poniedziałek, 10 listopada 2014

Taryfą do Honolulu (apel do IV władzy)



Po wyrzuceniu panów Hofmana, Kamińskiego i Rogackiego z PiS sprawa nie jest wcale zakończona. I nie chodzi mi o to, że teraz wspomnianymi powinny zając się stosowne organa.  Mam nadzieję, że to, co bardzo łatwo udało się w przypadku trzech posłów PiS, równi łatwo uda się w odniesieniu do reszty naszych polityków.

W tej sprawie istotne było to, że różni dziennikarze błyskawicznie „docierali” do pozostających w dyspozycji  kancelarii Sejmu danych, dotyczących wyjazdu Hofmana i reszty. Mam nadzieję, że dociekliwości tymże dziennikarzom wystarczy, by „dotrzeć” także do danych, związanych z rozliczaniem delegacji przez resztę parlamentarzystów.

Oczywiście nie wykluczam, że teraz już się dziennikarzom przestanie z „docieraniem” specjalnie spieszyć. To zaś by świadczyło, że nasza „IV władza” jest  IV władzą jakiejś bananowej republiki, w której dokładnie się patrzy na ręce i inne części ciała przeciwników władzy a już ręce władzy ogląda się głównie podczas składania pocałunków.

W moich poprzednich tekstach, poświęconych wyczynom Hofmana i reszty, zwróciłem uwagę, że pisowska „fantastyczna czwórka” wykazała się wyjątkową głupotą, ocierającą się mocno wręcz o debilizm. Logika takiego widzenia sprawy powoduje, iż nie jestem skłonny ludziom, których mam za debili, przypisywać takiego sprytu, by uznać ich za autorów, pomysłodawców tego całego procederu z „jazda taryfą do Honolulu”. Skłonny jestem założyć, że szarża panów posłów była wynikiem przekonania, że wszyscy tak robią i że to jest jak najbardziej normalna i dopuszczalna praktyka. A takie przekonanie musiało z czegoś wynikać.

To moje widzenie sprawy, które pewnie podziela całkiem spora cześć obserwatorów sceny politycznej, aż prosi się by temat dalej drążyć, by sprawdzić wszystkich i ujawnić każdy przypadek takiego samego dojenia Rzeczpospolitej. Cokolwiek by się w wyniku takiego drążenia miało okazać. I kimkolwiek okazaliby się ujawnieni „bracia w wierze” Adama Hofmana.

To, poza aspektem higienicznym, odsiewającym ziarno od plewy, byłoby znakomitym testem dla poszczególnych ugrupowań i ich szefów. Dziś, po decyzji kierownictwa PiS nie dałoby się nijak uzasadnić innej decyzji niż pozbycie się wszystkich podobnych Hiudinich publicznego grosza bez względu na kolor ich partyjnych legitymacji.

Nawet, jeśli po czymś takim największym klubem w sejmie miałby się stać nowy BBWR czyli Bezpartyjny Blok WyRzuconych.

Zaniechanie przez IV władzę poszukiwania podobnych nadużyć, gwałtowny spadek dociekliwości dziennikarzy dowiedzie, że nie o żadne oczyszczenie życia publicznego. Dowiedzie tego, że mamy do czynienia już nie z „zaprzyjaźnionymi stacjami” ale wręcz z braterstwem krwi, ślubowanym na zawsze. A to nie byłoby warte upadku nawet kogoś takiego jak Hofman.

piątek, 7 listopada 2014

Panie Hofman, czy zdarza się panu…



Kiedy w mediach pojawiły się relacje o hiszpańskiej eskapadzie młodych polityków PiS i ich małżonek, wiedziałem, że kwestia czasu jest, kiedy stanie one tematem pasków najbardziej oglądanych stacji telewizyjnych.

Początkowo miałem zamiar, jako potencjalny wyborca partii, którą panowie, a pośrednio także osoby im towarzyszące reprezentują, napisać o tekst w formie listu otwartego, adresowanego do najbardziej wpływowego z grupy, która dała się we znaki obsłudze samolotu podążającego do Hiszpanii. Jednak po napisaniu tytułu, który w całości miał brzmieć „Panie Hofman, czy zdarza się panu czasem pomyśleć?” uznałem, że mój pomysł jest chybiony.

Jeśli bowiem pan Adam Hofman jest istotą myślącą, zdolną do jakiejś refleksji nad sobą i swym zachowaniem, musiałbym uznać, że seria jego wpadek, zdarzających się przeważnie w momentach wyjątkowo niekorzystnych jest jakimś celowym działaniem. Przypomnę najbardziej medialne z nich. Elbląg, tuż przed decydującym głosowaniem obywateli w przedterminowych wyborach do rady miast i na prezydenta, pan Hofman daje się zdjąć na ulicy, odlewając się w miejscu niezbyt do tego predestynowanym. Głosowanie było o tyle istotne, że miało być przełamaniem pasma porażek wyborczych. Podkarpacie, wybory uzupełniające do senatu. Adam Hofman dumnie prezentuje „długość dźwięków samotności” nie bacząc na krzaki wypchane paparazzi. Gdzieś nad Europą, tuż przed coraz bardziej oddalającą się szansą na pierwszy ogólnokrajowy sukces w wyborach. Gdzieś w tle opisywanego ekscesu „szanownych małżonek” pojawia się dodatkowo podejrzenie o jakieś machinacje finansowe.

Ja nawet chyba bym wolał, żeby pan Hofman był kretem, mającym konsekwentnie kompromitować na czyjeś zamówienie partię, w której udało mu się zając eksponowana pozycję. Pominę fakt kiepskiego konspirowania się takiego „kreta”, o którym co i rusz piszą gazety bo, jak mawiał trener Górski, gra się tak, jak przeciwnik pozwala. Wolałbym Hofmana- „kreta” bo wolę mieć świadomość, że  człowiek być może wkrótce pełniący w państwie odpowiedzialne i eksponowane funkcje to mniejszy lub większy cwaniak, robiący to, co mu się zdarza robić, z rozmysłem i z jakąś intencja.
Alternatywą dla takiej sytuacji jest niestety ta możliwość, że rzecznik największej partii opozycyjnej jest po prostu głupszy od statystycznego szympansa. Ci nasi krewniacy, a także organizmy znacznie mniej zaawansowane, potrafią bez kłopotu uczyć się w oparciu o własne doświadczenia. I pozytywnie kontrastują z panem rzecznikiem, którego kolejne  wyskoki przypominają upór debila, który raz za razem wkłada palce do kontaktu pod napięciem i nie potrafiącego wyciągnąć żadnego wniosku z faktu, że skutki kolejnych prób są różnie nieprzyjemne.

Od dawna prowadzę jałową kampanię, starając się uświadomić kolegom i szefom (o ile tacy w ogóle istnieją) Adama Hofmana, że jego dalsze funkcjonowanie na scenie politycznej jest tak kompromitujące jak i szkodliwe dla reprezentowanej (w szerokim znaczeniu) przez niego partii.
Jak dotąd jedynym odzewem były najczęściej uwagi zapamiętałych zwolenników PiS, zarzucających mi celowe osłabianie a nawet i gorsze rzeczy.  Ja w zasadzie rozumiem to zrozumienie dla Hofmana z ich strony. Opiera się dokładnie na tym samym braku refleksji. I skutek ma dokładnie ten sam czyli zmaganie się z kolejnym wyskokiem pana Hofmana.

Oczywiście słuszną uwaga będzie wskazanie ze przecież media i tak by coś znalazły. Zgoda. Tylko czy zawsze muszą pod tym samym adresem?

czwartek, 6 listopada 2014

Zgniłe owoce chciejstwa władzy (sprawa Wiplera)



Może to i niemoralne ale wyrasta nam Przemysław Wipler z promilem alkoholu we krwi na symbol bezsilności obywatela w starciu z władzą, która ponad prawo i uczciwość stawia jakieś tam polityczne interesiki.

By było jasne nie twierdzę, że mamy do czynienia z jakąś prowokacją, spiskiem godzącym we wschodzącą gwiazdę nowej prawicy. Wipler znalazł się gdzie się znalazł, czyli na bruku ulicy Mazowieckiej na skutek zbiegu okoliczności, na który sam miał większy wpływ niż kogokolwiek inny. Tam też sam postarał się o to, by zainteresowali się nim przedstawiciele władzy w postaci funkcjonariuszy państwowej policji.

Problem pojawia się właśnie w tym momencie. I nie chodzi mi zbytnio o zachowanie owych funkcjonariuszy, które bez dwóch zdań było naganne. Patrząc na niemy film, udostępniony w sieci, mam wrażenie, że gdyby miła funkcjonariuszka nie okładała zapamiętale leżącego Wiplera, ten by nie wierzgał tak ekspresyjnie nogami „naruszając” przy tym „nietykalność” pary policjantów. Częstą reakcją na otrzymywane razy jest mniej lub bardziej skoordynowana próba obrony.

Istotą tej sprawy jest wszystko to, co działo się później. Od samego początku wiadomo było, że przedstawiciele organów prawa i porządku dysponowali dowodem w postaci wspomnianego filmu. Od samego też początku Przemysław Wipler domagał się upublicznienia tych nagrań twierdząc, że stanowią materiał, który świadczy na jego korzyść. Zamiast tego słyszeliśmy zapewnienia przedstawicieli instytucji, zajmujących się tą sprawą, że zebrane dowody są dla posła druzgocące i jednoznacznie obciążające.

To, co można oglądać oraz to, dzięki czemu i komu wreszcie można to oglądać, sprawia, że nie od rzeczy będą zarzuty o mataczenie, kierowane przede wszystkim do przedstawicieli policji. Smutne to ale od każdego reprezentanta prawa, władzy czy państwa, także i tego, który reprezentuje je na ulicy, wobec tych, którzy maja problem z ich uszanowaniem, mamy prawo nie tyle wymagać co żądać by sami szanowali zarówno to, do obrony czego ich powołano.  Nie da się tego zrobić nie okazując szacunku obywatelowi.

Pałowanie pijanego Wiplera czy stawianie na baczność przez ochroniarza bezdomnego, który chroni się na kolejowym dworcu przed zimnem to, mimo pozorów incydentalności, zdarzenia bardzo poważne. Będące dużym krokiem w kierunku alienacji i degrengolady władzy. Człowiek z pałką, czujący się ważniejszym i mogącym więcej niż ci, którzy pałek nie mają jest szczególnym zagrożeniem. Nie chodzi o ból, który ta pałka może zadać i upokorzenie, którego można doznać za sprawą kogoś, kto za sprawą munduru wczuwa się w tresera ludzi. Zadać ból i upokorzyć może też zwykły bandzior. Różnica jest taka, że na bandziora mielibyśmy się gdzie poskarżyć. Nie napisałem „mamy” bo za sprawą „władzy” w rodzaju tej, która zareagowała na Mazowieckiej taką pewność tracimy.

Pamiętam lata osiemdziesiąte poprzedniego wieku, w których mijając milicyjny patrol spodziewać się można było wyłącznie czegoś złego.

W świeżej dyskusji o ujawnionym nagraniu pojawia się głos, sugerujący jak traktowani są zwykli obywatele, mający nieszczęście znaleźć się w podobnej do Wiplera sytuacji, skoro tak potraktowano osobę szczególnie chronioną. I nie chodzi mi o  to spałowanie leżącego Wiplera ale o jego bezradność wobec wyroku, jaki na niego w mediach wydali ci, którzy przecież są stroną w sprawie. Zwykły obywatel nie ma szans bo żaden „Fakt” czy „Superekspres” nie będzie „docierał” do dowodów.

W sprawie Wiplera jest jeszcze aspekt wykraczający poza temperament i kulturę bycia tej dwójki z radiowozu. Chodzi mi o zachowanie ludzi, którzy na różnych szczeblach są szefami wspomnianego patrolu.

Wcześniej pozwoliłem sobie nazwać je mataczeniem. Bo za mataczenie mam rozpuszczanie informacji nie pozostawiających wątpliwości o winie Wiplera przy równoczesnym ukryciu przed opinią publiczną, do której te informacji się wysyłało, koronnego dowodu w sprawie. Dla oczyszczenia atmosfery konieczne jest wyciągnięcie wobec odpowiedzialnych poważnych konsekwencji. Przy czym, by było jasne, najmniej winni są ci dwoje, okładający i szarpiący się z Wiplerem. Ich zachowanie, tak myślę, nie jest efektem jakiejś niezwykle fatalnej kumulacji, sprawiającej, że dwie nadmiernie skłonne używać przemocy jednostki, zbiegiem okoliczności wpakowano do jednego radiowozu i wysłano na tę nieszczęsną dla Wiplera Mazowiecką. To raczej efekt zetknięcia się wspomnianej dwójki z policyjnym etosem, pozwalającym traktować niektórych ludzi jak istoty w mniejszym stopniu ludzkie.

Może się mylę, ale mam przekonanie, że spraw Wiplera mogła znaleźć zakończenie znacznie wcześniej. To, że nie znalazła, być może niesprawiedliwie, przypisuje rzeczywistemu lub założonemu chciejstwu władzy, której musiał pasować fakt obciążenia prominentnego przedstawiciele nowej i trudnej do oszacowania a przez to spacyfikowania siły. Nie mam oczywiście podstaw by wprost obciążyć kogokolwiek o to, że miał możliwość już dawno przeciąć spekulacje co do tego, czy Wipler bił czy nie bił policjantów, ale nie zrobił tego bo Wipler to nie był ktoś z jego bajki. Jednak epilog tej szeptanej propagandy o pośle, kopiącym policjantkę w brzuch jest poważnym ciosem w wiarygodność władzy w szerokim rozumieniu. Szerokość ta rozciąga się od bezpośrednich przełożonych nadgorliwej dwójki aż po szefa wszystkich szefów czyli ministra.

Ktoś zapyta co ma minister do tej sprawy. Odpowiem, że swego czasu Michal Sakaszwili miał tyle samo do sprawy utrwalonego na filmie traktowania więźnia zatrzymanego z powodów politycznych przez klawisza. Jednak większość obywateli domagała się nie rozprawy z klawiszem tylko zmiany władzy. Sensownie czując, że takie zachowanie to efekt poczucia, ze wolno.

Dokładnie tak samo można mieć pretensję do ministra o to, że gdzieś tam jakiś policyjny patrol wypada z radiowozu i ma odwagę bez opamiętania okładać obywatela pałką. I to nie tylko wtedy,  gdy ten okładany jest politycznym przeciwnikiem ministra.

środa, 5 listopada 2014

„Pokłosie” czyli bohater Stahel i „polskie obozy”

Groźba procesu, z jaką do organizatorów wystawy poświęconej Powstaniu Warszawskiemu (jednym z organizatorów jest Muzeum Powstania Warszawskiego) zwrócił się krewny czy potomek Rainera Stahela, pełniącego w 1944 a więc także w czasie Powstania Warszawskiego funkcję wojskowego komendanta miasta Warszawy to w mojej ocenie oczywiste pokłosie pewnego rodzaju polityki historycznej, który od jakiegoś czasu na wyścigi uprawia się w Polsce. Tego rodzaju, w którym swe miejsce znajdują książki panów Zychowicza i Ziemkiewicza czy produkcje w rodzaju „Pokłosia”.

Awantura, wywołana przez pana Christopha Brosziesa pokazuje, że propagowany przez wymienionych autorów i wspomnianą produkcję narodowy masochizm i wciskana Polakom na siłę, by nie rzec przemocą, konieczność ekspiacji nie jest jak widać czymś, co dzielimy ze zbiorowościami mającymi stokroć poważniejsze od nas powody by się kajać.

Ów wspomniany pan jest wnukiem niemieckiego bandyty w wojskowym mundurze a mimo to nie poczuwa się do żadnej winy. Co jeszcze można by zrozumieć. Nie widzi on jednak także winy swego dziadka-bandyty, pod którego oknami podlegli mu żołdacy wyczyniali takie rzeczy, które i ich i ich bosa czyli dziadka pana Brosziesa nie tylko pozwalają nazywać zbrodniarzami ale wykluczyć powinny w ogóle z ludzkiego gatunku.

Przez jakiś oczywisty błąd, popełniony przez nas, naród ofiar ludzi w rodzaju Stahela, pan Broszies, wnuk tegoż czuje się jednak urażony, że jego dziadka, który lata temu miał możliwość patrzeć, jak podlegli mu aryjscy i nie tylko aryjscy chłopcy ganiają przed czołgami pod kule polskich cywilów a przy okazji pozwalają sobie na rzeczy, za które, jakże niesłusznie i niesprawiedliwie, zapracować można na określenie „zwierzę”, ktoś śmie oceniać negatywnie i nazywać zbrodniarzem.

Ów wyskok wnuka zbrodniarza oraz częstotliwość, z jaką niemieckie media „mylą się” określając Auschwitz i inne miejsca eksplozji niemieckiej kultury „polskimi obozami” pokazują, że i pan Zychowicz i pan Ziemkiewicz i pan Pasikowski na jakiś dłuższy czas wstrzymać powinni swe ręce, odczuwające świąd „dekonstrukcji polskiego patriotyzmu”. Gdyby nie mogli jednak usiedzieć czekając cierpliwie, zając się powinni raczej takim propagowaniem naszej historii najnowszej, od którego panu Brosziesowi prędzej na myśl by przyszła zmiana nazwiska na jakieś pochodzące na przykład znad Bosforu niż stawanie w obronie dziadka- zbrodniarza.

Napisał Jan Kochanowski wieki przed Zychowiczem, Ziemkiewiczem i Pasikowskim

Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie";
Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,
Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Przyznam, że trudno nie uznać geniuszu mistrza Jana w trzeźwej ocenie naszego narodowego charakteru. Skoro jeszcze po takiej szkodzie, jaką nam w latach 1939 – 45 wyrządził naród pana Broszies, za życia wielu ofiar bandytów w rodzaju Stachela zmagać się musimy z tłumaczeniem czyje były „polskie obozy” i przygotowywać się na pozwy różnych Brosziesów, dumnych z przodków – morderców, trudno znaleźć skalę, w jakiej możemy mierzyć swoją narodową głupotę.

wtorek, 4 listopada 2014

Cierpienia wielkiego człowieka (Polański i Nowak)

Kryminalna sprawa Romana Polańskiego,  po raz kolejny ekshumowana w powszechnej świadomości za sprawą amerykańskiego wniosku o zatrzymanie reżysera i sprawa ewentualnego wyrzucenia Sławomira Nowaka z klubu PO wspólne mają w zasadzie to tylko, że wzięły się ze złego zachowania obu panów. W różnej rzecz jasna skali bo gdzie obnoszącemu się z luksusowym zegarkiem Nowakowi do Polańskiego, co ma za uszami rzecz grubo poważniejszą.

Czemu zatem zestawiam ich obu ze sobą? Obaj są bez wątpienia osobami, którymi media a za nimi obywatele interesują się znacznie bardziej niż statystycznym Kowalskim z jakiejś tam Wólki. Obaj popadli w pewnym momencie życia w kłopoty, które jakoś tam im umeblowały życie nie koniecznie zgodnie z wcześniejszymi ich planami. I odnośnie obu próbuje się stosować pewien schemat oceny, którego nie użyto by z pewnością wobec tego statystycznego Kowalskiego z Wólki.

Wczoraj czy przed wczoraj znalazłem na facebooku (niestety nie zamieszczę odnośnika bo teraz już nie znalazłem) dyskusję na temat Polańskiego a w zasadzie na temat publikacji jednego z tygodników poświęconej reżyserowi. Inicjatorka dyskusji, po wygłoszeniu koniecznej dla zapewnienia sobie pozorów obiektywizmu formułki, potępiającej zachowanie Polańskiego przed laty, przeszła do znacznie gwałtowniejszego niż potępienie Polańskiego rugania periodyku. W jego trakcie zauważyła, że Polański za swój postępek „drogo zapłacił”. W tym sensie, że musiał uciekać z kraju, w którym stała przed nim otworem wielka kariera a nadto wysupłał sporo gotowizny by zadośćuczynić czy też „zamknąć gębę” (nie siedzę w głowie Polańskiego więc nie wiem po co) ofierze.

Podobnej argumentacji, odnoszącej się do „drogiej zapłaty”, użył pan Paweł Graś, spytany o obecność Sławomira Nowaka w klubie parlamentarnym PO. Pan Graś „nie widzi żadnych przeszkód,żeby Sławek Nowak był członkiem klubu” i jest za tym, by pozwolić „mu ten mandat wypełnić do końca.  Przy okazji zwraca uwagę, że Sławomir Nowak „w polskiej polityce zapłacił ogromną cenę za swoje błędy”.*

Myślę, że gdyby zapytać przeciętnego Kowalskiego jaką cenę zapłacili obaj panowie za swoje grzechy, pewnie miałby problem z odpowiedzią. To, co dla wielbicielki talentu sławnego reżysera czy partyjnego kolegi upadłego ministra jest „ogromną ceną”, w przypadku zwykłego obywatela uznane by zostało za oczywistą i niegodną uwagi przygrywkę do właściwego i sprawiedliwego rozliczenia. Gdyby ów absolutnie nieatrakcyjny dla tygodników i stacji telewizyjnych hipotetyczny Kowalski z Wólki dopuścił się tego, na co przed laty pozwolił sobie Polański, nikt nie uznałby utraty przez Kowalskiego roboty i  konieczności ewakuowania się poza dotychczasowe środowisko za „ogromną cenę”. Nikt nie uznałby tego nawet za jakąś szczególną niedogodność tylko za konsekwencję nagannego postępowania. Za które kara dopiero zostanie wymierzona.

Oczywiście rozumiem odruch solidarności plemiennej artystów wobec Polańskiego i Grasia wobec Nowaka. Obiektywnie czy też tylko we własnym mniemaniu jedni i drudzy osiągnęli tyle, że czują się kimś lepszym, podlegającym innym regułom postępowania i oceny niż cała reszta Kowalskich z Wólki. I dlatego całkiem szczerze mogą uważać, że za to, za co za Kowalskim  zamyka się, z hukiem więzienna krata, taki Polański odpokutuje machając ze łzami w oku chusteczką żegnając Hollywood. A Nowak, aby go wywalić z klubu, musiałby co najmniej kogoś zabić.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Usta przedstawicieli czyli gabinety za żółtymi firankami



Funkcjonowanie obok siebie ogółu obywateli i bytu zwanego „władzą” jest dychotomią tyleż odwieczną co nieśmiertelną. Próba odesłania jej, jako wstydliwego i szkodliwego anachronizmu w niebyt zakończyła się groteskową wymianą klasy panującej z racji urodzenia na branych nie zawsze wiadomo skąd „przedstawicieli”, których „ustami” obywatel mógł demokratycznie pić szampana.

Po latach naprawiania „błędów i wypaczeń”, gdy mogłoby się zdawać, że mamy zdecydowanie za sobą jakąś tam, wykraczającą poza utylitarną czy funkcjonalną konieczność, alienację grupy, wykonującej obowiązki określane w skrócie jako sprawowanie władzy, okazuje się, że nie jest dobrze. I być może nigdy nie będzie. W każdym razie u nas.

Oczywiście ten niewątpliwy defekt demokracji, polegający na tym, że bycie władzą nie zawsze jest równoznaczne z byciem na służbie a raczej z byciem „na świeczniku”  trudno przypisywać akurat tylko obecnej władzy. Pamiętnym i dość jaskrawym (choć nie do końca trafnym) przykładem wspomnianego „picia ustami” było ujawnienie, że wnuczka czy też wnuczki betonowo-lewicowego premiera Millera uczęszczały do płatnej, prywatnej szkoły. I jakkolwiek, będąc uczciwym, trudno wyrzucać Millerowi to, że nie potrafił z latorośli zrobić porządnego i konsekwentnego bolszewika, nie da się ukryć, że sztandar lewicy, którego publiczna oświata zawsze miała być istotniejszą ozdobą, został w ten sposób nieco zbrukany.

Słuchając dziś w podróży służbowej audycji Jakuba Strzyczkowskiego w radiowej Trójce z niemałym zdumieniem usłyszałem o swoistym pilotażu przygotowywanego na przyszły rok „pakietu antykolejkowego” w naszej publicznej służbie zdrowia. Audycja koncentrowała się na poszukiwaniu odpowiedzi na dość trudne i zarazem fundamentalne z punktu widzenia przeciętnego (to bardzo istotne podkreślenie) obywatela pytanie; „Czy sytuacja pacjentów publicznej służby zdrowia ulegnie poprawie?”

W trakcie audycji głos zabierali specjaliści, przeciętni obywatele oraz tak zwany „czynnik rządowy” w osobie wiceministra w resorcie zdrowia. Ów „czynnik” powiedział rzecz kapitalną lecz jakoś nie pokusił się o konieczną refleksję. Powiedział, że za sytuację w służbie zdrowia odpowiadają pieniądze oraz (uwaga!) kwestie organizacyjne i to od nich zależy odpowiedź na tytułowe pytanie. Szkoda tylko, że nie był skłonny (a i nikt za bardzo go w tej sprawie nie naciskał) odnieść się do kwestii najistotniejszej. Tej mianowicie, że „organizacyjnie” w ostatnim roku drugiej kadencji obecnej władzy za służbę zdrowia odpowiadać będą ci sami ludzie, którzy odpowiadali za lata poprzednie. Zaś pieczę nad nimi trzyma osoba, która swego czasu miała „ustawy pełne szuflad” i nie wiedzieć czemu musieliśmy na ów mityczny „pakiet” tyle czekać.

Ale nie to było informacją najistotniejszą. W trakcie audycji dowiedziałem się, że aparat władzy w postaci ministerialnych urzędników nie czekał na ów „pakiet” bezczynnie i stara się skrócić kolejki do lekarza innymi sposobami. I oczywiście nie miałbym nic przeciwko bo sam też tak robię, gdyby nie pewna, wcale nie drobna różnica. Ja, by uniknąć kolejek, wyciągam portfel i płacę ze swoich, mając gdzieś fakt ściągnięcia  ze mnie przez „państwo” (czyli ów „aparat władzy”) haraczu w postaci „składki zdrowotnej”. Po prostu jak mnie boli to mi upór mięknie.

W ministerstwach poszli z pozoru ta sama drogą co ja. Różnica nastąpiła w momencie, gdy ja sięgałem po własny portfel. Tam sięgnięto do środków budżetowych. A więc w jakimś ułamku także i moich. Zapominając chyba albo doskonale pamiętając, że z racji równo płaconej składki jesteśmy a w każdym razie winniśmy być, ja i ci ministerialni urzędnicy, równi wobec prawa.

Jak można przeczytać w „Fakcie”, który zasłyszaną w „Trójce” informację uczynił dziś tematem numeru, ministerstwa mają swoje przychodnie, swojego dyżurnego lekarza albo wykupywane przez resorty „usługi medyczne” dla pracowników. Takie Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju zastrzegło w umowie, że „wykonawca zapewni dostęp do lekarza internisty i pediatry w czasie 24 godzin (...), zaś do lekarzy specjalistów w terminie do 7 dni kalendarzowych od momentu zgłoszenia potrzeby”*
Niejednemu pewnie czytając o tych rozwiązaniach przypomniało się stwierdzenie Urbana, że „rząd się sam wyżywi”. Jak widać także wyleczy.

Konieczność „żywienia się” czy też „leczenia się” władzy wynika raczej nie z faktu, że traktują się oni jako wartość w demokracji specjalna i przez to mająca prawo do specjalnego traktowania. Choć to pewnie też. Jest efektem konstatacji, że nie dało się wyżywić a dziś nie da się wyleczyć wszystkich na takich samych zasadach.

Rozwiązaniem jest więc zawieszenie znanych skądinąd „żółtych firanek”.
Trudno zaprzeczyć, że taki wstęp do  „naprawy sytuacji w służbie zdrowia” przez rząd pani doktor Ewy wygląda gorzej niż Miller z „czerwonego Żyrardowa”, prowadzący wnuczki do prywatnej szkoły.