wtorek, 10 czerwca 2014

Sejmowa arytmetyka i black out demokracji



Arytmetyka głosowania w sprawie uchylenia immunitetu Michałowi Kamińskiemu postawiła sejm i kawał tej bardziej świadomej Polski na głowie, stawiając przy okazji kilka ciekawych pytań i podsuwając kilka smutnych wniosków. Smutne nie jest oczywiście to, że Kamiński ocalał. Choć kiedy czyta się opinie zwolenników obecnej władzy, można odnieść wrażenie, że właśnie w tej postaci nastąpił jakiś black out demokracji. On miał miejsce, ale gdzieś indziej.

Smutny jest przede wszystkim wyłaniający się w związku z tą sprawą wizerunek wpływowego ciągle „najlepszego prezydenta III Rzeczpospolitej” a przede wszystkim jego żony „lekcji stylu”. Styl, w jakim rzecz całą rozgrywali, przypomina jakąś kosowska czy inną mafię. „Buty za 350”, „samochód w standardzie amerykańskim” i inne patenty godne prawdziwych „kobiet mafii”. Wołomińskiej czy pruszkowskiej, sami zdecydujcie.

Smutna wobec tego, co miał okazję usłyszeć Sejm, jest rola obecnej władzy i jej szefa, który teraz wygląda, przynajmniej w sensie politycznym, na „cichego wspólnika” owej kosowskiej mafii.

Obecnej władzy trudno będzie nawet bronić się twierdząc, że Kamiński bredzi, fantazjuje i takie tam. Wszak gdyby Kamiński miał bredzić, Wojtuniuk nie wysłałby listu do Kopacz, próbując, w stylu bardzo południowoamerykańskim, w ten sposób zamknąć Kamińskiemu usta „tajemnicą państwową” czy też „służbową”. Jak wiadomo bredzenia i fantazje nie mogą być taką tajemnicą. Choć kto tam wie. W końcu to III RP.

Ale wróćmy do tej przywołanej na początku arytmetyki. Szczególnie do liczby 23 odnoszącej się do posłów PO, którzy nie poparli wniosku. Ale też do 184, którzy poparli. Albo tych 7 przeciwnych i 16 wstrzymujących się popisało się wyjątkową odwagą, idąc pod prąd partyjnym instrukcjom albo też tych 184 wykazało wyjątkową tępotę lub też wyjątkowy cynizm i oportunizm. Można sądzić, że ci, co nie poparli wniosku wysłuchali Kamińskiego, zrozumieli o czym mówi i to nimi wstrząsnęło a tych 187 albo nie pojęło nic a nic z tego, co mówił albo pojęli doskonale, ale mieli do w dupie. Obstawiam osobiście to drugie.

Wystąpienie Kamińskiego dostępne jest z jakichś odtworzeni z „drugiej ręki” a i tak robi wielkie wrażenie. Tak duże, że nie dziwi nawet ten jeden wstrzymujący się głos z partii „zaprzyjaźnionej” z Aleksandrem Kwaśniewskim i kilkanaście z partii „pokłóconej” ze swym byłym szefem. Te elementy arytmetyki są również bardzo wymowne.

Nie wiem czy będzie dalszy ciąg. Przynajmniej w kwestii „lekcji stylu”. Raczej wątpię. Żyję w tej Polsce dość długo a nijak przypomnieć sobie nie mogę, by ktokolwiek z „wielkich” odpowiedział za to, że tę Polskę ordynarnie dyma. Czemu dziś miałoby być inaczej?

środa, 4 czerwca 2014

4 czerwca? Który 4 czerwca?



Dziś u mnie leje. A pamiętam, że 4 czerwca 1989 r. świeciło piękne słońce. Jeszcze piękniej zdawało się święcić dnia następnego, szczególnie w momencie, w którym wiadomo już było jak jest. Ale 5 czerwca, choć był bardziej radosny od 4, do historii nie przeszedł.

Ta dzisiejsza pogoda jest  trochę symbolem pamięci o tamtym czasie. Im później tym smutniej, by nie rzec parszywiej. I składa się na to nie jakiś gwałtowny a niezrozumiały w swych mechanizmach defekt pamięci,  a po prostu jej obrastanie. Obrastanie kontekstami, glosami, erratami i suplementami. Z 1990, z 1991, z 1992… I tak dalej.

Ale to moje pytanie, postawione w tytule to nie jest nawiązanie do tego, że wtedy słoneczko świeciło, radując serce, a dziś leje, odbierając znaczną część chęci do życia.

To, że skończyłem wcześniejszą wyliczankę kolejnych lat ma roku 1992 nie stało się przypadkiem. Właśnie tamten 4 czerwca miałem na myśli zestawiając go ze słonecznym i radosnym dniem wcześniejszym o trzy lata.

Tak, jak się nie da zaprzeczyć, że w 1989 r. zaczęła się kształtować III Rzeczpospolita, tak samo trudno przemilczeć, że 1992 rok nadał jej piętno, którego nie może się ona pozbyć do dziś. A może też nie chce?

W roku 1989 mogło się nam zdawać, że nasz świat jest dwubarwny, dwubiegunowy. I że jego magnetyzm odwraca się właśnie gwałtownie a  „Arktyka przegra”*. Że jesteśmy MY i są oni. I że teraz już oni nie muszą być pisani z dużej litery. Nareszcie…

W 1992 r., 4 czerwca, okazało się, że istnieje dodatkowo bardzo wiele odcieni szarości i że nie ma żadnych MY, a oni są liczniejsi niż nam się zdawało. I silniejsi niż byśmy chcieli.

Dziś, 4 czerwca A.D. 2014 wielu wydaje się, że Rzeczpospolita pękła 10 kwietnia 2010 r. Że dopiero od tego dnia istnieją „dwie Polski”, które patrzeć na siebie nie mogą. Być może wtedy akurat dotarliśmy do dna otchłani. Zbadaliśmy głębokość tego naszego własnego Rowu Mariańskiego.
Ale pękać zaczęło w 1992 r. Kiedy dość nagle odkryliśmy rysy tam, gdzie w żadnym wypadku ich się nie spodziewaliśmy. 

Zrośnie się to, o ile jest to w ogóle możliwe, za kilka pokoleń, kiedy skończy się DLA WSZYSTKICH, ten nasz marsz ku Ziemi Obiecanej.

4 czerwca 1989 r. dał nam piękną iluzję demokracji. 4 czerwca 1992 r. jej nas pozbawił. Pokazując prawdziwe oblicze tego, co sami sobie w radosnym amoku sprawiliśmy.

W czerwcu 1992 r. okazało się, nawiązując do słów pewnego „miszcza” bon-motów, że stan zarybienia karpiami przekroczył wytrzymałość ekosystemu a karpie przegłosowały, że Wigilii nie będzie.

Usiłujemy dziś świętować to, że wygraliśmy. Wydarzenia roku 1992 sprawiają, że trudno teraz świętować bez zadawania sobie pytania, kto wygrał najbardziej. I jak to było możliwe.

W październiku 2012 r. byłem w moim mieście na koncercie Kultu. Kazik (niech mi wybaczy pan Kazimierz Staszewski tę poufałość, ale tak się go zwykło nazywać), przypomniał wtedy, że minęło 20 lat od zamachu stanu, który w tej naszej „wolnej Polsce” miał miejsce. To była zapowiedź piosenki, którą temu wydarzeniu poświęcił. A ja ją przypominam.**

*  polecam znakomity tekst G. Ciechowskiego i piosenkę „Republiki”
** 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Czy Korwin da w mordę Boniemu?



To właśnie danie, tak przynajmniej dziś zapowiedział, ma zaserwować JKM w swoim brukselskim debiucie koledze europosłowi. I przyznam, że przy moich  wszystkich, dość licznych zastrzeżeniach do Korwina temu akurat bardzo kibicuję. Nieco warunkowo, o czym nieco dalej. Bo jeśli jest tak, jak twierdzi Korwin, Boniemu w, jak to „Krul” nazwał,  mordę się jak najbardziej należy. Byłby to oczywisty i chyba jedyny akt dziejowej sprawiedliwości w sprawie, której dotyczy.
Ta moja warunkowa zgoda na rękoczyn wynika z faktu, że zupełnie nie pamiętam, nie zdawałem sobie sprawy, że rola Michała Boniego w tak zwanym „lewym czerwcowym” wykroczyła znacznie poza bierny, pośredni udział. 

Dotąd pamiętałem tylko, że Boni był w połowie przyczyną całej akcji. Tak przynajmniej wynikało z opisu zdarzeń, przeczytanego przeze mnie wówczas w „Gazecie Wyborczej”. Przypomnę za swoją pamięcią fragment, którego akcja, jak stało w opisie, odbywała się na łączach telefonicznych, między Warszawą i Gdańskiem.

- Uderzyli w dwóch naszych – miał powiedzieć jeden z „gdańskich liberałów” koledze, innemu „gdańskiemu liberałowi”
- To co? Przewracamy rząd? – zapytał drugi „gdański liberał”.

Michał Boni był jednym z owych dwóch, w których wtedy „uderzyli”. Reakcją na „uderzenie” było wspomnienie „przewrócenie rządu”.

Dotąd, w mojej ocenie, wysnutej z mojej pamięci tamtych zdarzeń, jedyną winą Boniego było to, że zwyczajnie stchórzył wtedy i przez to tchórzostwo doprowadził do oczywistego gwałtu na prawie i konstytucji. Dotąd uważałem więc, że Boni ma niezapłacony rachunek wobec Macierewicza.

Nie pamiętam natomiast tego, żeby Boni zabierał wtedy w tamtej sprawie publicznie głos. Przez myśl mi nawet nie przeszło, że mógłby, tak jak twierdzi Korwin, wejść na sejmową trybunę i nazwać Korwina, Macierewicza czy kogokolwiek zaangażowanego wtedy w przygotowanie i realizację uchwały lustracyjnej, idiota. Do czegoś takiego nie można być tchórzem. Do tego to trzeba być bezczelnym synem, co to go dzieciom głośno mówić nie można.

Jak już mówiłem, nie pamiętam bym widział wtedy Boniego na trybunie i bym słyszał z jego ust, że Korwin to idiota. Byłoby świetnie, gdyby ktoś zdołał z otchłani pamięci wydobyć odpowiedź, czy miało coś takiego miejsce.

To, że Boni ma problemy z uczciwością w tej sprawie wiem. Nie chodzi tylko o fakt zatajenia przez lata wstydliwego epizodu. Nie chodzi też o to, że spokojnie przyglądał się pan Boni jak niesłusznie zrównywano z glebą ludzi, którzy między innymi o nim mówili prawdę. Chodzi mi o to, że do dziś Boni kręci. Tuż przed wyborami natknąłem się bodaj w „Dzienniku” czy w Onecie (chyba właśnie tam bo tam puszczali rozmowę z nim w odcinkach) jak tłumaczył się z podpisania przed laty „lojalki” sugerując, że zrobiło tak wielu innych. Nie mam wątpliwości, ze Boni wie doskonale, że zobowiązanie do współpracy nie było żadną „lojalką”.

Tak więc nie zdziwię się, jeśli ktoś faktycznie potwierdzi, że wtedy, w 1992 r. Boni nie był żadnym tam tchórzem, który wstydził się tego, co zrobił, tego, że dał się złamać i tego, że nie miał odwagi się przyznać. Gdyby tak było, ostatnim, co zrobiłby Boni, byłoby pchanie się na mównicę. Nie zdziwię się, jeśli okaże się synem, co to dzieciom nie wolno go głośno wymawiać. A takim synom w mordę należy się jak najbardziej.


Pożytek z jednego grzesznika czyli promocja



Przyznam, sam zrazu byłem oburzony gorliwością, z jaką wzięli się hierarchowie za odprowadzanie.  Z tego oburzenia przychodzić mi do głowy zaczęły takie bardzo dziecinne pomysły na to, jak mam im za to zgorszenie mnie odpłacić. Czy ostentacyjnie nie pójść na niedzielną mszę, czy starczy, jak na tacę nie rzucę? Dziecinne to było nie tylko przez przyczynę, którą była złość, najgorszy doradca w sprawach wiary, coś bez wątpienia w rodzaju interkomu wprost z piekła, jak też przez rezultat. Skończyło się przecież, że stratni są moi „żołnierze świętego Michała”, nic a nic nie winni w tym gorszeniu mnie przy ołtarzu a biskupi Guzdek i Głódź ani nie odczuli braku tej mojej złotówki ostatniej niedzieli ani nawet nie wiedzą, że się boczyłem. W ogóle nie wiedzą o moim istnieniu. Inaczej niż o istnieniu „sługi bożego Wojciecha”.

I to właśnie jakoś skłoniło mnie do refleksji nad tą ich gorliwością i do zrozumienia ich motywów. Myślę, że są tacy kapłani, nie wiem czy jest ich wielu czy wręcz przeciwnie, którzy potrafiliby rzecz cała tak zorganizować, by wilk był syty, owca cała, Bogu świeczkę a diabłu ogarek. Potrafiliby „sługę bożego” odprowadzić tam, gdzie czeka już na niego boża sprawiedliwość nie robiąc z tej asysty szopki. Niestety wspomniani przeze mnie hierarchowie swe miejsce w hierarchii zawdzięczają chyba nie temu, że jacyś wyjątkowo świątobliwi mężowie. Myślę, że raczej temu, że obaj umieją dbać o interes Kościoła. I w tym właśnie rzecz.

Ktoś może się nawet oburzy, ale to, co widzieliśmy w miniony piątek, to była dość odważna próba połączenia religijnego obrządku i korporacyjnej imprezy promocyjnej. W której korporacja postarała się pokazać z jak najlepszej strony. Do konferansjerki, to znaczy rzec chciałem do celebry, zaproszono może nie Kevina Spacey czy Brada Pita ale też w końcu gwiazdy. I nie ma co się dziwić. Takie są reguły porządnej promocji.

Jak każdy chyba korporant w każdej korporacji, coraz bardzie znudzony rutyną codziennych spotkań z kooperantami, najczęściej jakimiś detalistami o nie zawsze doszlifowanych manierach marzy, że któregoś dnia stanie przed nim gość i powie „Jestem Steve Jobs, chcę z wami robić interesy”. I nosi w tym swoim wyimaginowanym plecaczku wyimaginowane pióro, którym podpisze kiedyś z prawdziwym Jobsem prawdziwy kontrakt stulecia. Tak to zadziałało i tutaj. Z Guzdkiem i z Głodziem. Kiedy „sługa boży” dał znać, że chce „się jednać”. Nie ważne, że interes wymagał będzie publicznego, nazwijmy to delikatnie, wywijania fujarką. Jobs jest Jobs.

Myślę, że w tym przypadku, o którym piszę, nie chodziło o jednego grzesznika, z którego pociecha jest większa niż z dziesięciu sprawiedliwych. Gdyby tylko o to chodziło biskupi  co dnia lataliby niczym koty z pęcherzem a księża Lemański z Bonieckim nabawiliby się od koncelebrowania albo żylaków albo odcisków albo jednego i drugiego łącznie. Wszak co dnia nie jeden grzesznik zatwardziały, jak to się mówi, w obliczu, gwałtownie mięknie i woli „zabezpieczyć sobie tyły.”

Chodziło o to, że to był TEN czy też TAKI grzesznik!  Na samą myśl niektórym w korporacji ciary musiały przejść i zaraz naszło ich na tę „promocyjną imprezę”. Bo od razu zaczęli liczyć pożytki. I nie mam na myśli wcale tego, że mogli tym tam z dołu zaśmiać się w odrażające gęby i po naigrawać się z nadaremnie poczynionych inwestycji w różne madejowe łoża i kotły ze skuteczniejszym termostatem. Z tymi tam na dole korporanci nie mają okazji gadać bo i nie oni od tego są. To znaczy pewnie niektórzy kiedyś pogadają ale chyba naigrawać za bardzo im się nie będzie wtedy chciało. Gdyż powodu nie będzie. Przekaz zaadresowano do bardziej lokalnego odbiorcy. Na TYM łez padole. I, nie ukrywajmy, do potencjalnego kolejnego klienta. „Macie oto dowód na istnienie!” No bo i rzeczywiście, jak może nie istnieć, skoro taki grzesznik, taki zbrodniarz, taki niedowiarek się korzy! „No i co wy na to?!”

Może się mylę, może krzywdzę biskupów wspomnianych i koncelebrantów znanych, ale wydaje mi się, że gdyby szło tylko o spokój duszy i o nawróconego grzesznika, akcenty położony gdzie indziej niż na mnożeniu fioletów w obiektywach kamer. Choćby na tym, by nawróceniu grzesznika towarzyszyło choćby symboliczne naprawienie przez niego krzywd. Na tyle, ile dałby radę i na tyle, ile by się dało. Bo w pokucie i o to chodzi.

Ale to tylko moje zdanie a ja może się nie znam, nie orientuję w meandrach, po których pochowane są Klucze Królestwa. Prosty chrześcijanin ze mnie. Taki bardziej jakby ludowy.

niedziela, 1 czerwca 2014

Religia jaruzelska



Wiem, że dziś pierwszy czerwca ale chciałbym wrócić jeszcze do piątku, trzydziestego maja. Mam nadzieję, że dzieci i historia mi to wybaczą. Miałem napisać to wczoraj ale różne życiowe konieczności stanęły mi, że się tak wyrażę, "napoprzek”. Wiem, że nikogo to nie obchodzi ale czuję się w obowiązku przed dziećmi i historią wytłumaczyć.

Nie da się ukryć, że w tle najważniejszych piątkowych wydarzeń religia była widoczna aż nadto. Czasem w formie wręcz groteskowej, kiedy ci sami i z tych samych miejsc jednym mówili, żeby pokazali, że są prawdziwymi chrześcijanami, którym nieobce są wartości tej religii, a drugim, że jak sobie chcą być prawdziwymi chrześcijanami, wyznającymi chrześcijańskie wartości, to wypad z roboty.

Ale nie to zdarzenie o religijnym charakterze chciałem przywołać i porozważać. Kiedy już przez studia i redakcje przewalili się wspominanego dnia różni Cioskowie, Millerowie i Kwaśniewscy, jako najbardziej bezstronni świadkowie świętości generała, kiedy Polakom zaproponowano przerywnik rozrywkowy w postaci niezawodnego Daniela Olbrychskiego… Przyrzekłem sobie  kiedyś, że nad umysłowością Olbrychskiego nie będę się znęcał. Robi on to sam najlepiej. Przyjąłem też do wiadomości, że TVN czasem musi zapłacić haracz widzowi domagającemu się dziwów natury. W piątek przyszło mi jednak, tak na marginesie dziwów natury, do głowy, co by się stało, jakby kumpla pana Daniela postanowili zrobić mu wredny żarcik, jakich pełno w internecie. Zaprosiliby go na piwo gdzieś tam na jakąś daczę pod Zegrze i pokazali specjalnie spreparowane, przekonujące dla pana Daniela dowody, że generał to jednak ewidentnie szuja ostatnia i bydlę wyjątkowe. Pewnie zszedłby tam, pod tym Zegrzem i nad tym piwem gwałtownie bo jego świat, układany z mozołem, przy wydatnej pomocy całej światłej „warszawki”, by mu się na nice odwrócił. Tak więc, szanowni koledzy pana Daniela, nie róbcie mu tego!

I właśnie jesteśmy przy dowodach…

Zatem po Ciskach, Millerach i Kwaśniewskich, po części artystycznej Olbrychskiego, do studia przyszedł Adam Michnik. Który redaktorowi Kajdanowiczowi wyłożył jasno, że Jaruzelski to bohater największy, prawdziwy Mojżesz, co nas przez morze czerwone suchą stopą przeprowadził, któremu taki Traugutt nie jest godzien rzemyka przy sandale wiązać.

Redaktor Kajdanowicz słuchał nabożnie, kiwał głową. W pewnym momencie przełamał się i odważył. Cicho zapytał Michnika, czy rzeczywiście sowieci mogli do nas wkroczyć w 1981 r.

- Jeeestem ooo tym prze… przeeeekonaaaany – odpowiedział Michnik. Cytuję, jak cytuję nie, żeby się z drobnej ułomności Michnika naśmiewać. W takiej formie było to bardziej dosadne i zarazem bardziej posępne przez to wydłużenie frazy.

Jest więc przekonany Adam Michnik, historyk, świadek i uczestnik historii, polityk i szef najważniejszego i najpotężniejszego medium w Polsce. Tego samego, które jakiś czas temu wykryło pewną sektę oddającą się jakoby parareligijnym obrzędom. Nie mającą ponoć żadnych dowodów na swoje twierdzenia. Próbującą ich usilnie szukać ale, jak im medium Michnika i jego niezawodna „załoga na kółkach” wytyka, a że ten jest balistyk a nie akustyk, a tamten wykłada w Illinois a powinien w Arkansas a że wysadzili puszkę a puszka to nie samolot a znowu ten, co podkreśla gazeta pewnymi ustami, „obrócił się o 90 stopni i leciał kołami do dołu”. I można by tą heroiczną walką chłopców i dziewcząt redaktora Michnika o „twarde dowody” zapisać całe tomy.

Niechby kto spróbował przy nich bronić tezy zamachu i na pytanie czy był ten zamach spróbował wykpić się stwierdzeniem „jestem o tym przekonany”! Nie uszedłby im!

Po tym wszystkim historyk Michnik idzie do studia i publicznie wypowiadając się o największej naszej tragedii ostatniego pięćdziesięciolecia swój pogląd na nią opiera na swoim przekonaniu jedynie, na swojej wierze. Po ponad trzydziestu latach, przez które dałoby się spokojnie glob „na metr w głąb” przekopać i znaleźć każdy albo choć jakikolwiek dowód, gdyby taki był. 

Zamiast dowodów jest tylko to niewątpliwe wyznanie wiary arcykapłana religii jaruzelskiej.
- Jeeestem ooo tym prze… przeeeekonaaaany.

Wyznanie wiary, które ze zbrodniarza czyni bohatera, anuluje jego przewiny i unieważnia ofiary. Cud jednym słowem. Cud taki, jaka religia.