niedziela, 5 października 2014

Ojciec odchodzi*



Upubliczniona dziś wiadomość, że Prezes PiS zamierza, w razie przegranych wyborów parlamentarnych w 2015 r.  odejść ze sprawowanej funkcji  zaczęła od razu wieść dość ciekawe, medialne życie, w którym wcale, choć tak by mogło się wydawać,  nie są najważniejsze  rozważania o ewentualnych skutkach takiego kroku Kaczyńskiego. Jak na razie trwa ustalanie, czy faktycznie słowa o dymisji padły czy też nie. Redakcja Newsweeka, który puścił w świat informację, twierdzi, że wersję tę potwierdziło jej trzech uczestników posiedzenia Komitetu Politycznego PiS, podczas którego miała paść zapowiedź Kaczyńskiego. Dla odmiany inni dziennikarze, powołując się na równie liczne, również obecne na wspomnianym posiedzeniu źródła, twierdzą, że żadna taka wypowiedź tam nie padła.   

Gdyby nie zdefiniowany przez redaktora naczelnego i, w nie mniejszym stopniu przez pana  Łazarewicza etos i polityczny profil tygodnika, który teraz chwali się „trzema źródłami” można by powiedzieć, że nie wiadomo jak tam było na tym Komitecie. A tak można raczej zauważyć, że nie wiadomo jak tam było z tymi „trzema źródłami”. 

Załóżmy jednak, że to nie tygodnik pana Lisa tylko jakiś inny, który nikomu nie kojarzy się z nikim i niczym, upublicznił taką sensacyjna informację. Wtedy warto a nawet trzeba by rozważyć jej prawdopodobieństwo. Pisze „trzeba” bo nie tylko ja (vide ostatnie expose naszej nowej „Matki Polki”) uważam, że wpływ Kaczyńskiego na to, co dzieje się w Polsce jest istotny. Od wspomnianej „Matki” różnię się, nawiązując do znacznej części komentarzy do jej wypowiedzi, „rozłożeniem akcentów”.

Gdyby więc jakiś tygodnik, któremu można ufać jakby więcej niż Newsweekowi, gdy pisze cokolwiek o którymkolwiek Kaczyńskim, napisał, że przegrana PiS w 2015 r. oznacza dla Kaczyńskiego rozbrat z PiS-em i, najpewniej, z polityką, zastanawiałbym się, cóż to może oznaczać. Ale najpierw zastanowiłbym się nad tym, czemu ma Kaczyński czekać do tego 2015 r. skoro mówiąc dziś takie rzeczy mógłby spokojnie już teraz zacząć się pakować przed polityczną emeryturą. Informowanie potencjalnych następców że nadeszła pora brutalnej (te zawsze są brutalne) wojny o schedę byłoby czymś w rodzaju zbiorowego samobójstwa. Raz, że trudno byłoby kogokolwiek z tych delfinów skłonić do pracy na rzecz partii, odrywając od troski o własne interesy a dwa, że mogliby się znaleźć wśród następców i tacy, którym porażka w 2015 zaczęłaby niezmiernie pasować. I zaczęliby pracować właśnie na tę opcję.

Gdyby faktycznie Kaczyński zamierzał odejść, byłby to z cała pewnością koniec epoki w polskiej polityce. Odszedłby człowiek, który w mniejszym stopniu miał okazję wpływać na nią tym co robił a w większym tym, że się na nią „rzucał cieniem”.  I to przez znaczną część tej naszej 25- letniej wolności.

Wbrew pozorom odejście Kaczyńskiego byłoby wiadomością równie złą dla jego otoczenia jak i dla jego głównego rywala. Nie ukrywam, że, w jakimś stopniu także i za sprawą samego Kaczyńskiego, jego dzisiejsze otoczenie nie rokuje żadnych nadziei na to, że przetrwa jakąś dłuższą chwilę po tym zapowiedzianym jakoby kroku, który byłby dla ludzi z pierwszych szeregów PiS niczym amputacja mózgu i serca za jednym razem.

Dla konkurentów skończyłby się natomiast czas łatwej retoryki, w której zawsze, jakkolwiek by się nie zaczynał kolejny „spór o Polskę”, kończyło się straszeniem powrotem PiS-u i Kaczyńskiego. Bez Kaczyńskiego i PiS ten patent byłby na nic.

To zresztą ciekawa sytuacja, gdy Kaczyński stanowi dziś najpoważniejszy atut tak własnej partii jak też PO. Bez tego „cienia”, którzy rzuca, przyjdą różne wyszczekane Cimoszewicze czy też Czarzaste i przewiozą „elitę” Platformy niczym ekstraklasa trampkarzy. Nie dlatego, że z nich taka „ekstraklasa” tylko dlatego, że z tamtych faktycznie „trampkarze”. A „zaprzyjaźnione stacje” będą temu życzliwie kibicować. Tak jak i Sowy przeróżne.

Trudno powiedzieć jaki nastrój zapanował w kierownictwie PO na wieść, że być może już nic nie będzie tak samo łatwe i sprowadzające się do krzyknięcia „O! Kaczyński!” Na miejscu pani Kopacz, która wszak do ewentualnego końca historii znaczonej tym „cieniem” nie zdąży jeszcze zbytnio przyzwyczaić się do uzyskanego właśnie z „ bardzo mocnym mandatem” stołka, dałbym natychmiast na mszę. Ten stołek pewnie dla niej wart jest wiele. I, choć pasuje raczej do innej części ciała, stanowi jakieś tam „ukoronowanie”.  Wart jest więc mszy!

Oczywiście nie wykluczam, że Kaczyński faktycznie odejdzie, tak jak zapowiada. Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby zapowiedział, że odchodzi nie po wyborach 2015 r. ale w najbliższy poniedziałek. Jeśli w choć odrobinę zbliżony sposób jak ja reaguje on na kolejne zwycięstwa ogłaszane przez Adama Hofmana, nie dziwię się temu zniechęceniu, które jakoby właśnie ujawnił. Oczywiście mógłby, zamiast odchodzić w poniedziałek czy przyszłą jesienią, od poniedziałku pozbyć się pana Hofmana.

I żyli byśmy długo i szczęśliwie. To takie proste…

* Tytuł ściągnąłem od Piotra Czerskiego, z jego skandalizującej ponoć mini-powieści.

piątek, 3 października 2014

Nike się puszcza



Nie ukrywam, że choć mam świadomość tego, iż intronizacja pani Kopacz to wydarzenie doniosłe (nie zdziwię się jak Żakowski napisze, że w ogóle najdonioślejsze w dziejach), bardziej mnie ostatnio zajmuje wielowątkowa sprawa degrengolady „prawdziwej lewicy”. Tu, aby nie było wątpliwości, wyjaśnię, iż „prawdziwa lewica” to nie żaden tam „beton” postpezetpeerowski, co to swego czasu pozamieniał różne państwowe Juventury i Impexsy- srympexy w swoje własne spółki z o.o. a mieszkanka w bloku, zaopatrzone w politurowaną meblościankę na apartamenty w „zatoce czerwonych świń”, tylko przeróżne Krytyki, Feminoteki, Perfekcyjności i oczywiście „zaćpana hołota” od Palikota. Ten rym ostatni ma zresztą i znaczenie ostatnio odkryte bo „zaćpana hołota” faktycznie od Palikota tyle, że czmycha. I to masowo.

Wśród tych wątków są oczywiście tak interesujące jak osobliwy coming out pana Hartmana, czy przytulanie się Palikota do doktor Ewy, będące śmiałym głosem tego lewicowego polityka w dyskusji czy być czy mieć. Kogo wcześniej miliony reprezentanta Lubelszczyzny (niech mi Lubelszczyzna wybaczy że przypominam) na prawidłową odpowiedź nie naprowadziły, ten teraz już wie, że Palikot woli jednak mieć.

Mnie jednak najbardziej zachwycił (piszę szczerze!) wątek sporu między panią krytyk, no niech jej będzie krytyczką, Kingą Dunin a pisarzem Ignacym Karpowiczem. Kto sprawy nie zna, wyjaśniam, że nie jest to spór natury literackiej. Chcąc go opisać jak najkrócej, posłużę się cytatem z komentarza, znalezionego gdzieś w sieci. Nie załączę stosownego odsyłacza bo pamiętam sam komentarz a miejsca, gdzie go umieszczono i autora, niestety nie. Ów anonim napisał o sprawie „Dziwna historia. Chłop na babę donosi, że mu jaja tarmosi”. Dosadne to acz jakże celne podsumowanie sprawy, w której najpierw Dunin zrobiła z Karpowicza już to wiarołomnego i niesolidnego przyjaciela, już to nieomal złodzieja, co „przytulił” (jako pożyczkę ponoć) jej naście tysięcy oraz sto euro i nie chce oddać a Karpowicz odwinął się zwięzłym opisem jak to został zmolestowany i prawie zgwałcony przez Dunin, gdy naiwnie, niczym „nieśmigany” jeszcze nastolatek, przyjął jej zaproszenie, by dla wygody położył się z nią do łoża. To jednak nie był koniec sporu, bo Dunin, by nie zostać dłużną, zarzuciła Karpowiczowi postępowanie nieetyczne, polegające na wejściu w związek partnerski (nie wiedzieć czemu nazwany przez tę ikonę nowego wspaniałego świata konserwatywnym do obrzydzenia określeniem „konkubinat”) z sekretarzem Literackiej Nagrody „Nike”, do której Karpowicz jest nominowany.

I tu dochodzę do sedna mojej notki. Wbrew wcześniejszym krotochwilom, do sedna cholernie poważnego. Można się z tym zgodzić lub nie (coryllus by się pewnie nie zgodził ale on sam sobie wybił z ręki jakiekolwiek argumenty negując w ogóle sens wszelkich nagród literackich) ale nagroda ta uchodzi czy też została wypromowana dość umiejętnie na najbardziej znaczącą literacką nagrodę w kraju. Podpieraną autorytetem takich nazwisk laureatów jak Miłosz, Myśliwski, Różewicz czy Rymkiewicz.

I nagle dowiadujemy się, że jeden z aspirantów do wyróżnienia, zakwalifikowany do półfinału, czy nawet już do finału, wspomaga się (a raczej swoje szanse) w sposób, który może budzić podejrzenia o to, że nagrodę dostaje się wcale nie za walory literackie czy szerzej artystyczne twórczości czy tam konkretnego dzieła. Tu dodam, że walory oceniane oczywiście subiektywnie przez stosowne jury nagrody.

To niedozwolone czy raczej niewłaściwe wspomaganie w wykonaniu Karpowicza to nie tylko rzekomy czy rzeczywisty związek partnerski czy też konkubinat z aktualnym sekretarzem nagrody. Który, by było ciekawiej, w odróżnieniu od pani Dunin jest chłopcem. Dużym chłopcem oczywiście. To także to dotykanie, molestowanie czy tam tarmoszenie, zarzucone pani Dunin. Tak się bowiem składa, bywała ona nie jeden raz w jury w minionych latach. I wpływ na jurorów aktualnych może czy raczej mogłaby mieć nie mniejszy niż ów sekretarz, pan Juliusz Kurkiewicz. Co prawda, wedle oświadczenia pana Tadeusza Nyczka, aktualnego przewodniczącego jury, Kurkiewicz „nie bierze udziału w pracach, jest tylko technicznym organizatorem: pisze na tablicy nazwiska, skreśla itp.”. Trudno powiedzieć czy pan Nyczek, starając się wmówić opinii publicznej coś takiego, jest równie naiwny jak pan Karpowicz, kładący się w łóżku z panią Dunin i później oburzony, że go za to czy za tamto złapała. Naiwny bo albo sam wierzy, że Kurkiewicz na nic nie ma wpływy albo że my w to, co nam wciska uwierzymy.

Jakby pan Nyczka całej sprawy nie bagatelizował i pana Kurkiewicza nie sprowadzał do roli ciecia czy woźnego, wątpliwości wobec trybu wyłaniania laureata pozostają.

Poza nimi oczywiście są i Różewicz i Rymkiewicz i Miłosz i Myśliwski i kilku innych, bo trudno raczej przyjąć, że i im pani Dunin oferowała wygody swego łoża i towarzyszące im inne atrakcje. Za ich czasów tablicę ścierał też kto inny niż Kurkiewicz.

Natomiast w przypadku tych młodszych i (potencjalnie) równie jak Karpowicz atrakcyjnych z punktu widzenia pani Dunin (i pana Kurkiewicza oczywiście) już nie wiadomo. Czy oni tacy genialni czy też również korzystali z wygód łoża i też byli w konkubinacie. Cień pada także, ku mej rozpaczy, i na Dorotę Masłowską, której nie czytałem ( i pewnie nie przeczytam) ale którą skądinąd cenię i lubię. Bo choć w typie pani Dunin i pana Kurkiewicza nie jest absolutnie, trudno zaprzeczyć, że z całego grona laureatów „towar” z niej najfajniejszy. I kto wie na co patrzyli w jej przypadku szacowni jurorzy?

Dotąd można było zarzucać fundatorowi i samej nagrodzie „Nike”, że, pozostając wyróżnieniem sprawiedliwym i merytorycznym, nadmiernie się puszy. Teraz zaś nie wiadomo, czy zwyczajnie się nie puszcza, gratyfikując autorów, co to piszą, jak piszą, ale za to fajnie się dają dotykać. I cały prestiż diabli wezmą.

Ps. Już za parę dni się okaże. Dla jury byłoby najlepiej dać nagrodę Świetlickiemu, bo się odżegnuje więc nikomu się dotykać nie dawał albo jakiemuś dziadkowi. O ile jest takowy wśród nominowanych.


czwartek, 2 października 2014

Ustawy pełne szuflad

Wśród obietnic, złożonych przez panią Ewę Kopacz we wczorajszym wystąpieniu najbardziej zainteresowały mnie dwie.
Pierwsza, ta o realizacji w trzy miesiące (czy tam w dwanaście bo rachuby pani Kopacz w ogóle są mało zrozumiałe) tego, co miało być zrealizowane w trzy lata. Tu od razu zaznaczę, że nie wiem o jakie „trzy lata” chodzi. O ten rok, co został pani Kopacz i dwa lata wstecz (co byłoby zgodne z logiką planowania pracy gabinetów) czy też (co nie mieści się w logice ale zgadza się z ogólną zasadą planowania pracy gabinetu, którego byt zakończy się wszak jesienią przyszłego roku) o jakieś tajemnicze trzy lata, które nie wiadomo kto i kiedy przyjął. Gdyby uznać, że mamy do czynienia z ekipą, która logiki w swym działaniu nie będzie odrzucać, chodzi o to pierwsze. Słowem pani Kopacz w rok zamierza zrobić coś, co miało być zrobione przez trzy lata tylko ktoś z jakiegoś powodu przez dwa lata się, mówiąc kolokwialnie, obcyndalał i teraz trzeba zasuwać. To nasuwa mi skojarzenie z dowcipem o tym, jak różne nacje przyjęły wiadomość, że za trzy dni nastąpi koniec świata. Dokładniej zaś z reakcją ludzi sowieckich, którzy zaczęli zwijać się jak w ukropie, by w te trzy dni zrealizować całą pięciolatkę.
Druga obietnica dotyczyła sprawy, za którą panią Kopacz rozliczać powinniśmy nie czekając nie tylko zasygnalizowanych przez nią, „Jaruzelskich” stu dni, nie tylko tego roku, który jej gabinetowi pozostał ale choćby i dnia. Chodzi o przywoływany przez tę ekipę (dlaczego piszę „tę ekipę” zaraz się wyjaśni) z częstotliwością mogącą już wywoływać torsje słuchaczy „pakiet kolejkowy” oraz ekspresowe robienie z rezydentów specjalistów. Co natychmiast zmniejszy a nawet i zlikwiduje kolejki. Przynajmniej zdaniem pani Kopacz. Otóż w tej sprawie trudno nie zapytać pani Kopacz czemu dopiero teraz. Wszak jest ona byłym ministrem zdrowia a w jej gabinecie ministrem zdrowia jest jej bezpośredni następca, pan Arłukowicz. Mamy więc niczym nie przerwaną ciągłość siedmiu lat majstrowania przy ochronie zdrowia i efekty, które prawie każdy mógł, w większym lub mniejszym stopniu odczuć na własnej skórze. I nagle pani Kopacz i pan Arłukowicz, którym przez siedem lat nie wpadli na taki genialny pomysł, zrealizują go w rok!
I tu przypomina mi się pierwsze expose pani Kopacz. Jeszcze z czasów, gdy była tylko Ewą Kopacz, posłem Platformy Obywatelskiej, idącej właśnie po władzę. Pamiętam bo oglądałem ją w telewizji, gdy zapowiadała jak to błyskawicznie wprowadzą wszędzie, gdzie się tylko da, porządek i dobrobyt, bo już na starcie mają „szuflady pełne ustaw”.
Co było później, pamiętamy. W szczególności zaś kolejne kompromitacje związane z przedstawianiem projektów przygotowanych przez poprzedników albo z jakością proponowanych a często i przepychanych przez PO-wską „maszynkę legislacyjną” aktów prawnych własnego autorstwa.
Pojawiły się wtedy podejrzenia, że szuflady, o których mówiła pani Kopacz, to były szuflady zastane w przejętych gabinetach. Sugerowano też równolegle, że jakieś tam szuflady PO faktycznie ma, tylko widocznie nie może znaleźć do nich kluczy.
Być może więc wreszcie pani Kopacz znalazła te klucze i te szuflady w ust… znaczy ustawy w szufladach. Albo też ma te szuflady tak, jak miała je wtedy.

środa, 1 października 2014

A Kopacz… i wtedy….



Nie będę odnosił się do expose pani Kopacz. Odnoszą się inni i starczy mi ich rozważań nad tym, czy ta gruba (w sensie znaczenia rzecz jasna bo przecież gdzież bym śmiał…) persona „partii miłości”, nawołując po latach do „zdejmowania klątwy nienawiści” mówi szczerze czy też mówi jak zawsze.
Dużo bardziej zainteresowały mnie dziś, i nie ukrywam, rozbawiły komentarze, które w zasadzie przekonują, że już jesteśmy po wyborach w 2015 r. Jesteśmy, bo przecież pani Ewa Kopacz zapowiedziała całą masę przedsięwzięć, które zrealizuje do 2020 r. zatem niechybnie wygra bo jakże miałyby się takie fajne przedsięwzięcia zmarnować.

Argumentacja kolegów, którzy taką logikę przykładają do wystąpienia pani Kopacz wymaga pewnej uwagi. Gdyby faktycznie z takiej przesłanki wyciągać aż takie wnioski, od lat Polską rządziłby chyba Adam Hofman. Ambitnie, ofensywnie i konkretnie zdobywający w swych wypowiedziach władzę przy każdej okazji*

No ale dość śmiechu w tak poważnej sprawie. Bo ta perspektywa, którą dla siebie zarysowała pani Ewa Kopacz to rzecz poważna.

Oczywiście i dla mnie i dla Polski i oczywiście dla opozycji.

Myślę jednak, że jeszcze bardziej niż  dla mnie, dla Polski i dla opozycji jest to rzecz poważna dla Grzegorza Schetyny na przykład albo też dla Cezarego Grabarczyka. Nie wiem czy wiedzieli do kiedy pani Kopacz zamiaruje rządzić, a jeśli wiedzieli to czy zaakceptowali ramy czasowe, w których widzi siebie Ewa Kopacz na czele Platformy Obywatelskiej. Bo tak to widzę, że ten, czy ta, która zamierza rządzić Polską, zamierza tym bardziej rządzić Platformą Obywatelską.

Jeśli nie wiedzieli i nie zaakceptowali to może być z tym, co wspomniani wyżej koledzy ogłosili jako rzecz pewną i przesądzona, spory problem.

Oczywiście można mniemać że takich rzeczy, takich zapowiedzi nie robi się zapominając o skutecznej wewnątrzpartyjnej komunikacji. Tyle, że jak ostatnio ćwierkają wróbelki od samego rana, z komunikacją problem jest już nawet nie tylko wewnątrz partii ale i między najbardziej dotąd sobie bliskimi parteigenossen Platformy. I wprost trzeba przypominać „Donaldzie”, kto dziś jest czy też zaraz będzie premierem.

Jeśli panowie, których wspomniałem przed chwilą jako ewentualnych chętnych do schedy po Donaldzie Tusku, myślą o przejęciu Platformy, nie mogą sobie pozwolić, by wyglądająca lub tylko pozująca dziś na „naturalną następczynię” dotychczasowego hegemona PO faktycznie urzeczywistniła ten zwerbalizowany i tak ciepło przez niektórych przyjęty zamysł. Bo jeśli zechcą poczekać, oddając w 2015 r. partię Ewie Kopacz, mogą o partii zapomnieć.

A ja akurat bym jeszcze skóry na Grzegorzu… to jest na niedźwiedziu nie dzielił. I to uwaga mniej do kolegów komentatorów a bardziej do ogłaszającej do kiedy coś tam zrobi pani Ewy Kopacz.  



wtorek, 30 września 2014

Jeden wyrok, jeden Jurek, jedna Kurka



Gdyby chcieć na podstawie  komentarzy do wczorajszego wyroku w Złotoryi, w sprawie WOŚP przeciwko Piotrowi Wielguckiemu wywiedzieć się jak ten głośny proces zakończył, wyszłoby, odmiennie niż w tytule, że mamy do czynienia z dwiema oddzielnymi sprawami, w których dwóch różnych Jurków oskarżyło dwie różne Kurki. I jedna Matka Kurka dostała procesowe baty oraz została rozjechana przez Jurka Owsiaka, który dowiódł, że jest transparentny niczym morska meduza, przedstawił sto ton niezbitych dowodów na tę transparentność a na koniec splunął na wdeptane w ziemię truchło adwersarza i odjechał niczym Clint Eastwood na rumaku w kierunku zachodzącego słońca. Druga Matka Kurka zaś sklepała mentalnie michę Jurkowi Owsiakowi wraz z przyległościami po czym zaprezentowała się zebranym z podniesionymi rękami niczym Manny Pacquiao.

Nie powiem która z tych wersji jest prawdziwa bo nie wiem. Wiem że prawda jest jedna ale nie mam pojęcia której z zaprezentowanych wyżej wersji jest do niej bliżej.  I nie wynika to tylko z mojej  niefrasobliwości, niezrozumienia doniosłości sprawy, która zakończyła się czy też dopiero zaczyna na wokandzie złotoryjskiego sądu. Z czego wynika będzie na sam koniec.

Nie kpię wcale z tej przywołanej przed chwilą doniosłości. Tak, jak szybko przeszła mi ochota naśmiewania się z histeryków, w których pozamieniali się niektórzy z kolegów blogerów, stojący murem za Jurkiem Owsiakiem i dziwiący się dziś w potoku łez, że te „mury runa, runa runą…” Nie będę ich wymieniał z nicków ale z tego miejsca dziękuję za tysiąćsiedemsetosiemdziesiąt powtórzeń zwrotu „ciężar dowodu” oraz za tytułową inspirację. Wracam do doniosłości. Rzecz cała, mówię to poważnie, jest doniosła, bo dotyczy sprawy, która kiedyś łączyła prawie wszystkich a dziś ciągle większość Polaków. Dać jej upaść czy choćby pogrążyć się w mętnej wodzie niedomówień byłoby zbrodnią. Której, jeśli się dokona, nie popełni Matka Kurka tylko Jerzy Owsiak a może raczej jego durny prawnik.

Kto zechciał i wysłuchał (na vlogu Owsiaka*)  uzasadnienia wyroku przez przewodniczącego składu orzekającego, sędziego Michała Misiaka zwrócić musiał uwagę na fragment, w którym sędzia odnosi się do postępowania dowodowego. W szczególności zaś do odmowy przedstawienia dokumentów rachunkowych, będącej, jak to wprost zostało powiedziane, zlekceważeniem postanowienia sądu. Lekceważenie sądu nigdy dobrze nie wygląda. Czy dopuszcza się go (hipotetycznie) Adam Hofman, sam Jarosław Kaczyński czy dla odmiany (faktycznie) Jerzy Owsiak czy też cała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. I nie tłumaczy tego (oczywiście nie mam najmniejszych złudzeń, że dla bardzo wielu jednak tłumaczy) przedmowa Jerzego Owsiaka do relacji z ogłoszenia wyroku, w której, uzasadniając odmowę, wyjaśnia, że jako strona w sprawie WOŚP zgodziła się przekazać wspomniane dokumenty, ale POD WARUNKIEM, równoczesnego powołania biegłego w zakresie księgowości czy też rachunkowości. Rzecz w tym, że po pierwsze to jednak sprawa sądu jak sobie poradzi z oceną dowodów (jak mniemam sędzia Misiak wie na czym się zna a „znowuż” na prawie zna się na tyle, że o instytucji biegłego i możliwości powołania go przez sąd pewnie słyszał i bez podpowiedzi Jerzego Owsiaka) a po drugie, tu sobie pozwolę na złośliwość, warunki sądowi (czy szerzej, wymiarowi sprawiedliwości) zwykli stawiać dyktatorzy i świadkowie koronni. Tak przy okazji równie ciekawe a może nawet ciekawsze od warunków stawianych sądowi przez WOŚP jest przytoczone przez sędziego zdarzenie z początku procesu, gdy WOŚP (a raczej osoby ją reprezentujące) przywiozła do sądu stosy kartonów,  pełnych ponoć  stosownych dokumentów po czym… odmówiła udostępnienia ich sądowi. To jest prawdziwa, choć zupełnie pozbawiona sensu facecja!

Zatem cień na orkiestrę rzucił nie sędzia Misiak, jak sugerują najbardziej radykalni zwolennicy poglądu, że wygrał Eastwoo… znaczy Owsiak, i wcale nie Piotr Wielgucki, którego reputacja, w ocenie bardzo, bardzo wielu wyklucza rzucanie cienia na cokolwiek i kogokolwiek tylko zupełnie niepojęty upór (nie mam w tej chwili podstaw sądzić, że cokolwiek innego) Owsiaka i jego doradców.

W ich interesie było, jest i będzie bronienie czci i dobrej opinii Wielkiej Orkiestry. O ile oczywiście da się to obronić. Piszę tak, bo w Złotoryi zrobiono pierwszy, milowy krok w stronę całkiem poważnych wątpliwości w tej sprawie.
Być może, choć zestawiając potencjały trudno w to w ogóle uwierzyć, Owsiak i jego ludzie zapłacili za pychę i za lekkomyślność. Pychą było i jest przekonanie, że ich nie obowiązuje prawo i związane z nim procedury (stawianie warunków wobec postanowienia sądu) a lekkomyślnością zlekceważenie Piotra Wielguckiego. Którego trudno lubić, czasem ciężko czytać ale któremu nie wolno odmawiać i talentu i determinacji. Piszę to z pozycji osoby, która osobiście miała okazję poznać ciężar charakteru Matki Kurki. I równocześnie z pozycji kogoś, komu w sprawie Kurka vs Owsiak narzucono wersję Wilguckiego. Piszę „narzucono” bo to ta wersja krążyła w necie, w odróżnieniu od wersji przeciwników Matki Kurki. W dodatku była wersją przygotowaną starannie i pracowicie. To nie było nic w rodzaju rzuconych sądowi przed oczy pudeł z niewiadomoczym.

Może prawda jest taka, że w tej sprawie wygrał talent propagandowy Wielguckiego a prawda wyjdzie na jaw dopiero w Legnicy czy gdzie tam ma okręg sąd ze Złotoryi. Prawda, którą zaakceptuje ta część Polaki, co jest od wczoraj w szoku, histerii i żałobie. Zobaczymy. Albo i nie…
Jednak ewidentna (skoro są media mainstreamowe, którzy rzecz nazywają pi imieniu a te, które widzą rzecz inaczej muszą kasować komentarze) porażka propagandowa gościa, który na jedno skinienie ma F16, okręt podwodny i tyle czasu antenowego, ile tylko zechce, z gościem, który ma tylko siebie jest czymś niepojętym i niebywałym. Może to porównanie zbyt daleko idące ale to tak, jakby Goliat dostał od Dawida w łeb kamulcem. I to w momencie, gdy prezentował swą muskulaturę białogłowom, które przybyły podziwiać jego zwycięstwo nad jakimś przybłędą.

A na koniec taka ciekawostka z odmętów mojej pamięci. Kiedy Matka Kurka, po awanturach w Salonie 24  szedł „na swoje”, zakładając „Kontrowersj.net” jednym z pierwszych, którzy życzyli mu sukcesu, zwracając się do niego „Panie Piotrze”, był Walter Chełstowski, kiedyś (a może i dziś) blisko będący z Owsiakiem.

No ale wtedy Wielgucki był tak „antykaczystowski”, że mu Skoczylas lekko przez dziurkę w pasku przechodził ze swą odmianą tej obsesji.

poniedziałek, 29 września 2014

Maciek, agent dołu czyli teroria gier

Nie będzie to, wbrew pozorom, tekst o przekonaniach Macieja Maleńczuka ani też o nim jako człowieku. On, a w zasadzie to, co myśli i mówi w jednej kwestii, stanowi tylko dość niespodziewany przyczynek do dyskusji, która rozgrzała ostatnio ten kawałek przestrzeni publicznej, w którym mówi się o zasadach i wartościach.

O samym Maleńczuku miałbym zresztą do powiedzenia niewiele. Choć i tak pewnie mówiąc to moje niewiele, wzbudzę jakiś tam sprzeciw. Bo dla sporej części „świadomego społeczeństwa” Maleńczuk nie jest kimś, o kim w ogóle warto mówić.

Mam więc z Maleńczukiem nieco jak z Peszek. Której pewnej przysługi nigdy nie zapomnę, którą za pierwszą płytę uwielbiam ale która potrafi gadać jak potłuczona a ja tego słuchać nie mogę. Kilka kawałków Maleńczuka, ostatnio na przykład „Sługi za szlugi” z płyty Yugopolis, mogę słuchać i słuchać. Natomiast staram się puszczać mimo uszu jego wypowiedzi pozamuzyczne. I nie jest ważne czy dla „Do Rzeczy” mówi, że homoseksualizm jest wstrętny czy też gdy dla „Wyborczej” nazywa Polaków faszystami.

Jednak w tym ostatnim wywiadzie, chyba zupełnie bezwiednie i w nieco innej przestrzeni, zasygnalizował pewien mechanizm, który pasuje do innych (choć pewnie tak naprawdę do wszystkich) czasów i został wykorzystany wobec innych ludzi. Dziś zaś bywa tak czy siak nazywany lub interpretowany.

Mówiąc o swej niechęci do religii, a w szczególności do katolicyzmu i katolików (im poświęci, jak zapowiada, kolejną płytę) powiedział między innymi „Mój Szatan to jest Woland, w zasadzie porządny gość - cyniczny, ale porządny. Ich Szatan to jest jakiś sukinsyn.”*

Przyszło mi na myśl nie tylko to, że Maleńczuk nie pojmuje, że istotą najbardziej perfidnego zła i, jak wierzę, stojącego za nim Szatana, jest to, że potrafi ono przybierać postać już to „mniejszego zła”, już to całkiem miłych okoliczności. Że Wolandem staje się ono, gdy ma do czynienia z takim Maćkiem, który lubi „cynicznych ale porządnych” gości. Sukinsynem zaś jest dla klienta mniej wymagającego.

Przyszło mi też na myśl, że gdyby kiedyś, w minionych czasach, Maciek był „tym Maćkiem”, którym jest dziś, znanym na salonach, odpytywanym przez redakcje i w ogóle (za Wiki**) „osobowością telewizyjną”, system nie posłałby go „za odmowę” do „więźnia” lecz… posłałby do niego jakiegoś swojego Wolanda. Który dla Maćka byłby „cyniczny, ale porządny”. Pewnie opowiedziałby czasem Maćkowi jakiś antysystemowy, pieprzny przy tym dowcip, wypiliby, wypalili czy tam powąchali morze tego, w czym tam Maciek gustuje, użalił się, że „w resorcie” większość to idioci i w dodatku świnie. W rewanżu Maciek pożaliłby się na parę świń, z jakimi z kolei on ma do czynienia w swoim środowisku przytaczając niezbite dowody na trafność swoich sądów.
W efekcie Woland dostałby to co chciał. To, po co by go do Maćka wysłali.

Maciek zaś żyłby pewnie w przekonaniu, że na swój sposób zagrał z systemem, że razem z Wolandem wyfasował systemowi kopniaka w sam splot.

Tak to jest z tymi wszystkimi „grami”, które były, są i będą podejmowane w kooperacji ze „złym”. Kimkolwiek on jest. I ktokolwiek z nim gra.

Jakby się ów zły nie wydawał sympatyczny, szarmancki i przy tym cyniczny, w typie „słodkiego drania”, nic nie zmieni faktu, że jest on zły.

Poprzedni system, a być może i ten oraz każdy inny, miał całe stada sukinsynów od zdzierania paznokci i innych rozrywek dla nie łapiących niuansów. Miał też swoich Wolandów co to i w brydża umieli zagrać, „Kulturę” z Paryża znali na wyrywki a na widok krwi omdlewali. I potrafili nie do takiego Maćka uderzyć i zagadać.

Słowem „dla każdego coś miłego”. Problem w tym, że jakby to „miłe” nie było miłe, zawsze pozostanie złe. Nie zawsze dla tego, kto „miłego” doświadcza, mając przekonanie, że „nikomu nie zaszkodził” ale jednak złe.

Tak więc niech się Maciek (i wszyscy inni przed nim i po nim) nie łudzi. Jak już do nich przyjdzie Szatan, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, czy na tę okoliczność wbije się w smoking, opanuje stosowne słownictwo i pod pachę wciśnie coś Noama Chomsky’ego, lub ostatnią „Krytykę” czy też odpuści sobie higienę osobistą i zaprezentuje się w pełnej krasie, z kopytami i rogami. To tylko kwestia, mówiąc handlowo, targetu.

Przyjdzie po duszę. A oddania czy raczej sprzedaży jej (zostając przy handlowej nomenklaturze) nic, absolutnie nic nie usprawiedliwi.

* http://wyborcza.pl/magazyn/1,140804,16675190,Malenczuk__Uglaskali_mnie.html
** http://pl.wikipedia.org/wiki/Maciej_Male%C5%84czuk