środa, 16 kwietnia 2014

Premier Tusk lubi najbardziej piosenki pana Koracza



Jak zdążyłem się zorientować, nie tylko mnie zaciekawiła sprawa wiadomości, które córka premiera Donalda Tuska, Katarzyna miała otrzymywać na swój numer telefonu. Tych, które wedle jej taty, były podstawą przydzielenia jej bodygardów opłacanych przez podatnika.  Może niezbyt precyzyjnie określiłem istotę mojego zainteresowania. Bo o ile mnie rzecz zaciekawiła, inni podeszli do tego zdecydowanie poważniej. Inni zastanawiali się, czy nie jest to aby gra na emocjach i przekroczenie pewnej granicy, której w polityce przekraczać się nie powinno. Swoja drogą dość paradna i naiwna zarazem jest każda próba określania jakichkolwiek granic, które w naszej polityce oddzielałyby to, co dopuszczalne od tego, czego robić czy wykorzystywać nie wolno. Marcin Tomala  przywołał szalenie popularny serial House of Cards opowiadający o tej odmianie politycznej kuchni, w której każda przyprawa jest dozwolona.
Może nie jestem tak lotnym i tak poważnym publicystą jak inni, bo w moim przypadku wystąpienie Tuska przywołało zupełnie inne skojarzenie. Dokładnie zaś  wspomnienie piosenki pana Koracza. O cóż chodzi?
W jednym ze starszych tekstów, którego nie chciało mi się teraz szukać, opisałem inną przezabawną historię z życia polityków i dziennikarzy. Tu od razu wyjaśniam, że kiedy szanowny czytelnik dotrze do końca, też, taka przynajmniej mam nadzieję, zdoła dostrzec pewne zabawne aspekty cytowanych zapowiedzi uduszenia Tuskowej latorośli Być może słowo dziennikarze, napisane chwilę wcześniej, w tym przypadku powinno być w wielkim cudzysłowie. W tym właśnie sęk sprawy, o której pisze na kanwie drastycznej na pierwszy rzut oka historii. Nie pamiętam już czy to pani Olejnik czy raczej Pieńkowska przesłuchiwała swego czasu pana Ministra Sienkiewicza na okoliczność wyprowadzenia służb mundurowych na ulice Warszawy.  Było to chyba w okolicach naszego Święta Niepodległości. Tak się świetnie złożyło, że pan minister był doskonale na to pytanie przygotowany, gdyż miał akurat w kieszeni karteczkę, na której miał bardzo dokładnie wypisane, kiedy podobne decyzje podejmował jeden z jego politycznych oponentów. Wyjął więc karteczkę i z jej pomocą natychmiast zaspokoił panią dziennikarkę. A w każdym razie jej ciekawość. Wówczas właśnie, pod moim tekstem, Futrzak nieoceniony przypomniał mi o piosence pana Koracza, która najbardziej chciała usłyszeć pani Walentyna Wnuk, salowa od wielu, wielu lat. Można je, wspomniana piosenkę i salową Wnuk, usłyszeć na końcu tekstu.
Kiedy pan Sienkiewicz wyjmował tę karteczkę, byłem szczerze zdumiony, by nie rzec wstrząśnięty i zmieszany jego zdolnością przewidywania. No bo przecież nie wiedział chyba że ta Olejnik czy ta Pieńkowska zada mu pytanie akurat o to, co miał w kieszeni. Skąd niby miał wiedzieć?
Pan Tusk, podobnie zaskoczony w czasie konferencji prasowej pytaniem o ochronę córki Katarzyny, okazał się znacznie lepszy od ministra Sienkiewicza. Co zresztą dziwić nie powinno bo gdzie Premier, i to jeszcze Tusk, a gdzie jakiś tam minister. Gdybyż miał Premier tylko wypisane te wiadomości na karteczce, noszonej na sercu, aby nigdy, przenigdy nie zapomnieć, w jakim niebezpieczeństwie jest latorośl! On jednak miał w kieszeni poważniejszy corpus delicti czyli rzeczonej Katarzyny komórkę. I to jest dopiero dar! Myślę, że gdyby zapytać Tuska na samym początku konferencji, o co najbardziej chciałby być zapytany, odparłby pewnie, że o te esemesy. A następnie wyznałby, że ze wszystkiego najbardziej, chciałby posłuchać piosenki pana Koracza.
I w tym miejscu zapraszam szanownych czytelników, bo tak się szczęśliwie składa, że jest z nami pan Koracz



wtorek, 15 kwietnia 2014

Kijów, Warszawa i wieprzowy kotlet



Putin zatrzyma się tam, gdzie pozwoli Ukraina" odpowiedział Donald Tusk, indagowany na okoliczność zdarzeń i zaniechań, których efektem jest sytuacja, opisana wczoraj przez Rubitzky’ego jako czasowe lub ostateczne odejście Ukrainy w niebyt.* Nie zgodzę się z tą diagnozą kolegi z Salony24. W mojej ocenie Ukraina i jej władze są obecnie w sytuacji przywoływanego przeze mnie nie tak dawno rewolwerowca, który słuchał wewnętrznego głosu by na końcu usłyszeć „No teraz to masz przerąbane!”.** Słowa Tuska brzmią właśnie tak a nieszczęśni Ukraińcy, przekonywani w ramach pełnej sukcesów, naszej „polityki wschodniej” obudzili się właśnie ze snu o zjednoczonej, solidarnej i stanowczej Europie. Która miała nie pozwolić na to, by Rosja robiła nam powtórkę z „czerwonego marszu na zachód”. Teraz, ciągle jeszcze oszołomieni, z ociąganiem schylają się po kijek i będą jakoś sami próbowali „nie pozwalać”.

Z czego wynika ta tuskowa „redefinicja” wspomnianej „polityki wschodniej”, która jeszcze nie tak dawno, jeśli wierzyć naszym mediom i pewnemu czeskiemu tygodnikowi, czyniła z naszych przywódców „nowych liderów Europy”? Nasuwają się trzy możliwe odpowiedzi. Pierwsza, oczywiście nieprawdopodobna, jest taka, że źródłem owej „redefinicji” są sondażowe sukcesy PO, której służy bezradna Ukraina i zły Putin, który być może już pod koniec wakacji zapuka do naszych drzwi. Zatem im bardziej Władimir dokazuje, tym więcej CBOS pokazuje (tak mi się zrymowało). Napisałem o takiej opcji „nieprawdopodobna” bo nie sądzę, by którykolwiek z naszych polityków mógł być tak skończonym sukinsynem. Nawet Donald Tusk.

Druga możliwość jest taka, że Tusk nawet by i chciał zrobić coś dla tych biednych Ukraińców i dla tego Kliczki nieszczęsnego, który taki „szoł” mu sprezentował w najbardziej odpowiednim momencie. Tyle, że nie może bo nikt z nim i z tym, co on by chciał, się po prostu nie liczy. To oczywiście także nie jest możliwe. Wszak już dziecko wie, ze Radek Sikorski co weekend gra z angielską królową w kosiłapci a kiedy Tusk zajeżdża w Berlinie na dziedziniec Andżeli, od razu stan zagrożenia zmniejszają tam z alertu żółtego do landrynkowego.

Możliwość trzecia, że Tuska i uosabianą przez niego Wladimir Władimirowicz po prostu znokautował wieprzowym kotletem. Wiedząc, że nie musi mieć na nas żadnych rakiet bo może nas załatwić półtuszami.

My natomiast mamy bandę cwanych struzików, którzy przez lata troski, jaką otaczali nasze nieszczęsne włościaństwo mężnie zmagali się z ruskimi służbami sanitarnymi, czepiającymi się a to mięsa a to mleka a to jabłek wreszcie, i przez te wszystkie lata nie wpadli na pomysł, by dla tych półtusz znaleźć inne destynacje. Dziś, ustami tego hiperaktywnego ze struzikow jesteśmy objaśniani, że było nie podskakiwać. Że mogliśmy spokojnie patrzeć i opychać na wschód te kotlety wieprzowe.
Te kotlety przypomniały mi soki żołądkowe z mikropowieści Arkadego i Borysa Strugackich „Drugi najazd Marsjan”. Zakończę więc wypowiedzianą przez byłego bojownika ruchu oporu przeciw Marsjanom Charona, zięcia głównego bohatera kwestią.

„I pomyśleć tylko — wymówił z udręka – że nie rakiety balistyczne, lecz marna garść miedziaków za szklankę soków żołądkowych zgubiła cywilizację…”

My możemy wstawić tam tego swego kotleta. Brzmi to jeszcze żałośniej.


niedziela, 13 kwietnia 2014

Mrczułajtis za sterem Pendolino



Wydawać by się mogło, że obecna kampania wyborcza zdominowana będzie nie przez inne tematy niż Lech Kaczyński, wyrywający stery TU 154 z rąk pilotów (31 % Polaków dla „Gazety Wyborczej”). Na przykład przez temat Jagny Marczułajtis, wyciskające ile się da z zaimportowanego nie tak dawno pociągu Pendolino. Tak w każdym razie sugerowałaby logika. Lech Kaczyński, nawet jeśli ktoś uparłby się sadzić, że większy był z niego potwór niż z całej Armii Czerwonej (której pomniki nie „dzielą” w odróżnieniu) nic złego zrobić nie może. Inaczej niż Marczułajtis. Zaś TU 154 w zasadzie nie istnieje. Inaczej niż Pendolino.

Czemu jednak jest, jak jest? Nie wiem i nie będę zgadywał czyja to wina.

Dziwię się jednak, że wobec tych dwóch, nie powiązanych ze sobą faktów (to taka uwaga dla słabiej kojarzących, którzy gotowi mi zarzucić, że Marczułajtis nigdy maszynistą nie była) ci, którzy mogliby je wykorzystać, robiąc z nich prawdziwą perełkę kampanii, przechodzą tak obojętnie. W nich, tych dwóch incydentach, bowiem zawiera się, w mojej ocenie, esencja tego, jak rządzi Polską obecna ekipa.

Mamy więc związaną z PO panią, której nie zabrakłoby bez wątpienia odwagi i sił by wydać z budżetu państwa, które, ustami swego premiera łapie ostatkiem sił finansowy oddech w obecności kalekich dzieci, grube miliardy. Ilustrująca swym tak boleśnie powstrzymanym rozmachem tezę, że jeśli obecna władza miałaby wybierać czy dać ludowi chleb czy igrzyska, bez wahania wybierze to drugie. Bo to drugie jest fajniejsze, lepiej wygląda zza zachodniej granicy i przy okazji niektórzy (dość nieliczni) mogą tam dostać do chleba jeszcze coś dobrego.

 Mamy wreszcie witany swego czasu niczym statek z innej galaktyki pociąg, jeżdżący szybciej niż przeciętny tramwaj ale nie mogący się zbliżyć do osiągów klasycznych, śmierdzących jakby je przed wyjazdem w szambie wykąpano, składów InterCity na odcinku pod Krakowem. 

Ja oczywiście mam swój pogląd, czemu tak się dzieje. Ostatnimi czasy o Polsce i świecie współczesnym dowiaduje się wszystkiego z lekkim opóźnieniem. O dramacie pani Marczułajtis dowiedziałem się z wiodącego medium, czytając, ze pani ta „złożyła rezygnację”. „Jaką rezygnację?” pytałem sam siebie nie pojmując co mogło pchnąć tę modą, atrakcyjną i doskonale się zapowiadająca osobę do takiego kroku. Dopiero dogłębniejsza kwerenda, w mediach jakby mniej wiodących, pozwoliła mi zorientować się, że zakres rezygnacji powinien być znacznie szerszy i to nie ona powinna rezygnować tylko czym prędzej należy zrezygnować z jej usług. We wszystkich możliwych zakresach. Oczywiście znam życie i nie dam sobie uciąć ręki, że za jakiś czas sprawa ta wróci, tym razem przedstawiana nie jako kolejny dowód na to, że rządzi nami plemię „długich rąk”, ale przykład „straconej szansy”. I myślę, że najwięcej do powiedzenia o tym będzie miała właśnie owa pani. W roli nieomal bohaterki narodowej. Powie coś tam o „polskim piekiełku” i ja się jej nawet nie dziwię. Nie dziwię się zresztą nikomu, kto, po „ekonomicznym sukcesie” olimpiady w Soczi miał wielką ochotę powtórzyć ów sukces u nas. Dziwię się raczej tym, którzy przeszkadzają miast się po prostu przyłączyć.

Przypadek” kolei dużych prędkości” to jeszcze ciekawszy przykład. W sensie psychologicznym. Dam głowę, że znajdą się tacy, i będzie ich niemało, którzy będą potrafili obronić sens kupowania za wielkie pieniądze zabawki, której „wielka prędkość” jest na poziomie osiąganym co dnia przez niektóre klasyczne składy posiadane przez naszego kolejowego przewoźnika. Homologacja na poziomie 160 km/h nieodparcie przywodzi mi na myśl lekki łuk w okolicach Miechowa i wyświetlaną w wagonie dość archaicznego pociągu prędkość 155 km/h.

Oczywiście nie mam wątpliwości, że gdyby tym obrońcom Pendolino (brzmi to prawie jak „obrońcy Monte Cassino” :) ktoś na przykład sprzedał „najbardziej zaawansowana technologicznie” lodówkę a później wyjaśnił, że mogą temperaturę ustawiać nie niższą niż plus pięć stopni, spluliby się ze złości, rzucając rożnymi brzydkimi słowami. W obronie swoich pupili są jednak gotowi akceptować i to, że tej biednej Polsce, która „nie wytrzyma” podnoszenia zasiłków dla niepełnosprawnych, bez problemu nie zaszkodzi inwencja „ludzi o długich rękach” i ich rodzin. I nie przeszkadzają im kolejne szopki ze ściąganiem za grubą kasę bezużytecznego gówna.

piątek, 11 kwietnia 2014

Spot, Misiek i obcinacze palców



Awantura o „wyborczy” spot Prawa i Sprawiedliwości rozgrywa się na kilku poziomach. A jeden ciekawszy i bardziej absurdalny od drugiego.

Ten pierwszy, najmniej estetyczny, zarazem jest jakby najnormalniejszy. Na nim „Misiek” Kamiński ogłosił, że mu się w głowie nie mieści, by film, zawierający sceny z kwietnia 2010 r., zdjęcia wraku i TO zdjęcie, można było podpisać jako „materiał komitetu wyborczego”. Nieestetyczne jest to, że wykazujący niedostatki charakteru ale bardzo łebski Kamiński udaje, że jest głupi ni nieświadomy jak dyskutanci z forum „Gazety Wyborczej”. Jest to brzydkie ale zrozumiałe. Jak kto się zadłuży u „obcinaczy palców”, spłaca dług nie bacząc na to, w jaki sposób musi to robić. Można zrozumieć, że „Misiek” jest do swych palców przywiązany.

Jak się można zadłużyć u „obcinaczy palców” mogli oglądać wczoraj ci, których zainteresowała „kropka nad i” pani Olejnik Moniki. Myślę, że zaprosiła ona do dyskusji o spocie PiS Adama Bielana i Jacka Kurskiego wierząc, że ochoczo zechcą oni odegrać się na PiS-ie i na Kaczyńskim idąc śladem „Miśka” Kamińskiego. Panowie nie zechcieli i zachowali się bardzo godnie. Doprowadzając zresztą tym panią Olejnik może nie na skraj apopleksji ale do stanu, w którym wylazła z niej koszmarny i pozbawiony skrupułów gnom ze skrzywionymi ustami ale za to zupełnie bez wyczucia granicy oddzielającej przyzwoitość od jej braku. Wrzeszczący raz za razem „były naciski?!”

Ta próba kupienia palców Bielana i Kurskiego to był poziom drugi. Bardzo ściśle powiązany z poziomem następnym.

Na tym poziomie jest stacja, w której pani Olejnik podsuwała Bielanowi i Kurskiemu weksel na rzecz obcinaczy palców i telewizja mieniąca się publiczną. Oglądam drugi dzień, jak TVN „nie może zrozumieć” wraz z zapraszanymi gośćmi „jak można było” podpisać rocznicowy klip jako „materiał wyborczy”. I dziwię się, że nie wpadnie na pomysł by, zamiast zapraszać „Miśka” Kamińskiego, który w tym „zrozumieniu” na pewno nikomu nie pomoże bo nie dla „zrozumienia” się go zaprasza, zaprosili tego kogoś z kierownictwa stacji, który nie godził się na emisję spotu PiS bez dodani tego napisu, który teraz przerasta możliwości „rozumienia” całego TVN-u i jej, mogłoby się zgadzać, stosunkowo najbardziej kumatych frontmanów.

Poziom TVP, telewizji zwanej publiczną przerasta chyba i to. Kiedy zobaczyłem w Onecie fotokopię listu pana Karpiniuka do Jarosława Kaczyńskiego, pierwsze, co mnie uderzyło, to podpis po fotografią. „List Marka Kapiniuka do Jarosława Kaczyńskiego. Fot. TVP Info”.* Można by rzec, że Andrzejowi Karpinukowi, bo chyba od niego ma TVP Info materiał do kopiowania i publikowania, przypadkiem, udało się wysłać list pod właściwym adresem. Do drugiej, obok TVN-u, stacji, której decyzje wymusiły ten podpis pod spotem.  Szkoda tylko, że ta sama TVP Info, tak samo zresztą jak TVN, nie raczyli pochylić się poważniej niż w postaci tryskającej jadem Olejnik i katującego czoło symbolizującymi troskę megazmarszczkami Morozowskiego, nad oburzeniem pana Karpiniuka i wyjaśnić czemu musiał on oburzać się na podpis pod spotem i komu tak naprawdę zawdzięcza on to, co tak go oburzyło. 

czwartek, 3 kwietnia 2014

Tusk ma Putina, Kaczyński Hofmana



Od jakiegoś czasu, mniej lub bardziej zdecydowanie, zamierzałem napisać coś na temat rozpoczętej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego i opartych na niej, moich rokowań, dotyczących wyników tej elekcji. 

Owo „coś” i moje rokowania można sprowadzić do stwierdzenia, iż zdziwię się, jeśli Platforma nie wygra tych wyborów przewagą 8-10 punktów procentowych.

Telewizyjni sprawozdawcy, komentujący futbolowe zmagania, zwykli powtarzać dość oklepane stwierdzenie, że niewykorzystane sytuacje bardzo  lubią się mścić. Tak jest w tej kampanii.

W niej jesteśmy na etapie, na którym sytuacje zostały już zaprzepaszczone a zemsta jest w toku.

Obserwując, jak te kampanie postanowił poprowadzić PiS łapię się za głowę, gdy widzę, jak partia ta pozwala Platformie spokojnie i niespiesznie nicować wszystkie swe grubsze i drobniejsze grzechy, przerabiając je na cnoty. Stosunki z Rosją? Tusk to pogromca Putina! Bezpieczeństwo energetyczne? Tusk właśnie zapewnia je całej Europie!

Co na to PiS? PiS najpierw straszy nas Protasiewiczem, później długo milczy i wreszcie odpowiada „specustawą smoleńską” a szef sztabu tej partii melduje się u „Olejnej” ze zdjęciem Tuska i Putina w formacie A1. Mam tylko nadzieję, że go w kieszeni nie przyniósł. Takie kieszenie byłyby przerażające!

To pokazuje, że PiS przyjął koncepcję kampanii wyborczej adresowanej do przygłupów. Problem w tym, że w tej niszy Platforma nie ma sobie równych od dawna. I walka od dawna jest przesądzona.
Spisując najbliższe wybory na straty mam tylko nadzieję, że jakimś cudem nie uda się PiS-owi prześlizgnąć się przez  nie z jednym mandatem więcej niż Platforma. To bowiem byłoby przedstawione przez sztab wyborczy partii (czyt. Adama Hofmana) jako niebywale wielki sukces wyborczy. Osiągnięty mimo różnych „zbójców” w postaci TVN-u i „Wyborczej”, rzucających PiS-owi, sztabowi i Hofmanowi osobiście kłody pod nogi.

Gdyby sprawdziło się to moje wieszczenie i te 10 punktów procentowych na korzyść PO, znalazłby się może wreszcie ktoś, kto przejrzałby na oczy i pozbawił PiS balastu w postaci tego pozbawianego wyobraźni, kreatywności i wszystkiego, co się pozytywnie kojarzy rzecznika i szefa sztabu.

Za każdym razem, kiedy wprost, jako adresat przekazu autorstwa pana Hofmana odpowiadam, że takiego kitu nie kupuję, spotykam się albo z atakami „strategów” PiS, wypominających, że „osłabiam” czy coś tam, albo z tłumaczeniami, że media, to tamto i w ogóle. 

Media są jakie są, od dawna, i jeśli za każdym razem PiS i jego zwolennicy uświadamiają to sobie od nowa, znaczy, że są zwyczajnie tępi. Jeśli wiedzą, tępi są ci, którzy nie mogą się nauczyć unikania sytuacji mogących dać pretekst do ataku. Takich jak ten portret Tuska-Putina wielkości „Bitwy pod Grunwaldem” Matejki.

Co zaś się tyczy „osłabiania”, pragnę zwrócić uwagę, że to nie ja robię te idiotyczne kampanie. Ja je tylko oceniam tak, jak na to zasługują.

W tej kampanii Tusk, być może kontrowersyjnie i ryzykownie ale, jak widać, skutecznie postawił na Putina. Kaczyński Putinowi przeciwstawił Hofmana. Różnica w formacie zdecyduje o ostatecznym wyniku.