. I to jakich! Dzierżących tyle zaszczytnych nagród, że to grzebanie będzie trzeba chyba uznać za „zawód wyjątkowego zaufania społecznego”.
Można zaryzykować twierdzenie, że ów „numer Lisa” to kolejny z serii zabiegów operacji upiększania dotychczasowej „gęby prawicy”
Ale nie ta rywalizacja jest najistotniejsza. Doskoczenie Lisa do „Kury” jest niejako procesem naturalnym i w jakiś tam sposób zrozumiałym. Każda akcja wymaga reakcji więc czemu się dziwić.
I na tym można by skończyć.
Gdyby nie to, że zamiast końca mamy raczej do czynienia z początkiem.
Jak wiadomo od dziejów Rajmunda Kaczyńskiego ( tu ukłon w stroną naszej „łowczyni”), wiemy choćby o ojcu Donalda Tuska. Przyznać trzeba, że wspomnienie jego osoby nie przebija swym rozmachem tego, co funkcjonowało w publicznej przestrzeni na temat ojca Kaczyńskich. I bez wątpienia zaraz znajdzie się ktoś, kto ten brak zechce nadrobić. Uwolniony właśnie od strachu o to, że potraktowany zostanie jako „cmentarna hiena”. Po nim znajdzie się następny, który otrząśnie się z hieniej sierści i ruszy śladem rodzica Leszka Millera. Następny sięgnie…
Nie jest ważnie do kogo się dogrzebie i co znajdzie lub czego nie znajdzie. Ważne jest to, że znacznie trudniej będzie nazwać skur*****stwem rytuał uświęcony właśnie autorytetem wielokrotnego „Dziennikarza Roku”. Trudniej będzie adeptom zawodu, przedszkolakom dziennikarskiego rzemiosła wpoić, by nie byli hienami skoro hienim samcem alfa, dumnie obnoszącym napęczniałe z dumy hienie samcze atrybuty jest właśnie ów „Dziennikarz Roku”. Jak im powiedzieć, że bycie „Dziennikarzem Roku” to zło.
Ów „Dziennikarz Roku” zachował się, a właściwie od jakiegoś czasu zachowuje, jakby nigdy nie wyszedł  ponad poziom szkolnej gazetki. Kolejne cyrkowe numery, za którymi stoi są coraz bardziej czerstwe, nieprofesjonalne, puste. Zamiast merytorycznej dyskusji, jakiegoś mającego łatwą do określenia treść sporu, są czymś w rodzaju wypalenia w twarz konkurentowi „a twoja matka to k****!” Albo splunięcia.
Myślę, że część konkurencji już wkrótce stanie do wyścigu, którego zasady właśnie ustala Tomasz Lis. Pozostaje kibicować tym, co sobie odpuszczą. Niech Lis smiga sam. Też będzie ślicznie wyglądał.

sobota, 7 lipca 2012

J. Kaczyński na Openerze (tekst programowy)


Oczywiście na Openerze  z całej znanej mi prawicy spotkałem tylko Futrzaka, który jest prawicą zdecydowanie umiarkowaną w najbardziej chwalebnym znaczeniu określenia „umiarkowany”.
Oczywiście do Babich Dołów (nazywanych przez jakichś urzędowych purytanów od jakiegoś czasu bezpłciowo Gdynią-Kosakowem) nie udałem się, Boże uchowaj, w celach ewangelizacyjnych ani agitacyjnych. Po prostu lubię. A jak mi ktoś powie, że bywanie w takich miejscach chwały nie przynosi to mu odpowiem, że diabła dużo łatwiej spotkać tam, gdzie się go w żadnym razie nie spodziewamy. Choćby i przy goleniu. A Opener jest miejscem równie piekielnym jak małżeńskie łoża większości z nas gdy nam przychodzi ochota pomiętosić w nich nasze baby/facetów w celach nie prokreacyjnych lecz rekreacyjnych.
Oczywiście nie spodziewałem się spotkać tam, w tych Babich Dołach zwanych dziś Gdynią-Kosakowem, Jarosława Kaczyńskiego. Nawet gdybym go tam zobaczył to nadal bardziej bym się spodziewał zobaczyć tam samego diabła niż jego. Bo byłoby to zbyt naciągane i zupełnie bez sensu.
Ten wstęp to mniej lub bardziej udana próba atrakcyjnego nawiązania do tematu, który pojawił się dzisiaj w dwóch ciekawych tekstach. Pierwszy z nich to tekst Coryllusa „Winnetou kopie czajnik”*. To kawałek znakomitej publicystyki (oczywiście do momentu, póki nie postanawia i w nim wrócić w koleiny, w których od jakiegoś czasu pasjami lubi śmigać), którą ja chętnie bym tak samo napisał gdybym miał choćby namiastkę jego talentu i umiejętności. Drugi tekst, autorstwa W. Wybranowskiego, zatytułowany „Wyobraźnia po prawej stronie”** opublikowała dzisiejsza „Rzeczpospolita”.
Coryllus (nie koniecznie grzecznie choć trudno go momentami nie rozumieć) rozprawia się tym, jak „mały Jasio” czyli nasza mniej lub bardziej mainstreamowa prawica wyobraża sobie archetyp konserwatysty, jak próbuje nim, wcielonym czy to w Terlikowskiego czy też w  Hofmana, uwodzić potencjalnych zwolenników i co może dzięki temu osiągnąć. I po przeczytaniu Coryllusa trudno nie mieć ponurych myśli.
Tekst Wybranowskiego ma wymowę z pozoru optymistyczną i opisuje skuteczną inwazję pisarzy o prawicowych poglądach w tak zwanym „obszarze fantastyki naukowej”. Zakończonej objęciem tam absolutnego „rządu dusz” Nie dziwię się pozytywnym emocjom Wybranowskiego bo faktycznie ta część naszej współczesnej literatury wyrodziła z siebie (to taki ukłon w stronę Największego moim zdaniem wśród nich- Dukaja, nawiązujący oczywiście do wyradzania się Lutych w jego znakomitym „Lodzie”) najmniej wątpliwe talenty i najbardziej przekonujące dzieła. Nie dziwię się Wybranowskiemu również dlatego, że prawicowa dominacja w obszarze mniej lub bardzie naukowego „bujania w obłokach” jest przytłaczająca a ideowo obca konkurencja po prostu nie istnieje.
Tyle, że to pozory. A optymizm Wybranowskiego jest zdecydowanie na wyrost. Myślę, że lewica po prostu ma gdzieś „bujanie w obłokach”. Znacznie bardziej woli bujać się na siedzeniach swych drogich aut albo w skórzanych fotelach prezesów wielkich i bogatych firm. Od zdobywania „rządu dusz” woli zwyczajnie rządzić. A jeśli już bierze się za pisanie to raczej wybiera tematy bardziej „aktualne” i formy mniej klasyczne a więc i mniej podatne na oskarżenia o pusty bełkot i grafomanię. I w dodatku mogące liczyć na jakąś tam „Nike” i stosowne dofinansowanie, z tak zwaną „górką” rekompensujące brak większego (czy jakiegokolwiek) zainteresowania czytelników.
To, na co wskazuje Coryllus a czego nie zauważa Wybranowski, i co jest największą słabością prawicy starającej się zdobyć skutkujące zdobyciem władzy poparcie, to niewłaściwy wybór pola walki. Polega to na tym, że prawica ma w zwyczaju wikłać się w kampanie, które ich politycznych rywali nie interesują i za nic nie są w stanie absorbować. To jeszcze nie byłoby takie złe. Jednak ów brak zainteresowania rywali nie jest skutkiem ich widzimisię lecz tego, iż dokładnie tak samo czyli wcale nie interesują one tych, do których w konkury uderza prawica. Opisałem to najdelikatniej jak się dało.
I tu jedyną cechą godną podziwu gdy patrzy się na te chybione konkury jest upór i konsekwencja. Przypominająca takiego pryszczatego kujona, który podejmuje 134 próbę pierwszego skutecznego poderwania dziewczyny, starając się jej zaimponować znajomością całek. Tak samo jak 133 poprzednim.
Wiara w to, że będzie się toczyć walkę na własnym terenie i w dodatku na własnych zasadach irytuje i skalą naiwności i jej konsekwencją. Ta walka siłą rzeczy, co zresztą ostatnio mogliśmy znów oglądać w dwóch spektakularnych wydaniach, musi być walka bratobójcza.
I choćbym mógł jeszcze długo na ten temat. Zamiast tego wracam do Babich Dołów. I wbrew pozorom robię to ciągle pozostając w poruszanym temacie. Wśród tych (jak szacowano) 50 tysięcy, co się tam zjechało, była pewnie spora grupa takich, którzy nie tak dawno zadziwili „całą Polskę” w osobach kilku Stasińskich i im podobnych, dając „obciachowemu” PiS-owi największe poparcie wśród najmłodszych, często dopiero przyszłych wyborców. Przed tak „czającymi bazę” formacjami jak Ruch Parcia Pajacyka czy partia przewodnia. I to właśnie, jak sugeruje Coryllus (tak mi wychodzi) sprawia, że ten mój tytuł przestaje mieć żartobliwą wymowę. Takie babie Doły powinny stać się naturalnym miejscem, w którym czy to Jarosław Kaczyński czy to następni po nim „Kaczyńscy” powinni planować wygrane bitwy i szukać rekruta.
Powinni zacząć na przykład od przeczytania Pilipiuka by zobaczyć, że wstecznik i antykomunista, który uwiódł niemałą część tych, którzy na wszystko, co po prawej plwają głośno i zamaszyście nie nosi jedwabnej krawatki i nie ma dupki opiętej portkami w kancik tylko „kufajkę” i „filcaki”. A z obcych języków zna chyba tylko łacińskie słowo na q i coś tam po rusku. Pewnie będzie im trudno uwierzyć, że Jakuba Wędrowcza w ogóle można lubić. Ale niech zaczną. Świat nie zawsze jest taki, jak im się wydaje.
Na koniec, coś z Babich Dołów. Futrzak pewnie się uśmieje jak zobaczy, że ze mnie taka konserwa ale tej pani (wielkie dzięki Nina!) głownie tam pojechałem :)



Mówcie mi Donald…


Nie wątpię że nie mam mądrości pana Premiera, Donalda Franciszka Tuska. Może nawet daję radę intelektualnie, niektórzy (szczególnie zaś niektóre…) zapewniają, że daję spokojnie. Nie mam bez wątpienia jego życiowej mądrości. Dlatego to on nie ja jest „Premierem tysiąclecia”.
Jednak, jak się okazuje, jest jedna rzecz, którą mamy wspólną. Do bólu wręcz…
Często blogerom takim jak ja zarzuca się irytującą odtwórczość ich publicystyki. I leżące u jej źródła uzależnienie od serwisów bardziej tradycyjnych mediów.
Przyznaję, boli mnie i taka ocena i to, że w znacznej mierze jest ona jak najbardziej zasłużona. Przyznaję też, że marzy mi się jakaś gruba sprawa, którą odkryję, sprawdzę wnikliwie i na końcu ujawnię bez udziału czy to gazet czy mediów elektronicznych.
Jednak dzisiaj, nie wiem czy na zawsze czy tylko na chwilę, jakoś mniej się przejmuję tym, że jak o czymś nie napisano czy nie powiedziano w mediach to ja nic o nie wiem, nie jestem świadom, nie jestem w temacie. Okazuje się, że to jest właśnie rzecz, którą najpewniej dzielę z panem Premierem Donaldem Franciszkiem Tuskiem. Przyznał on jak donoszą, że o zamiarze wizyty Lecha Kaczyńskiego. „To tak jak ja” zawołałem w duchu radośnie i przez ułamek momentu pan Tusk jakiś taki nadzwyczaj bliski mi się wydał. Dopiero po chwili pomyślałem, że ma nawet gorzej. Bo jak ja nie przeczytam co tam Stachowicz z Arabskim za ścianą Premiera porabiają to tak, jakby nic nie porabiali. Ona, jak widać z jego wersji, też nie wie ale, niestety, wie, ze jednak coś tam porabiają. I pewnie gryzie się tym i doczekać się porannej prasówki nie może.
Tu trzeba też, choć to tylko obok tematu, oddać kolejny hołd gościom od wizerunku pana Donalda Franciszka. Potrafili bez większego trudu przekonać nas, ze zna się na wszystkim i wie o wszystkim. Jakby był owocem związku Wielkiego Zderzacza Hadronów ze Stephenem Hawkingiem.
A tu okazuje się, że jak pan Tusk w gazecie nie przeczyta, nie wie nawet co jego chłopaki za ścianą robią i ciemny jest w tej materii niczym tabaka w rogu. Że nawiążę tak zgrabnie do kaszubskich klimatów. A w świetle tego całkiem innego wymiaru nabiera określenie mediów mianem „czwartej władzy”. Określenie błędne bo zawierające pomyłkę co najmniej o dwie pozycje na niekorzyść. Przy okazji przyznam, że aż strach pomyśleć jak to wyznanie może wykorzystać jakiś hipotetyczny „redaktor naczelny”. Nie chodzi mi o sytuacje gdy jakiś tabloid napisałby na przykład na pierwszej stronie „Arabski jest kobietą!”. Pewnie ciężko zniósłby Tusk a pewnie i Arabski coś takiego ale by znieśli. Ale gdyby, wracając do hipotetycznego „redaktora naczelnego”, zamieścił on tekst, w którym by twierdził, że :”Arabski w Sandomierzu rozjechał Tuska walcem”? Tego Tusk by nie zniósł a Arabski… Arabski by pewnie nie przetrwał. A wszystko przez jakąś tam poranną prasówkę Premiera z której by się tego i owego dowiedział.
Wracając zaś do mnie, skromnego, odtwórczego blogera, czuję się na jakiś, pewnie dość krótki czas jakoś tam dowartościowany. Bo jakżeby mogło być inaczej skoro wiem, że wiem tyle co Donald Franciszek Tusk. Pewnie nawet czytamy te same gazety.
Dlatego szanowni czytelnicy, mówcie mi dziś „Donaldzie”. Lecz ani chwili dłużej!

piątek, 6 lipca 2012

Krajowa Szatnia Radiofonii i Telewizji czyli gdzie my żyjemy?


Nie będę nic dodawał w kwestiach merytorycznych sporu o wstęp TV Trwam na cyfrowy multipleks i profesjonalizmu KRRT. Tu już tyle powiedziano…
I właśnie o tym „tyle” chciałbym napisać.
Kiedy czyta się o mnożących się w całej sprawie wątpliwościach a równocześnie opinię w rodzaju „Po publikacji „Rz" rozległy się głosy polityków, którzy uważają, że NIK powinna skontrolować cały proces koncesyjny w KRRiT. Izba może to zrobić wyłącznie na wniosek Sejmu. Na to raczej szans nie ma.”* człowiek może mieć nagle ochotę na dokonanie dość dziwnych procedur. Na wyjście na ulicę i zapytanie pierwszego przechodzącego o pogodę lub godzinę. Na machnięcie się nagle na rogatki miasta by popatrzeć na tablicę z nazwą. I takie tam podobne.
O co miałoby w tym chodzić? O rzecz bardzo prostą a w tej sprawie oczywistą. O upewnienie się gdzie się żyje. O prostą odpowiedź na pytanie, które po lekturze takich tekstów jak ten cytowany wręcz się narzucają. Gdzie my do jasnej cholery żyjemy?
Sprawa wałkowana jest tak bardzo, że tyka się już nawet nie tego co jest na drugim jej planie ale na głębokim zapleczu. I zawsze okazuje się, że jest coś nieciekawego. A mimo to, by nie powiedzieć „mimo wszystko” co dnia można jak mantrę powtarzać podsumowanie wszelkich rozważań na temat tego, co powinno być robione. „Na to raczej szans nie ma”.
Jeśli wyjdzie więc taki skołowany obywatel na ulicę, popyta i podsłucha polskiej mowy, jeśli nadto wczyta się w tę tablicę na rogatka, wcale nie może być pewien, że jest w Polsce. W każdym razie w tej Polsce, która zachwyca cały świat swą bezprzykładną dynamiką w pierwszej połowie XXI wieku.
Bo cała ta sytuacja, w której okazuje się jak elastyczny pogląd na znaczenie pojęcia „stabilność finansowa” mają goście, którzy właśnie za ten i inne swoje poglądy zainkasowali grube tysiące w postaci nagród, przypomina mi a pewnie nie tylko mi, zupełnie inne miejsce. Nie żeby zaraz Białoruś czy tam legendarny Teferbrergrstan (gdzie to jest?). Przypomina scenkę z szatni, w której goście informują klienta „Nie mamy Pana płaszcza. I co Pan nam zrobi?”
Nic nie zrobi. Bo jak mu nawet co do głowy przyjdzie, od razu mu w głowie się włączy ta fraza z „Rzepy”- „Na to raczej szans nie ma”.
I pozostaje powiedzieć tylko to, co w podobnej sytuacji jeden mój znajomy. „No im tak mnie załatwili do c****. Przepięknie jak Leonardo da Vinci!”
W całej tej historii zabawne są dwie sprawy bardzo peryferyjne. Pierwsza, że PO już nie wystarcza załatwianie co rusz obywatelom klimatów z „Misia” i sobie prawdziwego „Misia” właśnie sprezentowała.
Druga zaś taka, że ten, kto kandydaturę obecnego szatnia… znaczy szefa KRRiT zaproponował ma budzące podziw poczucie humoru. Bo że „na odcinku” mediów potrzebny był obecnym „kierownikom Polski” wierny i posłuszny dworak to oczywiste. Ale z tą dosłownością to ciut przesadzili żartownisie.