poniedziałek, 13 stycznia 2014

„Resortowe” piekło



Prymitywni, acz przekonani o swojej intelektualnej przewadze wrogowie religii mają stały zestawik pytań, które ich przeciwników powinny, w ich przekonaniu oczywiście, zapędzić w kozi róg. Jednym z nich jest pytanie czy Bóg, skoro stworzył wszystko, stworzył również piekło.

Przypomniałem je sobie obserwując poboczny nurt dyskusji, która rozgorzała wokół wydanej nie tak dawno i z impetem zdobywającej wydawniczy rynek książki pp. Kani, Targalskiego i Marosza. Dyskusji, która może nie dowodzi, ale podsuwa poszlaki, że piekło nie jest dziełem boskim. Że stworzyliśmy je sami i rozwijamy je z wielkim rozmachem.

Książki nie czytałem i nie mam zamiaru czytać. Jeszcze przed jej powstaniem, czy to upominając niektórych kolegów-blogerów czy to wypowiadając się w sprawie sławetnej publikacji o ojcu Kaczyńskich w „Newsweeku” (Czy Lis chce czy nie, jest „ojcem chrzestnym” książki Kani, Targalskiego i Marosza) zająłem twarde stanowisko, że ludzie dzielą się na porządnych, kanalie i coś pośrodku a na miejsce w klasyfikacji pracują jedynie własnymi słowami i uczynkami. Rodzice zaś ponoszą odpowiedzialność jedynie za braki w wyposażeniu ich w elementy kindersztuby. Na tym stanowisku zamierzam trwać nadal.

Upewnił mnie zresztą w tym wywiad, jaki pani Kania udzieliła Robertowi Mazurkowi. W nim ona też w zasadzie przyjmuje moje stanowisko klarując, że to nie „resortowość”, rozumiana jako przynależność rodziców czy dalszych przodków do partii komunistycznej czy służba w Służbach stanowiły kryterium przy wyborze „bohaterów” publikacji ale kwestie zdecydowanie inna, bardziej współczesne.

Ów wywiad, w mojej ocenie jeden z najbardziej zawstydzających spośród dzieł Mazurka, choćby przez to, że akurat Mazurek mocno acz bardzo nieskutecznie (nie ze swojej winy) starał się, by rozmowa nie podążyła znanymi z jego podobnych publikacji koleinami niezamierzonej satyry i absurdu, ku memu zdziwieniu umknął jakby powszechnej uwadze. Choć przecież często omawia się, bywa, że i z towarzyszeniem salw śmiechu, autokompromitacje innych rozmówców tego autora.

Oczywiście wiem, że przy tym również odegrały role „inne kryteria” niż tylko treść rozmowy.

W niej jednak pojawia się watek, który jest kolejna cegiełką, którą do dzieła tworzenia własnego piekła dołożono. Chodzi o zarzut, jaki wysunęła a właściwie potwierdziła bo pojawił się on nieco wcześniej, pani Kania pod adresem Piotra Zaremby. I o to, co dzieje się w związku z nim.

Motywów pani Kani, które pchnęły ja do postponowania dorobku Zaręby nie znam. Mogę się tylko domyślić, że samo autorstwo poczytnego dzieła jej nie wystarczyło. Że zamarzyło się jej zostać „ikoną niepokornego dziennikarstwa”. A to wymaga pokazania się na tle, które bezwzględnie musi kontrastować z postacią na pierwszym planie. Ale to tylko spekulacje.

Efekt jest taki, że do masy tematów zastępczych dołączył kolejny, sprowadzający się do tłumaczeń pani Kani i jej akolitów, że Zaremba to faktycznie tchórz oraz głosów stronników Zaremby, którzy są zdania, że (cytując Mazurka), Kani życia nie starczy by zdążyła Zarembie do pięt sięgnąć.
Nie będę się opowiadał po żadnej ze stron konfliktu bo o ile Zaremby czytałem, czytam i pewnie przeczytam wiele, nie potrafię przypomnieć sobie żadnego tekstu pani Kani. I proszę nie odbierać tego jako zawoalowanego podważania dorobku wspomnianej autorki. Może po prostu czytałem i czytam nie tam, gdzie powinienem.

Niemniej uważam, że wywołany przez panią Kanię konflikt potrzebny jest jak, mówiąc bardzo naokoło, damie lekkich obyczajów opad atmosferyczny. Nie wiem czy ma pani Kania zbyt spokojne życie i musi się dla wpompowanie w nie nieco adrenaliny poszczerbić z Mazurkiem, Skwiecińskim i kto tam jeszcze nie wypomni jej, że do Zaremby jeszcze jej trochę brakuje. Jeśli to wina takiego właśnie deficytu, niech znajdzie jakiś sensowniejszy sposób zapewnienia sobie wrażeń. I niech jednak szuka wrogów bardziej „resortowych” niż Zaremba. 

ps. Jak ktoś ma zamiar komentować w rodzaju „Kania jest wielka i bohaterska a Zaremba i Mazurek to miernoty” niech sobie daruje. Tak samo Kani daleko do wielkości jak Mazurkowi i Zarembie do zera.

Polityczne pigułki gwałtu



Choć to dosyć powszechne, niezmiennie smuci mnie każda sytuacja, w której otrzymuję namacalny dowód na to, że pozwoliliśmy na to, by nasza klasa polityczna (tu zaznaczam, że klasa nie oznacza klasy w tym najbardziej pozytywnym znaczeniu) wyemancypowała się na tyle, by nie tylko niewiele musieć ale jeszcze móc to manifestować bez najmniejszego wstydu.
Trudno powiedzieć kiedy to się stało i kiedy następuje ów moment przełomowy, w którym kolejny dopuszczony do zaszczytów i innych fruktów przedstawiciel wspomnianej klasy przestaje się wstydzić i przejmować tym, że wszyscy widzą iż nie ma nic do zaproponowania albo nawet i do powiedzenia. Musi być taki moment, w którym polityk przechodzi na ten wyższy poziom świadomości bycia „klasą”.
Pewnie wielu pamięta dość głośną sprawę młodego chłopaka, kandydata na radnego PO, który przed kamerą usilnie próbował przypomnieć sobie szczegóły swojego (czy tam swojego ugrupowania) programu politycznego i wreszcie rzucił „qrwą” czy tam „kurna” powiedział, przyznał, że nie wie i popadł w wielki smutek albo też zawstydził się mocno, gdy dowiedział się, że „dubla” nie będzie bo wszystko „leci” na żywo.
Zdarzenie to było powodem wielkiej radości konkurentów, wielu kpin a samo nagranie z niedoszłym politykiem pewnie do dziś powiększa w sieci liczbę odwiedzin. I wszyscy uważają pewnie, że to był szczyt.
Otóż, szanowni czytelnicy, do szczytu owemu chłopczynie było daleko. Oddziela go od szczytu mur w postaci tego wstydu czy zażenowania, które widać w jego reakcji na swoją kompromitację.
Teraz powiem, jak taki szczyt wygląda. Na przykładzie dość podobnym, również rzeczywistym.
Przykład zaczerpnąłem z dzisiejszej audycji w radiowej Trójce. Kto czyta mnie od czasu do czasu wie, że czerpię stamtąd garściami głownie dlatego, iż często jeżdżę służbowo a w dodatku za głupi jestem by rozgryźć system programowania mego samochodowego radioodtwarzacza. I nie cierpię z powodu tej mojej głupoty bo owa Trójka to istna skarbnica inspiracji.
Dziś gościem programu, nie pamiętam tytułu audycji, był prominentny polityk SLD, wicemarszałek Sejmu Jerzy Wenderlich. Dziennikarz, którego serdecznie przepraszam za zagubienie w czeluściach zawodnej pamięci jego nazwiska, nie zamierzał mitrężyć czasu i zaraz po tym, jak pozwolił posłowi i wicemarszałkowi na krótką tyradę na temat beznadziei działań obecnej władzy w sferze ochrony zdrowia i wybitnych rozwiązań w tej materii, przygotowanych przez jego ugrupowanie, zapytał o bardzo konkretne rozwiązanie, które partia pana Wenderlicha zapowiedziała wprowadzić. Zapytał głownie o koszt i źródła finansowania tego rozwiązania. Pan Wenderlich wyjaśnił, że w celu finansowania tego i wszystkiego innego trzeba pobudzić gospodarkę. „No ale tu jest konkret. Ile będzie kosztował i skąd pieniądze?” dociekał dziennikarz (treść dociekania przywołuję z głowy). „No, pobudzimy gospodarkę” wyjaśnia Wenderlich. „Ale jak?” „No, tak jak już pobudzaliśmy” odpowiada pan Wenderlich i zapewniał, że już raz pobudzali i świetnie to im szło. Dokąd im doszło wielu jeszcze pamięta.  Przyciskany o konkrety ani razu nie rzucił, wzorem tamtego chłopaka, żadną „qrwą”, ani nie powiedział „nie wiem”. Co gorsza nie zmieszał się ani na moment. W końcu przypomniał sobie, że „pobudzać gospodarkę” wraz ze swą partią będzie poprzez podnoszenie niektórych podatków. A na koniec, na uwagę dziennikarza, że jakoś to mało konkretne wobec tych przechwałek z początku rozmowy, że on i SLD maja „konkretny program i konkretne rozwiązania” zaczął tłumaczyć, że wszystko jest w „dopracowywaniu” oraz odwinął dziennikarzowi błyskotliwie „Pan też nie wie jak za jakiś czas będzie wyglądała pana audycja ale wie pan że będzie jeszcze lepsza”. No to mnie powaliło. W każdym razie powaliłoby, gdybym nie siedział za kierownicą. Tu taka uwaga, że jak już „klasa polityczna” wyposaży nam auta w alkomaty, może w pakiecie zamontuje też jakąś blokadę na wypłody serc i umysłów naszej „klasy politycznej”, podawane przez nią do publicznej wiadomości. To równie, jeśli nie bardziej  niebezpieczne od wódki.
Przypomniał mi się smaczek z wywiadu z rosyjskim pisarzem, Wiktorem Pielewinem, podesłany mi przez Kobietę Moją Kochaną. Zapytano pisarza czym obecnie jeździ. To pytanie głupie, takie „noworuskie”,  bo wiadomo że w Rosji prawdziwi  pisarze albo posuwają na skręcenie karku „trojką” albo snują się na piechotę po Moskwie w mniej lub bardziej pijanym widzie. Jednak pytanie do Pielewina padło, bo „noworuski” dziennikarz był pewnie przekonany, że sobie Pielewin za gażę z „Generacji P” i resztę opublikowanych bestselerów kupił jeśli nie bentleya to choć jakąś beemkę ze skórzanymi kanapami.
- Czym pan jeździ? – zapytał więc ów dziennikarz.
- Teraz głownie na grzybkach i kwasie – odpowiedział Pielewin.
W tym miejscu najpewniej większość czytelników zgaduje, iż mam zamiar zasugerować podobną przyczynę tego dzisiejszego pojawienia się osoby numer trzy, cztery czy tam pięć ugrupowania numer trzy naszej sceny politycznej w studiu ogólnopolskiej stacji radowej, by radośnie i bez skrępowania i zażenowania popisywać się absolutną ignorancją w sprawie programu swej partii. Nic podobnego!
Wenderlich i jego odpowiedniki z innych partii i stronnictw politycznych to typy sprytne, twardo stąpające po ziemi i trzeźwo oceniające rzeczywistość.
To my, wyborcy en masse jedziemy od dawna na czymś tam. I nie są te niewinne grzybki ani jakiś tam kwas tylko coś zdecydowanie twardszego. Na tyle, że przyzwalamy na cykliczne dokonywanie na nas gwałtu. Jakbyśmy jakiś czas temu przyćpali specjalne pigułki.
Tylko tak mogę tłumaczyć sobie przyzwolenie już nie tylko na to, by politycy nie realizowali zapowiadanych politycznych programów. Teraz wisi nam nawet to, że oni nie muszą ich w ogóle znać. Programy są taka kiełbasą, wpychaną przy niektórych okazjach zaćpanej tłuszczy.
To ostatnie wyszło mi jakby zbyt obrazowo…

piątek, 10 stycznia 2014

W polityce, w telewizji i u Pospieszalskiego



Pisanie o sprawie ostatniego, niedoszłego programu Jana Pospieszalskiego łatwe nie jest. Piszę to z całym przekonaniem mimo tego, że zauważam u niektórych tę właśnie łatwość. Wynikającą z tego, że piszą o niej, świadomie lub nie pomijając któryś z wątków nieodłącznie z nią zrośniętych.
Najsmutniejsze jest zaś to, że w takim pisaniu da się zauważyć, że właściwie wszyscy mają rację. Nie cała ale tym chyba nikt sobie za bardzo myśli nie zaprząta.

Racje więc mają ci, którzy Karnowskiemu wypominają naprawdę brzydkie, piszę to bardzo łagodnie, postępowanie. Nie mam na myśli tekstu na portalu, który nietrafnie zdiagnozował przyczyny zachowania Andrzeja Turskiego. Nie było to ładne ale kto z nas wie, czy i jemu nie zdarzyło się krytycznie otaksować leżącego na ulicy pijaczka, który w rzeczywistości wcale pijaczkiem nie był. Brzydkie było, i niech ktoś mi próbuje klarować, że jest inaczej, to, że nie zdobył się ani autor tekstu (nie czytałem, nie widziałem więc nie wiem kto to) ani właściciele portalu czy też zarządzający nim na najmniejszą skruchę w sytuacji, w której zdobyłby się na nią każdy. Szczerze czy nie ale kajałby się bo co miałby robić. Co można robić w takiej sytuacji? A to już pytanie do Karnowskiego! Ja go wyręczać nie mam zamiaru bo to duży chłopak a ponad to ja zwyczajnie nie mam pojęcia jak miałbym to zrobić. Bo pojęcia nie mam. No nie mam i już. 

I tu taka uwaga do panów z Woronicza. Piszę o Michale Karnowskim. Michale panowie i panie!  Członku zarządu i współwłaścicielu spółki, która jest właścicielem portalu „w Polityce”. To istotne. Jak się pewnie przekonają panowie, ten szczegół będzie istotny także dla przywołanego przez Rakowieckiego sądu. O to mogę się założyć.

Maja też rację ci, co zachowaniem „panów z telewizji” są oburzeni. Bo to faktycznie niebywałe. I nie tłumaczy nic przenoszenia prywatnych emocji i ocen panów z Woronicza na działanie publicznej instytucji, utrzymywanej z publicznych pieniędzy. Mają tym bardziej rację że TVP w osobach, które za nią decydują i się wypowiadają, rzecz zdecydowała się załatwić niczym wyjątkowy tępak. Nawet nie sprawdzający czy wali w tego Karnowskiego, w którego by jakoś tam można.

Oczywiście nie powiem, żebym był zaszokowany tym, że obecna ekipa z Woronicza wpadła na zdumiewający pomysł że w publicznej telewizji ktoś może być „persona non grata”. Swoją drogą zabawne byłoby, jakby Karnowski miał właśnie opłacony abonament na rok z góry. Zawsze, kiedy stykam się wypowiedziami pana Jacka Rakowieckiego o telewizji czy w imieniu telewizji, mam nieodparte wrażenie, że posiadł on już ze 30% akcji tej instytucji a na drugie tyle właśnie kończy ciułać zaskórniaki. 

Postępowanie wobec Karnowskiego, Jacka, by było jasne, jasne szczególnie dla Rakowieckiego i reszty „oburzonych” z Woronicza, to jedno. Bezprawne i nie usprawiedliwione. Nawet gdyby Karnowski spostponował mamusię czy to Brauna czy też Rakowieckiego, mieliby oni prawo pozwać go z prywatnego powództwa, mogliby zaryzykować obicie mu oblicza ale na własne konto, przekraczając progi kierowanej przez siebie a utrzymywanej przez obywateli mają o swoich osobistych sympatiach i antypatiach zapomnieć. Czegoś takiego jak antypatia publicznej telewizji być po prostu nie może.

Postępowanie wobec Pospieszalskiego to już inny kaliber. Napiszę w jednym zdaniu. To PRL. I tyle. Cóż tu więcej mówić?

Najbardziej jednak wkurza mnie wcale nie to, że Karnowski jest tak fantastycznie niezłomny w zamiarze udawania, że nic się nie stało ani nie to, że na Woronicza mogą wkrótce zacząć szukać, wedle tak szybko zaadaptowanych wzorców, innych „person non grata”, także wśród personelu. A czemu mieli by nie?

Najbardziej wkurza mnie, ze w dyskusji dominuje podział, w którym uważa się, ze Karnowski jest wporzo a Braun nie lub Braun OK a Karnowski ssie pałkę. A przecież jest tak, ze Brauna powinni za reaktywację Mysiej z miejsca wywalić a Karnowskiemu, Michałowi Karnowskiemu, nie powinno podawać się ręki póki nie walnie się kułakiem w klatę i nie powie prostego słówka „przepraszam”.

środa, 8 stycznia 2014

Michnik w kisielu



Ja oczywiście wiem, że tutaj i w wielu podobnych miejscach Adam Michnik mało kogo interesuje. Rozumiem to choć nie pochwalam ale o powodach jednego ani drugiego akurat pisać nie zamierzam. Co zamierzam do końca nie wiem. Z początku miałem się odnieść do głośnej przez krótką chwilę dyskusji nad przyznaniem Adamowi Michnikowi Nagrody Kisiela. Po zapoznaniem się z mottem nagrody ochota po części mi przeszła.
 „Satyra i sprzeciw są koniecznym elementem narodowego życia, cokolwiek i ktokolwiek by o tym sądził. Satyra jest przeciw, bo nie ma satyry „pro”, satyra musi być „contra”. Bez tej przyprawy bigos narodowy nie będzie miał smaku, bez prawa do sprzeciwu nie wychowamy młodzieży. Wynika z tego potrzeba legalnej opozycji, którą to postawę próbowałem reprezentować w moich felietonach, zresztą nie tylko w nich. Opozycja bzykającego komara też jest opozycją.”*
Można bowiem zaryzykować twierdzenie, że Michnikowi, a przed nim wielu innym, dano, co dano by w nas przećwiczyć ten wewnętrzny sprzeciw albo by nasze życie narodowe wzbogacić kolejną dawką satyry. To oczywiście taki żart zaprawiony złośliwością, która naszemu życiu narodowemu dodaje nie mniej smaku. Dorównujący twierdzeniu, że Michnikowi nagroda należy się jak psu kość z uwagi na zasługi dla wolnego rynku. Wszak mówił swego czasu „Jeśli ludzie z nomenklatury wejdą do spółek akcyjnych, jeśli staną się jednymi z właścicieli, wówczas będą zainteresowani by tych akcyjnych stowarzyszeń bronić, a system akcyjny niszczy porządek stalinowski”.** To była może obrona kapitalizmu w kształcie dominikańsko – peronowsko - chicagowskim ale zawsze. Ale zostawmy żarty i złośliwości.
Ja w każdym razie zostałem już tylko z tym Michnikiem, o którym mimo wszystko napisze i z jego rozważaniami nad tym, co dziś myślałby Kisiel. Konwencja dyskusji Kisielem (nie o Kisielu szanowny czytelniku), którą proponuje Michnik jest z jednej strony skrajnie nieuczciwa bo absolutnie nieweryfikowalna a z drugiej niesamowicie atrakcyjna poprzez możliwość wpychania Kisielowi w usta wszystkiego, co się mówiło, mówi czy chce mówić samemu. Ze świadomością, że on nie zaprotestuje.
Główną tezą Michnika, którą ja znajduję w opublikowanym (i o dziwo nie sprzedawanym lecz dostępnym od ręki w „Wyborczej”) streszczeniu jego wywiadu dla „Wprost” jest przekonanie, że myślałby on w przybliżeniu tak, jak myśli Michnik, bo był przecież mądry. Jak Michnik, domyślamy się od razu. Michnik jest jednak mądrzejszy od Kisiela bo Kisiel „nie doceniał autorytarnego potencjału polskiej prawicy". A Michnik owszem, doceniał. Choć mu w jego redakcji sugerowano nawet, że przesadza*** Nie przesadzał patrząc na te „zdemolowane pół Warszawy” (to z Leszczyńskiego, podwładnego Michnika) w postaci złamanego krawężnika i spalonej „tęczy” 11 listopada. Może Kisiel faktycznie nie doceniał. Myślę, że nawet gdyby dożył roku 2014, mógłby nadal potencjał lekceważyć. Najpewniej bowiem oszołomiłby go „demokratyczny potencjał” polskiej lewicy potrafiącej z niegdysiejszych „czerwonych bandytów” porobić już to socjaldemokratów, już to „ludzi honoru”. Takie niezwykłe transformacje zajmowały go zresztą choćby w odniesieniu i do samego Michnika. „Przecież ten dzisiejszy Michnik to totalitarysta. Demokratą jest ten, kto jest po mojej stronie. Kto ze mną się nie zgadza, jest faszystą i nie można mu podać ręki. A tylko Michnik wie, na czym polega demokracja i tolerancja. On jest tutaj sędzia, alfa i omega.”**** To jedna z ostatnich wypowiedzi Stefana Kisielewskiego. Pokazująca gdzie akurat on dostrzegał „autorytarny potencjał”. Smutne podsumowanie pożyczonego od Kaczmarskiego pytania „Co się stało z naszą klasą?”. Z klasą, której w momencie przemian prawie wszyscy z ręki jedliśmy. Smutne, bo niejako odbierające tym, którzy Kisielem podpierają swoje sympatie i fascynacje prawo, by to robili w taki ostentacyjnie bezczelny sposób. Co by nie mówić, Kisiel był orędownikiem wielu spraw, w tym ostrego żartu, ale bez wątpienia ręki by nie przyłożył do tego, by nagradzać totalitarne ciągoty. Większości kapituły się nie dziwię. Ale temu, że pozwolił na to syn Kisiela- owszem. Rozumiem, że, jak go zwie Michnik, przyznający się do przyjaźni z Kisielewskim-juniorem, „Jerzyk” uczucia szefa „Wyborczej” dość stanowczo odwzajemnia. Ale mógłby to robić w sposób nie stawiający pod znakiem zapytania jego szacunku dla pamięci ojca i jego przekonań.

niedziela, 5 stycznia 2014

Czy Bratkowska pozwie Baumana?



Oczywiście nie pozwie. Z jej strony mógłby on oczekiwać, jak myślę, samych przyjemności. A powinna! Oczywiście nie tylko jego i nie tylko stado tych, którzy z czerwonego politruka, który dopiero po „kłótni w rodzinie” przejrzał na oczy i zaczął uczciwiej zarabiać na życie uczynili moralny autorytet. Wspominam jednak o nim bo znajduję między nim i panią Bratkowską wyraźną jedność, widoczną u  niego gdy nie widzi związku miedzy swoim „bezpieczniackim” naganem w kaburze a tymi, których zabiła „czerwona zaraza” i u niej, gdy z uroczą naiwnością dziecka wiąże ofiary wypadków drogowych ze „zbrodniami kapitalizmu” a nie widzi dla odmiany żadnych ofiar komunizmu ani też związku autora świetnych tekstów, Włodzimierza Lenina z CzeKą. Tu nasuwa się taka dygresja. Zachwyt pani Bratkowskiej nad publicystyką Lenina i jej przekonanie, że waży ona więcej niż jego pozostałe, bardziej namacalne dokonania,  dają nadzieję innym „nie do końca zrozumianym”. Wszak Leni Reifenstahl robiła znakomite i wizjonerskie dzieła a „Horst Wessel Lied” spokojnie mógłby konkurować z „Lewą marsz” Majakowskiego.

Wspominam o Baumanie i z tego powodu, że jest on najlepszą ilustracją wygłoszonego przez Bratkowską poglądu o wspaniałym komunizmie. No bo czyż nie jest? Co tam, że tego i owego komunizm poszczerbił skoro w efekcie mamy taki wspaniały umysł? Taką postać? Aż się prosi o więcej!

Zdumiewa mnie skuteczność paralelnej argumentacji, w której nawet mama Madzi obciąża równocześnie Kościół, całe chrześcijaństwo i  „ burżuazyjne, paternalistyczne społeczeństwo” a GUŁag, Beria, Stalin „z komunizmem nie mają nic wspólnego”. I istnieje obok siebie dwóch Leninów, z których ten dobry pisał znakomite teoretyczne opracowania i z tym, co się działo w Rosji nie miał nic a nic wspólnego.

To z pozoru wydaje się aż tak głupie że nie do „łyknięcia” dla kogokolwiek. Ale tym, co tak myślą radzę, by rozejrzeli się wokół, popatrzyli w nasiąknięte jak gąbka demokracją oblicze sekretarza KC Leszka Millera, który pewnie też, jak Bauman, się „nie zaciągał”. Polecam też lekturę tekstów o politycznym przełomie we Włoszech gdy korupcja rozwaliła niemal do cna polityczną scenę z wyjątkiem komunistów bo ich wyznawcy oczywiście „łyknęli” tłumaczenie, że, owszem, brali, ale dla dobra ludu czy tam klasy robotniczej.

Obnażony portret pani Bratkowskiej autorstwa Mazurka, tak jaj wiele wcześniejszych dzieł tego ekspresjonisty, wprawił mnie w zakłopotanie. Miałem autorowi za złe to obnażenie, ujawniające pewne krytyczne niedostatki kobiety, co mnie urzeka i pewnie zawsze będzie urzekać błękitem swych, smutnych czegoś, oczu. Pomyślałem, że jej głupota to w końcu niepełnosprawność (tak więc podawanie jej płaszcza przez Mazurka jest uprawnione nawet wedle jej kryteriów) i pokazywanie publicznie jej bezmiaru po prostu nie przystoi. Jednak rzecz przemyślałem i uznałem, że działał Mazurek pro publico bono.

Nie chodzi mi wcale o to by sobie każdy mógł popatrzeć jaki efekt przynieść może nieumiarkowane i nierozsądne wgryzanie się w ukąszonego przez Hegla i do dziś odmawiającego leczenia Baumana. Jak wiadomo o wartości planu, skuteczności procesu decyduje produkt. Pani Bratkowska oczywiście tego nie wie więc może powinna na tę Kubę pojechać. To taka uwaga w związku z tekstem Mazurka a bez związku z moim. Wracając do owoców warto zauważyć, że jest dziś pani Bratkowska ikoną, twarzą polskiego gender i feminizmu. I ma to same zalety. Pierwsza, tak ją przez swą oczywistą samczą podłość zakwalifikowałem, jest ta, że zluzowała w tej role twarze Anny Grodzkiej i Magdaleny Środy. A to, biorąc kryteria estetyczne, zdecydowany skok jakościowy. Ale zostawmy złośliwości i żarty. Druga jest możliwość, która wręcz zachęca przeciwników gender by wszem i wobec domagali się „Więcej Bratkowskiej!” i ogłaszali „Studiuj gender, będziesz jak Bratkowska!”. Dzięki temu zaś genderowe kierunki będą szturmowane przez panienki, które dotąd swą karierę chciały osiągnąć drogą wytyczana raczej przez „Warsaw Shore” i dla tej kariery gotowe były sobie też coś „tam” publicznie dać włożyć. I tylko przez nie.

Medialna kariera Bratkowskiej to najlepsze, co mogło przydarzyć się przeciwnikom „wspaniałej nauki” przez złośliwe języki nazywanej niesprawiedliwie ideologią gender. Nie wiem co sprawia, że jej środowisko (zakładam, że jednak nie wszystkie „siostry” pani Katarzyny prezentują ten sam poziom intelektualny) nie protestuje gdy w tak dosłowny i dosadny sposób pokazuje ona co o tym wszystkim i o tych wszystkich oznakowanych metką „gender” powinno się myśleć. Ta solidarność środowiskowa, która sprawia że nikt z „tamtej strony” publicznie i bez ogródek nie powie by się idiotyzmami pani Katarzyny nie przejmować. Nie polecam mimo wszystko naśladowania ale uznanie wyrażam.