Igor Janke u siebie dopytuje się jak nam widzi się zbliżający 2012*. Nie bez przyczyny się dopytuje bo naczytał się Rybińskiego. I pewnie chce, żeby go po tej czarnej wizji z Sodomą, Gomorą i paliwem po 7 zyla pocieszyć. Tedy pocieszę go. Bo czy ktokolwiek w Polsce zauważy te 7 zyla na litrze? A nawet jeśli to czy się przejmie? Nie takie rzeczy nas nie ruszały. Przeszliśmy ostatnio taka szkołę odporności że nic nas już nie ruszy. Choćby na naszych oczach żywcem darto kocięta i szczenięta to nam nawet powieka nie drgnie. Z nas już nie ludzie z marmuru czy żelaza ale z tytanu i innych technologicznie posuniętych materiałów. Chce pan Igor dowodów? Ano proszę. Jakoś wcale nie za dużo czasu temu zdecydowana większość społeczeństwa uznała, że nasz Premier jest do dupy a jego rząd nawet ekstra do dupy. W związku z powyższym przy najbliższej okazji większość społeczeństw powierzyła Premierowi do dupy i jego ekstra do dupy rządowi niezwykle trudną i odpowiedzialną misję przeprowadzenia naszej Ojczyzny przez wyłaniające się z nagła mielizny i rafy. Jakby oczywistym społeczeństwu się wydawało, że to dzieło powierzyć można było komuś, kto jest… jaki jest. Co tam zatem że za paliwo przyjdzie te 7 zyla płacić. Pewnie nawet nie zapłaczemy. A nie zapłaczemy bo ciekawsze rzeczy przed nami. Fachowo rzecz ujmując mamy nieco inne priorytety.
Dwa ostatnie lata to czas, w którym rzeczywistość niesamowicie zapętliła się nam z historią. I do dziś rozsupłać tego nie jesteśmy w stanie. Taki pan Borowczak bohater zdemaskował na ten przykład podpiętych pod Solidarność gdzieś kole 1989 roku Kaczyńskich za pomocą fotki z września 1980 roku z dwoma Lechami (w tym jednym, którego tam jakoby nie było…) siedzącymi po prawicy i lewicy Kołodzieja. Ale to nic jeszcze. Oto odnalazła się największa (interpretujcie jak się wam podoba) córa tejże Solidarności. Trudno powiedzieć czemu dwadzieścia lat trzeba było czekać aż się znajdzie ale co tam. Zresztą to też jakiś tam symbol znaczący albo nawet parabola naszego narodowego losu bo na tyle rzeczy cięgle jeszcze czekamy i czekamy…
Lech (ten co wtedy był akurat) z kolei podwoił stawkę, zaliczył kumulację i w efekcie okazał się też wodzem rebelii z grudnia 1970. Wodzem tak zmyślnym i sprytnym, że nawet ci, co im wówczas przewodził do dziś nie wiedzieli, że im przewodził. A może i nadal nie wiedzą. Jakoś tak prasa radio i telewizja powściągliwie do tego coming out pana Lecha podeszły. Ale szacuj dla bohatera i jego rozkwitających rejonów szarej i białej substancji odpowiedzialnych za pamięć. W związku z tym czekam ze spokojem na ujawnienie kolejnych historycznych dokonań pana Lecha jako to dowodzenie AK, prowadzenie kontruderzenia znad Wieprza, autorstwo „Kapitału”, sprowadzenie do Polski chrześcijaństwa oraz, co absolutnie nie wykluczone, bycie czwartą osoba boską. Czwartą w kolejności rzecz jasna a nie co do znaczenia.
Późne chodzenie spać, szczególnie to, które bierze się z bezsenności ma wiele minusów. Człowiek się wkurza (przez co jest jeszcze bardziej bezsenny…), rano jest niewyspany i takie tam. Ma natomiast tę zaletę, że się trafia na ciekawe audycje w telewizorze. Czemu ciekawe audycje puszcza się akurat somnambulikom nie mam pojęcia. Jakieś sensowne uzasadnienie pewnie to ma. W końcu zaprzyjaźnione stacje to jednak biznes i poza „Tygodnikiem Powszechnym” prezentów nikomu nie zwykły robić. Nawet lunatykom.
W każdym jednak razie dzięki bezsenności i uprzejmości jednej z zaprzyjaźnionych stacji mogłem ujrzeć przyszłość. Nie, żeby mi wyłożyli kawę na ławę. Wspomniana stacja to przecież medium dla inteligentnych więc pokombinować musiałem. Obejrzałem sobie audycję o pewnej pani co to od dawna dużo mogła a przez to i dużo kosztowała. Rzecz w tym, że role drugoplanowe we wspomnianej audycji odgrywali najwyżsi urzędnicy państwowi z obecnym prezydentem na czele. A ramy czasowe niektórych osiagów owej pani, by jasnym było – w audycji odmalowanej barwą raczej czarną, pokrywają się w znacznej części z rządami obecnej, najlepszej na świecie ekipy czy tam, jak rzekł był pan Radosław, drużyny.
Gdy na to patrzyłem, zastanawiałem się czy:
a) śnię.
b) nastąpiło gwałtowne przyspieszenie wyprzedaży aktywów zaprzyjaźnionej spółki z czym łączyć się może zmiana „linii”
c) jakieś krety pisowskie (wiadomo, to matecznik tego gatunku) podpięły się szczwane pod emisję
d) następuje powolne przesunięcie wajchy
Jako że cierpię tylko na bezsenność a zaprzyjaźnioną spółką kierują przecież sprawdzeni (he he…) towarzysze walterowcy uznałem, że wyłącznie odpowiedź ostatnia może być prawdziwa. Zresztą jak się popatrzy na mierzone kalibrem i autoramentem zapraszanych gości sympatie i preferencje stacji w ostatnim okresie widać, że prace nad „historycznym kompromisem” idą pełną parą. Tylko ten kompromis…
Czy nie jest wam, towarzysze walterowcy, chłopcy i dziewczęta czerskiści i ty księże Boniecki zamilkły tak młodo, że to nie Kuroń ani Geremek będą ta kwoką, która pod swymi skrzydłami zbierze pogubioną dziatwę z Rozbratu, z Nowego Światu i spoza gór i rzek? Że tow. Kwaśniewski z całym stadem komuchów wyblakłych i Frasyniuk milioner ze skromną czeredą demokratów (kropka pe el ) splotą się w uścisku, któremu patronować będą wódczany baron ze skłonnością do skeczów adresowanych do ludności o umysłowości sześciolatków, pabianicki beton partyjny i wrażliwy społecznie, kiepsko opłacany przez państwo właściciel złotego jaguara? Tudzież babochłop z uciętym wackiem, babochłop z wackiem i inne cuda natury.
Tedy nie dziw się panie Igorze, że Naród nie ma czasu roztkliwiać się nad tymi 7 złotymi za liter. Naród ma tyle ważniejszych zajęć, że żadnym tam końcem świata głowy mu zawracać nie warto.
* http://jankepost.salon24.pl/376396,rybinski-wieszczy-katastrofe-a-wy-prognozy-na-2012
środa, 28 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
Święta czyli co z ludzi wychodzi
Jak wszyscy wiedzą a wierzą niektórzy, okres świąteczny szczególnie służy tym, którzy coś tam mają na wątrobie. Zdarza się ponoć, że ludzkim głosem potrafią i zwierzęta przemówić. tak dla równowagi chyba skoro co niektórym zdarza się, i to w wymiarze wykraczającym zdecydowanie poza czas Bożego Narodzenia przemawiać w języku, który na te potrzebę musi niezawodnie mieć rozdwojony koniec. Jak to u gadów się przyjęło…
Taki pan Stefan na przykład… Ja właściwie nie rozumiem czemu „partii zdrowego rozsądku” brak rozsądku na tyle, by coraz silniejsze objawy chorobowe pana Stefana otoczyć jakąś klauzulą tajności. Cóż to, przynajmniej technicznie, dla niej? A tak nie dość, że pozwala na rażącą niespójność w swym „przekazie miłości” to jeszcze obnosi się z ułomnością swego prominentnego członka miast ja jakoś dyskretnie maskować. Choć może właśnie w tym rzecz. Może chodzi o jakiś program walki z wykluczeniem w rodzaju sławnego „Niech nas zobaczą”. Sowicie wspierany zastrzykiem unijnych pieniędzy i pokazujący, że i dla obłąkanych jest u nas miejsce w przestrzeni publicznej.
Mówi więc ów pan „- Tak jak trupy w Smoleńsku były dobre dla paru ludzi, tak i trupy w Afganistanie przydadzą się im by dobrać się do władzy” a ja się zdumiewam i szczerością pana owego odniesioną do partyjnych kolegów, którzy, a jakże, skorzystali i do władzy dobrali się nim wspomniane trupy wystygnąć zdążyły i brakiem reakcji choćby samych zainteresowanych. Nie tylko tym passusem ale i specyficzną „promocją naszej pokojowej misji, której cel, wedle owego pana jest bardzo oczywisty. „Polskie wojska pozostaną tam, dopóki aż Mułła Omar z całą bandą zadynda na jakiejś latarni”*. Myślę, że po czymś takim możemy czuć się dużo bardziej bezpieczni. Tam i tutaj. Myślę nawet, że wspomniany Mułła, czując respekt przed naszym błyskotliwym wykluczonym i nie chcąc przy tym wyjść przed światem na jakiegoś zacofanego foba, sam znalazł już stosowny sznurek i teraz właśnie rozgląda się za latarnią. A obecna zwłoka w oczekiwanych obwiesinach to wyłącznie efekt tej niekorzystnej okoliczności, iż niełatwo rzeczony obiekt znaleźć w górzystych rejonach Afganistanu.
Cieszmy się więc magią świąt. nawet jeśli jej efektem jest taka niewymuszona szczerość. Cieszmy się póki możemy. Kto wie bowiem co nas czeka. taki pan Sawka an ten przykład, na razie na własne, osobiste potrzeby nie tylko Świętami się znudził ale i się im przeciwstawił. Zdecydowanie. Uznając przy okazji, że to jego bohaterstwo, polegające na nieuleganiu terrorowi obdarowywania innych prezentami, lepienia pierogów i wszystkich innych uciążliwości zasługuje na obwieszczenie Urbi et Orbi za pośrednictwem naczelnego organu wszystkich światłych, modnych i świadomych**. Jak na razie możemy tylko doniosłość jego kroku kontemplować. Ja jednak jestem przekonany, że nie przypadkiem świat o znudzeniu, zmęczeniu i poczuciu osaczenia pana Sawki musiał się dowiedzieć. Czuję w kościach, że wspomniane bohaterstwo, z którego na tę chwilę korzysta wyłącznie wspomniany i jego najbliższa rodzina ktoś może zechcieć litościwie rozciągnąć i na resztę społeczeństwa. Prawdą oczywistą jest, że to przecież takie męczące i nudne latać po mieście czy przysiółku z iglastym wiechciem, przeciekać się w sklepowym tłoku po nikomu niepotrzebne prezenty albo utknąć w niewoli kuchennych obowiązków będąc sterroryzowanym przez uszka, pierogi i postną kapustę. Jak nie przymierzając jaka kuchta dziewiętnastowieczna poddana uciskowi klas posiadających. Nie zdziwię się więc, jeśli zaraz pojawi się w „przestrzeni publicznej” jakiś Front Wyzwolenia od Świat. Który nie tylko uwolni „kuchty” całego świata ale i zadba, by żaden wstecznik, dajmy na to przez ścianę, nie zakłócił panu Sawce przyjemności zrywania z tradycją. Choćby przez rodzinne śpiewy kolędowe albo zbyt głośno składane życzenia.
Takie skojarzenie mi się nasunęło, gdy czytałem wynurzenia pana „wyzwolonego z niewoli Świąt” Sawki. Niegdyś, w jeszcze bardziej niż wspomniany wyżej organ postępowym piśmie „lewicowej inteligencji” co się „Bez dogmatu” nazywa, jeden pan „lewicowy inteligent” opisał swe wrażenia na temat jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Ściślej zaś mówiąc opisał jak to nie mogąc znieść tego wszystkiego trudnego dla niego do zniesienia, co pielgrzymka miała ze sobą przynieść, uciekł na jej czas do Paryża. Ale, jak napisał, „papież za nim i tam dotarł”.
Przekonanie, że Jan Paweł II chciał tracić czas na ściganie choćby i najinteligentniejszego z naszych „lewicowych intelektualistów” oraz przeznaczanie szpalt gazety na osobistą radość pana Sawki z faktu, że coraz więcej ludzi ma gdzieś świąteczne tradycje ( bo że pan Sawka ma gdzieś to oczywiście jego sprawa) to wedle mnie ten sam wymiar pychy. Równie nieuzasadnionej.
* http://www.polskatimes.pl/artykul/485879,tak-jak-trupy-w-smolensku-tak-i-te-przydadza-sie-niektorym,id,t.html
** http://wyborcza.pl/1,75248,10856958,Osobiscie_zrywam_ze_swiateczna_tradycja.h
Taki pan Stefan na przykład… Ja właściwie nie rozumiem czemu „partii zdrowego rozsądku” brak rozsądku na tyle, by coraz silniejsze objawy chorobowe pana Stefana otoczyć jakąś klauzulą tajności. Cóż to, przynajmniej technicznie, dla niej? A tak nie dość, że pozwala na rażącą niespójność w swym „przekazie miłości” to jeszcze obnosi się z ułomnością swego prominentnego członka miast ja jakoś dyskretnie maskować. Choć może właśnie w tym rzecz. Może chodzi o jakiś program walki z wykluczeniem w rodzaju sławnego „Niech nas zobaczą”. Sowicie wspierany zastrzykiem unijnych pieniędzy i pokazujący, że i dla obłąkanych jest u nas miejsce w przestrzeni publicznej.
Mówi więc ów pan „- Tak jak trupy w Smoleńsku były dobre dla paru ludzi, tak i trupy w Afganistanie przydadzą się im by dobrać się do władzy” a ja się zdumiewam i szczerością pana owego odniesioną do partyjnych kolegów, którzy, a jakże, skorzystali i do władzy dobrali się nim wspomniane trupy wystygnąć zdążyły i brakiem reakcji choćby samych zainteresowanych. Nie tylko tym passusem ale i specyficzną „promocją naszej pokojowej misji, której cel, wedle owego pana jest bardzo oczywisty. „Polskie wojska pozostaną tam, dopóki aż Mułła Omar z całą bandą zadynda na jakiejś latarni”*. Myślę, że po czymś takim możemy czuć się dużo bardziej bezpieczni. Tam i tutaj. Myślę nawet, że wspomniany Mułła, czując respekt przed naszym błyskotliwym wykluczonym i nie chcąc przy tym wyjść przed światem na jakiegoś zacofanego foba, sam znalazł już stosowny sznurek i teraz właśnie rozgląda się za latarnią. A obecna zwłoka w oczekiwanych obwiesinach to wyłącznie efekt tej niekorzystnej okoliczności, iż niełatwo rzeczony obiekt znaleźć w górzystych rejonach Afganistanu.
Cieszmy się więc magią świąt. nawet jeśli jej efektem jest taka niewymuszona szczerość. Cieszmy się póki możemy. Kto wie bowiem co nas czeka. taki pan Sawka an ten przykład, na razie na własne, osobiste potrzeby nie tylko Świętami się znudził ale i się im przeciwstawił. Zdecydowanie. Uznając przy okazji, że to jego bohaterstwo, polegające na nieuleganiu terrorowi obdarowywania innych prezentami, lepienia pierogów i wszystkich innych uciążliwości zasługuje na obwieszczenie Urbi et Orbi za pośrednictwem naczelnego organu wszystkich światłych, modnych i świadomych**. Jak na razie możemy tylko doniosłość jego kroku kontemplować. Ja jednak jestem przekonany, że nie przypadkiem świat o znudzeniu, zmęczeniu i poczuciu osaczenia pana Sawki musiał się dowiedzieć. Czuję w kościach, że wspomniane bohaterstwo, z którego na tę chwilę korzysta wyłącznie wspomniany i jego najbliższa rodzina ktoś może zechcieć litościwie rozciągnąć i na resztę społeczeństwa. Prawdą oczywistą jest, że to przecież takie męczące i nudne latać po mieście czy przysiółku z iglastym wiechciem, przeciekać się w sklepowym tłoku po nikomu niepotrzebne prezenty albo utknąć w niewoli kuchennych obowiązków będąc sterroryzowanym przez uszka, pierogi i postną kapustę. Jak nie przymierzając jaka kuchta dziewiętnastowieczna poddana uciskowi klas posiadających. Nie zdziwię się więc, jeśli zaraz pojawi się w „przestrzeni publicznej” jakiś Front Wyzwolenia od Świat. Który nie tylko uwolni „kuchty” całego świata ale i zadba, by żaden wstecznik, dajmy na to przez ścianę, nie zakłócił panu Sawce przyjemności zrywania z tradycją. Choćby przez rodzinne śpiewy kolędowe albo zbyt głośno składane życzenia.
Takie skojarzenie mi się nasunęło, gdy czytałem wynurzenia pana „wyzwolonego z niewoli Świąt” Sawki. Niegdyś, w jeszcze bardziej niż wspomniany wyżej organ postępowym piśmie „lewicowej inteligencji” co się „Bez dogmatu” nazywa, jeden pan „lewicowy inteligent” opisał swe wrażenia na temat jednej z pielgrzymek Jana Pawła II do Polski. Ściślej zaś mówiąc opisał jak to nie mogąc znieść tego wszystkiego trudnego dla niego do zniesienia, co pielgrzymka miała ze sobą przynieść, uciekł na jej czas do Paryża. Ale, jak napisał, „papież za nim i tam dotarł”.
Przekonanie, że Jan Paweł II chciał tracić czas na ściganie choćby i najinteligentniejszego z naszych „lewicowych intelektualistów” oraz przeznaczanie szpalt gazety na osobistą radość pana Sawki z faktu, że coraz więcej ludzi ma gdzieś świąteczne tradycje ( bo że pan Sawka ma gdzieś to oczywiście jego sprawa) to wedle mnie ten sam wymiar pychy. Równie nieuzasadnionej.
* http://www.polskatimes.pl/artykul/485879,tak-jak-trupy-w-smolensku-tak-i-te-przydadza-sie-niektorym,id,t.html
** http://wyborcza.pl/1,75248,10856958,Osobiscie_zrywam_ze_swiateczna_tradycja.h
Etykiety:
Święta
wtorek, 20 grudnia 2011
Tańczący z Temidą (o prokuratorach wszelakich)
Prokuratorzy, te nasze najważniejsze ostoje praworządności… Tu taka uwaga istotna dla ewentualnie wzburzonych poprzedzającym stwierdzeniem. Zgadam się, że ostoją sprawiedliwości są sądy ale za praworządność odpowiadają jednak prokuratorzy. Sprawiedliwość, praworządność… Nie, nie jest to jedno i to samo. I nawet nie chodzi o nazwę. Widać to znakomicie w praktyce.
tak więc wróćmy do początku. Prokuratorzy, te nasze najważniejsze ostoje praworządności, nie przestają mnie zadziwiać. Wręcz przeciwnie. Zadziwiają i zadziwiają. Niby wszyscy kończyli uniwersytecki kurs prawa oparty na tym samym szkielecie, niby wszyscy bazują na tych samych kodeksach. Ale gdy przychodzi co do czego to jeden prokurator takiemu swemu koledze Pasionkowi postawi jakże konkretne zarzuty, inny, w dodatku generalny, odrzuci jego zażalenie a trzeci znowu uzna, że zarzuty się nie potwierdzają. I zgadnij tu człowieku który z nich najintensywniej sypiał na wykładach, który ma nieaktualna zawartość biblioteczki a który zapomniał na czym polega sprawiedliwość i czym się różni od praworządności.
Przypadek prokuratora Pasionka to zresztą wcale nie najjaskrawszy przykład działań prokuratury budzących niemałe wątpliwości co do tego, co jest ich istotą. Czy sprawiedliwość czy też praworządność. A może coś jeszcze innego?
Słuchając o zarzutach stawianych publicznie Macierewiczowi trudno nie sięgać pamięcią do roku 1992 i do wypowiedzi pana Ciemniewskiego, który, jak już nieco pohisteryzował, wziął na siebie rolę inkwizytora pleniącego w III Rzeczpospolitej herezję lustracji. On to bodaj wówczas równocześnie oskarżył Macierewicza o upublicznienie absolutnych i nieprawdziwych bzdur i zapowiedział ściganie go za… zdradę tajemnicy państwowej. Bzdury i nieprawdy jako tajemnica państwowa już wtedy skojarzyły mi się ze Szwejkowską wizją dostojnych CK Austro-Wegier, w których najpilniej strzeżoną państwową tajemnicą był postępujący idiotyzm gen. Potiorka. Dziś jest niewiele lepiej. Tym razem Macierewicza ciągać będą za „poświadczenie nieprawdy” i „ujawnienie tajemnicy”. Niewiele, ale lepiej jednak. Jak sadze nieco nasza praworządność zdystansuje się od haszkowskiej atmosfery i spróbuje oddzielić od siebie „nieprawdę” oraz „tajemnicę”. Jak się domyślam „nieprawdą” będzie to wszystko, co obecna ekipa zdążyła pochować powrotem do szuflad ochoczo przepraszając i sowicie gratyfikując tych, których to dotyczyło. „tajemnicą” zaś będzie to, nad czym mleko już się rozlało. Choćby w postaci wyroków oddalających pozwy przeciwko Macierewiczowi. Tak więc załatwi się go od razu z mańki i z buta.
Na kanwie „zdradzania” przez Macierewicza „tajemnic” i „poświadczania nieprawd” pojawiło się wiele głosów, ze ów zniszczył nasz wywiad „ujawniając agentów”. Ja w związku z powyższym mam takie pytanie cóż nasz wywiad miał z tych agentów ulokowanych choćby w „zaprzyjaźnionych mediach”. Na jaki cehauj oni byli temu wywiadowi i temu państwu, na rzecz którego wywiad ich tam jakoby trzymał. Czyżby te „zaprzyjaźnione media” stanowiły jakieś zagrożenie dla bytu naszej państwowości.? A może chociaż dla praworządności?. Jeśli tak to ja się pytam gdzie byli prokuratorzy?
Co zaś się tyczy Macierewicza… I oskarżenia. Nie o to, to o cokolwiek!
The Queen of Hearts, she made some tarts,
All on a summer day:
The Knave of Hearts, he stole those tarts,
And took them quite away!*
Dobre jak wszystko inne. Jak, nie przymierzając, „zdrada tajemnicy” i „poświadczenie nieprawdy”.
Sprawiedliwość musi cierpieć patrząc jak praworządność harcuje.
• L Carroll, Alice's Adventures in Wonderland
tak więc wróćmy do początku. Prokuratorzy, te nasze najważniejsze ostoje praworządności, nie przestają mnie zadziwiać. Wręcz przeciwnie. Zadziwiają i zadziwiają. Niby wszyscy kończyli uniwersytecki kurs prawa oparty na tym samym szkielecie, niby wszyscy bazują na tych samych kodeksach. Ale gdy przychodzi co do czego to jeden prokurator takiemu swemu koledze Pasionkowi postawi jakże konkretne zarzuty, inny, w dodatku generalny, odrzuci jego zażalenie a trzeci znowu uzna, że zarzuty się nie potwierdzają. I zgadnij tu człowieku który z nich najintensywniej sypiał na wykładach, który ma nieaktualna zawartość biblioteczki a który zapomniał na czym polega sprawiedliwość i czym się różni od praworządności.
Przypadek prokuratora Pasionka to zresztą wcale nie najjaskrawszy przykład działań prokuratury budzących niemałe wątpliwości co do tego, co jest ich istotą. Czy sprawiedliwość czy też praworządność. A może coś jeszcze innego?
Słuchając o zarzutach stawianych publicznie Macierewiczowi trudno nie sięgać pamięcią do roku 1992 i do wypowiedzi pana Ciemniewskiego, który, jak już nieco pohisteryzował, wziął na siebie rolę inkwizytora pleniącego w III Rzeczpospolitej herezję lustracji. On to bodaj wówczas równocześnie oskarżył Macierewicza o upublicznienie absolutnych i nieprawdziwych bzdur i zapowiedział ściganie go za… zdradę tajemnicy państwowej. Bzdury i nieprawdy jako tajemnica państwowa już wtedy skojarzyły mi się ze Szwejkowską wizją dostojnych CK Austro-Wegier, w których najpilniej strzeżoną państwową tajemnicą był postępujący idiotyzm gen. Potiorka. Dziś jest niewiele lepiej. Tym razem Macierewicza ciągać będą za „poświadczenie nieprawdy” i „ujawnienie tajemnicy”. Niewiele, ale lepiej jednak. Jak sadze nieco nasza praworządność zdystansuje się od haszkowskiej atmosfery i spróbuje oddzielić od siebie „nieprawdę” oraz „tajemnicę”. Jak się domyślam „nieprawdą” będzie to wszystko, co obecna ekipa zdążyła pochować powrotem do szuflad ochoczo przepraszając i sowicie gratyfikując tych, których to dotyczyło. „tajemnicą” zaś będzie to, nad czym mleko już się rozlało. Choćby w postaci wyroków oddalających pozwy przeciwko Macierewiczowi. Tak więc załatwi się go od razu z mańki i z buta.
Na kanwie „zdradzania” przez Macierewicza „tajemnic” i „poświadczania nieprawd” pojawiło się wiele głosów, ze ów zniszczył nasz wywiad „ujawniając agentów”. Ja w związku z powyższym mam takie pytanie cóż nasz wywiad miał z tych agentów ulokowanych choćby w „zaprzyjaźnionych mediach”. Na jaki cehauj oni byli temu wywiadowi i temu państwu, na rzecz którego wywiad ich tam jakoby trzymał. Czyżby te „zaprzyjaźnione media” stanowiły jakieś zagrożenie dla bytu naszej państwowości.? A może chociaż dla praworządności?. Jeśli tak to ja się pytam gdzie byli prokuratorzy?
Co zaś się tyczy Macierewicza… I oskarżenia. Nie o to, to o cokolwiek!
The Queen of Hearts, she made some tarts,
All on a summer day:
The Knave of Hearts, he stole those tarts,
And took them quite away!*
Dobre jak wszystko inne. Jak, nie przymierzając, „zdrada tajemnicy” i „poświadczenie nieprawdy”.
Sprawiedliwość musi cierpieć patrząc jak praworządność harcuje.
• L Carroll, Alice's Adventures in Wonderland
piątek, 16 grudnia 2011
Posłowie – znowu u siebie (?) (idą pancry na „Wujek”)
We wszystkich dyskusjach o „stanie” najbardziej irytujące są momenty, w których odwieczni albo świeżo objawieni apologeci naszego „bohatera narodowego”, co to by strzelał i strzelał…, argumentują „ja nie wiem co by było jakby nie wprowadził ale…” Irytujące bo żaden z tych, co się muszą albo chcą wdawać w takie potyczki, nie potrafi jakoś zamknąć sprawy krótkim i konkretnym „to może najpierw się pan/pani dowie i dopiero wtedy poruszy ten wątek. Teraz proponuję o tym, co wiemy…”
Właśnie o to chodzi. O to, co wiemy.
Dlatego właśnie takie znaczenie ma tekst lestata. Poza oczywistą i nie dającą się zmierzyć wagą bólu jego i jego bliskich jest takim małym kamyczkiem wrzuconym w tę machinę kłamstw i bezczelności. Bo zmusiłby, gdyby miał jeszcze większą szansę przebicia się do powszechnej opinii, ludzi pokroju choćby Lityńskiego, perorującego dziś z pozycji gościa upadłego bezpiecznie nawet nie na cztery ale na sześć łap o "patriotyzmie" bandziora, do obrony tezy, że gdyby nie ten kamień u szyi i portowy kanał, to by weszli. Że gdyby na Jezuickiej nie zatłuczono nastolatka ale nadal by on chodził po ziemi, weszli by. Gdyby nie kazano zatrzeć śladów, weszliby. Że trzeba było bić, zastraszać, że konieczni byli „nieznani sprawcy”, bo inaczej by weszliby.
Gdyby sprawę zamknąć tylko nocą 13 grudnia tamtego roku, pewnie można by deliberować czy owa pokraczna konstrukcja znana pod nazwą „mniejszego zła” faktycznie nie była uzasadniona. Oddać się weryfikacji zachowanych dowodów i na zimno stwierdzić, że nie. Że nic tego nie potwierdza.
W oparciu o to co wiemy (choć nie wszyscy, o to starannie zadbano) żadne grzebanie nie jest konieczne.
Z zapiekłości, furii i okrucieństwa, które wyłaniają się z tych przypadków, przypisanych przez naszą „sprawiedliwą ojczyznę” „nieznanym sprawcom” wyłania się obraz diametralnie niezgodny z wizerunkiem „wspaniałego i zdeterminowanego patrioty”, który zrobił tylko to, co musiał i zrobił to genialnie. Tak, tak się pisze o nim.
A jeśli się tak pisze to faktycznie trzeba uznać, co napisałem wcześniej, że trzeba było zatłuc lestatowi ojca, zatłuc Przemyka i innych. A jeśli nie trzeba było to znaczy, że to był taki dodatek. Wynikający po prostu z charakteru „wodza” i jego zgrai. Z tego, że to nie byli żadni patrioci. Jeśli już to raczej psychopaci.
Ktoś mógłby oczywiście polecieć odwiecznym argumentem wszystkich czerwonych bandytów, że „nie wiedział”, że to było „przeciw niemu”. Tylko czemu jakoś tych, którzy byli „przeciw niemu” w tej formie nie ścigał równie surowo jak innych, którzy byli mu przeciwni w sposób "mniej inwazyjny"?
Ale to tam chuj! Tylko tak mogę odnieść się do procesów myślowych i charakteru oberbandyty. Mnie fascynują goście w rodzaju Lityńskiego czy Kuczyńskiego. Którzy z taką determinacją podważają teraz (a pewnie i wcześniej przy okazji kolejnych 13 grudnia) cały swój mandat do tego, by ich darzyć jakimkolwiek szacunkiem. Przecież on się bierze z tego, że wtedy byli po „właściwej” stronie. Teraz zaś robią wszystko, by problem usytuowania strony „właściwej” trudniej było rozwiązać.
Wczoraj minęło 30 lat od momentu gdy w ówczesnym „Manifeście” nasz „patriota”- psychopata zdecydował się „powstrzymywać ruskich” za pomocą ostrej amunicji. Dziś mija tyleż lat od chwili, gdy zdecydował się w tym samym celu zabić… 30 lat temu poszły pancry na „Wujek”.
Przyszli nocą w uśpiony dom
Zabierali nas chyłkiem jak zbóje
Drzwi zamknięte otwierał łom
Idą, idą pancry na "Wujek"
[…]
Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń
Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje
Już milicja repetuje broń
Idą, idą pancry na "Wujek"
Płoną znicze ku zabitych chwale
Ale zgasła nadzieja na potem
Gdzie twe czyste ręce generale?
Zawracają pancry z powrotem
(Maciej Bieniasz)
Ale to nie jedyny powód by się dziwić i oburzać. napisałem w tytule „u siebie” ze znakiem zapytania. Napisałem z dwóch powodów. Pierwszy odnosi się jak najbardziej do rocznicy a właściwie do tego, jak moje „państwo” specyficznie się w nie włączyło. Trudno nie zauważyć a właściwie zauważyć ten udział w wymiarze pasującym i do charakteru rocznicy i do tego, że ona taka „okrągła”. Gdyby wskazać coś, co było największym i najbardziej widocznym wkładem „państwa” w obchody, byłyby nim te barierki, którymi opancerzono willę na Ikara i te kordony, które jakoś się z „rekonstrukcją historyczną” musiały (!) skojarzyć. I jak się to widzi, trudno nie pytać „gdzie ja jestem?!”
***
Drugi, taki osobisty powód tego znaku zapytania… U „siebie” byłem u Igora Janke.
***
Miałem napisać wczoraj, tak bardziej na gorąco ale mała rzecz nieco wybiła mnie z równowagi. Dopiero teraz widzę, że jakoś tam symboliczna. Byłem wczoraj „w delegacji służbowej” w Warszawie. Przy okazji zawiozłem do „Amicusa” prezenty dla Piotrusia więc nawet nie było to uciążliwe, że cała wyprawa była mało sensowna. Gdy szedłem Mazowiecką w miejsce, będące zasadniczym celem mojego wyjazdu, zobaczyłem dość wstrząsającą scenę. najpierw sądziłem, ze to takie, dość jednoznaczne ptasie figle więc zamierzałem obejść miejsce szerszym łukiem by nie przeszkadzać. Ale zauważyłem, że to wygląda zbyt brutalnie. okazało się, że to wrona usiłuje zadziobać takie trochę już wyrośnięte gołębie pisklę, wciśnięte w kąt przy koszu na śmieci. raz za razem waliła dziobem w głowę pisklaka. Przepędziłem ją ale usiadła na gzymsie w pobliżu czekając aż sobie pójdę by sprawę zakończyć. Wziąłem więc zamroczonego pisklaka, który od razu zacisnął pazurki na moim palcu. Wziąłem i… zacząłem się zastanawiać co dalej. Byłem nie u siebie, tuż przed oficjalną imprezą w szykownym miejscu, do którego nie mogłem paradować z poszarpanym „latającym szczurem”. Przemaszerowałem tak kawałek miasta i… Musiałem zostawić pisklę. W takim miejscu, w którym żadna wrona nie mogła go zauważyć ale, prawdę mówiąc, z niewielkimi szansami na przeżycie. I tak to teraz za mną łazi…
Właśnie o to chodzi. O to, co wiemy.
Dlatego właśnie takie znaczenie ma tekst lestata. Poza oczywistą i nie dającą się zmierzyć wagą bólu jego i jego bliskich jest takim małym kamyczkiem wrzuconym w tę machinę kłamstw i bezczelności. Bo zmusiłby, gdyby miał jeszcze większą szansę przebicia się do powszechnej opinii, ludzi pokroju choćby Lityńskiego, perorującego dziś z pozycji gościa upadłego bezpiecznie nawet nie na cztery ale na sześć łap o "patriotyzmie" bandziora, do obrony tezy, że gdyby nie ten kamień u szyi i portowy kanał, to by weszli. Że gdyby na Jezuickiej nie zatłuczono nastolatka ale nadal by on chodził po ziemi, weszli by. Gdyby nie kazano zatrzeć śladów, weszliby. Że trzeba było bić, zastraszać, że konieczni byli „nieznani sprawcy”, bo inaczej by weszliby.
Gdyby sprawę zamknąć tylko nocą 13 grudnia tamtego roku, pewnie można by deliberować czy owa pokraczna konstrukcja znana pod nazwą „mniejszego zła” faktycznie nie była uzasadniona. Oddać się weryfikacji zachowanych dowodów i na zimno stwierdzić, że nie. Że nic tego nie potwierdza.
W oparciu o to co wiemy (choć nie wszyscy, o to starannie zadbano) żadne grzebanie nie jest konieczne.
Z zapiekłości, furii i okrucieństwa, które wyłaniają się z tych przypadków, przypisanych przez naszą „sprawiedliwą ojczyznę” „nieznanym sprawcom” wyłania się obraz diametralnie niezgodny z wizerunkiem „wspaniałego i zdeterminowanego patrioty”, który zrobił tylko to, co musiał i zrobił to genialnie. Tak, tak się pisze o nim.
A jeśli się tak pisze to faktycznie trzeba uznać, co napisałem wcześniej, że trzeba było zatłuc lestatowi ojca, zatłuc Przemyka i innych. A jeśli nie trzeba było to znaczy, że to był taki dodatek. Wynikający po prostu z charakteru „wodza” i jego zgrai. Z tego, że to nie byli żadni patrioci. Jeśli już to raczej psychopaci.
Ktoś mógłby oczywiście polecieć odwiecznym argumentem wszystkich czerwonych bandytów, że „nie wiedział”, że to było „przeciw niemu”. Tylko czemu jakoś tych, którzy byli „przeciw niemu” w tej formie nie ścigał równie surowo jak innych, którzy byli mu przeciwni w sposób "mniej inwazyjny"?
Ale to tam chuj! Tylko tak mogę odnieść się do procesów myślowych i charakteru oberbandyty. Mnie fascynują goście w rodzaju Lityńskiego czy Kuczyńskiego. Którzy z taką determinacją podważają teraz (a pewnie i wcześniej przy okazji kolejnych 13 grudnia) cały swój mandat do tego, by ich darzyć jakimkolwiek szacunkiem. Przecież on się bierze z tego, że wtedy byli po „właściwej” stronie. Teraz zaś robią wszystko, by problem usytuowania strony „właściwej” trudniej było rozwiązać.
Wczoraj minęło 30 lat od momentu gdy w ówczesnym „Manifeście” nasz „patriota”- psychopata zdecydował się „powstrzymywać ruskich” za pomocą ostrej amunicji. Dziś mija tyleż lat od chwili, gdy zdecydował się w tym samym celu zabić… 30 lat temu poszły pancry na „Wujek”.
Przyszli nocą w uśpiony dom
Zabierali nas chyłkiem jak zbóje
Drzwi zamknięte otwierał łom
Idą, idą pancry na "Wujek"
[…]
Kilof, łańcuch ściska nasza dłoń
Wózków szereg bieg czołgów wstrzymuje
Już milicja repetuje broń
Idą, idą pancry na "Wujek"
Płoną znicze ku zabitych chwale
Ale zgasła nadzieja na potem
Gdzie twe czyste ręce generale?
Zawracają pancry z powrotem
(Maciej Bieniasz)
Ale to nie jedyny powód by się dziwić i oburzać. napisałem w tytule „u siebie” ze znakiem zapytania. Napisałem z dwóch powodów. Pierwszy odnosi się jak najbardziej do rocznicy a właściwie do tego, jak moje „państwo” specyficznie się w nie włączyło. Trudno nie zauważyć a właściwie zauważyć ten udział w wymiarze pasującym i do charakteru rocznicy i do tego, że ona taka „okrągła”. Gdyby wskazać coś, co było największym i najbardziej widocznym wkładem „państwa” w obchody, byłyby nim te barierki, którymi opancerzono willę na Ikara i te kordony, które jakoś się z „rekonstrukcją historyczną” musiały (!) skojarzyć. I jak się to widzi, trudno nie pytać „gdzie ja jestem?!”
***
Drugi, taki osobisty powód tego znaku zapytania… U „siebie” byłem u Igora Janke.
***
Miałem napisać wczoraj, tak bardziej na gorąco ale mała rzecz nieco wybiła mnie z równowagi. Dopiero teraz widzę, że jakoś tam symboliczna. Byłem wczoraj „w delegacji służbowej” w Warszawie. Przy okazji zawiozłem do „Amicusa” prezenty dla Piotrusia więc nawet nie było to uciążliwe, że cała wyprawa była mało sensowna. Gdy szedłem Mazowiecką w miejsce, będące zasadniczym celem mojego wyjazdu, zobaczyłem dość wstrząsającą scenę. najpierw sądziłem, ze to takie, dość jednoznaczne ptasie figle więc zamierzałem obejść miejsce szerszym łukiem by nie przeszkadzać. Ale zauważyłem, że to wygląda zbyt brutalnie. okazało się, że to wrona usiłuje zadziobać takie trochę już wyrośnięte gołębie pisklę, wciśnięte w kąt przy koszu na śmieci. raz za razem waliła dziobem w głowę pisklaka. Przepędziłem ją ale usiadła na gzymsie w pobliżu czekając aż sobie pójdę by sprawę zakończyć. Wziąłem więc zamroczonego pisklaka, który od razu zacisnął pazurki na moim palcu. Wziąłem i… zacząłem się zastanawiać co dalej. Byłem nie u siebie, tuż przed oficjalną imprezą w szykownym miejscu, do którego nie mogłem paradować z poszarpanym „latającym szczurem”. Przemaszerowałem tak kawałek miasta i… Musiałem zostawić pisklę. W takim miejscu, w którym żadna wrona nie mogła go zauważyć ale, prawdę mówiąc, z niewielkimi szansami na przeżycie. I tak to teraz za mną łazi…
Etykiety:
stan
wtorek, 11 października 2011
Do zobaczenia w Budapeszcie…
Nie wiem czy to dobry moment. Właściwie obawiam się, nauczony wcześniejszym jakże czasami bolesnym doświadczeniem, że na cos takiego „dobrych momentów” po prostu nie ma. Zawsze jest tak, że albo się „demoralizuje szeregi” gotowane do ataku albo „gasi ducha”. Tylko, że kiedyś przychodzi czas na to by przestało być miło.
O tym „gaszeniu ducha” właśnie chciałbym. O tym jak bardzo potrafimy nakręcać rzeczywistość zamiast trzeźwo się z nią znosić. Taką, jaka ona jest. Nawet jak jest suczo niemiła.
Największym problemem z jakim poradzić sobie musi teraz (skoro nie była w stanie a tego zrobić dotychczas) partia opozycyjna jest jej permanentna alergia na jakąkolwiek krytykę. Powiem, że nawet bym rozumiał obnoszenia się z dość ostrymi reakcjami na nie zawsze pozytywne uwagi, gdyby dotyczyły one wąskiej grupy liderów i sytuacji związanych z medialnymi występami. Wtedy owszem, można przyjąć konwencję permanentnie krzywdzonej i niesprawiedliwie oczernianej niewinności. Ale jeśli się w nią szczerze uwierzy to jest już dramat. I to przede wszystkim tych, którzy tego dramatu nie chcą albo nie są w stanie dostrzec.
Kilkukrotnie zdarzało mi się odnosić do tego, co mi się w działaniach czy to całej partii czy to jej czołówki czy wreszcie samego lidera mało podobało albo wręcz bardzo nie podobało. Efektem mojej konstruktywnej krytyki w większości były nieliczne polemiki w których zarzucano mi defetyzm i pisanie niemądrych tekstów głownie zaś komentarze w rodzaju „widzę, że szykujemy sobie bezpieczna drogę ewakuacji” oraz widoczny spadek liczby czytelników. W większości przypadków ci surowi recenzenci mojej postawy moralnej nie należeli do najpłodniejszych publicystów z jakoś szczególnie rozpoznawalnymi nickami. Ale to mało ważne w tej chwili. Ważne jest to, że ten schemat działał tak bezbłędnie i tak przewidywalnie. Choć trudno dyskutować nad jego oczywistą głupotą.
Zostawmy to, z czym w ogóle szkoda dyskutować. Wrócę do tych polemik, bo one, choć wynikają z tego samego przekonania o niedopuszczalności krytykowania partii opozycyjnej, zawierają jakieś argumenty. Przede wszystkim zaś ten, że przy całkiem sporym zasobie racji, nie powinienem swej krytyki upubliczniać bo to jest szkodliwe. Zanim przejdę do szkodliwości takie pytanie techniczne. To co mam z tą swoją krytyka zrobić? Najpewniej się nią udławić (co tez mi sugerowano:).
Czemu krytyka, mająca jakieś tam sensowne podstawy miałaby być szkodliwa. Powodów jest wiele. Przynajmniej ja je poznałem w sporej liczbie. Po pierwsze dlatego, że „wpisuję się” w powszechny atak. I w ten sposób go niejako firmuję „waląc w plecy”. Po drugie wpływam demobilizująco, sieję defetyzm i takie tam a czas nie sprzyja. Nie sprzyja bez względu na to jaki to czas. Tu więc wracamy do momentu, w którym dusze się pytaniem bo „czas nie sprzyja”.
I jeszcze mógłbym tak dość długo. Tylko zaraz ktoś zapyta czemu tyle o sobie i co ja mam do rzeczy? Otóż wiele mam! To choćby, że, wbrew temu, co wielu myśli, jakoś specjalnie do tej czy innej opcji przywiązany nie jestem i jeśli widzę, że opcja robi coś, co w moim katalogu dopuszczalnych ruchów się nie mieści, odpuszczam sobie opcję. Jestem więc wyborcą czy tam elektoratem, który Czarek Krysztopa nazwał kiedyś „nieżelaznym”. I o mnie trzeba się starać jak, że sobie dodam, o atrakcyjną pannę. Nie wystarczy jeden raz bym uznał, że mi się istny cud trafił. I, co warto ewentualnym uwodzicielom wiedzieć, nie wystarczy tylko samo uwodzenie. Trzeba jeszcze stosownie reagować na sygnały sugerujące moje oczekiwania.
Oczekiwania… To słowo, które zdaje się nie istnieć w słowniku ludzi, którzy „obsługują” kolejne kampanie partii opozycyjnej. A właściwie istnieje ale w bardzo okrojonej formie. W tej mianowicie, że próbuje się narzucić tym, do których się uderza, własną jego definicję czyli wizję tych ich oczekiwań. I jeśli się nie trafi to wniosek taki, że odbiorcy najwidoczniej „zgłupli” i nie wiedza czego sami chcą.
Czego zatem ja chce? Jako ten wyborca, którego mimo wszystko trzeba przekonywać. Niewiele. Szczęściem wybieranych jest to, że w zasadzie głownie skupię się na kwestiach technicznych. Strona ideowa mi styka. A to już spory sukces. Tedy do szczegółów.
Wielokrotnie pisałem o tym, że najbardziej niestrawną stroną ideowego przekazu partii opozycyjnej jest opakowanie, w jakim się je publicznie „sprzedaje”. Pisałem o tym przy okazji kolejnych występów publicznych ludzi, którzy z jakichś niepojętych dla mnie powodów wysyłani byli na ów front ideologiczny mimo rzucającego się w oczy, wręcz krzyczącego braku kompetencji. To nieco się poprawiło ale nie na tyle by mówić, że jest zadowalająco. Ktoś mi powie, że uległem nachalnej albo choćby podprogowej presji mediów. Być może. Ale taką presję po prostu trzeba przewidzieć. Tym bardziej jeśli ćwiczy się ją boleśnie od lat. I to nie ja własnym wysiłkiem mam się jej opierać bo mogę ale nie muszę. To powinno być ciężarem złożonym na barkach partyjnych profesjonalistów od wizerunku.
Ja rozumiem, że ci profesjonaliści działają w nieprzyjaznym otoczeniu. Nie mogą absolutnie liczyć na tak pięknie prowadzone akcje jak „cała Polska nie dowie się o Wałbrzychu”, „prezes też otrzymywał listy od samobójcy” czy „Lis z Gugałą ratują Polskę odsłaniając prawdziwe oblicze”. I to, że nie mogą na coś takiego liczyć za to na coś przeciwnego jak najbardziej, musi być dla nich jasne.
Zanim podsunę kilka konkretnych, bardzo aktualnych uwag, jeszcze taka uwaga generalna, dotycząca sposobu obchodzenia się z partią opozycyjną przez lud opozycyjny.
Szanowny ludzie opozycyjny. Jesteś w większości konserwatywny w swych zapatrywaniach i w wyznawanych ideałach. W większości ten konserwatyzm wyniosłeś z domu i z domowego, konserwatywnego wychowania. Czemu zatem, na miły Bóg, w stosunku do swego politycznego wybrańca decydujesz się tak ostentacyjnie na model wychowania bezstresowego? Czemu każdy lekki klaps traktujesz jako crimen zasługujący na natychmiastowa dekapitacje sprawcy? czy nie widzisz jeszcze skutków tej swojej niefrasobliwości?
Nie wątpię, że chcesz zobaczyć jak świetnie może być w tym obiecanym Budapeszcie. Jeśli chcesz, to pomóż w tym. Ale odpowiedzialnie.
Na koniec taka próbka troski o kondycję naszego podopiecznego.
Przede wszystkim proszę mi powiedzieć kto „ustawił” Prezesowi spotkania z „Newsweekiem” i z Lisem na koniec kampanii. Proszę mi odpowiedzieć czy ten ktoś wcześniej raczył przeczytać choć jeden numer „Newsweeka” i obejrzeć program Lisa. A jak już mi odpowiecie to wykopcie tego kogoś na zbity ryj do ostatniego partyjnego szeregu. Bo tylko tam ktoś taki może nie narobi szkody.
I pilnujcie się. Jeśli trzeci raz dacie się tak zrobić jak daliście się zrobić dwa razy, to ten obiecywany Budapeszt będziecie oglądać tylko na pocztówkach.
A ja bym wolał inaczej. I z tym moim „wolał” musicie się liczyć. Bo to wy dla mnie jesteście a nie ja dla was! Pamiętajcie i nie zapomnijcie!
ps. Każdy komentarz w typie „widzę że już czujesz skąd wiatr wieje” dla mnie będzie oczywistym kilometrem dalej od Budapesztu. I dowodem na to, że nauka idzie trudno.
O tym „gaszeniu ducha” właśnie chciałbym. O tym jak bardzo potrafimy nakręcać rzeczywistość zamiast trzeźwo się z nią znosić. Taką, jaka ona jest. Nawet jak jest suczo niemiła.
Największym problemem z jakim poradzić sobie musi teraz (skoro nie była w stanie a tego zrobić dotychczas) partia opozycyjna jest jej permanentna alergia na jakąkolwiek krytykę. Powiem, że nawet bym rozumiał obnoszenia się z dość ostrymi reakcjami na nie zawsze pozytywne uwagi, gdyby dotyczyły one wąskiej grupy liderów i sytuacji związanych z medialnymi występami. Wtedy owszem, można przyjąć konwencję permanentnie krzywdzonej i niesprawiedliwie oczernianej niewinności. Ale jeśli się w nią szczerze uwierzy to jest już dramat. I to przede wszystkim tych, którzy tego dramatu nie chcą albo nie są w stanie dostrzec.
Kilkukrotnie zdarzało mi się odnosić do tego, co mi się w działaniach czy to całej partii czy to jej czołówki czy wreszcie samego lidera mało podobało albo wręcz bardzo nie podobało. Efektem mojej konstruktywnej krytyki w większości były nieliczne polemiki w których zarzucano mi defetyzm i pisanie niemądrych tekstów głownie zaś komentarze w rodzaju „widzę, że szykujemy sobie bezpieczna drogę ewakuacji” oraz widoczny spadek liczby czytelników. W większości przypadków ci surowi recenzenci mojej postawy moralnej nie należeli do najpłodniejszych publicystów z jakoś szczególnie rozpoznawalnymi nickami. Ale to mało ważne w tej chwili. Ważne jest to, że ten schemat działał tak bezbłędnie i tak przewidywalnie. Choć trudno dyskutować nad jego oczywistą głupotą.
Zostawmy to, z czym w ogóle szkoda dyskutować. Wrócę do tych polemik, bo one, choć wynikają z tego samego przekonania o niedopuszczalności krytykowania partii opozycyjnej, zawierają jakieś argumenty. Przede wszystkim zaś ten, że przy całkiem sporym zasobie racji, nie powinienem swej krytyki upubliczniać bo to jest szkodliwe. Zanim przejdę do szkodliwości takie pytanie techniczne. To co mam z tą swoją krytyka zrobić? Najpewniej się nią udławić (co tez mi sugerowano:).
Czemu krytyka, mająca jakieś tam sensowne podstawy miałaby być szkodliwa. Powodów jest wiele. Przynajmniej ja je poznałem w sporej liczbie. Po pierwsze dlatego, że „wpisuję się” w powszechny atak. I w ten sposób go niejako firmuję „waląc w plecy”. Po drugie wpływam demobilizująco, sieję defetyzm i takie tam a czas nie sprzyja. Nie sprzyja bez względu na to jaki to czas. Tu więc wracamy do momentu, w którym dusze się pytaniem bo „czas nie sprzyja”.
I jeszcze mógłbym tak dość długo. Tylko zaraz ktoś zapyta czemu tyle o sobie i co ja mam do rzeczy? Otóż wiele mam! To choćby, że, wbrew temu, co wielu myśli, jakoś specjalnie do tej czy innej opcji przywiązany nie jestem i jeśli widzę, że opcja robi coś, co w moim katalogu dopuszczalnych ruchów się nie mieści, odpuszczam sobie opcję. Jestem więc wyborcą czy tam elektoratem, który Czarek Krysztopa nazwał kiedyś „nieżelaznym”. I o mnie trzeba się starać jak, że sobie dodam, o atrakcyjną pannę. Nie wystarczy jeden raz bym uznał, że mi się istny cud trafił. I, co warto ewentualnym uwodzicielom wiedzieć, nie wystarczy tylko samo uwodzenie. Trzeba jeszcze stosownie reagować na sygnały sugerujące moje oczekiwania.
Oczekiwania… To słowo, które zdaje się nie istnieć w słowniku ludzi, którzy „obsługują” kolejne kampanie partii opozycyjnej. A właściwie istnieje ale w bardzo okrojonej formie. W tej mianowicie, że próbuje się narzucić tym, do których się uderza, własną jego definicję czyli wizję tych ich oczekiwań. I jeśli się nie trafi to wniosek taki, że odbiorcy najwidoczniej „zgłupli” i nie wiedza czego sami chcą.
Czego zatem ja chce? Jako ten wyborca, którego mimo wszystko trzeba przekonywać. Niewiele. Szczęściem wybieranych jest to, że w zasadzie głownie skupię się na kwestiach technicznych. Strona ideowa mi styka. A to już spory sukces. Tedy do szczegółów.
Wielokrotnie pisałem o tym, że najbardziej niestrawną stroną ideowego przekazu partii opozycyjnej jest opakowanie, w jakim się je publicznie „sprzedaje”. Pisałem o tym przy okazji kolejnych występów publicznych ludzi, którzy z jakichś niepojętych dla mnie powodów wysyłani byli na ów front ideologiczny mimo rzucającego się w oczy, wręcz krzyczącego braku kompetencji. To nieco się poprawiło ale nie na tyle by mówić, że jest zadowalająco. Ktoś mi powie, że uległem nachalnej albo choćby podprogowej presji mediów. Być może. Ale taką presję po prostu trzeba przewidzieć. Tym bardziej jeśli ćwiczy się ją boleśnie od lat. I to nie ja własnym wysiłkiem mam się jej opierać bo mogę ale nie muszę. To powinno być ciężarem złożonym na barkach partyjnych profesjonalistów od wizerunku.
Ja rozumiem, że ci profesjonaliści działają w nieprzyjaznym otoczeniu. Nie mogą absolutnie liczyć na tak pięknie prowadzone akcje jak „cała Polska nie dowie się o Wałbrzychu”, „prezes też otrzymywał listy od samobójcy” czy „Lis z Gugałą ratują Polskę odsłaniając prawdziwe oblicze”. I to, że nie mogą na coś takiego liczyć za to na coś przeciwnego jak najbardziej, musi być dla nich jasne.
Zanim podsunę kilka konkretnych, bardzo aktualnych uwag, jeszcze taka uwaga generalna, dotycząca sposobu obchodzenia się z partią opozycyjną przez lud opozycyjny.
Szanowny ludzie opozycyjny. Jesteś w większości konserwatywny w swych zapatrywaniach i w wyznawanych ideałach. W większości ten konserwatyzm wyniosłeś z domu i z domowego, konserwatywnego wychowania. Czemu zatem, na miły Bóg, w stosunku do swego politycznego wybrańca decydujesz się tak ostentacyjnie na model wychowania bezstresowego? Czemu każdy lekki klaps traktujesz jako crimen zasługujący na natychmiastowa dekapitacje sprawcy? czy nie widzisz jeszcze skutków tej swojej niefrasobliwości?
Nie wątpię, że chcesz zobaczyć jak świetnie może być w tym obiecanym Budapeszcie. Jeśli chcesz, to pomóż w tym. Ale odpowiedzialnie.
Na koniec taka próbka troski o kondycję naszego podopiecznego.
Przede wszystkim proszę mi powiedzieć kto „ustawił” Prezesowi spotkania z „Newsweekiem” i z Lisem na koniec kampanii. Proszę mi odpowiedzieć czy ten ktoś wcześniej raczył przeczytać choć jeden numer „Newsweeka” i obejrzeć program Lisa. A jak już mi odpowiecie to wykopcie tego kogoś na zbity ryj do ostatniego partyjnego szeregu. Bo tylko tam ktoś taki może nie narobi szkody.
I pilnujcie się. Jeśli trzeci raz dacie się tak zrobić jak daliście się zrobić dwa razy, to ten obiecywany Budapeszt będziecie oglądać tylko na pocztówkach.
A ja bym wolał inaczej. I z tym moim „wolał” musicie się liczyć. Bo to wy dla mnie jesteście a nie ja dla was! Pamiętajcie i nie zapomnijcie!
ps. Każdy komentarz w typie „widzę że już czujesz skąd wiatr wieje” dla mnie będzie oczywistym kilometrem dalej od Budapesztu. I dowodem na to, że nauka idzie trudno.
sobota, 24 września 2011
Czerwony autobus. Kaczmarski/Linke
Kto chce, niech czyta ten tekst jak mu wygodnie. I tak tylko ja wiem jak to z nim jest. A jest tak, jakby patrzeć przez szybę. Która bezpiecznie oddziela od tego, co widać.
Jest albo bywa tak, że wobec czegoś stajemy bezsilni. Nie było mi dane poznać uczucia trudniejszego do zniesienia i bardziej od niego potrafiącego wytrącić z równowagi. Przez to udokumentowanie słabości, która kaleczy dwie strony. I tę, której nie jesteśmy w stanie skutecznie podać ręki, przez co może się ona całkiem osunąć i nas udowadniając nam rozmiar naszej słabości i rzeczywisty zasób naszych sił.
Można w takiej sytuacji albo poddać się temu uczuciu albo się po prostu odwrócić. To drugie powinienem chyba polecić bo w nim to, co ma i tak spaść, spada i tyle. W tym pierwszym jest jeszcze bolesna recydywa w postaci wyrzutów, spadku wiary w siebie. Komu to potrzebne?
Szczególnie w taki czas gdy coraz ktoś się osuwa. Na to przecież żadnego sumienia by nie starczyło a dla spokoju nie byłoby już zupełnie miejsca.
Jesteśmy gatunkiem, który skolonizował planetę dzięki swej wybitnej zdolności przystosowawczej. Poza zawartością puszki mózgowej w każdej innej kategorii znajdzie się jakiś zawodnik, który nasz gatunek rozkłada na łopatki. Ale to my rządzimy.
Rządzimy również dzięki zdolności odwracania się.
Sam kiedyś uważałem, że źle robi nagiej małpie, gdy robi się choćby odrobinę ckliwa, użalająca się na jakimś tak kulasem, garbusem, ślepcem… Jeśli pozbawić ją takiej wrażliwości, można by w drodze naturalnej selekcji uzyskać taki materiał genetyczny że mogłyby się z czasem pochować te wszystkie kładące nas na łopatki. No, prawie wszystkie. Na niektóre konkurencje doprawdy czasu szkoda.
Tak kiedyś myślałem.
Ale przeszło mi. I choć popełniam zbrodnie na własnym gatunku jakoś nie mam wyrzutów. Bo jeśli je mieć to z takiego powodu, który na to zasługuje.
Ale gatunek trzyma się twardo. Rzec można, natura panuje nad sytuacją. Jak na razie…
Pakuje się w rozmowę brudnego włóczęgi i rozpędzonego pośpiechem kapiszona, wkładając temu drugiemu krótkie „spierdalaj śmierdzielu” jako odpowiedź na prośbę o wsparcie.
Zatyka uszy „spokojnym mieszczanom” gdy nad nimi dzieje się jakaś oczywista burza, w której nie da się wykluczyć nawet ofiar śmiertelnych.
Nasze codzienne „W imię Ojca…” zmieniło się w „Co mnie to obchodzi”. Modlitwę wygodnych.
Nasz rzycie to archipelag bezludnych wysp z rzadka wyłaniających się z mgły. Między nimi są w stanie krążyć tylko mniejsze i większe rekiny i parę innych drapieżników. I jeśli nim nie jesteś, nie chcesz być, nie zanurzaj się w tej mgle.
Kiedy zdarzy się nam z konieczności być okrętami na tym oceanie oblewającym nasze wyspy bezludne, staramy się usilnie trzymać kursu, który na, tylko nas jest w stanie dowieźć do jakiegoś tam małego lub większego celu. Trudno dziwić się, że nie stać na s na żadne ryzyko i brawurę. Pod pokładem wieziemy bardzo wrażliwy towar, którego z nic nie chcielibyśmy stracić. Rodzina, dom, praca, rodzina, dom, praca, rodzina, dom… Takim rytmem taktuje nam nasz silnik napędzający nasze życie.
I rzadko zdarza się, by ktoś zaryzykował to wszystko, podejmując na środku oceanu rozbitków. Choć widzimy ich przecież często. Częściej niż potrafimy się do tego przyznać. To jest racjonalne. To dzięki temu pewnie jako gatunek nie podzieliliśmy doli dinozaurów.
Jeśli nawet coś czujemy, widząc kogoś w topieli, to szybko zastępuje to uczucie ulgi, że „to nie ja” i radość z tego, że na szczęście dla nas to najczęściej tylko przez szybę.
Nawet i to zaczyna nas cieszyć, ze tę szybę mamy coraz mniejszą. Mniejszy kłopot wtedy…
Taki świat sobie wymyśliliśmy
Pędzimy przez Polską dzicz
Wertepy chaszcze błota
Patrz w tył tam nie ma nic
Żałoba i sromota
Patrz w przód tam raz po raz
Cel mgłą niebieską kusi
Tam chce być każdy z nas
Kto nie chce chcieć - ten musi!
W Czerwonym Autobusie
W Czerwonym Autobusie
W Czerwonym Autobusie mija czas!*
* http://www.kaczmarski.art.pl/tworczosc/wiersze_alfabetycznie/kaczmarskiego/c/czerwony_autobus.php
czwartek, 22 września 2011
Kara główna (o szacunku dla…)
Tekst ten publikowałem pierwszy raz w marcu 2009 roku i odniesienia w nim zawarte dotyczą tamtego czasu. Dziś obiecałem Ezekielowi, że spór o zasadność kary śmierci w ogóle jestem gotów toczyć. O karę w ogóle a nie o karę dla Troya Davisa, o którym Ezekiel dziś pisał. W komentarzu wyjaśniłem mu, a on zgodził się ze mną, że w tej konkretnej sprawie wiemy za mało. Pozostając przy swoim. On przy przekonaniu że wątpliwości przemawiają przeciw karze głównej ja zaś przy tym, iż nie sądzę, że ci, co wyrok wydali, zrobili to bez poczucia pewności i odpowiedzialności. I przy tym też, że wątpliwości są i będą zawsze. Nawet w przypadkach takich, jak te dotyczące skazanych w Norymberdze.
A, że tekst poniższy podczas któregoś z moich „porzuceń” Salonu24 definitywnie usunąłem, mogę go spokojnie znów wkleić bez poczucia, że jest „odgrzewany”.
***
Z dużym zdziwieniem konstatować mi przyszło całkowite pominiecie przez koleżeństwo szanowne ogłoszonego i wczoraj upublicznionego raportu Amnesty International a dotyczącego stosowania na świecie kary śmierci. Spodziewałem się raczej dyskusji gromadzącej zarazem wielu uczestników jak i rozgrzanej emocjami dyskutantów. Choć z drugiej strony jedna z konkluzji raportu niejako uzasadnia i usprawiedliwia owo milczenie. Liczba państw, w których kara śmierci jest stosowana, maleje a za tym musi iść i to zjawisko, że już nawet nie jej groza ale wręcz istnienie w powszechnej świadomości się zamazuje. Jednak, jakkolwiek takie tłumaczenie braku reakcji ze strony dyskutantów jest ze wszech miar zrozumiałe, pominięcie w dyskusji tak istotnej sprawy i dotyczącego jej dokumentu stanowi dla ludzi, którzy go firmują, niewątpliwy i niezasłużony despekt. Bo o tym dyskutować warto. I dlatego, że temat ze wszech miar godny jest dyskusji i dlatego też, że , choć coraz rzadziej, nawet na naszym gruncie, od czasu do czasu staje się tematem żywym. Zaś przy powadze problemu dyskusje improwizowane wypadają przeważnie nieprzekonująco, by nie powiedzieć wręcz kompromitująco.
„Śmierć to niewyobrażalnie okrutna, nieludzka i upodlająca kara”.
To słowa zawarte w raporcie AI. Znakomite do tego by zacząć dyskusję nad formą wymierzania (rzeczywistym lub domniemanym) niegodziwcom sprawiedliwości zwanej niegdyś „karą główną”. Oczywiście nie dlatego, że była z jakąś, mogącą być wręcz uznaną za regułę orzecznictwa, częstotliwością stosowana lecz dla powagi spraw, dla których ją rezerwowano. Znakomite też i z powodu, który pomoże mi zastanowić się nad wagą i powagą najczęściej używanych w dyskusji, pro i conta, argumentów.
Czy istotnie kara śmierci jest upadlająca? Czy rzeczywiście uwłacza godności człowieka i nie szanuje jego życia. W zasadzie można się z tym zgodzić. Ale z czynionym na wstępie zastrzeżeniem, że bardziej przesądza o tym praktyka jej stosowania niż istota samej kary. Ale o owej praktyce dalej. Dlaczego użyłem wcześniej zwrotu „w zasadzie”, sugerującego że nie zawsze i że nie do końca. Zastrzeżenie moje jest zdecydowanie większego kalibru. Bo zgodzić się, że uwłacza i że nie szanuje życia można tylko wówczas, gdy szacunek do ludzkiego życia będzie się rozumieć wyłącznie przez pryzmat życia sprawcy crimenu, za który ową karę główną chce się zastosować. Tu uwaga istotna. O tym, za co jest stosowana obecnie też kilka słów dalej, przy wspomnianej wcześniej praktyce. Na razie skupię się na sytuacji teoretycznej, w której kara orzekana jest w sytuacjach wyjątkowych, odwołujących się tylko do zbrodni morderstwa (nie zabójstwa- to ważne rozróżnienie) oraz zbrodni stanu. Wracając zaś do owego szacunku dla życia, z żalem, a czasem wręcz z bólem, zauważam, że dla używających tego argumentu nieistniejącym wydaje się problem szacunku dla życia ofiary. Jakoś nagle kolejność wydarzeń, które do orzeczenia kary głównej prowadzą, w ich rozumowaniu wymazuje wszystko, co zaszło przed momentem orzeczenia i wynikającego z niego wyegzekwowania kary. Humanizm zaczyna się w momencie troski o to drugie życie czyniąc w domyśle takie, kupieckie nieco, założenie, że tej pierwszej śmierci i tak już nic nie odwróci. Wbrew intencjom owych humanistów broniących życia możliwego jeszcze do obrony powstaje sytuacja, w której na szale wagi kładzie się życie ofiary i życie mordercy uznając, że to drugie warte jest obrony. I, również wbrew intencjom ale zgodnie z logiką, powstaje przekonanie, że wywartościowano życie mordercy wyżej życia ofiary.
Tu zaś pojawia się problem najtrudniejszy. Na ile można w takim razie wycenić życie odebrane, tak by każdy, kto od systemu sprawiedliwości domaga się sprawiedliwego ferowania wyroków, nie miał uczucia, że sprawiedliwości nie stało się zadość. Na lat 10, 25, może na resztę życia? Czasem spotykałem się z głosami, że to kary znacznie surowsze od kary śmierci bo zwierają pierwiastek okrucieństwa w postaci ciągłej świadomości dokonanego czynu pozostawianej ukaranemu na każdy ranek, wieczór i czas pomiędzy nimi aż do jego naturalnego końca. Ale jeśli tak jest to protestujący przeciwko karom upadlającym i uwłaczającym człowieczeństwu i tych kar nie powinni akceptować! Ale wracając do owej ceny. Czy jest ktoś, kto potrafi wskazać uczciwą miarę wartości życia odebranego człowiekowi przez zbrodniarza? Ile warte jest życie dziecka zakatowanego w złości? Ile warte jest życie młodej dziewczyny zabrane w napadzie żądzy? Ile wreszcie waży życie staruszki zabitej przez chciwość? Ja potrafię wskazać tylko jedną cenę, co do której nigdy nie będzie wątpliwości, że nie jest rażąco niedoszacowania. Ta cena to inne życie. Nie do końca uczciwa, bo życie zbrodniarza nigdy nie stoi na równi z życiem ofiary ale ta różnica jest wtedy najmniejsza.
Kolejnym zarzutem stawianym autorytetowi państwa przez przeciwników kary śmierci jest ten, że jest ona jakoby zemstą. Zinstytucjonalizowaną ale jednak zemstą za mord. I tu znów wrócę do wspominanej sekwencji wydarzeń prowadzących do egzekucji owej kary. Wbrew pozorom ów ciąg nie zaczyna się ani w momencie ogłoszenia wyroku ani nawet w chwili popełnienia zbrodni. Jego początkiem jest przyjęcie w ustawodawstwie takiej sankcji. Rzecz ma się więc tak, że najpierw jest ostrzeżenie czego robić nie wolno i co spotka lekceważących ten zakaz a dopiero później to wszystko co zmusza przenieść owo narzędzie obrony przed złem z zapisu mającego charakter warunkowy na sytuację zaistniała naprawdę. To nie jest żaden lincz w majestacie prawa.
Wreszcie argument wykorzystywany tak przez zwolenników jak i przeciwników kary głównej. I, w moim odczuciu, sprowadzający od razu dyskusję nad tą sprawą w ślepy zaułek, w którym utknięcie można nawet uznać, za intelektualną kompromitacje ludzi tym argumentem szermujących (bez względu na to czy są pro czy contra). Chodzi o to czy owa kara spełnia swoją rolę. I nie w ujęciu czy ukarany zostaje ukarany. To byłoby podejście przeze mnie i rozumiane i docenione. W dyskusji owej najczęściej rolą owej kary ma być odstraszanie innych, potencjalnych sprawców czynów karą główną zagrożonych. I takie podejście właśnie uważam za kompromitujące. Gdyż jest z samego założenia przejawem widzenia owej kary w sposób skrajnie barbarzyński. W taki, w jaki należy patrzeć na tych wszystkich, którzy stosowali ja w formie represji, mówiąc eufemistycznie, jako działania o charakterze profilaktycznym, wyprzedającym bunty czy inne formy oporu. Poczynając od kurhanów z głów pokonanych wrogów usypywanych przez monarchów Międzyrzecza, przez rzezie mongolskie aż po czerwone plakaty na słupach ogłoszeniowych Warszawy za okupacji. To, co wspomniałem, może i odstraszało, ale nie miało nic wspólnego ze sprawiedliwością i jej wymierzaniem. Kara główna, jak zresztą każda inna kara, jest wyłączną relacją między czynem, ustanowioną zapisem w prawie sankcja za ów czyn i, czasem, ewentualną łaskawością sądu, choć to ostatnie też pewnie może budzić zastrzeżenia ale jest konieczne. O czym nieco dalej. Niczym więcej! Jeśli ktoś próbuje w wymiar sprawiedliwości mieszać czy to dydaktykę czy inżynierię społeczną jest barbarzyńcą. I czasy, w których działa nie mają nic do rzeczy.
Kolejny argument to omylność wymiaru sprawiedliwości przy absolutnej niemożności odwrócenia wykonanej kary. Argument sensowny acz w sposób przewrotny. Bo na ogólnym poziomie dyskusji prowadzący do wniosku, że każda kara, za jego sprawą powinna przestać być wykonywana. Bo z każdym orzeczeniem związane jest ryzyko pomyłki i każda jest (!) nieodwracalna. Jeśli ktoś mi powie, że można odwrócić karę długoletniego wiezienia to uznam go za Boga. Można ją w jakiś sposób zrekompensować. Tak, jak można zrekompensować karę główną. Każdą inaczej. W sposób bardziej lub mniej satysfakcjonujący skazanego (lub jego spadkobierców). Ale uczynić nie zaszłą wykonanej kary się NIE DA! Zaś wykluczanie stosowania jakiejkolwiek kary z tego powodu, że boimy się omyłek podważa istotę wymiaru sprawiedliwości niejako fundamentalnie. To przecież tak, jak by zakazać operacji na otwartym sercu bo część z nich się nie udaje wskutek braku umiejętności albo i błędów lekarzy. I nie jest to porównanie za daleko idące bo przecież wymiar sprawiedliwości to taki lekarz społeczeństwa. Przyjmując, że sądzą ludzie o wiedzy nabytej w tym celu i akceptowanie ich wyroków jest podstawą zdrowego wymiaru sprawiedliwości. Tak jak danie im marginesu błędu.
Powodem upadku nie jest bowiem teoria tylko praktyka. Polecam to, co znajdzie czytelnik u mej szanownej koleżanki faxe*. Zagrożeniem są beztroscy prokuratorzy chcący się wykazać, awansować czy inaczej zabłysnąć, zawaleni sprawami sędziowie, bezsensowne procedury (kpk na przykład) czyniące ze sprawiedliwości pośmiewisko. W takiej atmosferze byłbym ostatnim, który domagałby się przywrócenia u nas kary śmierci. Raz, że mógłbym spodziewać się dodatkowych komplikacji wynikających ze zwykłego strachu sędziów przed popełnieniem błędu albo, na antypodach takiej postawy, istnych trybunałów ludowych napędzanych entuzjazmem sędziów dla nowych możliwości.
Powodem wszystkich zastrzeżeń IA, nie powinna być, tak jak jest w raporcie, idea kary ale jej zohydzenie praktyką. Tak naprawdę problemem jest to, że stosuje się ją często wówczas, gdy w żadnym wypadku nawet nie powinno się o niej pomyśleć. Ale to znów powrót niejako do wcześniejszych dywagacji o barbarzyńcach i do owego przekleństwa „odstraszającej roli” kary. Problemem jest też to, jak ową karę się stosuje. A stosuje się ja w sposób, który albo przesycony jest okrucieństwem utrwalonym w zwyczaju (irańskie kamienowanie) albo źle pojętym humanitaryzmem (krzesło elektryczne, śmiertelny zastrzyk). Źle pojętym, gdyż sprowadzającym powagę kary do pozycji niemal weterynaryjnego zabiegu. Dawniej wykonanie kary otoczone było sporą liczba atrybutów podkreślających jej powagę i ceremonialność. Ustawianie szafotów w centralnych punktach, zatrudnianie do wykonywania kary fachowców, oprawa egzekucji, często publiczne wyznanie win przez gotującego się na śmierć skazańca. Nikt, kto to wszystko widział nie pomyślał nigdy, że zetknął się z czymś, wobec czego można nie mieć szacunku.
Oczywiście z główną konkluzją raportu nie mogę się nie zgodzić. I pewnie niewielu by się znalazło przechodzących obok niego obojętnie. Przeraża to, że ilość wykonanych wyroków w porównaniu z poprzednim badaniem wzrosła dwukrotnie. Przeraża dlatego, że przed samym sobą czuję się w obowiązku współczucia wobec nieszczęśników, których na gardle ukarano. Przeraża i z tego powodu, że pewnie większość z owych skazanych za nic nie mieści się wśród ludzi, wobec których zastosowanie kary głównej uważałbym za zasadne. Przeraża wreszcie z przyczyny najważniejszej. Uświadamia mi przecież to, że żyję w coraz bardziej drapieżnym świecie. I ta ostatnia konkluzja, w zależności od tego jak ją sobie przetłumaczyć, jest do przyjęcia zarówno przez przeciwników orzekania i egzekwowania kary głównej jak i zwolenników tego rozwiązania.
http://polskatimes.pl/aktualnosci/97912,amnesty-international-doroczny-raport-w-sprawie-kary-smierci,id,t.html
http://wyborcza.pl/1,75248,6421380,Dwukrotnie_wiecej_kar_smierci_w_2008_r_.html
* odwołanie do pierwszych tekstów faxe, które opisywały jej walkę z patologiami wymiaru sprawiedliwości.
A, że tekst poniższy podczas któregoś z moich „porzuceń” Salonu24 definitywnie usunąłem, mogę go spokojnie znów wkleić bez poczucia, że jest „odgrzewany”.
***
Z dużym zdziwieniem konstatować mi przyszło całkowite pominiecie przez koleżeństwo szanowne ogłoszonego i wczoraj upublicznionego raportu Amnesty International a dotyczącego stosowania na świecie kary śmierci. Spodziewałem się raczej dyskusji gromadzącej zarazem wielu uczestników jak i rozgrzanej emocjami dyskutantów. Choć z drugiej strony jedna z konkluzji raportu niejako uzasadnia i usprawiedliwia owo milczenie. Liczba państw, w których kara śmierci jest stosowana, maleje a za tym musi iść i to zjawisko, że już nawet nie jej groza ale wręcz istnienie w powszechnej świadomości się zamazuje. Jednak, jakkolwiek takie tłumaczenie braku reakcji ze strony dyskutantów jest ze wszech miar zrozumiałe, pominięcie w dyskusji tak istotnej sprawy i dotyczącego jej dokumentu stanowi dla ludzi, którzy go firmują, niewątpliwy i niezasłużony despekt. Bo o tym dyskutować warto. I dlatego, że temat ze wszech miar godny jest dyskusji i dlatego też, że , choć coraz rzadziej, nawet na naszym gruncie, od czasu do czasu staje się tematem żywym. Zaś przy powadze problemu dyskusje improwizowane wypadają przeważnie nieprzekonująco, by nie powiedzieć wręcz kompromitująco.
„Śmierć to niewyobrażalnie okrutna, nieludzka i upodlająca kara”.
To słowa zawarte w raporcie AI. Znakomite do tego by zacząć dyskusję nad formą wymierzania (rzeczywistym lub domniemanym) niegodziwcom sprawiedliwości zwanej niegdyś „karą główną”. Oczywiście nie dlatego, że była z jakąś, mogącą być wręcz uznaną za regułę orzecznictwa, częstotliwością stosowana lecz dla powagi spraw, dla których ją rezerwowano. Znakomite też i z powodu, który pomoże mi zastanowić się nad wagą i powagą najczęściej używanych w dyskusji, pro i conta, argumentów.
Czy istotnie kara śmierci jest upadlająca? Czy rzeczywiście uwłacza godności człowieka i nie szanuje jego życia. W zasadzie można się z tym zgodzić. Ale z czynionym na wstępie zastrzeżeniem, że bardziej przesądza o tym praktyka jej stosowania niż istota samej kary. Ale o owej praktyce dalej. Dlaczego użyłem wcześniej zwrotu „w zasadzie”, sugerującego że nie zawsze i że nie do końca. Zastrzeżenie moje jest zdecydowanie większego kalibru. Bo zgodzić się, że uwłacza i że nie szanuje życia można tylko wówczas, gdy szacunek do ludzkiego życia będzie się rozumieć wyłącznie przez pryzmat życia sprawcy crimenu, za który ową karę główną chce się zastosować. Tu uwaga istotna. O tym, za co jest stosowana obecnie też kilka słów dalej, przy wspomnianej wcześniej praktyce. Na razie skupię się na sytuacji teoretycznej, w której kara orzekana jest w sytuacjach wyjątkowych, odwołujących się tylko do zbrodni morderstwa (nie zabójstwa- to ważne rozróżnienie) oraz zbrodni stanu. Wracając zaś do owego szacunku dla życia, z żalem, a czasem wręcz z bólem, zauważam, że dla używających tego argumentu nieistniejącym wydaje się problem szacunku dla życia ofiary. Jakoś nagle kolejność wydarzeń, które do orzeczenia kary głównej prowadzą, w ich rozumowaniu wymazuje wszystko, co zaszło przed momentem orzeczenia i wynikającego z niego wyegzekwowania kary. Humanizm zaczyna się w momencie troski o to drugie życie czyniąc w domyśle takie, kupieckie nieco, założenie, że tej pierwszej śmierci i tak już nic nie odwróci. Wbrew intencjom owych humanistów broniących życia możliwego jeszcze do obrony powstaje sytuacja, w której na szale wagi kładzie się życie ofiary i życie mordercy uznając, że to drugie warte jest obrony. I, również wbrew intencjom ale zgodnie z logiką, powstaje przekonanie, że wywartościowano życie mordercy wyżej życia ofiary.
Tu zaś pojawia się problem najtrudniejszy. Na ile można w takim razie wycenić życie odebrane, tak by każdy, kto od systemu sprawiedliwości domaga się sprawiedliwego ferowania wyroków, nie miał uczucia, że sprawiedliwości nie stało się zadość. Na lat 10, 25, może na resztę życia? Czasem spotykałem się z głosami, że to kary znacznie surowsze od kary śmierci bo zwierają pierwiastek okrucieństwa w postaci ciągłej świadomości dokonanego czynu pozostawianej ukaranemu na każdy ranek, wieczór i czas pomiędzy nimi aż do jego naturalnego końca. Ale jeśli tak jest to protestujący przeciwko karom upadlającym i uwłaczającym człowieczeństwu i tych kar nie powinni akceptować! Ale wracając do owej ceny. Czy jest ktoś, kto potrafi wskazać uczciwą miarę wartości życia odebranego człowiekowi przez zbrodniarza? Ile warte jest życie dziecka zakatowanego w złości? Ile warte jest życie młodej dziewczyny zabrane w napadzie żądzy? Ile wreszcie waży życie staruszki zabitej przez chciwość? Ja potrafię wskazać tylko jedną cenę, co do której nigdy nie będzie wątpliwości, że nie jest rażąco niedoszacowania. Ta cena to inne życie. Nie do końca uczciwa, bo życie zbrodniarza nigdy nie stoi na równi z życiem ofiary ale ta różnica jest wtedy najmniejsza.
Kolejnym zarzutem stawianym autorytetowi państwa przez przeciwników kary śmierci jest ten, że jest ona jakoby zemstą. Zinstytucjonalizowaną ale jednak zemstą za mord. I tu znów wrócę do wspominanej sekwencji wydarzeń prowadzących do egzekucji owej kary. Wbrew pozorom ów ciąg nie zaczyna się ani w momencie ogłoszenia wyroku ani nawet w chwili popełnienia zbrodni. Jego początkiem jest przyjęcie w ustawodawstwie takiej sankcji. Rzecz ma się więc tak, że najpierw jest ostrzeżenie czego robić nie wolno i co spotka lekceważących ten zakaz a dopiero później to wszystko co zmusza przenieść owo narzędzie obrony przed złem z zapisu mającego charakter warunkowy na sytuację zaistniała naprawdę. To nie jest żaden lincz w majestacie prawa.
Wreszcie argument wykorzystywany tak przez zwolenników jak i przeciwników kary głównej. I, w moim odczuciu, sprowadzający od razu dyskusję nad tą sprawą w ślepy zaułek, w którym utknięcie można nawet uznać, za intelektualną kompromitacje ludzi tym argumentem szermujących (bez względu na to czy są pro czy contra). Chodzi o to czy owa kara spełnia swoją rolę. I nie w ujęciu czy ukarany zostaje ukarany. To byłoby podejście przeze mnie i rozumiane i docenione. W dyskusji owej najczęściej rolą owej kary ma być odstraszanie innych, potencjalnych sprawców czynów karą główną zagrożonych. I takie podejście właśnie uważam za kompromitujące. Gdyż jest z samego założenia przejawem widzenia owej kary w sposób skrajnie barbarzyński. W taki, w jaki należy patrzeć na tych wszystkich, którzy stosowali ja w formie represji, mówiąc eufemistycznie, jako działania o charakterze profilaktycznym, wyprzedającym bunty czy inne formy oporu. Poczynając od kurhanów z głów pokonanych wrogów usypywanych przez monarchów Międzyrzecza, przez rzezie mongolskie aż po czerwone plakaty na słupach ogłoszeniowych Warszawy za okupacji. To, co wspomniałem, może i odstraszało, ale nie miało nic wspólnego ze sprawiedliwością i jej wymierzaniem. Kara główna, jak zresztą każda inna kara, jest wyłączną relacją między czynem, ustanowioną zapisem w prawie sankcja za ów czyn i, czasem, ewentualną łaskawością sądu, choć to ostatnie też pewnie może budzić zastrzeżenia ale jest konieczne. O czym nieco dalej. Niczym więcej! Jeśli ktoś próbuje w wymiar sprawiedliwości mieszać czy to dydaktykę czy inżynierię społeczną jest barbarzyńcą. I czasy, w których działa nie mają nic do rzeczy.
Kolejny argument to omylność wymiaru sprawiedliwości przy absolutnej niemożności odwrócenia wykonanej kary. Argument sensowny acz w sposób przewrotny. Bo na ogólnym poziomie dyskusji prowadzący do wniosku, że każda kara, za jego sprawą powinna przestać być wykonywana. Bo z każdym orzeczeniem związane jest ryzyko pomyłki i każda jest (!) nieodwracalna. Jeśli ktoś mi powie, że można odwrócić karę długoletniego wiezienia to uznam go za Boga. Można ją w jakiś sposób zrekompensować. Tak, jak można zrekompensować karę główną. Każdą inaczej. W sposób bardziej lub mniej satysfakcjonujący skazanego (lub jego spadkobierców). Ale uczynić nie zaszłą wykonanej kary się NIE DA! Zaś wykluczanie stosowania jakiejkolwiek kary z tego powodu, że boimy się omyłek podważa istotę wymiaru sprawiedliwości niejako fundamentalnie. To przecież tak, jak by zakazać operacji na otwartym sercu bo część z nich się nie udaje wskutek braku umiejętności albo i błędów lekarzy. I nie jest to porównanie za daleko idące bo przecież wymiar sprawiedliwości to taki lekarz społeczeństwa. Przyjmując, że sądzą ludzie o wiedzy nabytej w tym celu i akceptowanie ich wyroków jest podstawą zdrowego wymiaru sprawiedliwości. Tak jak danie im marginesu błędu.
Powodem upadku nie jest bowiem teoria tylko praktyka. Polecam to, co znajdzie czytelnik u mej szanownej koleżanki faxe*. Zagrożeniem są beztroscy prokuratorzy chcący się wykazać, awansować czy inaczej zabłysnąć, zawaleni sprawami sędziowie, bezsensowne procedury (kpk na przykład) czyniące ze sprawiedliwości pośmiewisko. W takiej atmosferze byłbym ostatnim, który domagałby się przywrócenia u nas kary śmierci. Raz, że mógłbym spodziewać się dodatkowych komplikacji wynikających ze zwykłego strachu sędziów przed popełnieniem błędu albo, na antypodach takiej postawy, istnych trybunałów ludowych napędzanych entuzjazmem sędziów dla nowych możliwości.
Powodem wszystkich zastrzeżeń IA, nie powinna być, tak jak jest w raporcie, idea kary ale jej zohydzenie praktyką. Tak naprawdę problemem jest to, że stosuje się ją często wówczas, gdy w żadnym wypadku nawet nie powinno się o niej pomyśleć. Ale to znów powrót niejako do wcześniejszych dywagacji o barbarzyńcach i do owego przekleństwa „odstraszającej roli” kary. Problemem jest też to, jak ową karę się stosuje. A stosuje się ja w sposób, który albo przesycony jest okrucieństwem utrwalonym w zwyczaju (irańskie kamienowanie) albo źle pojętym humanitaryzmem (krzesło elektryczne, śmiertelny zastrzyk). Źle pojętym, gdyż sprowadzającym powagę kary do pozycji niemal weterynaryjnego zabiegu. Dawniej wykonanie kary otoczone było sporą liczba atrybutów podkreślających jej powagę i ceremonialność. Ustawianie szafotów w centralnych punktach, zatrudnianie do wykonywania kary fachowców, oprawa egzekucji, często publiczne wyznanie win przez gotującego się na śmierć skazańca. Nikt, kto to wszystko widział nie pomyślał nigdy, że zetknął się z czymś, wobec czego można nie mieć szacunku.
Oczywiście z główną konkluzją raportu nie mogę się nie zgodzić. I pewnie niewielu by się znalazło przechodzących obok niego obojętnie. Przeraża to, że ilość wykonanych wyroków w porównaniu z poprzednim badaniem wzrosła dwukrotnie. Przeraża dlatego, że przed samym sobą czuję się w obowiązku współczucia wobec nieszczęśników, których na gardle ukarano. Przeraża i z tego powodu, że pewnie większość z owych skazanych za nic nie mieści się wśród ludzi, wobec których zastosowanie kary głównej uważałbym za zasadne. Przeraża wreszcie z przyczyny najważniejszej. Uświadamia mi przecież to, że żyję w coraz bardziej drapieżnym świecie. I ta ostatnia konkluzja, w zależności od tego jak ją sobie przetłumaczyć, jest do przyjęcia zarówno przez przeciwników orzekania i egzekwowania kary głównej jak i zwolenników tego rozwiązania.
http://polskatimes.pl/aktualnosci/97912,amnesty-international-doroczny-raport-w-sprawie-kary-smierci,id,t.html
http://wyborcza.pl/1,75248,6421380,Dwukrotnie_wiecej_kar_smierci_w_2008_r_.html
* odwołanie do pierwszych tekstów faxe, które opisywały jej walkę z patologiami wymiaru sprawiedliwości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)