czwartek, 11 grudnia 2014

Kiejkuty czyli to nie moja ręka



W sprawie tajnych więzień CIA a w zasadzie w sprawie „polskiego więzienia CIA” (ktoś trzeźwo zauważył, że jesteśmy na prostej drodze do tego, by tak się o nich mówiło) Kwaśniewski i Miller zachowali się wczoraj niczym rasowi amerykańscy politycy w opresji. Mówiąc „robiłem to dla dobra…” i takie tam podobne to schemat, którym chętnie posługują się przy okazji różnych wpadek właśnie prowadzący publiczną działalność za oceanem. Z mojej, i pewnie nie tylko mojej oceny zamieszania wokół Kiejkut wynika, że Miller z Kwaśniewskim zachowali się bardziej po amerykańsku niż tak zwana „demokratyczna większość w Senacie” czyli banda zacietrzewionych debili z tracącej właśnie kontrolę nad Senatem partii demokratycznej. Mającej, jak widać nie przypadkiem, w swym godle osła. Nie wiem czy akurat to było ich zamierzeniem ale właśnie dokonali skutecznej kastracji służb wywiadowczych swego kraju. Dla którego służby wywiadowcze są istotnym kawałkiem fundamentu. Ale to już ich sprawa.

Profesjonalne zachowanie dwójki liderów naszej lewicy niestety nic już im nie pomoże. Znam takie sytuacje tylko z hollywoodzkich filmów o wysokich budżetach ale tam zawsze po takim oświadczeniu do polityków podchodzi jakiś Schwarzenegger albo choć Tom Cruise i zakuwa ich w kajdany, pokazując całej „kolebce demokracji” i reszcie świata że nad Potomakiem nie ma równych i równiejszych.

U nas jak wiadomo są. Równi rozliczają każdą z tych swoich delegacyjek po 50 – 60 groszy od kilometra, mozolnie zapisując skąd dokąd jechali, ile przejechali i w jakim czasie a równiejsi biorą ryczałty i nie muszą nawet pamiętać czy gdzieś jeździli. Ale my nie o tym tylko o demokracji. W stylu amerykańskim.

W tej sprawie w zasadzie nic już, poza niezłomną postawą Millera i Kwaśniewskiego, „amerykańskie” nie jest.

Odkąd pojawiły się pierwsze informacje o sprawie, stałem na stanowisku, że przy jej okazji nie za bardzo jest miejsce na zachowania, nazwijmy je „harcerskimi”. Wiadomo, służby specjalne ma się po to, by specjalnie działały. Gdybyż dało się wysłać po panów z Al Kaidy zbrojnego w pałkę szeryfa, który zakrzyknąłby „Stać! Policja!” i zakończył sprawę efektownym zakuciem w kajdanki i wrzuceniem do radiowozu.

Oczywiście tak to nie działa. I tu pojawiają się owe służby, których „specjalność” polega i na tym, że nie działają jak ów szeryf, nie krzyczą „Stać! Policja!” i nie kończą na efektownym zakuwaniu sprawcy.

Jak działają służby? W tym rzecz, że tego nie powinniśmy wiedzieć. A i pewnie byśmy nie chcieli. Tak, jak nie chcemy wiedzieć jak się utylizuje nasze nieczystości.

Jak zatem należy działać w sprawach, przy których cień służb zaczyna nieprzyjemnie majaczyć? To zależy jak bardzo ów cień majaczy. Póki można udać, że się go nie widzi, stosuje się taktykę „to nie moja ręka”. Jak długo się da. A czasem i dłużej. Popatrzmy na wschód Ukrainy, gdzie nie ma przecież tych wszystkich ruskich wojaków, ich czołgów, rakiet i całej reszty. Zatem można i tak. Przynajmniej tam.

W takich demokracjach jak nasza czy ta będąca dziełem „ojców założycieli” z Filadelfii czasem okazuje się, że ręka, niestety, jest nasza.

Wówczas, dla dobra powszechnego, trzeba ją uciąć. I to nie podlega dyskusji.

Deliberować to sobie można o kilometrówce pana Sikorskiego bo to skończy się tylko usankcjonowaniem na kolejne lata złodziejstwa (tu taka konieczna uwaga do fanów PO - o Hofmanie nikt nie deliberuje twierdząc, że „sprawa jest zamknięta”). Sprawa Kiejkut jest znacznie grubsza i odpuszczenie jej kiedyś może nam się odbić jakimś własnym „więzieniem CIA” i tym, co się w takim więzieniu robi.

Oczywiście wiem, że skończy się na niczym. Wszak żyjemy w państwie, które swoją 25 wolność buduje na fundamencie braku odpowiedzialności kogokolwiek za cokolwiek. Nie rozliczono bandytów z PZPR, włos nikomu nie spadł za „prywatyzację”. I można by tak bez końca.
Z punktu widzenia bezpieczeństwa obywateli i z uwagi na ewolucję ich moralnych kręgosłupów nasi profesjonaliści od Kiejkut, panowie Miller i Kwaśniewski powinni stanąć bezwzględnie przed Trybunałem Stanu i zostać uznani winnymi. Choć uważam, że, no może poza reklamówką z dolarami, zachowywali się  w tej sprawie prawie jak rasowi politycy.

środa, 10 grudnia 2014

O zawłaszczaniu 13 grudnia



O tym, że zbliżają się święta Bożego Narodzenia przypomina nam dobiegający nagle zewsząd, już po 2 listopada rytmiczny dźwięk świątecznego przeboju „Dżingol Bels” oraz poupychani na wystawach grubi mistrzowie marketingu z brodami i w czerwonych kubraczkach, udający świętych. O tym, że zbliża się kolejna rocznica wprowadzenia 13 grudnia 1991 r. stanu wojennego nieodmiennie przypomina nam pan Piotr Piętak. Temu dość aktywnemu, piszącemu czasem bardziej a czasem mniej sensownie blogerowi  w okolicach wspomnianej daty włącza się chyba jakiś specjalny trybik, który nieodmiennie prowadzi do powstawania strumienia myśli w rodzaju następującej: „Nigdzie nie napisałem, że J. Kaczyński podpisał lojalkę ja nie wiem co podpisał, może coś gorszego?”*

Oczywiście kusi skomentowanie tej urodzonej z obsesji pana Piętaka, niegodziwej uwagi jakże adekwatnym stwierdzeniem „Nie wiem co bierze pan Piętak, może coś gorszego?”. Ale byłoby to zbyt proste. A nawet prostackie.

Nie miałem jakoś ochoty włączać się w dyskusję o tym, jak Jarosław Kaczyński „zawłaszcza” 13 grudnia. Jak wiadomo Jarosław Kaczyński ma na każdą okazję cały zasób niegodziwych zachowań włącznie ze sławnym „nienawistnym milczeniem”. Ale pan Piętak niejako mnie sprowokował. Ja oczywiście wiem, że gdyby Kaczyński któregoś kolejnego 13 grudnia nie zamierzał nic rozbić, dla Piętaka i dla wszystkich, których dziś tak uwiera „zawłaszczanie” tego dnia byłaby to okazja do oskarżeń, że Kaczyński stara się 13 grudnia „przemilczeć”. I towarzyszyłoby temu znaczące mrugnięcie okiem „wiadomo czemu”. Taka już uroda tych, którzy dzień zaczynają od plunięcia na Kaczyńskiego z kończą… plunięciem na Kaczyńskiego.

Tyle o Piętaku i jego obsesji, dziwnie ujawnionej  po latach. Po latach zasiadania między innymi w rządzie tegoż Kaczyńskiego, który wszak podpisał „może coś gorszego”. Dalej będzie o 13 grudnia i „zawłaszczaniu” jako takim.

O „zawłaszczaniu” 13 grudnia głośno jest w zasadzie tylko wtedy, gdy w Warszawie ma się odbyć marsz firmowany przez PiS i Kaczyńskiego. Tak poza tym zbyt wielu chętnych do manifestowania więzi z tą rocznica jakoś tak specjalnie nie widać. Może oni nawet i są ale skutecznie się ukrywają.
Nie ma chyba, a w zasadzie nie byłoby problemu z tym, by każdego 13 grudnia pomieścić związane z tą rocznicą uroczystości i inne marsze. Gdyby się w większej lub mniejszej liczbie pojawiły. Tyle, że tłoku nie ma. Rzec można, że 13 grudnia, jako rocznica, leży w zasadzie odłogiem i gdyby się nad nią nie pochylił Kaczyński, pies z kulawą nogą by jej nie zauważył.

Jak bardzo cenimy pamięć o tamtych czasach i związanych z nią ludziach najlepiej ilustruje sprawa odejścia i pogrzebu Kazimierza Świtonia. Nikt z oburzonych Kaczyńskim jakoś nie zauważył a już na pewno się nie oburzał, że w dniu śmierci człowieka, który mocno zasłużył się w walce o wolność, pamięć usiłował nam zawłaszczyć dość przeciętny aktor. Dla Świtonia serca za bardzo nie miał celebrujący swego czasu „człowieka honoru” nasz „Głowa państwa”.

Dość znaczące w sprawie „zawłaszczania” pamięci było i to, że w czasie, gdy Prezydentem RP był Lech Kaczyński, tak mocno sypnęło orderami odznaczeniami przyznanymi ludziom „Solidarności” i tym, którzy zasłużyli się w walce z komuną. Wcześniej nie było komu tego zrobić. 

Nawet to, że część odznaczonych (w tym i pan Piętak) odesłała przyznane wcześniej przez Prezydenta odznaczenia świadczy na korzyść Lecha Kaczyńskiego. Bo trudno mu przecież zarzucić, że postanowił honorować tylko „swoich”.

Super byłoby więc, gdyby ci, którym „zawłaszczanie” przez Kaczyńskiego 13 grudnia tak przeszkadza, spotkali się swoim tłumnym marszem w ten być może mroźny, zimowy dzień z czołem „zawłaszczającego” pochodu. To oczywiście się ni zdarzy. Wszystkie „psy ogrodnika” zostaną w swych wygodnych „budach” poszczekując tylko do przystawianych chętnie zaprzyjaźnionych mikrofonów. Z towarzyszeniem najbardziej uprawnionego do wskazywania kto może a kto nie ma prawa do tej rocznicy Tomasza Nałęcza. A relację po wszystkim i o wszystkim napisze najpewniej najbardziej zasłużone, bezkompromisowe podziemne pisemko tamtych czasów - „Polityka”

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Wysokie standardy („Pan Samochodzik i sejmowa kasa”)



Platforma postawiła posłom wysokie standardy i może mieć z tego powodu kłopoty. Oczywiście owe standardy Platforma stawiała posłom PiS. Pewnie w głowie tych, którzy tak chętnie w związku ze „sprawą madrycką” to robili ani przez chwilę nie postało, że trzeba będzie zadość czynić tym standardom na władnym podwórku. Taka sytuacja…

Przeczuwam, że linią obrony PO, jej wyznawców i zwolenników będzie domaganie się czasu na wyjaśnienia a może i wyników jakiegoś urzędowego postępowania. 

Ale to by nie było zgodne ze standardami, które obowiązywały trzech ślimaków (wtedy jeszcze) z PiS. Jak wiadomo złodziejami czy choć kombinatorami nazwano ich już stokroć razy choć jak dotąd żadna instytucja oficjalnie nie  stwierdziła, że dopuścili się oni jakiegokolwiek złamania przepisów czy obowiązujących zasad.

Zatem czekać aż prokuratura czy nawet niezawisły sąd uzna, że kolejna odsłona „pana samochodzika” z panami Sikorskim, Arłukowiczem czy Naumannem to był albo nie był kant byłoby zbytkiem łaski dla panów, których obowiązują chyba te same wysokie standardy co Hofmana i resztę „zuchów z madryckich przestworzy”. I jawną dyskryminacją tych ostatnich. Wszak zasady są dla wszystkich.

Zatem można mówić, że Sikorski i pozostali z PO zakombinowali. I to na takie tysiące, jakich Hofman zakombinować nie zdołał. Ci, co no byłych pisowcach mówili „złodzieje” powinni, o ile są uczciwi, złodziejami nazwać obecnego Marszałka Sejmu, pana ministra i jego zastępcę. Nie mówiąc już o Nowaku, który chyba na szczęście odszedł w polityczny niebyt.

Los zgotował PO i jej wyznawcom fatalna niespodziankę. Oczywiście nie mam najmniejszych wątpliwości, że poradzą sobie oni t tym śpiewająco. Wyśpiewają nam peany na temat naszego zapracowanego „Leonida Teligi” służbowych wyjazdów, realizowanych chyba w 25, 26 a może nawet w 28 godzinie parlamentarnej i ministerialnej szychty. Znajdą miliony „racjonalnych wytłumaczeń” tych, a jakże, ze wszech miar uzasadnionych tysięcy, zwracanych jak najsłuszniej do ministerialnych prywatnych kieszeni za mitręgę w prywatnych autach.

Moje przekonanie o tym, że nasz „Charles Lindbergh” poselskich delegacji nie ucierpi na skutek „wysokich standardów”, tak chętnie używanych przez jego partyjne koleżeństwo wobec konkurencji.
W mediach, które wiedzą o sprawie co najmniej od wczoraj, jakoś tak dość cicho. Nikogo nie poraża kwota, wypłacana „Krzysztofowi Kolumbowi” sejmowych wyjazdów. Rzec można, że widać należy mu się. Gdzieś tam skromnie poupychano relacje o sprawie, sprowadzające się głownie do cytowanie oburzonych politycznych konkurentów.

Sprawa Sikorskiego, pojawiająca się po sprawie Hofmana to oczywiście znakomity probierz uczciwości naszych mediów. Mam przekonanie, że znają się tacy, którzy co do minuty potrafią wyliczyć TVN-owi ile minut chłostał „madryckich budrysów z PiS-u” a ile poświęci serialowi „Pan Samochodzik i sejmowa kasa”.

A ja czekam na moment, w którym Sikorski, Naumann i Arłukowicz stracą posady i partyjne legitymacje. W końcu standardy obowiązują wszystkich a Ewa Kopacz nie może być gorsza od Kaczyńskiego. No bo jakże to tak?

niedziela, 7 grudnia 2014

Jeszcze będziemy przepraszać Hofmana!(?)



Oczywiście tytułowa konieczność, jeśli nastąpi, przyjemności ani radości mi nie sprawi. Nadal uważał będę Adama Hofmana za  qui pro quo (nie jedyne oczywiście) polskiej polityki. Ale czym innym jest go nie cenić czy tez serdecznie nie lubić a czym innym uważać za złodzieja czy defraudanta. Oraz idiotę. To już akurat mój osobisty wkład w tę sprawę.

Jeśli jest tak, jak w strzępach jutrzejszych wywiadów dla tygodników przedstawia  Adam Hofman (a jego tłumaczenia zbieżne są z tym, co powiedział na swoją obronę Giżyński), tak zwana „afera madrycka” okaże się znacznie bardziej poważna gdyż nie będzie w niej chodziło o jakiś tam nieładny wyskok cwaniaczków. O co może chodzić i jak powinna się zakończyć będzie nieco dalej.

Na razie kilka szczegółów linii obrony Hofmana. Po pierwsze, o czym wspomniał też Giżyński, nie ma żadnej „kilometrówki” lecz ryczałt ustalany przez kancelarię Sejmu w kwocie, na której wysokość wpływ ma cena biletów lotniczych (czym by się nie jechało, płynęło czy leciało) na zadeklarowanej trasie.  Wysokość  nijak się nie ma do rzeczywistych kosztów, poniesionych przez posła bo może on otrzymać kupiony przez Kancelarię bilet lub ryczałt.

Jeśli tak jest, twierdzenie, że Hofman cokolwiek „wyłudził” jest nadużyciem.  W tej sytuacji jak najbardziej normalne jest  wystąpienie o ów ryczałt już po tym, gdy panowie wiedzieli, że maja kupione bilety.

Tu oczywiście nie sprawdzimy, czy decyzja o skorzystaniu przez ówczesnych posłów PiS z tanich linii i tej formy zwrotu kosztów wynikała z faktu, że to im się wyjątkowo opłacało czy też raczej z tego, że Kancelaria nie kupiłaby biletów dla szanownych małżonek i panowie straciliby (jak się okazało wątpliwą) przyjemność wspólnego z nimi wyjazdu.

Sprawa „kilometrówki” jest szczególnie zastanawiająca. Umożliwienie posłom występowania o zwrot kosztów (ryczałt) wyłącznie na druku sugerującym podróż samochodem źle świadczyłaby o porządku w instytucji, która obsługuje, otrzymując na to niemałe pieniądze, reprezentantów społeczeństwa a niekiedy nawet i kraju.

Rola Kancelarii jest zresztą zastanawiająca, jeśli to, co mówi Hofman, znajduje potwierdzenie w rzeczywistości.

Sprawa „afery madryckiej” pokazuje, że poza Hofmanem i jego kolegami oraz Giżyńskim (oni akurat mieli ważne powody by je poznać) nikt w sejmie nie zna zasad rozliczania wyjazdów zagranicznych. Problem ten dotyczy także Kaczyńskiego i całej Rady Politycznej PiS, która wszak w sprawie wywalenia „bohaterów podniebnych przestworzy” (przepraszam, ale nie umiem się zdystansować) była jednogłośna. 

Zdumiewające jest, że o zasadach, które przywołał Hofman nie wie ani marszałek Sikorski ani też pan Halicki. Jeszcze bardziej zdumiewa, że zdają się o nich nie wiedzieć ci, którzy przeprowadzili ów dość tajemny „audyt”, zarządzony przez Sikorskiego. A już zupełnym kuriozum jest milczenie w tej sprawie urzędników Kancelarii z ich szefem na czele, którzy powinni reguły finansów parlamentu powinni mieć w małym paluszku.

Zdumiewająca…, no nie, ona akurat nie zdumiewa. Jest jak najbardziej zrozumiała dla każdego, kto od czasu do czasu ma okazję kontemplować „cała prawdę cała dobę”. Miałem zamiar pisać o zaskakującej indolencji tuzów medialnych, którym nie przyszło do głowy by kopsnąć się do Kancelarii Sejmu, zadać kilka wcale nie skomplikowanych pytań i przejrzeć kilka papierków. Nie pisze bo tu akurat pewien jestem wyjątkowej fachowości w działaniach, które mogliśmy obserwować. I ta perfekcyjna akcja medialna będzie istotą prawdziwej „afery madryckiej”, jeśli jest jak mówi Hofman. Akcji jakże poglądowo pokazującej po co, no i komu potrzebne są media. I to jest naprawdę groźne. Bo czym innym jest pokazanie, po sumiennym, by nie rzec znojnym przekopaniu archiwów, spoconego Kaczyńskiego ze skrzywioną miną a czym innym udział w preparowaniu kompromatów!

Podsumowując, jeśli Hofman ma rację, bezwzględnie ze swą pracą powinien pożegnać się szef Kancelarii a i pewnie kilku jej pracowników. 

Nie będę pisał o innych, którzy z tym czy owym też powinni się pożegnać, bo nie mam złudzeń że coś takiego jak honor w ich przypadku nie występuje. Powinienem oczekiwać (i nie tylko ja) na przykład, że każdy z tych posłów, którzy od Hofmana i reszty oczekiwali złożenia mandatów, w razie udowodnienie przez byłego posła PiS swych racji, sami zrobią dokładnie to czego oczekiwali.  

Hofmanowi zostanie szarpanie się z tymi wszystkimi, którzy wcześniej szarpali go bez litości. Jeśli (jak pisałem wcześniej ze sto razy) faktycznie ma rację, rozliczenie tamtych wszystkich może mu z naddatkiem zrekompensować utracony honor i inne frukty.

I na koniec rzecz, która spokoju mi nie daje mimo tego całego audytu. Sam audyt zaczyna zaś wyglądać na propagandowy pic na wodę.

Otóż jeśli faktycznie wyjazdy rozlicza się jak się rozlicza jak to możliwe, że wśród ujawnionych kosztów wyjazdów były takie przypadki jak ten, gdy na ten sam wyjazd kilku posłów (z PiS i PO) potrzebowało po 600 – 800 zł a pani Pomaska aż 3000 zł? Wszak albo bilety kupuje Kancelaria albo zwraca koszty ryczałtem, liczonym w wysokości najtańszego biletu lotniczego. Logika podpowiada, że Pomasce kupiono jakąś cholernie wypasioną opcję podróży (na przykład na kolanach kapitana maszyny) albo resztę biednych posłów ordynarnie na kosztach orżnięto. 

Uważam, że rozbieżności w kosztach wyjazdów oraz niektóre ich horrendalne wysokości też powinny być przedmiotem audytu, którego wynik należy podać do wiadomości wszystkim, którzy nie wierzą, że do Berlina da się pojechać za 4000 tysiące inaczej niż wynajętą limuzyną.

sobota, 6 grudnia 2014

Gzell i Pawlicki wolni czyli komu świeczkę a komu ogarek?

Sąd, po zaskakująco długo trwającym „trybie przyspieszonym” postępowania uznał zatrzymanych w siedzibie PKW dziennikarzy Tomasza Gzella i Jana Pawlickiego za niewinnych zarzucanego im „naruszenia miru domowego”. I jeśli chodzi o wyrok, trudno inaczej go skomentować jak tylko skinąć głową ze zrozumieniem i, jak ja wcześniej, zapytać „czemu tak długo”.

Co innego uzasadnienie. Prowadzący sprawę sędzia Łukasz Mrozek wyraził w nim przekonanie, że cala sprawa wynikła z „nieporozumienia”, za które odpowiada to, że „akcja była nerwowa i dynamiczna. Ponieważ żaden inny dziennikarz nie został zatrzymany, to znaczy, że intencją było zatrzymanie tylko osób okupujących pomieszczenie za stołem" . Przekonanie sędziego kłoci się z zeznaniami dziennikarzy, którzy wylegitymowali się interweniującym policjantom. Kiedy Jan Gzell okazał jednemu z nich akredytację wydaną przez PKW, usłyszał „no i co z tego?”

Oczywiście nie imputuję sędziemu złej woli. Wszak mógł przywalić obu dziennikarzom po parę tysięcy grzywny, jakoś zawile to uzasadniając. Pewnie znalazłby całkiem sporą liczbę funkcjonariuszy „IV władzy”, którzy na wieść o tym odtańczyliby jakiś stosowny taniec radości. A taki Piotr Stasiński to chyba by się dosłownie posikał z uciechy, przekonany, że mu sędzia Mrozek uratował twarz. Tak na marginesie taka rada do redaktora, żeby najpierw tę twarz znalazł.

Myślę raczej, że sędzia Mrozek, przypuszczając to, co przypuszczał, nie miał wcale zamiaru ratować twarzy Piotra Stasińskiego. Nie wiem jaki jest stosunek sędziego do redaktora i czy w ogóle jakiś istnieje. Jestem przekonany, że sędziemu chodziło o zdecydowanie ważniejsze i dostojniejsze oblicze. O majestat Rzeczypospolitej. Która, rękami, pałkami, kajdanami i więźniarkami swych funkcjonariuszy nie może przecież świadomie dopuszczać się zamachu na jedną z chętniej podnoszonych wolności czyli wolność prasy (dziś raczej mediów). Jeśli to robi, zdaniem sędziego Mrozka, nie do końca wie, co robi. Albo robi to niechcący. I jakby nie ma w związku z tym majestatem znaczenia to, że ten funkcjonariusz z pałką, kajdankami i „suką” wprost artykułuje swój stosunek do owej wolności. Mając ją ostentacyjnie w dupie.

Jednak trudno nie zauważyć, że w związku z tą obroną majestatu sędzia Mrozek, jak wierzę z całych sił, niechcący dołączył się do chóru wyśpiewującego już od ładnych paru lat nowy hymn III Rzeczpospolitej. „Polacy, nic się nie stało”.

Bagatelizowanie głupoty czy też manifestowanego poczucia bezkarności „krawężnika” który nic sobie nie rozbił z okazanych dokumentów, uprawniających obu dziennikarzy do przebywania w miejscu, z którego ich wyprowadzono i przeszkadza im w pracy to błąd. Może sędzia Mrozek zapobiegł ewentualnym roszczeniom, może nawet nie będzie choćby i przeprosin. Tyle, że to wcale nie jest i nie będzie w interesie Rzeczpospolitej. Nawet tej z trzecim numerkiem.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak PiS wygrał dla PO II turę



Trudno o inną pobieżną i zarazem dosadną ocenę II tury wyborów. Oczywiście nie da się teraz powiedzieć czy stało się to, co stać się bez względu na wszystko musiało czy też to wynik wyborczego wrzenia z ostatnich tygodni. Wrzenia przede wszystkim medialnego ale też, jak widać, społecznego.

Na to wrzenie wskazuje spora frekwencja tam, gdzie wynik II tury miał być „sprawą życia lub śmierci” czyli w największych miastach. Choć PO tryumfuje, poza Poznaniem jej sukces ma mocno gorzki smak. Dotychczasowi „pewniacy”, uzyskujący wcześniej już w I turach „wyniki marzeń” teraz musieli potwierdzać swą pozycję i to w większości,  co cztery lata temu zdawało się oczywistą fantastyką, w starciu z kontrkandydatami z PiS. To był wizerunkowy sukces PiS, odniesiony w I turze. Dający jakieś (w mojej ocenie raczej iluzoryczne) nadzieje na sukces ale tylko pod warunkiem wielkiej koncentracji i spójnej kampanii.

Oczywiście ten nieco gorzki smak zwycięstwa PO jest jednak zdecydowanie smakiem zwycięstwa. Zastanawiam się czy taki Dutkiewicz nie pożałował mariażu, który kosztował go najgorszy wynik i sporo nerwów. Ale który, co bardzo prawdopodobne, ostatecznie go uratował.

PiS, można oczywiście spierać się czy z przyczyn obiektywnych czy też na własne życzenie, poniósł klęskę. Utraty Radomia i Elbląga nie da się inaczej nazwać.  Szczególnie bolesna jest przegrana w tym pierwszym mieście, bo poniesiona w bezpośrednim starciu z kandydatem PO przez wieloletniego prezydenta z PiS.

Nie będę rozwodził się nad skutecznością nieco dwubiegunowej narracji, która zdominowała kampanię głównej partii opozycyjnej przed II turą. Powiem, że zbyt spójna ona nie była. Na jej temat powstaną teraz liczne teksty analityczne. No, może raczej liczne teksty.

II tura wyborów jakąś diagnozę sytuacji politycznej i społecznej oczywiście daje. W tym sensie, że pozwala wyciągnąć zainteresowanym stosowne wnioski na przyszłość. Co ciekawe z uzyskanych wyników mogą cieszyć się i Hanna Gronkiewicz-Waltz, i Paweł Adamowicz i (w najmniejszym stopniu) Rafał Dutkiewicz. Ale już ci, którzy za nimi stoją powodów do zadowolenia maja jakby mniej.